Dynia mała, dynia duża, Pomarszczona i gładziutka, Wąska, cienka i malutka Dynia UFO, dynia łabędź Dynia boska i anielska. Czarna, to chyba diabelska?
Dynia z tyłu, dynia z przodu. Dynia z mojego ogrodu. Dynia z pestki, Pestka z dyni. Dynia olbrzym, dynia mini. Dynia pod i dynia nad. Dynia, a pod dynią świat.
Ciocia Bronia mówiła na nie korbole. Gotowała z nich albo z ich dodatkiem mleczne zupy z kluseczkami. Wstrętne. Tak samo wstrętne były te zamykane w słoikach, zalane octem, o zapachu, który unosił się po całej kuchni. Dopiero dużo później odkryłam, że dynie mogą smakować inaczej. Lepiej. Upieczone z owczym albo kozim serem, kremowe zupy o różnych konsystencjach, smakach i kolorach, ciasta, soki, oleje, ostatnio nawet szaszłyki…
So ein Titel, so ein Name der Autorin; man könnte meinen: sehr exotisch alles. Doch dann stellt sich heraus, dass der Stoff des Buchs mich direkt betrifft, mir nahe ist. Wo immer ich im Text im weiteren Kontext auf das Thema Polen stoße – die Menschen und das Land – wird die Erzählung für mich sehr emotional; sie bewegt mich, zieht mich mit.
To już dziś. Heute treffen wir uns im SprachCafé Polnisch, um über Henryk Bereska zu reden, uns zu erinnern, ihn zu würdigen.
A od czasu jak zapowiadamy to wydarzenie, przychodzą komentarze, listy, wspomnienia. / Und seit wir diese Veranstaltung angekündigt haben, erreichen uns Kommentare, Briefe und Erinnerungen.
Thursday, czwartek, Donnerstag August 27 • 19:30 – 22:00
Buchpremiere mit Autorin Hannah Mann zu ihrem Debütroman »Zeppelin und Karpfen«, moderiert von Paul Bokowski – mit szenischer Lesung!
Es ist nicht die Zukunft, die auf uns wartet, sondern die Vergangenheit.
Suzanna ist Fotografin. Sie hält die Träume anderer fest und die Geister der Familie in Schach. Bis ihre Mutter von einem Tag auf den anderen verschwindet. Sie scheint sich auf eine Reise in ihre Erinnerungen begeben zu haben, und Suzanna und der restlichen Familie bleibt nichts anderes übrig, als ihr dorthin zu folgen.
Ein zarter und spannender Roman über Emanzipation und die Sehnsucht nach einem Zuhause, das im Gegenwind der Geschichte unerreichbar scheint.
»Hannah Mann zeigt uns in ihrem wunderschönen Debüt, warum wir gar nicht genug Familienromane lesen können: Im Kleinen zeigt sich immer das große Ganze.« Dana von Suffrin, Autorin von »Nochmal von vorne« und »Toxibaby«.
»Ein eindringlicher Roman über Erinnerung und Herkunft – feinfühlig erzählt, mit großem Gespür für Zwischentöne und melancholischer Wärme.« Irina Kilimnik, Autorin von »Sommer in Odessa«.
***
Ciotką Hannah Mann była nasza blogowa (i nie blogowa oczywiście też) autorka Viktoria Korb. Gdy jej siostra przysłała mi zaproszenie na tę imprezę, napisała właśnie o tym: jak widzisz tradycje pisarskie po ciotce się utrzymują.
***
Nazwałam ten wpis “Pochwałą ciotek”, co jak wiadomo jest (też) tytułem wiersza Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Zanim znajdę cały wiersz, przypomnę, że zaczyna się słowami “ciotki nie były piękne”.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Ciotki
Ciotki nie były piękne, nie miały nic z wróżek. Były dzielne, szczawiowe, barchanowe żony. Nie miały złotych włosów ani cienkich nóżek, ani oczu złowrogich o rzęsach zdziwionych.
Brały serio swe dzieci, kwiaty i owoce, mężów trzymały krótko, perfum nie lubiły, zasypiały spokojnie w księżycowe noce, pełne kurzej tężyzny i jaglanej siły.
Jedynie ciocia Jola wiotka i pachnąca przypominała wróżkę i paryską lalkę. Chodziła w piórkach ptasich i tiulach ze słońca, całowała, podnosząc gwiaździstą woalkę…
Wkrótce ją jakieś wichry żałosne rozwiały wśród wiosennych błyskawic i szumów ponurych… Zgrzebne ciotki płakały – lecz nic nie wiedziały, jaki był smak miłości i… trutki na szczury.
No i wreszcie moja własna pochwała ciotek, spreparowana zresztą głównie dlatego, że jestem ciotką. Nie wymyśliłam jej, gdzieś ją znalazłam, już niestety w ogóle nie wiem, gdzie, ale przekazałam tym, którym jestem ciotką, ku uwadze.
Nie jest dobrze mieć szalonych, odstających od normy rodziców. To bardzo nas obciąża jako dzieci, a często wystawia na pośmiewisko rówieśników, natomiast świetnie jest mieć szaloną, odstającą od normy ciotkę. Jest pewnym wzorcem, acz nie zobowiązującym, pozwala rozpoznać inne drogi i inne perspektywy, wesprze, gdy będziemy chcieli zrobić coś, co odstaje od normy.
Jak się łatwo z tytułu domyślić obejrzałem właśnie film Ojczyzna Pawlikowskiego – KLIK – powojenne odwiedziny Tomasza Manna w Niemczech.
Tomasz Mann…
Zajmuje trochę miejsca na mojej półce z książkami, wspominałem jego książki kilka razy na tym i innych blogach.
Nic dziwnego, że mimo niesprzyjającego rozkładu dnia – kilka męczących rozjazdów – pojechałem wieczorem do odległego kina.
Drugorzędnym argumentem była rocznica śmierci T. Manna – 12/8/1955.
Film wyświetlono w Melbourne z okazji Festiwalu Filmów Międzynarodowych – MIFF.
Spore kino, wypełnione na 80%, sporo młodych ludzi.
Film – czarno-biały – samochód jedzie marną drogą, mija ubogie budynki, trochę ruin… Rok 1949 – zgadza się, też pamiętam ten rok w taki sposób.
Tomasz Mann odwiedził Niemcy z okazji 200-lecia urodzin J.W. Goethego – najpierw Frankfurt nad Menem – miejsce urodzin. Uroczystości skromne, wykład T. Manna – dość mętny, co krok niemiłe konfrontacje z czasami faszyzmu. Drugi etap – Weimar – Goethe spędził tu większość życia i tu umarł – KLIK. Problem w tym, że Weimar znajdował się w Niemczech Wschodnich – NRD. Wiele osób sprzeciwiało się tej wizycie, w USA (T. Mann miał wtedy obywatelstwo USA) grożono mu poważnymi konsekwencjami. Jednak pojechał… według mnie ta część wizyty przebiegała lepiej niż poprzednia. Po pierwsze nie było potrzeby wracać do niechlubnej przeszłości Niemiec, bo okupacja radziecka wymazała ten temat. Po drugie – T. Mann żywił sympatię do Rosjan – w książce Doktor Faustus zauważa – Rosjanie mają duszę, ale nie mają formy. Francuzi mają formę, ale nie mają duszy. My, Niemcy, mamy duszę i formę… Wspomnę jeszcze, że T. Mann był oburzony książką J. Conrada – Tajny Agent – zarzucał autorowi chorobliwą nienawiść do Rosjan. Rosjanie pokazali swoją duszę – T. Mannem opiekował się Sergiej Tulpanow – dyrektor wydziału propagandy w radzieckiej administracji NRD – KLIK–spora elokwencja i mocna głowa. Radzieccy żołnierze śpiewali wesołe piosenki…
Podsumowując – sama wizyta była raczej bezbarwna, producenci filmu musieli pokręcić fakty, aby dodać trochę emocji. W rzeczywistości T. Mann odbył tę podróż w towarzystwie żony, Katii. W filmie odbywa ją w towarzystwie córki Eryki… i robi się gorąco.
Dwójka starszych dzieci T. Manna – Klaus i Eryka była mocno pomieszana seksualnie. Na poniższym zdjęciu – T. Mann, jego żona Katia i… córka – Eryka…
W filmie Eryka obawia się o stan psychiczny brata – słusznie – dwa dni później popełnił on samobójstwo. Tomasz Mann przyjmuje informację o śmierci syna spokojnie – czasami odnoszę wrażenie, że rodzinne tragedie przyjmował jako ciekawe inspiracje dla swoich książek… Siostra Tomasza – Karla – też popełniła samobójstwo, Tomasz wykorzystał to w książce Doktor Faustus. Główny bohater tej książki Adrian Leverkuhn wykazuje też wiele podobieństwa do wspomnianego wcześniej Klausa Manna. A Klaus Mann – zasłynął książką Mefisto – KLIK – jej główny bohater to słynny aktor, który zaprzedał duszę diabłu – niemieckim nazistom. Pierwowzorem był ówczesny mąż Eryki Mann. W filmie Eryka spotyka swojego byłego męża – to już fikcja.
Podsumowując… film uaktywnił mi w głowinie mieszaninę informacji i emocji związanych z twórczością T. Manna i życiem jego rodziny, ale sam w sobie – jako film – nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Ocena – 2/5.
Źródła: Tomasz Mann – KLIK. Carla Mann – KLIK. Eryka Mann – KLIK. Klaus Mann – KLIK. The House of Exile – KLIK. Victor Mann – Było nas pięcioro. Coml Toibin – The Magician – KLIK.
***
Jeden z komentarzy:
No proszę, a recenzenci tak się zachwycają filmem, wręcz typują go do Oscara. Podobno podobał się w Cannes.
Odp. autora: Pawlikowski dostał Złotą Palmę w Cannes za reżyserię. I bardzo dobrze, ale ja jestem tylko marginesowym widzem.
Świat ma własną twarz, oczy, figurę, charakter i na dodatek przegląda się w lustrze. Wszystko jest nieprzebudzonym snem Nie urywać snu w połowie Gdziekolwiek jesteś Dośnić do końca
At the exhibition Thousand Times Berlin Monika Wrzosek-Müller and me, both of us seeing that exhibition separately, found that interesting piece of art and that small explanation, which we found utmost interesting.
Mother Tongues and Father Throats, 2012, Wool yarn – Foto (c) Monika Wrzosek-Müller
Tuż przy stacji kolejki Wollankstrasse, po jej wschodniej stronie.
Godzina 19
Ludzie, którzy już czytali moją książkę, chwalą ją między innymi za to, że zwróciłam uwagę na “małe rzeczy”, jak to ostatnio określiła Dorota Danielewicz.
Zapraszając Was na dzisiejsze spotkanie, wybrałam kilka takich “małych rzeczy”.
Majtki
W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne i na Presleya, Basia nie mogła więc dostać zgody na noszenie mini spódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia robiła po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny nie mogły wyjść zimą z domu. Ciepłe majtki były zmorą wszystkich dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie. Zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i ukryć je na półce za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdziało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze. Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie.
Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem. Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które z Zachodu przywiózł jej tata, pływający jako mechanik na statkach handlowych. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki. – O matko, jęknęła Basia. – Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda. Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać! A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.
Salceson
W Komunie mięso było codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki. Mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie i kolację były wędliny, ale było ich zawsze dużo. Wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy. Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Oczywiście salceson to była bieda, w lepszych domach jadło się lepsze wędliny. Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem. Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi. (…) Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna, Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi. Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy. Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.
Słoneczniki
W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, Facebooka i Instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do punktu, którego przedtem nie dało się osiągnąć. Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus. Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, zdaje mi się, że widzę kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku, widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, i ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i bura woda w szafliku. Pomyje, mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata. Bieda i braki, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. Cerata, tak, ale były kryształy i fikus, i Słoneczniki.
Obraz z czasów komuny, po zmianach politycznych usunięty do piwnicy
Agenci SB
„Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów w PRL-u był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne sukienki za kolana, rajstopy i czółenka.
Zocha i Zenek
Stefan wrócił ze szpitala do swojego mieszkania, do tych dawnych dwóch pokoi na Bronxie, nie ogrzewał ich, potem już siedział po ciemku, gotował makaron na palniku spirytusowym i jadł go z mielonką. Oczywiście dawno już nie płacił czynszu i wiedział, że prędzej czy później wygonią go z tego mieszkania. Zimę przetrwał w pokoju wynajmowanym „na łóżka” u Zochy, góralki, która cztery lata temu przyjechała do ciotki na wakacje i już została, a od roku „pomagała cioci w pracy”. Ciocia już w latach 60 kupiła za bezcen trzy mieszkania na „Greenpojncie”, umeblowała je byle jak i wynajmowała polskim rodzinom, które właśnie przyjechały. Ale od roku 1980, kiedy nagle zjechały do Nowego Jorku masy samotnych Polaków, ciocia wpadła na pomysł, wynajmowania ich „na łóżka”, a właściwie „na materace” i „na zmiany”. Każdy pokój zajmowało od trzech do pięciu „kawalerów” na poranną zmianę i drugie tyle na wieczorną. Ciepła woda była tylko raz w ciągu dnia od 5 do 8 rano, wtedy gdy poranna zmiana wychodziła do pracy, a nocna wracała. Ciepłą wodę włączała Zocha, ona też, gdy okazało się, że „kawalerowie” zużyli za dużo prądu, po prostu wykręcała korki. Przychodziła też o niespodziewanych porach w ciągu dnia i nocy, sprawdzać, czy „kawalerowie” jej przypadkiem nie oszukują, co nie było takie głupie, ponieważ każdy „Zenek” był w stanie kawałkiem drutu zastąpić korek i uruchomić wyłączonego junkersa. Zocha zarządzała tym wszystkim bardzo sprawnie, raz na tydzień kasowała z góry czynsz za materac, kontrolowała czystość w mieszkaniu i śmieci. Jeżeli znalazła gdzieś butelki po wódce, wyrzucała „na zbity pysk” całą aktualną obsadę mieszkania, czyli, bywało, 20 chłopa. Informowała o tym, że tak będzie każdego, kto się wprowadzał, ale właściwie nie musiała, bo koledzy współmieszkańcy sami pilnowali porządku i sami wyrzucali kogoś, kto się odważył przynieść do mieszkania alkohol. Niektórzy przemycali „na kwaterę” jakąś wódkę w butelkach po soku. Stefanowi przypomniało to czasy w „internacie” i popijanie ukradkiem bimbru z butelek po wodzie utlenionej lub puszek z ananasem. Zresztą w Nowym Jorku alkohol trzeba było ukrywać wszędzie. Na ulicy nie wolno było nawet wypić piwa, ci więc, którzy nie mogli pić w domu, pili piwo z puszek zapakowanych do papierowych torebek. To się tak spodobało młodym, zbuntowanym, że nawet jak pili na ulicy tylko wodę mineralną albo sok jabłkowy, też pakowali te legalne puszki do legalnych papierowych torebek, udając, że piją nielegalny trunek. U Zochy trzeba było mieć własny materac i własną żarówkę. Obie te rzeczy kupowało się „u żydka” i tam też można je było odsprzedać, gdy się człowiek wyprowadzał. Materac i żarówka były obowiązkowym wyposażeniem każdego, kto przychodził do Zochy. Trzeba też było mieć dość pieniędzy, żeby zapłacić z góry za tydzień.
Ośmioro polskich malarzy w Starej Galerii Narodowej (Alte Nationalgalerie)
Gdy w marcu 2026 roku zgodnie z planem zamknięto na wystawie Berlin Global w HumboldtForum tzw. wolną przestrzeń poświęconą Polsce, Freiheit, Gleichheit, Solidarność, wystawę Ewy Marii Slaskiej, Anny Krenz i Ziemka Nowaka, szkoda nam było nie tylko naszego własnego miejsca w centrum miasta, było nam też smutno, że z reprezentacyjnej ulicy w centrum Berlina zniknął polski element. Dobrze więc, że w 35-lecie podpisania traktatu polsko-niemieckiego o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie, Polska powróciła do centrum miasta. Stara Galeria Narodowa postanowiła prezentować muzea z różnych stolic świata, a zaczęła 18 czerwca prezentacją ośmiorga polskich malarzy ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.