…tak se gramy po festynach

Autor wpisu sprzed tygodnia o tym, co się zdarzyło (i nadal zdarza) w śródmieściu pewnego dużego polskiego miasta (TU). Tym razem jako autor piosenek.

Szymon Dominiak-Górski

Ja (czyli ten po prawej) i ten w głębi sceny (Michał Kłos – basista) gramy na gitarach zrobionych przez mojego przyjaciela Jacka Kobylskiego, który struga takie gitki pod nazwą Nexsus. To legenda polskiej sceny – ten od Nexusa oczywiście 😉 Na jego wiosłach grają wszyscy znani basiści (a jak nie grają, to przynajmniej słyszeli o tym lutniku). Ten ciemnobrązowy bas jest zrobiony z hebanu  – nie ma takiej drugiej gitary. 

Drugi gitarzysta, Marcin (po lewej stronie sceny), odszedł z kapeli; gra na Gibsonie SG (ale chyba nie oryginalnym). Garowy – Marek Radkowiak gra ze mną od 30 lat – strasznie się kłócimy. No i na wokalu Monika Jar. Świetny głos, choć mało rockowy – to żona generała Korpusu NATO ze Szczecina z Niemiec. Fajni ludzie 🙂  

Te piosenki pisałem jakieś 30 lat temu (są też nowe oczywiście). Są zbyt liryczne na muzykę rockową i zbyt rockowe na poezję śpiewaną czy coś tam ;), więc tak se gramy po festynach. Często do pustej widowni. Mamy radochę, bo to fajne. Mieliśmy, bo po pandemii nie wróciliśmy do prób.

Wysłane z iPhone’a

Pisane na kanapie 

W lovcie
 
w lovcie
w pokoście
po kostki 
w nagości
zapodziani 
na bani
piliśmy odurzenie 
o smaku malin 
 
palce błądziły 
na oślep 
skrwawione 
 
bit złośnik huczał basem
już dawno uschły kwiaty
 
krwawe guzy
na bongu
wygrzewał mózg chory
 
duszno było od złudzeń
któreśmy milcząc ssali
a jęk tylko wówczas 
wybuchał w otchłani
gdym kłamał sam sobie
że o to właśnie chodzi

Pokolenie Solidarności (7)

Ewa Maria Slaska

Eli

Muzyka (1966)*

Na wakacje się jeździło nad morze, do Jastarni, Kuźnicy, Juraty. Zasadniczo miałoby większy sens, gdyby dzieci znad morza jechały w góry, ale tak nie było. Kolonie dla dzieci szkolnych z Trójmiasta organizowano też nad morzem. A gdy Basia, już w liceum, zamiast na kolonie jeździła na obozy harcerskie, wyjeżdżali zawsze na Kaszuby. Dopiero pod koniec liceum, gdy Basia zaczęła jeździć autostopem, zobaczyła Mazury, Puszczę Białowieską, Tatry, Bieszczady i Góry Świętokrzyskie.
Komunistyczna rzeczywistość była szara i przaśna, młodzi ludzie posiadali niewiele, ale na szczęście dorastali już w czasach postalinowskich, w związku z tym mieli jednak jakieś kino, jakieś książki, również te z Zachodu, jakiś teatr i przede wszystkim muzykę. Muzyka była bardzo ważna, bardziej niż książka, a nawet niż kino była przepustką do kolorowego świata i romantycznych uniesień. Radio tranzystorowe, magnetofon, adapter, szafa grająca w kawiarni, ale przede wszystkim jednak muzyka na żywo: jazz w klubie, pop na zabawie ludowej, orkiestra na dansingu. No i wszyscy sami śpiewali przy gitarze, albo grali na fortepianie. Od roku 1961 były już koncerty w Non Stopie w Sopocie, pod płóciennym dachem rozpiętym przy samej plaży. To było świetne, prawdziwa dyskoteka, jedna z pierwszych w Polsce. Stefan pamiętał zespół Pięciolinie, potem przemianowany na Czerwone Gitary. W Non Stopie śpiewali wszyscy, Seweryn Krajewski, Krzysztof Klenczon, Helena Majdaniec, Karin Stanek, Czesław Niemen.

Po 50 latach od tamtych czasów berliński artysta performansu, Jemek Jemowit wymyślił postać Zygmunta Blaska, polskiego Davida Bowie, Ułożył dla niego piosenki i nagrał je na płycie, stworzył film, w którym grałam dziewczynę, żonę, a potem wdowę po Zygmuncie Blasku. Opowiadałam o życiu muzyka, przydając mu biografię człowieka, z którym kiedyś krótko byłam, a który stał się pierwowzorem postaci Stefana. Wyjechał z Berlina do Nowego Jorku i tam… O tym, co tam, opowiem później, tu przytoczę tylko piosenkę o mnie, oczywiście tej filmowej, ale może trochę i o mnie, dziewczynie która chodziła do Non Stopu gdy miała 18 i 19 lat, i płakała, gdy kończyła lat 20, bo była już za stara.

Ruda z Non Stopu, piosenka Jemka Jemowita z filmu Legenda Zygmunta Blask.

Jedna jest rodem z Bydgoszczy,
a druga rodem z Warszawy
Trzecia tutejsza
Sopot Grunwaldzka
Co je łączy?
To dansing i noc
Lecz czwarta JEDYNA
jak róża ognista
Trochę trzeźwa trochę przejrzysta
Chodź kocie, zapraszam na kawę,
Pokaż w Sopocie jak tańczą warszawę
Prowadź mnie jak Lodzia Krajewska
W oczach czarnych elektryczna iskra
Firany bujają żyrandol trzęsie
Wpadam prosto w twoje ręce
RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
HEJ! RUDA Z NON-STOPu,
hej, mała, mała
A ja jak koń młody
Głupi, lecz silny i pełen swobody
Na parkiecie, w namiocie, na plaży wzdłuż mola
Naucz mnie tańczyć tu rock’n’rolla

Tańczyliśmy jive’a, twista i let’s kiss, charlestona, madisona i warszawę, ale przede wszystkim rock’n’rolla z obrotami, przerzucaniem i przeciąganiem partnerki po podłodze. Oczywiście rock and roll miał swoje reguły, których uczono na kursach tańca, ale takim amatorom jak Stefan, Marek, Jacek, Piotrek czy ich kumpel Zbigniew, zwany Zbychoo, i ich licealnym kolegom wystarczała improwizacja, niespożyta energia i czyjaś wolna chata, gdzie można było zorganizować prywatkę z potańcówką. Muzykę odtwarzali z gramofonowych singli na adapterach Bambino, z pocztówek dźwiękowych, kupowanych w kioskach i na stoiskach targowych, czasem z płyt, o które w Gdańsku było łatwiej niż gdziekolwiek w Polsce, bo przywozili je marynarze. Był taki komis we Wrzeszczu na Grunwaldzkiej, być może jedyne takie miejsce w Polsce, gdzie można było kupić „Szedousów”, „Bitlesów” i „Stonsów”. Jednak i tak najważniejsze dla tych, którzy słuchali muzyki, było radio Luxemburg, choć ciężko się go słuchało, bo było zagłuszane prawie tak samo jak radio Wolna Europa.

Stefan i Marek czasem mieli jakieś fajne płyty, czasem chatę, ale przede wszystkim obaj świetnie umieli tańczyć. Byli wysocy, mocno zbudowani i silni, mogli ryzykować przerzucanie partnerki przez ramię albo przetaczanie jej po plecach, bez obawy, że spadnie na ziemię. Kiedy mieli chwilę wolnego, czasem nawet kilka razy w tygodniu trenowali w domu różne wymyślne figury taneczne, które im potem pozwalały „rządzić na parkiecie”. Choć oczywiście z reguły nie był to parkiet, lecz deski, wykładzina dywanowa albo linoleum.

Tak się zdobywało lokalną popularność, trzeba było mieć dżinsy, najnowszą płytę The Beatles i umieć podrzucić dziewczynę pionowo do góry tak, żeby okręciła się w powietrzu wokół własnej osi, zanim się ją znowu złapało i postawiło na ziemi.

Rock and roll był muzyką prostą i nieskomplikowaną, a to sprawiało, że w każdej szkole na świecie, a czasem nawet w każdej klasie powstawały zespoły rockowe. W większości męskie. Może dlatego, że chłopakom odpowiadało mocne uderzenie, szybsze i agresywniejsze, niż to, co dotychczas się grało w muzyce rozrywkowej. W każdym liceum i technikum, w każdej zawodówce byli chłopcy, którzy fantastycznie grali, a zdobycie sprzętu było wystarczająco proste, by każdy mógł grać. Ktoś kiedyś powiedział, że wystarczyło mieć gitary i garnki. Ale to nie takie proste. W polskim filmie Yesterday, z 1984 roku (nie mylić z amerykańskim z roku 2019) perkusista gra rzeczywiście na garach i garnkach, ale znawcy twierdzą, że „na wiadrach to nie pograsz, bo to nie ma odbicia zupełnie. Odczucia muszą być podobne do odbicia z naciągu”. Ale perkusja była niewątpliwie najdroższym elementem wyposażenia takiego szkolnego zespołu. W Liverpoolu, w czasie, gdy powstał zespół The Beatles, było pięć tysięcy zespołów młodzieżowych. Zespół Stefana nazywał się SZOPA, od pierwszych liter ich imion – Stefan, Zbychoo, Olek, Piotrek, Antek. Marek chodził do innej klasy, grał z nimi czasami, ale jednak jego imię nie przyłożyło literki do nazwy zespołu, z którym zyskali “nieśmiertelną sławę” na miarę ich własnego liceum.

Każdy zespół musiał mieć wokal, gitarę prowadzącą, gitarę rytmiczną, gitarę basową i perkusję, czasem pianino lub organy, czyli tak zwane klawisze. Chłopcy grali na szkolnych zabawach i na akademiach, chociaż wtedy najpiew musieli odwalić klasyczny repertuar z czasów Komuny – Międzynarodówkę, My ze spalonych wsi, Ukochany kraj, umiłowany kraj lub Wszystko tobie, ukochana ziemio. Po tej triadzie, ewentualnie tetradzie, mogli już grać, co chcieli, i czasem był to Armstrong, czasem Presley, niekiedy Penderecki, czasem Bach lub Czerwone Gitary, „Beatlesi” albo „Stonsi”. Stefan śpiewał, grał na gitarze i klawiszach jakąś własną mieszaninę jazzu, bluesa i rock and rolla. Nic dziwnego, że kiedyś Tadzio, jego syn, zostanie muzykiem hip-hopowym.

Teksty utworów były proste, chłopcy je sami pisali, i prawie zawsze dotyczyły miłości, z reguły samych jej początków. Każdy młody człowiek na całym świecie bez trudu utożsamiał się z tą muzyką i jej przekazem – kocham i nie ma nic ważniejszego niż miłość. I o ile nieszczęśliwie zakochane dziewczęta mogły jeszcze szukać pomocy u poetek, a w PRL-u przede wszystkim u Małgorzaty Hillar, o tyle chłopcy na wszelkie rozterki duchowe mieli tylko rock’an’rolla, zwanego w Polsce najpierw big beatem, a potem, żeby było jeszcze bardziej swojsko – mocnym uderzeniem. I to pomagało. Zawsze. W każdej sytuacji, na każdą miłość, tęsknotę i rozczarowanie, mieli swoje melodie i teksty. I can get no satisfaction. Albo: when you leave me, I will surely die.

Muzyka to była wolność. Wolność od dorosłych, od opresji ze strony rodziców, szkoły, partii, kościoła, społeczeństwa, wścibskich ciotek, złośliwych sąsiadów, nadmuchanych własną ważnością dyrektorów. Od, od, od. Od wszystkiego.

Na prywatkę i do Non Stopu trzeba się było odpowiednio ubrać. Oczywiście szczytem bycia na topie były prawdziwe dżinsy, a jak się ich nie miało, to jak najbliższe oryginału podróbki. Stefan jeszcze przez wiele lat opowiadał, że żeby kupić od jakiego marynarza dżinsy, które na nich pasowały – byli podobnie zbudowani, wysocy i szczupli, ale wtedy prawie wszyscy byli szczupli – zebrali wszystkie pieniądze, jakie mieli, spieniężyli kilka pocztówek dźwiękowych, sporo butelek z piwnic rodziców i sąsiadów, a także parę książek z bibliotek rodziców. I tak kupili tę jedną, jedyną parę, po to, żeby ją… rozpruć. Było to straszne i gdyby nie byli chłopakami, to chyba by się rozpłakali, prując te najpiękniejsze na świecie blue jeans, ale dzięki temu zdobyli idealny wykrój, według którego potem przez lata szyli podróbki.
Pamiętam, że jak doczekałam się wreszcie tego, że mama poprosiła kogoś, kto przyjeżdżał z Anglii, żeby mi przywiózł dżinsy, mama nie przekazała prośby dokładnie i dostałam granatowe dzinsy sztruksowe! Jaka byłam w nich gruba! Do dziś pamiętam to nie dające się opisać rozczarowanie. To już chyba nawet szariki były lepsze!

Stefan dostał od mamy starą, poniemiecką maszynę Singera i nauczył się szyć, tylko po to, żeby te dżinsy były idealnie takie, jakie miały być. Zbychoo miał dojścia do fabryki włókienniczej w Łodzi, gdzie pracowała jakaś jego ciotka, został więc głównym zaopatrzeniowcem grupy. Tak właśnie funkcjonował PRL, kraj, w którym nigdy nic nie było, wszystko jednak dawało się zorganizować i wszyscy wszystko mieli. Antek został krojczym i twierdził, że bardzo mu się to przyda, jak już pójdzie na studia, bo inżynier budowy okrętów musi umieć zaplanować traserom układanie na grubych stalowych płytach elementów kadłuba tak, żeby po wycięciu zostawało jak najmniej odpadów. Trenował więc na spodniach. Stefan szył, a Piotrek i Olek, którzy mieli smykałkę do interesów, sprzedawali je na dużej przerwie w szkole, w kącie między płotem a salą gimnastyczną. Było to właściwie jedyne miejsce w całej szkole, gdzie prawie nigdy nie zaglądali nauczyciele, z reguły więc spotykali się tam palacze, ale i palacze potrzebowali porządnych spodni, jakoś zatem potrafili się podzielić tą przestrzenią wolności.

Pieniądze ze sprzedaży „dżinsów spodni” zużywali na zakup instrumentów, muzyki oraz taniego wina, czyli jabola. Jabol, zwany też czasem jabłko, alpaga lub bełt, był tanim winem owocowym, jak sama nazwa wskazuje, jabłkowym, rzadziej wiśniowym. Cieszył się właściwie złą sławą, ale podobnie jak pocztówki dźwiękowe, był niezbywalnym składnikiem ich młodości. Pisząc tę powieść, przeczytałam w Wikipedii ciekawe zdanie: Mimo niskiej ceny i negatywnych skojarzeń polskie wina owocowe, produkowane tradycyjną metodą fermentacji moszczu owocowego, uważane były przez fachowców za wina wysokiej jakości w swojej klasie, co zawdzięczały głównie dobrej jakości naturalnym surowcom oraz tradycyjnej technologii produkcji. Wyobrażam sobie, że napisał to mój rówieśnik. Ciekawe, czy wyglądał jak któryś z „Bitlesów”. Taka była norma, wychodziłyśmy za mąż za facetów, którzy wyglądali jak „Bitlesi”. Najlepiej jak John Lennon (oryginalny, chudy w drucianych okularkach, zwanych do dziś „lenonkami”) albo Paul McCartney (ładny, bez okularów i zarostu).

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych, kiedy jako SZOPA byli już stałymi bywalcami studenckich tańców, Stefan i jego koledzy znali dobrze światowe trendy. Czasy „Szadousów” i Rity Pavone minęły, słuchali Presleya, Paula Anki i Chucka Berry’ego, który odegrał w historii rocka taką rolę, że ktoś potem powiedział, że gdyby Chucka Berry’ego nie było, to trzeba by go było wymyślić. Jednak od czasów That’s All Right Mama najważniejszym człowiekiem w świecie muzyki na świecie był oczywiście Presley, jak na górze, tak i na dole, jak na Zachodzie, tak i na Wschodzie, i jego styl, rockabilly. Presley został wylansowany już w lipcu 1954 roku, ale ta pierwsza fala jego popularności nie miała jeszcze szans, żeby dotrzeć do Polski. Stalin już wprawdzie nie żył, ale Blok Wschodni wciąż jeszcze trzeszczał w okowach mroźnej wojny, mimo iż co i raz zdarzał się bunt niewolników.

W latach 60 wszyscy ci idole ustąpili miejsca „Bitlesom”, których nazwę pisało się i mówiło w Polsce nader dziwacznie. Zaraz po „Bitlesach” lokowali się The Rolling Stones czyli po polsku „Stonsi”. A po piętach deptały im następne sławy, The Bee Gees, czyli trzej bracia Gib, The Beach Boys, The Lovin’ Spoonful, Herman’s Hermits, The Who, a potem The Doors i Jimmy Morrisson. No i wreszcie nadciągnęły dwie wielkie gwiazdy ich młodości, Jimi Hendrix i Janis Joplin. Oboje umarli w 1970 roku, i wtedy już na dobre skończył się świat młodości, muzyki, wakacyjnych flirtów na plaży i poszukiwania wolnej chaty.
W międzyczasie wszyscy z SZOPY wpadli w politykę, zanim to jednak nastąpiło, do Warszawy przyjechali „Stonsi”.


* Masy inspiracji do tego rozdziału dostarczyli mi Jacek Krenz i Zbigniew (Zbychoo) Milewicz oraz wspomnienie o mojej (nieżyjącej już) przyjaciółce, Basi Owsianej, która stała się wzorem bohaterki tej powieści (jeśli to w ogóle jest powieść) i dała jej imię. Dziękuję, Basiu, dziękuję, chłopaki!

Reblog: Deutscher Lumpen-Pazifismus

Anm. d. Red.: Heute ist der Stichwahl Le Pen – Macron, ortodoksyjna Wielkanoc. Putin bombarduje Odessę.

***

Eine Kolumne von Sascha Lobo

Polska wersja, w tłumaczeniu Uli Ptak - poniżej

Ein substanzieller Teil der Friedensbewegung ist in seiner Selbstgerechtigkeit das Beste, was Putin passieren kann. Leider hat er in der Politik und besonders in der SPD mächtige Partner.

Transparent mit der Aufschrift »Wer Waffen liefert, sollte selbst Menschen töten!« beim Hamburger Ostermarsch: Zutiefst egozentrische Ideologie 
Foto: Markus Scholz / dpa

»Ich wage es zu behaupten, daß, wenn die Juden die Seelenkraft, die allein aus der Gewaltfreiheit entspringt, zu ihrer Unterstützung aufböten, Herr Hitler sich vor einem Mut, wie er ihn im Umgang mit Menschen bisher noch nie in nennenswertem Maße erfahren, verbeugen würde.« Diese Zeilen wurden Ende 1938 geschrieben, und zwar von einem Pazifisten, von dem Pazifisten, nämlich Mahatma Gandhi. Kurz darauf erklärte er noch, es könne wohl keinen jüdischen Gandhi in Deutschland geben, weil der »höchstwahrscheinlich nicht länger als fünf Minuten wirken« könne, »ehe er unverzüglich zur Guillotine geschleift würde«. Was bedeutet, dass Gandhi wusste, was Juden in Deutschland passieren konnte. Gandhi ist nicht nur bis heute ein Vorbild für viele Pazifisten, sondern war auch eine sagenhafte Knalltüte.

Die deutsche Friedensbewegung schien zu ihrem diesjährigen Hochamt, den Ostermärschen für den Frieden, grob zweigeteilt. Auf der einen Seite stehen die Vernunftorientierten, die es natürlich auch gibt, die einen aufgeklärten, realistischen Pazifismus verfolgen. Darunter kann man verstehen: Skepsis gegen Militarismus, Brechung kriegspositiver Erzählungen, Radikalität bei der Schaffung der Voraussetzungen für Frieden, aber eben auch Akzeptanz des Wunsches von Angriffsopfern, sich zu verteidigen.

Auf der anderen Seite steht ein substanzieller Teil der Friedensbewegung, die ich den deutschen Lumpen-Pazifismus nennen möchte. Es handelt sich dabei um eine zutiefst egozentrische Ideologie, die den eigenen Befindlichkeitsstolz über das Leid anderer Menschen stellt.

Lumpen-Pazifisten mögen mit der Realität nicht besonders viel anfangen können, aber sie sind nicht in erster Linie naiv, wie ihnen oft vorgeworfen wird. Naivität ist unangenehm, aber keine Schande. Lumpen-Pazifisten sind zuvorderst selbstgerecht. Es sind Menschen, die sich eine Jacke anziehen und sofort vergessen, was es heißt zu frieren. Menschen, die ihren Stuhlkreis-Prinzipien auch um den Preis des Lebens Dritter folgen. Menschen, die im Angesicht des russischen Angriffshorrors in der Ukraine nichts tun wollen, genau: nichts. Kurz, es sind Menschen wie der Friedensbeauftragte der evangelischen Kirche in Deutschland, Bischof Friedrich Kramer. Er sagt auf die Frage, wie man auf die Kriegsverbrechen des Diktators Putin in der Ukraine reagieren solle: »Manchmal können wir alle nur hilflose Zuschauer sein. Und das ist vielleicht gut so.« Es scheint mir kaum möglich, die eigene Ungerührtheit im Angesicht tot gebombter Kinder noch maliziöser zu feiern. Aber gut, es ist ein Bischof.

Dem russischen Faschistenführer Putin kann gar nichts Besseres passieren als solche westlichen Führungsfiguren, die direkt oder indirekt sagen, dass uns die Ukraine nichts angeht. Die Lumpen-Pazifisten haben speziell in der Politik und noch spezieller in der SPD, der Friedenspartei, einige mächtige Partner. Man erkennt sie an der Parallelität der Argumente. Bischof Kramer steht nämlich nicht nur selig hilflos daneben, er schreibt der Regierung auch vor, wie sie mit dem Konflikt umgehen soll. Waffenlieferungen sind natürlich tabu, vor allem aber sagt Kramer: »Wir dürfen da nicht gesinnungsethisch reingehen, wir müssen nüchtern draußen bleiben«. Wann um alles in der Welt soll man gesinnungsethisch sein, wenn nicht jetzt? Mit ermordeten und vergewaltigten Zivilist*innen sonder Zahl? Gesinnungsethik bedeutet hier, dass man rote Linien zieht, deren Überschreitung Folgen haben müssen: das Gegenteil von Appeasement. Zumal es nicht darum geht, dass die Nato in der Ukraine aktiv mitkämpft. Sondern um Waffenlieferungen. Der klügste, lustigste und traurigste Tweet dazu: »Weil wir nicht genau wissen, was Russland alles als Kriegserklärung verstehen könnte, habe ich mich entschieden die Spülmaschine heute nicht auszuräumen.«

Jetzt lieber nüchtern, keine nervige Ethik, die Putin womöglich »missverstehen« könnte, sondern pragmatisch zuschauen, sagt der Bischof. Wir schalten zu Michael Müller (SPD), dem früheren Regierenden Bürgermeister von Berlin, inzwischen Bundestagsabgeordneter. Der sagt bei n-tv: »Ich staune bei einigen, die sich auch die Situation vor Ort angeguckt haben, wie schnell man jetzt nach schweren Waffen ruft.« Schnell? Also bereits nach wenigen Zehntausend Toten, gefolterten, vergewaltigten, ermordeten Zivilist*innen, massenhaften Kriegsverbrechen? Die angegriffenen Ausschussvorsitzenden des Bundestags, die in der letzten Woche in Lwiw vor Ort waren, mussten sich schon von Olaf Scholz als »Jungs und Mädels« verspotten lassen, und jetzt mahnt Exbürgermeister Müller sie zur Langsamkeit in Sachen Waffen.

Die Organisatoren der pazifistischen, traditionellen Ostermärsche fühlten sich leider nicht in der Lage, den russischen Angriffskrieg zu verurteilen, aber glaubten trotzdem, für den Frieden zu demonstrieren. Besonders plakativ stellten diejenigen ihre Lostheit zur Schau, die ernsthaft gegen die Nato – und nur die Nato – »klare Kante« zeigen wollten.

Wenn man von den deutschen Lumpen-Pazifisten die vielen Schichten des platten Antiamerikanismus entfernt, dann bleibt ein Kern übrig. Nämlich die Mischung aus dem Recht des Stärkeren und der Täter-Opfer-Umkehr, die schon Gandhi zusammengemanscht hat: »Wenn die Juden, anstatt hilflos und notgedrungen gewaltlos zu sein, sich wohlüberlegt Gewaltfreiheit, das heißt Mitgefühl, für die nichtjüdischen Deutschen zu eigen machten, so könnten sie den Deutschen nicht nur keinen Schaden zufügen, sondern würden – da bin ich mir so sicher, wie ich diese Zeilen diktiere – das härteste deutsche Herz schmelzen.« Und als bizarro-antisemitische Vorrede dazu: »Laßt die Juden, die den Anspruch erheben, das auserwählte Volk zu sein, ihren Anspruch dadurch beweisen, daß sie den Weg der Gewaltfreiheit wählen, um ihre irdische Existenz zu verteidigen.« Da liegt der Lumpen-Pazifismus ausgestreckt und zeigefingert den Angegriffenen nicht nur, dass sie selbst schuld sind, wenn ihre Gewaltfreiheit nicht funktioniert. Sondern auch, dass sie nicht besser sind als die Angreifer, wenn sie vor der Vernichtung stehend nicht so richtig Bock haben auf Gewaltfreiheit. Okay, Gandhi – aber das gibt es in dieser spektakulär realitätsaversen, menschenverachtenden Form doch heute nicht mehr?

Leider doch. In der »taz« erklärt eine Friedensforscherin den Ukrainer*innen, wie sie »das Regime des Besatzers dazu bringen, sich mit ihnen an einen Tisch zu setzen und einen Kompromiss zu finden.« Abgesehen davon, dass vollkommen offen bleibt, wie ein »Kompromiss« überhaupt aussehen kann, wenn eine Partei die andere vernichten möchte, sind die Mittel, die sie ernsthaft aufzählt, folgende:

  • Massendemonstrationen, um den Invasoren zu zeigen, dass sie nicht willkommen sind
  • das Austauschen von Straßenschildern und die Verwendung von Verkehrsschildern, um die einmarschierende Armee zu beleidigen oder abzulenken
  • mit Menschenketten russische Panzer stoppen
  • Boykott russischer Waren, weil so die Besatzung auch viel teurer wird
  • Finanzmittel, Schulungen, andere Ressourcen bereitstellen, um Ukrainern zu helfen, ihre Fähigkeit zu massenhaftem zivilem Ungehorsam und gewaltfreiem Widerstand auszubauen

Dann bezeichnet sie es als wichtiges Instrument, im Fall einer Besatzung die Stromrechnung nicht zu bezahlen. Wer sich die Bilder der zerbombten Städte und zivilen Einrichtungen, der Leichen in den Straßen und die Berichte von Massenvergewaltigungen angesehen hat, muss den Ansatz, mit vertauschten Straßenschildern Soldaten zu verwirren, nicht einmal mehr argumentativ widerlegen. Die aufgezählten Mittel sind eine Farce, sie entsprechen der Empfehlung, der Schwerkraft zu entkommen, indem man einfach neben den Boden fällt.

Veröffentlicht wird das alles einen Tag, nachdem Putin die Truppen, die in Butscha Menschen gefoltert und ermordet haben, mit schönen Orden als Mitschlächter des Monats ausgezeichnet hat. Und dabei en passant seine Strategie der absichtsvollen Kriegsverbrechen bestätigt hat. Das ist nicht mehr naiv, sondern boshaft kalt. Waffenlieferungen hingegen lehnt die Pazifismus-freudige Friedensforscherin ab, weil wir »die weitere Militarisierung des Konflikts nicht verstärken sollten.« Das wird die in zerbombten Kellern ausharrenden, verdurstenden Menschen in Mariupol sicher arg freuen, dass ihre Stadt nicht noch weiter militarisiert wird. Wenn sie sich etwas Mühe geben und ein paar Gandhi-Kacheln auf Instagram posten, können aus ihnen bestimmt doch noch Pazifisten werden. Vielleicht nicht so porentief reingewaschene, zu 100 Prozent enthitlerte Superpazifisten wie wir hier in Deutschland, aber immerhin.

Der Spiegel online, 20.04.2022

Tłumaczenie Ula Ptak na FB, 21.04.2022 (fragmenty): 

Jeśli usunie się wiele warstw frazesów antyamerykańskich z niemieckich lumpenpacyfistów, pozostaje tylko rdzeń. Chodzi mianowicie o mieszankę: prawo silniejszego i odwrócenie zasady sprawca-ofiara, którą Gandhi już wcześniej sklecił: "Gdyby Żydzi, zamiast być bezradnymi i z konieczności nieagresywnymi, z rozmysłem przyjęli zasadę nieagresji, to znaczy współczucia, wobec nieżydowskich Niemców, nie tylko nie byliby w stanie wyrządzić Niemcom żadnej krzywdy, ale - jestem tego tak pewien, jak tego, że dyktuję te słowa - stopiliby najtwardsze niemieckie serce". A jako antysemicki wstęp do tego: "Niech Żydzi, którzy twierdzą, że są narodem wybranym, udowodnią swoją tezę, wybierając drogę bez przemocy, aby bronić swojej ziemskiej egzystencji". To właśnie tam rozciąga się lumpenpacyfizm, wciskając ofiarom nie tylko to, że to ich własna wina, jeśli ich niestosowanie przemocy nie przynosi rezultatów. Ale także, że nie są lepsi od napastników, jeśli w obliczu zagłady nie są w nastroju do niestosowania przemocy. No dobrze, to Gandhi - ale czy na pewno nie istnieje już w tej spektakularnie oderwanej od rzeczywistości, pogardzającej człowiekim formie coś do dziś?
W "taz" badaczka pokoju wyjaśnia Ukraińcom, jak mogą "skłonić reżim okupanta, by usiadł z nimi do stołu i znalazł kompromis". Pomijając fakt, że nie wiadomo, jak w ogóle może wyglądać "kompromis", gdy jedna strona chce zniszczyć drugą, środki, które poważnie wymienia, są następujące:
- masowe demonstracje, aby pokazać najeźdźcom, że nie są mile widziani
- wymiana szyldow z nazwami ulic i używanie znaków drogowych do obrażania lub odwracania uwagi armii najeźdźców
- wykorzystanie łańcuchów ludzkich do zatrzymania rosyjskich czołgów
- bojkotowanie rosyjskich towarów, bo to także zwiększa koszty okupacji
- Zapewnienie środków finansowych, szkoleń i innych zasobów, które pomogą Ukraińcom w budowaniu zdolności do masowego obywatelskiego nieposłuszeństwa i oporu bez użycia przemocy.
Następnie uznaje za ważne, aby nie płacić rachunku za prąd w przypadku okupacji. Każdy, kto oglądał zdjęcia zbombardowanych miast i obiektów cywilnych, trupy na ulicach i doniesienia o masowych gwałtach, nie musi nawet odpierać argumentów o wprowadzaniu w błąd żołnierzy przestawionymi znakami drogowymi. Wymienione środki to farsa; są one równoznaczne z zaleceniem, aby unikając prawa grawitacji upaść obok ziemi. 
Wszystko to ukazuje się dzień po tym, jak Putin odznaczył żołnierzy, którzy torturowali i mordowali ludzi w Buczy, pięknymi medalami jako rzeźników miesiąca i w ten sposób potwierdził swoją strategię celowego popełniania zbrodni wojennych. 
(...) pacyfistycznie nastawiona badaczka pokoju odrzuca dostawy broni, ponieważ "nie powinniśmy zwiększać dalszej militaryzacji konfliktu". Mieszkańcy Mariupola, którzy czekają w zbombardowanych piwnicach i umierają z pragnienia, z pewnością bardzo się ucieszą, że ich miasto nie jest dalej militaryzowane. Jeśli włożą trochę wysiłku i opublikują kilka myśli Gandhiego na Instagramie, z pewnością mogą stać się pacyfistami. Może nie będą to tak dogłębnie wypłukani, stuprocentowo entuzjastyczni superpacyfiści jak my tutaj w Niemczech, ale jednak. 

***

Nadesłane przez Monikę Wrzosek-Müller

Aus dem Leben in der Wegwerfgesellschaft


Von der Administratorin: Am Ostersamstag machte ich in einer kleinen englischen Stadt (Garden City) einen Spaziergang. Das Wetter war schön und die Straßen waren voller Menschen. Ich ging in die St.-Franziskus-Kirche, wo mehrere Frauen Blumen banden und pflanzten. Wir sind hier nicht in Polen. Am Karsamstag wird in einer anglikanischen Kirche noch nichts gefeiert. Auf der anderen Straßenseite stand ein riesiger Müll-Container, der bis zum Rand mit Kirchenmusik-CDs gefüllt war. Hunderte, vielleicht Tausende von CDs. Zwei dunkelhäutige Personen mit dem Aussehen von Musiklehrern standen in der Nähe des Containers.
– Das ist eine Schande, sagten sie.
Sie nahmen sich eine CD nach dem Zufallsprinzip. Das tat ich auch. Ich zog
Te Deum (Got sei gelobt) von Hector Berlioz.

Es ist ein Kirchenlied aus dem 4. Jahrhundert n. Chr., das immer wieder von Grund auf neu komponiert und anlässlich großer kirchlicher Feste aufgeführt wurde, ursprünglich vermutlich am Vorabend von Ostern. Das ist genau der Tag, an dem ich es aus dem Müll gezogen habe. Musik für das große, traurige Osterfest 2022, wenn ein großer, schrecklicher Krieg in der Welt herrscht.

***

Ela Kargol

Welttag des Buches

Das Buch habe ich auf meinem Hof im Müllcontainer gefunden. Zwischen Kaffeesatz und Eierschalen lagen noch andere Bücher. Die sauberen habe ich herausgeholt und daneben auf eine kleine Mauer hingelegt. Wenn es nicht regnet, vielleicht überleben sie, bis jemand wie ich ihnen ein neues Leben im neuen Zuhause schenkt.
Mir läuft es jedes mal den Rücken kalt runter, wenn ich Bücher in Abfallkörben, Mülltonnen oder auf Müllhalden sehe. Dasselbe fühle ich bei weggeschmissenem Brot.
Es gibt doch genug Möglichkeiten die Bücher wegzugeben. Es gibt genug Lebensfenster („Babyklappen“) so wie für ungewollte Kinder, es gibt Büchertelefonzellen, Bibliotheken, Bücherbasare und schließlich Menschen, die sich über weitere Bücher freuen, bei denen es noch Platz in den Regalen gibt.
Was für ein Unterschied besteht zwischen Bücherverbrennung und Bücher-Wegschmeißen?
Fast keinen, die Ideologie ist nur anders. Damals Nationalismus und jetzt Wegwerfgesellschaft und Überfluss.


Für mein Zuhause habe ich ein rotes Buch gerettet, noch paar Jahre Leben geschenkt. Jahrgang 1927, drei Jahre älter als meine Mutter.
Ganzleineneinband mit goldfarbenen geprägten Lettern, sowie Prägungen in Form von einem gebundenem Rosenstrauß, „Jungmädchenwelt, ein Jahrbuch“, herausgegeben in Stuttgart bei der Union Deutsche Verlagsgesellschaft. Es gibt auch ein entsprechendes Buch für die Jungen: „Junge Welt, ein Jahrbuch für unsere Jungen“. Gott sei dank nicht im Müll gefunden, sondern bei Ebay-Kleinanzeigen. Ich denke ernsthaft daran, es zu bestellen.


In dem Mädchenbuch findet man außer einem Rosenstrauß, alles was das Herz einer jungen Frau begehrt: „…Erzählungen ernsten und heiteren Inhalts, Plaudereien über Kunst und Wissenschaft, Länder und Völker, Beruf, Sport, Haus Hof und Garten…“
Es gibt heitere Texte und traurige, Kunstabbildungen solcher Künstler, deren Kunst später entartet wurde oder derer die der NSDAP treu bis zum Ende geblieben sind. Es gibt Rätsel, Märchen und Reiseberichte, Zeichnungen, Bilder und viel mehr.

Auf einer der Seiten wurde ich auf ein Foto von vier Mädchen aufmerksam, die mit erhobenen Händen im Kreis tanzen. Den Namen des Fotografen Paul W. John, geboren im heutigen Łebcz bei Puck, habe ich in Wikipedia gefunden: Paul W. John

Das Foto ist betitelt: Frühlingsreigen. Ich musste nach der Bedeutung des Wortes Reigen suchen.

Ich hatte schon meine Vermutungen über alte germanische Bräuche, die vom Bund Deutscher Mädel übernommen wurden, aber nein, diese Tänze gehen auf die Antike zurück, auf Homer, die Ilias, und haben viel gemeinsam mit Hochzeitsumzügen. Ich musste sofort an einen berühmten Film mit Jerzy Stuhr denken, den Wodzirej in dem Stuhr einen Vortänzer spielt.

Reigen

Was kann man von einer angehenden Hausfrau erwarten? In 30 Merksätzen steht es im Buch geschrieben. Von einer jungen Frau vor fast 100 Jahren hat man was ganz anderes erwartet, was man heute erwarten würde. Würde man heute überhaupt etwas erwarten? Das Wort Erwartung ist schon falsch, es klingt ähnlich wie Manipulation, Suggestion, Lenkung.
Meine Mutter hat mir immer verbale Ratschläge, Suggestionen, Wegweisungen gegeben. Ich habe sie dafür gehasst, obwohl ich sie sehr liebe, die Mutter.
Wenn ich den letzten Punkt der Merksätze für angehende Hausfrauen lese, muss ich lachen. „Kostbare Edelsteine in der Krone der Hausfrau sind: Ordnung, Reinlichkeit, Pünktlichkeit und Sparsamkeit.“
Bei mir fehlt alles. Die anderen Merksätze, wie das ganze Buch in Frakturschrift geschrieben, sind leider auch nichts für mich. Ein Paar würde ich vielleicht akzeptieren: Lasse nichts umkommen, sondern verwende alle Speisen rechtzeitig. Manche sind veraltet, manche unverständlich oder lächerlich: Lasse dich von deiner Nachbarin nicht aufhalten, wenn du kochende Speisen auf dem Herd hast, ebenso lasse das Romanelesen während dieser Zeit. Oftmals ist das unangenehme Anbrennen oder das Überkochen die unvermeidliche Folge davon.

Ich habe als junges Mädchen Anne auf Green Gables gelesen und ihre Ideen und ihr buntes Leben in Kanada wirkten auf mich viel überzeugender als die 30 Merksätze für angehende Hausfrauen in Deutschland.

Man kann über die Merksätze lachen, sie ernst nehmen, als nützlich oder interessant empfinden, man kann sie überspringen und Rätsel lösen, alles für junge Mädchen.

Soviel Wissenswertes auf der Müllkippe gefunden, Texte über Künstler, Literatur, Reisen, Gedichte, Fotos, Bilder, goldene Buchstaben auf roten Leinen…
Manch einer mag sagen, das sei unnützes Wissen, unnützes Buch, alt, gehört in den Müll. Wer liest so was? Wer las so was? Unsere Großmütter, Großväter vielleicht auch. Und die Nachbarin, die vor paar Monaten gestorben ist und deren Wohnung von einer Auflösungsfirma aufgeräumt wurde, samt Büchern.

Allen Büchern auf der Welt wünsche ich schöne Regale, eifrige Leser und Leserinnen und eine gute Behandlung, ein langes Leben in Gesundheit und Achtung.

***

Der Welttag des Buches. Charkiv. Bibliothek.

Mucha Kierkegaarda 4

Animalsi, czyli o komunikacji międzypokoleniowej

(Powiedzmy, że ja, ale to chyba głos pokolenia)
Ewa Maria Slaska

Na początek przypomnę, że naukowcy, którzy patrzą na nas jak na szczury w labiryncie, podzielili nas na pokolenia. Już o tym pisałam.
Chcę tu opowiedzieć o moich rozmowach. Jestem osobą z pokolenia Wyżu Demograficznego (Baby Boomers), a rozmawiam z przedstawicielem Pokolenia Z. Zetowcy są już dorośli, studiują, pracują, w Polsce pozakładali już rodziny.

Ale są wciąż jeszcze młodzi, a niektórzy, zwłaszcza ci, którym wiek odliczają lata nowego tysiąclecia, są wręcz obłędnie młodzi. Gdy millenialsi już ćwierć stulecia temu mówili do nas, “nie mam z tobą o czym rozmawiać, jestem z epoki komputerów, a ty w dzieciństwie pluskałeś się w wannie z gumową kaczuszką”, myśleliśmy sobie, że guys dodają sobie wagi i nadymają się ponad normę. Pokolenie Z wcale tego nie mówi, bo już nie ma o czym mówić. Choćbyśmy się nie wiem jak starali, my, którzy spaliśmy z misiem i kąpaliśmy się z kaczuszką, nie mamy im nic do powiedzenia.

Z założenia zadecydowali, że zanegują nasze znawstwo i zasób zebranej przez nas wiedzy. (Chciałam całe to zdanie napisać ze słów “na zet”, ale poległam.) Wszystko, co mówimy, nawet, jeśli jest to ciekawe, podlega natychmniastowej kontroli. To nie brak zaufania do nas, a w każdym razie nie tylko. Wiedza pochodzi z sieci. To jest FAKT.

Do niedawna myślałam że naszym atutem w rozmowie pokoleń jest nasza własna pamięć, nasze osobiste wspomnienie o tym, jak było. Jak na przykład było w PRL-u, jak wyglądała gra w kapsle, a jak koncert Animalsów w Stoczni Gdańskiej. Ale jeśli nie mamy zdjęcia tego, jak było na koncercie Animalsów, to jak możemy udowodnić, że tam byliśmy? A dalej to już w ogóle kompletna porażka. O której był koncert? Czy tramwaj dojeżdżał pod samą halę? Jaki był numer tramwaju? Ile osób było na widowni? Co grali Animalsi?

I jaka jest moja odpowiedź? Było super, było głośno, byłam młoda. NIE MAM NIC PONAD TO DO POWIEDZENIA. Miałam 16 lat, 2 miesiące, 10 dni. I ten dziesiąty dzień zaważył na moim życiu.

Więc proszę, co zatem Zetowiec znajdzie w sieci.
Koncert odbył się 12 listopada 1965 roku. Piątek.
To była setlist:

I’m Crying (Play Video)
It’s My Life (Play Video)
We’ve Gotta Get Out of This Place (Play Video)
Don’t Let Me Be Misunderstood (Nina Simone cover) (Play Video)
Encore: Boom Boom (John Lee Hooker cover)

Patrzę i oczom nie wierzę. Grali pięć piosenek, w tym dwa covery! Pięć?! Nic nie pamiętam.

Dziury w pamięci, dziury w faktach.

Nagle olśniewa mnie, że nie, że żadna setlist z sieci nie udowodni mi, że było tak, a nie inaczej. Animalsi grali Dom Wschodzącego Słońca. Grali na pewno. Pamiętam, mimo że miałam wtedy 16 lat, a teraz mam, ile mam.

Niektóre źródła w sieci twierdzą, że koncert odbył się 14 listopada. Ale sieć i tak przypomina przede wszystkim koncert Animalsów w Trójmieście 7 lipca 2002 roku, który zdaniem fanów był oszukany, bo z całego dawnego zespołu do Gdańska przyjechał tylko preksusista John Steel. A to już jest problem z cyklu tytułowego, nazwanego przeze mnie Muchą Kierkegaarda. Czy jeśli w zespole gra jeszcze jeden (ale tylko jeden) z dawnych muzyków, to jest to wciąż tamten kultowy zespół?

Uważam, że nie i wiem, że w ciągu ostatniego dziesięciolecia przeżyłam w Berlinie mnóstwo koncertów zespołów, które na to miano wcale nie zasługiwały. Polskich i nie polskich. Lombard bez ‎Małgorzaty Ostrowskiej, Czerwone Gitary bez Seweryna Krajewskiego i Krzysztofa Klenczona. Z nie polskich przypomnę choćby berliński koncert Madre Deus bez Teresy Salgueiro.

Sieć opowiada to, co opowiada. Koncert Animalsów w Gdańsku odbył się 12 listopada, w Krakowie – 14, w Warszawie 16. Animalsi nie pojechali potem do Pragi, jak to wynika z filmu o Nico, tylko wrócili do Ameryki.

Nie byliśmy ubrani jak odjechane nastolaty, mieliśmy na sobie to, co mogliśmy mieć. Dziewczyny spódniczkę i bluzeczkę, chłopaki – spodnie, koszulę, marynarkę. Dlatego mogli w trakcie koncertu kręcić tymi marynarkami nad głową.

No i najważniejsze: jako słuchacze nie byliśmi porażeni i zgorszeni tekstami Animalsów, a zwłaszcza Domem Wschodzącego Słońca, bo po pierwsze akustyka była koszmarna, a myśmy się darli, więc niczego nie można było zrozumieć. A po drugie nie znaliśmy angielskiego i dopiero PO koncercie Animalsów, a zwłaszcza potem Rolling Stonsów, zaczęliśmy się tego angielskiego uczyć. Zresztą jeśli to nie jest recital solo osoby, która ma piękną dykcję, jak Ewa Demarczyk, do dziś niewiele albo nic nie rozumiemy z tego, co się śpiewa na scenie.

Ale jedno trzeba przyznać – dzięki Sieci, jeśli dziś chcemy na widowni śpiewać z artystami, którzy są na scenie, to możemy. I wtedy cała sala śpiewa z nami.

I to jest w Sieci piękne.

Konkluzja: No ale jednak przegrałam z Siecią. Nie pamiętałam przecież ani dnia, ani godziny, ani nawet roku.

Ciąg dalszy za tydzień, a potem za tydzień.

Don Quixote (Strauss)

1988 Berliner Philharmoniker / Dirigent Herbert von Karajan.
Bild auf dem Umschlag – Salvador Dali.
I got that wonderful vinyl plate from A. Thank you!

From Wikipedia:

Don Quixote, Op. 35 is a tone poem by Richard Strauss for cello, viola, and orchestra. Subtitled Phantastische Variationen über ein Thema ritterlichen Charakters (Fantastic Variations on a Theme of Knightly Character), the work is based on the novel Don Quixote de la Mancha by Miguel de Cervantes. Strauss composed this work in Munich in 1897. The premiere took place in Cologne on 8 March 1898.

Richard Strauss (1898) by Fritz Erler

The score is 45 minutes long and is written in theme and variations form, with the solo cello representing Don Quixote, and the solo viola, tenor tuba, and bass clarinet depicting his squire Sancho Panza. The second variation depicts an episode where Don Quixote encounters a herd of sheep and perceives them as an approaching army. Strauss uses dissonant flutter-tonguing in the brass to emulate the bleating of the sheep, an early instance of this extended technique. Strauss later quoted this passage in his music for Le bourgeois gentilhomme, at the moment a servant announces the dish of “leg of mutton in the Italian style”.

Orchesterwerke Romantik Themen.pdf
  1. Introduction: Mäßiges Zeitmaß. Thema mäßig. “Don Quichotte verliert über der Lektüre der Ritterromane seinen Verstand und beschließt, selbst fahrender Ritter zu werden” (“Don Quixote loses his sanity after reading novels about knights, and decides to become a knight-errant“)
  2. Theme: Mäßig. “Don Quichotte, der Ritter von der traurigen Gestalt” (“Don Quixote, knight of the sorrowful countenance”)
  3. Maggiore: “Sancho Panza”
  4. Variation I: Gemächlich. “Abenteuer an den Windmühlen” (“Adventure at the Windmills”)
  5. Variation II: Kriegerisch. “Der siegreiche Kampf gegen das Heer des großen Kaisers Alifanfaron” (“The victorious struggle against the army of the great emperor Alifanfaron”) [actually a flock of sheep]
  6. Variation III: Mäßiges Zeitmaß. “Gespräch zwischen Ritter und Knappen” (“Dialogue between Knight and Squire”)
  7. Variation IV: Etwas breiter. “Unglückliches Abenteuer mit einer Prozession von Büßern” (“Unhappy adventure with a procession of pilgrims”)
  8. Variation V: Sehr langsam. “Die Waffenwache” (“The knight’s vigil”)
  9. Variation VI: Schnell. “Begegnung mit Dulzinea” (“The Meeting with Dulcinea”)
  10. Variation VII: Ein wenig ruhiger als vorher. “Der Ritt durch die Luft” (“The Ride through the Air”)
  11. Variation VIII: Gemächlich. “Die unglückliche Fahrt auf dem venezianischen Nachen” (“The unhappy voyage in the enchanted boat”)
  12. Variation IX: Schnell und stürmisch. “Kampf gegen vermeintliche Zauberer” (“Battle with the magicians”)
  13. Variation X: Viel breiter. “Zweikampf mit dem Ritter vom blanken Mond” (“Duel with the knight of the bright moon”)
  14. Finale: Sehr ruhig. “Wieder zur Besinnung gekommen” (“Coming to his senses again” – Death of Don Quixote)
 \relative c { \clef bass \key d \minor \partial 2*1 \times 2/3 { r8^"Don Quixote theme" a16 a a8 } \times 2/3 { bes8 f d' } | \times 2/3 { f8 a,4~ } a4 }
 \relative c { \clef bass \key d \minor \slashedGrace bes8( a16^"Sancho Panza theme" g a bes c8 a'16) r bes8( d,16) r c8( a'16) r }

***
The first and second variations are featured in the soundtrack of The Lobster, a 2015 film directed by Yorgos Lanthimos.

***

Frauenblick. Andrzej Stasiuk.

Monika Wrzosek-Müller

Andrzej Stasiuk – nach Jahren

Vor Jahren, als ich ganz kurz im Polnischen Kulturinstitut die Spalte: Kultur, Politik, Literatur leitete, habe ich u.a. Andrzej Stasiuk zu einer literarischen Soiree eingeladen. Schon damals fiel mir auf, wie gutaussehend und erzählbegabt der Schriftsteller war, ein Typ mit Esprit, mit Lebens- und Durchsetzungskraft. Bei dem Abend war auch sein Übersetzer Olaf Kühn anwesend, das Gespräch stützte sich vor allem auf die Erzählungen aus dem Leben des Schriftstellers, das für mehrere Romane den Stoff liefern könnte; er gab auch etwas später das Buch Jak zostałem pisarzem [Wie ich Schriftsteller wurde. Versuch einer intellektuellen Autobiographie] heraus. Irgendwie erinnerte mich seine Erzählweise und der
Versuch sich selbst zu positionieren an Lessico famigliare [Mein Familien-Lexikon], 1965, und die kurze Erzählung Il mio mestiere aus Le piccole virtú von Natalia Ginzburg. Ob er ihr Werk kannte, scheint mir eher unwahrscheinlich. Damals habe ich ihn nicht danach gefragt. Stasiuk selbst beruft sich in einem Gespräch auf seine Vorbilder wie Thomas Dylan, Joseph Brodsky oder Czesław Miłosz. Es sind also eher Dichter als Prosautoren, die ihn inspirieren. Das Poetische bleibt also ein Markenzeichen in der Stasiuks Prosa erhalten.

Andrzej Stasiuk reiht sich für viele Polen in eine Figur des gepflegten Außenseiters, der gegen vieles rebelliert und sich dem „normalen“ Leben eines Intellektuellen Schriftstellers entzieht. Schon sein Lebenslauf mit der abgebrochenen Schulbildung, einem Aufenthalt im Gefängnis wegen der Rebellion gegen den Drill und unmenschliche Behandlung während des Militärdienstes, dann der Wohnortwechsel aufs noch tiefere Land (damals noch völlig unüblich…) in das Dorf Czarne in den Niederen Beskiden klingen nach einem extravaganten, selbstbestimmten Leben, das er wie ich neulich erfahren habe, fortsetzt. Später heiratete er Monika Sznajderman und zusammen gründen sie den Verlag Czarne, der bis heute existiert und sehr gute Literatur (vor allem die aus dem sog. Mittelosteuropa und Reiseliteratur) herausbringt.

Natürlich denkt man bei Stasiuk an seine wunderschön herausgegebenen Bücher wie Dukla schon im Verlag Czarne [Die Welt hinter Dukla] in der schönen Übersetzung von Olaf Kühn, oder Kruk [Der weiße Rabe]. Später folgen viele Titel, viele gute Romane, fast jedes Jahr einer, die sehr oft weiterhin von Olaf Kühn ins Deutsche übertragen werden. Er schrieb auch über seine Lesereise in Deutschland das Buch unter dem Titel Dojczland, das mit demselben Titel in Suhrkamp 2008 erschienen war. Irgendwann wurden seine Bücher eher von Renate Schmidgall übersetzt. Der letzte Titel, der mir in Erinnerung geblieben ist, hieß Wschód [Der Osten]. Stasiuk schien sehr viel zu reisen, schien auf einem poetischen, Selbstfindungsweg zu sein. Der Osten, weite Steppen, die Wüste, menschenleere Räume, unberührt und manchmal doch grausam, die Ukraine faszinierten ihn; da suchte er seine Wurzeln und sein Verständnis der Ereignisse. Er entzog sich weiterhin dem „modernen“ Leben, benutzte kein Handy, war in keinen Netzwerken unterwegs.

Fast nebenbei, oder doch erst später fing er auch an, sich für Musik, für Jazz zu interessieren und dieses Interesse verfolgt er bis heute. Schon 2007 gab er zusammen mit Mikołaj Trzaska und anderen Musikern einen Album Kantry heraus, in dem er von der Reise über das ehemalige Jugoslawien berichtet. Bei langsamen Klängen, jazzartig werden die Szenen untermalt, kommen die Erlebnisse der Reise noch besser zur Geltung; z.B. die Stücke Istrianna und Sarajewska. Zugegeben Stasiuk verfügt über eine sehr angenehme, tiefe, melodische Stimme, fast priesterliche, ohne belehrend zu klingen.

2020 erschienen weitere zwei CD mit Trzaska Grochów głosem [Grochow (Stadtviertel von Warschau) mit der Stimme] liest Stasiuk seine frühen Texte über die Gegend (die auch teilweise in Tygodnik Powszechny veröffentlicht wurden) und wird wiederholt von den Musikern begleitet. Für die Fans dieser rechtsseitigen Weichsel Warschau ein Muss. Er beschreibt noch die erhaltenen Holzhäuser und das ärmliche, meistens Arbeiterleben und den Stolz der Bewohner, die für ihren Viertel zwar leidend doch gradestehen. Die Musik ist wirklich minimalistisch, so dass die Texte gut hörbar und nachvollziehbar sind. Dabei kommt es sehr gut heraus, worum es Stasiuk wie auch in seinen Prosawerken geht, mit vielen Beschreibungen der Natur hebt er das Poetische, Erlebte, die Landschaften, Orte nach oben; er erlebt das sehr intensiv und hautnah, dadurch wirkt alles sehr authentisch und keineswegs snobistisch und überzogen.

Später gibt es noch eine CD mit der Gruppe Haydamaken, eine sogar schon 2018 unter dem Titel: Mogiły Haremu und jetzt 2021 eine neue, in der er die Gedichte von Mickiewicz vorträgt.

Der eigentliche Anlass, warum ich über Stasiuk jetzt gerade schreibe, ist sein neues Album Opla Stasiuk Trzaska. Es ist eine Improvisation um die polnische Religiosität und Gewalttätigkeit. Stasiuk selbst hebt die Musik hervor, seine Rezitation beschränkt sich hier aufs Beten, das Beten an die heilige Maria, das Gemurmel. Das Album wurde mit großer Aufmerksamkeit in den polnischen Medien aufgenommen, es gab viele Interviews mit dem Schriftsteller; in einem sagt er sehr deutlich und unverblümt, worum es ihm geht: „Ich sage: ‘jetzt wird es über Polen und die Heilige Maria gehen’ und die Zuschauer und Zuhörer flüstern: ‘jetzt wird er PIS und die Religion mit Scheiße bewerfen.’ Wie groß war dann die Überraschung, dass ich einfach ein Gebet gesprochen hatte“. Stasiuk berührt schon interessante Seite der polnischen Religiosität, er spricht von einem fast heidnischen Kult der Maria und dazu kommt von der Musikerseite der Rhythmus von Oberek. Oberek ist ein polnischer Drehtanz, in dem sehr bewegten und raschen Tanzschritten drehen sich die Paare, immer schneller und immer wieder, man denkt fast an die Derwische, an ihre Drehfiguren und das Magische, Mystische, das dabei entsteht. Das findet auch Stasiuk, Oberek symbolisiert für ihn gut polnische Wirklichkeit, es drehe sich alles im Kreis ständig und wiederholt, und irgendwann versuche man sich loszureißen, manchmal per Zufall scheint es, als würde es für eine Weile gelingen und dann gleich danach kommt die Bauchlandung. So bleibt nach einem Fest, nach einer Hochzeit nur Kater. Die Gruppe hat diese Musik, die ganze CD den Sommer über probiert, aufgenommen, auch immer wieder aufs Neue versucht, die richtige Stimmung, den richtigen Rhythmus zu treffen.

Das, was mir bei Stasiuk gefällt, er bleibt sich selbst treu, läuft nicht mit, kritisiert auch gezielt, immer seinen Standpunkt bewahrend.

Inzwischen ist auch ein neuer Roman Przewóz [Flussfähre, Flussüberfahrt] von ihm erschienen, ein Buch über die Normalität des Krieges, das Alltagsleben unter widrigen Umständen, mit Gerüchen, Stimmungen und Atmosphäre.

Auf jeden Fall ein Schriftsteller, den man beobachten soll.