Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (19). Szopa

Łukasz Szopa

work in progress 3, tom 2

Dopiero dal umożliwiła nam ponowną bliskość.
(Wiedzieliśmy z góry, że tak właśnie będzie.)
Dwa miasta, dwa domy, dwa życia.
Deszczu nigdy nie braliśmy na serio, nie miał żadnych szans.
Ciepło owija nas szybko, wiąże delikatnie i ostatecznie.
Błądzenie przez targ jest znajdowaniem siebie.
Szukamy starych miejsc, szukamy naszych miejsc.
Tworzymy nowe.
Pomagamy wzajemnie nieść brzemię drugiego.
Nawet cieniste błoto, bladoblond żwir,
Śmiejemy się razem jak nigdy dotąd.
Śmieję się z tobą tak dużo jak nigdy dotąd.
Rozmowa i milczenie zwarte we wreszcie rytmicznym tańcu,
jednak to słowa, które subtelnie lecz zdecydowanie prowadzą.
Przyjaźnią i śmiercią nie można się dzielić. Można rozumieć.
Czas jest jak ulubiona piżama – trochę dziurawy i łagodny.
Bierzemy sobie kilka chmur jako koce.
(Z materaców rezygnujemy)
Opowiadam ci o miłości do trzech kobiet.
Robię ci kawę, gdyż tu jesteś.
I gdyż samemu nie smakuje.
Jestem ci jednym bokiem,
wspieram cię od wewnątrz.
Dajesz mi wolność,
Dajesz mi przestrzeń,
dajesz mi ufność i luz.
Słońce łaskocze policzki,
Trawa przedramiona.
(Wybacz chrapanie potem,
niepasujące może do oddechu pociągu.
Ale było dobrze.)

Wiersze z Włosienia

Łukasz Szopa

Uwaga

Dziś wiersze

Koniec Szopy w salonie

Ciąg dalszy kiedyś


ZANIM WNIKNIEMY W NOC

Umierająca Jeanne Moreau,
popękana blizna jej wykrzywionych spokojnie ust.

Kładę dłoń na półkulistej membranie.
Czuję dwa kopnięcia, potem trzecie.

WŁOSIEŃ: 385 KG

Zagadka: półtora roweru.
Pewnie Blecharski, albo jeszcze jego ojczym,
jeździli nim do PGRu i gminy.
Ale czemu jedna porudziała rama,
a cztery koła – żadne nie wyósemkowane?

Z trudem unosimy w dwójkę
kolejne części poniemieckiej młockarki.
Zarówno walec z kolcami, jak i dwumetrowa „tarka“
przypominają średniowieczne maszyny tortur.
Blaszany szyld producenta ukazuje na rewersie puszkę śledzi.

W rozwartą paszczę przeżartej ćwierci beczki,
którą trzyma tylko 30letnia zaschła smoła,
zbieramy żeliwne i żelazne pręty, płaty, płaskowniki.
Ostatnia oryginalność huków: każdy rzut wpływa na kształt następnych.
Innych części (drzwiczki, dusza) rozkruszonego pieca poszły wcześniejszym transportem.

W sumie 385, po 50 groszy (ceny znów idą w dół, ja tu nic nie poradzę)
ale muszę odliczyć 7% za nieczystości (pan wie, ta smoła, to drewno z maszyn),
czyli wychodzi 358 (o, tak ładnie się nam odwróciło),
razy 0 przecinek 5,
179 złotych

WŁOSIEŃ: BLUE SZOPA

Farba Tikkurila Valtti Color z 3-litrowej puszki
dopiero po wymieszaniu deseczką nabiera barwy RAL 5007
Niebieski patyk odrzucam przed krzaki.
Zanurzam pędzel, nasączam, podnoszę.

Zaczynam od lewej deski,
niebieska równa smuga
pokrywa piaskowożółty kolor szopy.
Kilka niebieskich strużek ciągnie się w dół.

Przez następny niebieski kwadrans barwa
wsiąka w drewno, w moją skórę, jej niebieski zapach w powietrze.
W chwili niebieskiej przerwy:
niebieskie buty, niebieskie pokrzywy, niebieskie pomidory.

Kolej na daszek, od dołu.
Podnoszę pędzel, wyginam się,
i duża niebieska kropla pada mi w oko.
Palący biały ból.

WŁOSIEŃ: MAGDA, ELENA

Mama, zmartwiona Magdą i Eleną, odreagowywuje palce na dziewięciu guzikach.
Tata między papierosami ucieka w darwinizm: „No tak, ale na naturę nic nie poradzisz…“
Ja chowam się w polu chwastów, starając się wyrwać jak najwięcej z korzeniami.

WŁOSIEŃ: DRUGI DZIEŃ ULEWY

Zagęszczone ciepło i spokój jak w kręgu mongolskiej jurty:

Astrid ożywia woskowym masażem czterohakowy wieszak
(„Handtuch“ – „Wischtuch“ – „Gläsertuch“ – „Messertuch“).
Ja czytam na zmianę „Topikę“ i „Gazetę Robotniczą“ z 2 kwietnia 1982 r.
(„Eksperymentalna sprzedaż produktów po cenach realnych“)
Tata próbuje przechytrzyć politykę międzynarodową
(reakcja na pętlowy slogan „Polskie Radio dla Gruzji“).
Samuel rozdaje wszystkim niewidzialne prezenty
(„Duże drzewo i kwiatek“, „Kombajn i drugi kombajn“, „Czarny słoń i Samuel“).
Mama wierzy w rychły koniec epoki lodowcowej gulaszu
(i walczy z funkcją piekarnika „rozmrażanie“).

(Czerwony kaflowy piec pozostał jedynym realistą.)

WŁOSIEŃ: DROGA PO NIC

Idziemy, Same i ja, wzdłuż granicy pola i szosy.
Obiecałem, że zobaczymy most, tory, i może pociąg.
Trzyma mnie za rękę, i mówi, abym uważał na auta.
Zaczyna kropić.
Odkrywamy, że na naszym gruncie rosną trzy młode dęby.
Stary wiadukt już niedaleko.
Zaraz potem leje. Udajemy, że tego deszczu nie ma.
Potem w lewo śladami starej drogi, wymijając świeże kałuże i resztki wysypiska.
Pociągu nie ma, lecz udajemy, że wkrótce przyjedzie.

ERAZM I ZIMA

Wędrówka oczu po górskim krajobrazie
lekko pomiętej „Süddeutsche Zeitung“ z 2 stycznia.
(ostre, wąskie, boczne światło żarówki
trójkątnymi cieniami zwiększa stoki, pogłębia doliny).
Skradziona drewniana skulptura Erazma z Rotterdamu,
jako przypadkowa ozdoba na dziobie statku,
zawędrowała w 1598 do Japonii,
gdzie w buddyjskiej światyni czczono jej oblicze.
Mimo wyświechtanych kapci marzną lekko stopy,
łykam wypłowiałą zieleń rumiankowej herbaty.
Samuel śpi. Dziś ulepił pierwszego żółwia ze śniegu.
Karla śpi. Dziś pierwszy raz widziała blask śniegu.

ŚRODEK SIERPNIA

Wieczory zaczynają być chłodne.
Ostatni papieros na ganku,
twarzą twarz z księżycem.
Dzieci śpią, gliniane ściany bezgłośnie oddychają.
Świerszcze ciągną swe koncertowe monologi.

Szopa w salonie 30

Łukasz Szopa

Równość wyboru, wolność wkładania

Wiosna i wczesne lato to nie tylko w Europie, i od kilkunastu lat nie tylko „Zachodniej“, idealna pora na parady i marsze. Marsze te, zwane albo „Paradami Równości“, albo też „Gay Pride“ – choć początkującą i inspirującą datą i rocznicą jest „Christopher Street Day“. W Polsce te kolorowe i w międzyczasie raczej spokojne wspólne spacery rozciągają się od końca kwietnia (Łódź) poprzez Kraków (19 maja), Warszawę (09.06), Gdańsk (26.06), aż do początku paździenika (Wrocław).

W ubiegły weekend „Parada Równości“ zawitała po raz pierwszy do Rzeszowa, tylko kilka dni po największym takim evencie w Europie – berlińskim „Christopher Street Day“ 28 czerwca. A wczoraj Marsz Równości przeszedł również po raz pierwszy ulicami Częstochowy. Wreszcie! Dużo to piękniejszy widok niż marsze polskich faszystów z pochodniami.

Berlin to nie Polska? Niby nie, jednak pewien jestem, że jak co roku uczestników i w Polsce będzie niemało (jak właśnie w Rzeszowie, Opolu, Toruniu). Jakby nie patrzeć cykl marszów w Polsce jest jedną z najważniejszych demonstracji.

Marsze te, walczące i wspierające prawa mniejszości seksualnych, to już w sumie tradycja – rozrastająca się z roku na rok. Z początku chodziło o prawa homoseksualistów, w międzyczasie formuła się rozszerza, i bardzo dobrze. Gdyż przyznam, że wzdrygam się na tę drugą nazwę – nie z uwagi na „gay“, a na słowo „pride“ – gdyż zbyt blisko tu semantycznie do marszy i tematów narodowców wspominających słowa „honor“ czy „Stolz“. Bo w końcu z czego tu być dumny/a? Z czegoś w sumie albo wrodzonego, albo wybranego (nie wchodzę dalej w teorie, bo się nie znam), z części mojego „ja“? Czy ja jestem dumny, że określam siebie jako heteroseksualnego liberała, wierzącego agnostyka, czy niepiszącego poetę? Nie.

Dlatego tym bardziej przypada mi do gustu nazywanie tych demonstracji i festynów jak to robią aktywiści w Polsce – Paradami Równości. Nie chodzi tu o podkreślanie praw tylko homoseksualistów czy innych mniejszości (seksualnych), ale – o prawa każdego z nas. Obojętnie kim się czujemy (nie tylko seksualnie!) i kim jesteśmy – i czy w mniejszości (zagrożonej lub nie), czy w większości. Gdyż i te bywają zagrożone, i powinniśmy bronić ich praw (lub walczyć o ich równość). Takie kobiety. W niemal każdym społeczeństwie są większością, i w niemal każdym – jeśli nie prawnie, to realnie – mają mniejesze prawa niż mężczyźni.

Cieszy więc coraz większa frekwencja, ale i oryginalność parad w Polsce. Choć wiadomo, że Kraków czy Warszawa to jeszcze nie Berlin czy Londyn, a nawet – że niestety Rzeszów to nie Belgrad czy Stambuł.

Dziwi mnie za to krytyka tych marszów i parad ze strony mniej lub bardziej prawej prawicy – od mediów, poprzez niejedną partię, kończąc na Kościele Katolickim. A właściwie zaczynając, bo właśnie Kościół najostrzej atakuje homoseksualistów i w ogóle wszelkich nie-heteroseksualistów (przepraszam, nie całkiem: kościelnej krytyki osób frygidalnych nie słyszałem), jak widać w tych atakach kościelnych mniejszych i większych hierarchów paniczny strach przed tematyką „gender“. Dziwi mnie w tym kościele niejedno – ale głównie ich skoncentrowanie na tematach seksualności (dziwiłoby podobnie, gdyby głosili transseksualny hedonizm). Dziwi mnie więcej niż „dziewica Maryja“, czy w ogóle ta lawina tematów jak aborcja, antykoncepcja, czy właśnie „gender“. Owszem, filozoficznie, a nawet metafizycznie to niesłychanie ciekawe (i wcale nie łatwe i jednoznaczne!) tematy. Lecz skąd ta fiksacja? Czy nie można trochę częściej cytować Kazania na Górze czy choćby „Kochaj bliźniego swego“? Albo konkretnie – jak już lubi ktoś gromić z ambony – to na przykład piętnować polski alkoholizm (za kierownicą i w domu), omijanie podatków, pracę na czarno, zawiść i pazerność, konsumpcjonizm, średnią etykę pracy, przemoc w rodzinie i na stadionie? Albo po prostu: brak modlitwy, brak dobrych słów, brak dobrych uczynków? No ale Kościół ma ten swój problem – nie tylko z seksem, ale w ogóle właśnie z miłością. I wolnością. A niby tacy progresywni: samotni faceci biegających w sukienkach, to w stylu darkerów, to kolorowo i błyszcząco jak ośmiolatki.

Z resztą prawicy niewiele lepiej – choć w odróżnieniu od kleru powinni być, gdyż wolni w wyborze swojej drogi życiowej (też tej seksualnej) – bardziej na luzie. Boją się tego „gendera“ i „nie-heteroseksualizmów“ jak diabeł wody święconej. Reakcje gorsze niż alergików – zanim jakikolwiek kot lub pyłki się w ogóle pojawią.

Czyżby ci „twardzi“ faceci, przekonani o sile tradycji, polskości, ojczyźnianości i polakokatolickości, a przede wszystkim o swojej męskości – bali się rzeczywiście kilkugodzinnego marszu dziwnie ubranych ludzi (kwestię smaku pozostawiam na boku) w rytmie to lepszej, to gorszej muzy? Czyżby ich wartości, o których tak trąbią i bębnią wypinając pierś i napinając muskuły – były tak słabe i kruche, że sam widok roztańczonych i uśmiechniętych gejów i lesbijek (a może, o zgrozo, i heterów i heterek?) miałby mieć na nich tak silny i nieuchronny efekt, że w mig oczarowani („zarażeni“?) przeistoczyliby się seksualnie i przyłączyli do marszu? A może boją się „propagandy powolnej“ – i tego, że po każdym „paradowym“ czerwcu będą z roku na rok, stojąc wieczorem przed lustrem, stwierdzać z lękiem: „O, k…a, znów się bardziej zgejowałem!… Metamorfoza postępuje…“

A nawet gdyby – gdyby jednak fakt, że widok miłości i związków innych niż „tradycjonalne“ sprawiał, że więcej z nas przekona się do nie-heteroseksualnych preferencji? Cóż w tym złego? Że spadnie nam „narodowa rozrodczość“? Czyżby „wartość“ naszego społeczeństwa liczyć na ilość, nie na jakość? To trochę smutne… (Nie wspominając o tym, że spadek demograficzny powody ma całkiem gdzie indziej).

Co śmieszne, ci sami panowie nie mają podobnych obaw, oglądając regularnie filmy „artystyczne“ przedstawiające miłość uprawianą dwóch kobiet (kto wie, czy lesbijek, czy nie, w końcu to filmy). Jakoś nie drżą oczekując, że zgubny wpływ obrazów roznegliżowanych pań wpłynie zgubnie na ich świadomość. To znaczy, pewnie drżą, ale impuls jest tu inny. I jest to okej, nie moja to sprawa, kto jakie filmy lubi, i kto w jakich filmach komu coś gdzieś wkłada.

No właśnie, teraz trochę o mnie, jak już stoczyłem się w tak wulgarne poziomy semantyki. Mnie też to całkiem obojętne, kto komu co gdzie wkłada (o ile „obie trzy“ osoby są pełnoletnie i czynią to dobrowolnie) – czyli jakie ma(ją) seksualne skłonności, i czy nazywa(ją) to „płcią“, czy „genderem“, czy „bo tam sobie mam(y)“. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego miałoby interesować kogoś to, co komu ja wkładam. I bardzo bym się zdziwił, gdyby ktoś moje skłonności seksualne (a i te aseksualne) podał za przyczynę własnej „przemiany“, a tym bardziej jako „zagrożenie“.

Uważam jednak, co w sumie – nawet jeśli nie explicite – potwierdza każda konstytucja i Deklaracja Praw Człowieka, że mamy po prostu do tego prawo, podobnie jak do wyboru, czy wolimy wolny czas spędzać na pływaniu czy zapadnięci w leżaku. To nie błahostka, właśnie prawo do takich wyborów to podstawa wolności i równości.

I dlatego jednak boję się trochę o mniejszości seksualne w Polsce i wściekłą nagonkę wokół słowa „gender“ w naszym kraju. Nie sądzę, by pieniacze (w sukienkach/sutannach i nie) rzeczywiście bali się „ideologii gender“ czy „zarażenia“ homoseksualizmem. Obawiam się, że – podobnie jak nie tylko Hitler w latach 30 poprzedniego wieku – potrzebują jakiejś mniejszości jako kozła ofiarnego. Takiego potrzebuje każda autorytarna ideologia – bez kozła (we wspólnej zbrodni i winie) trudno o stado owiec (zwarte i posłuszne).

P.S. Może ktoś zauważył, ale w tekście pojawił się tylko kot, bez prezesa. To nie przeoczenie. Właśnie w kontekście wolności wyboru orientacji seksualnej nie chciałem pisać ani o prezesie, ani o Antku, ani o innych osobach „obozu władzy i przyjaciołach“, których orientację polityczną i ideologiczną krytykuję. Gdyż tu uważam, że to ich prywatna sprawa: czy, co, jak i komu lubią wkładać lub nie. Czy mają żonę (i kochankę), czy też kota, czy inne misie. I że to ich sprawa, czy chcą wychodzić z jakiś szaf (co postulował ubiegłego roku Biedroń), i kiedy, czy nie. Jeśli wolność wyboru – to dla każdego. Jeśli wolność słowa (lub milczenia) – tak samo. Jednak zawsze NIE dla nagonki, dla szerzenia nienawiści – i dla ograniczania wolności. Tak samo to sprawa każdego z nas, czy woli iść na Marsz Równości, czy na Pielgrzymkę Mężczyzn do Piekar Śląskich. (W obu przypadkach kostiumy i muzyka pierwsza klasa!)

Szopa w salonie 29

Łukasz Szopa

Zieleń kontratakuje

Lubimy dzielić rzeczy na czarne i białe. Mimo często mglistej, szarej perspektywy. Albo na: szare i zielone. Czyli na miasto i wieś. Może też na “cywilizację” i “naturę”. Teren zabudowany i przyrodę. Obojętnie, czy jesteśmy mieszkańcami betonu, czy zielonego, czy też mieszanych sfer podmiejskich (post-wiejskich).

Nie lubię uogólnień, szczególnie nie takich, jakie właśnie zrobiłem. Więc powiedzmy, że zdarzają się takie przeciwstawienia, takie dwie definicje, teza i antyteza – i rzadko synteza. Jeśli już to synteza – “syntetyczna”, sztuczna: nowy asfalt przez wieś, czy plamy parków (pareczków) w urbanistycznym labiryncie. A jeśli nie sztuczna, to dyskusyjna i nielubiana, jak problem gałęzi, liści na chodnikach czy jezdni, i odnośnie tej właśnie dyskusji o tym, czy drzewa tworzące aleje ścinać czy nie.

Może powoli powinienem zbliżyć się do mojego tematu, mojej tezy. Czy też – syntezy. Tematem jest właśnie synteza przyrody i betonu. Która bywa dobrym sąsiedztwem, przyjaźnią, miłością. Albo też konfliktem, walką, wojną.

Takie spojrzenie (w dosłownym tego znaczeniu) na tę kwestię umożliwiły mi przykłady ekstermalne. Tak to już jest, że trzeba czasem łopatą (albo nawet młotem) do głowy, jaskrawo, szokująco. Choć od razu przyznam, że były to przykłady, gdzie to przyroda “nagle” okazała się być górą, zdobyła przewagę, a nawet odniosła tymczasowe zwycięstwo.

Przykłady to z jednej strony Berlin – w którym to mieście kilkanaście lat mieszkałem, i z drugiej – bośniackie miasta Sarajewo i Mostar. We obu przypadkach napotkałem na arcyciekawe miejsca, gdzie po latach przemysłowego lub (wielko)miejskiego krajobrazu, zielsko wróciło – i żyje sobie w najlepsze.

Zacznę od przykładu drugiego – czyli powojennych miast w Bośni. Mówiąc krótko: w latach 1992 – 1995 oba miasta, szczególnie ich centra, zostały co prawda tylko częściowo zniszczone – ale to, co zostało trafione, lub te miejsca, gdzie akurat dłużej czy mocniej zaznaczyła się linia frontu – zniszczone zostały kompletnie. Czy przynajmniej… na tyle mocno, by przebić się dziurami, kraterami przez podłogę parteru i fundamenty – do ziemi. Albo też, czy jako kilkultetnie lecz nie opróżniane wysypisko śmieci, czy jako inaczej zadomowiona w ruinach hałda ziemi czy piasku – niejedno miejsce stało się potencjalną glebą.

I ledwo przestano strzelać, rzucać granatami, przerzucać kamienie i worki na barykady – zaczęło rosnąć! Tym bardziej, że długo jeszcze trwało i potrwa, nim do niejednej ruiny ktoś powróci, ustali się nie tylko do kogo to należy, ale i kto ma prawo to zagospodarować… – a zielsko, trawa, chwasty, krzewy, a nawet drzewa! – rosną sobie, rosną dalej… A mury nawet chronią je przed niejednym wiatrem.

Niezapomnianym obrazem jest dla mnie widok na trzecie, ostatnie piętro koszar w centrum Sarajewa, zniszczonych jeszcze w 1992, przynajmniej na tyle, by znikł dach. Efekt – i ten wspaniały, surrealistyczny obraz – to po latach całkiem pokaźne brzózki wychodzące już na ponad 2-3 metry ponad poziom najwyższej kondygnacji.

Ulubionym miejscem moich obserwacji współżycia, współistnienia, ale i walki natury z betonem jest jednak Berlin. Było to dla mnie niezłą niespodzianką. Może dlatego, że przyjeżdżając tu, miałem przed oczami (wyobraźni) wielkoświatową metropolię, obrazy budującego się Potsdamer Platzu, szarej wielkomiejskiej plamy na mapie pośród zielonej Brandenburgii.

Zacząć można od tego, że Berlin powstał relatywnie niedawno, o ile wiem to tak naprawdę miastem stał się w dziewiętnastym wieku. Miastem, stolicą Prus – stał się nie naturalnie, a jako pomysł króla, który postanowił połączyć ze sobą kilka wiosek w “miasto”. Wiosek, pomiędzy którymi leżały nawodnione Szprewą bagniska. Mógłbym jeszcze o topografii, urbanistyce i nazewnictwie, ale o tym może innym razem. Ograniczę to do faktu, że Berlin ma więcej kilometrów kanałów niż St. Petersburg czy Wenecja, i że pośród tego szarego placka na mapie, gdyby spojrzeć dokładniej (na turystycznej mapie miasta), natrafiamy na wielką, podłużną, zieloną plamę – Tiergarten. Czyli olbrzymi park, niemal las, ciągnący się od Bramy Brandenburskiej do stacji Zoo. Też właściwie kaprys króla. Lecz to jeszcze nie całkiem mój berliński temat.

Gdy spojrzymy jeszcze raz na naszą podręczną mapkę lub przez Google Earth, napotkamy jeszcze dwie czy trzy takie pokaźne plamki. Dwie to Treptower Park i Grünewald, czyli też laso-parki. Ciekawą jest trzecia – małe słynne lotnisko pośrodku miasta – Tempelhof. Najciekawszą taką plamką – dla mnie – jest jednak teren Gleisdreieck (na mapce stosunkowo centralnie, między Tiergarten, Schönebergiem a Kreuzbergiem). Najciekawszy może nie dlatego, że w tym tekscie słyżyć mi ma za najlepszy przykład tematu, ale dlatego, iż to teren przemilczany, raczej mało znany – szczegolnie Nie-Berlińczykom.

Bierze się to stąd, prosta krótka historia, że przed II WŚ był to teren kolei, Deutsche Reichsbahn, dokładniej mówiąc olbrzymi dworzec towarowy plus peryferia. Nie dziwota, że kompletnie zbombardowany. I przypadkiem stało się tak, że… po wojnie, przez ponad 58 lat, pozostawiony sam sobie.

Efekt był niesamowity – co odkryłem podczas jednego ze spacerów na początku lat dwutysięcznych, gdy z dziewczyną postanowiliśmy przekroczyć niezbyt zabezpieczające ogrodzenie, i zasmakować przygody jak z czasów dzieciństwa, gdy każdy chciał być Tolkiem Bananem albo Perełką. Areał długi (północ – południe) na ponad 3 kilometry, szeroki na przynajmniej 500 metrów, był genialną, niesamowitą kreacją, coś jak “laso-koleją” czy “szyno-puszczą”! Tory, to rozwidlające się, to schodzące, to niknęły, to pojawiały się między drzewami, wchodziły w las, czasami można się było o nie potknąć – tak zarosła je trawa, krzewy.

Właśnie – wydawało się, na pierwszy rzut oka, że to szyny wplatają się w lasek, że to ceglane ruiny wychodzą z ziemi, gdzieś zza chaszczy. A rzeczywistość była dokładnie odwrotna: To pozostawiona sama sobie natura przywłaszczyła sobie cały teren, zawładnęła, zarosła, zapanowała. Powie ktoś, że “powoli”. Dla człowieka, – może powoli. Ale dla natury?! Czym dla natury jest pół wieku?…

Smutną wieścią jest to, że człowiek w międzczyczasie znów walczy o ten teren. Koleje chcą wykorzystać go jako pole golfowe, lunapark, osiedle mieszkaniowe, teren pod biurowce. Ale – jak na razie – nadal górą są ekolodzy, którzy udawadniają, że Berlin potrzebuje tego biotopu, tego drugiego obok Tiergartenu “płuca”.

Obojętnie jednak, co stanie się z Gleisdreieckiem, ja zyskałem przez to podwójnie, o ile nie potrójnie:

Przez kilka lat miałem i mam tuż niedaleko teren surrealistycznej, fantastycznie-bajkowej dzikości przyrody.

Po drugie, zainspirowało mnie to do podobnych poszukiwań, obserwacji nie tylko w Berlinie, ale i w innych miastach – szczególnie we wschodnich Niemczech lub na przykład w niektórych polskich. Takich, które – jak Berlin – mają mało kasy, i stąd często pozostawiają takie “powojenne” tereny samym sobie.

Jest też t.zw. spojrzenie mikro: to, że miasto ma mało pieniędzy na między innymi służby oczyszczania sprawia, że – w odróżnieniu od n.p. Monachium, Hamburga czy Stuttgartu – takie właśnie rzadsze i bardziej “po łebku” sprzątanie, jak usuwanie trawy z chodników czy z otoczenia kanałów, zielsk wplątanych w siatkę płotu powoduje, że te też powoli coraz bardziej w dosłownym znaczeniu wrastają w obraz i topografię miasta.

No i trzeci punkt, najważniejszy, filozoficzny. Że nie ma co się bać o przyrodę. Że ona już sobie poradzi. Ekolodzy martwią się o homo sapiensa, on może sobie nie poradzić, może popełnić chemiczno-betonowe samobójstwo. Ale przyroda? Ta trochę odczeka, pięćdziesiąt, sto, dwieście lat, homo będzie sapiens lub inny lub żaden, a trawa wyjdzię spod płyt betonowych, pokryje je, krzewy porwą betonowe i ceglane ściany do tanga, brzózki wystartują w górę, i niejeden chwast cierpliwie drążąc zaprawę, zwali nie tylko mur i nie tylko w Berlinie.

Szopa w salonie 28

Łukasz Szopa

Świat, a tym samym i społeczeństwo, ale i nauka pełne są uprzedzeń dotyczących kobiet. Oczywiście, też uprzedzeń pozytywnych.

Jak na przykład teza, że „dobrze byłoby w polityce mieć więcej kobiet – byłoby mniej przemocy, agresji i wojen“ (bo niby kobiety mają w sobie taki miły, pokojowy „gen matczyny“ i są bardziej „ciepłe“ i solidarne).

Cóż, nie wiem co na to powiedzą osoby, które przeżyły – bliżej lub mniej bliżej – czas rządów Margaret Thatcher. Albo co cejlońscy Tamilowie powiedzieli by o Indirze Gandhi. Historycy nie zapomnieli o Katarzynie Wielkiej czy Marii Teresie, a legendy wspominają o całkiem „niepokojowych“ Amazonkach. Wreszcie sama Pallas Athena to bogini… owszem, mądrości – ale również strategii i walki.

Osobiście swego czasu mieszkając w Bośni, w zniszczonym i podzielonym bratobójczą kilkuletnią wojną domową („miastową“) Chorwatów i Bośniaków, miałem w głowie tą właśnie tezę – i jakoś tak wyszło, że skonfrontowałem z nią panią sprzedającą mi hotdoga w budce z fastfoodem. Gdy usłyszała moje nieśmiałe zdanie, że „właśnie teraz, tuż po wojnie, kobiety bardziej niż mężczyźni – nauczeni przez politykę i front nienawiści i agresji – mogą spełnić bardzo ważną rolę w pokoju, a nawet w pojednaniu…“ Spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej seks za ladą przy równoczesnym podpaleniem całej budki do muzyki Stravinskiego. Po czym opanowując się, ale głosem bardzo żelaznej damy odparła, że nie mam pojęcia, jakie są kobiety. Że kobieta – szczególnie, gdy ma na froncie albo straciła męża, synów, brata – potrafi nienawidzić dużo silniej niż jakikolwiek „wojujący“ facet. Nie mówiąc o tym, że kobiecie dużo trudniej przychodzi zapomnieć. Odszedłem z krótkim „Do vidjena“ z moim hot-dogiem, zawstydzony i rozczarowany.

Są również – całkiem współczesne – teorie, pokazujące empirycznie, że gdyby było więcej kobiet w zarządzaniu ministerstw i firm, na giełdach, w bankach itp. – to nie doszłoby do kryzysu finansowego w 2007/2008, bo kobiety działają mniej ryzykownie, bardziej „ostrożnie“, bardziej liczy się dla nich „wróbel w garści“ niż „gołąb na dachu“. No i tam takie o „nadambitnych macho na testosteronie“, których jest za dużo tam, gdzie podejmuje się ważne decyzje i liczą się pieniądze.

Zgadzam się, dobrze byłoby mieć więcej kobiet w „top-menadżmencie“, na ławkach trenerskich czy jako przewodników wypraw himalaistycznych. Dobrze dla ogółu, ale i dobrze dla samych kobiet.

Ale… ale natrafiłem na ciekawy artykuł, też w sumie statystyka, jednak inaczej podchodząca do sprawy, czy kobiety rzeczywiście są mniej łacne na ryzyko, czy myślą i działają ostrożniej i „solidarniej“, czy są mniej ambitne, egoistyczne i podatne na gotujące się hormony niż panowie.

Otóż autorzy tego opracowania (przepraszam za brak linku czy notki, ale gazeta przed weekendem powędrowała na makulaturę pod domem…) nie przeczą temu co wyżej, że kobiety przeciętnie, gdy są u szczebli władzy i pieniądza, zachowują się „pasywnie“ i że w miksie z przeciętnie inaczej zachowującymi się samcami – daje to lepsze rezultaty niż zarządzanie „monokulturowe“.

Zbadano jednak powód, skąd się tak bierze. Czy to rzeczywiście jakiś „żeński“, „matczyny“ gen? A gdzie tam!!!

Okazuje się, że dużo większy wpływ niż inne czynniki w działaniu kobiety (wiek, kręg kulturowy, pochodzenie, no i sama płeć) ma… wychowanie i otoczenie kulturowo-socjalne w okresie dorastania (a i wcześniej, czyli od przedszkola). Czyli czynniki, które współdecydują – i to mocno! – o tym, czy kobieta będzie samodzielna („decyzyjna“), odważna (w tym – ryzykowna), krytyczna i samokrytyczna (czasem za bardzo), otwarta i komunikatywna, czy też zamknięta i sceptyczna (też do siebie samej, ale i innych) i tak dalej. Testy zachowania kobiet porównywano do ich edukacji i otoczenia z dzieciństwa i młodości.

I cóż się okazuje? Że kobiety wychowane w szkołach bardziej liberalnych i nowoczesnych, były dużo bardziej „ryzykowne“ i „ambitne“ (czyli „facetowate“) w działaniu, niż panie z edukacją w szkołach czy rodzinach tradycyjnych czy konserwatywnych. Podobnie, co ciekawe, dużo bardziej „z jajami“ były te, które odbyły edukację w szkołach tylko żeńskich, niż w mieszanych – co interpretowano nie tyle uciskaniem dziewczynek przez chłopaków, co… wpływem grona pedagogicznego („Chłopakowi więcej wolno, a dziewczynka powinna się zachowywać!“)
Wreszcie takie porównanie, że kobiety żyjące w dzieciństwie z siostrą bliźniaczką, podobnie jak jedynaczki – miały potem jako dorosłe mniej kompleksów i dużo silniejszą – i „naturalną“ – siłę przebicia.

Wniosek mój jest taki, że wcale nie byłoby więc lepiej, gdybyśmy mieli więcej kobiet w globalnych spółkach, na giełdach, czy w korporacjach finansowych. Powinniśmy mieć… mniej mężczyzn! Czyli w sumie w ogóle mniej ludzi – gdyż wychodzi na to, że homo sapiens, damski czy męski, jednak zachowuje się w swym poczuciu wolności aż za często ryzykownie, emocjonalnie, słowem – irracjonalnie. Jeśli mógł się rozwijać w sprzyjającym wolności i samodzielnym myśleniu środowisku. Czego jednak – takiego wychowania i dorastania i edukacji – życzę zarówno kobietom, ale i mężczyznom, gdyż życie „pozapieniężne“ oferuje nam wiele pięknych okazji, by wyżywać nasze emocje, chęć ryzyka i irracjonalność!

Szopa w salonie 27

Łukasz Szopa

Najbardziej wartościowi

Na początek: Ludzie nie są wcale tacy głupi. (Ale o tym na końcu.)

Poza tym: warto się liczyć z pieniędzmi, a i warto być przyzwoitym. (O tym za chwilę).

(A teraz małe preludium:)

Jak często w Berlinie bywa, gdy tam bywam, wychodzę świeżym rankiem, tak po szóstej, po bułeczki do piekarni za dwoma rogami. Po drodze spotykam czasem roznosiciela abonowanych gazet – i podziwiam, że o tej porze wstaje, bym mógł do śniadania czytać „co tam na świecie“ (przeważnie czytam na start program telewizyjny, bo telewizji samej niemal nie oglądam).

Czasem zdarzy się napotkać i naszego „hausmajstra“ czyli stróża, który coś tam już wnosi, sprząta, układa… No i za każdym razem, gdy wchodzę do piekarni (o tej porze już całkiem zaludnionej), od lat, mam podziw dla tych pań (czasem zdarzy się jeden młody, przystojny chłopak), i myślę sobie: „A o której oni wstali?… Piekarnia otwarta codziennie od… 5 rano. Czyli oni już na nogach od której, bym miał świeże cieplutkie rogaliki i bułeczki z makiem na śniadanko?…“

Z kolei gdy w „pierwszej przerwie przedobiadowej“ idę sobie w słoneczku na kawkę „to go“ (z własnym kubkiem, jak na ekofundamentalistę przystało!!) do tej samej piekarni, nadal ta sama zmiana co rano – ale już więcej osób na krzesełkach i przy stolikach. Głównie jest to grupka ośmiu do dziesięciu tych samych ludzi z naszego Kiezu (czyli okolicy), znająca się, żywo dyskutująca albo kontemplacyjnie popijająca kawkę (po południu, czasem w innym składzie, zdarza się piwko). Nieraz łapałem się i tu na myślach: „Co oni tutaj robią? Widać sami bezrobotni i inni zasiłkowcy, skąd ich w ogóle na to stać, by tak cały dzień przesiadywać na kolejnych kawkach, piwkach, bułeczkach i ciasteczkach??“ Na szczęście, najpóźniej po 2008 i kryzysie finansowym, zaraz „populistycznego Łukasza“ efektywnie blokował „Łukasz pragmatyczny“: „A co cię to obchodzi? Mają, to wydają, na co chcą! A mogliby na narkotyki, broń, gry hazardowe. Siedzą sobie tu spokojnie i tyle! W sumie, jakby policzyć, to są mniej szkodliwi dla budżetu miasta i kraj, niż cała masa prawdziwych pasożytów: menadżerów, banksterów, lobbystów…“ (Tu i „Łukasz pragmatyczny“ stał się trochę populistyczny…). No gdyby tak policzyć…

Policzono. W 2009 roku „New Economics Foundation“ opublikowała ciekawy raport, głównie statystyczny, pod tytułem „A bit rich“ (http://neweconomics.org/2009/12/a-bit-rich/?sf_action=get_results&_sf_s=social+worth). Wiem, to już prawie 9 lat temu, ale i tak pamiętam ten tekst do dziś, i przekonany jestem, że jest nadal aktualny nie mniej niż wtedy, rok po wybuchu kryzysu finansowego. Piszą o wielu rzeczach, ale najbardziej zafascynowało mnie zestawienie, „Czyja praca ile jest warta?“ Nie, nie chodziło o typową statystykę zarobków w Wielkiej Brytanii (obojętnie czy na rok czy na godzinę), a o wyliczenie, ile ktoś jest wart dla społeczeństwa („from surplus value to social value“). I nie są to jakieś „wartości emocjonalne“ jak „sympatia obywateli“ czy „docenienie zasług“ itp. – a czysto ekonomiczna statystyka. Można wręcz powiedzieć, że zestawiona i wyliczona w neoliberalnym dyskursie p.t. „Liczy się tylko efektywność i kasa!“

Rzecz jednak w tym, że policzono (uwaga, nadal niemiły dyskurs „antyczłowieczy“!), ile wart jest jeden funt włożony w edukację i inne inwestycje każdej osoby, gdy ta osoba osiąga najwyższy pułap swoich zawodowych zdolności. Czyli n.p. menadżer w swoim najlepszym roku, tak samo jak listonosz, dziennikarz, prostytutka, polityk w „kwiecie swojej aktywności zawodowej“, czy nawet bezrobotny. I co się okazuje?

Okazuje się, że na przykład jeden funt zainwestowany w wychowawczynię przedszkolną – daje społeczeństwu między 7 a 9,50 funta „zysku“. Jeszcze więcej wart jest sprzątacz szpitalny – zysk dla nas wszystkich z jego dobrej pracy to aż 10 funtów! Rekordzistą są jednak „śmieciarze pracujący w recyclingu“ – ich „społeczna wartość dodatnia“ to 12 funtów.

Z kolei… ze specami od reklamy już gorzej, tu zaczyna się… minusowa skala statystyki. Na każdym włożonym w ich edukację funcie społeczeństwo traci 11 funtów! Ale i tak nie są najgorsi. Pewnie jak ja typowaliście na bankierów, ale błąd! Dzięki ich pracy tracimy jako społeczeństwo tylko 7 funtów od każdego włożonego. Rekordzistą są… doradcy podatkowi, z niebywałym minusem 47 funtów! Oznacza to, że – przyjmując że już ten jeden funt w ich edukację jako społeczeństwo włożyliśmy – dużo lepiej (taniej, efektywniej) byłoby dla nas, żeby w ogóle nic nie robili!

A jak się to ma do mojego zdania na początku, że „ludzie nie są jednak tacy głupi“? Ano trochę ma – bo jak pokazują inne statystyki, nie tylko z Wielkiej Brytanii, to gdy spytamy „przeciętnego obywatela“ o najbardziej cenione zawody – to w czołówce lądują właśnie te najbardziej „wartościowe społecznie“ (strażacy, pielęgniarze, nauczyciele, policjanci), a w dolnej skali – menadżerowie, politycy, bankierzy… Czyli „pan Kowalski“, który zapewne raportu „New Economics Forum“ nie zna – czuje i wie, kto jest co wart i kogo szanować.

No, teraz tylko warto by przekonać większość „Kowalskich“, żeby postarała się o coś więcej niż szacunek dla tych osób – a mianowicie aktywną zmianę ku modelowi społeczeństwa i gospodarki, w której rzeczywiście będzie więcej tych zysków i mniej strat – bo i te, i te są koniec końców wspólne.

Szopa w salonie 26

Łukasz Szopa

Akcjonizm miejski

Mamy jakąś tam rocznicę Karola Marksa, więc dziś będzie o kapitale. O akcjach. Nie, nie artystycznych happeningach, zbiórkach charytatywnych czy akcjach politycznych, a o akcjach przedsiębiorstw. Czyli krótko: o tytułach udziału. Udziału we własności. Tak, gdyż od takich podstaw warto zacząć: „akcja“ to dokument własności danego przedsiębiorstwa. Owszem, cząstkowy, ale jednak.

Dla przykładu: jeśli kupię jedną (jedną jedyną! – choć to technicznie niemożliwe, ale o tym dalej) akcję koncernu General Motors, kosztuje mnie to (stan 14.05.2018) jakieś 37 dolarów. Tak zwana kapitalizacja rynkowa (czyli wartość GM na giełdzie – suma wszystkich akcji) to niecałe 52 miliardów dolarów. Czyli, kupując jedną akcję, staję się właścicielem General Motors – w 0,000000071 procentach. I obojętnie jak cena akcji będzie się zmieniać – pozostanę tym właścicielem w dokładnie tej cząstce tak długo, aż nie sprzedam lub nie dokupię następnych akcji.

Jako właściciel, czyli udziałowiec (gdyż część mojego kapitału dorzuciłem do całego kapitału GM – a właściwie wymieniłem mój kapitał na kapitał tego, który mi swoją akcję sprzedał), mogę cieszyć się z zysków „mojego“ przedsiębiorstwa – czy w formie wypłacanej dywidendy, czy gdy wzrośnie wartość rynkowa całego GM i tym samym mojej akcji. Ale i współdecydować – jak każdy wspólnik – o firmie: jak nią kierować, kogo zatrudniać, w co inwestować, jakie produkty, jakie rynki, jacy dostawcy itp.

W sumie bycie akcjonariuszem, czy w ogóle system akcji, to wspaniałe połączenie kapitalizmu z demokracją! Z jednej strony pieniądze, inwestycje, zyski – a z drugiej szerokie współdecydowanie o największych przedsiębiorstwach na świecie!

Pomijając fakt, że „demokracja“ nie ogranicza się do prawa większości – w tym przypadku w dodatku „większości kapitału“ (bo kolega, który kupi sobie dwie akcje GM, ma podwójną siłę głosu niż ja), to są jeszcze inne „ale“, które nasz idealny romans demokracji z pieniądzem trochę psują.

Niby szkoda, że wspaniałe teorie ekonomiczno-kapitałowe, wymyślone przez wcale niegłupich profesorów z Cambridge, Chicago czy Berkeley – w praktyce nie są już takie fajne. No, ale znamy to z komunizmu, niejeden znajdzie się (i dziś!), który twierdzi, że „pomysł Marksa w sumie był bardzo dobry… tylko źle zrozumiany i wykonany“ (ach, te „wypaczenia“, czyli dziesiątki milionów morderstw politycznych i setki milionów innych ofiar tych „błędów w interpretacji“…) Ale wróćmy do akcji i praktyki.

W teorii pomysł z akcjami to nie tylko „demokratyczny kapiał“, ale i idealny korektyw: Gdy coś jest źle, można zaraz sprzedać – to daje sygnał „na górze“, i albo poprawią, albo cena idzie dalej w dół. Gdy dobrze, to odwrotnie: cena w górę, następnym się podoba co firma robi, uważają ich plany za dobre – i inwestują, stają się właścicielami tego biznesu. I tak co właśnie poprzez szeroko rozsiany akcjonariat mamy idealnie działający wolny rynek: podaż, popyt, idealna cena (wartość) jako efekt. No i tu zaczynają się schody.

Po pierwsze, mając 0,000000071 % nic nie zadecyduję. Nie, nie dlatego, że nie mam większości 51%. Ale gdyż już technicznie to za mała cząstka, bym był w stanie jedną akcję w ogóle kupić – nawet jeśli jakiś handlarz czy broker by się zgodził, to sama cena jego prowizji i opłata transakcyjna zwalą mnie z nóg. Ale i gdy zaszaleję, i kupię jakieś 10 milionów akcji GM – zdobędę ledwie 0,71% – to nadal za mało, by zaproszono mnie na coroczne spotkanie akcjonariuszy, gdzie wybiera się zarząd, radę nadzorczą, omawia i dyskutuje o kierunkach rozwoju firmy, i można nawet zadawać wszelkie niewygodne pytania. A więc już widzimy, że z tym „współdecydowaniem“ to jednak trudno. Choć dziwię się, że w XXI wieku nie można tego zorganizować internetowo – wtedy przynajmniej każdy najmniejszy procencik miałby swój mini-guziczek do współ-głosowania.

W każdym razie, pierwsza podstawa teorii o wolnym obrocie akcji i jego efektywności odpada – gdyż rozproszenie akcji nie może być niestety kompletne, stąd tylko „więksi“ (ci, których stać na opłaty handlowe), mogą kupować akcje – i oczywiście kupują ich od razu setki.

O razu „w pakiecie“ pada i druga teoretyczna podstawa „wolnego rynku akcjami“: brak kosztów handlu akcjami, nie mówiąc o możliwych podatkach.

No ale przyjmijmy, że kupuję 20 milionów akcji GM – i mam 1,42% procent. Mogę współgłosować o przedsiębiorstwie, mogę zadawać szefowi zarządu pytania na „zjeździe“, mogę nawet proponować własne punkty obrad itp. Czyli jednak jakieś współdecydowanie, nawet jeśli mocno mniejszościowe. No, ale to mój problem, że kupiłem tylko 20 milionów akcji za banalne 740 milionów dolarów, trzeba było więcej, to bym miał więcej do gadania.

Ale, moi kochani, nie bardzo. Oczywiście, gdy uda mi się kupić 200 milionów akcji (o ile znajdę sprzedającego…) i dobiję do 14,2% – to już coś, „wpadam“ wtedy w różne regulacje, gdzie „pakiety mniejszościowe“ (ich właściciele) mają „pewne większe prawa“ (to znaczy, większe prawo współdecydowania niż inni akcjonariusze na walnym spotkaniu akcjonariuszy), i to regularne, nie tylko raz na rok. Coż, jak widzimy, z „demokracją kapitałową“ dawno już się pożegnaliśmy, ale i z czystą teorią efektywnego kapitalizmu coraz gorzej… Bo aby w ogóle podnosić głos w sprawie „mojej“ firmy, muszę… coś wiedzieć. Muszę mieć informacje, dostęp do informacji przedsiębiorstwa. W teorii wolnego handlu akcjami – pełny i natychmiastowy dostęp do wszelkich informacji. To nawet w obecnie mega-skomputeryzowanych i zsieciowanych czasach po prostu technicznie niemożliwe – pomijając fakt, że nawet przy moich 14,2% nikt mi tych informacji nie udostepni. Gdyż są to najbardziej tajne dane każdego przedsiębiorstwa: plany produkcyjne, patenty na przyszłość i w rozwoju, umowy z dostawcami i odbiorcami, kwestie prawne, informacje podatkowe i finansowe… Z ręką na sercu – po prostu nikt w żadnej firmie nie ma tych „pełnych i od zaraz“ informacji o całej działalności (i widokach na przyszłość!) – czyli nawet jej szef i 51%owy właściciel nie byłby w stanie dogodzić teorii – by efektywnie handlować swoimi akcjami.

A więc poległy niestety wszystkie trzy niezbędne dla teorii podstawy, by uważać szeroki handel akcjami (czy w ogóle system akcji) nie tyle za „demokratyczny“, co nawet za zgodny z teorią kapitalistyczną: Istnieją koszta transakcji, niemożliwe jest jak najszersze rozdrobnienie właścicieli i akcji, no i kompletną fantazją jest pełny, natychmiastowy i nieograniczony dostęp do informacji o firmie.

Czy więc lepiej… zatrudnić maklera czy innego speca finansowego? A gdzie tam! Oni nie będą w lepszej sytuacji niż my – gdy spojrzymy na ww. problemy. Taka różnica jedynie, że dodatkowo skasują od nas za doradztwo i opłatę „manipulacyjną“, i jeszcze jakąś prowizję. Jak każdy bank – też te największe, jak Goldman Sachs, GP Morgan, Deutsche Bank, Santander czy BNP Paribas. Te banki też głównie żyją nie tyle z zysków jako akcjonariusze, czy jako super-spekulanci, co… właśnie z prowizji i obrotu akcjami (czy kredytami, czy walutami, czy innym badziejstwem). Problem „tylko“ w tym, że te ich obroty – niemal już całkiem skomputeryzowane i automatyczne – osiągają niebezpieczne sumy – ale to temat na inny blog.

Bo banki to też tylko… ludzie. Czy to ich szefowie, czy akcjonariusze, czy brokerzy, a tym bardziej programiści algorytmów systemów komputerowych które automatycznie wykonują co milisekundę miliony transakcji – to też tylko ludzie…

Nawet „słynny spekulant“ George Soros, który owszem dorobił się na spekulacji walutami – ale było to dawno, lata 90 – to człowiek. Człowiek, który nie tyle wiele wiedział (coś tam wiedział, ale aż tak dużo nie mógł wiedzieć – patrz wyżej o problematyce informacji), co po prostu postanowił zaryzykować i wejść w zakład. Zadziałał więc po części nie-racjonalnie, ryzykując, nie mając pełnej informacji (a któż ma takową o przyszłości, może Bóg?…).

Przykro mi to niektórym mówić, gdyż są wśród Czytelniczek pewnie i takie osoby, które nie obraziły się na „akcje“ we wczesnych latach 90tych, inwestując w polską giełdę czy w niemiecki Telekom – ale każda inwestycja kapitałowa, nie tylko akcje, ale też wszelkie „pakiety“, „fondy“, czy nawet ubezpieczenia i książeczki oszczędnościowe, jak i obligacje państwowe – to ryzyko. To zakład, że „będzie jednak tak, jak oczekujemy i mamy nadzieję“.

Gdyż, nie wspomniałem jeszcze o głównej podstawie wszelkich teorii kapitałowych. A mianowicie, przyjmując istnienie ww. trzech wymaganych podstaw, to w dodatku wychodzą z założenia, że człowiek to… homo oeconomicus, czyli osoba myśląca, zachowująca się i działająca nie tylko racjonalnie, co jeszcze kierowana tylko celem zysku ekonomicznego.

O „racjonalności“ i psychologii w ekonomii już niegdyś pisałem (panikujący i zdenerwowani maklerzy giełdowi, „optymistyczne perspektywy na pierwszy kwartał“ itp.), ale miło mi nie tylko, że to bujda z tym oeconomicusem, i że w sumie wspaniale, że wielu z moich znajomych nie zachowuje się ani racjonalnie, ani ich celem życiowym nie jest kasa. Pomijając fakt, że bardzo niewielu ma w ogóle kapitał, aby połakomić się na bycie współwłaścicielem General Motors.

P.S. Test dla leniwych (by czytać cały mój tekst i go zrozumieć), ale cierpliwych (tak rok, najlepiej trzy):

Proszę wziąć gazetę / internet, i „na ciemno“ zaznaczyć lub wylosować przypadkowo 10 różnych firm oferujących akcje. Najlepiej z NYSE, DAX a może być i polski WIG. Potem „na papierze“ „kupić“ z każdej firmy akcji za 10000 zł (nie da się dokładnie, więc pojedyncze sumy ciut poniżej). Potem zsumować ile wydaliśmy, no i zapisać ile akcji danej firmy „kupiliśmy“.

A następnie czekać, rok, trzy, najlepiej pięć lat.

I znów się zabawić, wyszukać nasze firmy, i sprawdzić, ile teraz warta jest suma naszych „inwestycji“.

Nieważne, czy wyjdzie nam więcej niż mniej niż te początkowe niecałe 10000 zł. Ważne, by porównać je do procentowej zmiany wskaźnika DAX, WIG, NYSE w tym okresie. A jak ktoś chce, dodatkowo do jakiegoś „pakietu inwestycyjnego“. Idę o zakład (zakład!), że Wasza „inwestycja w ciemno“ nie będzie wyraźnie gorsza/lepsza od tych wskaźników. Co po prostu oznacza, że podobnie „w ciemno“ działają rynki giełdowe i ich gracze. Miłej zabawy!

Szopa w salonie 25

Łukasz Szopa

Eko jest eko – wystarczy policzyć

Wielu z nas – nie tylko podczas zakupów – wpada w oko (a i do koszyka) coś o nazwie „eko…“ – ekologiczny serek, ekologiczna bluzka, ekologiczna karma dla kotów, ekologiczny węgiel do grilla…,  czy w formie reklamy do skrzynki pocztowej (realnej lub elektronicznej): ekologiczny prąd, ekologiczny urlop, ekologiczny samochód, ekologiczny bank itp. (Czekam z utęsknieniem na następne wynalazki, jak „ekologiczne prezerwatywy“, „ekologiczny granat“ czy „ekologiczna reklama ekologicznych produktów“). Ponoć nawet pieniądz może być ekologiczny, choć nie zawsze: taki bitcoin okazuje się gorszy dla środowiska niż produkcja i transport banknotów i monet, gdyż w międzyczasie „produkcja“ bitcoina – do czego potrzeba masy operacji kalkulacyjnych masy komputerów – z uwagi na zużywaną energię wcale nie jest taka „eko“.

A że o pieniądzach i kwestiach materialnych (choć nic bardziej arcy-materialnego niż produkty „eko“!), czy też gospodarczych tu sobie dywaguję, to pójdźmy jeszcze o krok dalej. Pewnie nieraz już niejeden z nas zauważył powinowactwo językowe dwóch „eko“ – „ekologiczny“ i „ekonomiczny“.

Gdyby rzucić tylko jednym, tym powierzchownym, okiem na „obszary językowe“ obu eko, wydawać by się mogło, że to przeciwieństwa, tym bardziej, jeśli posłuchać promujących, każdy „swoje“ eko, z jednej strony aktywistów ochrony środowiska, z drugiej – speców od reklamy i profesorów wolnorynkowych. Wbrew pozorom, ich język i prezentacja są jednak często podobne – wysoce emocjonalne, słabo argumentowane, po prostu ideologiczne czy wręcz demagogiczne. O tym, że niejeden „zielony“ nie potrafi inaczej, pewnie wiemy, a o tym, że z argumentami i rzeczowością słabo również wśród „głośnych“ ekonomów i „panów od gospodarki“ – już kilka razy wspominałem.

A szkoda, bo… w sumie obie strony mają rację. Gdyby się trochę zastanowić, a w dodatku – policzyć.

Gdyż to, co „eko(logiczne)“ prawie zawsze jest też jak najbardziej „eko(nomiczne)“. Kilka przykładów:

Gdy do podróży, czy też do produkcji czegoś tam, czy to do ogrzania domu potrzebuję mniej surowca, to jest to lepsze i dla środowiska, i dla mojej kieszeni.

Gdy jem żywność, która zawiera jak najmniej sztucznych dodatków, konserwantów, farbników i innej chemii (oby tylko chemii!!!) – to i taniej to wyprodukować, i lepiej dla mojego zdrowia.

Gdy nie trujemy wspólnego powietrza świństwami z pieców i ciepłowni, jak i samochodów i samolotów – to pozytywnie wpływa na nasze zdrowie, na turystykę, a nawet zapobiega (lub zmniejsza ryzyko) zmian klimatycznych i wiążących się z nimi katastrof jak powodzie, susze, huragany.

Gdy nie sypiemy trucizn na pola – to nie tylko wszystko lepiej smakuje i dobre dla zdrowia, ale i nie zabijamy powoli nas samych i także masy ptaków, owadów i innych żyjątek. A właśnie dzięki nim – darmowa ich praca! – możliwe jest efektywne zapylanie kwiatów na polach, równowaga biochemiczna gleby itp.

Tak więc nie chodzi tu o jakąś „miłość do mleka prosto od krowy“ czy „sympatię do pszczół i świnek nie zatrutych glyphosatem czy antybiotykami“ – chodzi o kasę, czysto ekonomiczną efektywność związaną z kosztami.

Problem „jedynie“ w tym, że niektórym jakoś nie chce się liczyć…

Podałem już przykład z pszczołami – ich zanik to nie tylko straty gatunku, ale setki miliardów strat w rolnictwie, rocznie! A „oszczędności“ czy „większe efekty“ z używania chemii były widoczne tylko z początku, gdy nikt nie pomyślał jakoś o tym, że „środki owadobójcze“ są właśnie tym o czym mówi ich nazwa – i że konsekwencje mogą być bolesne.

Inne przykłady ekonomicznej krótkowzroczności w rolnictwie to niby „tańsze“ modele monokultury, wycinka drzew między polami („bo łatwiej ciągnikiem jeździć!“), zatrucia wód gruntowych i tak dalej.

Podobnie z żywnością i jej produkcją: faszerowanie świnek i kurcząt antybiotykami okazuje się zgubne w skutkach i dla zwierząt, i dla jedzących je ludzi – a to z kolei koszty zdrowia, czyli opieki zdrowotnej, których jakoś nikt nie ma ochoty zestawić z kosztami produkcji żywności.

Z paliwami czy plastikiem podobnie: gdyby wliczyć koszta wydatków na zdrowie, zniszczone „tańszą“ produkcją czy energią (plastiki w rybach, chemia w roślinach, owadach i zwierzętach, smog i inne świństwa w powietrzu i wodzie pitnej) – to wyszłoby na to, że najtaniej jednak trzymać własne zwierzęta za domem. Wiem, to przesada, ale gdy wliczymy „zysk ekologiczny“ z lokalnej produkcji, do tego oszczędności w zmniejszeniu odległościach transportowych (znowu: produkcja ciężarówek, samolotów i statków, koszty wydobycia i spalania energii) – to wyjdzie nam, że najbardziej ekonomiczną bo ekologiczną formą produkcji i konsumpcji jest „kupuj z regionu“.

No i ostatni przykład, gdzie komuś z ekonomistów czy ekspertów jakoś nie chciało się liczyć: energia atomowa. W wielu krajach, nie tylko Polsce, nadal uważa się, że to „obecnie“ najtańsze i równocześnie wyjątkowo „nieszkodliwe dla środowiska“ źródło energii, że owszem, „coś tam trzeba będzie z tymi odpadami zrobić, kiedyś…“.

To ja się zapytam: Kto i ile zapłacił i zapłaci (o ile to policzone!) za wszystkie koszta (zdrowie ludzi, straty finansowe, opuszczenie całych gmin i regionów, spadek wartości nieruchomości itp.) wypadków jak Czarnobyl czy Fukushima? A że to tylko dwa przypadki, nic powszechnego, wyjątki? Okej, to dlaczego jakoś żadna firma obsługująca energie atomowe na świecie nie ma umowy na ubezpieczenie „od wszelkich kosztów wypadków produkcji“? (Ja jako informatyk n.p. opłacam ubezpieczenie od możliwych konsekwencji mojej pracy). Ano, bo żadna firma ubezpieczeniowa nie weszłaby w taki deal – albo nałożyła by takie koszta składki, że prowadzenie elektrowni atomowych okazałoby się za kosztowne.

Albo w takich niby bezpiecznych politycznie i tektonicznie Niemczech czy Francji: Kto płaci za magazynowanie (i szukanie magazynu „ostatecznego“) odpadów radioaktywnych? Nawet jeśli cudem okazałoby się, że – inaczej niż w magazynującej kopalni w Asse – wszystkie beczki szczelnie zamknięte i nic nie przenika do wód gruntowych?

A kto przez dziesięciolecia dotował dziesiątkami milardów badania i rozwój energii nuklearnej, czy czasem nie państwo?

No więc, gdyby wliczyć do kosztów produkcji energii atomowej wszystkie te trzy koszta: badania i rozwój, magazynowanie, ubezpieczenie od kosztów wypadków – to nigdy w życiu „atom“ nie będzie tańszy od słońca, wody, wiatru, a tym bardziej węgla. Choć tutaj też warto by obliczyć jego cenę podobnie jak „atomu“. I stałoby się jasne, że odnawialne źródła energii są nie tylko najbardziej ekologiczne – ale i ekonomiczne. Choć dodam na koniec banał: że najtańsza energia to ta, której nie  zużywamy, a najbardziej ekonomiczna żywność to nie tylko ta„za rogiem“, i to najlepiej „bezmięsna“, ale i ta, której sobie oszczędzimy.

Szopa w salonie 24

Łukasz Szopa

Delegacje anty-wolnorynkowe

Nie wiem, kto z czytelników ogląda regularnie wiadomości telewizyjne czy czyta papierowe dzienniki, i kto czynił to w latach 70 czy 80 poprzedniego wieku. To ostatnie szczególnie w Polsce, czyli centralnie planowanej gospodarce socjalistycznej. Ale może ktoś pamięta relacje z wizyt zagranicznych „głów państw“, szczególnie „zachodnich“ (zarówno wizyt, jak i samych „głów“). No więc padało wtedy regularnie – zwłaszcza podczas odwiedzin w Warszawie „głów ważniejszych“ (czyli np. gości z Republiki Federalnej Niemiec i Francji, ale i Wielkiej Brytanii, Belgii czy Austrii) – takie oto sformułowanie: „Do Polski przybył w oficjalnej wizycie premier/prezydent/kanclerz … (nazwa głowy i kraju), a wraz z nim delegacje przestawicieli przemysłowych/gospodarczych (tylko nazwa kraju, te głowy nie wymieniane), by omówić… i takie tam.“ Wtedy, oglądając filmowane delegacje, schodzące schodkami z samolotu, by dotknąć płyty warszawskiego Okęcia, wiele się nad tym sformułowaniem nie zastanawiałem, było nudne, nic nie mówiące i typowe jak większość treści telewizyjnego czy innego dziennika.

Podobnie reagowałem już „na Zachodzie“, choć relacje były tym razem w języku niemieckim, gdy relacjonowano wizyty „głów“ państw i ich delegacji biznesmenów zagranicą, czy też takich, co odwiedzali Austrię czy Niemcy. (Aha, jedyne co było wtedy różnicą, że w socjalistycznej Polsce wspominano tylko wizyty „innych u nas“ – a jakoś wcale wizyt „naszych u innych“ w towarzystwie panów „z gospodarki“…)

W każdym razie dopiero po latach, wielu latach, coś w mnie w tych niby nudnych i standardowych relacjach z delegacji zaintrygowało. A zaintrygowało mnie nie tylko w niemieckim dużo ciekawsze językowo sformułowanie „Kanzler … besuchte heute … in Begleitung österreichischer/deutscher Wirtschaftsvertreter“, jakoby tych kilku-kilkunastu szefów największych koncernów było rzeczywiście „reprezentantami“ całej gospodarki danego kraju. Dużo bardziej dziwne stało się nagle dla mnie, skąd się ci „Vertreter“ w ogóle wzięli nie tylko w odwiedzanym kraju, ale już w samolocie jako towarzysze kanclerza czy kanclerki. Pomijając już samą – pewnie bardzo ciekawą – kwestię, jak to w praktyce funkcjonuje: kto ma ten honor, powinność, szczęście być wybranym i przez kogo do „reprezentowania gospodarki“ i towarzyszenia głowom państw i ministrom w zagranicznych wizytach (a jeszcze ciekawe, kto gdzie siedzi w tym samolocie i czy panowie szefowie koncernów dorzucają się do biletu).

Najbardziej dziwne, wręcz szokujące było stwierdzenie faktu, że… mamy niby do czynienia z krajami (tymi z wizytą, niekoniecznie tymi wizytowanymi, choć i takie przypadki bywają), które nie tylko w telewizyjnych i gazetowych wiadomościach w kółko podkreślają i chwalą się „wolnorynkowym“ charakterem swojej gospodarki! No bo co, jak to tak, kurczę blade (jakby powiedział mały Mikołajek) – niby gospodarkę mamy wolnorynkową, kipiącą niezależną gospodarką od państwa i państwem niezależnym od gospodarki i na nią nie wpływającym, niby mamy konkurencję między przedsiębiorstwami – choćby w branży samochodowej czy energetycznej – a tu nagle… wszystko na opak!!! Ktoś najwyraźniej planuje te wspólne wojaże i imprezy (gospodarka planowana?…), ktoś decyduje, kto jedzie a kto nie (niezależność biznesu od państwa?…), a w dodatku – pewnie podekscytowani pozytywnie, że udało im się znaleźć miejsce w samolocie kanclerza czy kanclerki – szefowie niby konkurujących ze sobą ostro firm w najlepszej komitywie jak grupa pierwszoklasistów podąża pod opieką „pani“ na zagraniczną wycieczkę!!

Coż, można by to nazwać „miłym spędzeniem czasu“, można i „dziecinadą“, a można też – co niniejszym robię – nazwać to bezwstydnym, otwartym i publicznym (i stąd nie wiem, czy w takim razie „zakłamanym“…) lobbyzmem, nepotyzmem i w sumie korupcją. I naprawdę chciałbym wiedzieć, czy ci panowie w ogóle dokładają się jakoś do kosztów tych wojaży, czy też okazuje się, że jako niemiecki podatnik… płacę za to ja?…

Szopa w salonie 23

Łukasz Szopa

Rozczarowanie wolnym rynkiem

Moje pierwsze mocne rozczarowanie „wolnym rynkiem“ nie było spowodowane kryzysem finansowym 2007-2008. Ani też jedną z chwil, gdy jako „wolny ciułacz“ musiałem stwierdzić, że dochody nie zawsze starczają by pokryć wydatki na mieszkanie, jedzenie i takie tam. Powodem czy „otwarciem oczu“ nie były też żadne dyskusje z lewicowymi aktywistami na Kreuzbergu czy Christianii, ani studia ekonomii.

Moje pierwsze rozczarowanie tą ideą miało miejsce… w pierwszym czy drugim dniu pierwszej podróży na „Zachód“, latem 1985 roku. Ale przewińmy taśmę wspomnień trochę do tyłu – czyli do komunistycznej Polski, w której już przed tą podróżą wpajano mi, a robili to antysystemowo nastawieni rodzice i dziadek, że system „centralnego planowania“ i w ogóle cały „socjalizm“ jest do bani – i jak w porównaniu lepszy jest zachodni system wolnego rynku. Już jako dziesięciolatek rozumiałem logikę, że dużo większy sens ma wolny handel, popyt konsumentów, wiążąca się z nim podaż producentów, i jako wynik tych dwóch czynników – indywidualnie przez handlowców definiowane ceny. Oczywiście, jasne było też, że istnieje wiele różnych produktów służących do jednego celu, czy to pasta do zębów, czy samochody. I że gdy ceny są niższe, oznacza to często gorszą jakość, i odwrotnie – i że jako konsument, dzięki wolnej woli, wybieram albo jedno, albo drugie.

No i potem szok „Zachodem“. A dokładniej mówiąc – pierwszym supermarketem. Nie, nie bogatą ofertą, na to byłem przygotowany – choć owszem, dziwił mnie fakt, dlaczego wspomniane pasty do zębów czy paczki z płatkami owsianymi wystawione były w kilkudziesięciu sztukach na raz (ten sam produkt!) – co za marnotrawstwo przestrzeni, i gdzie tu opiewana efektywność? Jednak kompletnym rozczarowaniem było coś innego – a mianowicie: ceny.

Nie, nie dlatego, że w przeliczeniu na nasze komunistyczne złotówki były to fantastyczne ceny. Negatywnie zaintrygowało mnie coś innego: definicja cen. Były kompletnie absurdalne, komplikujące życie i konsumenta, i sprzedającego!!! No bo jak inaczej rozumieć te wszystkie 2,99 DM, 34,95 szylingów, czy 13,98 guldenów? Czyste wariactwo, czy też sado-masochizm tych, co w sklepie definiowali ceny i przyklejali te jaskrawoczerwone czy żółte mininaklejki na każde opakowanie! Czy nie można prościej? Komu po cholerę to komplikowanie sprawy z groszami i fenigami?

No i dopiero po jakimś czasie – a może po odpowiedzi mojego taty – zrozumiałem, że to po prostu trick, o ile nie oszustwo. Że w ten sposób cena „wygląda“ na niższą, choć to tylko kilka grosików – ale że tak właśnie funkcjonuje psychologia, którą wykorzystuje sprzedający, by zachęcić kupującego, któremu wydaje się, że „5,95“ to  wyraźnie mniejszy wydatek niż „6“ – a takie właśnie ceny okrągłe, pełne, znałem z „komunistycznej“ Polski.

Cóż, zrozumiałem, że „wolny rynek“ to nie tylko popyt, podaż, konkurencja, wolność w ustalaniu cen i jakości, ale i – wolność w manipulacji konsumenta.