Tego, co się nagromadziło w zakamarkach mieszkania i blogu nie da się w żaden sposób usystematyzować. Ale tak to już jest, że Don Kichot jest wszędzie.
Ewa Maria Slaska
Skolwin (dla tych, co nie wiedzą – dzielnica Szczecina, odległa, na peryferiach, obrzeżach i skrajach) jest dla nas, Eli Kargol i dla mnie, nieustannym źródłem donkichotowych inspiracji. O Don Kichocie w Domu Kultury “Klub Skolwin” już donosiłyśmy TU i TU, a zapewne i w innych miejscach, bo obie wiemy, że pracujący w tej instytucji pedagogicznej szczeciński poeta Marek Maj jest na pewno nowym wcieleniem Don Kichota.
Dodam jeszcze, że kubek ze Skolwina stoi na mojej baratarystycznej półce.
Z tyłu za kubkiem stoi butelka po winie z Finki de la Vega w La Manchy, produkującej wina spod znaku Don Kichota.
A obok hiszpańskich pomarańczy i wina z La Manchy leży powieść angielskiej pisarki Jane Gardam Robinsons Tochter (Córka Robinsona), historia kobiety, która kocha Robinsona Cruzoe i która kilkakrotnie na kartkach książki przyrównuje swojego starego przyjaciela do Don Kichota.
I jak już jesteśmy przy książkach, to znalazłam Don Kichota i to nader okazałego w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. O samej książce napiszę w którąś z sobót w ramach cyklu Chodzenie po mieście, tu poruszę tylko aspekt donkichotowski. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.
Najciekawszy jest jednak fragment w którym “Paul Auster pisarz” opowiada Quinnowi, udającemu “Paula Austera detektywa”, czym się aktualnie zajmuje:
Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9
No i jak zatoczymy koło i z Nowego Jorku, wyspy Robinsona i starej wesołej Anglii wrócimy do Berlina przez Szczecin, to znajdziemy w Szczecinie w kawiarni-księgarni Kamienica w lesie taki o to pejzaż, zapewne raczej holenderski niż hiszpański, no ale cóż, wiatrak, to wiatrak, już na zawsze zrósł się nam z postacią Rycerza o Smętnym Obliczu.
Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.
Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.
Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.
Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.
Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.
W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą: Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu…
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.
Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.
Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.
Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.
Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.
W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.
Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.
Es ist 23. Februar 2021. Die Sonne scheint, der Himmel ist blau, der Winter-Frühling verzaubert ganz Berlin. Ich muss etwas an der Hasenheide erledigen und danach gehe ich in die Bergmannstrasse-Friedhöfe. Ich lade Yvonne von Friedhofsbüro zu einem kleinem Spaziergang, nach einer Weile ziellosen Gehens setzen wir uns auf einer Bank, dann kehrt sie zurück und ich schlendere noch, Mal hier, Mal da, Richtung Ausgang. Ich rede mit Jemandem am Telefon, daher achte ich überhaupt nicht darauf, wohin mich mein Fuß trägt. Plötzlich stehe ich am Grabe einer Berliner Oma (Charlotte Oppermann).
Tschüß sage ich ins Handy, da ich ein Foto knipsen will.
Ich sehe einen Zitronenfalter (Ende Februar!), folge ihn, bis er sich unweit auf einem Grabe setzt. Ich komme näher. Es ist das Grab von Anette. Anette Schill.
Morgen hätte sie Geburtstag. Sie ist am 24. Februar 1957 geboren. Am 27. Oktober 2014 ist sie gestorben. Erst 57-jährig.
Ich wusste schon lange, dass ich über Anette schreiben will und soll, wir haben es mit Christine Ziegler vereinbart. Aus irgendwelchem unerklärlichen Grund hatte ich Schwierigkeiten, mit dem Text anzufangen. Hatte Anette mich gezwungen, mich zu ihrem Grab gezogen, damit ich endlich meine inneren Unfähigkeiten überwinde und das tue, was ich tun sollte und doch auch wollte?
Ist sie dieser Zitronenfalter gewesen?
Och, Anette, du hättest ausgelacht, die Dummheit, die ich hier aufgeschrieben habe. Plem plem, hättest du gesagt. Und wie gern habe ich gerade diesen gesundvernüftigen Fundament deines Charakters gehabt. Du warst so gradlinig, so bestimmt in deiner Meinungen und zugleich so em- und sympathisch. Somit hast du mir den deutschen Frauenmuster positiv geändert. Ich habe es dir mal gesagt und du wolltest mir nicht glauben. “Aber doch Christine ist für dich die wichtigste”, sagte sie. “Ja”, erwiderte ich, “klar, aber mit Christine war es immer so, dass ich sie nie als eine Deutsche wahrnahm, sie war eine Freundin, und dies ist eine Eigenschaft erhaben über alle andere.” Christine und Sieglinde, es waren Freundinnen. Aber im Allgemeinen hatte ich immer Angst von den deutschen Frauen. Sie waren durchaus so… so effizient, so patent, so kompetent, so groß, so barsch, so selbstsicher. So Stark, Stahl, Stein… Und Anette war so authentisch sympatisch. Galionfigur der Regenbogenfabrik, eines Hausbesetzungsprojekt, aus dem ein Nachbarschaftsprojekt wurde, in dem sich mit der Laufe der Zeit auch die deutsch-polnische Zusammenarbeit geborgen fühlen konnte.
Wann kam ich das erste Mal in die Regenbogenfabrik? Wann habe ich Anette kennen gelernt? Christine Ziegler erzählt immer, dass ich die Geschichte verkläre, weil ich behaupte, das erste Mal in Kontakt mit den Menschen aus der Regenbogenfabrik schon 1985 getreten zu sein, dh. gleich nach meinem Ankommen nach Berlin. Und das eben sie der erste Fabrik-Mensch gewesen ist, an dem ich mich erinnere. Laut Christine sei es unmöglich, aus einem einfachem Gründe, dass sie nicht in Berlin war. Bei Besatzung war sie natürlich dabei, so wie Anette. Sie 22, Anette 24. Aber dann fuhr sie nach England zu studieren und kam erst 1989 zurück. Na gut, aber 1991 wäre schon möglich. 1991? Vor 30 Jahren also? War ich mir immer sicher, dass wir uns schon eine Ewigkeit kennen.
Klare und sichere Punkte auf der Zeitleiste meiner Kontakte mit der Fabrik sind vor allem Kochtage (wann waren sie aber?!), Arte-Nova-Workshops ab 1995 und mein Praktikum im Jahre 2000, als ich mich bei der Akademie der Deutschen Wirtschaft zur Referentin Neuen Medien ausbilden ließ. Zu diesem Zeitpunkt kannte ich schon alle in der Fabrik und sie kannten mich und kennen mich bis heute, was mich immer wieder ins Staunen versetzt, dass sie mich alle noch kennen und sogar unter der pandemischer Maske sofort erkennen. Wie?
Über das erste Workshop schrieb mein Sohn, Jacek Slaski im WIR-Heft Nr. 5 (Arte Nova: Śródmieście – Innenstadt):
„… verdammte Literatur, um die es sich hier dreht (…). Worum geht es den Leuten hier, was wollen die? Wieso tun die das alles? Damit andere darüber reden? Für die Anerkennung, für ihr Ego oder nur, um die Langeweile zu bekämpfen. Ich weß nicht, ob es wichtig ist, es scheint genug Zeit da zu sein, um das hier alles ablaufen zu lassen, ob es Relevanz hat, sollen andere entscheiden. Es geht nicht um Verständigung, Völkerfreundschaften entstehen nicht über Kultur, sondern über hemmungslosen Alkoholkonsum und im besten Fall Sex. Kultur bietet die Platform dafür, und das ist gut so, also denkt nicht, dass die Welt besser wird, wenn sich junge Menschen aus Deutschland un Polen auf dreckigen Hinterhöfen zusammensetzen und versuchen, sich zu verstehen. Ich weiß nicht einmal, ob es ein Beispiel sein sollte, ich weiß nur, dass diese Menschen es gemacht haben.“
Diese, wie Jacek es sagte, dreckigen Hinterhöfe, wo sich junge Menschen aus Deutschland und Polen zusammensetzen, sahen zu, wie sie sich Years and Years hier trafen, gemeinsam rauchten, Bier tranken und Literatur machten. Und was für welche! Und dann traten sie mit ihrer gemeinsamen Werke auf der Bühne und taten es so wunderbar, dass ich noch heute, ein Vierteljahrhundert später, ein Gefühl der Happiness habe, dass ich, dass wir, die Menschen vom WIR Verein und von der Regenbogenfabrik es ermöglicht haben, dass solche Momente entstehen konnten.
Ich liebe Regenbogenfabrik. Habe ich immer geliebt. Vor 21 Jahren, als ich hier mein Praktikum absolvierte, schrieb ich über das Projekt Regenbogenfabrik, dass es eine Mischung eines mittelalterlichen Klosters mit einem Kibuz ist. Eine pragmatische Utopie. Und Anette war für das Pragmatische in der Utopie. Dafür, dass alles funktioniert. Das liebe ich an der Regenbogenfabrik: Dass sie den Beweis lieferte, eine Utopie sei machbar. Die Zukunft ist jetzt. Und wenn nichts mehr hilft, hilft immer noch Humor und gesunde Selbstdistanz.
Anette war fantastisch. Sie könnte alles. Sie hatte Ausdauer und Ideen. Sie wusste intuitiv, was klappen wird und was keine Chancen hat. Hatte es aber Chancen, holte sie ihre stärkste Waffe: das tatkräftge Zupacken.
Von den Kinderbeinen war sie es gewöhnt, zuzupacken. War doch in einem Familienbetrieb, einer Wirtschaft, aufgewachsen. Gleich nach dem Abitur ging sie nach Berlin, um Erziehungswissenschaften zu studieren. Und schon während des Studiums engagierte sie sich in der Besetzungsszene. So fand sie sich in der Gruppe deren, die eine alte Chemiefabrik in Kreuzberg besetzte. Die Fabrik und die Häuser rumherum standen leer, die Gründezeitfabrik längst verlassen, die Erde verseucht. So waren sie alle, diese damals massenweise in Berlin besetzten Häuser – heruntergekommen und verlassen, absichtlich nicht mehr renoviert, damit man die verslumsten Gebäude billig erwerben könne.
Am 14. März 1981, eine Woche nach dem Frauentag war es soweit. Sie gingen in die Fabrik und ins Haus hin.
“Wie benimmt man sich in einem besetzten Haus, es war ja auch für sie das erste Mal”, fragt Gregor Eisenhauer in seinem Tagesspiegel-Nachruf.
Des ersten Nachts wurde in einer Erwartung der polizeilichen Räumung überhaupt nicht geschlafen. Es gab damals in Berlin, auf dem Gipfel der Besetzungswelle, eine juristische Möglichkeit, sog. 24-Stunden-Gesetz, der es erlaubte, innerhalb von ersten 24 Stunden eine Räumungsaktion zu unternehmen, ohne jedwedem Papierkram.
Und Anette war schwanger. Im Sommer wurde ihre Tochter, Jenny, geboren. Das erste Kind (in) der Fabrik. Für Jenny war die Fabrik einzige Familie, die sie kannte. Der Vater erschien erst viele Jahre später. Es ist für ein Kind sehr gut, in einer großen Familie aufzuwachsen, weil wenn man mit jemandem nicht zurecht kommt, kann man sich locker andere Vertrauten aussuchen. Das betonen die Kulturanthropologen immer und ein Wunderbeispiel dafür ist altslawische Zadruga. War Jenny auch der Meinung? Ich weiß es nicht, habe sie nie gefragt. Vielleicht ließ sie Mal diesen Text und antwortet mir. Eisenhauer meint dagegen, dass es bei Erziehungskonflikten nicht ganz einfach war, musste sich doch ein junger Mensch mit einer ganzen Riege der Erwachsenen auseinander setzen und nicht blos mit einem höchsten zweien, wie es in “normalen” Familien der Fall ist. Nun aber denke ich mir, dass man in dieser Generation nicht miteinander streitet und die Eltern sagen einem nicht vom oben herab, was man zu tun hat. Über alles wurde diskutiert. Wie schrieb es der Eisenhauer über die Demokratie? “Klingt mühsam, ist mühsam, aber Hierarchie funktioniert auch nicht besser.” Das betrifft meiner Meinung nach auch die Erziehung.
Sie war eine Kämpferin, aber solche, der man auf dem ersten Blick das Kämpferisch nicht zumuten wird. Auf zweiten auch nicht. Wunderbare Täuschung, weil im Grunde war sie eine Kriegerin durch und durch. Sie wusste, dass wenn man sich stur anstellt, früher oder später wird man sich durchzusetzen.
Ich mochte es bei ihr, weil ich in Polen auch so war. In Berlin zuerst nicht, aber vielleicht war es mein unterbewusster Wunsch, zurück zu meiner wahrer Natur zu kehren und wieder so wie Anette zu sein. Harmlos und angenehm aussehende Frau, mit einem nettem Lächeln, die sich doch nicht klein kriegen lässt. Und für sich nicht immer, für andere aber wie eine Wahnsinnige kämpfen kann. Erfolgreich.
Sie war wie eine Raupe, sagte mir Mal Christine. Könnte sie nicht direkt ans Ziel, schlenderte sie um den Tor herum oder buddelte sich unter dem Zaun oder durch einen Mauerriss rein, um ans Ziel zu kommen. Und Gregor Eisenhauer pflichtete ihr zu: “Jeder spürte, dass es ihr ernst war. Sie war nicht nachtragend und nicht auftrumpfend. (…) Ihr Programm war Dialog. Auf andere zugehen. Auch auf den vermeintlichen Gegner. Wer Ergebnisse will, darf Begegnungen nicht scheuen. Sie hat immer wieder Spielräume ausgelotet. Das war ihre Stärke. Jeder hat einen kleinen Spielraum, auch ein Sachbearbeiter in seiner bürokratischen Zwangsjacke. Die Frage ist nur, wie man mit ihm umgeht. Ihm seine Möglichkeiten klarmachen, darin war sie stark. Andere so sein zu lassen, wie sie sind, und sie dennoch zu fordern.”
Heute, zu ihrem 40 Geburtstag startet die Fabrik auch ihren Geburtstagsblog. Willkommen, kleiner Bruder 🙂
Wielokrotnie podczas pandemii byłyśmy z Moniką Wrzosek-Müller na spacerze w parku przy pałacu Charlottenburg, czyli u królowej Luizy. Pałac jaki jest, każdy wie. Piękny, barokowy, paradny. Taki jak wszystkie, jak Wilanów, jak Wersal, jak Hattfield i Poczdam. Nawet francuskie i angielskie parki i ogrody wokół pałaców są podobne. Mają wielkie trawniki, wielkie drzewa i wielkie jeziora. Są piękne, ale po latach zlewają się w pamięci w jeden park. Gdzieś rośnie ogromny szpaler lip, gdzie indziej zaprojektowano labirynt cisowy, albo kaskadę na wzór Niagary. Udaje mi się zapamiętać pojedyncze elementy. To, co na pewno zapamiętuję z pałacu w Charlottenburgu to popiersie królowej Luizy ulokowane na maleńkiej sztucznej wyspie – jej wyspie. Podobno bardzo lubiła to miejsce. Ktoś przychodzi tu co kilka dni i ozdabia posążek gałązkami, kwiatami, zimowymi jagodami.
Była królową, którą Berlin zawsze kochał, ale zdziwiło mnie, że ta miłość dotrwała do dziś.
Nazywała się Luise (Louise) Auguste Wilhelmine Amalie, była księżną Mecklemburgii, a potem wyszła za mąż za księcia Fryderyka Wilhelma III, który w cztery lata później został królem Prus, a ona – królową. Urodziła się 10 marca 1776 roku w Hanowerze (za kilka dni minie 245 rocznica jej urodzin), umarła młodo, 19 lipca 1810 roku. Była piękna, a co chyba ważniejsze – czarująca. Lubiła ludzi i traktowała ich raczej jak emancypowana, demokratyczna mieszczanka niż jak wyniosła arystokratka. Ale to nie dlatego Berlin kochał i kocha swoją królową. Współcześnie porównuje się ją do Lady Di. Jej życie upłynęło w czasach zażartej walki Prus przeciwko Francji pod wodzą Napoleona. Luiza okazała się królową dzielną i współczującą, taką, która potrafiła połaczyć obowiązki wladczyni, matki, żony, patriotki, i to właśnie te przymioty sprawiły, że już za życia była postacią kultową, po śmierci zaś stała się wręcz legendarna. Do historii przeszła opowieść o tym, jak Luisa pojechała spotkać się z Napoleonem, by poprosić go o zmniejszenie ogromnej kontrybucji wojennej nałożonej na Niemcy po przegranej wojnie. Nic nie uzyskała, ale lud berliński czcił ją odtąd jak świętą patronkę. Drugi syn Luizy i Fryderyka przekształcił królestwo pruskie w Cesarstwo, co wyniosło zmarłą królową do rangi Matki Cesarza.
Książę Fryderyk Wilhelm poślubił Luizę w Wigilię 1793 roku, a w dwa dni później jego młodszy brat, Ludwik, poślubił jej młodszą siostrę, Fryderykę. Ludwika miała lat 17, Fryderyka – 15. Obie pary książęce zamieszkały obok siebie w Pałacu Książąt (Kronprinzenpalais) i Pałacu Księżniczek (Kronprinzesinnenpalais) na ulicy Unter den Linden w Berlinie. Fryderyk i Ludwika mieli też do dyspozycji rezydencję letnią w zamku w Paretz koło Poczdamu. Mieszkali skromnie i prowadzili przykładne małżeństwo, również wtedy, kiedy Fryderyk i Ludwika zostali królem i królową. Mieli dziesięcioro dzieci, z których dorosłego wieku dożyło siedmioro, w tym dwóch książąt, którzy po kolei zostali królami, a drugi z nich w roku 1871 koronował się na cesarza. Najstarsza córka Fryderyka i Luizy, Charlotte, została carycą Rosji. Jako caryca nazywała się Aleksandra Fjodorowna, czego do końca nie da się zrozumieć, ale chyba nie musimy tego wiedzieć. Ważniejsze z mojego punktu widzenia jest to, że Luiza i Fryderyka zostały wkrótce po ślubach sportretowane przez Johanna Gottfrieda Schadow.
Ci, z moich Czytelników, którzy w miarę wiernie czytają tegto bloga, pamiętają być może, że portret księżniczek to moje ulubione dzieło sztuki. Pisałam już TU o obu siostrach. Nie po raz pierwszy zresztą, ale poprzedni wpis był na innym blogu i zaginął. Obie księżniczki są ze mną od jedenastu lat. Kupiłam je sobie jako odlew gipsowy, a okoliczności i motywacje owego zakupu wydają mi się dziś dość szczególne. Szłam bowiem do szpitala i czekała mnie ciężka operacja, która była wówczas na tyle rzadka, że nie tylko ja, ale i szpital się niepokoił, czy się uda. Szanse stały zapewne fifty fifty. Równie (nieo)ptymistycznie wyglądały prognozy co do tego, czy jeśli nawet operacja się uda, to czy ja jeszcze w ogóle będę na chodzie. Czyli – ciężko było. Kupiłam obie księżniczki z przyjemną myślą, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to zamieszkają ze mną, a jeżeli pójdzie źle – to zabiorę je ze sobą do grobu. No i tak sobie do dziś mieszkamy 🙂
Lubię zatem Luizę i chętnie do niej “zachodzę” w odwiedziny. Próbowałam znaleźć w internecie jakieś wiadomości na temat tego, kto i dlaczego w parku Charlottenburg wciąż ozdabia kwiatami popiersie Luizy, ale nic nie znalazłam. Może ktoś z Czytelników coś wie?
Popiersie, pierwotnie marmurowe, wykonał Christian Daniel Rauch w kilka lat po śmierci królowej, w roku 1816, ale według modelu gipsowego, który młody rzeźbiarz wykonał jeszcze za życia Luizy. W brązie popiersie zostało odlane w roku 1822. W roku 1867 ktoś je ukradł, a gdy je odtworzono, w roku 1876 znowu zostało ukradzione. To, które Monika i ja odwiedzamy, zostało odlane w roku 1987.
W poprzednim odcinku tego czteroodcinkowego serialu napisałam o książkach, które powstały i ukazały się dzięki istnieniu tego bloga i jego Pramatek (używam tu “wielkiej” formy żeńskiej, bo o pierwszym mówiliśmy Kura, a o jego następcy – Qra i były to niewątpliwie kobiety). Dziś chciałam napisać o kobietach, które dzięki temu, że jestem blogerką, pojawiły się i zostały w moim życiu. Niestety nie zdążyłam. A wpis o mężczyznach był już gotowy. Dziś więc mężczyźni. Kobiety za tydzień.
Niewątpliwie pierwszym niezwykłym facetem wśród “ludzi z bloga” jest Lech Milewski, czyli Pharlap (co było imieniem pewnego słynnego australijskiego konia wyścigowego). Pojawił się jeszcze na Kurze (2010-2011). Znalazł nas przypadkiem i spodobało mu się to, co piszemy, ale chyba przede wszystkim zainteresowało go to, że jest nas kilkanaście i dobrze nam idzie wspólne tworzenie bloga. Napisał do nas, zapytał, czy go przyjmiemy i zadebiutował świetnym wpisem pt. Panicz potrafi usmażyć naleśniki. Tytuł nawiązywał do naszego ówczesnego (“kurzego”) zwyczaju, tytułowaniu siebie nawzajem słowem panna. Skoro więc zaproponował nam, że do nas przystanie, przybrał też odpowiednie miano: panicz. Pharlap napisał wiele wspaniałych tekstów, z których ja najbardziej lubię Bieg Wazów. Właściwie to chyba za mało powiedziane – lubię, czy najbardziej lubię. To po prostu bardzo dobry tekst. Pharlap mieszka w Australii i nigdy się nie spotkaliśmy.
Równie niezwykły jest Tomasz Fetzki, którego różnorakich pseudonimów pod karą “ucięcia głowy przede wszystkim” nie wolno mi zdradzić. Pojawił się również za czasów Kury, bo szukał w sieci informacji o mojej… prababce. Zamierzał napisać o niej książkę i się habilitować, po czym jednak napisał książkę o pewnym francuskim pedagogu i (chyba) się (jeszcze) nie habilitował, ale za to w międzyczasie kilkanaście razy dostarczył nam wszystkim interesujących seriali wieloodcinkowych o tym i owym (Niemcy by powiedzieli “o Bogu i świecie”). O roli Tomasza w powstaniu mojej wydanej kilka lat temu powieści Lublinerowie piszę zarówno w samej powieści, jak i we wpisie o książkach “z bloga”. Tu chcę napisać o Tomaszu jako przyjacielu i Tomaszu jako blogowym autorze. Przyjacielem Tomasz jest i tu nie warto nic więcej dodawać. Ktoś albo jest przyjacielem, albo nie. Koniec. Tomasz twierdzi, że jego pierwszy tekst na blogu był jego debiutem literackim. Przyjmuję tę informację z pokorą, bo skoro autor tak twierdzi, to jest to jego autorskie prawo tak uważać. Ale teksty Tomasza są zawsze tak doskonale skomponowane i tak bezbłędne, że wydaje mi się, iż w skrytości ćwiczył się do tego debiutu przez poprzednich dwadzieścia lat. Przypominam sobie tylko jedną sytuację, że poprawiłam mu jedno zdanie, a w nim właściwie jedno tylko słowo, a raczej nie słowo, jeno jego formę gramatyczną – nie cierpię bowiem strony biernej, która się ostatnio w Polsce zrobiła nader popularna, a która przyprawia mnie o dreszcze. Tomasz z powagą mądrca zgodził się na zmianę formy biernej na czynną, skrycie na pewno podśmiewając się z moich anachronicznych indiosynkrazji. Z Tomaszem i jego żoną Agnieszką poznaliśmy się przez bloga, w międzyczasie spotkaliśmy się wielokrotnie, a kiedyś nawet odbyliśmy podróż w poprzek przez całą Polskę, z Lublina do Świebodzina, opisaną tu zresztą przez Tomasza bardzo pięknie w kilku odcinkach pod wspólnym tytułem: Subiektywny bardak na skos. Zapraszam do lektury, ale dla prezentacji Tomasza wybieram ów jego literacki debiut: Jaszkowice – reportaż poetyzujący.
Niedawno pojawił się jeszcze jeden pan, który znalazł mnie na blogu i, podobnie jak Tomasz Fetzki, odkrył, że piszę o mojej ciotecznej babce, Karusi, czyli Karolinie Lubliner-Mianowskiej. Marian Miszczuk jest harcmistrzem i zareagował na jeden z moich wpisów, gdzie napisałam, że Karusia była przez dziesięć lat, od roku 1930 do 1939, redaktorką Skrzydeł, miesięcznika wydawanego przez Komendę Główną Harcerek RP, miała tytuł harcmistrzyni i podczas wojny pracowała w Konstancinie w prowadzonym przez harcerki przytułku dla sierot wojennych. Napisałam też, że niestety nie wiem, jaka była droga Karusi do harcerstwa, a pan Marian napisał w komentarzu, że może będzie mi mógł odpowiedzieć na to pytanie. Marian Miszczuk jest autorem biogramów dla Harcerskiego Słownika Biograficznego i tworzy właśnie biografię Karusi (pisze o niej “Kara”, co mnie bardzo dziwi, tak jak jego dziwi moja “Karusia”). Przysłał mi też gotowy już wpis o Ewie Konstancji Grodeckiej, w którym cytuje świetny artykuł Karusi z roku 1924 z czasopisma Samowychowanie (Karusia miała wtedy 25 lat i była zastępową, zapewne więc jej droga do harcerstwa niedawno się zaczęła).
Szkoła, którą kończyłam, posiadała w swem gronie uczennic wyłącznie dzieci z zamożnych, mieszczańskich domów. W jednym z takich domów ja się urodziłam i wychowałam. Miałam takie same warunki domowe, przyzwyczajenia, zainteresowania jak wszystkie moje koleżanki. Innych dziewcząt nie znałam wcale i przyznam, nie zdradzałam żadnych chęci do ich poznania; nie myślałam nigdy o tem, jak wyglądać może znajomość obcowania z dziewczętami z „innych sfer“. (…) jednym z głównych braków mojego szkolnego i domowego wychowania była zupełna nieznajomość ludzi i ich życia. Jak większość maturzystek byłam zupełnie niedojrzała, nieprzygotowana do życia czynnego.
Karusia była botaniczką i podobno, zdaniem pana harcmistrza, to ona zachęciła warszawskie harcerki do zajmowania się przyrodą.
Skoro jesteśmy przy rodzinie, to powiem jeszcze, że kiedyś pojawili się też dwaj kuzyni, jeden “prawdziwy”, a jeden nie wiadomo, ale podejrzewamy, że tak jednak jest. Kuzyn autentyczny to Jan Kozłowski, a “podejrzany”- Witold Strumpf. Witold napisał niestety tylko jeden wpis i zniknął, a Janek napisał (lub pozwolił przedrukować) kilka świetnych wpisów (najśmieszniejszy TU) i, niestety, umarł. Bardzo mi go brakuje i myślę, że nasza znajomość zapowiadała się na wielką przyjaźń. O tym, jak to było z naszym poznaniem się, też się Czytelnik dowie z cytowanego tu wpisu.
O tym z kolei, skąd się wziął Andrzej Rejman piszę TU. Stąd się wziął, a potem przez rok czy dwa pisał piękne wpisy, o rodzinie, historii, dalekich wyprawach, polityce. Po czym zniknął z bloga, nad czym po dziś dzień ubolewam. Wielu autorów tak “ma”, piszą, chętnie, często, interesująco, a potem bach bach i przestają. Czasem, ale rzadko – wiem, co było przyczyną. Czasem takie osoby zakładają swoje blogi lub profile na FB. Czasem jednak naprawdę nie wiem, dlaczego. Ci, na szczęście, czasem wracają, jak dwaj panowie, o których piszę poniżej. Ale zanim opowiem o nich, skieruję czytelników do pierwszego wpisu Andrzeja Rejmana o jego pradziadku, Adamie z Raju.
Dwaj panowie, Zbigniew Milewicz i Roman Brodowski, pojawili się w polonijnych “okolicznościach przyrody”, zaprosiłam ich do pisania na blogu i w międzyczasie stali się nie tylko autorami, ale też dobrymi i wiernymi przyjaciółmi.
Zbigniew Milewicz jest jednym z najczęściej piszących autorów – ma na koncie ponad 140 wpisów, często łączących się w cykle. W czasie pandemii pisze już od niemal roku regularnie, najpierw w cyklu Z domowego aresztu, a teraz: Z wolnej stopy. Zaczął natomiast cyklem W górę rzeki, w którym pisał o swojej rodzinie: Pod prąd płynie się trudniej, niż z prądem, ale za to jaka radość z każdego przebytego metra, wiedzą o tym wszyscy, którzy biorą się za spisywanie wspomnień rodzinnych. Trzeci odcinek tego cyklu jest po prostu fantastyczny. Hampelbaude. Czytajcie.
Roman Brodowski natomiast przez wiele lat pisał dla nas zawsze w pierwszy piątek miesiąca. Czasem wiersze, czasem prozę. Był już doświadczonym autorem, a potem, nagle, stał się sławnym i wziętym bardem opozycyjnym. Trochę wtedy zapomniał o tym blogu, ale na szczęście potem sobie znowu przypomniał. I tak to jest, że z wpisów Romka muszę, ale po prostu muszę, przywołać aż trzy. Oto one: Górka, Nie oddamy naszej ziemi (to ten wpis, który mu przyniósł sławę i renomę) i Podróż wozem konnym przez Polskę.
Są też dwaj Mieczysławowie – MieczysławBonisławski (poznaliśmy się kiedyś osobiście, a było to tak: Juhuuu) i Mietek Węglewicz, z którym spotkaliśmy się lata temu podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela, a potem, wiele lat później, odkryłam, że pisze świetne wiersze i że wciągnęła go… Barataria (np. TU).
Natomiast najdziwniejszym autorem, który pojawił się na blogu jest oczywiście Marek Włodarczak, czyli Tabor Regresywny. Już nawet ksywkę ma niezwykłą, i o dziwo nie pochodzi ona od Żiżka i taborytów, tylko od tego, że Marek wędruje z taborem po polskich dróżkach, a ten tabor to budowane z odpadów przedziwne wozy i wózki, a że powstają z coraz mniejszej ilości materiału, to jest to tabor w stanie cofania się, czyli regresywny. Marek jest filozofem-wędrowcem. To bardzo mi bliski rodzaj człowieka. Nic więc dziwnego, że połączył nas przed przed czterema laty marsz do Aleppo. Byliśmy tego samego dnia w tym samym punkcie marszu, mianowicie pewnej zimowej nocy w morawskim Brnie. Spaliśmy w meczecie. Wcale się wtedy nie spotkaliśmy. Ja przyjechałam w nocy, on o świcie zabrał swój namiot na kółkach i odszedł. Ale jednak facebook odkrył, że możemy się znać i zaczął mi podrzucać przedziwne wpisy gostka o przedziwnej ksywce. Kiedyś zapytałam, czy mogę wziąć jeden taki na bloga. Pozwolił, wzięłam i tak to się zaczęło. Już w kilka dni później Marek przyjechał do Berlina, teraz, jak tylko zakwitną jabłonie, zamierza przyjść na piechotę, zbierając po drodze śmieci. A TU ja o nim.
Fajne historie, prawda? To pamiętajcie, moi kochani Czytelnicy (i Czytelniczki), i Wy możecie zostać ludźmi z bloga. Wystarczy coś napisać.
To pytanie w tytule postawione tak śmiało zajmowało mnie już raz lub dwa razy, kiedy próbowałam znaleźć odpowiedź na pytanie, co się dzięki temu blogowi wydarzyło, jaką więc miał siłę sprawczą?
Trudno mi się tu teraz wdawać w rozważania o tym, że formuła tego bloga zachęciła do pisania kogoś, kto nigdy nie pisał, komuś może przywróciła wiarę we własne działania, komuś zapełniła pustkę… To zbyt subtelne i niesprawdzalne. Niekiedy to, co tu pisaliśmy, zostało przedrukowane. Zawsze mnie to cieszy, zawsze daje satysfakcję, ale mimo to nie ma to jak książki i kontakty międzyludzkie. To najbardziej wzrusza, fakt, że czasem zgłasza się ktoś i to spotkanie zmienia bieg zdarzeń.
Zacząło się od tego, że moja siostra, Katarzyna Krenz i Julita Bielak, dwie autorki z poprzedniego mojego bloga, czyli słynnej Kury…, (ale i tu, bywa, piszą) wspólnie napisały książkę, do której punktem wyjścia był taki fragment mojego tekstu na owym blogu:
Była druga w nocy…
520 lat temu, 12 października 1492 roku marynarz z “Pinty”, jednego ze statków Kolumba, Rodrigo de Triana, jako pierwszy zaoczył z bocianiego gniazda brzegi nowego świata. Urodził się 1469 r. w Sevilli, miał więc 23 lata! Był pierwszym Europejczykiem od czasów Wikingów, który zobaczył Amerykę, a dokładniej wyspę Guanahani (San Salwador, dziś wyspa Watlinga) lub może wyspę Samana Cay. Zakrzyknął (ponoć) to, co zawsze się chyba woła w takich okolicznościach: ¡Tierra! ¡Tierra! Była druga w nocy.
I choć wiem, bo widziałam na własne oczy, to jednak wcale nie wiem, jak to się stało, że ten cały wpis o nocnym odkrywaniu nieznanego świata dwie moje współautorki, Katarzyna Krenz i Julicta Bielak, skróciły do zdania Była druga w nocy, a ono zainspirowało je do napisania wspólnej książki? I to ja byłam Pierwszą Przyczyną! – napisałam już na tym blogu (TU) w dniu, kiedy książka się ukazała. A tak naprawdę nie ja, tylko mój blog, na którym w komentarzach obie zaczęły żartobliwie budować sytuacje wokół tego jednego zdania, złożonego zaledwie z czterech wyrazów. Była druga w nocy.
To również jeszcze na “tamtym blogu”, czyli na owej Kurze…, pojawiła się kiedyś Wirginia Węglińska, która pracowała wtedy w Muzeum w Stutthofie i dzięki naszym wpisom odnalazła rodzinę Wiktora Lublinera-Ostrowskiego. Doprowadziło to do wydania jej książki o Wiktorze, wznowienia jego książki pt. Warszawiacy w Stutthofie oraz wydania opowiadań jego córki o ojcu, ale i o rodzinie w ogóle, a nawet jeszcze szerzej, o spotkaniach, podróżach, ba, nawet psach. A więc Wirginia Węglińska, Wiktor Ostrowski i Janina Kowalska.
Potem pojawił się Tomasz Fetzki, bez którego nie powstałaby moja książka o rodzinie Lublinerów. Ewa Lubliner, Lublinerowie.
Książka ukazała się wprawdzie dopiero w 2018 roku, ale zaczęłam ją pisać wiele lat wcześniej. Tomasz wprawdzie sam zamierzał napisać książkę o Eugenii Lublinerowej, czyli tej ślicznej osobie ze zdjęcia na okładce, która zasługuje na wielkie uznanie, gdyż była pierwszą w Polsce (we wszystkich zaborach) osobą, która (w roku 1906) założyła szkołę dla dzieci upośledzonych umysłowo (przedtem istniał tylko ewangelicki ośrodek opieki nad takimi dziećmi). Eugenia była moją prababcią, babcią Cioci Janki czyli autorki Białej apaszki i mamą Wiktora.
W trakcie pisania Lublinerów napisałam kolejną książkę opartą o wpisy na blogach, Nie umarłem / Ich bin nicht tot. Została ona wydana nakładem Stowarzyszenia Partnerstwo Miast ze Szczecinem przy finansowym wsparciu trojga członków Stowarzyszenia: Anne i Folkera Schmidtów oraz Wolfganga Hahna. Książka miała wyjaśniający podtytuł: Groby polskie w Berlinie i groby niemieckie w Szczecinie, a wydana została po polsku i po niemiecku. Część berlińską napisała Ewa Maria Slaska (czyli ja), część szczecińską Michał Rembas.
Teraz zaraz, za chwilę, ukażą się dwie następne książki “z bloga”. Ich autorkami są Joanna Trümner, Elżbieta Kargol i Krystyna Koziewicz. Już TU o tej publikacji pisałam. Polska wersja książki o Murze Berlińskim znajduje się właśnie w drukarni. Wersja niemiecka została już przetłumaczona i czyta ją recenzent. Potem pójdzie jeszcze do grafika i korektora, po czym też zostanie odesłana do drukarni.
Tym razem wydanie tych książek sfinansowało około stu przyjaciół zmarłej kilka miesięcy temu Joanny.
Osiem książek przez wiele lat pracy nad tym blogiem i jego poprzednikami, ale też zarazem osiem książek w pięć lat – pierwsza z nich ukazała się w październiku 2015 roku.
Odpowiedź nr 2: Ludzie ukaże się za trzy dni, 28 lutego
Vorgestern fand ich diese Bilder am Eingang zu meiner U-Bahn-Station Paradestraße. Ich wusste nicht, wer sie sind und worum es geht, aber ich wusste, dass ich im Internet selbstverständlich eine Erklärung finden werde. Am abend hatte ich keine Zeit, am nächsten Tag (dh. gestern) musste ich früh raus und auf Hermannplatz fand ich schon mehr.
Ach ja, natürlich, Hanau. Hanau vor einem Jahr. Mein Handy hat sich ausgeladen, ich nehme die Plakate vom Zaun ab und mit nach Hause. In der U-Bahn lese ich sie.
#HanauWarKeinEinzelfall Hanau. 1 Jahr nach dem rassistischen Terroranschlag WIR GEDENKEN 19. Februar KALOYAN VELKOV FATIH SARACOGLU SEDAT GÜRBÜZ VILI VIOREL PAUN GÖKHAN GÜLTEKIN MERCEDES KIERPACZ FERHAT UNVAR SAID NESAR HASHEMI HAMZA KURTOVIC
Erinnern heißt kämpfen, Erinnern heißt verändern!
Hanau war kein Einzelfall. Der Anschlag an die Synagoge in Halle, der Mord an Walter Lübcke in Kassel, die Morde und Anschläge des NSU – das alles waren kein Einzelfälle.
Rechte Terrornetzwerke werden von der Polizei, Justiz und Verfassungsschutz gedeckt oder unterstützt, oder sind schon Teil des Staatsapparates.
Polizei und Staat werden uns nicht beschützen! Das können nur wir selbst. Deshalb organisieren wir uns gemeinsam in unseren Kiezen und Nachbarschaften gegen Faschismus und rassistische Gewalt.
MIGRANTIFA WIR FORDERN ERINNERUNG GERECHTIGKEIT AUFKLÄRUNG KONSEQUENZEN
#RassismusTötet @migrantifabln V.i.S.d.P.:M. Cayan, Karl-Marx-Str. Berlin
Na ja, das erklärt Einiges, denke ich mir. Diese angesprayte Bilder in der UBahn, Plakate an den Zaunen und Wänden angeklebt mit Tesafilm und Post-Klebeband.
Ich komme nach Hause und finde, dass Büro der Berliner Ausländerbeauftragten mir (natürlich nicht nur mir) eine Erinnerung an Hanau auf dem Facebook zugeschickt hatte. Klar, die hartformulierten “Ausdrücke” von oben fehlen, bei dem Spot heisst es: Struktureller Rassismus, aber der Tenor…
Tag danach (dh. heute) gehe nochmals hin zu Hermannplatz und diesmal mache ich ein paar Fotos. Es sollte auch eine Demo statt finden, gibt sie aber nicht…
Rozmowa o książce odbyła się na zoomie w dniu 8 lutego 2021 roku. Brali w niej udział sami utytułowani naukowo ludzie i ja. Moderatorka, Iwona Dadej, zaprosiła czworo autorów (ten polski rodzaj niemęskoosobowy! trzy autorki, jednego autora!) i czworo czytelników (to samo 3+1). Byłam w tym gronie jedyną osobą pamiętającą dobrze PRL. Ale ponieważ jestem stara, to pamiętam nie tylko PRL, ale również czas, kiedy rozmowa oznaczała, że spotykają się ludzie i ze sobą rozmawiają, a to oznacza, że ktoś coś mówi, a ktoś inny już niecierpliwie wierci się na krześle, bo chciałby na to odpowiedzieć, ktoś przerywa, ktoś coś wtrąca niby na boku, ale tak, żeby wszyscy słyszeli, ludzie nawiązują ze sobą kontakt, myśli latają jak trzmiele na wiosnę, a moderator to nie jest Władca Czasu i Dostępu do Mikrofonu, tylko człowiek, który ma przedstawić kolejnego rozmówcę (a bogdaj to, sami możemy to zrobić!) i zadbać o wypełnienie luki, gdyby nagle się okazało, że nikt nic nie ma do powiedzenia i zapada głucha (głupia) cisza. Choć i tak trzeba przyznać, że nasza regentka robiła, co mogła, żeby jej władza była jak najmniej dokuczliwa. Tym niemniej i ona nie mogła nic zdziałać przeciw “reżimowi” takiej rozmowy AD 2021.
No więc nie było rozmowy, tylko wystąpienia i statementy. Szkoda, bo ja bym chętnie porozmawiała tak naprawdę, szczerze i od serca z autorami tej książki. Powiedziałabym, co myślę i tak długo bym ich dręczyła, aż bym wymusiła na nich sensowne odpowiedzi i nie musiałabym się zadowalać akademicką gładką nowomową, wygłaszaną przez ludzi, którzy połknęli kij (no, nie wszyscy – pani Barbara na pewno nie połknęła kija) i przez to zapomnieli, jak się uśmiechać, przejmować i angażować w temat. Tak się zachowywała tylko mieszkająca (przebywająca) w Szwecji Białorusinka – Olga Sasunkiewicz. Ale tak poza tym było tak, jak zawsze, już od dawna, a nie tylko w czasach pandemii, był akademicki dyskurs, w którym wszyscy wszystkich chwalą i wszyscy są z siebie zadowoleni.
Przygotowałam sobie uprzednio notatki, na wypadek, gdybym zapomniała języka w gębie. Nie były mi potrzebne, pamiętałam dobrze, co chcę powiedzieć, powiedziałam znacznie mniej niż chciałam i dostałam następującą odpowiedź zbiorczą, wygłoszoną cztery razy, bo udało mi się zadać cztery pytania: mieliśmy inne założenia, nie chcieliśmy tego uwzględniać, ale może szkoda, bo może dobrze by było. Aha. W dwóch wypadkach odpowiedź uzupełniło stwierdzenie: nie mogliśmy tego uwzględnić, bo nie ma na ten temat badań! Jak to nie ma badań?! Czy ośmioro naukowców nie odczuło wstrząsu po takiej wypowiedzi? Nie ma badań! To trzeba je było zrobić, albo odważnie sformułować tezy-hipotezy bez badań cząstkowych. OmG, nauka była kiedyś cudowną przygodą myślącego umysłu, który mógł się zająć wszystkim, czym chciał, a teraz jest żmudnym zbieraniem materiałów, mrówczym przeprowadzaniem badań, kolekcjonowaniem punktów i wymuszonym (!) odpisywaniem od innych. Bo jak inni nie zrobili badań, to nie ma czego cytować, a zatem nie możemy na ten temat pisać?
Nie pierwszy to raz, że rozpacz mnie ogarnia w obliczu tego, czym stała się nauka. Już o tym pisałam. Na przykład TU. Albo TU. I TU. I nie pierwszyto raz, że sama siebie z zachwytu klepię po ramieniu, że udało mi się uniknąć pułapki, jaką jest wysoka nauka akademicka. A mogłam byłam była (bymbyłabyła), pracowałam na uczelni, rozpoczęłam pisanie pracy doktorskiej i… ogarniało mnie przerażenie na myśl, że teraz TAK będzie wyglądało moje życie. A przecież 45 lat temu nauka była jeszcze cudownie wolna w porównaniu z tym, czym się stała dzisiaj. Bo cóż tak naprawdę ograniczało naukowca w Polsce w pierwszej połowie lat 70?
Tylko Komuna! Phi!
Niech żyje nauka niska! nauka z rozmów i przemyśleń, tradycji i intuicji, odwagi i samodzielnego myślenia! A oto moje notatki, sporządzone przed spotkaniem zoomowym. Nie obejmują one wszystkich zagadnień, w końcu wiadomo było, że to spotkanie potrwa dwie godziny, a na pewno będzie musiało się wpowiedzieć osiem osób i ewentualnie jacyś słuchacze:
Co mi się podoba, to fakt, że powstało kompendium, obszerne, napisane wartkim językiem, interesujące. Gratuluję!
Podoba mi się też wyjściowa teza, że obraz sytuacji kobiet w PRL stworzony po roku 1989 był uproszczony i pełen luk.
Ale niestety to, co Państwo stworzyliście, jest też uproszczone i ma braki. A szkoda, bo przez następne kilkadziesiąt lat Wasza książka będzie czytana i cytowana wszędzie na świecie, gdzie badacze się zajmują sytuacją kobiet w PRL, a brakuje w niej wielu ważnych spraw i ludzi.
Posłuchajmy tej listy nazwisk:
Maria Janion Agnieszka Holland Krystyna Janda Wisława Szymborska Kora Jackowska Magdalena Abakanowicz Ewa Demarczyk
To były najważniejsze kobiety PRLu! To były nasze wzory zachowań, wyglądu, walki, odwagi cywilnej. Nie Zofia Grzyb, tylko Janion, Holland, Janda! Tych kobiet nie ma w tej książce. Listę można wydłużyć: nie ma Nałkowskiej, Dąbrowskiej, Kuncewiczowej, nie ma rysowniczki Mai Berezowskiej, która zmieniła nasze widzenie erotyki kobiecej. Nie ma pisarek z okresu transformacji, które zapoczątkowały tzw. literaturę menstruacyjną w Polsce i które opisywały widzianą przez kobiety rzeczywistość PRL, a zatem nie ma też jednej z nich, czyli Olgi Tokarczuk.
Nie ma Krystyny Jandy, której rola w filmie Człowiek z marmuru (1977) stała się wzorem wszystkich młodych nowoczesnych kobiet. To od niej uczyłyśmy się bezkompromisowej postawy, która już kilka lat później okazała się tak potrzebna podczas strajków 1980 roku. Ale nie ma też filmu Agnieszki Holland Kobieta samotna (1981), która ukazała tak straszny ciężar bycia kobietą w PRL, że każda z nas skłonna była na klęczkach dziękować za to, że ją spotkał jednak inny los.
To mogłoby nie mieć znaczenia w pracy naukowej, gdyby nie fakt, że sami Państwo piszecie, że sięgacie do „tekstów kultury popularnej, filmów, przedstawień plastycznych, beletrystyki“ (str. 16 i 17). I gdyby nie fakt, że akurat TE kobiety były wzorcami dla kolejnych pokoleń Polek w PRL. Nie piszecie o nich, nawet ich nie cytujecie!
Nie piszecie o religii i roli kościoła, no bo… nie piszecie. To samo o problematyce homoseksualnej – bo nie.
Uzasadniacie to tym, że każdy rozdział książki jest propozycją autorską i że te braki to wasze „przemyślane decyzje“ – w trakcie rozmowy dowiedziałam się jeszcze, że… nie ma badań!
Niestety te braki świadczą albo o nieznajomości sytuacji w PRLu, albo (choć nie chce mi się w to wierzyć!) o podporządkowaniu Waszej wizji, obowiązującym założeniom współczesnej narracji historycznej AD 2020. Bo jak inaczej wytłumaczyć nieobecność choćby tych czterech najważniejszych kobiet z mojej listy: Janion, Holland, Janda, Tokarczuk? Czy to przypadek, że akurat wszystkie cztery są, czy były, twarzami protestu obywatelskiego przeciwko kolejnym decyzjom obecnej władzy?
To jednak niestety nie wszystkie braki:
1/ Z rozdziału o aborcji czytelnik nie dowie się nawet, od kiedy aborcja w PRL była legalna (a była legalna w latach 1956 – 1993). I oczywiście szkoda, że nie ma tu odniesienia do tego, jak dramatycznie problem aborcji wygląda w roku 2020 i 21.
2/ Brakuje rozprawienia się z popularną na Zachodzie teorią, że w Polsce nie było tzw. drugiej fali feminizmu w latach 60 i 70 – konieczna byłaby konkretna teza – była druga fala, tylko się tak nie nazywała!
3/ Przesadnie opieracie się na badaniach anglojęzycznych, które mówią o Europie Wschodniej i Polsce w kontekście Związku Sowieckiego.
4/ Nie ma osobnego rozdziału o kobietach jako inspiratorkach, twórczyniach i odbiorczyniach kultury.
5/ Zbyt intensywnie omówiona została Liga Kobiet, co zmienia w oczach Czytelnika jej funkcję w życiu społeczno-politycznym PRL.
6/ Niejednolity język – zwłaszcza w sprawie feminitywów i neologizmów
7/ Wspaniałe wprowadzenie nt. gender, ale dlaczego nie ma tam ani jednego słowa nt. tego, co w Polsce się stało z tym terminem i w jaki wstrętny sposób został wykorzystany? I to akurat w czasie, kiedy Państwo pisaliście tę książkę.
8/ No i dwa zwyczajne głupstwa:
Napisaliście, że internowane w Gołdapi chwaliły sobie internowanie, bo mogły odpocząć! No halo!? Naprawdę?
I na koniec perełka bezsensu z rozdziału “Uroda”: twaróg produkuje się z serwatki!
Nie proszę Państwa, twarogu NIE produkuje się z serwatki, serwatka jest produktem ubocznym produkcji twarogu! I każdy człowiek zajmujący się PRL musi to wiedzieć, bo twaróg był obok ziemniaków i cebuli jednym z najważniejszych środków spożywczych w Polsce! I każdy w PRL-u umiał domowym sposobem wyprodukować twaróg ze zsiadłego mleka (teraz się nie da).
Powiecie – nieważne głupstwo! Tak, zapewne, ale jeżeli w takim głupstwie nie wiecie, o czym naprawdę piszecie, to dlaczego mamy Wam wierzyć w sprawach poważniejszych niż twaróg i serwatka!?
W worku jest ser biały, czyli twaróg, w garnku to, co odciekło, czyli serwatka 🙂
Kiedy ją kupowałam w sklepiku ze starociami, porcelanowa patera była stara, ale cała. Nim doniosłam ją do domu, uszko plastikowej torby urwało się ni stąd ni zowąd, torba spadła na chodnik i patera się nadtłukła. Do domu doniosłam potłuczony antyk w porwanej torbie. Nie byłam szczęśliwa, nie znoszę tłuc i niszczyć, nie lubię nadtłuczonych filiżanek i talerzy i zwykle je wyrzucam, żeby o nich szybko zapomnieć. Patera z nadtłuczonym brzegiem stała się smutnym wspomnieniem tamtej chwili satysfakcji, kiedy wypatrzyłam ją pośród wielu innych przedmiotów.
Foto: Kasia
Takie nie-lubienie zniszczonych przedmiotów to, naturalnie, zadawniona trauma, w tym kraju (TYM Kraju), w pełni uzasadniona, niemały w tym udział miały przemarsze wojsk wszelakich formacji i narodowości: tureckich, szwedzkich, napoleońskich, rosyjskich, pruskich, austriackich, niemieckich, sowieckich (lista jest nieskończenie długa) – wszyscy wiemy, po takich przejściach z rodzinnych serwisów, misek i salaterek niewiele pozostawało. Podobnie „na pierwszy ogień” szły witraże. I drewniane rzeźby.
A więc patera. Obłupaną, ustawiałam tak, żeby nie było widać, czego jej brak. Owoce układane w piramidy też pomagały. Nie pamiętam, jak to się stało, że pewnego dnia w polu mojej wiedzy o świecie, czytaj: o naszym życiu w perspektywie Europy, pojawiła się perspektywa Japonii. Kintsugi! Kintsugi czyli starodawna sztuka naprawiania ceramiki: 金継ぎ (“złote złączenie”), znane także jako kintsukuroi 金繕い (“naprawiać złotem”).
Foto: Kasia
Podobno… Początki stosowania kintsugi sięgają XV wieku, kiedy to siogun Yoshimasa Ashikaga stłukł swoją ulubioną chińską miseczkę do herbaty. Gdy miseczka wróciła z naprawy w Chinach nie był zadowolony: skręcona metalowymi obejmami, zatraciła elegancję linii, lekkość formy. Wtedy pojawił się pomysł, by zamiast metalowych obejm, zastosować żywicę, a linię sklejenia zaznaczyć szlachetnym metalem: srebrem, złotem platyną. Metoda wzbudziła taki zachwyt, że byli tacy, którzy celowo rozbijali cenne sztuki ceramiki, aby można je było naprawić złotymi szwami kintsugi.
Kintsugi jako Sztuka Sklejania Życia. Japońska filozofia wabi-sabi uczy nas zachwytu nad tym, co kruche, codzienne i niedoskonałe, ceni ślady wynikające z użytkowania przedmiotu. Trwałe, wieczne i doskonałe jest tylko wtedy, gdy ustawimy przedmiot w muzealnej gablotce. A nasza codzienność jest właśnie taka: ruchliwa, łamliwa i przez to niedoskonała. Ale jest. I jest naszym życiem. Ślady napraw i sklejania stają się podporą naszej pamięci. Ilekroć układałam owoce na mojej paterze, myślałam o tamtym dniu, kiedy ją kupiłam. A teraz ją skleję i ślad sklejenia podkreślę złotą farbką. Ku pamięci. A ponieważ, w zgodzie z myślą o „przemijaniu postaci tego świata”, tak naprawionemu przedmiotowi tradycyjnie przypisuje się większą wartość artystyczną, niż posiadał on przed zniszczeniem, moja naprawiona patera nabierze nowego znaczenia. I nowej treści.
Za co dziękuję mojej Siostrze.
A jak już skleję paterę, wtedy zajmę się Sashiko (刺し子, lit., “little stabs” „małe ściegi”) – sztuką cerowania.
Materia naszego życia. Krucha – jak ludzkie życie.
Ewa Maria Slaska
Materia naszego życia, napisała moja Siostra. Krucha – jak ludzkie życie.
Krucha, łamliwa, delikatna, ale jak ją skleimy złotem, staje się mocna, może stawić czoło wichrom historii.
Gdy moja Siostra powiedziała, że marzy o Kintsugi, uświadomiłam sobie, że właśnie niedawno widziałam takie złote sklejenie, takie, które nie udaje, że nie ma rany, tylko przeciwnie – właśnie ją podkreśla. Zdjęcie zrobił Konrad, pewnego grudniowego wieczora w Berlinie. Poprzedniego dnia miasto przypomniało rocznicę ataku terrorystycznego, jednego z tych, jakie przed kilku laty wstrząsały Europą. Paryż, Marsylia, Kopenhaga, Londyn, Berlin, Sztokholm, Bruksela, Nicea.
Foto: Konrad
Pamięć o tragedii, która się tu wydarzyła przed czterema laty, 19 grudnia 2016 roku, została sklejona złotym metalem.
Był to największy atak terrorystyczny w Niemczech. Anis Amri, 24-letni Tunezyjczyk, członek organizacji bojowej ISIS (Państwo Islamskie) wzorował się najprawdopodobniej na ataku w Nicei pięć miesięcy wcześniej.
Amri porwał na parkingu 40-tonową ciężarówką Scania (był to tzw. ciągnik siodłowy z naczepą) na polskich numerach rejestracyjnych, zabił kierowcę i wjechał na teren Jarmarku Bożonarodzeniowego w centrum Berlina, na Breitscheidtplatz, tuż koło słynnego Kościoła Pamięci. Ciężarówka staranowała tłum ludzi i stoiska. W ataku zginęło 11 osób oraz ów Polak, Łukasz Urban, kierowca ciężarówki. 67 osób było rannych. W doniesieniach prasowych dziennikarze pisali, że ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie bohaterska postawa Polaka, który próbował powstrzymać terrorystę i spowodował, że nie udało mu się wjechać w głąb jarmarku.
Amri przyjechał do Niemiec w lutym tego roku i zarejestrował się w Berlinie jako uchodźca. Generalnie w Niemczech uważa się, że jego zamach w Berlinie zakończył zainicjowaną przez kanclerz Merkel rok wcześniej przychylną uchodźcom politykę “Damy radę”.
Foto: Konrad
Konkurs na upamiętnienie ofiar ataku ogłosiły władze Berlina w rok po zamachu. Wygrał projekt berlińskiego Biura Architektonicznego Merz / Merz, pilotowany przez dyrektora artystycznego biura, Pabla von Frankenberg. Na pomnik składa się 12 fragmentów białych stopni wmontowanych w szare schody wiodące z ulicy do Kościoła Pamięci. Prostą czcionką na każdym stopniu zapisano nazwiska ofiar w porządku alfabetycznym, a obok kraj ich pochodzenia. Jarmark Bożonarodzeniowy na placu koło Kościoła Pojednania to miejsce masowo odwiedzane przez turystów z całego świata, wśród ofiar było więc wielu cudzoziemców. W poprzek stopni i na skos przez plac wiedzie szczelina o długości 14 metrów, połączona zaprawą, pokryta złocistym metalem – stopem metali szlachetnych i półszlachetnych, w tym złota. Zamach zadał nam jako społeczeństwu symboliczną ranę, mówi von Frankenberg, ranę która musi się zagoić. Zaproponowałem tu starą japońską technikę Kintsugi, która pozwala leczyć rany, ale nie próbuje ich ukryć, jest zatem stałym przypomnieniem. Złoto użyte do “gojenia” ran przeszłości jest metalem, który nie koroduje, przez co od tysięcy lat jest w wielu kulturach i religiach na świecie uważane za nosiciela magicznej mocy.
Ela Kargol bywa teraz często na Moabicie, o czym wczoraj pisała. To dzielnica, którą bardzo lubię. Mieszkałam kiedyś dość długo w domu niemal naprzeciwko więzienia Moabit, a przedtem jeszcze, na samym początku mego pobytu w Berlinie, bywałam często u Marii Kureckiej-Wirpszowej, która miała mieszkanie w przylegającej do więzienia kamienicy na ulicy Alt-Moabit, (bodaj czy nie numer 22?). Mąż pani Marii, Witold Wirpsza, był znanym opozycjonistą z lat 70 i 80. Oboje byli rodzicami Leszka Szarugi i to on mnie przedstawił swojej mamie. Gdy zaczęłam bywać u pani Marii, Wirpsza już nie żył, ale pamiętałam go z Polski, przede wszystkim z powodu słynnej książki, którą wszyscy po prostu pożeraliśmy – Polaku, kim jesteś? Wirpsza napisał kiedyś wiersz o tym, jak wychodzi z domu i on, człowiek, dla którego tak ważna była wolność, idzie na spacer wzdłuż więzienia.
Ela fotografuje Moabit i znalazła tam mural z biednym poetą, który dziwnie pasuje do moich wspomnień o dzielnicy Moabit, a może, zwłaszcza, do mojej pamięci o Witoldzie Wirpszy i Marii Kureckiej. Oboje byli przecież “biednymi poetami”.
Zapraszam na wędrówkę tropem biednego poety. Od razu powiem, to postać symboliczna, obraz nie oznacza (a w każdym razie nie musi oznaczać), że kiedyś poeci żyli aż w takiej nędzy. Choć jeśli przypomnimy sobie choćby Sceny z życia Cyganerii we Francji (tu o tym piszę), to możemy przypuszczać, że i w Niemczech nędza artysty nie była mniej dotkliwa.
Mural na Moabicie, styczeń 2021
Mural in Moabit, Seydlitzstraße, Januar 2021
Foto: Ela Kargol
Mural jest już tu od kilku lat, bo znalazłam w sieci zdjęcie z roku 2015.
Original, Der arme Poet / Oryginał, Biedny poeta /Original, The poor poet
Carl Spitzweg (1808-1885)
1839 Neue Pinakothek München / Monachium / Munich
The best known and most popular painting in Germany / Najbardziej popularny obraz niemiecki i najlepiej znany obraz w Niemczech / Das bekannteste und beliebteste Bild in Deutschland
I przy okazji przypomnienie, że kilka dni temu obchodziliśmy 213 rocznicę urodzin autora obrazu.
Famous figures re-constructed with playmobil / Słynne postaci zrekonstruowane za pomocą klocków playmobil / Bekannte Figuren rekonstruiert mit Playmobil
1976 entführte der Performancekünstler Ulay das Spitzweg-Gemälde “Der arme Poet” aus der Neuen Nationalgalerie. Ulay, eigentlich Frank Uwe Laysiepen, spazierte am 12. Dezember 1976 in die Neue Nationalgalerie, reißt Carl Spitzwegs Gemälde “Der arme Poet” (1839) von der Wand und rennt los. Durch die Feuertür entkommt er, rutscht aber vor dem Museum aus. Einer der Wachmänner hält ihn an der Jacke fest: “Jetzt haben wir ihn!“ Doch Ulay kann sich losreißen und springt in seinen schwarzen Citroën. Mit höchster Vorsicht vor Taxifahrern, die nicht selten die Polizei informieren, fährt der Wahl-Amsterdamer nach Kreuzberg. Dort parkt er den auffälligen Fluchtwagen und stapft durch den Schnee – das Biedermeier-Original unter den Arm geklemmt. Ulays Ziel: die Wohnung einer türkischen Gastarbeiterfamilie. Dort platziert er den armen Poeten einfach über dem Sofa im Wohnzimmer.Für die Medien der 70er-Jahre war der Kunstraub ein gefundenes Fressen. Die Bild schrieb “Linksradikaler raubt unser schönstes Bild”, die Berliner Zeitung “Irrer raubte in Berlin das weltberühmte Spitzweg-Gemälde”. Dass das Kunst war, verstand offensichtlich keiner. Und das, obwohl der Aktionskünstler zuvor europaweit sowohl Presse als auch Kunstinstitutionen mit einem Brief informiert hatte. Auch der sofortige Anruf bei Dieter Honisch, damaliger Direktor der Neuen Nationalgalerie, schützte Ulay nicht vor der U-Haft und einer Geldstrafe.
Dokumentiert wurde die gesamte Aktion vom Kameramann Jörg Schmidt-Reitwein, der Ulay mit einem Van folgte. Im Museum machte die Künstlerin und damalige Lebenspartnerin Ulays, Marina Abramović, heimlich Aufnahmen. Der Berliner Galerist Mike Steiner übernahm die Finanzierung des Videos “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst” sowie den Schnitt – zusammen mit der Fernsehregisseurin Wilma Kottusch. Ulay hat seine Motive klar formuliert: Angeblich war der Künstler schockiert darüber, dass eines von Hitlers Lieblingsbildern in einem zukunftsorientierten Museum Westberlins hing. Tatsächlich war der Kunstraub aber nur ein Teil der Aktion “Da ist eine kriminelle Berührung in der Kunst”.
In English:
Ulay (Frank Uwe Laysiepen, b. 1943), a German artist, based in Amsterdam and Ljubljana, is photographer, performance artist (collaborating f.e. with Marina Abramović). His work continuously deal with politics, identity and gender.In 1976 Ulay decided to steal the painting ‘Der arme Poet’ (The Poor Poet) (1839) by Carl Spitzweg, which was said to be Hitler’s favorite painting, from the Neue Nationalgalerie (New National Gallery) in Berlin. After he succeeded in getting the painting out of the museum, Ulay drove – with the museum guards at his heels – to Kreuzberg, which was known as a ghetto for immigrants. Here, Ulay ran through the snow with the painting under his arm, first to Haus Bethanien (now Kunstquartier Bethanien) and then to a Turkish family living in Muskauerstraße, who had agreed to let him shoot a documentary film in their home – however unaware that it involved a stolen painting. Before entering the family’s home, the artist called the police from a phone booth and asked for the director of the museum to pick up the painting. He then hung up the painting in the home of the family “for the reason to bring this whole issue of Turkish discriminated foreign workers into the discussion. To bring into discussion the institute’s marginalization of art. To bring a discussion about the correspondence between art institutes from the academy to museums to whatever.” Marina Abramović photographically documented the entire action, while Werner Herzog’s former cameraman Jörg Schmidt-Reitwein recorded the action from a vehicle following Ulay’s van. It was a part of the project “criminal touch to art”.