Barataria: hełm czy przyłbica?

Ewa Maria Slaska

Markowi W., przypominając starą prawdę, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.

Eduard John Menta, Porządki w bibliotece

Czytam ci ja sobie staroć wyciągniętą z półki podczas pandemicznych porządków, które jak wiadomo wyglądają tak jak na załączonym powyżej obrazku, z pięknej światowej serii “Odtwarzamy dzieła sztuki” (wciąż i nadal zachęcam i zapraszam do udziału, bo czyż to możliwe, że ze wszystkich Krewnych-i-znajomych-Królika tylko Wiadomo Kto, mój wnuk i ja poczuliśmy wenę instalacyjną i przebierankową? Ruszcie się dyć, nadal czekam). Długa była ta preambuła, wracam więc do początku myśli: czytam ci ja sobie Sceny z życia Cyganerii Henryka Murgera w tłumaczeniu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, a wydane  przez PIW w roku 1957 (to książka z moich cudownych zapasów czyli starej biblioteki moich rodziców, którą oni gromadzili zaraz po wojnie, kupując książki za studenckie grosze, ale też trzeba przyznać, że powojenny PRL, natchnięty świętą myślą krzewienia oświaty wśród ludu, już teraz, dzięki Nowemu umiejącemu czytać, sprzedawał te książki za grosze. Ta akurat kosztowała 18 złotych, ale był to już rok 1957, ale mam w zbiorach książki za 2 złote i 20 groszy!) I znowu długo było tłumaczyć i trudno z powrotem zahaczyć o zgubiony wątek. Czytam ci ja zatem owe francuskie Sceny, zapisane przez autora, który sam był Cyganem (żył w latach 1822-1861) i zmarł młodo z nędzy, mimo iż doczekał czasu, gdy jego Sceny przerobiono na operę, która sławna jest do dziś. Ale, jak pisze tłumacz we wstępie, artyście to niewiele pomogło, tyle, że na krótko zdołał zamienić nędzę na zwykłe ubóstwo. Ale nędza i tak go zabiła, bo gdy zachorował, to organizm nie zdołał się obronić. Przy pandemii też ciągle to słyszymy, jak byłeś słaby, gdy zachorowałeś, to umrzesz.
Czytam ci ja zatem te Sceny, pisane w latach 1846-1849, bo świat naokoło pełen jest artystów, których po kolei globalizacja, komercja i teraz pandemia pozbawiały środków do życia tak skutecznie, że o ile w Niemczech dzięki szybkiej niebiurokratycznej pomocy społeczeństwo jeszcze jakoś wzięło za nich odpowiedzialność, o tyle w Polsce, a pewnie i gdzie indziej za chwilę zaczną przymierać głodem.
No toż wreszcie skończyłam ze wstępami i dotarłam do panakichotowych rewirów, zwanych u mnie ogólnie Baratarią. Bo otóż: czytam ci ja sobie te Sceny, a tu pod koniec już, bo na stronie 306, w scenie Romeo i Julia pojawia się taki oto passusik:

Był to filozof Gustaw Colline. Rudolf spostrzegł go z daleka i zaraz poznał: któż zresztą by go nie poznał, o ile widział go bodaj raz w życiu? Colline był objuczony, jak zawsze, tuzinem tomów. Odziany w nieśmiertelny orzechowy płaszcz, którego trwałość pozwalała przypuszczać, że był zbudowany przez Rzymian, uwieńczony słynnym kapeluszem z szeroką krezą – kopułą filcową, pod którą poruszał się rój hyperfizycznych rojeń, którą nazywano przyłbicą Mambryna nowoczesnej filozofii. – Colline szedł wolnym krokiem i przeżuwał po cichu przedmowę dzieła, które było od trzech miesięcy pod prasą – w jego wyobraźni.

No i?, zapyta ktoś. Ano, odpowiem, ona tu jest, owa Barataria, tani kraj oszustwa, ku której zmierza nowoczesny, XIX-wieczny Don Kichot, filozof głodomór, jak moi rodzice sto lat potem wydający pieniądze na książki, które oni kupowali w komunistycznych księgarniach, a on u bukinistów na straganach nad Sekwaną, człek odziany w znoszony “orzechowy płaszcz” i kapelusz zwany “przyłbicą Mambryna”, czego ani autor, ani tłumacz, ani też wydawca swoim czytelnikom nie musieli wyjaśniać. Każdy wiedział.

Ja jednak zakładam, może mylnie (a to wtedy, sorry, mea culpa), że tu się gwoli wyjaśnienia jednak przyda kilka stosownych cytacików z Dzieła, czyli Don Kichota (str 59 i następne):

Rozdział dwudziesty, w którym kropi deszcz i świeci słońce,
odbijając się w hełmie Mambrina, a może w czym innym

Ledwie nachylili się do wody, inna woda z wysokości nachyliła się do nich, postać deszczu przybierając i kropiąc nie zanadto rzęsiście, ale wystarczająco, by to poczuli. (…)
W tym samym czasie ten sam deszcz na tej samej drodze złapał innego jeźdźca, cyrulika mianowicie z okolicznej wioski, zdążającego do drugiej wsi, jeszcze mniejszej od tej, w której mieszkał, i nie posiadającej własnego cyrulika do świadczenia usług ludności. Główne usługi, świadczone w owych czasach przez cyrulików, były dwie: golenie zdrowych i puszczanie krwi chorym. Ten cyrulik, o którym mowa, golił brody oraz puszczał krew tak w swojej wiosce, jak i w tej drugiej, udając się do niej w tym celu co jakiś czas na szarym ośle i przy boku mając wszystko co trzeba, z lśniącą miską miedzianą na czele.
Kiedy zaczęło padać, miska znalazła się nie na czele, ale na czole i na całej głowie cyrulika, by osłonić go przed mokrością. Tak jechał, zadowolony z pomysłu, ani przeczuwając, jakie ściąga na siebie niebezpieczeństwo ze strony jadącego z przeciwka Don Kichota.
Zapałów zaś Donkichotowych nawet deszcz nie ochłodził; i ledwie rycerz nasz dojrzał cyrulika z nasadzoną na łeb miednicą, triumfalnie wskazał giermkowi:
– Popatrz, Sanczo, słusznie rzecze przysłowie, że gdzie jedne drzwi się zamykają, otwierają się drugie.
– Jakie drzwi? – nieufnie zapytał Sanczo.
– Wrota cudownej przygody – wyjaśnił Don Kichot. – Oto wszak na siwojabłkowitym rumaku zbliża się ku nam rycerz niewiadomego imienia w złotym hełmie Mambrina na głowie. Mówiłem ci już chyba o tym zaczarowanym hełmie, chroniącym właściciela od ciosów, a zdobytym swego czasu przez Rynałta z Montalbanu na królu mauretańskim Mambrinie? Teraz na mnie przyszła kolej, by na obecnym jego właścicielu ów hełm odwojować.

– Jakże to można uczynić – zwątpił Sanczo – skoro hełm ten, jak powiadacie, chroni właściciela od ciosów? Zresztą mnie się widzi, że ten człek, jadący z przeciwka, za przeproszeniem, na szarym ośle, wcale nie hełm, tylko inne jakieś naczynie dźwiga na głowie.
– Milcz, niedowiarku – rozsierdził się Don Kichot i odwracając się od Sancza natarł z nastawioną kopią na zbliżającego się cyrulika. Wołał przy tym:
– Oddaj dobrowolnie, coś mi winien, albo giń, nędzniku!
Cyrulik nie zdążył nawet wybrać pomiędzy tymi dwiema ewentualnościami ani na wszelki wypadek poinformować się, co też winien jest rycerzowi, kiedy już, choć kopią nie tknięty, znalazł się na ziemi, a jego błyszcząca miednica obok. Ciągle nie wdając się w rozważania i dociekania, co i z jakiej przyczyny go tu spotyka, zerwał się i umykać zaczął przed siebie.
Deszcz akurat ustał; zza chmur wyszło słońce i promienie jego odbiły się w leżącym na drodze złotym hełmie Mambrina. Sanczo podniósł naczynie i obmacując je starannie, mówił:
– Przednia miedź, w samej rzeczy, i obrobiona jak należy, a ja, głupi, nie myślałem, że trafi się panu taka gratka. Proszę – i podał miednicę Don Kichotowi.
Ten, wsadziwszy sobie natychmiast lśniącą zdobycz na głowę, poczuł, że kształt i rozmiary hełmu nie całkiem są takie, jak być powinny, jął więc kręcić to potylicą w misce, to miską na potylicy, żeby jakoś się dopasować, ale wszystko na próżno.
– Olbrzymi łeb musiał mieć ten poganin – stwierdził w końcu z przykrością – a najgorsze, że choć czegoś tu jakby za dużo, to i czegoś też brak zarazem w hełmie Mambrina.
Sanczo, który zbadał już przecież dokładnie, co to za hełm, parsknął śmiechem i od razu urwał pod karcącym spojrzeniem swego pana.
– Z czego się śmiejesz, Sanczo? – zapytał Don Kichot.
– Z łba tego poganina – wyjaśnił skwapliwie giermek. – A to ci łebski był drań faktycznie, że hełm nosił jak, nie przymierzając, miednica cyrulika!
– Myślę – wyjaśnił Don Kichot – że hełm Mambrina musiał trafić już od tego czasu w jakieś niedobre ręce. Głupi jakiś człek, nieświadomy i chciwy, zmiarkowawszy, iż to czyste złoto, a wznioślejszej wartości hełmu nie dostrzegając, stopił część dla zysku, z reszty zaś zrobił to, co przypomina ci miednicę. Ale nic to! W pierwszej napotkanej kuźni każę przywrócić hełmowi kształt należyty, do tego zaś czasu będę go nosił tak jak jest, bo założę się, że choć zniekształcony, hełm Mambrina potrafi mnie jeszcze uchronić przed ciosem.

Niestety pomoc okazała się marna, bo już w następnym rozdziale obaj nasi bohaterowie uwolniwszy prowadzonych na galery więźniów, którym przewodził Ginesillo Krzywe Oczko, dostali od nich niezłe cięgi.

Nie wdając się w dalsze dyskusje (…) Gines mrugnął na towarzyszy, a ci, odsunąwszy się nieco, obrzucili rycerza kamieniami i najplugawszymi wyzwiskami w równej chyba ilości, z tym, że kamienie jak gdyby gęściej trafiały, bębniąc po tarczy, zbroi i złocistym hełmie Mambrina. Po chwili runął z konia, a wówczas poskoczył doń jeden i zerwawszy miednicę z głowy, tak nią trzasnął o ziemię, że o mało się nie rozleciała w kawałki. Prześcigając się w gorliwości, galernicy zdarli z rycerza, a przy okazji i z Bogu ducha winnego Sancza, co lepsze sztuki odzienia i nie krępując się ich obecnością podzielili się łupem. Dopiero dokonawszy tego leżącego w ich zwyczaju łotrostwa (…) rozeszli się, gdzie który mniemał, że najlepiej się przed nim skryje, zostawiając obdartych swoich dobrodziejów – Sancza też drżącego ze strachu przed Santa Hermandad, której tak nieopatrznie się naraził wraz ze swym panem, Don Kichota zaś zdumionego i zasmuconego niewypowiedzianie, że skrzywdzili go właśnie ci, którym tak się przysłużył – oraz w nieco mniejszym stopniu, że w decydującej chwili nie dopomógł mu leżący teraz w prochu, pogięty i zbezczeszczony hełm Mambrina.

Hełm pojawiać się będzie przez wiele następnych rozdziałów, spotka nawet w pewnej gospodzie swego poprzedniego właściciela, aż wreszcie przestanie pełnić swą rycerską służbę po potyczce z pokutnikami kilkadziesiąt stron dalej, a zastąpi go prawdziwy hełm podarowany rycerzowi przez bakałarza Samsona Karrasko.

I jeszcze PS: Mambrin czy Mambryn, hełm czy przyłbica?

W tłumaczeniu Wiktora Woroszylskiego (które tu cytuję) mowa jest o hełmie Mambrina, podobnie jest też u Anny Ludwiki i Zygmunta Czernych, ale u Wojciecha Charchalisa jest, jak u Murgera w przedwojennym tłumaczeniu Boya, przyłbica Mambryna i to mi się podoba, choć zgoła nie powinno, bo u autora obiekt ów zwie się yelmo de Mambrino, co jest jako żywo hełmem Mambrina a nie przyłbicą Mambryna, ta by się bowiem zwała visera albo bacinete. Ba, ten miskowaty hełm nie ma żadnej przyłbicy. Lecz cóż poradzę, bardziej mi owa mambrynowa przyłbica do gustu przypada, o, bardziej. Przyłbica powróci zresztą za kilka tygodni, gdy w Baratarii pojawi się książę Lew Nikołajewicz Myszkin, a wraz z nim wiersz Puszkina o biednym rycerzu.

9 thoughts on “Barataria: hełm czy przyłbica?”

  1. biedni rycerze
    (arme ritter)
    suchary namocz w mleku(moze byc sojowe)
    wypiecz je na patelni z olejem
    i podaj polane miodem(m.b.sztuczny)

    smacznego!

    1. Dziękuję Tiborze! Tak, u nas w domu nazywało się te grzanki armorytki i dopiero jak przyjechałam do Niemiec dowiedziałam się, że to nie jedzenie z jakiejś francuskiej krainy Armorytanii, jak całe życie przedtem myślałam, tylko spolszczona nazwa taniej i prostej potrawy, jakich w dawnych czasach było mnóstwo i które polegały na zagospodarowywaniu resztek. Do dziś bardzo lubię armorytki.
      W zeszłym roku podczas rejsu jachtem po jeziorze Wdzydzkim na Kaszubach, ponieważ okazałam się ( ha! córka żeglarza!) beznadziejną żeglarką, zajmowałam się robieniem śniadań i codziennie smażyłam armorytki, czasem nawet na ognisku.

  2. No i patrzcie kochani Czytelnicy (i oczywiście Czytelniczki). Jacek Pałasiński o Afryce tym razem, ale też troszeczkę o Don Kichocie:
    Jacek Palasinski
    Poniedziałek. Rano. (czyli dziś)

    TU JEST KSIĄŻĘ HARRY DO ZROBIENIA!

    1 miliard 300 milionów ludzi obchodzi dzisiaj swoje święto.
    Nawet nie namawiam, do poszukania w pamięci, o jakie święto chodzi. Podejrzewam, że tylko jeden z moich Znajomych, Ryszard Malik, może na takie pytanie odpowiedzieć od razu.

    25 maja 1963 r. powstała organizacja, która tych ludzi reprezentuje.
    Następne zdanie będzie ostatnim, jakie większość z Was przeczyta.
    Tak, dzisiaj przypada Africa Day, Dzień Afryki.
    W maju 1963 r. przedstawiciele 30 spośród 32 niepodległych państw z kontynentu afrykańskiego spotkało się w Addis Abebie przy zmienić Dzień Wolności Afryki na dzień Wyzwolenia Afryki. Powstała Organizacja Jedności Afrykańskiej. W 2002 r. OJA zmieniła się w Unię Afrykańską na obraz i podobieństwo Unii Europejskiej.

    Nigdy nie widziałem ludzi równie desperacko znudzonych niż wtedy, kiedy, jak ten don Quijote, usiłowałem moim studentom opowiedzieć coś o przedkolonialnej historii Afryki. Nawet najbardziej światli i otwartogłowi ludzie nic na ten temat nie wiedzą. A szkoda, bo wykształcono tam kilka arcyciekawych cywilizacji, istniały królestwa i cesarstwa o fascynującej historii.

    To piękna ziemia i cudowni ludzie. „Mal d’Afrique”, choroba, która dotknęła niezliczone zastępy Europejczyków, odwiedzających ten kontynent, to nie jest wymysł literacki: ja też od pierwszego wejrzenia zachorowałem na rzewną miłość do Afryki.
    Wielokrotnie zastanawiałem się nad tym fenomenem i, obawiam się, że może on być związany z nędzą. Ubodzy ludzie są lepsi, bardziej ludzcy niż obrośli w dobra.

    Część mojej najbliższej Rodziny wywodzi się z Afryki, ale moja miłość zaczęła się wcześniej, nim oni zaczęli wnosić swoje nieprzebrane bogactwo w moje życie.

    Cieszę się bardzo, że większość krajów afrykańskich tak imponująco się rozwija. Dziś, każdy światły kapitalista inwestuje swoje pieniądze w Afrykę, bo tylko stamtąd pochodzą dwucyfrowe odsetki. Martwię się, czy te inwestycje nie staną się zalążkiem nowej kolonizacji, tak, jak ma to miejsce w wypadku „braterskiej pomocy” Chin. Ale Zachód nie ma prawa krytykować chińskiej polityki w Afryce, bo jego winy są jeszcze cięższe.

    Szlag mnie jasny trafia, kiedy z Parlamentu Europejskiego wychodzę na plac Leopolda. Tak, tego króla Leopolda, który był WŁAŚCICIELEM Konga i którego bestialstwo doprowadziło do wymordowania około 5 milionów Afrykańczyków. Póki to się nie zmieni, Belgowie mają u mnie przechlapane.

    Ale jako się rzekło, jest jakaś niewidzialna ściana, przez którą Afryki z Europy nie widać. Nie istnieje w przekazach medialnych; ja sam rzadko odważyłem się mówić o Afryce w moich programach. Jeszcze mi dźwięczy w uszach okrzyk jednej z moich przełożonych, kiedy zaproponowałem materiał o tym arcyciekawym kraju, jakim jest „Ojczyzna Prawych i Dumnych Ludzi”, czyli, w dwóch lokalnych językach – Burkina Faso. „Ja p…lę Burkinę Faso, tu jest książę Harry do zrobienia”!

    Ale, z drugiej strony, jestem pewien, że w Ouagadougou, gdzie mówi się jeszcze po francusku, a mimo to jakiś geniusz z polskiego MSZ-u każe to miasto pisać z angielska „Wagadugu”, jakiś mój kolega po fachu, proponując artykuł o Polsce, usłyszał od swojej przełożonej: „Ja pi…lę Polskę, tu jest książę Harry do zrobienia”.

  3. czy istnieje jeszcze jakiś dzień w roku, kiedy się czegoś nie świętuje?
    czasami tęsknię za zwykłymi dniem, takim bez świętych i bez diabłow;

    1. A ja lubię święta wszelakie, bo jak świętujemy, to (może) jest nam dobrze, jesteśmy pozytywnie nastawieni do świata… a wtedy (może) jest w nas mniej hejtu… no i inne te takie utopistyczne myśli…

  4. Afrykanska muzyka (np. tez interesujace wideo “wklejone” przez Pana Tibora) fascynuje wielu ludzi kultury i sztuki, znane sa cale widowiska np. rezyserowane przez André Heller ( nie lubie obych nazwisk odmieniac), czy tez muzyka komponowana przez Hubert von Goisern ( wyzej).
    PS. Rowniez irytuja mnie ciagle, kazdego dnia nowe swieta (czesto byle czego), wymieszane
    ze szczegolnymi wyrazami uznania czegos, co warto swietowac.
    Dochodzi do inflacji waznych dni i wartosci. T.Ru

    1. inflacja jest straszna; nie mam ochoty liczyc ile takich samych swietych tureckich przypada na jeden dzien roku, a ludzie zyja dzisiaj kultem wakacji, traktujac zwykla prace jako konieczne zlo, moim zdaniem postawa fatalna, bo na takie fanaberie mogla sobie pozwolic wczesniej jedynie magnateria, a czasami jakibon vivant; dzisiejszy wirus to tylko zgrzyt w trybie coraz szybciej pracujacej maszyny;
      zycze kanalom weneckim wiecej meduz niz statkow wycieczkowych,
      a zatoce gdanskiej – odwiedziny delfinow!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.