Wyjdą z bloga i poczytają w kawiarni…

Krystyna Koziewicz i Roman Brodowski

W międzyczasie padło już pytanie, a co Krystyna i Roman będą czytać? Odpowiedziałam, że teksty… różne, z bloga, ale (zapewne) nie tylko…

Pomyślałam więc, że może jednak przypomnę tu fragmenty znakomitych tekstów ich obojga, które najbardziej lubię. Nazywam je dla siebie “Górka” i “Chałupa”. Tak je lubię, że owa górka i chałupa znalazły się na plakacie i ulotce.

Krystyna Koziewicz, Chałupa

A dom wciąż stoi…

i trwa niezmiennie, a ja wciąż do niego wracam, bo daje mi spokój i poczucie bezpieczeństwa… Każdego roku czekam na to spotkanie z przeszłością cierpliwie i pełna nadziei, choć wiem, że w życiu nie ma nic pewnego i w każdej chwili może się zdarzyć wszystko, co uniemożliwi to spotkanie. Na samą myśl, że mogłoby się tak stać, odczuwam irracjonalny strach, ,,że coś ważnego stracę i nigdy już tego nie odnajdę.” (…)

Tak więc cała jestem pośpiechem i tęsknotą za tym, co było i pozostanie moją największą miłością – moim domem rodzinnym. Moja twierdza i prawie święta przestrzeń. To dom z duszą, która sprawia, że chce się w nim BYĆ i wciąż smakować każdą mijającą chwilę. Jest w tym wszystkim coś, co zahacza o magię, ale nie potrafię tego nazwać, choć to COŚ jest we mnie od lat.

Co więcej, ta stara, poczciwa CHAŁUPA, jak nazywaliśmy to nasze gniazdo rodzinne, wciąż jest nam wierna i pełna ciepła. To nic, że kiedy się na nią patrzy z zewnątrz, przypomina chatę żywcem przeniesioną ze skansenu; najważniejsze, że jest nasza i że wyzwala wspomnienia, przenosi nas w miniony czas, którego fragmenty wciąż żyją w pamięci. Pewnie dlatego tak bardzo lubię tu wracać…

Trzeba przyznać, że podobnych chatek niewiele już pozostało w Małopolsce. W sąsiedztwie murowanych willi wyróżniają się innością, a nasza CHAŁUPA szczególnie, i nijak nie pasuje do dzisiejszych czasów. Tylko na tle przyrody prezentuje się fantastycznie! Wciąż stoi sobie na wzgórzu i z każdej strony jest jakby przytulona do drzew. Jej oczami są okna, przez które widać przecudny krajobraz pól i łąk. Zmienia on barwę w zależności od pory roku. W dzieciństwie to był cały mój świat!

(…)

Miałam zaledwie siedem lat, kiedy opuszczałam dom na wzgórzu. Pamiętam żal, który mną wtedy targał… I choć nie byłam w nim osamotniona, bo przecież to samo pewnie czuła mama i moje rodzeństwo, to jednak miałam wrażenie, jakby cały świat mnie opuszczał. Czas jednak zrobił swoje i to, co kiedyś bolało, teraz nieco przybladło, ale nie znikło. Wciąż jest we mnie, choć nie przeszkadza mi cieszyć się, gdy nadarza się okazja, by odwiedzić stare miejsca. Bo pragnienie przeniesienia siebie w te bliskie mi miejsca i zatrzymanie choćby cząstki tego świata w sobie na zawsze jest tak wielkie, że sama tego nie pojmuję. Czy kiedykolwiek pojmę?

(…)

Potrzebowałam wiele czasu, żeby przystosować się do miejskiego życia. Można powiedzieć, że już od kołyski związana byłam z naturą. Urzekła mnie bogactwem barw i ukształtowała mój świat wyobraźni. Najbardziej uwielbiałam siedzieć nad potokiem i obserwować „śmigające” rybki, ale uprawiałam też wspinaczkę po drzewach i zaglądanie do dziupli. Biegałam po łąkach za motylami. Zbieranie kwiatów na wianki było wręcz kosmicznym szczęściem!

Za to ogród karmił mnie owocami, których smak do dzisiaj pamiętam. Takich poziomek, malin, czernic i orzechów nigdy już później nie jadłam… Te siedem lat spędzone na wsi było tak gęste od wrażeń, że spowodowało, iż tylko z tym miejscem się identyfikuję.

Dom to nie tapety, nie meble, nie kąt z żyrandolem, obrazem…
Dom to tam, gdzie, choćby pod gołym niebem, ludzie są razem…

Wiktor Woroszylski

Roman Brodowski, Górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych. W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.
– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg!

(…)

uż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego. (…)

Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam „na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.