Pochwała małych wydawnictw

Ewa Maria Slaska

Wstęp

W roku 2013 pewna bardzo szacowna instytucja warszawska wykazała zainteresowanie książką o rodzinie Lublinerów, nad którą wówczas pracowałam. Ba, pojawił się pomysł, by ta książka stała się zalążkiem całej nowej serii wydawniczej. Umówiłyśmy się z panią redaktor, że potrzebuję jeszcze mniej więcej dziewięciu miesięcy na pracę. Wróciłam do domu zachwycona i natychmiast intensywnie zabrałam się do pisania i poprawiania. W umówionym terminie wysłałam pdfa książki do pani redaktor. I nic się nie wydarzyło. Rok był już w międzyczasie 2014. Napisałam, zadzwoniłam (bardzo nie lubię!), zapytałam. Pani redaktor była chora, nie mogła czytać na ekranie. Skopiowałam książkę na papierze, zawiozłam do Warszawy. Rok był już w międzyczasie 2015. Po 12 miesiącach czekania, spytałam nieśmiało, co dalej? Miałam poczekać jeszcze miesiąc na ostateczną decyzję. Po miesiącu odpowiedź była taka – książka jest wspaniała i świetnie się ją czyta, ale… No cóż, czasy się zmieniły, dyrektor naczelny nie chciał jednak ani nowej serii wydawniczej, ani mojej książki. Rok był już w międzyczasie 2016. Odłożyłam słuchawkę (wciąż mam jeszcze staroświecki telefon ze słuchawką, ale, hola! komórkę oczywiście też) i siedziałam patrząc bezmyślnie w ekran komputera. Od momentu pierwszej rozmowy z panią redaktor minęły ponad trzy lata, a ja przez cały ten czas pracowałam nad moją książką z myślą, że zostanie wydana w ważnej instytucji. Przyzwyczaiłam się i teraz nie wiedziałam, co dalej. W ogóle nie wiedziałam, co dalej, bo nigdy przedtem nie wydałam ksążki, wysyłając ofertę do wydawnictwa, zawsze to wydawnictwa zgłaszały się do mnie i nigdy przedtem ta staroświecka metoda mnie nie zawiodła.

I wtedy zadzwonił telefon. Na pewno mi nie uwierzycie, ale naprawdę tak było. Wciąż jeszcze siedziałam przy biurku zdruzgotana ostateczną odmową z ważnej instytucji, gdy w telefonie odezwał się pan Geisler z wydawnictwa Zielonka i powiedział, że on chętnie wyda moją książkę. Piszę przecież o rodzinie Lublinerów, a ta szacowna rodzina mieszkała też w Zielonce i ich to jako regionalistów interesuje.

Powiedziałam “tak” i w roku 2018 książka się ukazała (jest datowana na rok 2017, ale to już naprawdę nieważne).

Punkt kulminacyjny. Od tego czasu kocham małe wydawnictwa regionalne.

Rozwinięcie

Wiosną 2022 roku pojawiło się u mnie pięć książek. Nie wszystkie na raz, ale jednak w czasie blisko siebie. Najpierw leżały w kuchni, bo tam pijąc kawę, przeglądam pocztę, w tym książki nadesłane i otrzymane. Potem przenosiły się na stolik przy łóżku lub na fotel w salonie, bo głównie tam czytam ksążki, które naprawdę czytam, a nie tylko przeglądam. Już to znaczyło, że są dobre, bo nie każda książka, jaką dostaję, dociera aż do fotela i / lub stolika nocnego. Stąd zabieram niektóre z nich na biurko, a to znaczy, że będę chciała coś o nich napisać. Niedawno uderzyło mnie, że wszystkie książki dotarły na biurko (czyli będę o nich pisać) i że, choć są bardzo różne, mają jedną wspólną cechę: zostały wydane w skromnym wydawnictwie – małym, a niekiedy wręcz regionalnym!!!!

Bo jest proszę Państwa tak, że wielkie i znane wydawnictwa, które przedtem mogły trzymać nasze książki trzy lata, a potem nas olać, teraz (TERAZ) stały się twierdzami, do których zwykli ludzie (zwykli autorzy) nie mają już w ogóle dostępu. I wierzcie mi, że wiem, co piszę, bo właśnie próbuję ulokować w wydawnictwie swoją nową powieść. Napisałam do 20 wydawnictw i już mi się dalej nie chce. Och, jak mi się marzy powtórka z własnej historii wydawniczej, och, jakbym chciała, żeby zgłosił się do mnie jakiś regionalista i powiedział – z Gdańska przez Berlin do Nowego Jorku!? To doprawdy mój temat! Biorę!

A na razie opowieść o małych wydawnictwach.


Agnieszka Kostuch, O literaturze. Otwarcie, wydawnictwo MK, Kraków 2022
Jacek Krenz, Latem w Jastarni, wydawnictwo Region, Gdynia 2022
Tomasz Fetzki, Édouard Onésime Séguin, wydawnictwo Impuls, Kraków 2020
Marek Zagańczyk, Berlińskie widoki, wydawnictwo Austeria, Kraków 2019
Mieczysław Bonisławski, A my zostajemy w Zielonej Górze, wydawca Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, Zielona Góra 2022

W tym subiektywnym i przypadkowym wyborze Kraków zdecydowanie przoduje. Nie wiem, czy ma to znaczenie. Może.

***

Książka Agnieszki Kostuch to rozmowy z autorkami i autorami, pisarkami i pisarzami, poetkami i poetami. Niektóre z tych osób są znane lub bardzo znane, niektóre cieszą się zapewne sławą lokalną, o niektórych bez tej książki nigdy byśmy nie usłyszeli. Kostuch rozmawia z nimi o wszystkim. O pisaniu i niemocy pisarskiej, o życiu i śmierci, o problemach, tych zwykłych i tych filozoficznych. Czasem rozmowa kończy się pytaniem – co powiedziałbyś początkującej pisarce, początkującemu poecie? Dobre pytanie, sama pamiętam dwie takie wypowiedzi, skierowane do mnie wiele lat temu. Jedna była straszna. Miałam 25 lat, pewien pisarz powiedział mi, że jestem naprawdę dobrą pisarką, a teraz muszę popracować nad tym, żeby się stać dobrym pisarzem. Drugą usłyszałam dziesięć lat później – każdy pisarz, powiedział (inny) pisarz, musi uświadomić sobie, że pisząc pierwszą linijkę staje w szranki z Wielkimi i powinien zadać sobie pytanie, czy ma szansę, by zostać Szekspirem? Czy on został?
Co ja odpowiadam pisarzom i poetom? Pisz, choćby już tysiąc razy przed Tobą powiedziano to samo, pisz, bo każde pokolenie potrzebuje swoich poetów i pisarzy (a też i tłumaczy literackich i krytyków), nie możemy szukać prawdy o nas u Homera, Szekspira i Goethego, bo i my, i wy, nowi ludzie, potrzebujecie kolejnej, swojej, Woolf i następnej, swojej, Tokarczuk.

I tak to, pisząc o Kostuch, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Książkę Jacka Krenza, gdańskiego architekta, malarza-akwarelisty i urban sketchera, znałam już, znają ją też czytelnicy tego bloga, bo większość tekstów, szkiców, zdjęć i akwarel ukazała się tu w kolejnych odcinkach latem 2019 roku (pierwszy TU). Ta bardzo w gruncie rzeczy prosta opowieść o prostych radościach młodych chłopaków w prostej rzeczywistości PRL-u ma tak wspaniałą atmosferę i tak dobrze spełnia swoją funkcję wehikułu czasu – bo czymże są wspomnienia jak nie wehikułem czasu? – że nabiera wręcz uniwersalnego znaczenia. Napisana poniekąd z myślą o pokoleniu dzieci i wnuków, jest jednak przede wszystkim lustrem, w którym my (starzy? starsi?) odnajdujemy samych siebie. Pełno jest tu zdań, które nas do głębi wzruszą i poruszą. Mnie poruszyło zdanie, że nie mieliśmy pieniędzy i nasze życie było bardzo skromne, ale mieliśmy swoją muzykę. Odnalazłam w nim i nostalgię, i poczucie dogłębnego szczęścia, że taką mieliśmy dobrą młodość. Wykorzystałam je (kilka innych też) w tej mojej napisanej właśnie powieści Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Tej, którą próbuję wydać.

I tak to, pisząc o Krenzu, napisałam o sobie. Dziękuję za inspirację!

***

Tomasz Fetzki, doktor nauk humanistycznych, pedagog specjalny, nauczyciel akademicki oraz nauczyciel i terapeuta osób z niepełnosprawnością intelektualną, napisał książkę o słynnym francuskim pedagogu, twórcy pedagogiki osób z niepełnosprawnością intelektualną. Temat niespecjalistom nie wydaje się zbyt porywający, a nasze wielopokoleniowe już doświadczenie z tym, jak piszą naukowcy, też nie zachęca do sięgnięcia po kolejną naukową pozycję, a tu tymczasem… Tymczasem temat okazuje się porywający, osobowość słynnego pedagoga nowocześnie zwichrowana i nader ciekawa, wymyślona przez niego metoda pracy z osobami niepełnosprawnymi – nowatorska, a styl absolutnie znakomity. Książkę czyta się naprawdę bardzo dobrze, czyli, jak to dawnymi czasy pisał tygodnik Przekrój, “czyta się”, i była to prawdziwa zachęta do lektury.

Tomasz Fetzki pojawiał się tu na blogu jako świetny regionalista, opisywał nam Kresy Wschodnie (np. TU – odcinek I, a potem dalsze) i Zachodnie, czyli Łużyce, Berlin, Polskę centralną, Francję a też i Czechy czasem, a czasem muzykę i poezję, czasem koty, a czasem przejażdżki rowerowe (i niech sobie szanowne Czytelnictwo samo szuka w indeksie nazwisk, albo po tytułach, bo dużo tego; choć z drugiej strony – nigdy za dużo i szkoda, że od jakiegoś czasu nic). Przede wszystkim jednak stał się doktor Fetzki zaczynem katalizującym proces pisania owej wspomnianej we wstępie książki Lublinerowie. Bez niego tej książki by nie było. Nie był inspiracją, bo inspirację znalazłam sama w sobie i w historii mojej rodziny w odległych czasach, po prawdzie tak odległych, że autor jeszcze wówczas koszulę w zębach nosił, ale na pewno był właśnie katalizatorem – ni stąd ni zowąd obcy człowiek napisał do mnie (obcej osoby), zapytał, czy na pewno naukowczyni Karolina Lubliner-Mianowska była moją cioteczną babką, a jak odpowiedziałam, że tak, to powiedział, że pisze pracę naukową o matce owej doktor Mianowskiej i czy mogłabym udzielić mu paru informacji. I tak to się zaczęło. Zaczęliśmy korespondować, spotkaliśmy się kilkakrotnie, przeszliśmy z tematów badawczo-rodzinne na wiele innych, Tomek został autorem na moim blogu. Pracę o mojej prababce, Eugenii Lublinerowej, założycielce pierwszej w Polsce szkoły dla dzieci z niepełnosprawnością intelektualną, Tomasz wciąż jeszcze pisze, ale w międzyczasie on wydał pracę o Séguinie, a ja napisałam swoją zbeletryzowaną biografię rodziny, a przy okazji się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, być może na tak zwane wieki.

I tak to, pisząc o Fetzkim, napisałam o sobie i mojej rodzinie. Dziękuję za inspirację!

***

Książka Zagańczyka jest tak cieniutka, że gdyby nie była ładnie wydana na ładnym, szlachetnym papierze (kremowym, czerpanym), nazwałabym ją broszurką. Autor przebywał w Berlinie na stypendium i spisał swoje wrażenia, koncentrujące się zwłaszcza na polityce i to tej z najwyższej półki. Najwyraźniej był człowiekiem, który nieustannie chodził i opisuje właśnie ten zdeptany przez siebie Berlin. I pomyśleć, że od dwóch lat i ja, i dwie moje przyjaciółki – Ela Kargol i Krystyna Koziewicz – nieustannie wydeptujemy nowe ścieżki w Berlinie, a tu tymczasem przyjechał obcy facet z Polski i odnalazł w Berlinie różne ślady, których my nie tylko nie znalazłyśmy, ale i nie znałyśmy. Zerkając od czasu do czasu do berlińskich notatek Zagańczyka, znajdziemy zatem wiele nowych nieznanych tras w naszym mieście.

I tak to, pisząc o Zagańczyku, napisałam o mnie i moich przyjaciółkach. Dziękuję za inspirację!

***

Mieczysław Bonisławski też objawiał się już na tym blogu – pisał przede wszystkim świetne teksty prawie że realne, ale jednak odrobinę fantasy, a odrobinę w duchu Marqueza i jego realizmu magicznego, w tym opowieści historyczne. Opublikował też stosunkowo niedawno wieloodcinkową powieść o Zielonej Górze po transformacji politycznej (Zderzenie na przejeździe – tu odcinek I, potem trzeba szukać). Wiele fragmentów powieści podobnie jak niektóre opowiadania autora wiążą się z koleją szprotawską i szerzej – w ogóle z kolejnictwem. Nie powinno to dziwić, autor jest regionalistą i dyrektorem Muzeum Kolei Szprotawskiej. Jego najnowsza książka łączy w sobie tę lekką ekstrawagancką skłonność do wprowadzania elementów fantasy, rzetelną wiedzę o kolejnictwie lokalnym (w tym wypadku zielonogórskim) i zacięcie edukacyjne, pod hasłem – no niechżeż się wreszcie wszyscy dowiedzą, jaka wspaniała jest lokalna historia i lokalny aktywizm, a lokalna historia kolejnictwa już zwłaszcza.

No, a ja też bardzo lubię kolej. Nie jestem żadnym znawcą ani znawczynią, z koleją osobiście łączy mnie tylko wujek mojego ojca, ten za to był zaraz po wojnie dyrektorem Okręgu Północnego Polskich Kolei Państwowych i z tej racji zamieszkał w Gdańsku. Nie jest to dla mnie bez znaczenia (piszę o tym również w powieści Lublinerzy), bo to dzięki niemu ojciec przyjechał do Gdańska i u niego w domu poznał moją mamę i tam się jej też oświadczył. Ale ja właściwie wcale nie chciałam pisać znowu o rodzinie, tylko chciałam się przyznać, że uwielbiam jeździć koleją i zawsze, jeśli się tylko da, zamiast auta, autobusu i samolotu – wybiorę kolej. Lepsze jest tylko chodzenie na piechotę, ale kolej jest po prostu niezrównana.
A teraz proszę państwa, właściwie zaraz, bo od 1 czerwca, wszyscy (i my, z Niemiec, i turyści) przez najbliższe trzy miesiące będziemy mogli jeździć pociągami regionalnymi po całych Niemczech za jedne 9 euro! To jest po prostu wspaniałe. Już się cieszę, a ze mną zapewne pół Europy.

Foto Ela Kargol

I tak to, pisząc o Bonisławskim, napisałam o sobie i o połowie Europy. Dziękuję za inspirację!

Pokolenie Solidarności (5)

Ewa Maria Slaska

Eli Kargol

Mieszkanie i jedzenie (1964)


Twierdzi się, że obrazy mają teraz, w epoce internetu, zupełnie inną nośność niż dawniej i że właściwie dopiero teraz można mówić o znaczeniu sztuki w kulturze powszechnej. Podobno świadczy o tym przede wszystkim liczba przeróbek i, nowe zjawisko, memów. Jeśli jednak myślicie, że memy to obrazki z napisami, to powiem Wam, że to nieprawda – memy to są jednostki świadomości! Tak, atomy świadomości, które oczywiście mogą się składać z obrazka z napisem.

W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, facebooka i instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.

W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa autorstwa niejakiego Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki van Gogha uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim obrazie peerelowskiego dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do jakiegoś punktu, którego przodkowie nigdy nie mogli osiągnąć.

Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus.

Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, wydaje mi się, że widzę w zamierzchłym dzieciństwie kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku (najpierw szkło i porcelanę, potem sztućce, a na końcu przybory kuchenne, garnki i wreszcie patelnie), widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było? Nie wiem, nie mam już kogo spytać. Ale jeśli tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i woda w szafliku, w którym się zmywało naczynia. Była bura i nieprzejrzysta. Pomyje – mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata.

Bieda i brak, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. I pewne pragmatyczne ambicje, bo wprawdzie cerata, ale kryształy i fikus.

Fikusa za to pamiętam bardzo dobrze, stał w naszym pokoju, moim i siostry. Natomiast u Basi i Asi były też kryształy, też dowód dostatku z czasów Komuny, ale u nas kryształów nie było, już choćby dlatego, że mama nie znosiła tego peerelowskiego pseudo przepychu, kryształów, frędzli, haftów, mereżek i w ogóle wszelkich erzaców. Nie było w związku z tym tapet, nawet gładkich, a te ozdobione wzorkiem malowanym wałkiem w ogóle nie wchodziły w rachubę.

Życie towarzyskie i kulturalne w PRL miało to do siebie, że wszyscy nie tylko mieszkali tak samo, ale również jedli, czytali i oglądali to samo. W telewizji, w kinie, w księgarni, wszędzie było to samo. Wywoływało to pewne mody i trendy, niekiedy na lata, jak kupowanie tak zwanych „albumów”, czyli kolorowych książek o sztuce, czwartkowa Kobra czy poniedziałkowy Teatr Telewizji, jak felietony Jana Kamyczka (wiem, wiem, to kobieta! jak Kopernik! I Pułaski!) w Przekroju. Przez kilkadziesiąt lat wszyscy, przy czym pod słowem „wszyscy” trzeba rozumieć inteligencję, byliśmy równi, choć nawet w przaśnym PRL-u niektórzy byli równiejsi. PRL był państwem mocno ustrukturyzowanym klasowo, inteligencja niemal nie miała okazji do kontaktu z robotnikami i chłopami, a jeśli ktoś, jak Basia, wyszedł z rodziny robotniczej i zdał do liceum, w trybie przyspieszonym musiał przyswoić sobie cały kod kulturowy inteligencji pracującej. Tak w każdym razie było w latach 60. Byliśmy więc bardzo podobni do siebie, śpiewaliśmy Szabadabada Czerwonych Gitar (podobno ta piosenka naprawdę nazywa się Historia jednej znajomości, phi, ale głupota, naturalnie nikt z nas nie rozpoznałby jej pod tym tytułem) albo Prześliczną wiolonczelistkę Skaldów, czytaliśmy artykuły profesora Krawczuka o władcach starożytnych i oglądaliśmy w telewizji wykłady profesora Zina o architekturze. Zbieraliśmy makulaturę, żeby ją wymienić na Dzieła zebrane Mickiewicza. Za czasów Gierka dochrapaliśmy się do dostatku.

Dostatek epoki Gierka wyznaczyły na pewno krakersy, ośmiorniczki (!), majonez i powszechna miłość do mięsa, zwłaszcza zaś schabowego. Nigdy przedtem Polacy nie jedli tyle mięsa, ile za czasów Gierka. Przedtem, przed wojną, po wojnie, było jasne, że mięsa nie je się zbyt dużo, bo jest drogie, potem mięsa było po prostu mniej i trudniej je było dostać, było na kartki, stało się dobrem wymiennym i stało się po nie w kolejkach. Ale w czasach Gierka, w latach 70., mięso było symbolem dostatku. Mięso, mięso, mięso. Z wiosek otaczających duże miasta codziennie rano wyruszały tarpany, maluchy i polonezy, którymi rezolutne chłopki dostarczały mięso z lewego uboju eleganckim, dobrze sytuowanym mieszczuchom. Choć hipisi już wtedy proponowali życie bezmięsne, Polacy kochali mięso i jedli je codziennie, od rana do wieczora. Dopiero w Wolnej Polsce pojawiły się nowe trendy żywieniowe, weganizm, wegetarianizm, moda na zdrową żywność i wreszcie powszechna alternatywna wiara, że kto nie je mięsa, a je kaszę jaglaną, ten dostąpi zbawienia w dietetycznym raju i uratuje Ziemię przed katastrofą klimatyczną. Teraz bowiem nasz dostatek bardzo nas uwiera, za czasów Gierka natomiast z czystym sumieniem mogliśmy się objadać. Ludzie, którzy pamiętali czasy głodu, mogli spokojnie użyć tu przysłówka „wreszcie”. Wreszcie można się było objadać.

Mięso było więc codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki, mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie były wędliny, tak jak na kolację, ale wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy.

Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Choć oczywiście w lepszych domach jadło się lepsze wędliny.

Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi w domu, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem (w handlu był też czarny salceson, ale tego się u Asi i Basi nie jadało — mama Basi go nie lubiła, bo była w nim krew, podobnie jak w kaszance i czerninie). Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi.

Dla Basi, podobnie jak dla jej mamy, najgorszym okropieństwem była krew. Zapamiętała na całe życie, że na biwaku harcerskim koleżanki nalały jej do menażki zupę z wielkiego gara, mówiąc, że trzeba ją jeść szybko, bo skrzepnie. Zupa była ciemnoczerwona, Basia uwierzyła więc, że to czernina. Wylała zupę w krzaki, ale i tak zwymiotowała, mimo że wcale nawet nie skosztowała tej cienkiej, czerwonej żybury. Zresztą, gdyby skosztowała, to by wiedziała, że koleżanki tylko żartowały, bo była to słodka zupa wiśniowa.

Zupa na obiad była zawsze. Barszcz, pomidorowa, jarzynowa, ogórkowa, kartoflanka, krupnik, rosół. Tak mijał tydzień i znowu był barszcz, pomidorowa, żurek…
Oboje pamiętali doskonale klasyczny obiad z czasów peerelowskiego, gierkowskiego dobrobytu – zupa pomidorowa z ryżem, kotlet schabowy, ziemniaki „piure”, kapusta kiszona, buraczki na ciepło lub kiszony ogórek, niekiedy fasolka szparagowa lub szpinak, a na deser kompot, budyń albo kisiel – za czasów Gierka pojawiła się galaretka.

W chwilach najwyższej ekstazy kulinarnej dostawali po południu albo w niedzielę po śniadaniu wyciągnięte z jakiegoś ukrycia słodycze – kasztana, pół batonu krymskiego, kawałek tak zwanego bloku albo cieniutki batonik Maraska. Nawet jeśli jeszcze słodycze można było bez trudu kupować w sklepach, dzieciom z zasady wydzielało się cukierki i czekoladki. Współcześni konsumenci słodyczy, również przeciwnicy jedzenia czegokolwiek, co jest słodkie, nie wiedzą, jak smakował spragnionym słodyczy dzieciom, wyjęty z jakiegoś zakamarka czekoladowy kasztan, okruchy ciast kupowane w sklepiku na rogu w brązowych zwijanych w rożek torebkach, albo rozsmarowana na świeżym chlebie z masłem Maraska. O chlebie z cukrem w ogóle nie wspomnę, bo o tym piszą absolutnie wszyscy, i wstyd by było się powtarzać.

Ale może trzeba się jednak przyznać, że do dziś lubię chleb z cukrem.

Ciekawe, że rzadko się pamięta jakieś wyjątkowo smakowite jedzenie, znacznie lepiej pamiętamy straszące nas zmory kulinarne. Ja osobiście z dzieciństwa nie pamiętam żadnego wspaniałego jedzenia, oprócz jajecznicy, której przez jakiś czas nie wolno mi było jeść z uwagi na jakieś dolegliwości gastryczne – gdy zakaz cofnięto odegrałam w kilku zaprzyjaźnionych domach scenę pod tytułem „dziecko zjadające pierwszą jajecznicę pod długiej chorobie”. Ale i to chyba raczej nie był zachwyt nad czymś smakowitym, tylko radość sytuacyjna. Natomiast doskonale pamiętam różne paskudztwa, które musieliśmy jeść, okropną w smaku zupę jarzynową i szary chleb z margaryną, i obrzydliwą marmoladą z buraków, który jedliśmy codziennie na koloniach. A kolonie to nie był wcale mały kawałek życia. Byłam na koloniach kilkanaście razy. W niektóre wakacje dwa razy pod rząd po cztery tygodnie. Kilkanaście miesięcznych pobytów na koloniach oznacza ponad czterysta śniadań. Jeszcze dziś wzdragam się, jak to sobie przypomnę.

Na kolację zawsze była cienka herbata i kanapki, chyba po dwie, przekrojone na pół, ale możliwe, że chłopcy dostawali większe porcje. Latem były rzodkiewki, szczypiorek i pomidory, ale zimą sam ser żółty.

Na śniadanie była zupa mleczna. Dobrze, jeśli nie przypalona, co na koloniach zdarzało się regularnie.

W niedzielę chyba wszystkie dzieci w Polsce piły kakao z pianką. Stefan i Marek dostawali rogaliki i po jajku na miękko. Asia i Basia — chałkę albo pyszny ciemny chleb z masłem. Chleb nazywał się turecki i były w nim rodzynki. Mama przynosiła go zawsze w sobotę po pracy, taki malutki bocheneczek, nie większy niż dwie bułki – widomy znak, że nadeszła cudowna niedziela.
Stefan i Marek nie jadali obiadów w szkolnej stołówce, zaraz po szkole szli do domu, gdzie albo była Karusia, albo czekał przygotowany wieczorem przez mamę obiad, który musieli odgrzać. Najczęściej zjadali go jednak na zimno. To od wtedy datuje się ich upodobanie do jedzenia wszystkiego na zimno. Zimna zupa, zimne ziemniaki, zimne zapiekanki.

Asia i Basia jadały w stołówce, gdzie zdaniem Asi całe jedzenie miało kolor, zapach i smak wygotowanej ścierki do podłogi. Ale Asia była starsza i to ona musiała sprzątać w domu, dobrze więc wiedziała, jak pachnie szmata do podłóg. Reszta była kwestią ekstrapolacji.

Masha & Ewa Maria

Foto Masha Pryven

In Combray wurde jeden Tag bereits am späten Nachmittag, lange bevor jener Augenblick kam, in dem ich würde zu Bett gehen und fern von meiner Mutter und meiner Großmutter daliegen müssen, ohne zu schlafen, mein Schlafzimmer von neuem zum schmerzlichen Angelpunkt meiner bangen Erwartungen.

(…)

Wenn ich hinaufging, um mich schlafen zu legen, so war mein einziger Trost, dass Maman, wenn ich im Bett läge, kommen würde, um mir einen Gutenachtkuss zu bringen. Doch dieses Gutenachtsagen währte so kurz, sie ging schon so bald wieder hinunter, dass der Augenblick, in dem ich hörte, wie sie heraufkam, dann, wie das leichte Rauschen ihres Gartenkleides aus blauem Musselin, an dem kleine Quasten aus geflochtenem Stroh baumelten, den Flur mit der Doppeltür entlangwanderte, für mich ein schmerzvoller Augenblick war. Er kündigte jenen an, der ihm folgen musste, jenen, in dem sie mich verlassen haben, in dem sie wieder hinuntergegangen sein würde. Das ging so weit, dass ich schließlich wünschte, dieses von mir allzu geliebte Gutenachtsagen möge so spät wie möglich stattfinden, damit sich die Gnadenfrist, in der Maman noch nicht erschienen war, verlängern würde. Manchmal, wenn sie, nachdem sie mich geküsst hatte, die Tür öffnete, um davonzugehen, wollte ich sie zurückrufen, sie bitten: »Gib mir noch einen Gutenachtkuss«, aber ich wusste, dass sie sogleich ihr verstimmtes Gesicht aufsetzen würde, denn das Zugeständnis, das sie meinem Kummer und meiner Erregung machte, indem sie heraufkam, mich in den Arm zu nehmen, mir diesen Friedenskuss zu bringen, ärgerte meinen Vater, der dieses Ritual lächerlich fand, und eher hätte sie getrachtet, mir diese Gewohnheit auszutreiben, als mich diejenige annehmen zu lassen, sie um einen weiteren Kuss anzubetteln, während sie schon auf der Türschwelle stand.
Doch sie verstimmt zu sehen machte all die Besänftigung wieder zunichte, die sie mir gerade gebracht hatte, als sie ihr liebevolles Antlitz über mein Bett beugte und es mir darreichte wie die Hostie nach dem Friedensgruß bei der Kommunion, während meine Lippen aus ihrer leiblichen Anwesenheit die Kraft zum Einschlafen schöpften.

Marcel Proust, Auf der Suche nach der verlorenen Zeit, Band 1, Auf dem Weg zu Swann, Teil 1, Combray
Übersetzung von Bernd-Jürgen Fischer

Utopie. Kobiety.

Ewa Maria Slaska

Byłam niedawno na spotkaniu kobiecym zorganizowanym bez żadnego z góry przyjętego tematu. Ta nietypowa formuła została przez organizatorki nazwana Open Space. Ponieważ nigdy o niej przedtem nie słyszałam, teraz, gdy chcę napisać o kobiecych utopiach, omówionych podczas spotkania, musiałam trochę poszukać w internecie. Natychmiast trafiłam na stronę oferującą 47 praktycznych porad, jak zorganizować naradę typu Open Space. (Uwaga to porady po niemiecku, ale na pewno są i po polsku).

Metoda Open Space to format konferencji, umożliwiający pracę nad złożonymi zagadnieniami w dużych lub bardzo dużych grupach, kiedy to w krótkim czasie można osiągnąć konkretne wyniki ukierunkowane na konkretne działania. Na konferencjach Open Space porządek obrad zostaje ustalony przez samych uczestników. Każdy ma możliwość przedstawienia własnych tematów i pytań. Wielokrotnie wypróbowany i sprawdzony w praktyce proces dochodzenia do wspólnych ustaleń, zapewnia stabilne ramy oraz wyniki, godne zaufania, które można wykorzystać w praktyce.

Polska Wikipedia powiedziała mi, że metoda ta nazywa się po polsku Open Space Technology (ha! taki to polski) i podsunęła bardzo sympatyczną opowiastkę:

W 1983 roku Amerykanin Harrison Owen organizował międzynarodową konferencję, na którą miało przybyć 250 uczestników.

Cały rok ciężko pracował, aby jak najlepiej tę konferencję przygotować. Po zakończeniu postanowił, że już nigdy więcej nie będzie robił czegoś podobnego. Wszyscy uczestnicy konferencji mówili na zakończenie, że najlepszą i najbardziej przydatną częścią spotkania były przerwy na kawę. Postawił sobie pytania: Jak można wykorzystać energię i entuzjazm, panujący podczas dobrych przerw na kawę, aby w czasie spotkania uczestnicy aktywnie angażowali się w pracę i osiągali wyniki? Jak można coś takiego zorganizować w czasie krótszym niż rok?

Z tych poszukiwań zrodziła się metoda Open Space. Harrison Owen napisał:

Dla mnie Open Space jest naturalnym laboratorium, w którym można przeżyć i obserwować, jak ludzie przerastają samych siebie i jak są zdolni do osiągania zupełnie nieoczekiwanych wyników.

I coś takiego się nam przydarzyło, gdy 10 maja poszłyśmy (my, trzy Polki) do berlińskiej Centrali Edukacji Politycznej na konferencję, przez organizatorki nazwaną entuzjastycznie: Feministischer Energy Day – Feministyczny Dzień Pełen Energii, a może raczej Dzień Energii Feministycznej. A zapewne oba znaczenia jednocześnie. Były świetne, nieoczekiwane tematy, świetne, ożywcze spotkania i świetne, nader konkretne wyniki.

A mimo to chciałam tu przedstawić protokół spotkania na najbardziej szurnięty temat – o utopiach feministycznych. Muszę przedstawić protokół, bo sama niestety w czasie gdy Claudia prowadziła grupę o utopiach, ja zajmowałam się w mojej grupie tematem “niewidzialnych cudzoziemek”. Wiadomo, kobiety “w pewnym wieku” stają się niewidzialne, teraz okazało się, że, niezależnie od wieku, jeśli jesteś emigrantką, to niejako w dwójnasób zostaniesz pominięta, zapomniana, nie zauważona, nikt cię nie dopuści do głosu, a jak się upomnisz, to ci powiedzą, że temat jest nieważny, albo że pan Schmidt już to powiedział dziesięć lat temu, albo przed pół godziną. Zanim przejdę do utopii, powiem jeszcze, że jednocześnie jesteśmy jako cudzoziemki po wielokroć widzialne (kolor skóry, oczu, wzrost) albo słyszalne (łamany niemiecki, albo po prostu akcent, którego się nigdy nie pozbędziemy). Oczywiście rozpoznaje się nas również po naszych imionach i nazwiskach, a wtedy często nie zwraca się na nie uwagi. Dlatego na przykład ja, Ewa Maria Slaska, kobieta o dwóch wybitnie kobiecych imionach i to kobiecych w wielu europejskich językach, często dostaję listy adresowane do “Herr Eva Maria Salska”. Tylko Maria się broni przed ingerencją ignorancji, niechlujstwa i nieuważności. W każdym razie podczas dyskusji siedziały obok siebie dwie kobiety: czarnoskóra studentka o hinduskim imieniu i hinduskiej urodzie z Bollywood i blada blondynka o niebieskich oczach i niemieckim nazwisku. Jedną z nich po ogólnej kolorystyce rozpoznawano na odległość jako cudzoziemkę, a była urodzoną w Niemczech Niemką, druga nie wyróżnia się w ogóle, dopóki nie otworzy ust, bo wtedy natychmiast wiadomo, że Polka.

Co z tego wynika? Niewiele, bo nic na to nie poradzimy. Społeczeństwo niemieckie jest bardzo wrażliwe i na kolory, i na akcent. Można próbować to zmienić? Oczywiście i na pewno warto próbować.

I to jest moment, w którym możemy przejść do utopii. Bo nieważne, czy osiągniemy to, co chcemy osiągnąć, ale ważne, że chcemy i że robimy wszystko, by dało się to zrealizować.

Gdy podczas przerwy na kawę (tak!) spotkałyśmy się z Claudią, zapytałam ją, czy może mi powiedzieć, o czym rozmawiały w grupie, odpowiedziała, że prawie wszystko, o czym mówiły, było szalone, a na pewno nie wszystko dałoby się w ogóle zrealizować, ale na pewno zgodziły się co do jednego – warto to robić!

Protokół obrad grupy “Utopie – Uskrzydlanie”

Propozycje:

  • dwugodzinny tydzień pracy – prawo do lenistwa
  • bezwarunkowy dochód podstawowy
  • samostanowienie (czas, priorytety)
  • więcej czasu wolnego
  • praca oparta na wykonywaniu zadań
  • elastyczność
  • żadnej pracy pod przymusem
  • nie tylko praca zarobkowa jest pracą
  • niezależność
  • bezpłatne mieszkania i komunikacja publiczna
  • równość szans bez dyskryminacji
  • demokratyczne współdecydowanie w każdej sprawie
  • model “4 w 1” Friggi Haug

WYJŚĆ Z DEFENSYWY!
JAK POKONAĆ OPORY?
JAK TAM DOJŚĆ?

I z boku na całej wysokości kartki: Radość z pracy przy realizowaniu utopii!

Tego nam wszystkim życzę!

A przy okazji, jak ktoś (ktosia) zna niemiecki, to może rzucić okiem na lekturę proponowaną przez grupę Utopie:

Perspektywa 4 w 1 – polityka kreaowana przez kobiety dla nowej lewicy

Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. (4)

Ewa Maria Slaska

Kolejny rozdział powieści. Eli Kargol

Śmierć Stalina (1953)

Były lata 50. Stefan, Staszelis, Kelus, Lifszes, Antek, Mariusz, Andrzej, Piotrek, Marek, koledzy z klasy albo z roku, i wszyscy inni późniejsi opozycjoniści byli dzieciakami i chodzili jeszcze do przedszkola, albo właśnie szli do pierwszej klasy, gdy 5 marca 1953 roku umarł Stalin.

A było tak, że gdy Stalin umarł, przechodnie na ulicy, robotnicy w fabrykach, tramwajarze i kolejarze, tara bum, tara bam, wróg nie wydrze pieśni nam, pielęgniarki i stróże, dzieci w szkołach i przedszkolach, jednym słowem — wszyscy przez minutę musieli stać cicho i nieruchomo. Tak, również w przedszkolach, wszystkich przedszkolach całego wschodnioeuropejskiego świata, a więc także na Oruni i we Wrzeszczu, dzieci odprawiają minutę ciszy. Stefan i Basia też. Dla Stefana to był początek świadomego życia jako on, Stefan. Przez minutę świat stoi nieruchomo i to by było na tyle, jak mawiał niezapomniany profesor mniemanologii stosowanej, Jan Tadeusz Stanisławski. Wielki przełom w powojennej historii Europy widziany od dołu. Oboje to zapamiętali. Dla Basi było to jej pierwsze wspomnienie w ogóle. Panie przedszkolanki i panie kucharki płakały. Dzieci też. Dorośli zapewne sądzili, że łzy będą dowodem socjalistycznego patriotyzmu i wspólnoty narodów, zjednoczonych wspólnymi ideałami równości i sprawiedliwości. Dzieci nie wiedziały, co o tym sądzić, bo nigdy przedtem nie widziały, żeby dorośli płakali.

Stefan wrócił z przedszkola, w domu była ciocia mamy, Karusia. Marek też już wrócił ze szkoły do domu. Karusia pracowała, tak to się wówczas nazywało, na pół etatu i czasami była w domu, gdy Stefan i Marek wracali z przedszkola i szkoły. Wtedy nie musieli sami sobie odgrzewać obiadu, zresztą wtedy nawet mama nie przygotowała obiadu wieczorem, tylko Karusia gotowała. Chłopcy bardzo lubili te dni, kiedy obiad robiła Karusia. Pozwalała im rozmawiać przy stole, nie musieli trzymać łokci przy sobie, nawet chyba nie pilnowała, w którą stronę przechylają talerz, zjadając resztki zupy.

Karusia podawała im akurat obiad, jak Marek powiedział to, co i Stefana nurtowało od kilku godzin.

– Znałaś Stalina?, zapytał Marek.

Karusia zatrzymała się z patelnią pomiędzy piecykiem a stołem.

– Nie znałam, odpowiedziała krótko.
– A mama i tata znali?, uzupełnił pytanie Stefan.
– Też nie.
– A pani Hela z przedszkola? I pani kucharka?
– Też na pewno nie.
– To dlaczego wszyscy płakali?, zapytał Marek, nie zastanawiając się nad tym, że Karusia jednak nie płakała, i mama i tata też nie.

Karusia nałożyła im kotlety i surówkę z marchwi. Ziemniaki stały w misce na stole. Zjedli, nie dowiedziawszy się, dlaczego w przedszkolu i w szkole „wszyscy płakali”.

Po obiedzie Karusia wyjęła z kredensu torebkę suszonych moreli. Wyszli na podwórko. Karusia poczęstowała morelami wszystkie dzieci i dwie matki, które siedziały, jak zwykle, z tyłu za domem, na ławeczce pod cisem.

Karusia dosiadła się do nich i podsunęła torebkę pani Wójcikowej z parteru i pani Zacharowicz z suteryny. Sięgnęły nieśmiało, bo nieczęsto zdarzało się, żeby ci z pierwszego piętra w ogóle się z nimi komunikowali. Kobiety z pierwszego niemal nigdy nie siadały z nimi na ławeczce. Karusia jednak usiadła.

– Umarł Stalin, powiedziała. Warto, żeby dzieci to zapamiętały.

W latach 50. suszone morele były wyszukanym delikatesem.

Ciekawe, że Basia też pamiętała śmierć Stalina, mimo iż przecież nie dostała od nikogo żadnych moreli. I była młodsza.

Słynna była w Gdańsku opowieść o panu Załuskim, szewcu domokrążnym, który reperował też buty Szarzyńskich. Szewc Załuski był nadzwyczajną osobistością. Był duży, gruby, a nawet potężny, prawdziwy niedźwiedź kresowy, o wspaniałym basie. W ciągu dnia zajmował się prozaicznym łataniem butów, wędrował przy tym od domu do domu, odbierając lub przynosząc buty, wieczorem natomiast śpiewał w Chórze Opery i Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku.

Jest rok 1953 w Gdańsku. Basia ma cztery lata, Stefan sześć.

W Filharmonii odbywają się właśnie próby Dziewiątej Symfonii Beethovena. Wśród śpiewaków zrodził się zwyczaj witania się słowami słynnego Finału (dziś hymnu zjednoczonej Europy).

Marzec.

6 marca, bo wtedy właśnie prasa ogłosiła śmierć Józefa Wassirionowicza. Śmierć Ukochanego Wodza pogrążyła w żałobie wierne ludy socjalistyczne. Ale można było przecież nie kupić gazety. Nie każdy kupował. Nie każdy dostał. Takie były czasy.

Pan Załuski wsiada do tramwaju.

Kolega z chóru stoi już na tylnej platformie.

– O radości, iskro Bogów!, niesie się po wagonie donośny głos pana Załuskiego, kwiecie Elizejskich Pól…
– Święta, na twym świętym progu…, powinien odśpiewać kolega, ale już do tego nie dojdzie.

Mężczyzna w białym trenczu staje przed panem Załuskim, szybko podnosi do góry kołnierz płaszcza i natychmiast go opuszcza (wiadomo, co to oznacza, tam pod klapą miał odznakę — oznakę swej władzy).

– I dlaczegóż to się Pan TAK raduje?, pyta mężczyzna z odznaką-oznaką.

Tak to, w areszcie śledczym ubecji, pan Załuski dowiedział się, że Stalin umarł.

A Stefan dostał naprawione wiosenne sandałki dwa tygodnie później. Oczywiście to nie było jego stare obuwie, od zeszłego roku przecież znacznie urósł, tylko używane buciki po jakimś kuzynie. Tata mógł być lekarzem, a mama redaktorką, ale braki w sklepach były równe dla wszystkich. Mówiło się, że partyjne fisze wysokiego szczebla nie odczuwały żadnych braków, bo zaopatrywały się w specjalnych sklepach. Nazywało się je „sklepy za żółtymi firankami”, ale może to były tylko legendy, nazwane później miejskimi. Nie warto sobie było tym zawracać głowy.

– Martwiliśmy się, powiedziała pani Szarzyńska, witając pana Załuskiego, gdy wreszcie znowu się pojawił.
– Ach, odpowiedział radośnie, w Sowietach zarobiłbym 15 lat łagru, a tu głupie dwa tygodnie w areszcie. Jak dobrze, że jesteśmy w Polsce!

***

O radości, iskro Bogów!,
kwiecie Elizejskich Pól
Święta, na twym świętym progu
staje nasz natchniony chór
Jasność twoja wszystko zaćmi
złączy, co rozdzielił los.
Wszyscy ludzie będą braćmi
tam, gdzie twój przemówi głos.

Patrz, patrz: wielkie słońce
światem biegnie,
sypiąc złote skry,
jak zwycięzca, jak bohater –
biegnij, bracie, tak i ty.
Radość tryska z piersi ziemi,
radość pije cały świat.
Dziś wchodzimy, wstępujemy
na radości złoty ślad.

Tekst Schillera, tego od Zbójców, tłumaczył Konstanty Ildefons Gałczyński, którego jako słynna lewaczka muszę tu przypomnieć, bo dziś prawaki mogą nas opluć albo zlinczować za cytowanie jego poezji, a co dopiero za zachwyty, ale jednak… jednak jestem przekonana, że nie byłoby naszego pokolenia, romantycznego, zapatrzonego w piękne ideały, uduchowionego, gdyby nie on, władca nocy czerwcowych i zimowych urojeń. To dzięki niemu byliśmy szczupli, wierzyliśmy w prawdziwą miłość i patrzyliśmy w gwiazdy, tak jak dzięki Agnieszce Osieckiej byliśmy autoironiczni, zdystansowani i osobni.

Gdy poszukałam w styczniu roku 2022 tego tekstu w sieci, okazało się, że życie współczesne dopisało mu trzecią zwrotkę.

Wolność w sercu, w naszym śpiewie,
ona w splocie ludzkich rąk.
Kiedy Polska jest w potrzebie,
do Komisji wznosim głos.
Wstańcie, ludzie, wstańcie
wszędzie, kiedy jeszcze na to czas
Niech Europa nie odpuszcza
niechaj broni sądów bram!

Ciekawe, ale podczas wojny Putina z Ukrainą nie pojawiła się kolejna zwrotka. A przecież oda opowiada o wielkim marzeniu, w którym Ukraina też chce mieć udział. To pieśń o solidarności ludzi, a nie o tchórzostwie polityków, napisał dziennikarz.

Tag der Vergissmeinnicht / Benefizkonzert Ukraine

Vor 100 Jahren

Seit genau Hundert Jahren zelebriert man den Vergissmeinnicht-Tag in den USA am 10. November. Man erinnert damit die Soldaten, die mit schweren Verwundungen oder Behinderungen aus dem Krieg zurückkehren. Erstmals wurde dieser Tag im Jahr 1922 begangen. Mit Hilfe der Feierlichkeiten sollten finanzielle Mittel zur Unterstützung der Soldaten gesammelt werden, die mit Behinderungen aus dem Ersten Weltkrieg heimkehrten. Spenden wurden unter anderem durch den Verkauf der blauen Pflanze Vergissmeinnicht gesammelt. Diese gilt generell als Symbol des Erinnerns. Am Vergissmeinnicht-Tag kann sie an andere verschenkt werden, um ihnen zu signalisieren, dass sie niemals in Vergessenheit geraten werden.


Vor 20 Jahren

Ungeachtet dessen hat man sich in Polen einen anderen Tag ausgesucht, der nun als der Tag der Vergissmeinnicht gilt: den 15. Mai. Den feiert man in Polen seit 2002. Die Idee des Tages ist, Menschen an den Wert der Natur zu erinnern, Bedeutung des Umweltschutzes zu unterstreichen und die biologische Vielfalt Polens zu erhalten. Darüber hinaus soll der Feiertag darauf abzielen, wichtige Momente im Leben, Menschen, Orte und Situationen vor dem Vergessen zu bewahren.

15. Mai 2022

Ich denke mir, dass wir 2022 die beiden Feiertagen gemeinsam zelebrieren können. Es blühen die Vergissmeinnicht überall. Es ist Krieg, Soldaten kehren mit schweren Verwundungen oder Behinderungen aus dem Krieg zurück. Sie fallen. Sie sind für unsere und Eure Freiheit in Ukraine gefallen. Wir wollen sie vor dem Vergessen zu bewahren.

Слава Україні!


All pics of flowers: Ela Kargol in Mai 2022

Robinson jako Sancho Pansa

Książka wcale nie o otchłaniach, ale o wyspach. Patronują jej po kolei czterej bohaterowie literaccy.
Zaczyna się jak Robinson Crusoe, rozwija się jak pod rządami Prospera w Burzy Szekspira, staje się opowieścią o Baratarii Sancho Pansy (Don Kichot Cervantesa), aby wreszcie porzucić ideologię białych mężczyzn i zamienić w wyspę Ariela.

Wyspa Robinsona

Robinson robi to, co robi każdy człowiek, który jest zdany tylko i wyłącznie na siebie. Dokonuje inspekcji wyspy, ratuje z rozbitego statku, co tylko da się uratować, podejmuje próby wydostania się z pułapki, a jednocześnie zdobywa pożywienie, tak jak to czyniły w przeszłości liczne ludy. Najpierw żywi się płodami zbieractwa, potem rybołówstwa, wreszcie myślistwa, aż nadchodzi moment, że jakieś zwierzę zostanie udomowione (w przypadku Robinsona była to koza), a zboże (z zapasów okrętowych) posiane. Kończy się starsza epoka kamienia, czyli paleolit, nadchodzi czas neolitu. Władzę na wyspie przejmuje Prospero, władca, którego imię znaczy Powodzenie.

Wyspa Prospera

Zapiski z dziennika Robinsona:

“Od tej chwili będę posłuszny następującej zasadzie: każda produkcja jest twórczością, a więc jest dobra. Każda konsumpcja jest destrukcją, jest więc zła. Prawdę mówiąc sytuacja, w jakiej się znajduję, podobna jest w gruncie rzeczy do położenia moich rodaków, którzy przybijają co dzień na statkach do brzegów Nowego Świata. Oni również muszą się podporządkować zasadzie gromadzenia. I dla nich strata czasu jest zbrodnią, a spieniężenie czasu – główną cnotą. Gromadzić pieniądze! Znowu przypomina mi się moja nieszczęsna samotność! Póki sieję i zbieram, wszystko jest w porządku. Ale zło zaczyna się, gdy mielę ziarno i piekę ciasto, ponieważ wtedy pracuję tylko dla siebie. Osadnik amerykański może bez wyrzutów sumienia doprowadzić do samego końca proces tworzenia chleba, gdyż sprzeda go, a pieniądze, które zgromadzi w kufrze, będą zmaterializowanym czasem i pracą. Mnie niestety przeklęta samotność pozbawia możliwości korzystania z pieniędzy, których mam przecież w bród!

Dzisiaj dopiero mogę zmierzyć głupotę i złośliwość tych, którzy obrzucają kalumniami boski wynalazek, jakim jest pieniądz! Pieniądz uduchowia to, z czym się styka, nadając wszystkiemu wymiar racjonalny i uniwersalny zarazem, gdyż dobra zamieniane na pieniądze są potencjalnie dostępne wszystkim ludziom. Sprzedajność jest jedną z głównych cnót. Człowiek interesu potrafi stłumić w sobie śmiercionośne aspołeczne instynkty, takie jak poczucie honoru, miłość własna, patriotyzm, ambicje polityczne, fanatyzm religijny, rasizm, a dopuścić do głosu tylko skłonność do współpracy, zamiłowanie do owocnej wymiany i zmysł ludzkiej solidarności. Należy rozumieć dosłownie wyrażenie „złoty wiek” i jestem przekonany, że ludzkość już dawno by go osiągnęła, gdyby kierowali nią wyłącznie ludzie interesu. Niestety historię tworzą przeważnie ludzie bezinteresowni, a wtedy wszystko niszczy ogień i krew leje się strumieniami. Spasieni kupcy weneccy są przykładem gnuśnego szczęścia, jakiego zaznaje państwo rządzące się wyłącznie zasadą zysku, podczas gdy wychudłe wilki inkwizycji hiszpańskiej ukazują nam, do jak haniebnych czynów zdolni są ludzie, którzy stracili zainteresowanie dobrami materialnymi. Hunowie zatrzymaliby rychło swój szaleńczy pochód, gdyby umieli korzystać ze zdobytych bogactw. Obciążeni zdobyczą, osiedliby na jednym miejscu, aby się nią nasycić, i wszystko wróciłoby do naturalnego stanu. Niestety były to bezinteresowne bestie. Pogardzali złotem. I dlatego parli naprzód niszcząc wszystko po drodze.”

Robinson starał się żywić byle czym, jednocześnie cały wysiłek wkładając w wykorzystanie zasobów wyspy. Wykarczował i obsiał całe hektary lasów i łąk, zasadził pole rzepy, rzodkwi i szczawiu, gatunków sporadycznie występujących na południu; zabezpieczył przed ptakami i owadami plantacje palm, postawił dwadzieścia uli, w których zamieszkały pierwsze pszczoły. Wykopał przy brzegu morza zbiorniki ze słodką i słoną wodą i hodował w nich leszcze, koniki morskie, a nawet homary. Zgromadził olbrzymie zapasy suszonych owoców, wędzonego mięsa, solonych ryb oraz serków, twardych i suchych jak kreda, które można było przechowywać w nieskończoność. Wpadł wreszcie na sposób wytwarzania czegoś w rodzaju cukru, mógł teraz robić konfitury i dżemy z owoców smażąc je w cukrze. Odkrył mianowicie palmę, z której pnia, grubszego w połowie wysokości niż u podstawy i u wierzchołka, wyciekał niezwykle słodki sok. Powalił jedną z tych palm, obciął jej koronę, a wtedy sok trysnął z samego wierzchołka. Płynął tak całymi miesiącami dzięki temu, że Robinson codziennie rano odcinał świeży kawałek pnia, którego pory prędko się zatykały. Z tego jednego drzewa uzyskał dziewięćdziesiąt galonów melasy, która powoli tężała zamieniając się w wielki słodki placek.

Zacząwszy od szaleńczego gromadzenia zapasów, do czego wykorzystał jaskinię, Robinson powoli zbudował wszystko, co było jego zdaniem świadectwem, że mimo iż samotny na bezludnej wyspie, w towarzystwie jedynie psa okrętowego, jest członkiem cywilizacji białego człowieka - dom, świątynię, siedzibę władcy. Człowiekiem, który ma przestrzegać prawa boskiego i ludzkiego, pracować, bogacić się, czynić ziemię sobie poddaną, pomnażać dobra i je oszczędzać

Z biegiem czasu dom stał się dla niego czymś w rodzaju muzeum człowieczeństwa i kiedy tam wchodził, miał zawsze wrażenie, że dokonuje jakiegoś uroczystego aktu. Ustanowił nawet taki zwyczaj po rozpakowaniu ubrań przyniesionych z „Virginii” (a niektóre z nich były bardzo piękne), że zawsze przed wejściem do domu ubierał się – wkładał krótkie spodnie, pończochy i trzewiki – tak jakby składał wizytę najlepszej cząstce samego siebie.
Spostrzegł później, że ze środka domostwa widać słońce tylko w pewnych godzinach dnia i doszedł do wniosku, że przydałoby się postawić tam zegar lub jakieś urządzenie do stałego pomiaru czasu. Po kilku próbach postanowił skonstruować coś w rodzaju prymitywnej klepsydry. Był to po prostu gąsior z przezroczystego szkła z wywierconą w podstawie małą dziurką, przez którą woda ściekała kropla po kropli do skórzanej kadzi ustawionej na ziemi. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach gąsior opróżniał się. Robinson zrobił na nim dwadzieścia cztery równoległe rysy i przy każdej postawił rzymską cyfrę, dzięki czemu poziom płynu wskazywał czas. Klepsydra była dla Robinsona źródłem ogromnej pociechy. Słysząc dzień i noc regularne kapanie kropli spadających do kadzi, myślał z dumą, że czas nie wpada już wbrew jego woli w ciemną otchłań, że uregulował go, ujarzmił, jednym słowem obłaskawił, tak jak to miało się stać stopniowo z całą wyspą dzięki sile woli jednego człowieka.

Dziennik:

Odtąd, śpię czy czuwam, piszę czy gotuję, mój czas odmierzany jest przez monotonne, niepowstrzymane, obiektywne, dokładne, dające się kontrolować kapanie: tik tak. Jakże jestem spragniony tych przymiotników oddających zwycięstwo nad siłami zła! Chcę i żądam, aby odtąd wszystko wokół mnie było odmierzone, dowiedzione, poświadczone, matematyczne i racjonalne. Trzeba będzie przystąpić do pomiarów wyspy, sporządzić pomniejszony obraz wszystkich jej ziem w rzucie horyzontalnym i wciągnąć te dane do katastru.
Chciałbym, aby każda roślina miała swoją tabliczkę, a każdy ptak swoją obrączkę, aby każdy ssak został naznaczony rozpalonym żelazem. I nie spocznę, dopóki ta nieprzenikniona, niezgłębiona wyspa, pełna tajemnego wrzenia i złowieszczego niepokoju, nie przekształci się w konstrukcję abstrakcyjną, całkowicie przejrzystą i czytelną na wylot! (…)

Barataria, wyspa Sancho Pansy

Nazajutrz Robinson położył podwaliny pod Muzeum Miar i Wag. Zbudował je w formie pawilonu, z najodporniejszych materiałów, jakie tylko mógł znaleźć: z płyt skały jaspisowej i bloków granitu. Umieścił tutaj na czymś w rodzaju ołtarza – zamiast bożków – i na ścianach – niczym eksponaty rozumowego rynsztunku – wzorce cala, stopy, jardu, kabla, kwarty, miarki, korca, galonu, drachmy, uncji i funta.

W dniu tysięcznym swego kalendarza Robinson przywdział uroczysty strój i zamknął się w swoim domostwie. Zajął miejsce przed pulpitem, który obmyślił i wykonał tak, aby można było na nim pisać na stojąco, w postawie pełnej szacunku i skupienia. Następnie otworzył największą z ksiąg znalezionych na „Virginii”, z których drukowane litery spłukała morska woda, i zaczął pisać:

KONSTYTUCJA WYSPY SPERANZA USTANOWIONA TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Z inspiracji Ducha Świętego, przyjętej i posłusznie wypełnionej zgodnie z nauką czcigodnego brata George’a Foxa, Robinson Cruzoe, poddany Jego Królewskiej Mości Jerzego II, urodzony w Yorku 19 grudnia 1737, zostaje mianowany gubernatorem wyspy Speranza, położonej na Oceanie Spokojnym między wyspami archipelagu Juan Fernandez a zachodnim wybrzeżem Chile. Ma on wyłączną moc ustanawiania i wykonywania praw na całym obszarze wyspy oraz jej wód terytorialnych, tak jak mu podyktuje wewnętrzne światło.
ARTYKUŁ II. Mieszkańcy wyspy obowiązani są myśleć, jeśli to już czynią, na głos, wyraźnie wymawiając słowa.
Objaśnienie. Utrata zdolności mówienia na skutek nieposługiwania się mową to najbardziej upokarzające z grożących mi nieszczęść. (…)
ARTYKUŁ III. Zabrania się załatwiania swych naturalnych potrzeb poza miejscami przeznaczonymi do tego celu.
Objaśnienie. Umieszczenie tej instrukcji w artykule III kodeksu wyda się z pewnością zaskakujące. Dzieje się tak dlatego, że Gubernator ustanawia prawa, w miarę jak dają się odczuwać określone potrzeby, a w związku z rozprzężeniem zagrażającym mieszkańcom wyspy należy jak najszybciej narzucić im pewną dyscyplinę w tej dziedzinie życia, która najbardziej zbliża ich do stanu zwierzęcości.
ARTYKUŁ IV. W piątki obowiązuje post.
ARTYKUŁ V. Niedziela jest dniem wolnym od pracy. W sobotę o dziewiętnastej należy zaprzestać wszelkiej pracy na wyspie, a jej mieszkańcy obowiązani są przywdziać do kolacji najlepsze odzienie. W niedzielę rano o dziesiątej mają się zejść w świątyni na medytację religijną nad tekstem Pisma Świętego.
ARTYKUŁ VI. Prawo palenia tytoniu przysługuje wyłącznie Gubernatorowi wyspy. Może jednakże to czynić tylko raz na tydzień, w niedzielę po południu bieżącego miesiąca, co dwa tygodnie w następnym miesiącu, wreszcie raz na dwa miesiące.
Objaśnienie. Dopiero od niedawna nauczyłem się palić porcelanową fajkę i znajdować w tym przyjemność. Niestety zapas tytoniu w baryłce może wystarczyć tylko na pewien czas. Należy go więc w miarę możności oszczędzać, aby nie popaść w nałóg, którego niezaspokojenie stałoby się później źródłem cierpienia.

Robinson zamyślił się na chwilę. Potem zamknął księgę Konstytucji, otwarł inny tom, również czysty w środku, i napisał drukowanymi literami na pierwszej stronie:

KODEKS KARNY WYSPY SPERANZA USTANOWIONY TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Uchybienia wobec Konstytucji podlegają dwóm karom: określonej liczbie dni głodówki bądź przebywania w jamie.
ARTYKUŁ II. Wszelkie przebywanie w bajorze jest zabronione. Przestępcy karani będą dwukrotnie dłuższym pobytem w jamie.

(…)

ARTYKUŁ VII. Wyspa Speranza zostaje ogłoszona twierdzą. Oddana jest pod dowództwo
Gubernatora, który otrzymuje stopień generała. W godzinę po zachodzie słońca obowiązuje
„wygaszenie ognia”.
ARTYKUŁ VIII. Ceremonia niedzielna ma się odbywać również w dni powszednie.
Objaśnienie. Z rosnącym zagrożeniem zewnętrznym powinno zawsze iść w parze odpowiednie
zaostrzenie etykiety. Komentarz zbyteczny.

Przed Rezydencją Robinsona, Muzeum Miar i Wag, Pałacem Sprawiedliwości i świątynią wznosił się teraz wał obronny z otworami strzelniczymi, zbudowany z ziemi wydobytej z fosy, która liczyła dwanaście stóp głębokości, a dziesięć szerokości i zataczała szerokie półkole od jednej do drugiej ściany groty. Dwa muszkiety skałkowe i pistolet dwururka leżały nabite przy trzech środkowych otworach strzelniczych. W razie natarcia Robinson mógł utrzymywać napastników w przeświadczeniu, że nie jest jedynym obrońcą tego miejsca. Szabla szturmowa i siekiera również znajdowały się w zasięgu ręki, lecz było rzeczą mało prawdopodobną, aby kiedykolwiek doszło do walki wręcz, gdyż przestrzeń w pobliżu wału najeżona była różnego rodzaju pułapkami. Przede wszystkim była seria rozmieszczonych w szachownicę lejów ze sterczącymi w środku palami o ostrzach zahartowanych ogniem, przykrytych kępami trawy ułożonej na cienkiej kracie z trzciny. Następnie na polanie, na którą wychodziła ścieżka prowadząca od zatoki, a więc w miejscu, gdzie napastnicy prawdopodobnie zatrzymaliby się na naradę, zanim by ruszyli dalej, Robinson zakopał beczkę z prochem, którą za pomocą konopnego lontu można było wysadzić w powietrze z bezpiecznej odległości. Ponadto kładkę nad fosą podnosiło się od wewnątrz.
Prace fortyfikacyjne utrzymywały Robinsona w silnym podnieceniu, które miało wręcz znakomity wpływ na jego samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jeszcze raz przekonał się, że budowanie, organizowanie, ustanawianie praw to najlepsze lekarstwo na fatalne skutki nieobecności drugiego człowieka.
Co wieczór przed „wygaszeniem ognia” dokonywał obchodu w towarzystwie psa, który zdawał się rozumieć naturę niebezpieczeństwa zagrażającego jego panu. Potem odbywało się „zamykanie” fortecy. Kamienne bloki ustawione były w taki sposób, aby ewentualni napastnicy musieli wejść prosto na leje. Podnoszono „zwodzony most”, barykadowano wszystkie wejścia i rytuał „wygaszania ognia” dobiegał końca.
Robinson szykował kolację, nakrywał do stołu w swej Rezydencji i znikał w grocie. Po chwili wychodził stamtąd umyty, uperfumowany, uczesany, z przystrzyżoną brodą, ubrany w uroczysty strój.

Wyspa Ariela

Gdy pojawił się Piętaszek, uratowany z rąk wojowniczych Araukanów, pół Indianin, a pół czarnoskóry Afrykańczyk, Robinson, zgodnie z ideologią białych mężczyzn, uczynił z niego swego sługę i niewolnika. Piętaszek zgodził się na swoją rolę, nie rozumiejąc ani zasad, którym musiał się podporządkować, ani sensu ciężkiej pracy, którą musiał wykonywać. Za lenistwo i przewinienia groziły mu kary, ale były też nagrody – nagrodą było pół dnia wolnego od pracy.

A mimo to Piętaszek, samym swoim istnieniem, zaprzeczał istnieniu wyspy poddanej władzy gubernatora. O ile Robinson – Sancho Pansa – Gubernator był z gruntu istotą zrodzoną z żywiołu ziemi, jego sługa sięgał ku niebu, śpiewem, latawcem, żaglem, harfą eolską.

Było to zresztą zgodne z intuicjami Robinsona, który zapisał w dzienniku taką myśl:

Odcięty na wyspie, mógłbym się stoczyć do poziomu zwierzęcia, gdybym przestał wytwarzać, lub też przeciwnie, wytwarzając mogłem się stać czymś w rodzaju nadczłowieka, tym bardziej że społeczeństwo nie wytwarzało już dla mnie.
Dlatego też budowałem i nadal buduję, ale w rzeczywistości dzieło to dokonuje się na dwu różnych planach i w dwu przeciwnych kierunkach. Jeśli chodzi bowiem o moją działalność na powierzchni wyspy - rolnictwo, hodowlę, budownictwo, administrację, prawa itd., to podejmuję tu dzieło cywilizacji ściśle wzorowane na społeczeństwie ludzkim, a więc w jakimś sensie zwrócone ku przeszłości. Czuję jednak, że dokonuje się we mnie jakaś gruntowna ewolucja, że na gruzach, które pozostawia we mnie samotność, rodzi się nowe oryginalne rozwiązanie, mniej lub bardziej prowizoryczne, jeszcze niepewne, ale coraz słabiej przypominające pierwowzór człowieka, który je zrodził. Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, aby ich narastająca rozbieżność powiększała się bez końca. Nieuchronnie nadchodzi czas, kiedy odczłowieczony Robinson nie będzie już w stanie być gubernatorem i budowniczym uczłowieczonego państwa.

Tak też się dzieje, gdy lekkomyślny Piętaszek, pozostawiony na chwilę sam sobie, wysadza w powietrze wszystko, co latami nagromadził skrzętny Cywilizator. Robinson oddaje przywództwo Piętaszkowi, podobnie jak Prospero zostawił swoją wyspę Arielowi. Piotruś Pan wygrywa z piratami. Młodzi, beztroscy chłopcy przejmują świat z rąk ciężkich, ponurych i zasadniczych mężczyzn. Tatuś Muminka wsiada na łódkę i odpływa. Na wyspach pojawiają się dziewczęta, Pippi Langstrumpf, Wendy, Greta Thunberg.

A zakończenia i tak nikt nie przewidzi 🙂

Miłej lektury.

***

Dziękuję Pijusowi, w którego biblioteczce znalazłam tę książkę po angielsku.

Pessimism of Don Quixote

Ewa Maria Slaska

Do not worry, only this part is in Polish, further follows English text

Thanks an Arkadiusz Łuba for sending me that picture 🙂

I. Wstęp z niemieckiej prasy codziennej

Ach, miejmy nadzieję, że on naprawdę okaże się naszym promiennym zbawcą

Trudno wyrokować. Na pewno po odejściu Angeli Merkel Emmanuel Macron wybija się na przywódcę Europy, podczas gdy niemieckiemu kanclerzowi przypada zaledwie rola giermka-brzuchacza. O dalszych analogiach między dzisiejszą sytuacją Europy a życiorysem Rycerza o Smętnym Obliczu pisze Arek Łuba na swoim blogu o komiksach: TU. Ciekawe wydaje się oczywiście, że jak po dwóch miesiącach wojny biedny zapatrzony we własny brzuch giermek wreszcie podniósł oczy, ujrzał mroczne obrazy wojny i postanowił sam chwycić za miecz, natychmiast zleciały się zewsząd niemieckie intelektualne dziewczątka i chłopięta, przerażone do głębin jestestwa myślą o tym, że będzie brzydko, be i prosząc Sanczę Brzuchacza by natychmiast zrezygnował ze wspierania walki i powrócił do roli przygłupa. List intelektualistów niemieckich TU (jest nawet, niestety moja ulubiona pisarka, Juli Zeh). Najstraszniejsze w tym liście (nazwijmy go) pierwszym była teza, że jeżeli naród ukraiński będzie nadal cierpiał, to będzie to jego własna wina, bo broni się przed agresorem! To zdanie jest hańbą europejskiej myśli pacyfistycznej, a ludzie którzy uznali, że ofiara jest winna tego, że cierpi, są po prostu ch… I niech już tam sobie idą.

Na szczęście, zanim przyszedł czas na opublikowanie tego posta, pojawił się drugi list otwarty, w którym paru naprawdę porządnych intelektualistów wsparło Sancho Pansę w jego decyzji, żeby jednak stanąć po stronie sprawiedliwości.

Uwaga, po kliknięciu na tego linka znajdzie się też link, gdzie się można podpisać pod tym “drugim listem”, razem Danielem Kehlmannem, Maximem Billerem, Herthą Müller, Olgą i Vladimirem Kaminerami, ze mną i innymi porządnymi ludźmi.

Koniec części polskiej

II. Optimistic intermezzo

Albert Dros Photography

I have photographed many windmills over the years, but never one with poppies. Last week, after driving home I put my navigation ‘avoid motorways’. It’s a way for me to discover new places on the countryside, and this windmill was waiting for me. Just a few poppies were enough to make this photo.

René Magritte, The Telescope,1963, oil on canvas

III. About optimism of pessimists

Chapter Six
CERVANTES AS EDUCATOR
DON QUIXOTE AND THE PRACTICE
OF PESSIMISM

Don Quixote … is an allegory of the life of every man who,
unlike others, will not be careful merely for his own personal
welfare, but pursues an objective, ideal end that has taken
possession of his thinking and willing; and then, of course,
in this world he looks queer and odd.
-ARTHUR SCHOPENHAUER

Today we read Don Quixote with a bitter taste in our
mouths, almost with a feeling of torment, and would thus
seem very strange and incomprehensible to its author
and his contemporaries: they read it with the clearest
conscience in the world as the most cheerful of books,
they laughed themselves almost to death over it.
-FRIEDRICH NIETZSCHE

Prehistory

Different pessimists have read Don Quixote in different ways (…). But the uniform praise of this novel by the pessimists should cause us to wonder at the source of the commonplace understanding of its protagonist as an enemy of pessimism. Though the reader may reflexively think of Don Quixote as an inveterate optimist, charging at windmills and the like, I would suggest that this has more to do with the popularity of the musical Man of La Mancha than with Cervantes’s actual text. Whatever merits this lachrymose bit of theater may possess, fidelity to the spirit of Don Quixote is not actually one of them. If anything, Man of La Mancha resembles the heavy-handed, Wagnerian operatic romanticism that Nietzsche so feared being associated with.
Though I am not concerned here with cultural analysis, the reworking that Don Quixote receives in Man of La Mancha is an interesting example of the kind of imperialism of optimism that has succeeded in making pessimism invisible today. As Nietzsche reminds us, however, Cervantes’s book was received by its first readers as a bright comedy and was, indeed, internationally successful on that basis.

Practice of pessimism

If Quixote hopes, at first, to right wrongs with a wave of his noble sword, the sad truth about the world eventually destroys that expectation, both in him and in the reader. But if the narratives of chivalry that Cervantes mocks have been a dubious education for Quixote, that is not at all the case for Quixote’s own narrative of chivalry, which is an education for Sancho Panza and, through him, for the rest of us. And, as certain episodes in the novel suggest (particularly those in which Sancho is called upon to govern), it is even a useful political education. For Sancho, the unlettered peasant, to the surprise of everyone, governs wisely when given the opportunity. The justice that the insane Quixote is unable to effect with the sword, Sancho brings about through a sane and brave administration inspired by Quixote’s example. Sancho’s success is limited (indeed, ultimately it is destroyed), but it is (temporarily) genuine. For a time, Sancho organizes a small portion of the universe under something like a decent political regime. And all the characters in the novel, except Quixote, find this astounding.
Cervantes (…) characterizes the universe he created as a pessimistic vision and (…) his book aims at a goal that pessimists would recognize (and have recognized) – a mode of action that acknowledges the insuperable barriers that time-bound existence throws up against justice and happiness, but which does not respond to this situation with resignation. Don Quixote represents what I am terming a “practice of pessimism,” a mode of conduct and action founded on an absence of expectation and hope.

More tomorrow

Pesymizm Don Kichota

Ewa Maria Slaska

… czyli kolejny wpis o pożytkach czytania wszystkiego, co w ręce wpadnie

I. Prolegomena do wstępu

Konstanty Ildefons Gałczyński, Śmierć Andersena VI*

Nie żyjesz. Czyżbyś był już tylko śladem na bibule?
Czy naprawdę umarłeś Christianie?
Ja myślę, że nawet strzelać trzeba czule.
(MELANCHOLIJNA PORO, OCZU OCZAROWANIE…)
Bo te liście odfruwające bokiem…
bo dzień wczorajszy to żebrak…
więc… Tak likwidował epokę
niejaki Miguel Cervantes de Saavedra.

Przepisane z książki K.I.Gałczyński, Wybór poezji, Biblioteka Narodowa, Ossolineum 1974, s. 203; przepisane w Światowym Dniu Książki 2022 roku, czyli w rocznicę śmierci Szekspira i Cervantesa. Obaj umarli tego samego dnia – 23 kwietnia 1616 roku.

Tak likwidował epokę, napisał Gałczyński. I tak oczywiście było. Szekspir doprowadził literaturę renesansową na najwyższe wyżyny, ale Cervantes zmiótł to, co było i rozpoczął czas czytania powieści, a to nas do dzisiaj trzyma w kleszczach. Jeśli naprawdę wiemy coś o świecie i ludziach, to dlatego, że czytamy powieści. Czytamy. My czytamy. My kobiety. Bo co najmniej od XIX wieku uważa się, że powieści czytają przede wszystkim kobiety (oczywiście są wyjątki!). Mężczyźni wiedzą coś o świecie z traktatów i rozpraw, kobiety z powieści. Śmiem twierdzić, że wiemy lepiej, już chociażby dlatego że powieść, żebyśmy ją czytały, musi nas przekonać, musimy uwierzyć w jej sens, a ten dostajemy wraz prawdą o tym, jakie jest całe życie.
W traktatach jest teza, antyteza, synteza, w powieści kobieta, mężczyzna, dziecko, służąca, babcia i stary stajenny.
Tak, przez wiele stuleci to mężczyźni pisali dla nas powieści, ale musieli znać psychologię i wiedzieć, co czują kobiety. Jeśli nie potrafiliby nas przekonać, że Izabela Łęcka jest zimną wyrachowaną dziwką, Effie Briest miała odwagę kochać i zapłaciła za miłość wysoką cenę, a Emma Bovary zmarniała w pustce mieszczańskiej egzystencji, to byśmy nie czytały kolejnych powieści tych autorów. Takie to proste. W XIX wieku mężczyźni, żeby się utrzymać przy życiu jako pisarze, musieli pisać dla kobiet.

II. Intermezzo

Z codziennej prasy niemieckiej. Nowi przeciwnicy Don Kichota.

Zdjęcie z Tageszeitung 22.02.22 (Pedro Sala/Imago)

Problemy z energią odnawialną. Nie tylko Hiszpanie nie chcą ani wiatraków ani baterii słonecznych.
I nie tylko oni walczą. Obejrzyjmy kataloński film Alcarràs Carli Simon, nagrodzony złotym niedźwiedziem na tegorocznym Berlinale (przy okazji – był to pierwszy film kataloński, który otrzymał tak prestiżową nagrodę). To co na filmie wydaje się opowieścią o rozpadzie jednej rodziny, naprawdę jest częścią wielkiego problemu, z jakim się borykamy – kryzysu klimatycznego.

III. Wstęp do pesymizmu

Główna teza autora brzmi: Europejczyk jest z samej swej natury pesymistą, a jego podstawowe przekonanie głosi, że życie jest cierpieniem. Zgodnie z tym poglądem Europejczyk, nawet jeśli tworzy utopie na temat idealnych państw czy rządów, tak naprawdę wcale w nie nie wierzy. Można nawet powiedzieć coś więcej i gorzej na ten temat – tak naprawdę Europejczyka pesymistę poznać po tym, że traktuje pesymizm jako swoją sprawę osobistą, a systemy społeczne wcale go nie obchodzą, bo przecież i tak wiadomo, że będą nieudane.

Skądinąd wiadomo.

W życiu codziennym zachowujemy się jednak trochę inaczej i właściwie odwrotnie do tego, co przypisał nam filozof. W życiu codziennym bowiem często bywamy optymistami i czasem wystarczy nam do tego kwitnące drzewo wiśni, lekka bryza, niebieskie niebo i trochę słońca. Natomiast w sprawach wielkich i wyższych na pewno jesteśmy pesymistami. W każdym razie my, Europejczycy z Europy Wschodniej. Możliwe, że na przełomie wieków XX i XXI nauka i polityka usiłowały nam wmówić, że teraz już wszystko będzie jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, że nie ma już Historii i wszyscy będziemy na zawsze szczęśliwi, a wojny to sprawa, która przeminęła i będą zajmowały już tylko dyplomatów. Zachód bardzo chciał w to uwierzyć ale my, Europejczycy z Europy Wschodniej, nie daliśmy się nabrać. Widzieliśmy jak świat prawie bez rozlewu krwi strząsa z siebie okowy komunizmu, ale widzieliśmy też wojnę w Zatoce Perskiej, krwawy rozpad Jugosławii, ludobójstwo na placu Wiecznego Pokoju w Pekinie, narodziny islamskiego terroryzmu, upadek Arabskiej Wiosny Ludów, zdewastowanie Syrii, zbombardowanie miasta Grozny, krwawą rzeź na ukraińskim Majdanie i zajęcie Krymu. Dobrze wiedzieliśmy więc, że wszędzie naokoło czai się zło, a to, że my żyjemy w pokoju, jest jakimś cudem.

Cudem, który właśnie się skończył.

Dlatego wiedzieliśmy, że tylko durnie z Zachodu likwidują radio Wolna Europa, bo myślą, że nigdy już nie będzie potrzebne i tylko durnie z Zachodu dobrowolnie ładują łeb w pętlę “pipeliny”, dostarczającej przez Polskę i drugiej – przez Bałtyk tani gaz z Rosji Sowieckiej. Nawet nie przyszło nam do głowy, żeby tak nie mówić i żeby brać poważnie deklaracje, że Związek Radziecki upadł, bo wiedzieliśmy, że to tylko zmiana definicji i może lekka kosmetyka zachowań politycznych, ale Związek Sowiecki nie upadł, tak jak nie upadł carat, i że to wszystko to tylko inne nazwy.

Z czasem dowiedzieliśmy się, że ci z Zachodu to wcale nie durnie, którzy nie widzą niebezpieczeństwa, tylko całkowicie obojętni oligarchowie, których nie obchodzi, jakie koszty zapłaci w przyszłości świat za to, w jaki sposób oni się teraz bogacą.

I teraz właśnie za to płacimy, żyjąc w sześciu kryzysach na raz. Mamy kryzys klimatyczny, kryzys uchodźczy, kryzys finansowy, pandemię, kryzys demokracji i wojnę.

IV. Don Kichot jako nauczyciel-pesymista (czyli o praktyce bycia pesymistą)

Hmmm, kochani, okazało się, że ten wpis jest już bardzo długi… Obiecuję więc, ciąg dalszy nastąpi, ale na dziś wystarczy… Do poczytania za tydzień.

________

* umarł 4 sierpnia 1875

Mucha, czyli martwa natura z rękawicą

Ewa Maria Slaska

Moi kochani, postanowiłam, że przestanę się pastwić nad Kierkegaardem i już mu odpuszczę tę muchę, nad którą bezkarnie pozwalał się znęcać znudzonym chłopcom w szkole. Ale żebyście wiedzieli, że nadal kręcę się wokół tematu, jak wyglądał świat przed czasami internetu i jak dalece nasze pokolenie (“starych”) nie jest w stanie zrozumieć się z pokoleniem młodych, młodszych i najmłodszych (pokolenie “Z” – choć chyba powinni sobie zmienić oznaczenie, skoro od kilku tygodni litera Z oznacza zwolenników Putina – ciekawe, czy już zmienili?), usunęłam filozofa z nadtytułu i zostawiłam tylko “Muchę”. Teraz już tylko wtajemniczeni będą rozumieli, o co chodzi.

Mucha jest ważna. Znalazłam taki fragment u Canettiego w jego książce Über die Dichter (Hanser 2004, s. 28):

Welcher Dichter hat nicht zu seiner Fliege gesprochen?
Wen erkenne ich nicht an seiner Fliege?
Wer hält sich nicht eine Fliege, die für ihn trippelt?
*

Spacer po najgłębszej angielskiej prowincji

Idę na spacer po angielskim przedmieściu. Muszę podkreślić, że po angielskim, bo chyba ani w Niemczech, ani w Polsce taki przypadkowy spacer nie zaprowadził by mnie na pole golfowe. A tam na płocie taka czarna kompozycja.

Z tyłu za rękawicą jest jeszcze rodzaj uzdy czy kagańca, ale jakoś nie udało mi się tego sfotografować. Taśma, na której wisi ów kaganiec, ma napis Baskerville, więc może to wszystko wcale nie są atrybuty pola golfowego, tylko wybiegu dla psów. Dużych, czarnych, złych? Nie wiem, nie ma nikogo. Nikt nie gra w golfa, nikt nie wyprowadza psa. Jest wcześnie rano.

– Martwa natura, mówię, pokazując po powrocie to zdjęcie. Pierwsza martwa natura w historii sztuki.
– A czy martwa natura to nie jest obraz przedstawiający kwiaty i owoce?
Milknę, bo nie wiem, co powiedzieć. Co to jest martwa natura? Myślałam, że wiem, ale co to jest dzisiaj martwa natura?

Piszę w internecie “martwa natura” i zaiste, pojawiają się przede wszystkim kwiaty i owoce. Miły, kolorowy świat, nadający się do powieszenia w salonie. Dziś skromniejszy, na miarę naszych czasów, w Holandii (na obrazku poniżej) w XVII wieku bogatszy, ale przekazujący to samo uczucie – tak jest, tak ma być w szczęśliwym domu.

Owszem, na górnej ilustracji pojawia się Martwa natura z wędzidłem Herberta, ale na okładce są drzwi do domu, klucz, szczotka. Na dolnej z kolei jest czaszka, ale i koło niej jest kwiat, zresztą czaszka już chyba tak nie straszy jak kiedyś.

Zaczynam rozumieć pytanie, czarna rękawica i uzda na płocie to nie martwa natura. Wniosek jest jasny. Nie znam się.

Nie będę się upierać. W żadnej rozmowie w realu już się przy niczym nie upieram. Dopiero tu, blogu mój kochany, mogę jeszcze spróbować przypomnieć sobie i innym, co kiedyś znaczyła martwa natura.

Nie będę tu uprawiała profesorowania z zakresu historii sztuki. Każdy może sobie przeczytać wpis na Wikipedii, żeby zobaczyć, iż martwa natura (stil life, natura morta, Stilleben) wcale nie musiała służyć radosnemu upiększaniu szczęśliwego domu i mogła być alegorią, przestrogą, nauką, inwentaryzacją. Najsłynniejsze martwe natury, te pełne dorodnych kwiatów i owoców, potrafiły być, mimo to, przypomnieniem, że wszystko w życiu to marność (obrazy typu Vanitas) i że nie ciesz się człowieku, bo i tak umrzesz (obrazy typu Memento mori). Jak się przyjrzeć tym obrazom pełnym obfitości i bogactwa, można zauważyć, że niektóre kwiaty zwiędły, niektóre owoce nadgniły, chodzą po nich mrówki i gąsienice, latają muchy i ważki. Nic w życiu nie jest na zawsze, wszystko przeminie, wszystko przepadnie i zniszczeje.

Ale są też po prostu inne martwe natury, które przedstawiają coś innego, niż kwiaty i owoce.

Zacznę od tego, co było moim pierwszym skojarzeniem. Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawicami, pierwsza samodzielna martwa natura na świecie, bo były już wcześniej takie, które na przykład na jakimś portrecie zostały ustawione na stole, czy kredensie i często przedstawiały atrybuty portretowanej osoby: globus – astronoma, waga – kupca, pędzel i paleta – malarza. Jacopo der Barbari. Rok 1504.

***

Tytułowa martwa natura z książki Herberta, Martwa natura z wędzidłem, jest o ponad sto lat późniejsza (1614). Jej autorem był holenderski malarz Johannes van der Beeck, zwany Torrentiusem. Zarówno wędzidło, jak i znajdująca się na obrazie kartka z nutami utworu zwanego Temperance (Umiarkowanie) skłoniły historyków sztuki do uznania obrazu za Alegorię wstrzemięźliwości. Ale rzecz wcale nie jest taka pewna, bo mogło być zupełnie przeciwnie – w zapisie nut jest błąd, który wskazuje na przynależność artysty do różokrzyżowców i może sugerować, iż Torrentius, heretyk, bluźnierca, rozpustnik i awanturnik, malując pozornie obraz sławiący słynną holenderską powściągliwość, naprawdę sobie z niej zakpił.

Dodam jeszcze, że losy obrazu są nieznane. W XVII wieku należał do Karola I Stuarta, ale po śmierci króla obraz zniknął. Został odnaleziony w roku 1913 w mieście Enschede w Holandii, gdzie używany był jako wieko do beczki z rodzynkami. Od roku 1918 znajduje się w zbiorach Rijksmuseum w Amsterdamie.

***

Cornelis Norbertus Gysbrechts, malarz flamandzki (1660–1683) namalował ten świetny obraz zapewne około roku 1664. Gysbrechts był mistrzem takich właśnie martwych natur, które historycy sztuki nazywają bez większej inwencji Tablica na listy z… Ta jest z brzytwą i klepsydrą, ale może być z nożem, pędzlem i paletą, ważną deklaracją polityczną, narzędziami balwierskimi lub kieszonkowymi skrzypcami. Pełna inwentaryzacja martwych natur Gysbrechta, z których żadna nie jest tylko bukietem kwiatów lub paterą z owocami, znajduje się TU; zalicza się je do kategorii Trompe l’Oeil, czyli złudzenie optyczne.

***

Trwa wojna Putina przeciw Ukrainie. Jeszcze w miejscu, gdzie żyjemy, niebo jest niebieskie, a na zielonej murawie kwitną niewinne stokrotki. Ale trawę otacza płot, a czarne rękawice za chwilę mogą się nam zacisnąć na szyi, tak jak od wielu tygodni dławią Ukrainę.
Ewa Maria Slaska, Martwa natura z kagańcem i rękawicą do poskramiania psów, 2022.

*
Jakiż poeta nie rozmawiał ze swoją muchą?
Kogóż to nie rozpoznam po jego musze?
Któż nie trzyma muchy, by za niego dreptała?