Pokolenie Solidarności (16)

Ewa Maria Slaska

Eli

Blaszany bębenek (1979)

Nie do wiary, ale znali się już dziesięć lat. Poszli do klubu Kwadratowa na pokaz filmu Güntera Grassa Blaszany Bębenek.

Polska była takim dziwnym krajem, w którym zakazany film mógł jednak zostać pokazany w klubie studenckim. Takich imprez nie wolno było nigdzie zapowiadać, ani w prasie, ani w radio, na wszelki wypadek ludzie nie informowali się również telefonicznie, ale i tak, cokolwiek by to nie było – spektakl teatralny, recital piosenki zakazanej lub zakazanego piosenkarza, wieczór autorski czy pokaz filmowy, chętnych zawsze było więcej niż miejsc. Jeden z pisarzy opowiadał kiedyś, że po takim legalno nielegalnym wieczorze autorskim podszedł do niego młody człowiek i podał mu do podpisania wszystkie jego nielegalnie wydane książki – te z wydawnictwa zagranicznego zwanego trzecim obiegiem i te opublikowane w Polsce, w nielegalnym wydawnictwie czyli tzw. drugim obiegu. Zaintrygowany pisarz zapytał, jak to się stało, że chłopak miał przy sobie wszystkie jego książki – spotkanie zostało przecież zapowiedziane trzy godziny temu i nie podano, kto będzie czytał.

Ach, powiedział chłopak, zawsze jak usłyszę, że ktoś będzie, idę do domu, mieszkam na szczęście bardzo blisko i zabieram ze sobą wszystkie książki wszystkich pisarzy opozycyjnych.

I pokazał zdumionemu autorowi ogromny wypchany plecak. Na stosach nieprawomyślnych książek leżały… ziemniaki.

– Oczywiście, powiedział Stefan, bardzo prosta historia. Wszyscy to robiliśmy. Ten skryba był durniem, że tego nie wiedział. Tyle tylko, że chodzenie po mieście z wielkim plecakiem też nie było bezpieczne, nawet z ziemniakami na wierzchu. Lub czymkolwiek innym. Trzeba było wciąż zmieniać kamuflaż w zależności od pory roku, zimą mógł to być węgiel, wiosną makulatura lub puste butelki, a czasem nawet złom. O węgiel w komunie było trudno, można więc było udawać, że się właśnie “zdobyło” parę kilo, dla siebie, dla babci, dla starej sąsiadki. Makulaturę i butelki się sprzedawało i robili to wszyscy, również profesorowie Politechniki.

A więc poszli do Kwadratowej. Była jesień 1979 roku, Volker Schlöndorf nakręcił film Blaszany bębenek w roku 1978, film w maju 1979 roku wszedł na ekrany (odznaczono go Złotą Palmą na 32 festiwalu Cannes) i ktoś przeszmuglował taśmy z zagranicy. W Gdańsku nie takie rzeczy były możliwe. Film był po angielsku, został po części nakręcony w Gdańsku i we Wrzeszczu, ale powieść Grassa była zakazana, nie można więc było oczekiwać, że władze wydadzą bezwarunkową zgodę na kręcenie w Gdańsku filmu, w którym pokazane zostanie jak Sowieci wchodzą do Gdańska w marcu 1945 roku, palą, mordują i gwałcą, a po ich tryumfalnym przejściu z pięknego miasta zostaje kupa dymiących gruzów. O dziwo władze wydały zgodę, część scen filmowych nakręcono bezpośrednio w Gdańsku, ale na przykład sceny początku wojny i słynnej obrony Poczty Polskiej – zostały nakręcone w Zagrzebiu, w Jugosławii.

Książka była zakazana we wszystkich krajach Bloku Wschodniego, siłą rzeczy zakazano więc też pokazów filmu, choć grali w nim przecież Polacy, przede wszystkim Daniel Olbrychski, kochanek głównej bohaterki i być może ojciec Oskara.
Kwadratowa naprawdę nazywała się Akademicki Klub Politechniki Gdańskiej KWADRATOWA i mieściła się w siedzibie dawnej organizacji studenckiej „Bratniak”, zbudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Od samego początku tworzono tu kulturę studencką, były występy chóru, orkiestry. Mimo że po wydaniu przez studentów tak zwanej Jednodniówki w roku 1948 władze odgórnie zlikwidowały „Bratnią Pomoc”, to nazwa budynku Bratniak pozostała. Od końca lat pięćdziesiątych klub w Bratniaku przyjął nazwę Kwadratowa. Organizowano tu występy jazzowe i festiwal teatrów studenckich. Gdy Juliette Greco w maju 1962 przyjechała do Polski, występowała w Kwadratowej. Na początku lat siedemdziesiątych powstał tu Decathlon Dixieland Jazz Band później znany jako Detko Band.

Duch Święty (1979)

“Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.” Słowa Papieża Jana Pawła II padły w Warszawie w 1979 roku. Rok później Duch porwał Polaków, zjednoczył ich i dał im siłę, by umieli powiedzieć NIE! komunistycznej władzy. Powstał 10 milionowy ruch społeczny Solidarność. Związek odmienił Polskę, a konsekwencją tych zmian była środkowoeuropejska Jesień Ludów ’89 i upadek komunistycznego reżimu. Symbolicznie to Solidarność wyzwoliła Europę, choć na tak zwanym Zachodzie nie wszyscy o tym pamiętają, chcą pamiętać i lubią pamiętać.

O tym, jaki był naprawdę Jan Paweł II, o tym, że krył pedofilów i zlikwidował kościelną opozycję, dążącą do unowocześnienia Kościoła, nikt wtedy jeszcze nie wiedział. Papież, “nasz papież”, był Bogiem, tak, takim z dużej litery, bliższym przeciętnemu Polakowi niż ten jakiś abstrakcyjny Pan Bóg tam gdzieś na górze. Hierarchia wiary polskiej była jasna – Matka Boska Królowa Polska i Papież Polak, no może jeszcze święty Stanisław, biskup zamordowany w roku 1079 przez króla Bolesława Szczodrego. Był opozycjonistą, a zamordował go władca – to oczywiście powód, by Polacy widzieli w nim swojego patrona. Legenda głosi, że król własnoręcznie poćwiartował zbuntowangeo biskupa, choć historycy twierdzą, że zrobił to jednak kat. Tak czy owak król uznany został za bezbożnika a rozbicie dzielnicowe przez wieki uważano za karę boską za świętokradczy mord. Polska została poćwiartowana tak, jak Stanisław męczennik.

2 czerwca 1979 roku Jan Paweł II rozpoczął pierwszą pielgrzymkę do Polski. Odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską i Wadowice. Stefan i Basia pojechali na mszę papieską do Gniezna. Mieli już wtedy dzieci i malucha. Jechali w towarzystwie innych samochodów, udekorowanych biało-żółtymi flagami. Basia i Stefan poczuli się bardzo głupio, bo nawet dzieci zauważyły, że trzeba było powiesić na antenie jakieś kokardy w kolorach papieskich. W końcu zatrzymali się na łące, żeby odpocząć i się wysikać, a Basia uplotła wianki z rumianków i rzepaku, dla siebie, dzieci i auta. Podczas mszy dzieci tak słodko wyglądały w tych wiankach z więdnących już kwiatów, że zostały sfotografowane przez jakichś zachodnich dziennikarzy. Ale oczywiście nie wiadomo, czy zdjęcie gdzieś się ukazało.

Podczas mszy dzieci nie mogły się wysikać na jakimś trawniku czy pod jakimś drzewem. Sikały więc, a i robiły kupy, do słoików, które się zakręcało i wkładało do plecaka. Wszyscy rodzice to robili. Msza Papieska, Wielkie Przeżycie dla Całego Narodu, była po gombrowiczowsku podszyta słoikami pełnymi gówna.

W sierpniu 1980 roku, już w czasie strajków, czyli właściwie w Sierpniu, Komitet Strajkowy na Politechnice poprosił Stefana o wizytę i spotkanie ze strajkującymi. Miał opowiedzieć o życiu opozycjonisty w PRL-u. Opowiedział więc o aresztowaniach na 48 godzin, podsłuchach, inwigilacji, obserwacji, marnych pracach na wypomóżki za marne pieniądze i o tym, że nikt z nich nigdy nie zrobi kariery. Basia wiedziała, że tak jest, sama tego doświadczała na własnej skórze, a jednak zawsze się jej wydawało, że to był jakiś inny świat, oddalony o lata świetlne od zwykłego życia. Stefan mówił, że opozycjoniści nie są sami, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie.

– A co będzie potem?, zapytała Basia, kiedy wracali z Politechniki do domu. Stefan chciał się jeszcze wykąpać, zanim wróci na Stocznię.
– Co potem?, zdziwił się Stefan.
– Kiedyś to się przecież skończy. I co, przypomnicie sobie wtedy o nas? Przecież większość z was ma rodziny, narażacie więc nie tylko siebie samych, lecz również wasze żony, dzieci, rodziców.
– Jak możesz? Przecież tu chodzi o wielką rzecz, o wolność, dla nas i dla naszych dzieci. Jak możesz być taka małoduszna?
– Mogę, powiedziała Basia. Wiesz, dziś w domu u mojej mamy widziałam taki napis namalowany szminką na lustrze w windzie: Kobiety! nie przeszkadzajcie nam! My walczymy o Polskę! To ty napisałeś?
– Nie, nie ja. Jakiś inny zezłoszczony facet. Jego baba przyszła pod Bramę Stoczni, przyniosła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła, wrócił więc na noc do domu, pobył trochę z dzieciakami, przespał się z żoną, a jak rano wychodził, zabrał jej szminkę i przekazał jej to, co miał do powiedzenia.
– Bym ci odpisała, powiedziała Basia.
– A co byś napisała?, zapytał.
– Bohaterowie, odpowiedziała. Odpalantujcie się od nas, bo naprawdę mamy co robić, mamy pracę, dom, dzieci i jeszcze was do obsłużenia.
– Naprawdę?, zapytał Stefan. Tak byś napisała?
– Tak, bo wy wcale nas nie dopuszczacie do tej waszej Wielkiej Sprawy. Jak my się mamy poczuć integralną częścią tego wielkiego zrywu, skoro nawet ty, a ty nie zgrywasz bohatera, ale nawet ty właśnie powiedziałeś tam na zebraniu, że strajki sierpniowe robią trzydziestoletni mężczyźni z brodami.
– To był żart, powiedział Stefan.
– Nie sądzę, powiedziała Basia. Bo wiesz, jestem kobietą i nie mam brody.


Za inspiracje i przypomnienia dziękuję Eli Kargol, Krystynie Koziewicz, Dickowi Verkijk i Joannie Trümner. Ponadto kieruję treść tego rozdziału do Marty Dzido, którą zawiodłam, gdy powiedziałam jej, że odezwa do kobiet, była napisana na lustrze, a nie na… Murze Stoczni. Bardzo Cię przepraszam, Marto.

Projekt: Irena Bobowska. Zakończenie / Abschluß

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

Schulzestr. 1
13187 Berlin Pankow

S-Bahn: Wollankstraße

*

Dziś, 23 września 2022 o godz. 20 organizujemy spotkanie kończące projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka. Brakująca połowa historii”.
Naszymi gośćmi są organizatorzy, współpracownicy i osoby biorące udział w projekcie.
*
O projekcie opowiedzą Anna Krenz i Ela Kargol
Wiersze Ireny Bobowskiej po polsku i po niemiecku przeczyta Karen Kandzia
Filmowe impresje – Jasha Seibel
Zdjęcia – Maciej Soja
Muzyka live
Wystawa

*

Zrobimy sobie wspólne zdjęcie

Było nas w sumie ponad 40 osób, w tym 16 panelistek, 4 muzyków, 5 tłumaczek, 2 techników, 1 performerka, 1 filmowiec i 2 fotograf*ki, 1 praktykantka.

Byliśmy, jak to zawsze pisała Ania Krenz, w ciągu jednego miesiąca w 4 miejscach, odbyły się 4 zupełnie różne dyskusje i koncerty, 4 performance – każdy inny.

To jest nasze piąte miejsce – dziś po raz pierwszy zobaczymy performance w całości.

Polin – to żydowski wyraz, oznaczający: tu odpoczniesz. Przyjdź, napijemy się wina, porozmawiamy. Tu i dziś odpoczniesz.

Don Kichot i fejki

Ewa Maria Slaska

Tytuł wpisu nawiązuje do tytułu książki Marii Kuncewiczowej Don Kichot i niańki, o której pisałam TU.

Ilustracji a przeto i inspiracji do tego wpisu dostarczył Arkadiusz Łuba. Dziękuję.


O ile ten po prawej (rysunek Moebiusa; zob. TU) to zaiste Don Kichot, taki któremu znudziło się donkichotowanie i donkiszoteria i który, po prawdzie tak samo jak Jezus i Syzyf (o których pisałam TU), postanowił wszystko olać, odpocząć i odciąć się od obowiązków, o tyle ten po lewej, dzieło podpisane MAJA (tak – ten Maja, inspirator mnie z góry uprzedził, że to mężczyzna), to jednak zapewne wcale nie Don Kichot, tylko jeżdżąca na ośle imitacja. Czyli fejk.

Tych pseudo Don Kichotów jest u Maja więcej, w samym wydawnictwie Austeria – dwóch. Zdobią okładki książek profesora Adama Wodnickiego. Ale, choć myślałam, że tak właśnie jest – nie przedstawiają samego profesora. Profesor, Adam Wodnicki, tłumacz literatury francuskiej i profesor ASP (Wydział Form Przemysłowych) w Krakowie, był nie dość, że mężczyzną gładko wygolonym, to jeszcze konkretnie spoglądającym na obserwatora (proszę kliknąć w linka). Tymczasem ta postać na ośle jest roztargnionym profesorem z anegdot o profesorach, skrzyżowaniem wyimaginowanego pana Ambrożego Kleksa i jego owianego legendą warszawską pierwowzoru – Franca Fiszera (też proszę kliknąć w linka). Ale Daniel Maja portretuje też pana, który jednak być może jest profesorem-autorem (po prawej):

Daniel Maja, autor tych profesorów, jest francuskim rysownikiem, autorem komiksów i rysunków satyrycznych. Od roku 2008 prawie codziennie publikuje na swoim blogu La Vie Brève jeden rysunek. Czuję tu pokrewną duszę, w końcu ja też od grudnia 2012 roku publikuję na tym blogu co noc nowy wpis. Jednak na blogu Maji niestety nie ma jednego rysunku dziennie; np. ostatni jest z lutego 2022. Maja ma dość liczne związki z Polską. Był (a może jest nadal) żonaty z polską artystką Ewą i pośród niezliczonych książek, jakie ilustrował, nie ma wprawdzie Don Kichota, ale jest na przykład Porwanie Baltazara Gąbki.

Ilustrował mnóstwo książek współczesnych, ale też Biblię, mitologię grecką i wielu filozofów. Filozofia jest, jego zdaniem, bardzo ważna.

W jednym z wywiadów (z 2008 roku) odpowiada na pytanie, dlaczego?

Mam duży szacunek dla umysłów filozoficznych, mówi Maja, dla tej potrzeby jasności, dla posuwania rzeczy do granic możliwości, dla zbliżania się do światła i czasem gubienia się w nim, dla prób dawania świadectwa temu, co się dostrzegło, w języku, który nie jest słyszalny. To wymaga odwagi i uporu. Wady filozofów są wadami wszystkich: próżność, przekonanie, że ma się zawsze rację, autyzm, miażdżenie przeciwnika i wszystkie te wspaniałe grzechy, które są tak przyjemne. Inną bardzo zabawną (ale i fascynującą) dziedziną jest filozofia uprawiana przez szaleńców, obsesjonatów, poszukiwaczy Jedynej Przyczyny, gnostyków, okultystów, heretyków, utopistów, guru, iluminatów, często niebezpiecznych sekciarzy. Antidotum na szaleństwo są Arystofanes, Rabelais, Montaigne, Voltaire, Sterne, Cervantes, Woody Allen…


I jeszcze jeden Don Kichot – w książce wydanej przez Lidię Głuchowską i nieżyjącego już Vojtecha Lachodę. Książka jest uczona, ma więc uczony tytuł:

Nationalism and Cosmopolitanism in Avant-Garde and Modernism. The Impact of World War I

Książka się niedawno ukazała i ma tę nieznośną cechę wszystkich ważnych książek wydawanych w ciągu ostatnich dziesięciu lat – jest okropnie gruba i ciężka. Nie sposób jej położyć na biurku i zerkać, na pewno nie da się jej wziąć do łóżka, nawet usiąść na fotelu się z nią nie da. Musi płasko leżeć na stole. A tymczasem na stronie 460 zaczyna się rozdział zatytułowany Don Quixote in the Trenches. Don Kichot w okopach. Narodziny hiszpańskiej poezji awangardowej pomiędzy cywilizacją a barbarzyństwem.
Don Kichot w okopach. Autor: Emilio Quintana Pareja. Autor przypomina, że obchody trzechsetnej rocznicy śmierci Cervantesa miały miejsce w roku 1916, czyli podczas Wielkiej Wojny. Nie tylko żołnierze, również poeci umierali w okopach i to w ich obronie pojawił się po latach zapomnienia smutny, szalony rycerz w misce balwierskiej na głowie. Jeździł konno i w hełmie z przyłbicą, choć wiadomo, koń nie chronił przed czołgami, przyłbica – przed gazem bojowym. Był anachroniczny. Dobrze nadawał się do roli symbolu zmagań człowieczeństwa z potęgą zbrojną. Najmniejszy z żołnierzy frontowych. Najważniejszy. Wyidealizowany. Bohater najważniejszego poematu modernistycznego w kulturze hiszpańskojęzycznej.
El Soldado desconocido (Nieznany żołnierz) Salomona de la Selva, wydany dokładnie sto lat temu, w roku 1922.


I nie łudźmy się, czy jesteśmy starzy czy młodzi, czy jesteśmy żołnierzami czy żołnierkami wszelkiej płci i niepłci, czy jesteśmy sławne czy niesławne, każda wojna, gdy już przetrawi człowieka, sprawia, że stajemy się la soldada desconocida.

Elżbieta Windsor

Ewa Maria Slaska

Szczerze powiedziawszy nie mam nic specjalnego do napisania na jej temat. Była zawsze, a wczoraj umarła i jest to bardzo dziwna sytuacja. Była nieco młodsza od mojej mamy i od 1952 roku była królową. Z różnych rzeczy, które wiedzieliśmy o niej jako o królowej, jak broszki, kapelusze, książki czy psy, najbardziej mi się podobała informacja, że jako królewna wstąpiła, w lutym 1945 roku, do służb medycznych armii angielskiej. Miała wtedy stopień podporucznika, została przeszkolona na kierowcę i mechanika, otrzymała stopień kapitana i pojechała na wojnę. Prowadziła karetki pogotowia wojennego.

To mi naprawdę imponowało.

Alan Bennet napisał powieść o tym, że królowa w podeszłym wieku stała się zapaloną czytelniczką powieści. Nie do końca wiem, czy autor to sobie tylko wymyślił, czy rzeczywiście królowa nabrała zamiłowania do literatury.

Z drugiej strony my, ludzie czytający książki, moglibyśmy sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście królowa mogła NIE czytać książek.

Na Netflixie przez kilka lat wszyscy oglądali Koronę, serial o panowaniu Elżbiety, ale przyznaję, że pierwszy odcinek tak mnie znudził, że nawet w przybliżeniu nie mam pojęcia, jak królowa została w nim przedstawiona.

Nie wiem więc, czy w serialu jest mowa o romansie księcia Filipa z pisarką Daphne du Maurier, autorką Rebeki i Ptaków. Może zresztą to w ogóle nie był romans, tylko, jak twierdzą królewscy plotkarze, platoniczna przyjaźń.

Od dziś jej syn, Karol, jest królem. I jakie to dziwne, bo dwa dni wcześniej Anglia otrzymała nową premierkę – Liz Truss. Tak jakby obie zmiany musiały następić jednocześnie, więc gdy zamiast królowej jest teraz król, to zamiast premiera będzie teraz premierka. On jest już starszym panem, ma 74 lata, ona jest jak na premierkę młoda – ma 47 lat. Tu też im się te cyfry obróciły. 47, 74.

O Karolu można śmiało powiedzieć, że długo czekał na swoją szansę. Nareszcie będzie mógł kupić królowej Karolinie korale koloru koralowego. Ale żarty na bok. Czy kiedykolwiek myśleliśmy o tym, że Karol naprawdę zostanie królem? A Kamila królową? Wiem, królowa (tamta królowa) zapowiedziała, że tak ma być, ale przecież nie traktowaliśmy tego poważnie.

Słowiańskie słowo król pochodzi od Karola. Wielkiego.

Król Karol jest starym królem. Jego matka była młodą królową i panowała najdłużej na świecie. A on jest starym królem.

Trzeba będzie wymienić w Anglii wszystkie banknoty, żeby przywrócić napis “God save the king”.

No dobrze, Biden jest jeszcze starszy, ma 79 lat, a papież Franciszek, który ma teraz 85 lat, miał 77, jak został wybrany. Ale może to bez znaczenia w czasach, gdy zaczynamy nagminnie dożywać osiemdziesiątki, a i dziewięćdziesiątka nie robi już wrażenia.

Jednak najgorszym problemem z królową jest jej imperialistyczna odpowiedzialność, którą zresztą odziedziczy też Król Karol. Gdy rozpoczynała królowanie była władczynią 33 królestw, gdy umarła – zostało ich wciąż jeszcze kilkanaście:  
Antigua i Barbuda, Australia, Bahamy, Belize, Grenada, Kanada, Jamajka, Nowa Zelandia, Papua-Nowa Gwinea, Saint Kitts i Nevis, Saint Lucia, Saint Vincent i Grenadyny, Tuvalu i Wyspy Salomona.

Dużo wysp. Ale tak naprawdę są to już niezależne państwa, często republiki. Wciąż jednak istnieją brytyjskie terytoria zamorskie czyli po prostu kolonie, miejsca, gdzie mogli się osiedlać osadnicy angielscy. Też prawie same wyspy.

  •  Anguilla
  •  Bermudy
  •  Brytyjskie Terytorium Antarktyczne
  •  Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego
  •  Brytyjskie Wyspy Dziewicze
  •  Kajmany
  •  Falklandy (sporne z Argentyną)
  •  Gibraltar
  •  Montserrat
  •  Pitcairn
  •  Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha
  •  Georgia Południowa i Sandwich Południowy
  •  Turks i Caicos
  •  Akrotiri
  •  Dhekelia

Tak, była imperialistyczną władczynią. Tak, sama z siebie nie oddała ani piędzi brytyjskich posiadłości, a o niektóre walczyła zbrojnie.

Ale jakoś nie mogę jej nie lubić. Może przez te wyspy.

Z Karolem nie będę miała takich problemów.

***

Projekt Irena Bobowska. Irena i Sonia.

Ewa Maria Slaska

W czwartek rozpoczynamy nasz projekt. Przychodźcie.

Gdy dziennikarze i osoby zainteresowane pytają nas, Anię Krenz i mnie, dlaczego zajęłyśmy się Ireną Bobowską, odpowiadamy z reguły, że tak się złożyło, że była nam bliska, że była aktywistką i artystką, ale odpowiadamy też, że tych młodych polskich dziewczyn było w Berlinie podczas wojny wiele tysięcy, a Irena jest dla nas postacią symboliczną i przypominamy ją jako uosobienie tych młodych, pięknych istot, których życie tak prędko zgasło, a takie było piękne.

Sonja Horn

Grób Soni na Cmentarzu Garnizonowym w Berlinie
na Invalidenstrasse

Miała, podobnie jak Irena, 22 lata, gdy zginęła podczas jednego z ostatnich bombardowań Berlina. Bombardowań, przypomnijmy, alianckich.

Sonia w wieku 10 lat
podczas występów tanecznych

Urodziła się w roku 1923 w Mysłowicach. Jej ojciec był Niemcem, matka – Polką. Dziewczynka była wychowywana po polsku, głównie przez babcię, która nie znała ani słowa po niemiecku. Sonia niemal nie znała ojca, bo rodzice się rozwiedli, jak miała cztery lata. W wieku 14 lat poszła do Technikum Handlowego, które ukończyła w roku 1939. Podczas balu maturalnego poznała Franciszka Roja, nauczyciela i polskiego oficera, z którym w tymże roku wzięła ślub.

Zdjęcie zaręczynowe Soni i Franciszka

W początku wojny w Mysłowicach uformowała się organizacja podziemna »Braciom na otuchę«, w której aktywnie działali Sonia i jej mąż. Pomagali rodzinom pomordowanych, zdobywali dla nich odzież i pieniądze, przygotowywali odezwy i kolportowali ulotki.

W lutym 1943 roku Sonia została uwięziona. Po jakimś czasie wypuszczono ją, ale była śledzona. Sonia i Franciszek uciekli do Krakowa, gdzie zostali aresztowani 13 czerwca 1943 roku. Franciszek został deportowany w październiku do Auschwitz i tam rozstrzelany. Sonię przewieziono do obozu koncentracyjnego dla kobiet w Ravensbrück, numer obozowy – 25551.

I ona, podobnie jak Irena, pisała listy do ukochanej Mamy. Listy trzeba było pisać po niemiecku, atramentem i wyraźnie. List miał prawo liczyć 15 linijek, kartka pocztowa – dziesięć. W lipcu 1944 roku Sonia pisała:

Bin gesund… Mutti. Mach dir bitte keine Sorgen um mich, Du weißt, daß ich schon als Kind selbständig war, und auch jetzt, in den schweren für mich Zeit, werde ich nicht unter gehen… Denke so viel an die Tage, wo Du mich, liebste Mutti als Kind… auf meine Lippen aufgedrückt, da muß ich weinen.

Jestem zdrowa, Matuś. Nie martw się o mnie, proszę, wiesz przecież, że już jako dziecko byłam uparta, teraz też, w ten ciężki czas, nie dam się zgnębić… Dużo myślę o tamtych dniach, kiedy Ty, Matuś, mnie jako dziecko… do ust przyciskałaś i płakać mi się chce.

Sonia uciekła z obozu podczas jego likwidacji w kwietniu 1945 roku i na piechotę dotarła do Berlina w ostatnich dniach wojny. Zginęła 29 kwietnia 1945 roku, nie wiadomo, czy od kuli, czy trafiona odłamkiem granatu, czy przygnieciona walącą się ścianą?

Zginęła, ale, w przeciwieństwie do tysięcy ofiar, nie została pochowana na cmentarnej łące w szeregu innych znanych i niezanych ofiar – na każdym berlińskim cmentarzu znajdują się takie łąki nagrobków – ją jednak pochowano w osobnym grobie z kamieniem nagrobnym.

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!

9-Euro-Ticket. Szczecin po raz czwarty.

Ewa Maria Slaska

Tym razem tylko przelotne obserwacje.

***

Po drodze na dworzec widzę przy torach kolejki żółte tablice z napisem:

Wikipedia

Uwaga – niewidoczne oznakowanie/ sztuczne DNA pozwala zidentyfikować sprawcę i powoduje, że metali nie można sprzedać (stają się niesprzedawalne).

Zastanawiam się, czy to żart, w rodzaju tych, jakie robi czasem organizacja Zentrale für Politische Schönheit, ale Internet informuje mnie, że nie, że tak kolej niemiecka próbuje poradzić sobie ze złodziejami kabli na torowiskach.

Nowoczesność. OK. Ale czy złodzieje zrozumieją w ogóle to przesłanie? Ten język, te zastosowane metody są jak literatura wysokiej klasy, nie dla idiotów.

***

W Angermünde z powodu od-wiecznej naprawy torów mamy przesiadkę z pociągu na autobus. Pasażerowie całego pociągu muszą zmieścić się do jednego autobusu. Tłok. Zastanawiam się, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce na granicy z Francją, to też by nam podstawiono tylko jeden autobus. W autobusie wygrywają silniejsi. Mężczyźni siedzą, kobiety i dzieci stoją lub siedzą na podłodze.

***

Dodatek z następnego dnia:

Ela Kargol, autorka tej foty, opatrzyła ją takim wyjaśnieniem: to zdjęcie to dobry komentarz do tego wpisu. Chodzi mi o ten szkic szybką kreską na tablicy informacyjnej o kolei szczecińskiej, cesarskiej, wytwornej, którą można było dojechac do Szczecina bez przesiadek, oczekiwań na połączenia, opóźnień…

***
Wracam. Pociąg przyjeżdża pół godziny spóźniony. Na peronie, na ławce obok mnie siedzi sztuczna kobieta jak z Innych pieśni Dukaja.

Włosy utlenione, brwi zrobione, grube sztuczne rzęsy, usta napompowane czymś, nie pamiętam czym się pompuje usta, botoksem?, złote ogromne kolczyki w kształcie Myszki Miki, tatuaż na całe ramię (mężczyzna z dziewczynką na tle tarczy zegara), paznokcie jak gwoździe na 9 cali, szpice, w czterech różnych kolorach, niektóre zdobione. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki.

Ciało dziwnie niesztuczne, po prostu ubrane. Sandały, pomalowane na złoto paznokcie u nóg.

Mężczyzna na tatuażu rzuca cień krzyża

Oczywiście cyberkobieta ma kolczyki. Wszystko złote. Na niby. A może to złoto prawdziwe?

Oczywiście sztuczna opalenizna. A może prawdziwa?

***
Na peronie stoi czterech (nie, sześciu) młodych, mocno zbudowanych facetów w takich samych podkoszulkach i tego samego wzrostu. Wszyscy coś jedzą, miarowo, mocno ruszają szczękami.

W Pasewalku przesiadka. Nasz pociąg do Berlina odjechał. Następny za 1,5 godziny.

Na dworcu nie ma informacji, ani toalety, ani budki z jedzeniem, ani nawet automatu z czipsami lub wodą. Nie ma też automatu z pieniędzmi. Wszyscy ruszają za dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia.

Znalazłam gdzieś wśród warsztatów i magazynów budkę z kebabami. Nie można płacić kartą, ale mam jakieś monety. Kupuję sobie frytki i wodę, na tyle mi starczyło.

Po drodze widzę chłopaków na jakiejś niekoszonej podmiejskiej łączce. Stoją w trawie po pas i wesoło, swobodnie sikają w różne strony świata.

Gdy już wszyscy wróciliśmy z łupami na dworzec, chłopaki siedzą na murku, na którym zaraz usiądziemy wszyscy, i całkiem ciekawie śpiewają. Ławki na peronie są metalowe i mocno oświetlone słońcem. Dlatego siedzimy na murku za wejściem do tunelu. Śmierdzi moczem.

Jeszcze godzina. Upał. Przed nami taki widok:

Przez godzinę patrzymy na szare śmierdzące płyty chodnikowe.

I cieszymy się, bo jest cień.


Pokolenie Solidarności (13)

Ewa Maria Slaska

Eli

1 maja (1975)

Huczne pochody 1-majowe, gdzie w pierwszym szeregu szli hutnicy, górnicy, stoczniowcy, tkaczki – w zależności od miasta, tłumy machające kwiatami z karbowanej bibułki, które wcześniej dzieci wykonywały w szkołach na tak zwanych „rysunkach”…, ci wszyscy uśmiechnięci ludzie, którzy radośnie pozdrawiają przedstawicieli władzy i ogólnie są zadowoleni z życia i wszystko im się podoba… Ta kiełbasa z musztardą, sprzedawana za grosze prosto z ciężarówek. Gwizdki, wiatraczki z celuloidu i jakieś upieczone z potwornie twardego ciasta konikopieski z brązowymi uszkami i łapkokopytkami.

Udział w pochodzie był obowiązkowy. Jeśli ktoś by się nie pojawił w owym dniu – miałby potężne nieprzyjemności w pracy łącznie ze wstrzymaniem kartek lub wypowiedzeniem. Ktoś, kto miałby zwolnienie lekarskie, też byłby mocno podejrzany. Dlatego na pochodach wszyscy byli, co ważniejsze mieli bardzo dobre humory. W majowym słońcu, w towarzystwie koleżanek i kolegów z pracy, trzeba było tylko przejść – w zasadzie krótki dystans – z wręczoną wcześniej flagą, pozdrowić władzę i wysłuchać jej długich, nudnych przemówień – choć zdarzały się w nich zdania zapadające w pamięć: Gdybyśmy mieli więcej cieńkiej blachy zarzucilibyśmy świat konserwami! Ale nie mamy mięsa. Odkąd krowa została zapłodniona przez człowieka znacznie wzrosło pogłowie bydła. Wprawdzie znaleźliśmy się nad przepaścią, ale zrobiliśmy wielki krok naprzód! – autorem tych cytatów jest Władysław Gomułka (pisownia: autor).

W latach 70. mowy partyjniaków nie zawierały już takich dziwacznych enuncjacji, stały się za to przekaźnikiem różnych pięknych, emocjonalnych obietnic. Na przykład mieliśmy być drugą Japonią. Na razie jednak w PRL-u brakowało wszystkiego, popularnością cieszyły się więc flagi robotnicze, zbiorowe wydania Dzieł Lenina i kasety magnetofonowe z nagraniami przemówień. Flagi były całe czerwone (bo na nich robotnicza krew) i nadawały się świetnie na – poduszkę. Były spore, trzeba je było tylko pozszywać i wypchać pierzem… Pierza na pochodach nie rozdawali… to trzeba było już załatwić inaczej. Jedna pani dyrektor przedszkola wykorzystała flagi robotnicze na uszycie stroju dla Świętego Mikołaja. Dzieci były zachwycone, bo czerwień była mocna i błyszcząca, tylko Święty Mikołaj był cały spocony i tchu mu brakowało, bo to było jakieś sztuczne tworzywo, nie przepuszczające powietrza. Patyk od flagi dobrze się nadawał na drążek do ćwiczeń dla dziecka, albo tyczkę do pomidorów, trzeba było tylko przepiłować na pół, bo był za długi. Trochę stresującym momentem było odłączenie się od pochodu, skręcenie w boczną uliczkę i wpakowanie flagi na dwumetrowym kiju do wcześniej zaparkowanego malucha… ale – Polak potrafi.

Z kolei Dzieła Lenina wydane zostały właśnie po raz kolejny, tym razem pięknie oprawne w cieniutką granatową skórkę (a właściwie surowiec skóropodobny). Polacy zabijali się o nie, ponieważ po umiejętnym oddzieleniu skórki od okładki, można było z kilkunastu kawałków uszyć torbę, spódnicę albo kapelusz. Środki trzeba było wyrzucić. Oczywiście było to dużo papieru i można by go było oddać na makulaturę (co było nota bene niezwykle ekologicznym rozwiązaniem i wielu świadomych zagrożeń ludzi do dziś żałuje, że skupy makulatury zniknęły na zawsze z krajobrazu po bitwie, jakim stała się Polska po roku 1989), a może nawet w ramach akcji Lektury z makulatury wymienić na talon na Dzieła zebrane Mickiewicza, ale było to nieco niebezpieczne, bo mogło się okazać, że jakiś nadgorliwy pracownik skupu doniesie komu trzeba, kto oddał Dzieła, albo, co było znacznie bardziej prawdopodobne, jakiś zapijaczony człowieczek wygada się w pobliskim barze Agata na Grunwaldzkiej pod Fotoplastikonem, że ci Szarzyńscy przynieśli dziś siedem kompletów Lenina, haha, ale cwaniaki. I powie to z uznaniem i z nazwiskiem, bo przecież każdy we Wrzeszczu znał pana doktora Szarzyńskiego i jego elegancką żonę, i tych dwóch chłopaków z długimi włosami i gitarami.

Użytek można było zrobić również z taśm z nagraniami przemówień. Młodzież namiętnie je wykupywała, żeby nagrywać na nich listę przebojów z radia Luksemburg, albo przegrywać na przykład płyty z muzyką młodzieżową, które pani Szarzyńska kupowała synom w komisie na Grunwaldzkiej.

Cóż, socjalizm to ustrój dla ludzi z wyobraźnią. Ok – trochę to wszystko było niemoralne, a może nie niemoralne, tylko jakieś takie, trochę wstyd się było przyznać, ale… takie były czasy. Socjalizm, jak wiadomo, to ekonomiczny system permanentego niedoboru. Toteż zbadano, jakie czynniki uniemożliwiają rozwój gospodarczy. Były cztery – w kolejności: wiosna, lato, jesień, zima. Dowcip? No tak, ale jaki trafny.

Jeśli mamy sobie przypomnieć życie w Polsce latach 70, to nie sposób pominąć kartek. Od jakiegoś czasu, Wikipedia podaje, że od roku 1976, kartki bezwzględnie łączyły się z życiem w PRL. Sytem „kartek” nazywał się oficjalnie reglamentacją towarów. Obowiązywał w latach 1944–1949 i 1951–1953, ale tego ani Stefan, ani Basia nie pamiętali, pamiętali natomiast świetnie wprowadzony po „Radomiu” i trwający do końca PRL-u system kartek „na wszystko”, obowiązujący w latach 1976–1989. Stefan pamiętał też, że oni sami się tych kartek domagali. Jednym z 21 postulatów strajków w Stoczni Gdańskiej było właśnie wprowadzenie kartek na mięso. System obejmował cukier, mięso, wędliny, czekoladę, wódkę i papierosy, ale też doraźnie mnóstwo rzeczy, które się pojawiały i znikały, Basia nawet twierdziła, że kiedyś kupiła stanik na kartkę i że na pewno na kartki były podpaski, pieluszki i papier toaletowy, czego Stefan jednak nie pamiętał. Bardzo dobrze natomiast pamiętał benzynę.
– A czy trzy proszki były na kartki?, zapytał kiedyś Mateusza.
Trzy proszki to były proszek do pieczenia, proszek do prania i proszki od bólu głowy. Mateusz twierdził, że nie, było je trudno dostać, ale nie były na kartki.
– Ciekawe dlaczego?, zapytał sam siebie. Przecież jak czegoś brakowało, a brak stawał się dokuczliwy, wprowadzano kartki.
– Pewnie nie umieli wyprodukować wystarczającej ilości proszków od bólu głowy, zasugerował Stefan.

Na pewno w Polsce brakowało wszystkiego i na pewno momentem uzupełniania braków w zaopatrzeniu obywateli był właśnie 1 maja.
Dziś socjalizmu nie ma – ale święto pozostało, połączone trafnie z rocznicą uchwalenia Konstytucji Trzeciego Maja, która od czasów zamierzchłych (nazywanych potocznie „w roku którymś tam”) była też świętem Maryi Królowej Korony Polskiej. Połączenie obu świąt pozwoliło niemal co roku uzyskać długi, piękny, majowy weekend. Zasadniczo te dni wolne od pracy były po to, żeby 1 maja pójść na pochód, a 3 – do kościoła, ale tak się nie dzieje – dziś w te trzy, a czasem nawet cztery dni cała Polska zasiada przy grillu. Minęły „niesłuszne czasy komuny”, zaczęliśmy słusznie pracować i słusznie wypoczywać. Mogliśmy jako naród zacząć biegać, chodzić z północnymi patykami (no, bo jak przetłumaczyć na polski słynne Nordic Walking Sticks?), wiosłować, jeździć na rowerach, ale nie, ze wszystkich sposobów spędzania wolnego czasu, wybraliśmy właśnie grillowanie, a tak zwany „długi weekend majowy” jest po prostu jednym wielkim nabożeństwem do karkówki, kiełbasy i piwa.

Kiedyś Stefan przekroczył w poprzek pochód idący ulicą Grunwaldzką (właściwie to była aleja, ale nikt prywatnie nie używał tego słowa) mniej więcej na wysokości Opery Bałtyckiej, przeszedł przez park usytuowany na miejscu dawnego cmentarza niemieckiego i zobaczył w uliczce za cmentarzem samotnego człowieka, który szedł w tym samym kierunku co pochód, czyli w stronę Gdańska. Człowiek kroczył raźnie, choć lekko przygarbiony, i niósł biało-czerwoną szturmówkę. Szturmówka była wąską długą flagą, noszoną w pionie. Samotnie prezentowała się marnie, ale też jej zadaniem było tworzenie jednolitego szeregu łopoczących flag obok siebie. Człowiek w uliczce za cmentarzem niósł tę szturmówkę rozwiniętą, jakby nadal szedł w pochodzie, lekko łopoczącą w porywach wiatru od morza.

Samotna biało-czerwona szturmówka, pomyślał wtedy Stefan i na zawsze zapamiętał tę sytuację, choć nie wiedział wtedy jeszcze, że ta scena to symbol jego życia. Samotny człowiek w świecie przeważającej siły symboli, samotny, ale nieugięty.

Dziś nikt już nie wie, co to była szturmówka – wysoka wąska flaga, którą zawsze niosło się w szeregu i zawsze pionowo, tak by łopocące flagi tworzyły rodzaj palisady. A ponieważ szturmówki nie zna również internet, sądzę, że na zawsze zniknęła ona ze zbiorowej wyobraźni. We współczesnych sklepach internetowych oferuje się szturmówki poziome, co wydaje się głupie, bo szturmówka pozioma to chyba przecież po prostu flaga.


Dziękuję po raz kolejny Annie Dobrzyńskiej za inspiracje.

Projekt Irena Bobowska, zapomniana bohaterka (gilotyna)


Czytelni*cy tego bloga wiedzą oczywiście, że od wielu miesięcy Anna Krenz, Ela Kargol, Karen Kandzia i ja zajmujemy się przygotowaniem projektu Irena Bobowska, zapomniana bohaterka – vergessene Heldin. Oczywiście przy projekcie pracuje więcej osób, ale nie wszystkie już tu na blogu było widać.

Przypomnę tu podstawowe wydarzenia projektowe:

Już teraz proszę – zapiszcie sobie te daty i przyjdźcie, choćby raz, ale zapewniam każde spotkanie będzie inne, każde fascynujące i naprawdę warto przyjść cztery razy.


Ewa Maria Slaska

Dziewczyna i gilotyna

Jakiś czas temu Ela Kargol opisała nasze zmagania z biurokracją niemiecką o prawo obejrzenia gilotyny. Szczerze mówiąc, byłam dość sceptyczna w stosunku do tego pomysłu, bo jestem, zdawało by się kobietą dość odważną, a przecież boję się bezpośredniej konfrontacji z czyimś bólem, zwłaszcza z tym, który został świadomie i celowo zadany. Dlatego przez całe życie starałam się unikać spotkań z pamięcią o wojnie, nie zwiedzałam obozów, nie czytałam książek, nie oglądałam filmów ani reportaży. Zawsze, arogancko wręcz, twierdziłam, że starcza mi wyobraźni. Ale nie da się żyć w Polsce i w Niemczech bez tej konfrontacji. To, że zajmujemy się teraz już od ponad roku losem Ireny Bobowskiej, jest częścią tej niemożności.

“Dopóki nie wybaczymy, wojna nigdy się nie skończy”, powiedziała kiedyś moja przyjaciółka, i to jej zdanie, ułatwiło mi ponad 35 lat temu rozpoczęcie życia wśród Niemców. Wiedziałam, że nie mogę spoglądać na nich jak na tych, którzy wywołali wojnę i spowodowali setki i tysiące jej okrucieństw, bo oszaleję. Z ulgą przyjęłam przesłanie wybaczania.

Wybaczanie pomogło żyć, ale nie usunęło z pamięci i wyobraźni tego, co było. Tematy wojenne wciąż wracały.

Gdy wydawałam tom WIR-u Poetki z ciemności, po raz pierwszy zetknęłam się z postacią Ireny Bobowskiej, poznałam jej los, jej wiersze, jej odwagę.

Po latach Anna Krenz, zupełnie niezależnie, zajęła się postacią Bobowskiej podczas realizacji programu One urzędu miasta Poznania w stulecie praw kobiet.

A potem zaczęłyśmy się nią zajmować już świadomie obie razem. Wtedy dołączyły do nas Karen Kandzia, performerka i Ela Kargol, reszerszerka, autorka.

Odnalazłyśmy wiersze Bobowskiej, przeczytałyśmy książki o niej, przeszukałyśmy archiwa, podjęłyśmy kroki w celu upamiętnienia jej na stałe w przestrzeni publicznej Berlina. Trochę jakby w proteście do pomysłu wzniesienia w stolicy Niemiec pomnika “dla upamiętnienia Polaków”. Bo gdy Berlin doszedł do wniosku, że trzeba by (jednak) upamiętnić Polaków, którzy oddali życie podczas wojny, gdy zapadały decyzje i powstawały koncepcje, nikt nas nie zapytał o zdanie. Nas, nie Anię, Elę, Ewę, Karen, ale nas – mieszkanki i mieszkańców Berlina. Nikt nie zapytał, czy mamy może inne pomysły na upamiętnienie ofiar minionej wojny. Może chcemy mniej betonu i zardzewiałego żelaza, a więcej drzew, portretów, koronek, wierszy. Mniej konkretów, więcej symboli.

Polacy ginęli podczas wojny na przeróżne sposoby, jako żołnierze i żołnierki, jako więźniowie i więźniarki, jako robotnice i robotnicy przymusowi, i wreszcie – jako konspiratorki i konspiratorzy. Konspiratorzy. Było ich w Polsce tysiące, młodych, częstokroć bardzo młodych ludzi, w tym tysiące młodych dziewcząt i kobiet. Moja matka i ciotka też do nich należały. Mama była telegrafistką. Moja ciotka, łączniczka AK, została aresztowana wraz z ojcem i matką, gdy miała 14 lat. Spędziła wraz z mamą pięć miesięcy na Pawiaku. Obie zostały wykupione przez Podziemie. Jej ojca, mojego dziadka, nie zdążono wykupić. Został wywieziony do obozu w Stutthofie koło Gdańska.

Moja matka urodziła się trzy lata później niż Bobowska, moja ciotka, dziewięć. Były rówieśniczkami. Ich losy wojenne, nawet jeśli mówiły o nich mniej niż mało, były częścią mojego dorastania. Ich odwaga, samozaparcie, a może przede wszystkim poczucie, że tak trzeba, że, jak napisał Konrad w swoim tekście o Bobowskiej, nie trzeba kalkulować, trzeba się skupić na działaniu. Konrad ma 22 lata, tyle ile miała Bobowska, gdy wykonano wyrok.

Wyrok wykonano przez ścięcie gilotyną w więzieniu Plötzensee w Berlinie. Tej gilotyny już nie ma, nie ma też “prawdziwej” gilotyny z więzienia w Brandenburgu-Görden, gdzie znajdowało się drugie obok Plötzensee miejsce straceń dla okręgu Berlina i Brandenburgii. Jak to odkryła w swych poszukiwaniach Ela Kargol, oba miejsca “obsługiwał” ten sam kat. W Brandenburgu tracono mężczyzn, w Plötzensee kobiety i mężczyzn. Tracono ich przez powieszenie lub ścięcie gilotyną. Ta gilotyna, którą można obejrzeć w Brandenburgu w miejscu pamięci, nie była żadną z tych, jakich używano tu i w Plötzensee, była jednak taka sama. Chociaż może i to nie do końca odpowiada prawdzie, nie było bowiem inżynierskich planów i procesu produkcyjnego gilotyn, a wykonywali je więźniowie.

Co to ma jednak za znaczenie? Gilotyna, maszyna śmierci, która ścięła głowę Irenie. W Berlinie nie można jej obejrzeć. 12 sierpnia pojechałam do Brandenburga, żeby… Po co właściwie tam pojechałam? żeby ją obejrzeć? żeby dotknąć? żeby poczuć? Co?

Irenie ścięto głowę taką maszyną. Mama i ciocia przeżyły.

Pojechałam z ulotką i sfotografowałam ją w miejscu pamięci, znajdującym się w czynnym do dziś więzieniu dla młodocianych.

Nie mogłam używać komórki, musiałam mieć ze sobą aparat fotograficzny. W miejscu, gdzie stoi gilotyna, czy dla ochrony eksponatów?, nie wolno zapalić światła. Ale dlaczego? przecież wszystko w tym pomieszczeniu jest albo nowe, albo, w każdym razie, nieprawdziwe, nie jest świadectwem tamtego czasu, powstało na potrzeby tworzenia miejsca pamięci. Tylko podłoga jest prawdziwa.

8 sierpnia 2022 roku

Ewa Maria Slaska

Imieniny obchodzą: Bonifacja, Cyriak, Cyryl, Dominik, Emilian, Esmeralda, Jan, 
Joanna, Largus, Maryn, Maryniusz, Miron, Mirona, Niegosław, Niezamysł, Sekundus, 
Sewer, Smaragd, Sylwiusz i Szmaragd.

Godzina 10 rano, koło stacji kolejki Hallesches Tor. To stacja nad kanałem. Szczur wodny pasie się na brukowanym placu, pomiędzy rowerami. Kiedyś mieszkał po drugiej stronie ulicy, przed biblioteką, w niskich krzakach, ale krzaki zostały wycięte, została łysa trawa.

Na facebooku na stronie Rośliny śmieszne zdjęcie mamy-kiełka, pouczającej dziecko-kiełek.

Po drodze do IKEI wielki napis po polsku. Mateusz kocha Magde. Z błędem, czy to ja nie dowidzę?

Na facebooku berlińska malarka, Ela Woźniewska, i jej kolorowy misiek.

Na facebooku Anna Janko, pisarka, przypomina wiersz swojej zmarłej kilka dni temu mamy, poetki, Teresy Ferenc, która dla nas w Gdańsku była “naszą poetką”, wydawałoby się, że od zawsze i na zawsze (ur. 27 kwietnia 1934, zm. 1 sierpnia 2022). Ale nikt nie jest na zawsze. Do widzenia, Tereso!

Różni ludzie twierdzą, że dziś Międzynarodowy Dzień Kota. Ja nie. Ja uważam, że Międzynarodowy Dzień Kota jest 17 lutego. Ale właściwie, to co mi zależy?

Na facebooku Andrzej Filet Fikus pisze: Herzlich Willkommen in der Hauptstadt der BRD. Menschen, jeder Nationalität, Identität etc. die sowas mitmachen: verpisst euch! (Witam serdecznie w stolicy Bundesrepubliki. Ludzie wszystkich narodowości, tożsamości itp., którzy robicie coś takiego – walcie się!)

***

Umarła Zofia Posmysz. Urodziła się 23 sierpnia 1923 roku w Krakowie, zmarła dziś, 8 sierpnia 2022 roku w Oświęcimiu. Miała prawie sto lat. Była więźniarką Auschwitz, pisała o tym i tu chciała umrzeć.

***
Taki dzień.