Czytam, a właściwie niewiele czytam, ale za to dyskutuję o różnych snach, jakie mieliśmy my, pokolenie Solidarności kiedyś i może o tym, czy i jakie sny mamy teraz. To się okaże. Dyskutujemy po niemiecku, jeśli będą czytała, to raczej też po niemiecku, ale tak pomyślałam, że może zachęcę was do przyjścia, posłuchania i kupienia książki po polsku – bo ona się wprawdzie niedługo ukaże po niemiecku, ale przez siedem lat, od roku 2018 do roku 2025 pisałam ją po polsku i ukazała się też po polsku.
https://instytutpolski.pl/berlin/2026/05/12/die-vielen-traume-der-solidarnosc-generation




Zdjęcia: Ela Kargol i Kasia Masalska
A na zachętę publikuję tu fragment pierwszego rozdziału. W książce rozdział jest dłuższy i ma tytuł Gdańsk, ale tu prezentuję fragment, nazywany przeze mnie i innych Nosorożec, Miszczkrika i salceson.
Bohaterami powieści są Stefan (Stefek, Steve) Karol Sęp-Szarzyński, który urodził się 17 września 1947
roku i Barbara (Basia, Bianka) Gruba (Grubba), urodzona 23 maja 1949 roku.
Oboje dorastali w Gdańsku. Stefan we Wrzeszczu, Basia na Oruni. Chodzili do tej samej szkoły, do Jedynki w Gdańsku obok wejścia do Stoczni Gdańskiej, wówczas i długo jeszcze potem – imienia Lenina.Te informacje osobom z Trójmiasta od razu dużo mówią. Stefan był z “lepszej” rodziny, ale to Basia miała ambicje.
Szarzyńscy mieszkali w poniemieckiej willi we Wrzeszczu, nieopodal Politechniki, a choć nie należała do nich, to jednak zajmowali całe pierwsze piętro, a z tyłu za domem mieli ogród, gdzie kwitły lilie smolinosy i tygodniami dojrzewał na krzakach twardy zielony agrest, który potem nagle w słoneczne letnie dni czerwieniał i pękał z nadmiaru
słodkiego soku. Między dwoma drzewami czerwonego głogu wisiała huśtawka. Rodzice Stefana mieli telefon, a Stefan i Marek, jego starszy brat, mieli swoje pokoje, co w owym czasie było wielką rzadkością, bo dzieci z reguły „trzymało się” w jednym pokoju. Mama twierdziła jednak, że własny pokój jest podstawą prawidłowego rozwoju indywidualności
młodego człowieka i gdy chłopcy byli w połowie podstawówki, mieszkanie przerobiono tak, by każdy z nich miał swoją, małą i ciasną, ale własną dziuplę.
Basia mieszkała z mamą i starszą siostrą Asią w jednym pokoju, lekcje odrabiała w kuchni przy stole nakrytym ceratą, pod blaszaną lampą. W mieszkaniu Stefana była łazienka, Basia myła się w miednicy. Gdyby nie Komuna, nigdy by się pewnie nie spotkali. I klasowo, i geograficznie byli z innych światów. Ojciec Stefana przyjechał z Warszawy, mama z Krakowa, gdzie ukrywała się przez całą wojnę w Muzeum Uniwersyteckim. Ale dlaczego się ukrywała, tego Stefan nie wiedział i chyba go to w ogóle nie interesowało. Była wojna i Niemcy byli okrutni, to właściwie starczało za wyjaśnienie wszystkiego, również ruin, nędzy i braków. Mama ukrywała się w Muzeum Fizjograficznym Polskiej Akademii Umiejętności, które po wojnie przemianowano na uniwersyteckie. Mama i Karusia, jej ciotka kiedyś tam pojechały. Muzeum mieściło się wówczas przy ulicy Sławkowskiej 17.
Mama opowiedziała mu, że przez wiele miesięcy spała z nosorożcem.
Stefan myślał, że to żart, ale nie. Po latach dowiedział się, że chodziło o nosorożca włochatego ze Staruni. Nosorożec miał 30 tysięcy lat i został sprowadzony do muzeum w roku 1929. Zasadniczo mama mieszkała w pokoiku w piwnicy, ale pewnej zimy szczury zaczęły nadgryzać nosorożca i wtedy mama oraz muzealna kotka, Królowa Karolina, nazwana tak przez mamę na cześć ciotki Karusi, przez jakiś czas nocowały w sali z nosorożcem. A właściwie z nosorożczycą, bo to była młoda, trzyletnia samica.
Basia zapytała kiedyś Stefana, czy może i oni pojadą do tego muzeum, ale jakoś nigdy do tego nie doszło. To zresztą wcale nie jest już to samo muzeum, a też inaczej się nazywa i ma inny adres, powiedział Stefan. Ale nosorożec wciąż jeszcze jest.
Z tym nosorożcem to była ciekawa sprawa, bo był to, i nadal jest, jedyny na świecie kompletny egzemplarz wymarłego gatunku nosorożca (Coelodonta antiquitatis) z epoki plejstocenu. Kompletny to znaczy z zachowanym szkieletem i tak zwanymi „częściami miękkimi”: wnętrznościami, mięśniami, skórą. Starożytny zwierzak został odkryty na Ukrainie (dziś by się powiedziało „w Ukrainie”), w kopalni głębinowej ozokerytu czyli wosku ziemnego na terenie wsi Starunia koło
Stanisławowa. Unikalna fosylizacja tego okazu była możliwa dzięki konserwującym właściwościom wosku ziemnego i soli kamiennej. Nosorożca przywieziono do Krakowa w grudniu 1929 roku, tuż przed Gwiazdką.
Ale teraz naprawdę to już nie jest prawdziwy nosorożec, powiedział Stefan, który kiedyś podczas praktyki studenckiej mieszkał przez miesiąc w Krakowie i poszedł obwąchać sprawę nosorożca. Znaleziono wprawdzie rzeczywiście całe ciało, ale w muzeum zostało podzielone i pokazuje się je na kilka różnych sposobów. Konserwacji nosorożczycy dokonał rzeźbiarz-preparator, Franciszek Kalkus. Skórę zdjęto, a następnie założono na przygotowany model zwierzaka, a szkielet oddzielono od mięśni i części miękkich, które zakonserwowano oddzielnie. Sporządzono także formę do wykonywania gipsowych odlewów zwierzęcia. Wypchany okaz z oryginalną skórą, słoje z częściami miękkimi, model gipsowy w pozycji znalezienia oraz skamieniałości towarzyszące zostały udostępnione do zwiedzania w Muzeum Fizjograficznym PAU w czerwcu 1930 roku. Natomiast szkielet został zaprezentowany dopiero w roku 1948.
Znalezienie tych informacji nie było nawet specjalnie trudne, bo cała procedura została szeroko opisana w prasie.
W czasie okupacji władze niemieckie zarządziły sporządzenie odlewów imaginacyjnych, przedstawiających nosorożca w pozycji stojącej.
Mama Basi pochodziła z Matemblewa i była Kaszubką. Tata przyjechał ze Wschodu, z wioski o niemożliwej do wymówienia nazwie Miszczkrika.
Miszczkrika.
Stefan myślał, że Miszczkrika to taki sam żart jak nosorożec, ale i to nie był żart. Miszczkrika to niewielka wioska na Wileńszczyźnie, w powiecie Święciany, położona nad rzeką Żejmianą. Od późnej wiosny do wczesnej jesieni na Żejmianie odbywały się spływy kajakowe. Na rzece kwitły lilie wodne, co Basi się potem już nieodmiennie kojarzyło z
Marcelem Proustem i spacerami w Combray nad rzeką Vivionne, czyli „w stronę Swanna”. Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna,
Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi.
Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak dziwnie ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy.
Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.
W Berlinie Stefan usłyszał od Ewy, że ulubioną potrawą ówczesnego kanclerza Niemiec, Helmutha Kohla, był Saumagen, czyli świński żołądek napakowany mięsem, zalany galaretą z nóżek i sprasowany, co chyba było
opisem tego, jak powstaje salceson, i że jest to pyszne jedzenie, do którego używa się najdelikatniejszego mięsiwa. Może i tak, pomyślał Stefan, ale polski salceson z lat 60 był pełen świńskiej skóry, uszu i chrząstek. Ewa
jednak tego nie wiedziała, bo Ewa już w liceum była jaroszką i nie mogła się wypowiadać na temat smaku mięsa.
No i co z tego, powiedziała mu wtedy, ale mimo to mogę się wypowiadać na temat przyrządzania mięsa.
W Matemblewie była kaplica Matki Boskiej Brzemiennej. Kiedy Stefan i Basia kupili pierwszy samochód – niebieskiego malucha – Basia była w ciąży, Stefan zaproponował więc, żeby na pierwszą przejażdżkę pojechali do Matemblewa. Najpierw odwiedzili mamę i tatę Grubów na Oruni, potem pojechali babci i dziadka do wioski Matemblewo, a potem do
kaplicy. Był maj 1971 roku. Nad strumieniem w lesie matemblewskim kwitły żółte kosaćce.
To czary, gusła i zabobony – powiedział Stefan, gdy stanęli przy kapliczce i Basia położyła przed Matką Boską bukiet łąkowych kwiatów, zebranych za strumieniem. Ale ponieważ mówiąc to, Stefan uśmiechnął się szeroko, całe przedsięwzięcie zostało wzięte w cudzysłów i przestało być nabożnym kiczem, a stało się poststudencką celebracją faktu, że mają samochód i prawo jazdy, i mogą sobie pojechać, dokąd chcą.
