Projekt Irena Bobowska. Berlin.

Ela Kargol

Irena Bobowska, wyrok

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata.W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej kolegów z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

Irenę ścięto nad ranem 27 września 1942 roku w Berlinie Plötzensee, w centralnym miejscu straceń dla okręgu egzekucyjnego IV zentrale Hinrichtungsstätte für den Vollstreckungsbezirk IV. W hitlerowskiej Rzeszy okręgów było 10, katów trzynastu.

Wilhelm Röttger z zawodu był ślusarzem, w czasie I wojny światowej jako ochotnik zaciągnął się do marynarki wojennej i został palaczem na statku. Po wojnie pracował jako pomocnik grabarza, a od roku 1940 jako pomocnik kata, podobno jednego z najważniejszych, Friedricha Hehra.

23 września 1942 roku Röttger został mianowany katem IV okręgu egzekucyjnego, który obejmował centralne miejsca straceń w Berlinie-Plötzensee i Brandenburgu-Görden. Najprawdopodobniej był tym, który uruchomił dźwignię gilotyny 27 września 1942 roku.

Była godzina 4.36. Zaczynała się niedziela. Jeszcze noc. Świt miał nastąpić za półtorej godziny.

“Zwykle kat przychodził dwa razy w tygodniu. Nazywał się
Röttger. Bardziej skradał się niż chodził. Ubrany w dłuższą kurtkę.
O czym myślał? Tysięcy ludzi pozbawiał życia. Niewinnych ludzi.

Za każdą ściętą głowę dostawał 80 marek (w innych źródłach 30 marek) premii i dodatkowy przydział papierosów.
Zawsze miał w ustach papierosa. Jego pomocnicy byli silnymi mężczyznami.
Musieli przenieść ofiary, z rękami związanymi sznurem na plecach,
na szafot!
Dwóch strażników wyprowadzało z cel więźniów skazanych na śmierć…
do szopy egzekucyjnej! Za to otrzymywali po osiem papierosów…

(broszura GedenksättePlötzensee, Brigitte Olschewski)

Więźniowie mieli podgolone karki, na nogach drewniaki. Ubrania zostawiali w celi.

“Gdy dzień egzekucji był ustalony, osoba skazana na śmierć była przenoszona do specjalnej celi – celi śmierci – dzień wcześniej lub nawet kilka dni wcześniej. W Plötzensee i Brandenburgii wyznaczono specjalne cele na parterze (w budynku III) i urządzono je jako cele śmierci. Przeniesienie do jednej z tych cel sprawiało, że jeszcze przed zawiadomieniem o egzekucji skazany wiedział, że wybiła jego godzina…”(ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)

Miejsce egzekucji znajdowało się w niskim budynku z czerwonej cegły na podwórzu budynku III, podzielone było na dwie części i oddzielone czarną zasłoną. Była część biurowa, w której prokurator lub jego przedstawiciel odczytywał wyrok, urzędnik sprawdzał dokładne dane personalne, i część, w której pracował kat.

Po odczytaniu wyroku prokurator zwracał się do kata z ustaloną formułą: “Kacie, czyń swoją powinność!”.‚Scharfrichter walten Sie Ihres Amtes!‘ I wtedy rozsuwała się zasłona, za którą była gilotyna i stał kat z pomocnikami. Na początku lat 30. ubiegłego wieku egzekucja trwała kilka minut. Z czasem kat i jego pomocnicy potrzebowali tylko kilkunastu sekund.

Skazany musiał stanąć oparty o deskę, w której był wydrążony otwór na głowę. Zanim zdążył cokolwiek pomyśleć, oprawcy zmieniali pozycję deski 90 stopni. W mgnieniu oka skazaniec, z odwróconą deską, znalazł się w pozycji, w której jego szyja znalazła się tuż pod gilotyną. W tej samej sekundzie kat nacisnął przycisk. Gilotyna ze świstem spadała w dół, a głowa skazańca leciała do wiklinowego kosza. Kat teraz, z tym samym pośpiechem, zaciągnął czarną zasłonę i ogłaszał: Panie prokuratorze, wyrok wykonano! (ze wspomnień pastora Haralda Poelchau Die letzten Stunden: Erinnerungen eines Gefängnispfarrers)


Berliński zakład karny przy Plötzensee został wybudowany w latach 1869 – 1879. Na 25 hektarach lasów powstało więzienie otoczone wysokim na 6 metrów murem. Poza murami więzienia przy Königsdamm (dzisiejszej ulicy Friedrich-Olbricht-Damm) wybudowano domy dla urzędników. Wewnątrz znajdowały się trzypiętrowe budynki z więziennymi celami. Budynki ustawione były według tak zwanego systemu panoptycznego. Podczas wojny większa część budynków została zniszczona, po wojnie rozebrana. Tak zwany Haus III z celami śmierci przestał istnieć. Do dzisiaj został kościół, domy urzędników więziennych i wiele innych budynków, które trudno dostrzec zza muru. Wszystkie objęte są ochroną zabytków.

Został też niski budynek z czerwonej cegły, budynek, w którym dokonywano egzekucji. W 1951 roku część ceglanej szopy rozebrano, a drugą część przeznaczono na miejsce pamięci. Z rozebranych cegieł i gruzu pozostałego ze zbombardowanego więzienia postawiono nowy mur, mur z napisem Ofiarom dyktatury hitlerowskiej 1933-1945.


W tym roku byłam tu pierwszy raz. Myślałam, że po Auschwitz, które pierwszy raz zobaczyłam będąc kilkunastoletnią dziewczyną, nic mnie już nie zaskoczy.

A jednak. Pomieszczenie, w którym nie ma już gilotyny, nie ma kata, prokuratora, urzędnika więziennego, jest tylko czarna zasłona i belka egzekucyjna, kratka odpływowa i glazura na ścianie w miejscu, gdzie był kran z wodą i umywalką. Dla kata? Czy kat zawsze umywał ręce?

Bardzo powściągliwa aranżacja miejsca, wręcz jej brak. Cisza i groza. Groza czasów hitlerowskiej dyktatury śmierci. W drugim pomieszczeniu, w którym przechowywano trumny, znajduje się fragmentaryczna dokumentacja hitlerowskich zbrodni z Plötzensee w formie wystawy, częściowo multimedialnej. Są trzy zdjęcia Ireny Bobowskiej, akt oskarżenia i wyrok. Dokument przyjęcia jej do Plötzensee i opuszczenia więzienia. Nie zgadza się tylko data, choć to my możemy się mylić.


Z dokumentów wynika, że Irenę dostarczono do więzienia w Plötzensee 25 września 1942 roku o godzinie 18.30. Z listu datowanego na 26 września 1942, zamieszczonego w Neni Stefanii Tokarskiej-Kaszubowej, Irena pisze do matki, wiedząc już, że są to jej ostatnie godziny życia. W tych ostatnich godzinach otrzymuje jeszcze listy z domu, które ktoś w nocy wsunął do celi. W celi z nią są jeszcze dwie Ireny, których nie mogę znaleźć w dokumentacji z Plötzensee, stąd moje przypuszczenie, że dokumentacja jest niepełna. Procedura wykonania wyroku śmierci zaczęła się 26 września, stąd może właśnie ta data.

Dzisiaj, a właściwie jutro wczesnym rankiem pójdę na śmierć. Jest godzina 10.00. Siedzę w celi takiej, jak każda inna w innym więzieniu. Był u mnie ksiądz ze spowiedzią i przyjdzie jeszcze z Komunią świętą. W międzyczasie przebywają tu też trzy urzędniczki. Jestem w dobrym nastroju i mam nadzieję, że odwaga nie opuści mnie aż do końca. (z listu do matki)

Księdzem, który przychodził z ostatnią posług.ą mógł być ksiądz Peter Buchholz. Współpracując ściśle z pastorem Haraldem Poelchau, Buchholz pośredniczył w ostatnich kontaktach między skazanymi a ich rodzinami, przekazywał wiadomości lub potajemnie dostarczał więźniom żywność. Mógł być tą osobą, która skrycie dostarczyła Irenie ostatnie wiadomości z domu.

Zgon potwierdził Oberwachmeister Heinrich Wienand z Lichtenbergu. Powód śmierci: Enthauptung (ścięcie).

Symboliczny grób Ireny jest w Poznaniu na cmentarzu Miłostowo. Symbolicznie jest tam pochowany też jej ojciec, zamordowany w Katyniu.

Co się stało z ciałem Ireny Bobowskiej, możemy tylko przypuszczać. Z pewnością zostało skremowane w jednym z berlińskich krematoriów, czy przedtem służyło do badań doktorowi Hermannowi Stieve? https://pl.wikipedia.org/wiki/Hermann_Stieve.

Jej prochy mogą być pochowane na jednym z berlińskich cmentarzy Parkfriedhof (Marzahn), Urnenfriedhof Seestraße (Berlin-Wedding), Südwestfriedhof Stahnsdorf, Friedhof am Plötzensee, Friedhof Altglienicke…

A może zupełnie gdzie indziej.

Mimo skrupulatności, pedantyczności i biurokracji w nazistowskich Niemczech i zachowanych wielu obszernych dokumentów, miejsca jej pochówku nie udało nam się znależć.

Nie tak dawno, i tylko dzięki zaangażowaniu emerytowanego inżyniera kolejnictwa Klausa Leutnera i innych osób, prochy ofiar z obozów koncentracyjnych z Dachau, Sachsenhausen, Buchenwald i wielu innych miejsc zbrodni hitlerowskich w tym z Plötzensee odzyskały swoją tożsamość.

Przy wejściu na cmentarz w Altglienicke po lewej stronie od niedawna znajduje miejsce pamięci ofiar nazistowskiej przemocy. Ponad 1360 nazwisk, w tym 430 Polaków. Każde zapisane innym charakterem pisma przez współcześnie żyjących, później przeniesione na szklaną zieloną ścianę w kształcie litery L, ustawioną na cmentarzu.

Wśród nazwisk nie ma Ireny Bobowskiej.

Chowano nocą, po ciemku, bez świadków, bezimiennie, niekoniecznie na cmentarzach, a przede wszystkim w pośpiechu i często bez zbędnej biurokracji, która towarzyszyła skazanym aż do śmierci.

W Brandenburgu Görden w tym samym okręgu egzekucyjnym i w tym samym miejscu pracy kata Röttgera otworzono miejsce pamięci w garażu znajdującym się na terenie więzienia, w garażu, który był miejscem egzekucji ponad 2 tysięcy mężczyzn. Ponieważ nie wyodrębniono tej części jak w Plötzensee z obszaru więzienia, niełatwo jest się tam dostać. Nam się nie udało (admince i mnie). Potrzebne są podania, wnioski, czasy oczekiwania, procedury i…pozwolenie na widzenie się z gilotyną. Biurokracja, zawsze i wszędzie, wtedy i teraz. Na zdjęciu (zdjęcie ze zdjęcia) z muzeum obok widać dokładnie jak wygląda i wyglądała gilotyna z Plötzensee i z Görden. Ta gilotyna ze zdjęcia znajduje się w Görden, w miejscu trudno dostępnym, za więziennym murem i nie jest gilotyną z Görden ani z Plötzensee.


Wilhelm Röttger wraz ze swoimi asystentami przeprowadził kilka tysięcy egzekucji, w tym masowe egzekucje podczas Krwawych Nocy w Plötzensee we wrześniu 1943 r., kiedy to powieszono łącznie 324 osoby. Wykonał szereg wyroków śmierci na bojownikach ruchu oporu, również na tych z 20 lipca 1944 roku. Był najbardziej wydajnym katem w Niemczech w owym czasie.

Po wojnie uciekł na zachód do Hannoveru, pojmano go w szpitalu, w którym się ukrył. Zmarł w więzieniu w Hannowerze w 1946 roku.

Reblog: 4 pisarki, które zdefiniowały świat

Samuel Dowd

…(i literaturę) na nowo

Ich niecodzienna, radykalna i zuchwała twórczość na zawsze zmieniła literaturę i kobiety. Czasem odbywało się to po cichu, a innym razem z rozmachem.

Utwór Cztery kobiety Niny Simone to wstrząsający akt oskarżenia, głos sprzeciwu wobec spuścizny niewolnictwa. Słynna piosenkarka jazzowa wypowiada się w imieniu całych pokoleń afroamerykańskich kobiet, przez wieki doświadczających niesprawiedliwości i przemocy. Na przestrzeni XX wieku wiele nieustraszonych wojowniczek podobnie jak Simone występowało przeciwko pokornej i biernej postawie kobiet, broniąc swojego prawa do mówienia własnym głosem i zachęcając do tego inne siostry. Najważniejsze z nich to Virginia Woolf, Simone de Beauvoir, Monique Wittig, Maya Angelou, Bell Hooks i Nawal El-Saadawi.

Odziedziczyłem miłość do literatury po mojej matce. Wszystkie książki, jakie mamy w domu — te powciskane na półkach, rozrzucone po podłogach i zalegające na stoliku nocnym — należały do niej. Często mi czytała, a ja uwielbiałem słuchać raz opadającej, raz wznoszącej tonacji jej głosu. W trakcie czytania nie tylko nauczyła mnie swojej „matczynej mowy”, ale także wpoiła, że słowa budują świat. Utalentowany autor czy autorka ma moc kształtowania otaczającego nas świata.

Książki są ogniwem, które łączy moją matkę i mnie po dziś dzień. Wymieniamy się nimi, dyskutujemy o nich. I często w książkach napisanych przez kobiety odnajdujemy najciekawsze i najistotniejsze dla współczesnego świata wątki. Poniżej przedstawię cztery pisarki, które opisały rzeczywistość z punktu widzenia kobiet, by dać im głos i wypełnić je siłą. 

Lepszy świat nie może istnieć bez wyzwolenia umysłów, ciał, a nade wszystko języka kobiet – Nawal El-Saadawi.

1. Clarice Lispector

Gdy w wieku 23 lat Clarice Lispector opublikowała W pobliżu dzikiego serca, poeta Lêdo Ivo nazwał ją najwspanialszą powieścią, jaką kiedykolwiek kobieta napisała po portugalsku. Gwałtowny, dynamiczny opis myśli i przeżyć bohaterki powieści wprawiał w osłupienie ówczesnych czytelników w Brazylii. Monolog wewnętrzny Joany jest liryczny, senny i nieuchwytny. Oddaje sprzeciw bohaterki wobec konwencji oraz oczekiwań, także własnych.

W 1944 roku powieść została wyróżniona prestiżową nagrodą Graça Aranha. Lispector napisała po niej wiele uznanych powieści, artykułów i opowiadań, w tym „Pasję według G.H.” (1964), opisującą niemal ekstatyczne doznania bohaterki w obliczu śmierci karalucha, a także powieść „Água Viva” („Żywa woda” — 1973), kolaż myśli i refleksji nieprzepuszczonych przez żaden filtr:

Stwarzam siebie na nowo, kreśląc rysunek. Mam głos. Gdy zatracam się w kresce, ćwiczę, jak doświadczać życia bez planowania. W świecie brak określonego porządku, a zatem wszystko, co mam, to porządek mojego oddechu. Pozwalam sobie samej się wydarzać.

Krytyk literacki Sergo Millet twierdził, że Clarice Lispector penetruje głębię psychologicznej złożoności współczesnej duszy. Autorka bez ustanku badała powiązanie pomiędzy językiem a świadomością i próbowała zdefiniować, co tak naprawdę oznacza żyć w kobiecym ciele. Niewątpliwie zaliczana do grona najznakomitszych autorów i autorek XX wieku, według jej biografa i tłumacza w Stanach Zjednoczonych, Benjamina Mosera, była także najważniejszą twórczynią żydowską od czasów Kafki. Tak pisała o niej autorka Hélène Cixous: Clarice to imię kobiety, która zdolna jest przywoływać życie we wszystkich jego ciepłych i chłodnych odcieniach. A ono przychodzi. Ona mówi: Oto jestem. I w tej właśnie chwili Clarice jest. Clarice jest całkowicie zanurzona w chwili, gdy poddaje się istnieniu, żywa, bezkresna, nieskończona…

2. Hélène Cixous

Francusko-algierską pisarkę Hélène Cixous uważa się za jedną z matek poststrukturalnej teorii feministycznej. Jacques Derrida, którego łączyło z nią żydowsko-algierskie pochodzenie i z którym blisko współpracowała, określał ją mianem najlepszego żyjącego autora piszącego w języku francuskim. Wydała ponad 70 dzieł, w tym 23 tomy poezji, sześć zbiorów esejów, pięć dramatów i niezliczone artykuły. Współtworzyła również francuski uniwersytet Université Paris 8 oraz pierwszy Ośrodek Badań nad Problematyką Kobiet w Europie.

Jednak Cixous to nie tylko utalentowana pisarka. Konsekwentnie przekracza wszelkie granice języka, łamiąc jego zasady, ściga się z tym, co w nim nieuchwytne. Jako poliglotka pisze w wielu językach. Podczas wykładu I say Allemagne w 2016 roku postulowała, że poznając nowy język, zyskujesz na człowieczeństwie. Cixous ostro sprzeciwia się pokutującej przez wieki praktyce definiowania kobiet poprzez ich niedostatki i stawia przed sobą oraz innymi wyzwanie, by stworzyć siebie na nowo, bazując na wyjątkowości swoich ciał i biografii. W swoim najsłynniejszym eseju, Le Rire de la Méduse (Śmiech Meduzy — 1975 r.) wyjaśnia:

Kiedy piszę, to wszystko czego nie wiemy, kim powinniśmy być, wypisuje się ze mnie, bez ograniczeń, bez przewidywań, i wszystko czym my będziemy, nas woła do niestrudzonej, upajającej, nigdy nie sytej pogoni za miłością. Zawsze na siebie natrafimy (przeł. Anna Nasilowska).

Esej jest pełną pasji, buntowniczą deklaracją miłości do emancypacyjnej, transgresywnej twórczości kobiet. Pisząc siebie, Cixous pokazuje, że kobiety mogą używać języka, by odzyskać wolność i przyszłość, których tak długo im odmawiano.

3. Audre Lorde

Podobne przesłanie towarzyszy twórczości Audre Lorde. Amerykanka argumentowała, że kobiecy erotyzm — tłamszony i deprecjonowany przez zachodnie, białe społeczeństwo — jest wyzwoleńczą siłą.

Przyznając erotyce należne miejsce w naszym życiu, zyskujemy energię napędową do poszukiwania zmiany w świecie… nie tylko sięgamy do źródeł naszej najskrytszej kreatywności, ale robimy to, co kobiece i co ucieleśnia naszą siłę w obliczu rasistowskiego, patriarchalnego i antyerotycznego społeczeństwa. 

Urodzona w Nowym Jorku autorka o karaibskich korzeniach opisywała samą siebie jako „czarnoskórą, lesbijkę, matkę, wojowniczkę i poetkę”. Od najmłodszych lat tworzyła poezję. Lorde to feministka, nauczycielka, bibliotekarka i aktywistka, której twórczość stanowi świadectwo marginalizacji i wykluczenia społecznego niektórych grup. Autorka była niezwykle wpływową postacią w ruchu na rzecz wyzwolenia czarnoskórych kobiet. Krytykowała również supremację białych w ramach głównego nurtu feminizmu. Badając tożsamość w swoich dziełach, podkreślała, że to wysoce skomplikowany byt, na który składa się płeć, rasa, klasa czy seksualność.

Lorde wspierała kobiety na Kubie i w podzielonym rasowo społeczeństwie RPA. Objęła stanowisko profesor wizytującej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, gdzie ukuła termin „Afro-Niemiec”. Dał on początek ruchowi czarnoskórych w Niemczech, w ramach którego postulowano okazywanie sprzeciwu za pomocą języka, nie poprzez przemoc. Jako profesor języka angielskiego uhonorowana tytułem poety-laureata stanu Nowy Jork w latach 1991-1992, podkreślała wagę literatury: „Dla kobiet poezja nie jest zbytkiem. To niezbędna potrzeba życiowa. Nadaje jakość światłu, w którym odbijamy nasze pragnienia i marzenia o przetrwaniu i zmianie. Najpierw na poziomie języka, potem idei, w końcu wymiernych czynów”. 

Jej prace pełne są siły, gniewu, buntu i nawoływania do zmiany — są odbiciem kobiety, która dążyła do tego, by „dzielące nas różnice przekuć w siłę”, odmawiając milczenia w obliczu niesprawiedliwości.

4. Joumana Haddad

Kolejną autorką, która nie daje sobie zamknąć ust jest Joumana Haddad — enfant terrible Bliskiego Wschodu. Wielokrotnie nagradzana poetka, dziennikarka, wydawczyni i tłumaczka (posługuje się siedmioma językami), jest redaktorką kulturalną czołowego libańskiego dziennika an-Nahar. Swego czasu wywołała skandal w arabskim świecie, publikując erotyczne czasopismo Jasad (Ciało). Pisarz Tahar Ben Jelloun mówił o niej tak: „Literatura bywa niczym cyklon, który burzy zasady decorum… Joumana Haddad to poetka, która zadomowiła się w tym cyklonie”.

Okiem cyklonu jest z kolei Bejrut, gdzie Haddad się urodziła i wychowała dwóch synów. Poetka sprzeciwia się stereotypowemu postrzeganiu arabskich kobiet przez Zachód. Jednocześnie konfrontuje się z arabskimi poglądami na temat kobiecości. Zaczytując się w Markizie de Sade, którego odkryła za młodu w biblioteczce swojego ojca, Haddad opisuje swoją podróż do swobody intelektualnej w autobiograficznym eseju Zabiłam Szeherezadę. Wyznania gniewnej arabskiej kobiety (2010).

W pracy rozprawia się z niełatwymi tematami takimi jak kobiecy erotyzm, kobiety w polityce czy religia instytucjonalna. Esej stanowi druzgocącą krytykę zarówno zachodnich, jak i arabskich wierzeń. Cytuje w nim Hélène Cixous: „Ocenzuruj ciało, a tym samym ocenzurujesz oddech i mowę”, dodając:

Kobieta jest swoim jedynym znawcą i przewodnikiem po sobie samej. Stanowi jedyny punkt odniesienia dla swojego ciała, ducha i esencji siebie.

W wierszu „Zawsze powstanę“ Maya Angelou pyta: „Czy mój seksapil Cię irytuje?” Joumana Haddad — seksowna, nieustraszona, bezkompromisowa, bezpośrednia — podąża za nią, wykorzystując język, by zburzyć status quo i stworzyć własną, wyjątkową przestrzeń na tym świecie. Wierzy, że „umiejętność czytania to jedno z najważniejszych narzędzi wyzwoleńczych każdego człowieka, a w szczególności współczesnej arabskiej kobiety”.

Dziś na wszystkich kontynentach kobiety czytają inne kobiety, opisując świat na nowo, wreszcie po swojemu. 


Samuel Dowd jako nastolatek mieszkał w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Po ukończeniu studiów na kierunku rzeźby, filozofii oraz „sztuki opartej na czasie” rozpoczął pracę jako artysta, twórca filmowy, ogrodnik, pisarz i redaktor Babbel. W poszukiwaniu wszystkiego, co eksperymentalne – w architekturze,  rolnictwie ekologicznym, wielojęzycznej literaturze z pogranicza prozy i poezji oraz muzyce – mieszkał w wielu zakątkach świata: w Finlandii, Nowej Zelandii, Austrii, Chorwacji, a od 2013 r. w Berlinie.

Donkeyszot :-) i zaimki

Ewa Maria Slaska

z inspiracji Viatora

Plakat został sfotografowany na ulicy Parkowej w Trzebiatowie.

Osioł i szot. Ale i Don Kichot. A ten szot, nie wiadomo, może to strzał, może część olinowania, czy mała wódka, a może nowocześniej – buteleczka wyciągu z imbiru, która daje ponoć taki zastrzyk energii, że każdego gnuśnika wyciąg-nie z jego gnuśnego zakątka. I jeszcze jakaś Ameryka Południowa się na tym plakacie plącze, bo ten kaktus jest jednak iście meksykański, a lama, wiadomo, andyjska.

W zoo są alpaki, lamy, owce, kozy, kózki, kucyki, no i oczywiście osiołki.

Mini Zoo w Rogozinie. TEJ Rogozinie – piszę to, bo chyba automatycznie pomyślałam, że to TEN Rogozin, a może TO Rogozino, a tu tymczasem jest TA Rogozina. Takie miasteczko, które powinno podawać w nawiasie swoje zaimki, tak jak to się powoli przyjmuje w środowiskach lewicowych (mimo protestów różnych celebrytów), po to żebyśmy nie zostawiali osób nieheteronormatywnych samych z problemem, jak mamy się do nich zwracać.

Rozumiecie? Wiecie, o co chodzi? O tranzycję!

On, ona, oni: Zaimki osób niebinarnych i transpłciowych

Julia Właszczuk

Fot. Getty Images
Fot. Getty Images

W gazecie Vogue Cecylia Jakubczak, kierowniczka Zespołu Komunikacyjnego Kampanii Przeciw Homofobii, tłumaczy, jak prawidłowo zwracać się do osób niebinarnych i transpłciowych.

Dlaczego zwracanie się do osób transpłciowych wybranymi zaimkami jest takie ważne?

Jednym z elementów tranzycji, czyli procesu mającego na celu pełne dopasowanie ekspresji płciowej do tożsamości płciowej, jest tranzycja społeczna. Tranzycja społeczna polega m.in. na używaniu przez osobę transpłciową innych niż dotychczas zaimków i imienia. Jak wskazują badania, zwracanie się do osób transpłciowych właściwym imieniem i używanie odpowiednich zaimków w sposób pozytywny wpływa na ich dobrostan, zmniejszając o 65 proc. ryzyko kryzysu psychicznego, wystąpienia depresji i myśli samobójczych.

Dlaczego nie powinno się stosować deadname?

Deadname to imię nadane osobie niebinarnej lub transpłciowej przy narodzinach, bez możliwości jej udziału w decyzji. Jeżeli osoba nie przeszła formalnej tranzycji, to deadname może nadal figurować w jej dokumentach. Nie może to stanowić wytłumaczenia dla jego stosowania. Deadnaming jest formą przemocy. Dlatego rozmawiając z osobą transpłciową, nie pytaj o jej deadname ani jej tak nie nazywaj. 

Czym są zaimki they/their? Jak tłumaczyć je na język polski?

Osoby niebinarne, czyli takie, które nie wpisują się w binarny podział na mężczyzn i kobiety, w krajach anglojęzycznych używają zaimków they/their. Zaimki te nie tłumaczą się na język polski. Dlatego osoby niebinarne w Polsce często stosują zaimki żeńskie i męskie wymiennie lub ich unikają. Jeżeli nie wiesz, jakimi zaimkami zwracać się do osoby, z którą rozmawiasz, po prostu zapytaj. Zadanie pytania „Jak się do ciebie zwracać?” jest w porządku. Gdy usłyszysz odpowiedź, to jej nie podważaj. 

Który termin jest poprawny: osoba transpłciowa, osoba trans, osoba transseksualna, transseksualista?

Osoba transpłciowa to osoba, której płeć nie jest zgodna z płcią metrykalną, czyli płcią oznaczoną w akcie urodzenia tuż po narodzinach. Społeczność osób transpłciowych tworzą trans kobiety i trans mężczyźni. Taki zapis powoduje, że słowo „trans” staje się określeniem cechy danej osoby, a nie pełną definicją jej płci. Termin transpłciowości odnosi się do tożsamości płciowej, a nie do orientacji seksualnej, stąd „trans” + „płciowość”, a nie transseksualizm. Podobnie jak homoseksualista, słowo transseksualista budzi negatywne skojarzenie z patologią medyczną i nie powinno być stosowane. Używanie zwrotów „trans” i „transka” nie jest okej. 

W swoim coming oucie Elliot Page napisał, że jest trans i niebinarny. Jak ma się niebinarność do transpłciowości?

Tożsamość płciową określa to, jak odczuwasz swoją płeć, czyli to, czy czujesz się kobietą, mężczyzną czy osobą niebinarną. Pojęcie transpłciowości obejmuje osoby niebinarne, czyli takie, które wewnętrznie nie utożsamiają się wyłącznie z płcią żeńską ani męską. Osoby niebinarne mogą znajdować się na spektrum pomiędzy kategoriami kobieta – mężczyzna. Ich tożsamość płciowa może być płynna (genderfluid). Mogą też nie identyfikować się z żadną płcią, czyli być zupełnie poza spektrum.

Jak okazać wsparcie osobie transpłciowej?

Wspieraj, słuchając. Bądź towarzyszką albo towarzyszem w procesie, bądź otwarty na ich potrzeby. Nie podważaj doświadczeń drugiej osoby. Konfrontuj się z błędami, które być może popełnisz i naprawiaj je, przyjmuj krytykę. Jeżeli przypuszczasz, że ktoś znajomy może być osobą transpłciową, nie zadawaj pytań, nie przymuszaj do coming outu – wybór odpowiedniej chwili należy do tej osoby, a nie do ciebie. 

Jak możemy wspierać społeczność trans w Polsce i na świecie?

Jako sojusznicy i sojuszniczki musimy pamiętać, że nie jesteśmy głosem osób transpłciowych, choć bywamy głosem w ich sprawie. Istotne, by nie zabierać przestrzeni, która nie jest nasza – mówiąc o osobach transpłciowych, skupmy się na faktach i badaniach, a nie na tym, co czują takie osoby, bo tego nie wiemy. Reagujmy na przejawy transfobii, dokształcajmy się i edukujmy innych. Dbajmy o widoczność osób transpłciowych – pomagajmy w tworzeniu przestrzeni do tego, aby trans kobiety i trans mężczyźni mogli wypowiadać się sami o sobie.

Cecylia Jakubczak od 2015 r. związana ze stowarzyszeniem Kampania Przeciw Homofobii, w którym odpowiada za komunikację. Do jej zadań należy m.in. realizacja strategii komunikacyjnej organizacji, współpraca z mediami oraz koordynacja działań komunikacyjnych projektów i kampanii społecznych KPH. Jakubczak specjalizuje się również w prowadzeniu warsztatów dla mediów dot. języka wolnego od dyskryminacji.

Pokolenie Solidarności (12)

Ewa Maria Slaska

Eli

Dzień Kobiet (1972)

Początkowo bolszewicy nie dostrzegali znaczenia kobiet dla swojej ideologii. Nie tylko nie byli specjalnie zainteresowani postulatami równouprawnienia, ale nie widzieli w kobietach równorzędnego partnera, a co więcej – uważali je za „ideowo zacofane”. Dostrzegli w nich potencjał, dopiero gdy hasła „chleba i pokoju” – skandowane w ówczesnej stolicy Imperium Rosyjskiego, Piotrogrodzie, właśnie przez kobiety – stały się asumptem do rewolucji lutowej – 1917 roku. A najbardziej spektakularne demonstracje kobiet miały miejsce nie kiedy indziej jak – 8 marca. Komuniści rządzący ZSRR z czasem coraz bardziej przekonywali się o drzemiącej w kobietach „sile społecznej” i tak w latach trzydziestych Dzień Kobiet stał się ważnym elementem propagandy.

W Polsce przez wiele lat we wszystkich zakładach pracy kobiety z tej okazji otrzymywały podarunki – była to z reguły kawa ziarnista (100 gramów) albo rajstopy, rzadziej czekolada. Poza tym zawsze był kwiatek, przez wiele lat goździk w celofanie, potem tulipan, a pod koniec komuny – frezja. Odbiór prezentu kobiety kwitowały w specjalnej księdze. A potem już była pora na popijawę. Jedzenie w bogatszych zakładach przynosił goniec lub przywoził kierowca z garmażerii, w biedniejszych – kobiety przygotowywały zagrychę za pieniądze, które kierownik trzymał w nielegalnej kasie, zwanej czarną, do czasu aż się okazało, że nie wolno mówić o czarnej kasie, pracy na czarno, a w Niemczech również o jeździe bez biletu, która się za Odrą nazywa na czarno. W Polsce nie wolno też już czytać dzieciom głupiutkiego, słodkiego wierszyka Juliana Tuwima o Murzynku Bambo, ani śpiewać piosenki kolonijnej Aj aj Madagaskar, o tym, jak biały facet ożeni się z czarną kobietą (od białego tatki i od czarnej matki będą dzieci w kratki), bo jest ona również kolonialna. Już ze 20 lat wcześniej w Niemczech przemianowano obrzydliwe słodkie ciastka, które nazywały się Negerküsse (pocałunki Murzyna) na Dickerchen, czyli grubaski i nie wolno już było wydawać ani czytać dzieciom trzeciego tomu Pippi Langstrumpf, czyli Fizi Pończoszanki o Pippi w kraju Taka Tuka, bo tam tata Pippi był grubym królem Murzynów. W tym też czasie amerykański koncern Netflix zaczął produkować nowe wersje filmowe starych historii, takich jak Ania z Zielonego Wzgórza (film nosi tytuł Anne mit E, co na polski powinno się przetłumaczyć jako Ania, nie Andzia, ale tłumacze współcześni już tego nie wiedzą, film nazywa się więc Ania, nie Anna). Ania opiekuje się z indiańską dziewczynką, Gilbert Blythe pracuje na statku i zaprzyjaźnia z Murzynem z Karaibów, a jeden z kolegów Ani jest transwestytą, a bogata ciotka Diany Barry – lesbijką. Wyjeżdżając na studia Gilbert oddaje swemu czarnemu kumplowi rodzinną farmę w Avonlea.

Niewiele chodziłam na etat do pracy w Polsce, dwa lata na uniwersytecie, dwa w Spółdzielni Plastyków, resztę czasu przepracowałam w domu jako tzw. “wolny strzelec” i myślę, że coś mi jednak umknęło, bo chyba w ogóle nie pamiętam, czy obchodziliśmy Dzień Kobiet. Ale oczywiście wiedziałam od kolegów i koleżanek, jak to wyglądało. Kierownik wyciągał owe czarne pieniądze z czarnej kasy, pracownice szykowały śledzika, sałatkę jarzynową, ogóreczki, kiełbasę, szynkę i grzybki marynowane. Kawę piło się ze szklanek w metalowych koszyczkach. Cieniutkie białe serwetki układano, złożone w trójkąt, w metalowych stojaczkach. Z pokoju kierownika przynosiło się tacę pełną kieliszków. Wszyscy palili. Opowiadało się dowcipy. Przez dwie lub trzy godziny trwała rzewna popijawa, kobiety co jakiś czas usuwały brudne talerze i popielniczki pełne niedopałków, a pod koniec dnia pracy sprzątały i zmywały naczynia. Mężczyźni z reguły już spali na fotelach albo pod stołami.

Gdy się szło ulicą, wszędzie widziało się przekupki lub przekupniów z wiadrami pełnymi kwiatów, i wszędzie widać było mężczyzn, którzy nieśli do domu dwa, trzy, czasem cztery zapakowane w celofan kwiaty, dla żony, córki, matki i ewentualnie również teściowej.

Drugim dniem, w którym we wszystkich zakładach pracy szykowano jedzenie, była Wigilia.


Pomysł napisania o Dniu Kobiet podsunęła mi Anna Dobrzyńska

***

Piłka nożna (1974)


Mogłabym powiedzieć, że futbol był czynnikiem odpowiedzialnym za nasze życie. Ale nie tak jak myślicie… się okaże… Ja, autorka mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz inaugurujäcy Polska-Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali do domów na mecz, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania „pani ksiądz cywilnej” do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7 we Wrzeszczu. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej – Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców. Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie również w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, wygrywamy i czujemy się jak „król i królowa”, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…
„Małpa, sowa”. Pamiętacie taką wyliczankę – król, królowa, małpa, sowa? I zawsze tak jest, zaczynają jak król i królowa, a potem jest życie.

Przegrywa się zawsze. To moje przemyślenie.

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na codzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał na sławie, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Spreinger. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż Westerlandu. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały w tym kierunku co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakiś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana tysiącami kilometrów ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülow, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.

Der Pilger und der Ritter (kein Don Quijote)

Für Arkadiusz (Arek) Ł. mit großen Dank, dass er die Pilgerfigur auf einem Grab im Berliner Alter St. Mathias Friedhof entdeckt hat.

– Sieh Mal, sagte Arek, der da sieht eigentlich wie Don Quijote aus. Klar, ist er nicht, sieht nur so aus, aber…

Ich drehe mich um und denke: Nein, es kann nicht sein, es gibt keinen Don Quijote als eine Grabfigur! Ich gehe näher, laufe um das Grab herum und sehe einen Pilger, so einen, den man immer wieder auf dem Jakobsweg (Camino de Santiago) trifft und der, ja, vom Weitem tatsäschlich wie Don Quijote aussieht.

Klar, wir, normale Pilgernde (und keine Pilger im engen Sinne des Wortes) kleiden uns anders, aber es gibt auf dem Weg auch die Verkleideten. Ein Pilger mit einem Pilgerhut ist immer dabei, es gibt aber auch Hippies und mittelalterliche Mönche, und Trubaduren, und Schotten in Kilts…

Ein kurzer Augenblick und schon habe ich drei Themen für diesen Blog-Beitrag: Don Quijote auf dem Camino de Santiago, das Grab der Familie Katsch und die Pilgerfigur.

Zuerst suche ich verschiedene Infos, keine wissenschaftliche Kulturfetzen und -krümmel, die den Don Quijote mit dem Camino de Santiago verbindet.

Camino Don Quijote

So ist manchmal Camino de Levante genannt, ein Streckenabschnitt von Valencia über Toledo bis Zamora.

Bis Toledo gibt es hier lange Streckenabschnitte, die nach Don Quijote ausgeschildert sind. Ab Zamora gibt es zwei Wander-Möglichkeiten in Richtung Santiago de Compostela: Entweder über Astorga oder über Ourense.

Den Weg über Astorga bin ich ja auch gegangen und tatsächlich, gab es da ab und zu Anspielungen an Don Quijote. Ich ging dorthin aber 2006 und der Ritter der Traurigen Gestalt interessierte mich noch nicht. Dagegen hatte mich der Heilige Jakob interessiert, der traurige Missionär, der insgesamt sieben Heiden christianisiert hat. Ich spürte hier eine gewisse Nähe zu diesem nicht besonders erfolgreichen Missionär, wohlwissend, dass wenn ich irgendwelche Heiden christianisieren sollte, hätte ich ja auch solche unwichtige, lächerliche Erfolge.

***

Auf dem Weg gibt es jedoch ein Ort, wo man erzwungenerweise über Don Quijote sinnieren muss, Hospital de Órbigo, wo es eine lange geschwungene Steinbrücke gibt, mit 20 Jochen. Die Legende will, dass sich hier 1434 ein seltsamer Ritter, Suero de Quiñones, gestellt hatt. Zur Ehre seiner Angebetenen hatten hier er und seine neun Begleitern einen Monat lang jeden europäischen Ritter, der nach Santiago zog, zum Waffengang gefordert.

Man erzählt, Cervantes hätte hier seine Inspiration gefunden!

***

Das Grab aber, zurück zum Grab!  Erbbegräbnis der Familie Katsch auf dem Alten St.-MatthäusKirchhof in Berlin-Schöneberg, das Grab von Alexander Katsch und seiner Familie.

Die Grabfigur bezeichnet man als einen müden Pilgern: Pilger, am Kreuz zur „Letzten Rast“ niedergesunkenen, darunter gibt es ein Zitat aus dem Pilgerpsalm (Psalm 121), Vers 3.: Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen / und der dich behütet, schläft nicht.

Ein Wallfahrtslied

Ich hebe meine Augen auf zu den Bergen.
Woher kommt mir Hilfe?

Meine Hilfe kommt vom Herrn,
der Himmel und Erde gemacht hat.

Er wird deinen Fuß nicht gleiten lassen,
und der dich behütet, schläft nicht.

Siehe, der Hüter Israels
schläft noch schlummert nicht.

Der Herr behütet dich;
der Herr ist dein Schatten über deiner rechten Hand,

dass dich des Tages die Sonne nicht steche
noch der Mond des Nachts.

Der Herr behüte dich vor allem Übel,
er behüte deine Seele.

Der Herr behüte deinen Ausgang und Eingang
von nun an bis in Ewigkeit!

***
Die Figur hat Rudolf Pohle geschaffen. Die Idee sollte aber von Hermann Katsch stammen, einen Maler. Pohle war ein bekannter Schöpfer hochemotionaler Skulpturen, Katsch ein Maler, der für seine Porträts menschlicher Typen geschätzt wurde. Pohle, schreibt man auf Wikiwand, verband die ernste Würde der äußeren Erscheinung und tiefe Empfindung besonders in seinen Grabfiguren. Die Fertigung von Grabmalplastiken war für einige Jahre sein künstlerischer Schwerpunkt. Am Anfang der 1880er Jahre erhielt er den Auftrag, für Eberswalde ein Denkmal des Oberlandforstmeisters von Hagen zu fertigen. Es folgte 1892 ein Marmordenkmal für Alois Senefelder, den Erfinder der Lithografie, auf dem Senefelderplatz in Berlin. Es war seinerzeit das erste Denkmal für einen Handwerker und galt als „eine der schönsten Arbeiten der modern-realistischen Schule“.
Hermann Katsch war sehr erfolgreich als Dekorationsmaler und wurde mit mehreren monumentalen Wandmalereien in Berlin beauftragt; er schuf unter anderen ein beeindruckendes Fresko im Theater des Westens. Während des Ersten Weltkriegs wurde Katsch Kriegsberichterstatter. 

Präsident Putin und Zar Peter I.

Michael G. Müller


Was könnte Vladimir Putin gemeint haben, als er bei einem öffentlichen Gespräch anlässlich des 350. Geburtstags Peters des Großen laut über dessen Vermächtnis für das heutige Russland nachdachte.
Gesagt hat er Folgendes: „Peter der Große führte 21 Jahre lang den Großen Nordischen Krieg. Er kämpfte gegen Schweden und versuchte, dem Land einige seiner Teile zu entreißen. Er hat nichts genommen, sondern er hat das Land zurückgeholt. Ja, er holte das Land zurück und stärkte es. Genau das hat er getan. Offensichtlich sind jetzt wir an der Reihe, das Land zurückzuholen und zu stärken.
Und wenn wir davon ausgehen, dass diese Werte die Grundlage unseres Daseins sind, dann werden wir die Aufgaben, vor denen wir stehen, sicher erfolgreich lösen.”
Was Putin sicher nicht meinte, wenn von den „Werten“ der Peter-Zeit sprach, ist immerhin klar. Peter I. verstand sich als Vorkämpfer einer radikalen Öffnung Russlands für die westliche Zivilisation – durch welche er das hoffnungslos rückständige Moskauer Zartum „vom Nicht-Sein ins Sein“ führen wollte. Putin dagegen verficht vehement dieselben Thesen, welche alle russischen Kritiker Peters I. vom 19. Jahrhundert bis heute, darunter auch Aleksander Solschenizyn, vertreten haben: Die „Unterwerfung“ unter die dekadente westliche Zivilisation sei Russlands Verderben. Nicht die Vision Peters I. von einer neuen, aufgeklärten russischen Gesellschaft könne das Leitbild sein, sondern die Rückkehr zu dem alten Leitbild einer religiös-mythisch begründeten russischen Gemeinschaft.
Ganz unklar ist aber, warum und wie sich Putin auf Peters Außen- und Eroberungspolitik, auf den 21 Jahre dauernden Großen Nordischen Krieg und dessen Resultate berufen könnte. Gewiss, der am Ende dieses Kriegs 1721 in Nystad besiegelte Frieden markierte einen spektakulären Sieg Russland; er ließ auch Peters Anspruch darauf, nicht mehr nur als „moskowitscher Zar“, sondern als russischer Kaiser tituliert und behandelt zu werden, plausibel erscheinen. Doch um welche territorialen Ansprüche und tatsächlichen Erwerbungen des Moskauer/des Russischen Reichs ging es damals?
Durch den Nystad-Frieden kam Russland in den Besitz von Ingermanland und Teilen Kareliens (wo es immerhin russischsprachige Bewohner gab), außerdem von Estland und Livland (Ländern ohne traditionelle ethnisch-politische Verbindung zu Russland). Im Süden dagegen, an der Front zum Osmanischen Reich, waren Zar Peters ehrgeizige Eroberungspläne weitgehend gescheitert. Zwar gehörten seit dem späten 17. Jahrhunderts auch Teile des Ukraine (mit der Stadt Kiev) zum russischen Reichsgebiet. Doch sämtliche Zugänge zum Schwarzen Meer waren und blieben Russland noch lange verschlossen; auch die von Tataren bewohnte Krim und deren nördliche Festlandsgebiete sollten noch bis 1783 weit außerhalb des russischen Zugriffs bleiben. Mit einem Wort: An eine „Wiederherstellung“ des Imperiums Peters I. kann Putin heute wohl nicht denken.

Das europäische Russland in den Grenzen von 1725

Eigentlich geht es Putin um etwas Anderes. Wenn er betont, dass Peter I. nicht etwa neues Territorium erobert, vielmehr altes russisches Land „zurückgeholt“ hat, spielt er auf eine alte Denktradition in der russischen Staats- oder Reichsgeschichte an – die Doktrin vom „Sammeln der russischen Erde“, welche seit dem 15. Jahrhundert, seit der Zeit des Großfürsten Ivan III., die Expansionspolitik des Moskauer Staats begleitet und gerechtfertigt hatte – und zwar nicht nur die politische Unterwerfung alter russischer Teilfürstentümer, sondern auch die Expansion in Gebiete ohne altrussischer Herrschaftstradition. “Es ist unmöglich, verstehen Sie, unmöglich“, sagt Putin, „einen Zaun um ein Land wie Russland zu bauen”. Will sagen: Wo Russland, d.h. das russische Reich, endet, entscheiden die Russen selbst. Die Ansprüche der direkten Nachbarn auf nationale Souveränität und demokratische Selbstbestimmung sind hier unerheblich.
Kann man darüber mit Putins Regierung „verhandeln“, wie nicht wenige westliche Anhänger einer Appeasement-Politik gegenüber Russland fordern? Solches Verhandeln hätte wahrscheinlich ähnliche Erfolgsaussichten wie analoge Bemühungen im Zweiten Weltkrieg, nach Deutschlands Überfall auf Polen 1939 und auf die Sowjetunion 1941, mit Hitler über eine Begrenzung seiner Kriegsziele zu reden.

Irena Bobowska: Wiersze / Gedichte

Anna Krenz

IRENA BOBOWSKA
(geb. 3.9.1920, Poznań; gest. 27.9.1942, Berlin-Plötzensee)

Eine  junge Frau. Eine hochbegabte Malerin und Dichterin. Eine Schwerbehinderte im Rollstuhl. Eine Pfadfinderin, Aktivistin der Posener Waffen Organisation, dh. Militärorganisation im Westen Polens (Großpolen). Mitgründerin und Mitherausgeberin der Untergrund-Zeitschrift “Pobudka” (Weckruf). Sie sammelte die Informationen aus der Funküberwachung und bereitet sie zum Ausdrucken vor. Sie transportierte die konspirative Dokumente versteckt in ihrem Rollstuhl. Wegen ihrer Untergrundarbeit wurde sie von der GESTAPO verhaftet. Sie verbrachte zwei Jahre im Gefängnis (Fort VII in Poznań, Gefängnis in Wronki, Gefängnis Alt-Moabit, Gefängnis Barnimstraße und schließlich Gefängnis Berlin-Plötzensee). Sie wurde gefoltert und gedemütigt und fand ihren Ausweg im Schreiben von Gedichten und im Zeichnen.
Sie wurde am 27. September 1942 im Morgengrauen im Gefängnis Berlin-Plötzensee hingerichtet. 

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante Stanisława Kwiatkowska, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen. Das von Ewa Maria Slaska ins Deutsche übersetzte Gedicht wurde u.A. anlässlich des Internationalen Frauentags am 8.3.2021 vom Kollektiv Dziewuchy Berlin während der Performance “We are relevant” auf dem Nettelbeckplatz in Berlin vorgetragen. 
mehr: DEMO Wir sind Widerstand. 

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

Im Rahmen des Projekts wurden die acht gefundenen Gedichte ins Deutsche übersetzt von: Agnieszka Dębska (2022), Elżbieta Jagiełło (2022),  Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Das Gedicht “Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen” wurde 1995 von Bettina Eberspächer übersetzt und in der Publikation “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995), herausgegeben von Ewa Maria Slaska, veröffentlicht.

IRENA BOBOWSKA
(Urodzona 3 września 1920 r. w Poznaniu, stracona 26 września 1942 r. w Berlinie-Plötzensee)

Młoda kobieta. Niezwykle utalentowana rysowniczka i poetka. Osoba z niepełnosprawnościami, poruszająca się na wózku inwalidzkim. Harcerka, działaczka Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, tj. organizacji wojskowej w zachodniej Polsce (Wielkopolska). Współzałożycielka i współredaktorka podziemnego pisma “Pobudka”. Zbierała informacje z monitoringu radiowego i przygotowała je do druku. Dokumenty konspiracyjne przewoziła ukryte w swoim wózku inwalidzkim. Z powodu swojej pracy konspiracyjnej została aresztowana przez GESTAPO.  Dwa lata spędziła w więzieniu (Fort VII w Poznaniu, więzienie we Wronkach, więzienie Alt-Moabit, więzienie Barnimstraße i wreszcie więzienie Berlin-Plötzensee). Torturowana i poniżana, ucieczkę znalazła w pisaniu wierszy i rysowaniu. Została stracona o świcie 27 września 1942 roku w więzieniu Berlin-Plötzensee.

Najbardziej znany wiersz Bobowskiej, “Bo się uczę…”, napisany w Forcie VII w Poznaniu, przyniosła w bucie z więzienia zwolniona z więzienia we Wronkach ciotka Stanisława Kwiatkowska. Wiersz ten, pełen bólu i nadziei, rozchodził się anonimowo w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Był czytana przez więźniarki w Oświęcimiu, przez więźniarki w powojennym Fordonie. Na niemiecki wiersz przetłumaczyła Ewa Maria Slaska, odczytywany był przez kolektyw Dziewuchy Berlin między innymi w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Kobiet (8.3.2021) podczas performance “Jesteśmy istotne” na Widerstandsplatz (Nettelbeckplatz) w Berlinie. więcej: DEMO Wir sind Widerstand. 

Pamiętamy o niej. Bo była i jest – istotna.

W ramach projektu znalezione osiem wierszy na niemiecki przetłumaczyły: Agnieszka Dębska (2022),  Elżbieta Jagiełło (2022), Elżbieta Kargol (2022), Ewa Maria Slaska (2021), Monika Wrzosek-Müller (2022), Anja Witzel (2022). Wiersz “Ostatnie pozdrowienie” przetłumaczony był przez Bettinę Eberspächer w 1995 roku i opublikowany w publikacji “Poetki z ciemności / Dichterinnen aus dem Dunkel” (WIR Nr. 2, Berlin 1995) pod redakcją Ewy Marii Slaskiej.

Ostatnie pozdrowienie

Przez gwiazdy i księżyc i słońca promienie,
Przez wszystkie blaski istniejące,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje serce tęskniące.

Przez drzewa i krzewy i przez wiatru tchnienie,
Przez wszystko, co kwitnie i rośnie,
Zasyłam w dom mój pozdrowienie,
I moje sny o wiośnie.

Przez świeżą zieleń, przez błękit nieba,
Przez grę kolorów tęczową, lśnienia,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Tchnące miłością purpurową.

Przez bicie dzwonów, przez ptaszęce pienia,
Przez wszystkie śpiewy i dźwięki,
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
W tonach żałosnej piosenki.

Przez sny złote i srebrne marzenia,
I poprzez myśli tęsknych roje…
Zasyłam w dom mój pozdrowienia,
Przyślijcie Wy mi serca swoje.
(Alt-Moabit, 1941?)

Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen

Von Mond und Sternen, von Sonnenstrahlen,
Von allem Lichtschein der Welt,
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und mein sehnendes Herz.

Von allen Bäumen und Sträuchern, des Windes Atem,
Von allem, was wächst und was blüht
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Und meinen Frühlingstraum.

Von Himmelsblau und von frischem Grün,
Vom Glanz, von des Regenbogens Spiel der Farben
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
Von purpurner Liebe behaucht.

Von Vogelgesängen, von der Glockenschlägen,
Von allem, was tönt und was singt
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen,
Der wie ein Klagelied klingt.

Von goldenen Träumen, silbernen Verlangen,
Von der Sehnsuchtsgedanken Spiel
Lass ich meinen Gruß nach Hause tragen
– Schickt Ihr euer Herz zu mir

(übersetzt von Bettina Eberspächer, 1995)

***

Modlitwa

Za wszystkie dobre z Bożej ręki wzięte
Za skarby wiary, za pociechy święte
Za trudy, prace i trudów owoce
Chwile szczęścia i długie niemoce
Za spokój, walkę
Za chwile szczęścia i dni żałoby

(23.4.194?)

Das Gebet

Für all das Gute aus Gotteshand erfasste
Für Glaubensschätze, für die heiligen Troste
Für Arbeit, Mühen und deren Gewinn
Die Glücksmomente und Tage ohne Sinn
Für Kampf und Frieden weltweit
Für Glück und für die Trauerzeit.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Słońce nam zaświeci,
Otworzą Fortu drzwi.
O szczęściu i swobodzie
Gromada więźniów śni.
Wszystko będzie dobrze,
Jasne przyjdą dni.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień,
Więzienne znikną mury,
Fortecy zniknie cień.
I radość znów zagości
Wśród śmiechu jasnych śnień.
Wszystko będzie dobrze,
Wolności błyśnie dzień.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.
Hasłem naszym będzie:
Rodzina, kraj i Bóg.
Ochoczo chwycim w dłonie
Młot twardy, miecz i pług.
Wszystko będzie dobrze,
W rodzinny wrócim próg.

(194?, Fort VII, Poznań)

Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Die Sonne scheinen
Die Tore der Festung sich öffnen
Von Glück und Freiheit
Träumen die Gefangenen.
Alles wird gut
Und helle Tage kommen
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Die Gefängnismauer verschwindet
Der Schatten der Festung auch.
Die Freude wird einziehen
Im Lachen heller Träume
Alles wird gut
Der Tag der Freiheit kommt
Alles wird gut
Wir kehren heim
Unser Schlagwort heißt
Familie, Vaterland und Gott
Mit Freuden greifen wir
Zu Hammer, Schwert und Pflug
Alles wird gut
Wir kehren heim.

(übersetzt von Monika Wrzosek-Müller, 2022)

***

Kochanej Mamusi w dniu imienin 15.5.

Ach tak bym chciała dziś pod stopy Twoje,
jak wonnych kwiatów, rzucić marzeń roje,
życzeń tysiące.

Ale są chwile, gdy nie można w słowa
oblec tych uczuć,
które w sobie chowa
serce bijące…

Ale są chwile, gdy wielkie wzruszenie
zamienia rwący się okrzyk – w milczenie
i głos tamuje…

Matuś, wiesz dobrze, że Twoja pieszczocha
Z całego serca prawdziwie Cię kocha.
Ty wiesz, co czuję…

Nenia dla Matuli

(1942)

Der geliebten Mama zum Namenstag 15.5.

Ach, wie gern würd ich dir heute
Hände voller Träume und lauter gute Wünsche
wie duftende Blüten auf deinen Weg streuen!

Aber es gibt Zeiten, in denen die Gefühle,
die das schlagende Herz in sich verbirgt,
keine Worte finden können…

Es gibt Zeiten, in denen der innere Aufruhr
den Schrei, der sich lösen will, in Schweigen verwandelt
und die Stimme lähmt…

Mami, du weißt genau, dass dein Schatz
dich von ganzem Herzen liebt.
Du weißt, was ich fühle…

Nenia für Mutti

(übersetzt von Anja Witzel, 2022)

***

Ktoś po klawiszach palcami wodzi
O struny skrzypiec czyjaś ręka trąca
Jakaś melodia z dala nadchodzi –
Chcę ją spamięta, lecz tony się mącą –

Śni mi się w nocy nasze pianino –
Czarne i lśniące stoi pod ścianą –
I na mnie czeka, gdy dni szare miną
Wrócę do niego – gdy wolna zostanę…

Na razie śnię tylko i rymy układam
Czasem – choć rzadko – łzy leje
I bajki sobie opowiadam,
I do snów moich się śmieję

Buduję przyszłość promienną, jasną
Podkłady daję z dobroci
I wtedy cela przestaje być ciemną
Przez kraty słońce ją złoci –

A w słonecznej jasnej strudze
W blasku prawdziwych urojeń
Dusza się kąpie jak w strudze
I lżej oddycha serce moje

(1941, Wronki)

Sanfte Finger berühren die Tasten,
Jemand anders zupft die Geigensaiten
Und ich höre ein Lied von ganz Weitem –
Doch der Klang lässt sich nicht festhalten –

Nachts im Traum mein Klavier mir erscheint –
An der Wand glänzend schwarz wartet dort –
Ist das Gräuliche vorbei, bin ich wieder daheim.
Kehre ich zurück, werd‘ ich wieder frei sein…

Bis es soweit ist, kommt ein Traum, kommt ein Reim
Manchmal wein‘ ich, doch zugegeben: selten
Kindheitsmärchen erzähle ich mir
Schaffe es, meinen Träumen zuzulächeln

Eine Zukunft mir baue, eine strahlende, helle
Ihr Fundament ist Güte
Dann weicht das Dunkel der Zelle
Die Sonne dringt ein durch die Gitter

In dem breiten Sonnenstrahl
Phantombilder wirken wahr
Und meine Seele badet wie in einem Bach
Und mein Herz atmet leichter, fast wirklich leicht

(übersetzt von Elżbieta Jagiełło, 2022)

***

Serce me
w złudnym śniepogrążone było.
Przyszedł dzień
Zniknął sen
Szczęście się prześniło.
Tylko myśl
Jeszcze dziś
Przypomina sny.
Dawne piosnki
Budzą troski
Przywołują łzy.

(Moabit, 20.1.1942)

Mein Herz
war vertieft
in Träumerei.
Mit dem Tag
schwand der Traum
das Glück war vorbei.
Heut erinnert
ein Gedanke
an des Traumes Glück
Alte Lieder
bringen Kummer
und Tränen zurück

(übersetzt von Agnieszka Dębska, 2022)

***
Ja lubię sobie wyobrażać
Że jestem z bajki taką dobrą wróżką
Przedziwne cuda mogę stwarzać
Mą czarodziejską różdżką.

I wtedy chodzę i sieję po świecie
Taki radosny, dźwięczny śmiech.
Śmiech, który wszystko zło wymiecie,
Przed którym umknie wszelki grzech.

W takt mojej różdżki tańczą dzieci
Kłonią się kwiaty, szumią drzewa
Gdy zechcę, wiatr swawolny leci
I na mój rozkaz słowik w parku śpiewa.

W dzień wodzę w górze słońce ogniste
I co noc gwiazdy zapalam,
I mgły na łąkach snuję srebrzyste,
I księżycowi świecić pozwalam.

Rankiem rozpylam perliste rosy,
Zawrotnych woni udzielam ziołom,
Rok rocznie złocę pszeniczne kłosy
I deszcz spragnionym zsyłam siołom.

Dzień i noc oraz 4 pory roku
Elfy, chochliki, wszystkie kwietne duszki
I nimfy z łąki przy potoku,
Syreny w morzu – też są moje służki.

(Moabit, 24.12.1941)

Ich stelle mich gerne so vor
Als gute Fee, vorm Märchentor
Mit einem Zauberstab in meiner Hand,
die große Wunder bewirken kann.

So gehe ich freudig durch die Welt
Mit meinem Lachen, das fröhlich klingt
Und all das Böse was im Wege steht
Und jede Sünde vertreiben wird.

Zum Takt meines Zauberstabs tanzen die Kinder
Durch meinen Willen befreie ich Winde.
Die Nachtigal zum Singen ich bezwinge,
Die Blumen zum Grüßen, die Bäume zu Schwingen.

Tagsüber befehle ich der Sonne zu wandern,
Nachts zünde ich Sterne am Himmel an,
Silbrige Nebel lasse ich auf Wiesen landen,
und den Mond leuchten, solange er kann.

Am Morgen sprühe ich perlenden Tau
Betörende Düfte schenke ich den Kräutern
Die Weizenähren bestreue ich mit Gold
Und sende Regen den durstigen Orten.

Der Tag und die Nacht und die Jahreszeiten
die Elfen, Kobolde, jegliche Blumengeister
und all die Nymphen und Wasserjungfrauen
auch die sollen mir ihre Dienste leisten.

(übersetzt von Elżbieta Kargol, 2022)

***

Bo ja się uczę… 

Bo ja się uczę największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno)
I wiem jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony,
Uchronić się od chłodu.
I wiem co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.

I nauczyłam się popędzać myślami
Czas co bezlitośnie lubi się dłużyć
I wiem jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…

I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego co przeszło,
I nie bać się tego co będzie!

(Wronki, 1941)

Weil ich lerne…

Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball
zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.

Und ich weiß, was es bedeutet,
Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.

Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…

Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst zu haben vor dem, was sein wird!

(übersetzt von Ewa Maria Slaska, 2021)

Lato, lato

Teresa Rudolf

Gołąb z ulicy Chopina

Dziś przyleciał
gołąb poranny,
z ulicy Chopina,
moje dzieciństwo.

Gruchnął znów,
z jakąś skargą,
w zaciśniętym
dziobie jak wtedy.

Zagłuszał inne
ptaki, psy i koty 
biadoleniem tępym,
nieprzetłumaczalnym.

I nagle 
dzwony 
kościelne,
w czystym
powietrzu
poranka,
odebrały
od niego
tę skargę...
Dziwne lato

Lato, 
wyśpiewane ptakami,
od lasów po balkony.

Lato,
przepięknie kolorowe,
rozsłonecznione niebiesko.

Lato,
grzmiące z nienawisci,
miotające piorunami.

Lato,
prażące gorącem ziemię, 
jakby kawę kolumbijską.

Lato, 
goniące ludzi dla ochłody
w wody rzek i basenów.

Lato,  
całe lądy na wiór suszące,
kradnąc wodę, paląc lasy.

Lato, 
cierpiące na 
niestabilność,
jak człowiek,
co kocha
...i zabija. 

Frauenblick: Witkacy

Monika Wrzosek-Müller

Warschau, Witkacy, Willkommen

Die kurzen Besuche in Warschau verlaufen meistens zwischen Bankterminen, Wohnungsinspektionen, den Treffen mit meiner Schwester, meiner Mutter, mit einigen wenigen Freunden, und selten, wirklich ganz selten reicht die Zeit für eine Ausstellung oder einen Film.

Diesmal hat mich die Ankündigung einer Ausstellungseröffnung ganz besonders angezogen. Die Ausstellung „Witkacy: Seismograph des Zeitalters der Beschleunigung“ war gerade einen Tag vor meinem Besuch eröffnet worden. Gezeigt wird sie im Warschauer Nationalmuseum, aus Anlass des 160. Jahrestages der Gründung des Museums. Interessant – ich war mir nicht bewusst, dass das Nationalmuseum schon 1862 als Museum der Schönen Künste gegründet worden war und sich im Lauf vieler Jahrzehnte zu einer zentralen Institution in Sachen Kunst entwickelt hatte.

Die Ausstellung kommt fast protzig daher; es werden nicht weniger als 500 Werke gezeigt: Gemälde, Zeichnungen, darunter die mit den Pastellen, Fotografien, Filmmaterial und schriftliche Dokumente. Die Arbeiten kommen zum Teil aus den entlegensten Museen in Polen, auch aus Privatsammlungen und sogar aus dem Ausland. Die Kuratoren wollten einen umfassenden Blick auf den Künstler werfen und ihn neu lesen; deshalb die meiner Meinung nach nicht ganz gelungene Aufteilung in acht Themenkreise – Bereiche, die sich sehr überlappen, überschneiden und dadurch wenig erklären. Dabei handelt es sich um die Kategorien: Kosmologie, Bewegung, Körper, die Einheit der Persönlichkeit, Dada/Zufall, die Urvision, die Geschichte, Individuen (vor dem Hintergrund des Mysteriums der Existenz). Innovativ ist die Idee, Witkiewicz mit anderen ausländischen Künstlern dieser Zeit in Beziehung zu setzen, daher bekommen wir auch Bilder von Wassily Kandinsky, Max Ernst, Rudolf Schlichter, Umberto Boccioni, Marcel Duchamp zu sehen und nicht zuletzt bieten die nebenan gezeigten Neuerwerbungen des Museums aus dem Werk Marc Chagalls Anregungen für Vergleiche. Tatsache ist aber, dass diese Themenkreise/Bereiche doch sein Schaffen bestimmten. Witkiewicz war geradezu besessen von der Kosmologie, von der Unendlichkeit des Weltalls, von der Verbindung des Individuums, der Natur mit den höheren Sphären; oft hat man aber den Eindruck, dass er das alles nicht ganz ernst nahm und sich selbst aus den schweren Verwicklungen des irdischen Lebens in das Himmlische flüchtete. Wenn es um die Kategorie Bewegung geht, sehen wir in jedem Bild, egal ob es sich um eine Zeichnung oder ein Ölgemälde handelt, dass eigentlich alles auf dem Bild in Bewegung ist, scheinbar unbewegliche Elemente, die als Hintergrund dienen, geraten auch in Bewegung. Sogar in den Porträts geraten die Gesichter in Bewegung, besonders diejenigen, die er nach entsprechendem Konsum von Alkohol oder Drogen schuf. Damit ist ganz eng die Kategorie des Körpers verbunden; Wikiewicz ist förmlich fasziniert vom Aufbau des Körpers und seiner Flexibilität. Er malt Muskel, Sehnen, die sich dehnen, bis ins Unendliche weiten, sich verändern, sogar Bäuche, die nicht besonders ästhetisch wirken. Meistens nach der Einnahme von Drogen verwandeln sich die menschlichen Körper in ganz andere Dimensionen und Längen, Menschen bekommen tierische Füße; diese wiederum werden größer als die Beine etc…

Die Einheit der Persönlichkeit ist vielleicht bei den Porträts von Witkiewicz am stärksten zu sehen; der Künstler versucht die Modelle mit ihrer ganzen Vielfalt, mit psychischer Tiefe darzustellen. Dazu dienten ihm auch die stundenlangen Sessions, oft mit vorangegangenen Fototerminen. Bei manchen nahm der Künstler verschiedene narkotisierenden Substanzen, um seine Erfahrungen zu maximieren und die Personen möglichst authentisch darzustellen, um in die Tiefe der Seele vorzudringen.

Überhaupt die Porträts; sie sind meiner Meinung nach das Wichtigste, was Witkiewicz als Maler geschaffen hatte. Er hat zwar hauptsächlich Personen aus der intellektuellen Elite gezeichnet, gemalt, immer mit immenser Intensität, Bravour, Spontaneität, sodass wir heutzutage, dank diesen Porträts, durchaus eine Ahnung von den Personen haben können. In der Ausstellung haben wir zwei riesige Wandflächen voll behängt mit den Porträts. Der Künstler selbst teilte sie in mehrere Kategorien; es gab die Kategorie „A“ – glattes, realistisches Porträt; „B“ betraf hauptsächlich die Porträts von Kindern, sie zeigten einen besonders charakteristischen Wesenszug des Models; dann gab es eine Mischung von „B+D“ oder „B+E“ bei denen die charakteristischen Züge besonders bei den Männerdarstellungen bis zum Karikaturhaften verstärkt wurden; bei den Frauenporträts endete das oft bei der Dämonisierung. Die Darstellungen vom Typ „C“ entstanden unter dem Einfluss von Alkohol oder Drogen, also waren sie in der Kategorie der „reinen Form“, nicht auf Bestellung und nicht verkäuflich, die Porträts Typs „D“ ahmten die Effekte derer nach, die unter Drogen entstanden waren (sie konnten aber erworben werden). Schließlich Typ „E“, mit weiteren Kombinationen bot eine psychologische Interpretation des Models durch den Künstler, konnte auch ähnlich wie Typ „A“ oder „B“ ausfallen. Die gewaltige Produktion an Porträts resultierte nicht nur aus den guten Verdienstmöglichkeiten seiner Porträtwerkstatt, sondern hauptsächlich aus der Faszination Witkiewiczs für Gesichter, ihre Persönlichkeiten, psychische Befindlichkeiten; er malte die Porträts oft nach Fotografien, die er selbst aufgenommen hatte, etc. Es handelte sich fast um eine Massenproduktion (es wurden nicht nur Porträts produziert, es gab auch Möbelstücke; in meiner Wohnung in Warschau steht immer noch ein Schreibtisch aus der Werkstatt in Zakopane, den ich nicht ausführen durfte, weil er zur Witkiewicz-Werken eingeordnet wurde); die teuersten waren die Porträts des Typs „A“, sie kosteten damals 350 zl; auch die vom Typ „E“ waren teuer. Die Kinderporträts kosteten von 150 bis 250 zl, Typ „D“ nur 100 zl. Der Typ „C“ blieb immer „bezcenny“, also einerseits nicht verkäuflich, ohne Preis und dadurch dann auch unerschwinglich. Seit 1921 gab es auch Porträts, die der Künstler selbst als „U“ klassifizierte – „U“ von Upadek [Niedergang] des Talents.

Auf den Bildern befinden sich unten am Rand oft diverse Zeichen, neben dem Namen des Künstlers und dem Erstellungsdatum auch Abkürzungen in Klammern, z.B. (T. C+Co), oder P 38 (T. B) N II com: das bedeutet Trinken (Alkohol) Cocain, Peyotl, Meskalin. Witkiewicz spielte mit den Drogen, wollte ihre bewusstseinserweiternde Wirkung spüren und ganz gezielt unter ihren Einfluss malen; er notierte manchmal sogar die Mengen der eingenommenen Drogen und beschrieb deren Wirkung: „die stärksten Werte stellten sich auf den Hinterbeinen über der Leere auf und fielen dann leise in den unerwarteten, nebensächlichen Abgrund und nahmen schreckliche, chimärische und bösartige Gestalten an.“ Doch in anderen Notizen, fast Protokollen, berichtet er, dass er ohne die Einnahme der Drogen viele Bereiche der Spontaneität, Farbenvielfalt und Dynamik nicht erreicht hätte. Er wusste zugleich aber, dass er irgendwann dann auch abhängig war und dass für junge Menschen eine große Gefahr davon ausging. Das Künstlerische Sich-Verlieren war es im „normalen Leben“ nicht wert, den Verstand tatsächlich zu verlieren. Davon handeln auch viele seiner Theaterstücke und anderen schriftstellerischen Werke.

In der Ausstellung sind die meisten Porträts ganz eng an zwei Wänden aufgehängt; dadurch fällt natürlich ihre Ähnlichkeit sofort ins Auge und die Einmaligkeit tritt eher zurück. Es gibt natürlich einige Porträts alten Stils, die repräsentativ, auch wegen ihrer Größe, in einem anderen Raum hängen, darunter mein Lieblingsporträt von Jadwiga Witkiewicz, 1925 in Pastell.

Ein weiteres Motiv der Ausstellung ist die Urvision, bedeutend, dass der Künstler nicht dem Ursache-Wirkung-Prinzip der ihn umgebenden Welt verpflichtet ist, sondern mit dem ganz freien Spiel der Fantasie jongliert. Das führte freilich manchmal in die Sackgasse und endete in ziemlich austauschbaren Formen, Gestalten und Farbgebungen.

Witkiewicz wuchs in einer ganz besonderen Familie auf; beide Eltern waren der Kunst verpflichtet, die Mutter als Musikerin, der Vater Maler im Geist des Jungen Polen. Witkiewicz wurde in Warschau geboren, wuchs aber in Zakopane auf. Er wurde zu Hause unterrichtet, besuchte keine Schule, hatte keine „normalen“ Schulkameraden, sondern eher Gleichgesinnte wie Leon Chwistek oder Bronislaw Malinowski, mit dem er später eine längere Reise nach Australien zu den Aborigines unternahm. Nach bestandenem Abitur studierte er kurz an der Kunstakademie in Krakau. Dann lebte er eine Zeit lang in Petersburg. Zurück in Polen heiratete er die Enkelin des berühmten polnischen Malers J. Kossak, Jadwiga von Unrug, und lebte weiter in Zakopane, wo er eine Art Firma gründete, die neben Porträts auch Möbel produzierte. 1939, beim Einmarsch der Deutschen in Polen, floh er in den Osten des Landes, nach Lemberg, und nachdem die Sowjets aufgrund des Molotow-Ribbentrop-Pakts Polen ebenfalls überfallen hatten, brachte er sich ums Leben; er nahm eine Überdosis von Schlaftabletten ein und durschnitt sich die Pulsadern.

Ich denke, sein Elternhaus, seine Erziehung, die Zeit, in der er in Polen lebte, trugen sehr zu der künstlerischen Persönlichkeit bei, die er schließlich wurde. Er hatte aufgrund der Freundschaft mit B. Malinowski sogar Zugang zu Denkweisen der Ethnologie, sah sogenannte Urvölker; er dachte über die Schnelligkeit der Entwicklung der Zivilisation und über Spiritualität nach – damit ist vielleicht die Kategorie Geschichte, aber auch die letzte Kategorie Individuen verbunden. Er war schon seiner Zeit verbunden, etwa durch den Gebrauch von Pastell, durch die Darstellungen einer bestimmten Elite und einer bestimmten Lebensart. Durch sein Experimentieren auch mit der Fotografie und dem Film bewegte er sich aber auch schon in Richtung der Performances und des Avantgardistischen. Besonders in seinen Schriften wurde er zum Vorläufer einer neuen Epoche und war Ideengeber für Künstler wie Tadeusz Kantor oder Schriftsteller wie Czesław Milosz.


Ausstellungsseite des Museums (in Englisch)