Matylda Wikland
… bądź zbitka myśli wczesnowiosennych od-berlińskich
W czasie długiej drogi znaczonej łzami i krwią owce pocieszały się w głębi czarnego, otępiałego serca filozofią, która pozwalała im lekceważyć pasterzy i pasterskie psy. ,,Nie macie spoczynku ani w dzień, ani w nocy; uganiacie się z wywieszonymi jęzorami, ledwie dysząc; musicie czuwać nocami i przez nas oczy was pieką cały dzień. Jesteście tu ze względu na nas. Wy istniejecie dla nas, a nie my dla was”.
,,Pożegnanie z Afryką’’ (K. Blixen, tłum. Giebułtowicz)
Pierwszym, co dociera, jest poczucie werbli w chodniku, następnie hurkot i terkot, stukanina i łomotanina. Tuż, zaraz, metaliczny świst, dudnienie chodnika przechodzi leniwymi wibracjami w podeszwy, fale dźwiękowe podmywające pogranicze zmysłów ruchem wszystkich fal. I jako ostatni, w perwersji zwyczajowego porządku rzeczy, jawi się obraz, cielesność oblekająca metalowymi blachami konstrukcji tramwaju te wszystkie substraty jego podróży ulicą Dworcową, ku wymuszającemu zwolnienie zakrętowi tuż przed przejściem dla pieszych do faktycznego budynku Dworca.
Continue reading “Pokój dzienny” →