Łucja o cierpieniu (1)

Łucja Fice

Zmiana

Ten program, który wprowadziłam do głowy, chyba nie działa. Zawsze, ale to zawsze, gdy czegoś bardzo pragnę, to Wszechświat jest przeciwko mnie. Może zacząć siebie okłamywać? Na siłę więc próbuję myśleć pozytywnie i kontrolować te parszywe obrazy w  głowie. Może to ja sama stwarzam myślami ten mój świat i to, jak go odbieram? Przecież myśli, choć nie są materialne i widzialne, to są to jakieś fale, cząstki, które płyną w moim umyśle bez przerwy jak niekończąca się rzeka.

Continue reading “Łucja o cierpieniu (1)”

Nowa książka 3

Ewa Maria Slaska

Bracia

Było ich więc trzech. Najstarszy Dariusz, średni Jacek i najmłodszy Andrzej. Z wyglądu byli do siebie podobni, niezbyt wysocy, przystojni, ciemnowłosi z niebieskimi oczami. Mieli głęboko osadzone oczy i mocno zarysowane kości policzkowe. I choć rodzinna tatarskość zatarła się już kilka pokoleń wstecz, wszyscy trzej, a potem także ich synowie, wnuki i prawnuki patrzyli na świat nieco po tatarsku, spode łba. Powodowało to niekiedy nieporozumienia społeczne, bo czasem ludzie bali się tych chłopaków o ponurym wejrzeniu.

Dziś mówi się, że Tatarzy, ci sienkiewiczowscy, byli jednym z licznych ludów tureckich… Ale to uproszczenie. Ci, którzy przyszli z dalekich stepów Azji z Dżingis Chanem wywodzili się od Mongołów lub byli trudną dziś do zidentyfikowania mieszaniną wielu azjatyckich ludów. Nazwa dotyczyła miejsca w pochodzie, a nie rasy. Tatarzy to była awangarda armii Temudżyna, bo tak naprawdę miał na imię Dżingis Chan, czyli Wielki Chan. Tatarzy tak jak Kozacy a może nawet Słowianie, jak Australijczycy i mieszkańcy wyspy Pitcairn, to nie są pojęcia etniczne i rasowe, ale organizacyjne. Jak to krzyczał w którejś księdze swoich przygód Tytus de Zoo: Szwedzi, Tatarzy, Krzyżacy, Eskimosi pod gród podchodzą.

Tatarzy, dzicy ludzie stanowiący straż przednią Mongołów, mogli być jakiejkolwiek rasy, ważne, że byli awangardą ogromnego wojska mongolskiego. Składali się ze skazańców, uciekinierów, pozbawionych dziedzictwa młodszych synów, wygnanych lub tych, którzy dobrowolnie opuścili swoje plemiona i szczepy, poszukiwaczy przygód, awanturników i nieślubnych synów wielkiego Chana. Tych musiało być mrowie. Do dziś uważa się, że na świecie żyje najwięcej potomków Dżingis Chana. Być może byłoby to w dzisiejszych czasach całkowicie bez znaczenia, gdyby nie fakt, że w czasie pandemii to podobno my byliśmy najbardziej odporni na wirusa corony.

Nazwa Tatarzy pochodziła z mitologii greckiej i oznaczała tych, którzy mieszkali w Tartarze, najmroczniejszej części greckiego piekła. Tartar był otoczony potrójnym murem z brązu i spowity wieczną ciemnością. Jego bram strzegły potwory. W Tartarze odbywali karę Syzyf, Tantal i Iksjon. Przebywali tam też Tytani i inne potwory uwięzione przez bogów olimpijskich.
W sieci dość często jak się wpisze słowo tatar to pojawia się klops z surowego mięsa z jajkiem i cebulką, ale bardzo często ta dzika potrawa nazywana jest też tartar. Tak to jest, przeraźliwe piekło i zatrważające ongiś ludy spotykają się na stole i kosztują 8 euro albo 50 złotych.

Tym niemniej jednak wszyscy jesteśmy Tatarami po rodzinie mojej babki, matki mojego ojca, Marii (Mity) Boguckiej, pseudonim Ewa, która była zapatrzeniowczynią obozu w Pruszkowie.

Nie pielęgnujemy w sobie tatarskiej pamięci, wierzymy jednak, że pochodzimy nie od tych jakichś tureckich Tatarów, lecz od Mongołów-wyrzutków społeczeństwa mongolskiego, zesłanych do Tartaru, czyli straży przedniej wojsk Temudżyna. Nie poświęcamy sprawie uwagi, ale przyzwyczailiśmy się do myśli, że jesteśmy Mongołami. W odległej przeszłości, jasne, ale w jakimś stopniu Mongołami. Mamy lekko skośne oczy, spojrzenie spode łba i plamę mongolską.

O plamie jeszcze napiszę.

Ojczyzna

Lech Milewski

Oryginał tekstu został opublikowany 14 sierpnia tu: https://bloginglife2.blogspot.com/2026/08/oj-zna-czy-nie-zna-czyli-manna-z-ekranu.html

Oj, zna czy nie zna, czyli Manna z ekranu

Jak się łatwo z tytułu domyślić obejrzałem właśnie film Ojczyzna Pawlikowskiego – KLIK – powojenne odwiedziny Tomasza Manna w Niemczech.

Tomasz Mann…


Zajmuje trochę miejsca na mojej półce z książkami, wspominałem jego książki kilka razy na tym i innych blogach.

Nic dziwnego, że mimo niesprzyjającego rozkładu dnia – kilka męczących rozjazdów – pojechałem wieczorem do odległego kina.

Drugorzędnym argumentem była rocznica śmierci T. Manna – 12/8/1955.

Film wyświetlono w Melbourne z okazji Festiwalu Filmów Międzynarodowych – MIFF.

Spore kino, wypełnione na 80%, sporo młodych ludzi.

Film – czarno-biały – samochód jedzie marną drogą, mija ubogie budynki, trochę ruin…
Rok 1949 – zgadza się, też pamiętam ten rok w taki sposób.

Tomasz Mann odwiedził Niemcy z okazji 200-lecia urodzin J.W. Goethego –
najpierw Frankfurt nad Menem – miejsce urodzin.
Uroczystości skromne, wykład T. Manna – dość mętny, co krok niemiłe konfrontacje z czasami faszyzmu.
Drugi etap – Weimar – Goethe spędził tu większość życia i tu umarł – KLIK.
Problem w tym, że Weimar znajdował się w Niemczech Wschodnich – NRD.
Wiele osób sprzeciwiało się tej wizycie, w USA (T. Mann miał wtedy obywatelstwo USA) grożono mu poważnymi konsekwencjami.
Jednak pojechał… według mnie ta część wizyty przebiegała lepiej niż poprzednia.
Po pierwsze nie było potrzeby wracać do niechlubnej przeszłości Niemiec, bo okupacja radziecka wymazała ten temat.
Po drugie – T. Mann żywił sympatię do Rosjan – w książce Doktor Faustus zauważa – Rosjanie mają duszę, ale nie mają formy. Francuzi mają formę, ale nie mają duszy. My, Niemcy, mamy duszę i formę…
Wspomnę jeszcze, że T. Mann był oburzony książką J. Conrada – Tajny Agent – zarzucał autorowi chorobliwą nienawiść do Rosjan.
Rosjanie pokazali swoją duszę – T. Mannem opiekował się Sergiej Tulpanow – dyrektor wydziału propagandy w radzieckiej administracji NRD – KLIK  spora elokwencja i mocna głowa.
Radzieccy żołnierze śpiewali wesołe piosenki…

Podsumowując – sama wizyta była raczej bezbarwna, producenci filmu musieli pokręcić fakty, aby dodać trochę emocji.
W rzeczywistości T. Mann odbył tę podróż w towarzystwie żony, Katii. W filmie odbywa ją w towarzystwie córki Eryki… i robi się gorąco.

Dwójka starszych dzieci T. Manna – Klaus i Eryka była mocno pomieszana seksualnie.
Na poniższym zdjęciu – T. Mann, jego żona Katia i… córka – Eryka…


W filmie Eryka obawia się o stan psychiczny brata – słusznie – dwa dni później popełnił on samobójstwo.
Tomasz Mann przyjmuje informację o śmierci syna spokojnie – czasami odnoszę wrażenie, że rodzinne tragedie przyjmował jako ciekawe inspiracje dla swoich książek…
Siostra Tomasza – Karla – też popełniła samobójstwo, Tomasz wykorzystał to w książce Doktor Faustus.
Główny bohater tej książki Adrian Leverkuhn wykazuje też wiele podobieństwa do wspomnianego wcześniej Klausa Manna.
A Klaus Mann – zasłynął książką Mefisto – KLIK – jej główny bohater to słynny aktor, który zaprzedał duszę diabłu – niemieckim nazistom.
Pierwowzorem był ówczesny mąż Eryki Mann.
W filmie Eryka spotyka swojego byłego męża – to już fikcja.

Podsumowując… film uaktywnił mi w głowinie mieszaninę informacji i emocji związanych z twórczością T. Manna i życiem jego rodziny, ale sam w sobie – jako film – nie zrobił na mnie żadnego wrażenia.
Ocena – 2/5.

Źródła:
Tomasz Mann – KLIK.
Carla Mann – KLIK.
Eryka Mann – KLIK.
Klaus Mann – KLIK.
The House of Exile – KLIK.
Victor Mann – Było nas pięcioro.
Coml Toibin – The Magician – KLIK.

***

Jeden z komentarzy:

No proszę, a recenzenci tak się zachwycają filmem, wręcz typują go do Oscara. Podobno podobał się w Cannes.

Odp. autora: Pawlikowski dostał Złotą Palmę w Cannes za reżyserię. I bardzo dobrze, ale ja jestem tylko marginesowym widzem.

300 Männer

Michael G. Müller

„Dreihundert Männer. Aufstieg und Fall der Deutschland AG“. Ein Buch von Konstantin Richter1

Was könnte man hier erwarten: Eine nostalgische Heldenerzählung über die Unternehmer und Bankiers, denen Generationen von Deutschen ihren Wohlstand verdankten? Oder das Gegenteil, eine radikale Abrechnung mit den Wirtschaftsbossen, die das kapitalistische System „Deutschland AG“ durch das katastrophale 20. Jahrhundert gesteuert haben? Es geht aber weder um das eine noch um das andere. Stattdessen um eine ganz nüchterne, dabei genauso unparteiische wie kritische wirtschaftshistorische Analyse – um den gelungenen Versuch, das System Deutschland AG in seiner Entwicklung vom späten 19. Jahrhundert bis heute zu verstehen und verständlich zu beschreiben.

Continue reading “300 Männer”

Książki, które ostatnio przeczytałam (1)

Ewa Maria Slaska

Bajka Przemka

Upały i operacja sprzyjały lenistwu, a zatem również czytaniu. Przeczytałam więc ostatnio trzy grube nowe polskie powieści, na co pewnie jesienią nie znalazłabym czasu tak od razu.

To powieści, co ciekawe, bo ostatnio oczywiście czyta się bardzo dużo nie-powieści. Dwie ze Szczecina, jedna z Gdańska, co też ciekawe, bo książki są z reguły z Warszawy lub co najwyżej z Krakowa. Znam też dwoje autorów, i to też jest ciekawe, bo choć znam wiele pisarzy i pisarek, to rzadko zdarzają się dwie “znajome książki na raz.

Continue reading “Książki, które ostatnio przeczytałam (1)”

Byłam w Gołubiu Kaszubskim

Jolanta Kozaczek

Byłam w miejscowości Gołubie, zwane też Gołubiem Kaszubskim.

Gołubie Kaszubskie to malownicza miejscowość położona w sercu Kaszub, w północnej Polsce.

Skąd taki wybór?

Ano ostatnimi czasy moje zainteresowania poszły w stronę uprawy roślin, kwiatów, warzyw i owoców, gdyż od tego roku zaczęła się moja przygoda z „Działką ROD” i stałam się ogrodniczką. Pokochałam prace ogrodowe, uwielbiam siać, sadzić, doglądać, pielęgnować moje roślinki i cieszyć się nimi. Lubię mieć ziemię za paznokciami czyli grzebanie w ziemi (paznokcie obcinam na krótko, aby tej ziemi pod paznokciami nie było zbyt wiele). Pochłaniam wszelkie informacje jakie są związane z ogrodnictwem. Dowiedziawszy się, że tak niedaleko od mego miejsca zamieszkania, a konkretnie w Gołubiu jest Ogród Botaniczny, nie zwlekając postanowiłam go zobaczyć.

Continue reading “Byłam w Gołubiu Kaszubskim”

Ferragosto

Monika Wrzosek-Müller

Bis zum Ferragosto musste man die Hitze, auch da oben in Fiesole, genauer Settignano aushalten, danach kamen Gewitter, es wurde auch früher dunkel, also weniger Sonne, man atmete durch und im zweiten Atemzug merkte man leider, der Sommer ist wieder mal vorbei. Dass das Fest, der eine Tag am 15 August, in Italien große Bedeutung hatte, wusste ich schon lange, doch seine Geschichte war mir eigentlich nicht so klar. Die Leute trafen sich zum Grillen, Familien fuhren an den Strand, Freunde kamen zu Besuch, es war immer etwas los; auch in der hitzigsten Hitze, wo man dachte, alles müsste stehenbleiben, wurde gefeiert. Die Lokale draußen vor der Stadt füllten sich mit den Stadtmenschen, es wurde getanzt, gespielt, es war laut mit den vielen Kindern, die auch manchmal weinten, meistens jedoch um die Tische rannten. In der Stadt war es dagegen völlig still, alles war geschlossen: Läden, Ämter, Büros, aber auch viele Restaurants. Ich erinnere mich, dass wir später einmal, schon aus Kleinmachnow, an diesem Tag in Apulien waren und aus irgendeiner Trattoria zurückkehrten; das Thermometer bei einer Apotheke zeigte um 22 Uhr 39 Grad an.

Continue reading “Ferragosto”