Ela Kargol
Bolesław Nieśmiały / Bolesław der Schüchterne
Deutsch unten
Bitte die Fotos in beiden Sprachversionen anschauen
Proszę obejrzeć zdjęcia w obu wersjach językowych
Szczecińskie podwórka, ukryte wśród otaczających je kamienic, te piękne i te nijakie. Często zaskakują wyglądem, pomysłem, mozaiką, muralem, ogrodem lub jego brakiem. Niektóre dopiero czekają na zmiany. Każde opowiada własną historię. I te betonowe studnie, w których tylko echo ma coś do powiedzenia, albo te tętniące życiem i kwitnące zielenią, jak podwórko Joli i Mirka. Na jednym pojawiły się motyle, na innym stara poniemiecka grusza rodzi coraz mniejsze owoce, a bluszcz zarasta ceglane mury. Są takie, które tchną MIŁOŚCIĄ albo zapraszają na daleki REJS i takie, które onieśmieliłyby może samego Bolesława Śmiałego. Bo jakże spojrzeć w oczy Bolesławowi Nieśmiałemu, gdy samemu jest się Śmiałym.




Ale zacznijmy od początku.
Dawniej ta szczecińska ulica nosiła nazwę Pestalozzistraße. Tak było przed wojną. Dziś upamiętnia króla Bolesława II Szczodrego, zwanego także Śmiałym. Wzdłuż ulicy, stosunkowo mało zniszczonej podczas działań wojennych, wznoszą się okazałe kamienice z końca XIX wieku, które do dziś zachwycają swoją architekturą.
Numer 44. Już sam numer wywołuje skojarzenia i przywołuje na myśl III część Dziadów Adama Mickiewicza


Wskrzesiciel narodu,
Z matki obcej; krew jego dawne bohatery,
A imię jego będzie czterdzieści i cztery.
Brama prowadzi przez obszerną sień do drugiej bramy, a ta z kolei otwiera się na podwórko. Wskrzesiciel narodu zostaje na zewnątrz, może w przedogródku, a może tylko w fantazyjnie dopracowanej i umieszczonej nad portalem wejściowym liczbie 44.
Podwórko, jak podwórko, zabetonowane, schludne, uporządkowane. Kontenery na śmieci ustawione zgodnie z dzisiejszymi kolorystycznymi normami segregacji. Ściany pomalowane w różnych odcieniach, tu i ówdzie obdrapane, miejscami z ubytkami tynku, jakby pamiętały więcej niż sami mieszkańcy kamienicy.
Tak było do niedawna.
Bo nagle ktoś się ośmielił, a nie był to Bolesław Śmiały, i opowiedział historię, która mogła wydarzyć się na tym podwórku, a może nawet wydarzyła.
Bolek był jeszcze małym chłopcem, kiedy razem z rodziną wprowadził się do domu przy Bolesława Śmiałego. Dorastał na podwórku, które szybko stało się jego małym światem. Niemal codziennie biegał z workiem śmieci do szarych, metalowych kubłów ustawionych pod murem. Czasem grał w piłkę z kolegami, lecz odkąd udało im się niefortunnie wybić szybę sąsiadce z parteru, zabawy na podwórku skończyły się na dobre.
Mijały lata. Bolek skończył jedną szkołę, potem drugą. Adres pozostał ten sam. Wokół niego zmieniali się ludzie. Jedni wyprowadzali się, inni wnosili po schodach kartony z myślą o remontach nowych mieszkań i nowym początku.
Bolesław, bo już dawno przestał być Bolkiem, nie lubił zmian. Zmiany, które wokól niego zachodziły obserwował z umiarkowanym zainteresowaniem.
Na drugim piętrze pod dwójką zamieszkala dziewczyna, Agnieszka. O imieniu dowiedział się przypadkiem, gdy ktoś ją głośno zawołał z klatki schodowej.
Uśmiechała się do niego. Do innych mieszkańców również, ale jemu wydawało się, że do niego trochę dłużej. Jej śmiech był taki radosny, pełny i głośny zwłaszcza gdy wchodziła na podwórko, a efekt podwórkowej studni sprawiał, że echo śmiechu roznosiło się wszędzie. Bolesław nie przepadał za hałasem ani za głośnymi rozmowami, lecz ten śmiech… ten śmiech lubił. Dla niego otwierał szerzej okna.
Agnieszka była pełna energii i pomysłów. Zmobilizowała mieszkańców do zadbania o przedogródki, a potem z koleżankami wysprzątała podwórko, jakby chciała przywrócić mu dawny blask, o którym nikt już nie pamiętał.
Pewnego dnia znów stała na środku podwórka, rozglądając się uważnie, jakby w jej głowie rodził się kolejny pomysł. Bolesław zszedł na dół z workiem plastikowych śmieci, ale tak naprawdę z nadzieją, że Agnieszka do niego zagada.
I rzeczywiście. Zatrzymała go, zapytała, co sądzi o tym, by posadzić na podwórku kilka kwiatów. „Na betonie kwiaty nie rosną”, więc kwiaty musiałyby trafić do donic. Najlepiej umieścić je na ścianie nad kubłami na śmieci. A skoro już tam będą, to może warto by tę ścianę trochę odmalować.
Mówiła z takim zapałem, że nawet beton wydawał się mięknąć. Wspólnie odmalowali ścianę, kupili kwiaty, sąsiedzi przynieśli donice. Firma działająca od lat w podwórku zasponsorowała farby i co tam jeszcze było potrzebne. Podwórko wypiękniało.
Bolesław w przeciwieństwie do patrona swojej ulicy, był nieśmiały a jego odwaga kończyła się na codziennym „dzień dobry” lub cichym „cześć”. Nigdy nie potrafił podejść do Agnieszki, choć bardzo chciał. To ona częściej zagadywała, pytała, jak leci, i zagajala rozmowę, z której i tak z powodu nieśmialosci Bolesława nic nie wychodziło. Czasem prosiła o drobną pomoc.
Pewnego dnia Agnieszka wspięła się na żółty kontener, by konewką dosięgnąć najwyżej zawieszonej donicy z pelargoniami. Stała tam jak akrobatka, skupiona na czynności podlewania.
W tym czasie Bolesław zatrzymał się w drzwiach, jeszcze ukryty za ich framugą, z kwiatkiem w dłoni. Czekał, aż dziewczyna zstąpi na ziemię z tego żółtego piedestału.
Margaretkę zerwał w ogrodzie babci. Zerwał trzy. Jedną zgubił po drodze, druga złamała się w palcach. Została ta ostatnia, najpiękniejsza. I tym szczodrym gestem, wszak był Bolesławem Szczodrym, chciał Agnieszce sprawić radość. Czy sprawił?


Radość na pewno sprawili wszystkim artyści, Bogdan Dębowski i Rafał Razecki, dzięki którym historia Bolesława i nieznajomej dziewczyny zaczęła żyć własnym życiem.
Radość sprawia samo podwórko, miejsce, gdzie zwykłe rzeczy potrafią zamieniać się w opowieści.
***
Bolesław der Schüchterne und die Hinterhöfe von Szczecin
Die Hinterhöfe in Szczecin, verborgen zwischen den umstehenden Mietshäusern. Schöne, weniger ansprechende oder völlig unscheinbare. Oft überraschen sie mit ihrem Aussehen, mit einer Idee, einem Mosaik, einem Wandbild, einem Garten oder auch mit dessen völliger Abwesenheit. Manche warten noch geduldig auf Veränderungen. Jeder Hof erzählt seine eigene Geschichte.




Da gibt es betonierte Schächte, in denen nur das Echo etwas zu sagen hat, und jene, die vor Leben pulsieren und im Grün erblühen, wie der Hofgarten von Jola und Mirek. Auf einem von ihnen trägt seit Jahren ein alter, der noch in der Vorkriegsszeit eingepflanzter Birnenbaum immer kleinere Früchte, während Efeu die Backsteinmauern überwuchert. Es gibt solche, die von LIEBE (MIŁOŚĆ) erfüllt sind, oder solche, die zu einer weiten REISE (REJS) einladen, und auch solche, die vielleicht sogar Bolesław den Kühnen eingeschüchtert hätten. Denn wie sollte man Bolesław den Schüchternen in die Augen sehen, wenn man selbst der Kühne ist.



Aber fangen wir von vorne an.
Früher trug diese Straße in Stettin den Namen Pestalozzistraße. So war es noch vor dem Krieg. Heute erinnert sie an König Bolesław II. den Großzügigen, auch den Kühnen genannt. Entlang dieser Straße, die während der Kriegswirren vergleichsweise wenig zerstört wurde, erheben sich stattliche Mietshäuser aus dem späten 19. Jahrhundert, deren Architektur bis heute Bewunderung hervorruft.
Hausnummer 44. Schon diese Zahl weckt Assoziationen und ruft den Wiedererwecker der Nation aus dem dritten Teil von Adam Mickiewicz’ Dziady ins Gedächtnis, (Und sein Name wird Vierundvierzig sein.)
Das Tor führt durch eine weite Durchfahrt zu einem zweiten Tor, das schließlich zum Hinterhof führt. Der „Wiedererwecker der Nation” bleibt draußen, vielleicht im Vorgarten oder nur in Form der kunstvoll gestalteten Zahl 44 über dem Eingang.
Der Hof ist wie Hinterhöfe eben sind: betoniert, ordentlich und aufgeräumt. Die Müllcontainer stehen nach den heutigen Vorgaben der Mülltrennung farbig gekennzeichnet und sauber aufgereiht. Die Wände sind in verschiedenen Farbtönen gestrichen, hier und da abgeblättert und stellenweise ohne Putz, als würden sie sich an mehr erinnern als die Bewohner des Hauses selbst.
So war es bis vor Kurzem.
Doch plötzlich fasste jemand Mut und (es war nicht Bolesław der Kühne) und erzählte eine Geschichte, die sich auf diesem Hof hätte ereignen können oder sich vielleicht sogar wirklich ereignet hat.
Bolek war noch ein kleiner Junge, als er zusammen mit seiner Familie in dieses Haus einzog. Er wuchs in dem Hinterhof auf, der schnell zu seiner kleinen Welt wurde. Fast jeden Tag lief er mit einem Müllsack zu den grauen Metalltonnen, die an der Mauer standen. Manchmal spielte er mit seinen Freunden Fußball, doch seit sie unglücklicherweise die Scheibe der Nachbarin im Erdgeschoss eingeschossen hatten, waren die Hofspiele endgültig vorbei.
Die Jahre vergingen. Bolek schloss eine Schule nach der anderen ab. Die Adresse blieb dieselbe. Um ihn herum wechselten die Menschen. Die einen zogen aus, die anderen schleppten Kartons die Treppe hinauf und dachten dabei an Renovierungen und einen neuen Anfang.
Bolesław, denn längst war er nicht mehr Bolek, mochte Veränderungen nicht. Die Veränderungen, die um ihn herum geschahen, beobachtete er nur mit verhaltenem Interesse.
Im zweiten Stock, unter der Nummer zwei, zog ein Mädchen ein – Agnieszka. Ihren Namen erfuhr er zufällig, als jemand ihn laut aus dem Treppenhaus rief. Sie lächelte ihn an. Auch die anderen Bewohner, aber ihm schien, dass ihr Lächeln bei ihm einen Augenblick länger verweilte. Ihr Lachen war so fröhlich, voll und laut, besonders wenn sie den Hof betrat. Der Echoeffekt des Hinterhofs ließ dieses Lachen überall widerhallen. Bolesław mochte keinen Lärm und keine lauten Gespräche, doch dieses Lachen… dieses Lachen mochte er. Dafür öffnete er die Fenster gerne weit auf.
Agnieszka war voller Energie und Ideen. Sie mobilisierte die Bewohner, sich um die Vorgärten zu kümmern, und später räumte sie mit ihren Freundinnen den Hof auf, als wolle sie ihm den alten Glanz zurückgeben, an den sich längst niemand mehr erinnerte.
Eines Tages stand sie wieder mitten auf dem Hof, schaute sich aufmerksam um, als würde in ihrem Kopf ein neuer Plan entstehen. Bolesław ging mit einem Sack Plastikmüll nach unten, doch in Wahrheit trug er die Hoffnung mit sich, dass Agnieszka ihn ansprechen würde. Und tatsächlich. Sie hielt ihn an, fragte, was er davon halte, ein paar Blumen im Hof zu pflanzen. Auf Beton wächst nichts, sagte sie, also müssten die Blumen in Töpfe. Am besten solle man sie an der Wand über den Mülltonnen anbringen. Und wenn sie dort schon hängen, dann könnte man diese Wand vielleicht gleich ein wenig überstreichen. Sie sprach mit einer solchen Begeisterung, dass der Beton beinahe weich wurde. Gemeinsam strichen sie die Wand neu, kauften Blumen, die Nachbarn brachten Blumentöpfe. Die Firma, die seit Jahren im Hof ansässig war, spendierte Farben und alles, was sonst noch gebraucht wurde. Der Hof wurde schöner.
Bolesław war – im Gegensatz zum Namenspatron seiner Straße – schüchtern, und sein Mut endete bei einem täglichen „Guten Tag“ oder einem leisen „Hallo“. Er brachte nie den Mut auf, Agnieszka wirklich anzusprechen, obwohl er es sich sehr wünschte. Sie war es, die öfter ein Gespräch begann, fragte, wie es ihm gehe, oder um eine kleine Hilfe bat. Doch aus ihren Gesprächen wurde nie viel, denn Bolesławs Schüchternheit stand ihm im Weg.
Eines Tages kletterte Agnieszka auf den gelben Müllcontainer, um mit der Gießkanne den höchst aufgehängten Pelargonientopf zu erreichen. Sie stand dort wie eine Akrobatin, ganz konzentriert auf das Gießen. In diesem Moment blieb Bolesław in der Tür stehen, noch immer hinter dem Rahmen verborgen, mit einer Blume in der Hand. Er wartete, bis das Mädchen von diesem gelben Podest wieder auf die Erde zurückkehrte.
Er hatte die Margeriten im Garten seiner Großmutter gepflückt. Drei Stück. Eine verlor er unterwegs, die zweite brach zwischen seinen Fingern. Übrig blieb die letzte, die schönste. Mit dieser großzügigen Geste – schließlich war er Bolesław der Großzügige – wollte er Agnieszka eine Freude machen. Ob es ihm gelang?



Den Künstlern (Bogdan Dębowski und Rafał Razecki) ist es auf jeden Fall gelungen, die Geschichte von Bolesław und dem unbekannten Mädchen so zu erzählen, dass man sie sich bildlich vorstellen kann.
Und der Hof hat nur davon profitiert.
