Chichot Temidy 4

Erotyka i seks

Tym dwom ważnym dla nas ludzi sprawom Temida poświęca szczególną troskę, w końcu jest empatyczną kobietą. Zobaczmy zatem, czego nie wolno robić, a co jest zgodne z prawem u wuja Sama i w innych krajach:

W Little Rock (Arkansas) mężczyznom i kobietom nie wolno flirtować na ulicy, gdyż może to grozić 30 dniami aresztu.

W Hartford (Connecticut) zakazane jest całowanie żony w niedzielę.

Na Florydzie, w stanie Montana, Wirginia i Waszyngton jedyną akceptowaną pozycją seksualną jest pozycja misjonarska. Wszystkie inne uważa się za niedozwolone.

W stanie Arizona seks oralny jest uważany za sodomię.

Na Florydzie nie można całować piersi żony.

W stanie Indiana zabronione jest noszenie wąsów, jeżeli ich właściciel ma zwyczaj całowania innych ludzi.

W stanie Iowa pocałunek nie może trwać dłużej niż pięć minut.

W Ottumwa, w tym samym stanie, mężczyźnie nie wolno mrugać do kobiety, której nie zna.

W Ames (Iowa) mężowi nie wolno po stosunku wypić więcej niż trzech łyków piwa, kiedy leży z żoną w łóżku, lub trzyma ją w ramionach.

W stanie Kentucky kierowcom taksówek nie wolno kochać się na przednim siedzeniu pojazdu w czasie godzin pracy.

W stanie Massachusetts kobieta w czasie uprawiania seksu nie może znajdować się na górze.

Na Florydzie zabronione są stosunki seksualne z jeżozwierzem.

W Alexandrii (Minessota) mężczyźnie nie wolno kochać się z żoną, kiedy z jego ust czuć zapach czosnku, cebuli albo sardynek. Jeżeli jego żona sobie tego zażyczy, musi umyć zęby.

W Carlsbadzie (Nowy Meksyk) dozwolone jest uprawianie seksu podczas przerwy w pracy na lunch w zaparkowanym samochodzie, jeżeli w pojeździe są zaciągnięte zasłony.

W Szwecji legalna jest prostytucja, ale sprzeczne z prawem jest korzystanie z usług prostytutki.

W Singapurze niezgodny z prawem jest seks oralny, chyba że stanowi element gry wstępnej.

W Australii prawny wiek inicjacji seksualnej wynosi 16 lat, ale jeżeli dana osoba pozostaje pod opieką rodziców, lub opiekunów prawnych, wiek ten wynosi 18 lat.

We Francji oraz w stanie Wisconsin nie można całować się w pociągach.

We Włoszech wolno podszczypywać kobiety w pupę.

W Arabii Saudyjskiej zabronione jest całowanie nieznajomych.

W stanie Karolina Północna wszystkie pary decydujące się na nocleg w hotelu są zobowiązane wynająć pokój z dwoma oddzielnymi łóżkami. Odległość między nimi musi wynosić co najmniej dwie stopy. Surowo zabronione jest także uprawianie seksu na wolnej przestrzeni między łóżkami.

W Allentown (Pensylwania) mężczyznom nie wolno pojawiać się publicznie w stanie podniecenia seksualnego, podobnie, jak w Mississippi kobietom.

W stanie Oklahoma, Rhode Island oraz Wirginia nadal zakazane jest utrzymywanie stosunków pozamałżeńskich.

W Dallas (Teksas) zakazane jest posiadanie realistycznie wyglądających wibratorów.

W stanie Teksas rozwiedzionym szesnastolatkom nie wolno rozmawiać o seksie podczas dodatkowych zajęć w szkole średniej.

W Lebanon (Wirginia) nie można wyrzucić żony z łóżka.

W Auburn (Waszyngton) mężczyzna pozbawiający kobietę dziewictwa, bez względu na jej wiek, czy też stan cywilny, może zostać oskarżony i skazany na pięć lat więzienia.

W Connorsville (Wisconsin) mężczyźnie nie wolno strzelać z broni palnej w momencie, kiedy jego partnerka przeżywa orgazm.

To byłoby na razie na tyle, jeżeli chodzi o Chichot Temidy. Do tej zabawnej lektury postaram się jeszcze wrócić, ale pojutrze wypada 80 rocznica pewnego ważnego dekretu, wynikającego z Układu Sikorski-Majski, o którym chciałbym napisać w następnym materiale, więc będzie poważniej.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Chichot Temidy 3

Dziwny jest ten świat

To tytuł kolejnego rozdziału przepisywanej książeczki, jak adekwatny, przekonacie się Państwo sami:

W stanie Arkansas, według tamtejszego prawa, nauczyciele, którzy noszą fryzurę „na pazia“, nie dostaną podwyżki.

W Little Rock, w tym samym stanie, nie można używać klaksonu w miejscach, gdzie po godzinie 21.00 podawane są napoje i kanapki.

W Blythe (Kalifornia) nie wolno nosić kowbojskich butów, jeśli nie posiada się przynajmniej dwóch krów.

W stanie Oregon zabronione jest gwizdanie pod wodą.

W Tampa Bay (Floryda) niezgodne z przepisami jest jedzenie białego sera w niedzielę, po godzinie 18.00.

W Pullman (Illinois) można protestować nago przed ratuszem, ale pod warunkiem, że ma się mniej niż 17 lat i posiada się odpowiednie zezwolenie.

W Bostonie (Massachusetts) zabroniona jest gra na skrzypcach. Tamże również – dwóm osobom nie wolno się całować pod kościołem.

W Fort Madison (Iowa) oddział straży pożarnej musi ćwiczyć walkę z ogniem 15 minut przed wezwaniem do pożaru.

W stanie Iowa jednoręki pianista musi występować za darmo.

W stanie Kentucky, jeżeli podaruje się przyjacielowi butelkę piwa, wina lub spirytusu (jako prezent), można zostać skazanym na pięć lat więzienia.

Również w Kentucky żałobnikowi, który czuwa nad zmarłym nie wolno zjeść więcej niż trzech kanapek.

W Holyoke (Massachusetts) niezgodne z prawem jest podlewanie trawnika, kiedy pada deszcz.

W Brainerd (Minessota) każdy mężczyzna musi zapuścić brodę.

W stanie Nebraska rodzic może zostać aresztowany, jeżeli jego dziecko nie powstrzyma bekania podczas nabożeństwa w kościele.

W Las Vegas (Newada) wykroczeniem jest zgubienie protezy zębowej.

W stanie Nowy Jork prawo zakazuje witania się gestem, polegającym na położeniu kciuka na nosie i poruszaniu resztą palców.

Na Hawajach sprzeczne z prawem są praktyki wkładania monet jednocentowych do ucha.

W Asheville (Karolina Północna) nie wolno kichać na ulicy.

W Marion (Ohio) zakazane jest jedzenie pączków i chodzenie w tym samym czasie tyłem po ulicy.

W Hazelton (Pensylwania) nauczycielom nie wolno pić napojów gazowanych w czasie, kiedy prowadzą lekcje.

W stanie Teksas zakazane jest posiadanie Encyklopaedii Britannica, gdyż jedno z opublikowanych w niej haseł zawiera informacje pozwalające na domowy wyrób piwa.

W stanie Vermont surowo wzbronione jest malowanie krajobrazów w czasie wojny.

W Norfolk (Wirginia) nie wolno pluć na mewy.

W stanie Waszyngton zabronione jest bezpodstawne utrzymywanie, iż jest się dzieckiem bogatych rodziców.

Na koniec kilka ciekawostek spoza USA:

W Tajlandii nie można deptać banknotów i monet, bez względu na walutę. Nie wolno również wyrzucać zużytej gumy balonowej na chodnik, grozi za to grzywna w wysokości 600 dolarów.

W Kanadzie niezgodne z prawem jest pozbawienie życia chorego przez wystraszenie go.

W Anglii samobójstwo jest klasyfikowane jako przestępstwo skarbowe.

Opracowanie i wybór: Zbigniew Milewicz

Łapacz na polu żyta

Ewa Maria Slaska:

W miniony piątek minęło 70 lat od wydania Buszującego w zbożu J. D. Salingera. Dziwaczny tytuł, ale i tak wszyscy pamiętamy, o co w nim chodzi. Niestety Catcher in the rye został nieprawidłowo przetłumaczony na polski. Holden Caulfield nie chciał, jak dorośnie, buszować w zbożu, chciał być “łapaczem” dzieci, buszujących w łanie dojrzałego żyta na polu, które dochodzi do krawędzi przepaści. Ale myślę, że niczego nie powinniśmy już zmieniać w tym, że po polsku książka nazywa się “buszujący w zbożu”, bo to dobry tytuł i wywołuje dobre, obrazowe skojarzenia.

Mnie jednak zawsze intrygowały kaczki w tej powieści. Holden właśnie uciekł ze szkoły (a właściwie opuścił ją kilka dni przed czasem) i odwiedza swojego nauczyciela angielskiego, który dał mu złą ocenę za ostatnie wypracowanie. Nauczyciel się tłumaczy, dlaczego musiał to zrobić, Holden mu coś odpowiada.

Najzabawniejsze, że plotąc tak trzy po trzy myślałem przez cały czas o czymś innym. Mieszkam stale w Nowym Jorku i myślałem o stawie w południowej części Parku Centralnego. Zastanawiałem się, czy będzie zamarznięty, kiedy przyjadę, a jeżeli zamarznie, co się stanie z kaczkami. Głowiłem się, co robią kaczki, kiedy lód ścina cały staw. Czy ktoś po nie przyjeżdża ciężarówką i zabiera je do zoo albo gdzie indziej, czy też może same po prostu odlatują?

Pytanie powraca, gdy Holden, już w Nowym Jorku, jedzie taksówką.

Nagle coś mi się przypomniało.
– Ej, słuchaj pan. Pewnie pan zna te kaczki na lagunie w południowej części parku.
– Co?
– Kaczki z tego jeziorka? Może pan przypadkiem wie, gdzie się podziewają, kiedy woda zamarza? Nie wie pan tego przypadkiem?
Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że mam jedną szansę na milion, żeby trafić na szofera, który by to wiedział. Obejrzał się na mnie, popatrzył jak na wariata.
– O co chodzi? – spytał. – Balona pan ze mnie robisz czy jak?
– Nie, skąd znowu. Po prostu jestem ciekawy. Nic więcej.

Prawdopodobnie na zasadzie skojarzeń Holden następnego taksówkarza pyta o to samo.

Po jakimś czasie nawiązałem coś w rodzaju rozmowy z kierowcą taksówki. Nazywał się Horwitz. Okazał się o wiele sympatyczniejszy od tamtego taksówkarza, z którym jechałem poprzednio. Przyszło mi więc do głowy, że może on coś wie na temat kaczek.

– Panie Horwitz – powiedziałem – czy pan przejeżdża czasem koło laguny w Parku Centralnym? Wie pan, w południowej części parku?
– Koło czego?
– Koło laguny. Takie, wie pan, jeziorko. Gdzie pływają kaczki. Wie pan?
– Aha. No to co?
– Zauważył pan kaczki, co tam pływają w kółko po wodzie? Wiosną i latem. Czy pan przypadkiem nie wie, gdzie one się podziewają w zimie?
– Kto?
– Kaczki. Nie wie pan tego przypadkiem? Czy może ktoś po nie przyjeżdża i zabiera je samochodem, czy też same odlatują na południe?
Horwitz odwrócił się i popatrzył na mnie. Chłop był widać z natury niecierpliwy. Chociaż zły nie był.
– Skąd, u diabła, mam wiedzieć? – odrzekł. – Skąd, u diabła, mam wiedzieć takie głupstwa?
– W każdym razie niech się pan nie gniewa – powiedziałem. Gniewał się. Może o to pytanie, a może o coś innego, nie wiem.
– Kto się gniewa? Nikt się przecież nie gniewa.
Nie próbowałem dalszej pogawędki, skoro taki był drażliwy. Ale on sam się odezwał. Znów się odwrócił i rzekł:
– Ryby nigdzie się nie wynoszą. Zostają na miejscu. W tym tam głupim jeziorku.
– Ryby to co innego. Ryby są inne. Ja mówię o kaczkach – odparłem.
– Co to za różnica? Żadnej różnicy nie ma – powiedział Horwitz.
Cokolwiek mówił, miało się wrażenie, że okropnie się irytuje.
– Dla ryb zima jest jeszcze cięższa do wytrzymania niż dla kaczek. Niech się pan zastanowi.
Przez chwilę nic nie odpowiadałem. Potem powiedziałem:
– Może i racja. No, więc, co robią ryby, kiedy całe jeziorko aż do dna zamarza, a ludzie ślizgają się po nim?
Horwitz znowu się odwrócił.
– Rany boskie, o co panu chodzi? – wrzasnął na mnie. – Gdzie mają się podziać? Siedzą tam gdzie zawsze.
– Nie mogą przecież nie zwracać wcale uwagi na lód. To niemożliwe.
– A kto mówi, że nie zwracają uwagi? Jak jest lód, to każdy go przecież widzi – powiedział Horwitz.
Był okropnie wzburzony, bałem się, że wpakuje wóz na latarnię czy coś w tym rodzaju.
– Żyją sobie dalej w lodzie. Taka już ich cholerna natura. Zamarzają na miejscu, tak jak są, na całą zimę – Taak? A co żrą? Bo jeżeli zamarzają na dobre, to nie mogą pływać i szukać sobie żarcia.
– Rany boskie, czego pan chce? Całym ciałem ciągną pożywienie, i co im tam potrzeba, po prostu z rozmaitego wodnego zielska i śmieci, co są w lodzie. Mają wciąż pory otwarte. Taka ich cholerna natura. Rozumie pan?
I znów się odwrócił do kierownicy, żeby na mnie popatrzyć.
– Aha – powiedziałem.
Dałem temu spokój. Bałem się, że rozwali wóz i mnie razem z wozem w drzazgi. Zresztą słaba przyjemność dyskutować z takim obraźliwym facetem.
– Może by pan zgodził się przystanąć i wstąpić ze mną gdzieś na jednego? – spytałem.
Nic nie odpowiedział. Pewnie jeszcze rozmyślał o rybach. Powtórzyłem propozycję. Chłop był w gruncie rzeczy sympatyczny, i zabawny także.
– Nie mam, bracie, czasu wstępować na kielicha – powiedział. – A ile właściwie pan ma lat? Dlaczego pan o tej porze nie leży w łóżku, w domu?
– Nie chce mi się spać.
Kiedy zajechaliśmy przed lokal Ernie’ego i zapłaciłem rachunek, Horwitz znowu wyjechał z rybami. Zabiłem mu ćwieka w głowę, fakt.
– Słuchaj pan – powiedział. – Gdyby pan był rybą, matka przyroda opiekowałaby się przecież panem, co? Mam rację czy nie? Nie myśli pan chyba, że ryby po prostu wszystkie zdychają zimą? Myśli pan?
– Nie, ale…
– Nie, przysięgam Bogu, że nie! – powiedział Horwitz i ruszył wozem z miejsca, jakby go piorun strzelił.

(…)

Kombinowałem że pójdę nad jeziorko i przekonam się w końcu, co kaczki robią, zobaczę, czy są tam gdzieś w pobliżu, czy też ich nie ma. Ale po dziś dzień nie wiem, jak jest naprawdę z tymi kaczkami.
Do parku było niedaleko, poza tym nie miałem dokąd iść, nie wiedziałem nawet, gdzie przespać resztę nocy, więc poszedłem. Nie czułem się ani trochę zmęczony. Tylko przegrany jak diabli.

Wszedłem do parku, Ciemno było tam, choć oko wykol.

Od urodzenia mieszkałem w Nowym Jorku, Park Centralny znam jak własną kieszeń, bo kiedy byłem mały, całymi dniami rozbijałem się po nim na wrotkach albo na rowerze, a mimo to nie mogłem tamtej nocy trafić nad jeziorko. Wiedziałem, gdzie jest – w południowej części parku – ale nie mogłem go znaleźć w żaden sposób. Musiałem być gorzej zalany, niż mi się wydawało. Szedłem i szedłem, coraz ciemniej się robiło dokoła i coraz bardziej ponuro. Nigdzie w parku żywej duszy nie spotkałem. Z tego zresztą byłem zadowolony. Pewnie bym zwiał ze strachu, gdybym się na kogoś napatoczył. W końcu znalazłem, czego szukałem. Woda była częściowo zamarznięta, a częściowo nie. Kaczek ani śladu. Obszedłem całe to cholerne jeziorko, raz o mały włos nie chlupnąłem do wody, ale kaczek ani widu, ani słychu. Przyszło mi na myśl, że jeżeli są w pobliżu, to pewnie o tej porze śpią gdzieś tuż nad brzegiem, w trawie. No i tym sposobem o mało nie wpadłem do wody. Ale kaczek nie znalazłem. Ani jednej.

To tyle o kaczkach.

Przełożyła Maria Skibniewska

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (6)

Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz

W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar.
Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie.
Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej.
Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem:
– Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek.
Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.

Przodkowie i potomkowie

Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry.
Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała:
– Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych…
i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków.
Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział :
– Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…

Prawnicze myślenie

Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy.
Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“. Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział :
– Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia.
Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał:
– Za myślenie prawnicze.

Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.

Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.

Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (5)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Do publikacji wybrał i opracował Zbigniew Milewicz

Okazanie

W czasach PRL-u handel dewizami był zakazany. Można je było wprawdzie posiadać, ale nie wolno ich było – cóż za paradoks – kupić, zaś odsprzedać można było tylko bankom. W tej sytuacji – wziętej żywcem z Mrożka – pokątny handel dewizami był dość powszechny, a milicja uganiała się za pośrednikami po całej Polsce. Na ich celowniku znalazł się też znany handlarz walutami Marian vel Moszek M.

Pewnego razu zrobiono mu zdjęcie na końskim targu, gdy rozmawia z innym hurtownikiem w „dewizowej branży“. Milicjanci w przekonaniu, że teraz uda im się zagonić handlarza w kozi róg, wezwali go do komisariatu, okazali mu zrobione zdjęcie i zapytali tryumfalnie:
– Kto to jest?
Moszek M. wziął zdjęcie do ręki, popatrzył na nie z bliska i z pewnej odległości, przekręcił w lewo i w prawo, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia i intelektualnego wysiłku. W końcu przemówił:
– Już go gdzieś widziałem, już gdzieś widziałem ten koński łeb.
W kadrze bowiem, na pierwszym planie znalazła się chłopska furmanka z koniem w zaprzęgu.
– Nie o konia chodzi, tylko o tego faceta, który obok pana stoi – zdenerwował się milicjant.
– A tego to nie znam, odpowiedział zdecydowanie Moszek M.

Poniżej dalsze opowieści prokuratora Ogórka. Przypominam, że wystarczy “kliknąć” w wybraną stronę, aby uzyskać łatwe w czytaniu powiększenie.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (4)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Do publikacji wyszukał i przygotował Zbigniew Milewicz

Kwiaty dla prokuratora

Skarga obywatelska jest instytucją prawną, ale niezasadna może stać się prawdziwą udręką dla urzędnika, zwłaszcza gdy skarżącym jest kwerulant lub psychiczny maniak. Wie o tym każdy doświadczony prokurator. Pod koniec lat 70 przekonali się o tym tyscy prokuratorzy, gdy odmówili pewnej kobiecie wszczęcia dochodzenia w sprawie rzekomego zagrożenia jej życia. Czyn ten, według słów pokrzywdzonej polegał na tym, że niezidentyfikowani sprawcy truli ją gazem, wpuszczanym do mieszkania przez dziurkę od klucza oraz napromieniowali ją przez szyby w oknie i zewnętrzne ściany mieszkania.

Wszelkie, delikatne zresztą, sugestie, że nie ma podstaw do obaw, spełzły na niczym. Kobieta wiedziała swoje.

Gdy zmęczonym prokuratorom brakło konceptu na zakończenie postępowania w sposób, który by zadowolił pokrzywdzoną, sprawę wziął w swoje ręce prokurator Leopold Zahraj.

Zaprosił kobietę do swojego gabinetu, z zatroskaną miną wysłuchał jej skargi, a następnie sporządził lapidarną notatkę służbową. Na zakończenie oświadczył pokrzywdzonej, że w jej sprawie powoła brygadę antyterrorystyczną, która zlikwiduje prześladowców. Zadowolona kobieta opuściła prokuratorski gabinet.

Po tygodniu wróciła przed oblicze prokuratora i wręczyła mu bukiet kwiatów „za to, że wytruł wszystkich sprawców“, którzy ją latami prześladowali.

Od Adminki: Przypominam, że poniższe opowiastki dadzą się lepiej przeczytać po tzw. “kliknięciu” na wybrane kartki.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka 3

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Wybrał i podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Generał

Katowicki Oddział Zrzeszenia Prawników Polskich jest od wielu lat najaktywniejszym oddziałem w Polsce. Oprócz działalności wydawniczo-odczytowej i popularyzatorskiej prawa preferuje też różne formy działalności sportowej i turystycznej. Dobrą tradycją od wielu lat stały się organizowane kilka razy w roku – przez wspaniałego i niestrudzonego w tym względzie sędziego Janusza Kiercza – zbiorowe wycieczki w Alpy. Wśród wielu wytrawnych narciarzy, szczególną elegancją ruchów i perfekcyjną sylwetką na stoku wyróżnia się pan mecenas Henryk Tomera.

Ostatnio, na stokach szwajcarskiego Matterhornu zadziwił ponadto niecodziennym nakryciem głowy, a mianowicie wysoką futrzaną czapą a la Czapajew, z „bolszą“ czerwoną gwiazdą. To iście atamańskie nakrycie głowy wzbudziło autentyczną ciekawość turystów.

– Wer ist dieser Mann ? – pytali spokojni zazwyczaj Szwajcarzy.
– Ein russischer General – odpowiadali żartobliwie chórem nasi.

W ten sposób część generalskiej sławy spłynęła również na nas, jego towarzyszy.

Następne opowieści przeczytamy już z zeskanowanych stron – przypominam, że wystarczy kliknąć w kolejną stronę, żeby ją powiększyć i wygodnie przeczytać.

Następne historyjki za tydzień

Zacznijmy od edukacji

Interview auf Deutsch:

Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabą o polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii

Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?

Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.

Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.

Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?

To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.

Jaki jest status tego podręcznika?

Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.

Dalej: https://www.gosc.pl/doc/6655132

***
Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa

Kommentarz profesora Michaela Müllera

Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer

Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.

Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.

Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.

Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.

Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.

Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.

Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.

***

Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka… (2)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

znalezione dla nas przez Zbigniewa Milewicza

Beznadziejna sprawa

Przypominam – kliknijcie w kolejny obrazek i wtedy da się wygodnie poczytać

Chuch świadka

Przez wiele lat po wojnie sądy nie nie dysponowały żadnymi urządzeniami do pomiaru alkoholu w organizmie ludzkim. Kiedy więc w latach 60 stający przed sądem w Mikołowie świadek zachowywał się bardzo dziwnie, sędzia Andrzej Josse powziął wątpliwość co do stanu jego trzeźwości. Poprosił świadka, by ten chuchnął w twarz woźnemu sądowemu. Woźny zapytany następnie, czy czuje zapach alkoholu od świadka, oświadczył, że wyczuł jedynie woń…bigosu.

Potem okazało się jednak, że świadek był długoletnim znajomym woźnego.

No to na drugą nóżkę, na zakończenie tego odcinka:

Czas trzeźwienia

W czasie rozprawy karnej, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Katowicach, oskarżony zakłóca tok rozprawy i zachowuje się skandalicznie.

Sędzia Michał M., zorientowawszy się, że oskarżony jest kompletnie pijany, poleca wezwać patrol milicyjny, aby zatrzymać oskarżonego, a następnie zarządza 10-minutową przerwę.

Oskarżony wychodząc z sali rozpraw mruczy pod nosem:
Czy on myśli, że ja przez 10 minut wytrzeźwieję?

Następne historyjki za tydzień

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (1)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Adwokat, ale nie rozbójnik…

W rubryce ozdobionej trzema paragrafami pisywałem kiedyś w Dzienniku Zachodnim swoje kryminałki, niech mi więc teraz wolno będzie znowu je sobie wypożyczyć na trochę. Dla uczczenia szczęśliwego finału poszukiwań książki Pana Zygmunta Ogórka, Orator Złotousty. Autora poznałem kiedyś na gruncie towarzyskim, to było jakieś przyjęcie w gronie katowickich prawników, na które zaprosił mnie Lolek Zahraj; obydwaj pracowali wtedy w Prokuraturze Wojewódzkiej. Prokurator był łatwy do zapamiętania: łysy jak kolano, z ujmującym uśmiechem i kulturą osobistą, zero pozy. Po wielu latach, kiedy wszyscy byliśmy już emerytami, odwiedziłem Lolka w jego ustrońskiej bacówce i wtedy podarował mi swoją książkę. Wyglądała, jakby ktoś ją próbował wyprać, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc oszczędziłem przyjacielowi ironicznego komentarza, że próbował coś usunąć o sobie.

Przeczytałem ją w jeden wieczór, z ogromną ciekawością i pomyślałem sobie, że koniecznie wrócę do niej w tym blogu. Niestety któregoś dnia gdzieś mi ją wcięło. Przewróciłem całe swoje tyskie mieszkanie do góry nogami, monachijskie również, gadałem z ludźmi, którzy mnie odwiedzili, czy aby im jej nie pożyczyłem, wszystko prowadziło do smutnego wniosku, że starość się Panu Bogu jednak nie udała. Kiedy w końcu dałem za wygraną i zdecydowałem zamówić w wydawnictwie nowy egzemplarz, nagle się znalazła – w kieszeni plecaka, który codziennie wszędzie noszę. To jest ukraiński plecak, który kupiłem w czasie jednej z wypraw na dawne, wschodnie Kresy. Ma on różne, zmyślne schowki, dobre na zmylenie złodzieja, albo gapowatego celnika i jak ich się często nie używa, to można zapomnieć, że w ogóle są. Zapraszam więc do książki, której poświęcę kilka kolejnych wpisów.

Oskarżyciel atakuje, obrońca broni, a sędzia rozstrzyga, po czyjej stronie leży racja, tak w bardzo prymitywnym skrócie wygląda przebieg sądowego procesu w społecznym odbiorze. Zygmunt Ogórek jest prokuratorem, choć w stanie spoczynku, to przecież wie, jak zacząć swoją orację, od zagrywki na nosie przeciwnika (proszę kliknąć w tekst i wtedy się da poczytać):

Następne historyjki za tydzień