Kranae

Lidia Głuchowska

Latinum, English, Polski, Deutsch
This image has an empty alt attribute; its file name is strzalka.jpg

Fabula de Kranaë. Evae dedicata

Mense Iunio anni MMXXVI in domo auctionaria Bassenge Berolini pictura eximia empta est pro una ex praeclarissimis collectionibus privatis Varsoviensibus: Fabula de Kranaë (Die Sage von Kranäe / Auch ein KRANÄE) Margaretae Kubicka (MDCCCXCI–MCMLXXXIV). Haec pictrix, graphica et poeta egregia—spiritus movens gregis expressionistarum Polono-Germanici Posnaniensis Bunt appellati, fautrix exhibitionum eius Posnaniis Berolinique atque socia ephemeridum artium Die Aktion et Zdrój—partes singulares egit in retibus necessitudinum formandis et patrimonio avant-garde internationalis servando. Ut uxor poetae et pictoris Stanislai Kubicki (a Gestapo anno MCMXLII interfecti) et particeps obsistentiae antifascisticae, opus reliquit vehementi vi motus animi et politici imbutum. Cuius haereditatem fere per triginta annos investigo.

Continue reading “Kranae” →

Nowa książka (Jan Feliks Bogucki)

Ewa Maria Slaska

Kassel

Jak w każdej rodzinie, tak i u Boguckich, mnóstwo faktów zostało zapomnianych, celowo wykreślonych z rodzinnej pamięci, przeinaczonych i dopowiedzianych, a też po prostu wymyślonych. Jednym z nich jest historia z oflagiem, w którym przebywał w Niemczech Dziadek Bogucki. Gdzieś ktoś ma rysunki dziadka z oflagu z podpisem, że to oflag w Kassel. Nie wiem kto, nie wiem gdzie, raz je w życiu widziałam. No i w tej internetowej notce jest też ta informacja.


Ale sprawdzam historię i kartotekę oflagu w Kassel. Nic. Piszę do Centralnego Biura Archiwizacji wszystkich niemieckich obozów, oflagów i stalagów w Bad Arolsen z pytaniem, czy mają gdziekolwiek w rejestrach Jana Feliksa Boguckiego. Nigdy nie przychodzi odpowiedź. Po roku czy dwóch ponawiam pytanie. Nic. A tymczasem ktoś, praktykant czy sztuczna inteligencja uzupełnił kartoteki archiwum w Bad Arolsen i proszę jest Jan Feliks Bogucki „jak żywy”, imię, nazwisko, mistrz malarski, mieszkał w Warszawie, ba są informacje, których chyba nigdy nie było, ojciec Jana Feliksa nazywał się Celestyn Bogucki, mama – Stanisława z domu Budzińska. Jan Feliks urodził się 24 czerwca 1890 roku – w noc świętojańską, dlatego Jan. Urodził się w Prablicach w województwie kieleckim.

Dane w Bad Arolsen są przejęte z Kassel #54/0 Team 77.

To formularz angielskojęzyczny, dlatego „team”. Grupa? Transport?

Inną ciekawostką są 2 rubryczki koło literki M (male) – obie zaznaczone iksem: single i married.

Ale po prawdzie tak właśnie było. Dziadek i babcia nie byli rozwiedzeni, ale przed wojną nie mieszkali razem. W każdym razie Dziadek kiedyś zniknął, zapewne po spłodzeniu, a może nawet urodzinach najmłodszego syna Andrzeja.

W każdym razie – w styczniu 1938 roku mieszkał w Warszawie i z punktu rejestracji zamierzał się udać do Warszawy.
Angielscy urzędnicy w Assembly Center No. Dp 54 pisali Warszawa, mimo że kraj nazywał się Poland. Zresztą może w ośrodku pracował jakiś Polak lub Polka, która nazywała się Kamyszek. Jan Feliks został zarejestrowany 6 lipca 1945 roku. 18 października odjechał do Polski.

Mówił po polsku, francusku i rosyjsku. Niemieckiego nie podał, choć w obozie pewnie się trochę nauczył i niemieckiego. Ale może w rubryczce było tylko miejsce na trzy języki.

W rubryce zawód napisał „majster malarski. I u Niemca, od którego wyjeżdżał, i u Sowieta, do którego jechał, mistrz malarski, rzemieślnik był bezpieczniejszy niż artysta malarz.

Ale czy to aby na pewno on? Ten się urodził w roku 1890, a o naszym skądś wiadomo, że w roku 1886.

Choć z drugiej strony wiem, ile tak naprawdę są warte dane archiwalne, te wszystkie metryki, świadectwa chrztu, pracy lub ukończenia szkoły. Wszystko przekręcone, pogubione, źle zinterpretowane, a przede wszystkim po prostu sfałszowane. Jedna rodzina potrafi mieć w archiwach, ale też na grobach trzy lub cztery pisownie swojego nazwiska i sfałszowane daty urodzenia i śmierci. Podczas wojny lepiej było być młodszym i to odmładzanie się nie miało znaczenia kokieteryjnego. Dziecko poniżej 13 roku życia nie musiało podczas okupacji iść do pracy, z kolei starszy człowiek na rampie obozu mógł być od razu skierowany na śmierć, podczas gdy młodszy mógł się jeszcze nadawać do pracy. A jak chcesz przeżyć, każdy rok, miesiąc i dzień się liczy. Bo może zdarzyć się cud, bo przyjdzie wyzwolenie, bo nadarzy się okazja do ucieczki. To nawet nie głowa w tych sprawach decyduje, to instynkt i los. Na rampie w obozie podaję, że urodziłam się w roku 1932, mimo że był to rok 1923, ale cyfry po niemiecku tak łatwo przekręcić. Albo mówię nawet prawdę, a cyfry przekręca rejestrujący mnie więzień Polak. Celowo, żeby mi pomóc, czy ze zmęczenia lub stressu. A jestem mała i traktuje się mnie jeszcze jak dziecko, albo wyrośnięta nad wiek i zaklasyfikowana jako dorosła.

Czy więc rok urodzenia Jana Feliksa Boguckiego, zapisany w Ośrodku dla Dipisów w Kassel, jest prawdziwy, sfałszowany, czy pomylony?

W Kassel było kilkanaście ośrodków dla dipisów. Czy mogło być ich dwóch, Janów Feliksów Boguckich, malarzy, jeden pokojowy, a drugi sztalugowy? Czy też Międzynarodowa Służba Poszukiwań pomyliła ich obu i dlatego my teraz wszyscy myślimy, że dziadek był w Kassel, a może był zupełnie gdzie indziej?

Mogłoby się wydawać, że to wszystko jest niemożliwe, ale jak byłam w podstawówce, we Wrzeszczu na sąsiedniej ulicy też mieszkała Ewa Bogucka i miała dwa ciemne warkocze. Moje były bardziej rude. Poza tym miałam piegi, a ona, jeśli dobrze pamiętam, nie. Ale to naprawdę nieistotne szczegóły. Byłyśmy rówieśniczkami. Ja byłam córką Dariusza, ona Stanisława, nasi ojcowie pracowali na Politechnice Gdańskiej, jak więc poszłyśmy do tej samej szkoły, można się było pomylić i zapisać ją jako mnie, a mnie jako ją. I tak byśmy były na wieki wieków w archiwum, gdzie przechowuje się akta naszej szkoły nr 17 w Gdańsku Wrzeszczu. Może zresztą do dziś jesteśmy tam pomylone. Albo po prostu pomylone.

W książce telefonicznej Warszawy na rok 1938 jest tylko jeden Jan Bogucki, m. Mieszkał na ulicy Trębackiej 4. Owo „m.” oznacza, że to było mieszkanie. Przed wojną była to tzw. kamienica Scheiblera wybudowana w roku 1886. Podczas wojny zniszczona, po wojnie odbudowana, ale już inaczej.

W roku 1921 (styczeń / luty) odbyła się w Zachęcie wystawa „Sztuka i kultura polska na Litwie i Rusi” zorganizowana przez Wydział Zabytków Towarzystwa Straży Kresowej, która przybliżała polskie dziedzictwo artystyczne dawnych kresów wschodnich. Wystawa miała za cel pokazanie bogactwa polskiej kultury, sztuki i zabytków z terenów dawnej Litwy i Rusi. Wydano specjalne przewodniki oraz afisze i plakaty (m.in. projektu Jana Feliksa Boguckiego).

Trudno coś znaleźć. Na portalu alamy, handlującym zdjęciami, trafiam na projekt witrażu. Dziadek przedstawił na nim św. Huberta, patrona myśliwych. Hubert klęczy na pierwszym planie, widzimy go od tyłu, jest duży i masywny. Z tła patrzy na widza głowa jelenia z krzyżem między rogami. To o ten krzyż chodzi. W interpretacji dziadka święty jest patronem herbu Krzywda – gdzie w podkowie krzyż cały, a u góry jeszcze pół. Cały krzyż w podkowie to herb Lubiczów. Ale my mamy jeszcze pół.

Zobacz tu: https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzywda_(herb_szlachecki)

To herb Boguckich. Boguckich i wielu innych. Legenda rodzinna głosi, że ta dodatkowa połówka krzyża to nagroda od króla za majątek zagrabiony przez brata. Ale jaki król, jaki brat, jaki majątek? Nic nie wiadomo. Tylko tyle wiadomo, że krzywda.

I że podobno nieprawda.




Franz von Stuck

Ewa Maria Slaska

Moi drodzy Berlińczycy, wszyscy pewnie prędzej czy później dotrzecie do Starej Galerii Narodowej, żeby obejrzeć wystawę 8 polskich obrazów z warszawskiego Muzeum Narodowego i pokazać ją dzieciom, wnukom, gościom oraz wszystkim innym Krewnym-i-Znajomym-Królika. A wtedy pójdźcie dalej, aż dojdziecie do sali, w której wystawione są obrazy Franza von Stucka, a niektórzy z Was może po raz pierwszy uświadomią sobie, że istnieje taki malarz niemiecki i że jest dobry!

Polska Wikipedia go odnotowuje, ale nic więcej.

Continue reading “Franz von Stuck” →

List królowej

Joasia Rubinroth (i Adminka)


Zdjęcia królowej poniżej: Jacek Slaski i Joasia Rubinroth


List Królowej (źródło: https://www.epoche-napoleon.net/quellen/1808/04/08/luise-an-den-vater.html):

Królewiec, kwiecień 1808 r.

Najdroższy Ojcze!

Już po nas – i choć nie na zawsze, to z pewnością na tę chwilę. Co do własnego żywota, nie żywię już żadnych nadziei. Poddałam się woli Bożej i w owym uległym przyjęciu wyroków Niebios znajduję teraz spokój; w spokoju zaś owym, acz pozbawionym ziemskiego szczęścia, doznaję czegoś znacznie wyższego – błogości ducha. Coraz jaśniej pojmuję, iż wszystko poniekąd tak właśnie dokonać się musiało. Boska Opatrzność niewątpliwie zapowiada nowy stan świata; idzie nowy porządek rzeczy, jako że dawny przeżył się i w samym sobie zwątlały – upada.
Zasnęliśmy na laurach Fryderyka Wielkiego, który, będąc panem swego wieku, stworzył nową epokę. Myśmy wraz z nią nie postąpili, przeto nas wyprzedziła. Nikt nie pojmuje tego jaśniej niż sam Król. Przed chwilą jeszcze wiodłam z nim o tym długą rozmowę, a on, zamyślony w sobie, powtarzał raz po razu: „I u nas musi się to odmienić”.
Nawet to, co najlepsze i najbardziej przemyślane, bierze w łeb, a cesarz francuski przebieglejszy jest przynajmniej i zręczniejszy. Choć Rosjanie i Prusacy walczyli jak lwy, musieliśmy – choć nie złamani do cna – ustąpić z pola, nieprzyjaciel zaś utrzymał przewagę. Od niego wiele nauczyć się możemy, a to, co poczynił i dokonał, nie pójdzie na marne. Bluźnierstwem byłoby rzec, iż Bóg jest z nim, niemniej jawnie stanowi on narzędzie w ręku Wszechmocnego, by pogrzebać to, co dawne, a co choć wrosło głęboko w sprawy tego świata, życia w sobie już nie ma.
Zapewne nastanie poprawa – zaręcza o tym wiara w Istotę Najdoskonalszą. Lecz dobro na świecie zaistnieć może jedynie przez ludzi dobrych. Przeto nie wierzę, by cesarz Napoleon Bonaparte siedział mocno i bezpiecznie na swym – dziś wprawdzie olśniewającym – tronie. Trwałość i spokój dają jedynie prawda i sprawiedliwość, on zaś kieruje się tylko polityką, to jest chytrością, i nie baczy na prawa wiekuiste, lecz na okoliczności takie, jakimi w danej chwili są. Tym samym plami swe rządy mnogą niesprawiedliwością. Nie żywi on szlachetnych zamiarów wobec dobrej sprawy ani wobec ludzi; on i jego niezmierzona pycha mają na oku jedynie siebie i własny interes. Podziwiać go można bardziej, aniżeli miłować. Oślepiony własnym szczęściem, mniema, iż zdoła wszystkiemu podołać. Przy tym brak mu wszelkiego umiaru, a kto miary utrzymać nie potrafi, ten traci równowagę i upada.
Wierzę mocno w Boga, a przeto i w moralny porządek świata. Tego zaś w panowaniu przemocy nie dostrzegam; żywię przeto nadzieję, iż po obecnym niedobrym czasie nastanie lepszy. Owego poprawienia losu spodziewają się, pragną go i oczekują wszyscy szlachetniejsi ludzie, a pienia pochwalne na cześć teraźniejszości i jej wielkiego bohatera nie powinny nikogo mamić. Wszystko, co się stało i dzieje, nie jest niechybnie kreską wieńczącą dzieło, lecz jedynie torowaniem drogi do wyższego celu. Cel owy zda się wszakże leżeć w dalekiej przyszłości; zapewne nie dożyjemy jego urzeczywistnienia i przyjdzie nam zgasnąć przed czasem. Niech się dzieje wola Boża; wszystko według Jego woli. Jednakowoż znajduję pociechę, siłę, odwagę i pogodę ducha w owym głębokim nadziei porywie, który tkwi w mej duszy. Wszak wszystko na tym świecie jest tylko przejściem! Musimy przez to przebyć. Bądźmy tylko pomni, by z każdym dniem stawać się dojrzalszymi i lepszymi.
Oto ma Pan, drogi Ojcze, moje polityczne wyznanie wiary – tak dalece, jak białogłowa potrafi je skreślić i usystematyzować. Niechaj ma ono swoje ułomności, ja czuję się z nim dobrze, racz mi Pan jednak darować, iż niepokoję Go tymi uwagami. Widzi Pan z tego przynajmniej, że i w nieszczęściu ma w mej osobie pobożną i uległą córkę, oraz że zasady chrześcijańskiej bojaźni Bożej, które zawdzięczam Pańskim naukom i pobożnemu przykładowi, wydały i wydawać będą owoce, dopóki tchu we mnie starczy.
Z radością posłuchasz, drogi Ojcze, iż nieszczęście, które na nas spadło, nie wkradło się w nasze życie małżeńskie i domowe; owszem, raczej je umocniło i uczyniło nas sobie jeszcze droższymi. Król, ten najszlachetniejszy z ludzi, jest łaskawszy i pełen miłości bardziej niż kiedykolwiek. Częstokroć zdaje mi się widzieć w nim dawnego adoratora i narzeczonego. Bardziej w czynach aniżeli w słowach dostrzegam dbałość, jaką we wszystkim mi okazuje, a jeszcze wczoraj rzekł do mnie prosto i serdecznie, patrząc mi w oczy swym wiernym wzrokiem: „Ty, droga Luizo! stałaś mi się w nieszczęściu jeszcze droższa i milsza. Teraz wiem z doświadczenia, jaki skarb mam w Tobie. Niechaj na dworze szaleje burza – byleby w naszym małżeństwie była i trwała dobra pogoda. Z owej to wielkiej miłości ku Tobie dałem naszej nowo narodzonej córeczce imię Luiza. Oby wyrosła na drugą Luizę!” – Do łez rozczuliła mnie ta dobroć. Jest moją dumą, radością i szczęściem posiadać miłość i zadowolenie najlepszego z mężów, a iż miłuję go z całego serca wzajemnie i tak jesteśmy ze sobą jednacy, że wola jednego jest wolą drugiego, łatwo mi przychodzi ową szczęśliwą jedność, z latami ugruntowaną, zachować. Słowem: podoba mi się on pod każdym względem, ja zaś jemu, a najlepiej nam, gdy jesteśmy razem.
Wybacz, drogi Ojcze, iż mówię to z pewną chełpliwością; jest to jedynie nieskryty wyraz mojego szczęścia, które nikomu na świecie nie leży bardziej na sercu niż Panu, najdroższy, najczulszy Ojcze! Wobec innych ludzi – czego nauczyłam się również od Króla – wolę o tym nie mówić; dosyć, że sami o tym wiemy.
Dzieci nasze są naszym skarbem, a oczy nasze odpoczywają na nich z pełnym zadowoleniem i nadzieją. Następca tronu pełen jest życia i ducha. Posiada wyśmienite talenty, które pomyślnie się rozwijają i kształtują. Jest szczery we wszystkich swych uczuciach i słowach, a jego żwawość czyni jakąkolwiek udawaną postawę niemożliwą. Z doskonałym skutkiem uczy się historii, a to, co wielkie i dobre, pociąga jego idealistyczny umysł. Posiada wielką pojętność dla rzeczy dowcipnych, a jego komiczne, zaskakujące koncepty nader przyjemnie nas bawią. Niezwykle przywiązany jest do matki i nie mógłby być czystszym, niż jest. Bardzo go miłuję i często rozmawiam z nim o tym, jak to będzie, gdy pewnego dnia zostanie królem.
Nasz syn Wilhelm (pozwól, czcigodny Dziadku, iż przedstawię Panu Pańskich wnuków po kolei) wyrośnie – jeśli mnie wszystko nie myli – jak jego ojciec: na człowieka prostego, poczciwego i rozsądnego. Równie i z powierzchowności najbardziej jest do niego podobny, choć zda mi się, iż nie będzie aż tak urodziwy. Widzi Pan, drogi Ojcze, że wciąż jestem zakochana w swoim mężu. Nasza córka Charlotte sprawia mi coraz więcej radości; jest wprawdzie skryta i zamyślona w sobie, lecz kryje pod pozornie chłodną powłoką – tak jak jej ojciec – gorące, współczujące serce. Bywa niby obojętna, lecz ma w sobie wiele miłości i czułości. Stąd też bierze się pewne dostojeństwo w jej obejściu. Jeśli Bóg zachowa ją przy życiu, przeczuwam dla niej świetną przyszłość. Carl jest dobroduszny, wesoły, poczciwy i utalentowany; tak samo dobrze rozwija się na ciele, jak i na duchu. Częstokroć miewa naiwne pomysły, które pobudzają nas do śmiechu. Jest pogodny i dowcipny. Jego nieustanne pytania wprawiają mię nierzadko w ambaras, gdyż nie potrafię bądź nie powinnam na nie odpowiadać; świadczy to jednak o jego żądzy wiedzy – a czasem, gdy się chytrze uśmiecha, także o zwykłej ciekawości. Nie tracąc współczucia dla doli i niedoli innych, przejdzie przez życie lekko i z radością. Nasza córka Aleksandryna, jak dziewczęta w jej wieku i o jej naturze, jest przymilna i dziecięca. Okazuje bystrość pojmowania, żywą wyobraźnię i potrafi się często szczerze śmiać. Do spraw komicznych ma wielki zmysł i wrażliwość. Posiada skłonność do satyry, zachowując przy tym poważną minę, co jednak nie szkodzi jej dobroci serca. O małej Luizie nic jeszcze rzec nie można. Ma profil swego poczciwego ojca i oczy Króla, tylko nieco jaśniejsze. Nosi imię Luiza; oby stała się podobna do swej prababki, uroczej i pobożnej Luizy Orańskiej, szacownej małżonki Wielkiego Elektora.
Oto przedstawiłam Panu, ukochany Ojcze, całą moją galerię. Powie Pan zapewne: oto matka ślepo zakochana w swych dzieciach, która widzi w nich tylko dobro, na ułomności zaś i błędy jest ślepa. I w istocie, złych skłonności, które budziłyby obawę o przyszłość, u żadnego nie dostrzegam. Mają, jak i inne dzieci, swoje narowistości, lecz te znikną z czasem, w miarę jak nabiorą rozsądku. Okoliczności i stosunki wychowują człowieka, a dla naszych dzieci dobrze to może, iż poznają surową stronę życia już w młodości. Gdyby wzrastały w łonie dostatku i wygody, mniemałyby, iż tak być musi. Że jednak stać się może inaczej, widzą po zatroskanym obliczu ojca tudzież po smętku i częstych łzach matki. Szczególnie zbawienne jest dla następcy tronu, iż poznaje nieszczęście już jako młodzieniec; tym wyżej cenić będzie pomyślność i tym troskliwiej będzie jej strzegł, gdy – jak ufam – nastaną dlań w przyszłości lepsze czasy.
Moja piecza poświęcona jest dzieciom bezustannie i codziennie proszę Boga w moich modlitwach, w których je zawieram, aby im błogosławił i nie odbierał im swego dobrego Ducha. Z zacnym (doktorem) Hufelandem zgadzam się w tych sprawach w zupełności. Dba on nie tylko o fizyczną pomyślność moich dzieci, lecz pamięta i o ich duchu; a poczciwy, szczery Borowsky, którego Król chętnie widzi i poważa, umacnia nas w tym. Jeśli Bóg zachowa mi dzieci, zachowa moje najobfitsze skarby, których nikt mi wydrzeć nie zdoła. Niech się dzieje, co chce – w łączności z naszymi dobrymi dziećmi będziemy wielokroć szczęśliwi.
Piszę to Panu, ukochany Ojcze, abyś z spokojem o nas myślał. Łaskawej pamięci Pańskiej polecam mojego męża, jak też i dzieci nasze, które całują rączki czcigodnemu Dziadkowi, ja zaś jestem i pozostaję, najdroższy Ojcze,
Pańską wdzięczną córką

***

Garść wyjaśnień:

Luiza (Louise) była żoną króla Fryderyka Wilhelma. Urodziła się w roku 1776, zmarła w roku 1810. Była matką dziesięciorga królewskich dzieci, z których siedmioro przeżyło. Wspomniany przez nią pierworodny syn, Wilhelm, zostanie najpierw królem, a w roku 1871 – cesarzem. Bonaparte, w chwili gdy Luiza pisała ten list niepokonany zwycięzca, już w pięć lat później przegra wielką bitwę pod Lipskiem, zwaną Bitwą Narodów, tę, w której w nurcie Elstery zginie polski książę Józef Poniatowski. Luiza, która wierzyła, że Napoleon musi przegrać, tego momentu jednak nie dożyła.

Na blogu pojawiała się już wielokrotnie, i ona sama, i w słynnej rzeźbie z siostrą – trzeba poszukać.

Nowa książka 4

Ewa Maria Slaska

Sernik

Wyrastałam w domu, w którym nikt nie piekł ciast, nawet na święta tata robił mazurki i mnie tego nauczył. Robienie mazurków obejmowało również Boże Narodzenie i polegało na rozsmarowywaniu jakiejś masy czekoladowej lub krówkowej na waflach, które nazywały się andruty. Do dziś bardzo lubię posmarowane masą andruty. Wafelki ze sklepu się nie umywają. Według Leksykonu Sztuki Kulinarnej Macieja Halbańskiego andrut to cienki płat ciasta pieczony w specjalnych – okrągłych lub kwadratowych formach zwanych „żelazkami”. Samo słowo pochodzi prawdopodobnie od niemieckiego anblatt i oznacza opłatek.

Continue reading “Nowa książka 4” →

Co piszące !? Nie!! Czytające! czytające!!

Joasia Rubinroth

Wiesz co, napisała do mnie Autorka. Specjalnie byłam na demonstracji u brzegu Szprewy, żeby napisać list o kąpaniu się w rzece. Ale niestety padał deszcz krótko przed demonstracją i woda była pełna bakterii, i nie wolno było się kąpać.

Wasza Adminka

Więc jednak to będą one i będą czytały listy.

Vermeer van Delft, Marie-Yvonne Yo Laur, Berthold Woltze (List z Ameryki!), Benjamin Kennington i Georg Schrimpf