Robinson jako Sancho Pansa

Książka wcale nie o otchłaniach, ale o wyspach. Patronują jej po kolei czterej bohaterowie literaccy.
Zaczyna się jak Robinson Crusoe, rozwija się jak pod rządami Prospera w Burzy Szekspira, staje się opowieścią o Baratarii Sancho Pansy (Don Kichot Cervantesa), aby wreszcie porzucić ideologię białych mężczyzn i zamienić w wyspę Ariela.

Wyspa Robinsona

Robinson robi to, co robi każdy człowiek, który jest zdany tylko i wyłącznie na siebie. Dokonuje inspekcji wyspy, ratuje z rozbitego statku, co tylko da się uratować, podejmuje próby wydostania się z pułapki, a jednocześnie zdobywa pożywienie, tak jak to czyniły w przeszłości liczne ludy. Najpierw żywi się płodami zbieractwa, potem rybołówstwa, wreszcie myślistwa, aż nadchodzi moment, że jakieś zwierzę zostanie udomowione (w przypadku Robinsona była to koza), a zboże (z zapasów okrętowych) posiane. Kończy się starsza epoka kamienia, czyli paleolit, nadchodzi czas neolitu. Władzę na wyspie przejmuje Prospero, władca, którego imię znaczy Powodzenie.

Wyspa Prospera

Zapiski z dziennika Robinsona:

“Od tej chwili będę posłuszny następującej zasadzie: każda produkcja jest twórczością, a więc jest dobra. Każda konsumpcja jest destrukcją, jest więc zła. Prawdę mówiąc sytuacja, w jakiej się znajduję, podobna jest w gruncie rzeczy do położenia moich rodaków, którzy przybijają co dzień na statkach do brzegów Nowego Świata. Oni również muszą się podporządkować zasadzie gromadzenia. I dla nich strata czasu jest zbrodnią, a spieniężenie czasu – główną cnotą. Gromadzić pieniądze! Znowu przypomina mi się moja nieszczęsna samotność! Póki sieję i zbieram, wszystko jest w porządku. Ale zło zaczyna się, gdy mielę ziarno i piekę ciasto, ponieważ wtedy pracuję tylko dla siebie. Osadnik amerykański może bez wyrzutów sumienia doprowadzić do samego końca proces tworzenia chleba, gdyż sprzeda go, a pieniądze, które zgromadzi w kufrze, będą zmaterializowanym czasem i pracą. Mnie niestety przeklęta samotność pozbawia możliwości korzystania z pieniędzy, których mam przecież w bród!

Dzisiaj dopiero mogę zmierzyć głupotę i złośliwość tych, którzy obrzucają kalumniami boski wynalazek, jakim jest pieniądz! Pieniądz uduchowia to, z czym się styka, nadając wszystkiemu wymiar racjonalny i uniwersalny zarazem, gdyż dobra zamieniane na pieniądze są potencjalnie dostępne wszystkim ludziom. Sprzedajność jest jedną z głównych cnót. Człowiek interesu potrafi stłumić w sobie śmiercionośne aspołeczne instynkty, takie jak poczucie honoru, miłość własna, patriotyzm, ambicje polityczne, fanatyzm religijny, rasizm, a dopuścić do głosu tylko skłonność do współpracy, zamiłowanie do owocnej wymiany i zmysł ludzkiej solidarności. Należy rozumieć dosłownie wyrażenie „złoty wiek” i jestem przekonany, że ludzkość już dawno by go osiągnęła, gdyby kierowali nią wyłącznie ludzie interesu. Niestety historię tworzą przeważnie ludzie bezinteresowni, a wtedy wszystko niszczy ogień i krew leje się strumieniami. Spasieni kupcy weneccy są przykładem gnuśnego szczęścia, jakiego zaznaje państwo rządzące się wyłącznie zasadą zysku, podczas gdy wychudłe wilki inkwizycji hiszpańskiej ukazują nam, do jak haniebnych czynów zdolni są ludzie, którzy stracili zainteresowanie dobrami materialnymi. Hunowie zatrzymaliby rychło swój szaleńczy pochód, gdyby umieli korzystać ze zdobytych bogactw. Obciążeni zdobyczą, osiedliby na jednym miejscu, aby się nią nasycić, i wszystko wróciłoby do naturalnego stanu. Niestety były to bezinteresowne bestie. Pogardzali złotem. I dlatego parli naprzód niszcząc wszystko po drodze.”

Robinson starał się żywić byle czym, jednocześnie cały wysiłek wkładając w wykorzystanie zasobów wyspy. Wykarczował i obsiał całe hektary lasów i łąk, zasadził pole rzepy, rzodkwi i szczawiu, gatunków sporadycznie występujących na południu; zabezpieczył przed ptakami i owadami plantacje palm, postawił dwadzieścia uli, w których zamieszkały pierwsze pszczoły. Wykopał przy brzegu morza zbiorniki ze słodką i słoną wodą i hodował w nich leszcze, koniki morskie, a nawet homary. Zgromadził olbrzymie zapasy suszonych owoców, wędzonego mięsa, solonych ryb oraz serków, twardych i suchych jak kreda, które można było przechowywać w nieskończoność. Wpadł wreszcie na sposób wytwarzania czegoś w rodzaju cukru, mógł teraz robić konfitury i dżemy z owoców smażąc je w cukrze. Odkrył mianowicie palmę, z której pnia, grubszego w połowie wysokości niż u podstawy i u wierzchołka, wyciekał niezwykle słodki sok. Powalił jedną z tych palm, obciął jej koronę, a wtedy sok trysnął z samego wierzchołka. Płynął tak całymi miesiącami dzięki temu, że Robinson codziennie rano odcinał świeży kawałek pnia, którego pory prędko się zatykały. Z tego jednego drzewa uzyskał dziewięćdziesiąt galonów melasy, która powoli tężała zamieniając się w wielki słodki placek.

Zacząwszy od szaleńczego gromadzenia zapasów, do czego wykorzystał jaskinię, Robinson powoli zbudował wszystko, co było jego zdaniem świadectwem, że mimo iż samotny na bezludnej wyspie, w towarzystwie jedynie psa okrętowego, jest członkiem cywilizacji białego człowieka - dom, świątynię, siedzibę władcy. Człowiekiem, który ma przestrzegać prawa boskiego i ludzkiego, pracować, bogacić się, czynić ziemię sobie poddaną, pomnażać dobra i je oszczędzać

Z biegiem czasu dom stał się dla niego czymś w rodzaju muzeum człowieczeństwa i kiedy tam wchodził, miał zawsze wrażenie, że dokonuje jakiegoś uroczystego aktu. Ustanowił nawet taki zwyczaj po rozpakowaniu ubrań przyniesionych z „Virginii” (a niektóre z nich były bardzo piękne), że zawsze przed wejściem do domu ubierał się – wkładał krótkie spodnie, pończochy i trzewiki – tak jakby składał wizytę najlepszej cząstce samego siebie.
Spostrzegł później, że ze środka domostwa widać słońce tylko w pewnych godzinach dnia i doszedł do wniosku, że przydałoby się postawić tam zegar lub jakieś urządzenie do stałego pomiaru czasu. Po kilku próbach postanowił skonstruować coś w rodzaju prymitywnej klepsydry. Był to po prostu gąsior z przezroczystego szkła z wywierconą w podstawie małą dziurką, przez którą woda ściekała kropla po kropli do skórzanej kadzi ustawionej na ziemi. Dokładnie po dwudziestu czterech godzinach gąsior opróżniał się. Robinson zrobił na nim dwadzieścia cztery równoległe rysy i przy każdej postawił rzymską cyfrę, dzięki czemu poziom płynu wskazywał czas. Klepsydra była dla Robinsona źródłem ogromnej pociechy. Słysząc dzień i noc regularne kapanie kropli spadających do kadzi, myślał z dumą, że czas nie wpada już wbrew jego woli w ciemną otchłań, że uregulował go, ujarzmił, jednym słowem obłaskawił, tak jak to miało się stać stopniowo z całą wyspą dzięki sile woli jednego człowieka.

Dziennik:

Odtąd, śpię czy czuwam, piszę czy gotuję, mój czas odmierzany jest przez monotonne, niepowstrzymane, obiektywne, dokładne, dające się kontrolować kapanie: tik tak. Jakże jestem spragniony tych przymiotników oddających zwycięstwo nad siłami zła! Chcę i żądam, aby odtąd wszystko wokół mnie było odmierzone, dowiedzione, poświadczone, matematyczne i racjonalne. Trzeba będzie przystąpić do pomiarów wyspy, sporządzić pomniejszony obraz wszystkich jej ziem w rzucie horyzontalnym i wciągnąć te dane do katastru.
Chciałbym, aby każda roślina miała swoją tabliczkę, a każdy ptak swoją obrączkę, aby każdy ssak został naznaczony rozpalonym żelazem. I nie spocznę, dopóki ta nieprzenikniona, niezgłębiona wyspa, pełna tajemnego wrzenia i złowieszczego niepokoju, nie przekształci się w konstrukcję abstrakcyjną, całkowicie przejrzystą i czytelną na wylot! (…)

Barataria, wyspa Sancho Pansy

Nazajutrz Robinson położył podwaliny pod Muzeum Miar i Wag. Zbudował je w formie pawilonu, z najodporniejszych materiałów, jakie tylko mógł znaleźć: z płyt skały jaspisowej i bloków granitu. Umieścił tutaj na czymś w rodzaju ołtarza – zamiast bożków – i na ścianach – niczym eksponaty rozumowego rynsztunku – wzorce cala, stopy, jardu, kabla, kwarty, miarki, korca, galonu, drachmy, uncji i funta.

W dniu tysięcznym swego kalendarza Robinson przywdział uroczysty strój i zamknął się w swoim domostwie. Zajął miejsce przed pulpitem, który obmyślił i wykonał tak, aby można było na nim pisać na stojąco, w postawie pełnej szacunku i skupienia. Następnie otworzył największą z ksiąg znalezionych na „Virginii”, z których drukowane litery spłukała morska woda, i zaczął pisać:

KONSTYTUCJA WYSPY SPERANZA USTANOWIONA TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Z inspiracji Ducha Świętego, przyjętej i posłusznie wypełnionej zgodnie z nauką czcigodnego brata George’a Foxa, Robinson Cruzoe, poddany Jego Królewskiej Mości Jerzego II, urodzony w Yorku 19 grudnia 1737, zostaje mianowany gubernatorem wyspy Speranza, położonej na Oceanie Spokojnym między wyspami archipelagu Juan Fernandez a zachodnim wybrzeżem Chile. Ma on wyłączną moc ustanawiania i wykonywania praw na całym obszarze wyspy oraz jej wód terytorialnych, tak jak mu podyktuje wewnętrzne światło.
ARTYKUŁ II. Mieszkańcy wyspy obowiązani są myśleć, jeśli to już czynią, na głos, wyraźnie wymawiając słowa.
Objaśnienie. Utrata zdolności mówienia na skutek nieposługiwania się mową to najbardziej upokarzające z grożących mi nieszczęść. (…)
ARTYKUŁ III. Zabrania się załatwiania swych naturalnych potrzeb poza miejscami przeznaczonymi do tego celu.
Objaśnienie. Umieszczenie tej instrukcji w artykule III kodeksu wyda się z pewnością zaskakujące. Dzieje się tak dlatego, że Gubernator ustanawia prawa, w miarę jak dają się odczuwać określone potrzeby, a w związku z rozprzężeniem zagrażającym mieszkańcom wyspy należy jak najszybciej narzucić im pewną dyscyplinę w tej dziedzinie życia, która najbardziej zbliża ich do stanu zwierzęcości.
ARTYKUŁ IV. W piątki obowiązuje post.
ARTYKUŁ V. Niedziela jest dniem wolnym od pracy. W sobotę o dziewiętnastej należy zaprzestać wszelkiej pracy na wyspie, a jej mieszkańcy obowiązani są przywdziać do kolacji najlepsze odzienie. W niedzielę rano o dziesiątej mają się zejść w świątyni na medytację religijną nad tekstem Pisma Świętego.
ARTYKUŁ VI. Prawo palenia tytoniu przysługuje wyłącznie Gubernatorowi wyspy. Może jednakże to czynić tylko raz na tydzień, w niedzielę po południu bieżącego miesiąca, co dwa tygodnie w następnym miesiącu, wreszcie raz na dwa miesiące.
Objaśnienie. Dopiero od niedawna nauczyłem się palić porcelanową fajkę i znajdować w tym przyjemność. Niestety zapas tytoniu w baryłce może wystarczyć tylko na pewien czas. Należy go więc w miarę możności oszczędzać, aby nie popaść w nałóg, którego niezaspokojenie stałoby się później źródłem cierpienia.

Robinson zamyślił się na chwilę. Potem zamknął księgę Konstytucji, otwarł inny tom, również czysty w środku, i napisał drukowanymi literami na pierwszej stronie:

KODEKS KARNY WYSPY SPERANZA USTANOWIONY TYSIĄCZNEGO DNIA MIEJSCOWEGO KALENDARZA

ARTYKUŁ I. Uchybienia wobec Konstytucji podlegają dwóm karom: określonej liczbie dni głodówki bądź przebywania w jamie.
ARTYKUŁ II. Wszelkie przebywanie w bajorze jest zabronione. Przestępcy karani będą dwukrotnie dłuższym pobytem w jamie.

(…)

ARTYKUŁ VII. Wyspa Speranza zostaje ogłoszona twierdzą. Oddana jest pod dowództwo
Gubernatora, który otrzymuje stopień generała. W godzinę po zachodzie słońca obowiązuje
„wygaszenie ognia”.
ARTYKUŁ VIII. Ceremonia niedzielna ma się odbywać również w dni powszednie.
Objaśnienie. Z rosnącym zagrożeniem zewnętrznym powinno zawsze iść w parze odpowiednie
zaostrzenie etykiety. Komentarz zbyteczny.

Przed Rezydencją Robinsona, Muzeum Miar i Wag, Pałacem Sprawiedliwości i świątynią wznosił się teraz wał obronny z otworami strzelniczymi, zbudowany z ziemi wydobytej z fosy, która liczyła dwanaście stóp głębokości, a dziesięć szerokości i zataczała szerokie półkole od jednej do drugiej ściany groty. Dwa muszkiety skałkowe i pistolet dwururka leżały nabite przy trzech środkowych otworach strzelniczych. W razie natarcia Robinson mógł utrzymywać napastników w przeświadczeniu, że nie jest jedynym obrońcą tego miejsca. Szabla szturmowa i siekiera również znajdowały się w zasięgu ręki, lecz było rzeczą mało prawdopodobną, aby kiedykolwiek doszło do walki wręcz, gdyż przestrzeń w pobliżu wału najeżona była różnego rodzaju pułapkami. Przede wszystkim była seria rozmieszczonych w szachownicę lejów ze sterczącymi w środku palami o ostrzach zahartowanych ogniem, przykrytych kępami trawy ułożonej na cienkiej kracie z trzciny. Następnie na polanie, na którą wychodziła ścieżka prowadząca od zatoki, a więc w miejscu, gdzie napastnicy prawdopodobnie zatrzymaliby się na naradę, zanim by ruszyli dalej, Robinson zakopał beczkę z prochem, którą za pomocą konopnego lontu można było wysadzić w powietrze z bezpiecznej odległości. Ponadto kładkę nad fosą podnosiło się od wewnątrz.
Prace fortyfikacyjne utrzymywały Robinsona w silnym podnieceniu, które miało wręcz znakomity wpływ na jego samopoczucie fizyczne i psychiczne. Jeszcze raz przekonał się, że budowanie, organizowanie, ustanawianie praw to najlepsze lekarstwo na fatalne skutki nieobecności drugiego człowieka.
Co wieczór przed „wygaszeniem ognia” dokonywał obchodu w towarzystwie psa, który zdawał się rozumieć naturę niebezpieczeństwa zagrażającego jego panu. Potem odbywało się „zamykanie” fortecy. Kamienne bloki ustawione były w taki sposób, aby ewentualni napastnicy musieli wejść prosto na leje. Podnoszono „zwodzony most”, barykadowano wszystkie wejścia i rytuał „wygaszania ognia” dobiegał końca.
Robinson szykował kolację, nakrywał do stołu w swej Rezydencji i znikał w grocie. Po chwili wychodził stamtąd umyty, uperfumowany, uczesany, z przystrzyżoną brodą, ubrany w uroczysty strój.

Wyspa Ariela

Gdy pojawił się Piętaszek, uratowany z rąk wojowniczych Araukanów, pół Indianin, a pół czarnoskóry Afrykańczyk, Robinson, zgodnie z ideologią białych mężczyzn, uczynił z niego swego sługę i niewolnika. Piętaszek zgodził się na swoją rolę, nie rozumiejąc ani zasad, którym musiał się podporządkować, ani sensu ciężkiej pracy, którą musiał wykonywać. Za lenistwo i przewinienia groziły mu kary, ale były też nagrody – nagrodą było pół dnia wolnego od pracy.

A mimo to Piętaszek, samym swoim istnieniem, zaprzeczał istnieniu wyspy poddanej władzy gubernatora. O ile Robinson – Sancho Pansa – Gubernator był z gruntu istotą zrodzoną z żywiołu ziemi, jego sługa sięgał ku niebu, śpiewem, latawcem, żaglem, harfą eolską.

Było to zresztą zgodne z intuicjami Robinsona, który zapisał w dzienniku taką myśl:

Odcięty na wyspie, mógłbym się stoczyć do poziomu zwierzęcia, gdybym przestał wytwarzać, lub też przeciwnie, wytwarzając mogłem się stać czymś w rodzaju nadczłowieka, tym bardziej że społeczeństwo nie wytwarzało już dla mnie.
Dlatego też budowałem i nadal buduję, ale w rzeczywistości dzieło to dokonuje się na dwu różnych planach i w dwu przeciwnych kierunkach. Jeśli chodzi bowiem o moją działalność na powierzchni wyspy - rolnictwo, hodowlę, budownictwo, administrację, prawa itd., to podejmuję tu dzieło cywilizacji ściśle wzorowane na społeczeństwie ludzkim, a więc w jakimś sensie zwrócone ku przeszłości. Czuję jednak, że dokonuje się we mnie jakaś gruntowna ewolucja, że na gruzach, które pozostawia we mnie samotność, rodzi się nowe oryginalne rozwiązanie, mniej lub bardziej prowizoryczne, jeszcze niepewne, ale coraz słabiej przypominające pierwowzór człowieka, który je zrodził. Wydaje mi się rzeczą niemożliwą, aby ich narastająca rozbieżność powiększała się bez końca. Nieuchronnie nadchodzi czas, kiedy odczłowieczony Robinson nie będzie już w stanie być gubernatorem i budowniczym uczłowieczonego państwa.

Tak też się dzieje, gdy lekkomyślny Piętaszek, pozostawiony na chwilę sam sobie, wysadza w powietrze wszystko, co latami nagromadził skrzętny Cywilizator. Robinson oddaje przywództwo Piętaszkowi, podobnie jak Prospero zostawił swoją wyspę Arielowi. Piotruś Pan wygrywa z piratami. Młodzi, beztroscy chłopcy przejmują świat z rąk ciężkich, ponurych i zasadniczych mężczyzn. Tatuś Muminka wsiada na łódkę i odpływa. Na wyspach pojawiają się dziewczęta, Pippi Langstrumpf, Wendy, Greta Thunberg.

A zakończenia i tak nikt nie przewidzi 🙂

Miłej lektury.

***

Dziękuję Pijusowi, w którego biblioteczce znalazłam tę książkę po angielsku.

Mucha, czyli martwa natura z rękawicą

Ewa Maria Slaska

Moi kochani, postanowiłam, że przestanę się pastwić nad Kierkegaardem i już mu odpuszczę tę muchę, nad którą bezkarnie pozwalał się znęcać znudzonym chłopcom w szkole. Ale żebyście wiedzieli, że nadal kręcę się wokół tematu, jak wyglądał świat przed czasami internetu i jak dalece nasze pokolenie (“starych”) nie jest w stanie zrozumieć się z pokoleniem młodych, młodszych i najmłodszych (pokolenie “Z” – choć chyba powinni sobie zmienić oznaczenie, skoro od kilku tygodni litera Z oznacza zwolenników Putina – ciekawe, czy już zmienili?), usunęłam filozofa z nadtytułu i zostawiłam tylko “Muchę”. Teraz już tylko wtajemniczeni będą rozumieli, o co chodzi.

Mucha jest ważna. Znalazłam taki fragment u Canettiego w jego książce Über die Dichter (Hanser 2004, s. 28):

Welcher Dichter hat nicht zu seiner Fliege gesprochen?
Wen erkenne ich nicht an seiner Fliege?
Wer hält sich nicht eine Fliege, die für ihn trippelt?
*

Spacer po najgłębszej angielskiej prowincji

Idę na spacer po angielskim przedmieściu. Muszę podkreślić, że po angielskim, bo chyba ani w Niemczech, ani w Polsce taki przypadkowy spacer nie zaprowadził by mnie na pole golfowe. A tam na płocie taka czarna kompozycja.

Z tyłu za rękawicą jest jeszcze rodzaj uzdy czy kagańca, ale jakoś nie udało mi się tego sfotografować. Taśma, na której wisi ów kaganiec, ma napis Baskerville, więc może to wszystko wcale nie są atrybuty pola golfowego, tylko wybiegu dla psów. Dużych, czarnych, złych? Nie wiem, nie ma nikogo. Nikt nie gra w golfa, nikt nie wyprowadza psa. Jest wcześnie rano.

– Martwa natura, mówię, pokazując po powrocie to zdjęcie. Pierwsza martwa natura w historii sztuki.
– A czy martwa natura to nie jest obraz przedstawiający kwiaty i owoce?
Milknę, bo nie wiem, co powiedzieć. Co to jest martwa natura? Myślałam, że wiem, ale co to jest dzisiaj martwa natura?

Piszę w internecie “martwa natura” i zaiste, pojawiają się przede wszystkim kwiaty i owoce. Miły, kolorowy świat, nadający się do powieszenia w salonie. Dziś skromniejszy, na miarę naszych czasów, w Holandii (na obrazku poniżej) w XVII wieku bogatszy, ale przekazujący to samo uczucie – tak jest, tak ma być w szczęśliwym domu.

Owszem, na górnej ilustracji pojawia się Martwa natura z wędzidłem Herberta, ale na okładce są drzwi do domu, klucz, szczotka. Na dolnej z kolei jest czaszka, ale i koło niej jest kwiat, zresztą czaszka już chyba tak nie straszy jak kiedyś.

Zaczynam rozumieć pytanie, czarna rękawica i uzda na płocie to nie martwa natura. Wniosek jest jasny. Nie znam się.

Nie będę się upierać. W żadnej rozmowie w realu już się przy niczym nie upieram. Dopiero tu, blogu mój kochany, mogę jeszcze spróbować przypomnieć sobie i innym, co kiedyś znaczyła martwa natura.

Nie będę tu uprawiała profesorowania z zakresu historii sztuki. Każdy może sobie przeczytać wpis na Wikipedii, żeby zobaczyć, iż martwa natura (stil life, natura morta, Stilleben) wcale nie musiała służyć radosnemu upiększaniu szczęśliwego domu i mogła być alegorią, przestrogą, nauką, inwentaryzacją. Najsłynniejsze martwe natury, te pełne dorodnych kwiatów i owoców, potrafiły być, mimo to, przypomnieniem, że wszystko w życiu to marność (obrazy typu Vanitas) i że nie ciesz się człowieku, bo i tak umrzesz (obrazy typu Memento mori). Jak się przyjrzeć tym obrazom pełnym obfitości i bogactwa, można zauważyć, że niektóre kwiaty zwiędły, niektóre owoce nadgniły, chodzą po nich mrówki i gąsienice, latają muchy i ważki. Nic w życiu nie jest na zawsze, wszystko przeminie, wszystko przepadnie i zniszczeje.

Ale są też po prostu inne martwe natury, które przedstawiają coś innego, niż kwiaty i owoce.

Zacznę od tego, co było moim pierwszym skojarzeniem. Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawicami, pierwsza samodzielna martwa natura na świecie, bo były już wcześniej takie, które na przykład na jakimś portrecie zostały ustawione na stole, czy kredensie i często przedstawiały atrybuty portretowanej osoby: globus – astronoma, waga – kupca, pędzel i paleta – malarza. Jacopo der Barbari. Rok 1504.

***

Tytułowa martwa natura z książki Herberta, Martwa natura z wędzidłem, jest o ponad sto lat późniejsza (1614). Jej autorem był holenderski malarz Johannes van der Beeck, zwany Torrentiusem. Zarówno wędzidło, jak i znajdująca się na obrazie kartka z nutami utworu zwanego Temperance (Umiarkowanie) skłoniły historyków sztuki do uznania obrazu za Alegorię wstrzemięźliwości. Ale rzecz wcale nie jest taka pewna, bo mogło być zupełnie przeciwnie – w zapisie nut jest błąd, który wskazuje na przynależność artysty do różokrzyżowców i może sugerować, iż Torrentius, heretyk, bluźnierca, rozpustnik i awanturnik, malując pozornie obraz sławiący słynną holenderską powściągliwość, naprawdę sobie z niej zakpił.

Dodam jeszcze, że losy obrazu są nieznane. W XVII wieku należał do Karola I Stuarta, ale po śmierci króla obraz zniknął. Został odnaleziony w roku 1913 w mieście Enschede w Holandii, gdzie używany był jako wieko do beczki z rodzynkami. Od roku 1918 znajduje się w zbiorach Rijksmuseum w Amsterdamie.

***

Cornelis Norbertus Gysbrechts, malarz flamandzki (1660–1683) namalował ten świetny obraz zapewne około roku 1664. Gysbrechts był mistrzem takich właśnie martwych natur, które historycy sztuki nazywają bez większej inwencji Tablica na listy z… Ta jest z brzytwą i klepsydrą, ale może być z nożem, pędzlem i paletą, ważną deklaracją polityczną, narzędziami balwierskimi lub kieszonkowymi skrzypcami. Pełna inwentaryzacja martwych natur Gysbrechta, z których żadna nie jest tylko bukietem kwiatów lub paterą z owocami, znajduje się TU; zalicza się je do kategorii Trompe l’Oeil, czyli złudzenie optyczne.

***

Trwa wojna Putina przeciw Ukrainie. Jeszcze w miejscu, gdzie żyjemy, niebo jest niebieskie, a na zielonej murawie kwitną niewinne stokrotki. Ale trawę otacza płot, a czarne rękawice za chwilę mogą się nam zacisnąć na szyi, tak jak od wielu tygodni dławią Ukrainę.
Ewa Maria Slaska, Martwa natura z kagańcem i rękawicą do poskramiania psów, 2022.

*
Jakiż poeta nie rozmawiał ze swoją muchą?
Kogóż to nie rozpoznam po jego musze?
Któż nie trzyma muchy, by za niego dreptała?

Mhm, sorry, reblog o… końskiej dupie

Reblog z wpisu opublikowanego 21.09.2020 na Facebooku

Ten wpis to absolutna gratka dla antropolożek kultury, ale innych też zafascynuje

Patryk Matuła

Takich przykładów pewnie da się znaleźć więcej 😉

1. Amerykański standard szerokości torów kolejowych (odstępu szyn) wynosi 4 stopy, 8,5 cala. Prawda, że to dziwaczna liczba? A czy wiesz dlaczego taki właśnie standard się stosuje?

2. Ponieważ w ten sposób buduje się linie kolejowe w Anglii, a właśnie angielscy przybysze budowali amerykańskie linie kolejowe. Dlaczego jednak Anglicy budowali je właśnie tak?

3. Ponieważ pierwsze linie kolejowe, budowali ci sami ludzie, którzy budowali wcześniej linie tramwajowe, a tam właśnie stosowano ten standard. Dlaczego jednak stosowano tam ten standard?

4. Ponieważ ludzie, którzy budowali linie tramwajowe, używali tych samych szablonów i narzędzi, jakich używali przy budowie wagonów tramwajowych, które miały taki odstęp kół. W porządku! Ale dlaczego wagony miały taki właśnie dziwaczny odstęp kół?

5. No cóż, gdyby próbowali zastosować jakiś inny odstęp, łamaliby pewną starą zasadę budowy dalekobieżnych dróg angielskich, ponieważ mają one taki właśnie odstęp kolein na koła. Któż to budował te starodawne drogi z koleinami?

6. Pierwsze dalekobieżne drogi w Europie (i Anglii) zbudowało Imperium Rzymskie dla swoich legionów. Drogi te są w użyciu dotychczas. Ale skąd te koleiny?

7. Pierwotne koleiny uformowały rzymskie rydwany wojenne; każdy inny użytkownik tych dróg musiał się dostosować do nich, gdyż inaczej uszkodziłby koła swoich pojazdów. Ponieważ rydwany były wykonywane dla Imperium Rzymskiego, były one wszystkie do siebie podobne jeśli idzie o rozstęp kół.

Jak widać amerykański standard odstępu szyn kolejowych: 4 stopy i 8,5 cala, pochodzi od parametrów technicznych rzymskich rydwanów bojowych. A biurokracja jest wieczna. A więc następnym razem, kiedy dostaniesz do ręki jakąś dokumentację techniczną i zaczniesz podejrzewać, że może ona mieć coś wspólnego z końską dupą, będziesz mieć absolutną rację, ponieważ rzymskie rydwany wojenne były konstruowane tak, aby ich szerokość była dostosowana do sumarycznej szerokości zadów dwu koni bojowych😃.

A teraz małe rozwinięcie tematu…

Kiedy spoglądasz na kosmiczny wahadłowiec na stanowisku startowym, widzisz dwie duże rakiety startowe przymocowane po bokach głównego zbiornika paliwa. Są to rakiety na paliwo stałe, w skrócie: SRB, produkowane w firmie Thiokol, w Utah, w U.S.A. Inżynierowie, którzy projektowali SRB woleliby, aby były one nieco grubsze, ale… SRB transportuje się z wytwórni na stanowisko startowe koleją. Tak się złożyło, że linia kolejowa biegnie na pewnym odcinku przez tunel wydrążony w górze. Rakiety muszą się zmieścić w tym tunelu. Tunel jest tylko odrobinę szerszy niż linia kolejowa, a linia ta, jak już wiesz, ma szerokość dwu końskich tyłków. Tak więc jeden z głównych szczegółów konstrukcyjnych kosmicznego wahadłowca, być może najbardziej zaawansowanego systemu transportowego na świecie, został zdeterminowany ponad dwa tysiące lat temu przez szerokość końskiej dupy.

xD

Der süsse Donnerstag

Joasia Rubinroth

DER SÜSSE DONNERSTAG

SWEET THURSDAY

SŁODKI CZWARTEK

Bevor es in die Askese geht, schnell noch ein Lobgesang auf den Zucker!

ZUCKER IST etwas göttliches, Zucker ist etwas tröstliches, Zucker ist ein Sehnsuchtsort, Zucker bedeutet Wärme, Vertrauen, Geborgenheit, geradezu Glück. Der lang ersehnte Lolli, der rosa Kaugummi, die Schokolade die Tränen trocknet.

Marcel Proust, der sein ganzes Leben lang auf der Suche nach dem Geschmack der Madelaine war. Ein Geschmack aus der Kindheit, der wir unser Leben lang nachjagen.

Manche behaupten, jeder Mensch suche sein Leben lang seine eigene private Madelaine…

Angeblich kommen in der Bibel und im Koran kein Zucker vor. Der indische Gott Krishna hingegen ist vernarrt in die Süßigkeit Laddu, süss, buttrig, mit dem exotischen Geschmack von Kardamon:

(c) public domain

Wie unterschiedlich fällt der Vergleich des sinnlichen Happy Buddha der mit seinem dicken Bauch aussieht, als würde er von morgens bis abends kichernd süß, sweet und umami in sich reinstopfen, gegen den armen ausgemergelten Jesus aus…

Zucker bedeutet das Gegenteil von bitter, also von giftig, Zucker bedeutet Vertrauen. Das Gehirn hat die Erfahrung aus der Steinzeit noch gespeichert. Fruchtwasser und Muttermilch schmecken süß.

Mit Zucker verbinden wir Lob, Belohnung, Geselligkeit. Ein Geburtstag ohne Torte? Ein Namenstag? Eine Hochzeit? Weihnachten ohne Zimtstern und Ostern ohne Mazurki und Zuckerlamm?

In Zucker eingelegt wurden die ersten exotischen Obstsorten nach Europa gebracht und 1412 hat ein Kalif eine Moschee aus Zucker bauen lassen, die die Bettler verspeisen durften.

Und des Zuckers Formel, die chemische Formel von Saccharose, diese zwei sich an den Händchen lieblich haltenden Kügelchen!

Ach, Zucker, wenn er doch nicht diese verfluchte andere, finstere, Seite hätte… die Seite die zerstört, und manche von uns zu willenlosen Zombies verwandelt…

PS.

Vielleicht war Eva auch einfach nur von der Süße der Apfelfrucht angelockt, vielleicht ging es gar nicht um die Erkenntnis…

PPS.

Ein Lied, das mit Zucker lockt, in black & white.

White:

Black:

PPPS a propos black:

Das Gedicht von OGLALA LAKOTA:

“When I’m born I’m black, when I grow up I’m black, when I’m in the sun I’m black, when I’m sick I’m black, when I die I’m black, and you… when you’re born you’re pink, when you grow up you’re white, when you’re cold you’re blue, when you’re sick you’re blue, when you die you’re green and you dare call me colored”

Tańcząc w Operze z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Będzie i dobrze, i marudnie

Zacznę od dobrze. Poszłam do opery na balet Don Kichot i było bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Idźcie koniecznie. Do Wigilii włącznie jest masa przedstawień. Muzyka jest piękna, tancerze doskonali, kostiumy cudowne.

Wprawdzie historyjka opowiedziana jest słabiutka i z samym panem Kichotem nie ma niemal nic wspólnego, ale to już nie jest wina twórców przedstawienia. Taka już uroda tego baletu sprzed 150 lat, że wspaniale opowiada słabą historyjkę.

Przedstawienie było więc cudownie piękne, a wokół nagromadziło się trochę spraw, które wydały mi się dziwne, a nawet… dziwaczne. Teraz więc trochę pomarudzę, a przede wszystkim okażę zdziwienie.

Don Kichot (Don Quixote) w tej inscenizacji miał premierę 16 lutego 2018 roku; widziałam spektakl przedwczoraj, czyli od premiery minęły prawie trzy lata, i był to dopiero trzynasty spektakl. Dlaczego tak niewiele razy wystawiono tego Don Kichota? Jest przecież świetny, ma wspaniałe recenzje, publiczność jest zachwycona, o czym świadczy sala tak pełna, jak tylko podczas pandemii może być pełna sala dużej instytucji kulturalnej.

Dziwne.

Ludzie przed przedstawieniem i po przerwach gromadzą się przy kanale dla orkiestry, żeby patrzeć jak tam, w głębi muzycy stroją instrumenty. Gdy gaśnie światło, siadają, ale gdy słychać kroki nadchodzącego dyrygenta, klaszczą.

Dziwne.

Głowa dyrygenta wystaje nieco ponad balustradę kanału dla orkiestry. Siedziałam prawie naprzeciwko i gdy głowa się czasem obracała, jej oczy patrzyły prosto na mnie.

Czułam się dziwnie.

Balet jest złożony z etiud. Po każdej publiczność klaszcze jak oszalała, a tancerze się kłaniają i dziękują. Tak się zachowują widzowie w teatrzykach wodewilowych albo w cyrku, ale też występy są tam tak właśnie koncypowane. W “prawdziwym” teatrze czy “prawdziwej” operze nikt dawniej nie odważyłby się przerwać toku przedstawienia oklaskami. Niekiedy przed rozpoczęciem ktoś w imieniu twórców prosił, żeby, Boże uchowaj, nie klaskać w trakcie, podobnie zresztą jak proszono o to, żeby wyłączyć komórki i nie kasłać w przerwach między jednym a drugim fragmentem spektaklu. Przedwczoraj nikt nie kasłał, ale wszyscy klaskali.

Dziwne. Dlaczego ludzie klaskali jak dzieci w cyrku? Grotowski podobno był wręcz urażony, jeśli ktoś klaskał PO spektaklu, bo jego zdaniem znaczyło to, że sztuka, którą obejrzał, nie powaliła go. Gdyby ktoś klaskał w czasie spektaklu, to mistrza by chyba apopleksja zabiła.

W przerwie przeczytałam opis wystawy pt. Caretaker’s Lounge, berlińskiej rzeźbiarki, Iny Weber. Była pokazywana w holu gmachu Opery (Deutsche Oper) we wrześniu. Już jej nie ma, ale nie szkodzi. Pozostał opis i kolejny powód do zdziwienia. Artystka pisze, iż swoją wystawą w Operze chce złożyć hołd tym, którzy troszczą się o ten budynek, przyklejają naderwane listwy, wymieniają żarówki, polerują klamki, myją podłogi, trzepią dywany. Piękne przesłanie. Po przerwie wracam na salę. W przejściu po lewej widzę podest z oderwanym dużym kawałem okleiny, spod której wystaje jakiś drut. To nie jest zniszczenie ukryte w jakimś kącie, nie, ono się naprawdę rzuca w oczy.

Mam wrażenie, że artystka wie, o czym mówi, jest bowiem rzeźbiarką, a rzeźbienie to ciężka, żmudna i brudna praca. Trzeba więc sprzątać. Ale oprócz Ingi Weber wystawę przygotowało co najmniej trzech mężczyzn, kuratorów, wyjaśniaczy, dyrektorów. Zapewne dobrze zarabiają i może nigdy nie musieli pastować podłóg, wbijać gwoździ i smołować dachu. Możliwe również, że, podobnie jak przywódczyni polskiego Strajku Kobiet (niestety), nie wiedzą, co to znaczy, kiedy ktoś zniszczy twoją właśnie ukończoną (ciężką!) pracę. Myślę, że żaden z tych dobrze ustawionych w życiu mężczyzn nigdy naprawdę nie rzucił okiem na świat, który ich teoretycznym zdaniem wymaga ustawicznej troski, bo zawsze o ten świat troszczył się ktoś inny, ktoś, komu płacimy znacznie gorzej, niż sami zarabiamy i kto przeto być może nie czuje już, że trzeba by naprawdę okazywać troskę, a wykonuje tylko to, co mu zlecił przełożony, albo co zostało ujęte w regulaminie. Sądzę, że czasy prawdziwej troski o człowieka, mebel czy budynek w miejscu publicznym dawno minęły. Ale i tak wydaje mi się dziwne, że w tym samym miejscu można mieć gęby pełne frazesów o niezauważanej przez nikogo pracy i nie zauważyć, że ten, kto ją tu i teraz wykonuje, jest zapewne źle płatnym robotem, który nie wie nawet, co to jest taka troska, bo i o niego nikt się nie troszczy.

Tak zatem dziwnie i dziwacznie ma się teoria sztuki do rzeczywistości. Podobnie zresztą jak się dziwnie i dziwacznie mają sprawy kobiece do sprzątania. Tak się mają, że w spolaryzowanym świecie, jeśli jesteś przeciwko PiS-owi, to nie masz prawa skrytykować Marty Lempart za jej stosunek do sprzątaczki w incydencie z czerwoną farbą. A co ja poradzę, że jestem za tym, żeby nawet w takiej gorącej sytuacji Marta Lempart i Sprzątaczka się porozumiały, a nie żeby ta “lepsza” była “lepsza” od tej “gorszej” i “niżej stojącej”? Nawet jeśli pojawienie się sprzątaczki przed siedzibą PiS-u było prowokacją.

Rzeczywistość skrzeczy.

Na niebiańskich łąkach

Ewa Maria Slaska

Pisałam już tu o pewnej kobiecie, która po śmierci chętnie udałaby się na łąkę, czy nawet tylko łączkę. Zaintrygowała mnie ta myśl. Sama zamierzam się dostać do miejsca, gdzie żyją dusze, które osiągnęły nirwanę, wciąż jednak pamiętam, że w Grecji jest to nazwa firmy produkującej lody, czego się dowiedziałam, gdy na promie z Aten na wyspę Kos obudził mnie w środku nocy wrzask niezadowolonego dziecka, ja chcę nirwanę, ja chcę nirwanę, dlaczego nie ma nirwany?

Co do możliwości uzyskania nirwany buddyjskiej, założyłam, że wystarczy nauczyć się od tego dziecka tego jednego zdania i przez cały czas pośmiertnej wędrówki, która trwać będzie 40 dni, powtarzać je z uporem godnym najlepszej sprawy. Zdanie to brzmi oczywiście “chcę”, ale poprzedza je długa lista tego, czego nie chcę – nie chcę wracać na ziemię, nie chcę nowej mamy i taty, nie chcę czekolady, lizaka ani jakichś tam byle jakich lodów, ja chcę nirwany. Jeśli uda nam się uniknąć pułapek chcenia czegokolwiek innego i potrafimy stawić czoła demonom, które będą nas straszyć, jak im się nie uda zaprosić nas na lody po dobroci, jak zatem przetrwamy 40 dni uporczywie powtarzając “nie chcę”, wylądujemy w nirwanie i będziemy mieli z głowy. Pamiętajcie – “ja chcę nirwanę!” Nauczyłam się tego 50 lat temu temu, czytając Bardo Thodol, tybetańską księgę śmierci, i jeśli ktoś wyniósł z tej lektury inne nauki, to proszę bardzo – ja od pół wieku trenuję się tylko w tej jednej umiejętności – “ja chcę nirwanę!” – i liczę na to, że mi się uda. Jak tam, w tych nirwańskich zaświatach będzie – nie mam pojęcia. Może to będzie łąka.

Tylko, że moi drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki rzecz jasna też) ta łą(cz)ka to wcale niełatwa sprawa, przynajmniej w moim przypadku. Na prawdziwej łące są kwiaty, ale są też kamienie, komary, mrówki, krowie placki i krecie dołki. Moje doświadczenie mi mówi, że na łąkę lepiej patrzeć niż na niej być. Pozostały mi w pamięci trzy znamienne łąki. Były na nich owady i krowy i nie chciałabym, żeby były też w zaświatach.

Pierwsza była dawno temu. Miałam może 10 lat, może 11. Pojechałyśmy na wycieczkę z moją cioteczną babką, Karusią. Miałyśmy do przejścia wielką łąkę. Nota bene była to łąka, na której zobaczyłam pierwszą w życiu rosiczką – roślinkę, która pożera muchy. Ta łąka to był to mój ulubiony krajobraz – wielka pusta przestrzeń pod wielkim sklepieniem niebieskim. W oddali widać było pojedyncze krowy. Biegłam sobie po łące, podskakując i zrywając kwiatki. Aż wpadłam prawą stopą w dołek, lewa natomiast dalej sobie biegła, co sprawiło że prawa się zwichnęła. Krowy, które przedtem pasły się daleko, teraz zaczęły się zbliżać, a ja uciekałam przed nimi kuśtykając.

Byłyśmy na tej łące same we dwie – jedenastoletnia dziewczynka i sześćdziesięcioletnia kobieta. Samochód stał daleko na szosie, kierowca pewnie oparł głowę o kierownicę i drzemał. Nie wiem, co zrobiła Karusia i jak nas obie zabrała z tej wielkiej pustej łąki, jak wróciłyśmy od krów do cywilizacji.

Łucja Prus i jej autor, Marek Jackowski nie mieli racji, gdy ułożyli piosenkę o tym, że nic dwa razy się nie zdarza. Nieprawda. Wszystko zdarza się co najmniej dwa razy. Na drugiej łące mojego życia też były krowy. TU to opisałam. Za to na trzeciej były, tak jak na pierwszej – owady.

Pojechałam do Dobroszyna nad Wartą, czyli dawnego niemieckiego pałacu w Tamsel, na mszę polsko-niemiecką. Była to wzruszająca uroczystość, ale przyjechałam po nieprzespanej nocy i przez całą mszę patrzyłam tęsknie za okno na śliczną gładką zieloną trawę w cieniu wielkich dębów i myślałam o tym, jak cudownie byłoby się tam położyć i zasnąć. Jak tylko msza się skończyła, popędziłam na łąkę. Zasnęłam natychmiast i obudziłam się po 15 minutach niemiłosiernie pocięta przez meszki, te straszne, małe krwiożercze komarki, które są w stanie zagryźć krowę.

Ale dość już opowieści o moich łąkach pełnych krów i much. Na pewno są i inne łąki. Sięgam po powieść Johna Steinbecka, świetnego pisarza amerykańskiego, ongiś bardzo sławnego (w roku 1962 dostał Nobla), a dziś sama nie wiem – Pastwiska niebieskie (The Pastures of Heaven). Te Pastwiska Niebieskie to miejsce, gdzie w XVIII wieku hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok:
… u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii. Ale i tu, tak jak na moich łąkach, to co z zewnątrz wydaje się sielanką, od środka pełne jest konfliktów, zła i cierpienia. Bo zaprawdę jest tak jak mówi w Biblii Prorok Jeremiasz (9.9): Podnieście płacz i narzekanie na górach, a na niwach stepu pieśń żałobną, gdyż są wypalone tak, iż nikt tamtędy nie przechodzi i nie słychać tam porykiwania stad, nie ma ptactwa niebieskiego ani bydła, uciekły, zbiegły!

Nota bene w Biblii nie ma w ogóle tych obiecanych pastwisk niebieskich (po angielsku też ich nie ma), w obu językach są jedynie zielone pastwiska, zielone łąki lub zielone niwy w (moim ulubionym psalmie) 23.

Tak śpiewają ten psalm młodociani przestępcy w filmie Jana Komasy Boże Ciało (tylko pamiętajcie, żeby tu wrócić, jak skończy się trailer):

https://www.facebook.com/bozecialofilm/videos/466863190571713/

A tak młodzi ufni ludzie, którym się w życiu powiodło:

Barataria in Berlin (Reblog)

Ideengeber war für diesen Beitrag Tibor Jagielski. Danke!
Autor: Hans Block

Hörspiel vom 5. Oktober 2021, nach Cervantes

Don Don Don Quijote – Attackéee

Miguel de Cervantes‘ berühmte Romanfigur zieht es vor, im krisengeschüttelten, feudalen Spanien die Wahrheit seiner alten Ritterromane zu leben. Der „Ritter von der traurigen Gestalt“ konstruiert sich eine fast perfekte eigene Welt.

Don Quijote mit Sancho Panza vor einer Windmühle (picture-alliance / dpa / Antonius)

Don Quijote macht sich auf, um Abenteuer zu erleben, die ihm in seinem maroden Kaff versagt sind. Auch im Hörspiel und nach 500 Jahren scheint seine Geschichte eine verheerende Wirkung zu haben. Infiziert von einer neuen Ausstrahlung der Taten des heldenhaften Ritters werfen hunderte Hörer ihre bürgerliche Identität über Bord, stülpen sich die Maske des Don Quijote über und ziehen in die Schlacht unter dem Motto: „Die Welt ist veränderbar!“

Hörspiel

Und das alles spielt sich in Berlin ab. Die Autor*innen des Hörspiels fanden sogar einen “wahren” Don Quijote in Berlin, der sich nur auf dem Pferd bewegt und dem gängigen System, den wir im Allgemeinen Rattenwettrennen nennen, den Rücken kehrt. Der wurde für das Hörspiel gar interviewed, aber leider ist dieses Hörspiel nicht nur Reblog, dh. leider nicht “mein Ding”, sondern auch Wiederholung vom Jahre 2014. Nach sieben Jahren gibt es in Berlin keinen auffindbaren Don Quijote. Nur Kneipen.


Reihe: Busch-Funk
Don Don Don Quijote – Attackéee
Von Hans Block
Regie: Hans Block
Mit: Stefan Kolosko, Lisa Hrdina, Jan Breustedt, Matthias Mosbach, Max Meyer-Bretschneider, Alexander Höchst u.a.
Ton und Technik: Albrecht Panknin, Studio Zpiao
Mentorin: Elisabeth Panknin
Produktion: Deutschlandfunk in Kooperation mit der Schauspielschule Ernst Busch 2014
Länge: 46‘02
Eine Wiederholung vom 24.06.2014


Hans Block, geboren 1985 in Berlin, arbeitet als Theater- und Filmregisseur, Musiker, sowie Hörspielautor und -regisseur. Das Hörspiel „Don Don Don Quijote – Attackéee“ wurde 2015 mit dem Grand Prix Marulić ausgezeichnet.

Reblog: Diuna w popkulturze

Aru

Diuna w reżyserii Denisa Villeneuve’a skłoniła mnie do ponownego sięgnięcia po książki Franka Herberta. Może ich język nie wytrzymuje próby czasu i z pewnością osoby urodzone już w wieku XXI będą miały z nią nieco problemu, ale kiedy się przyjrzeć jej zawartości, to cykl Kronik Diuny należy uznać za genialny i wizjonerski. Frankowi Herbertowi udało się wykreować niezwykle barwny, wielowymiarowy, a przede wszystkim bardzo ciekawy świat. Wykorzystując konwencję SF snuje swoje przemyślenia na temat polityki, religii, nauki, kultury i filozofii. Ja sam wracając do Diuny po przeszło dwudziestu latach, zupełnie inaczej ją odczytuję niż kiedy zetknąłem się z nią po raz pierwszy na przełomie tysiącleci (ależ to brzmi kosmicznie). Chociaż kiedy obserwuję współczesnych polityków i to nie tylko tych polskich, to ich działania są wyjątkowo prymitywne i daleko im do subtelnych niuansów wielkiej politycznej gry prowadzonej w książkach Herberta. Uważam, że to nie tylko jedna z najlepszych książek SF, jakie dotąd powstały. Kroniki Diuny należą do najważniejszych powieści XX wieku, które poprzez konwencję SF pozwalają przyjrzeć się naszej rzeczywistości.

Jednak to nie książce chciałem poświęcić swój dzisiejszy wpis, tylko jej wpływowi na popkulturę, który jest naprawdę spory. No ale ta genialna powieść ukazała się 56 lat temu, więc świat kultury popularnej miał dość czasu, aby móc ją przełożyć na swój język.

Kiedy George Lucas pracował nad swoją wizją tego, co wydarzyło się dawno temu w odległej galaktyce, tworząc Star Wars musiał być pod ogromnym wpływem książek Franka Herberta. Pustynna planeta, tajemnicze zakony, elitarne oddziały wojska i organizacja państwa żywcem przeniesiona z Imperium Romanum, z którą walczy ruch oporu, to wszystko pojawiło się najpierw właśnie w Diunie.

Jedno z najbardziej znanych zdań z książki Herberta „Kto kontroluje przyprawę, kontroluje wszechświat” w zmienionej wersji pojawia się m.in. w serialu Miasteczko South Park ( „Ten, kto kontroluje nadzienie, kontroluje wszechświat”), animacji Trolle („Kto kontroluje trolle, kontroluje królestwo!”), Rick i Morty („Ten, kto kontroluje spodnie, kontroluje galaktykę!”) Wielkie pustynne stwory przypominające arakańskie czerwie pojawiają się w Soku z żuka, SpongeBob Kanciastoporty, Chuck, Mroczne przygody Billy’ego i Mandy, Pora na przygodę!, Futurama. W Simpsonach Klaun Krusty chce sfilmować powieść zatytułowaną The Sands of Space, a Lisa Simpson po zjedzeniu ostrej potrawy ma wizję dokładnie tak jak Paul Atryda.

Nawiązania do powieści Franka Herberta pojawiają się także w grach. W 1992 r. ukazała się gra Dune, która łączyła elementy przygodówki i strategii. Z jednej strony była ona mocno oparta na książce, ale także mocno nawiązywała do filmu Lyncha. Co ciekawe w tym samym czasie konkurencyjne studio stworzyło swoją wersję, która ukazała się jako Dune II: Battle for Arrakis, była to już klasyczna strategia. Podobnie jak wydana sześć lat później Dune 2000, która właściwie była Dune II w nieco poprawionej oprawie, co sprawiło, że gra nie cieszyła się dużym powodzeniem, chociaż sam pamiętam, że spędziłem przy niej nie jedną, całkiem przyjemną godzinę. Na początku naszego stulecia francuskie studio Cryo Interactive planowało wydanie całej serii gier osadzonych w świecie wymyślonym przez Franka Herberta. Zanim jednak firma zbankrutowało, udało się wydać jedną z nich Frank Herbert’s Dune, natomiast Dune Generations i Dune: Ornithopter Assault krążyły w sieci w formie nielegalnych plików. Co ciekawe przy okazji nowej ekranizacji książki nikt nie pokusił się o to, aby stworzyć jej odpowiednik w postaci gry. A szkoda, bo Diuna jest na tyle bogata, że na jej podstawie mogłoby powstać co najmniej kilka interesujących projektów. Za to w tytułach, które nic wspólnego z Diuną nie mają, pojawiały się niewielkie nawiązania do książki. W grze Fallout mamy lek o nazwie Mentats, który zwiększa funkcje pamięci (nawiązanie do mentatów, czyli ludzkich komputerów). Z kolei w Far Cry 3 znaleźć można kolekcjonerską kartę, która opisuje narkotyk o nazwie Spice, umożliwiająca podobnie jak książkowa przyprawa (w oryginale właśnie spice) podróże międzygwiezdne. Za to w grze Sudden Strike 4 spotykamy żołnierza, który mówi: „Miałem dziwny sen ostatniej nocy. Niebieskoocy ludzie kontrolowali gigantyczne robaki i walczyli o przyprawę na piasku”, to właściwie opis ważnej części fabuły książki.

Także wielu muzyków inspirowało się prozą Franka Herberta. Motywy z Diuny odnajdziemy m.in. w kompozycjach Iron Maiden, Davida Bowie, Tool, 30 Seconds to Mars. Były także bardziej awangardowe rzeczy, jak płyty w całości poświęcone książce, wydane przez Davida Matthews’a, Richarda Pinhasa, Klausa Schulze’a, czy projekt ZED. Z kolei Fat Boy Slim w piosence Weapon of Choice nawiązuje do pustynnego chodu Fremenów.

A na koniec mała ciekawostka. Szukając informacji do tego wpisu znalazłem perfumy Dune, dzięki którym za nieco za niecałe 300 zł. każdy może poczuć zniewalający zapach planety Arrakis.

PS od Adminki: znalazłam kilka produktów Diora o nazwie Dune – ceny bardzo różne, ale powiedzmy, że za 100 euro na pewno coś się dostanie.

Imieniny Don Kichota

Ewa Maria Slaska

To on, prawda? Don Kichot. Czasem się go spotyka w normalnym życiu. Już pokazywałam na tym blogu moich przyjaciół – Don Kichotów, kompozytor Michał Talma Sutt i Arek Łuba, dziennikarz, Marek Maj, poeta, teraz pojawił się kolejny, gdański malarz Czesław Tumielewicz.

Zastanawiałam się jak tego znalezionego przypadkiem na Facebooku zaprzyjaźnionego Don Kichota umiejscowić na blogu. Oczywiście jako założycielka szlachetnej gałęzi nauki zwanej baratarystyką nie muszę w ogóle uzasadniać, dlaczego piszę o Don Kichocie, utopiach, Sancho Pansie, czy wiatrakach. Piszę, bo taką mam ochotę. Ale nawet w tej beztroskiej dowolności, gdy muszę, chcę, powinnam wybrać jakiś dzień, zastanawiam się nad tym, który. Tym razem zastanowiłam się nad imieniem Don Kichota. Bo czy my w ogóle wiemy, jak on miał na imię? Znawca po chwili zastanowienia wykrzyknie zadowolony: wiem, Alonzo! I tak też właśnie jest. Alonso Quixano ( Alonso Quijano). Ale, hola, to wcale nie jest takie znowu proste. Bo nasz bohater ma nazwisko w miarę od początku powieści, ale właściwie od razu jest ono przerobione na jego przybrane imię Pan Kichot, natomiast imię – Alonso Quijano – pojawi się dopiero w ostatnim rozdziale II części i wcale nie po to, żebyśmy my jako czytelnicy wiedzieli wreszcie po 15 latach i stu rozdziałach, z kim mieliśmy do czynienia? Nie, imię pojawia się z przyczyny znacznie bardziej skomplikowanej. Oto pomiędzy wydaniem części I (1601 rok) a drugiej (1615) pewien plagiator-uzurpator, Alonso Fernández de Avellaneda, wydał w roku 1614 swoją wersję przygód Don Kichota i podał tam również jego imię: Martín Quijada. Tego Cervantesowi było doprawdy za wiele i ze świętego oburzenia na oszusta napisał był część drugą swej opowieści o chudym rycerzu na chudym koniu. Pod koniec części II Don Kichot dowiaduje się o tym, że istniej fake jego dziejów, który głosi między innymi, że ma na imię Marcin i że przestał kochać Dulcyneę z Toboso. Cervantes poświęca sporo miejsca dyskusji z plagiatorem i prostuje wszystkie jego supozycje. Stąd właśnie również “prawdziwe” imię: Alonzo, zauważmy przy tym, że jest to imię jego adwersarza.

W dwóch tłumaczeniach Don Kichota na polski, u Zakrzewskiego i u Charchalisa, imię bohatera w ogóle się nie pojawia, ale zawsze można liczyć na wierność i dokładność tłumaczenia Anny Ludwiki Czerny i Zygmunta Czerny (Warszawa PIW 1955):
“Naprawdę umiera i naprawdę jest zdrów na umyśle Alonzo Quijano Dobry. (…) Panowie – rzekł Don Kichote – powoli, powoli, bowiem w gniazdach zeszłorocznych nie ma w tym roku ptaków. Byłem szaleńcem, teraz jestem zdrów na umyśle; byłem Don Kichotem z Manczy, dziś jestem Alonzo Quijano Dobry. Oby mój żal i prawda przywróciły mi szacunek, jaki ichmościowie żywiliście dla mnie (…;) proboszcz poprosił notariusza, aby poświadczył, że Alonzo Quijano Dobry, zwany powszechnie Don Kichote z Manczy, rozstał się z życiem doczesnym i zmarł naturalną śmiercią; prosił o to zaświadczenie, chcąc zapobiec, aby jakiś inny autor, prócz Sidi Hameta Ben Engelego*, nie wskrzesił go oszukańczo i nie pisał niemożliwych historii jego przewag.”

Dodajmy jednak, że Alonso / Alonzo jest samodzielnym imieniem, ale wcale nie tak samodzielnym jak np. Gustaw czy Konrad, bo okazuje się, że jest to forma oboczna, głównie włoska lub rzadziej hiszpańska, męskiego imienia Alfons, co w starogermańskim oznaczało “szlachetny”.

Nie wiem, czy interesuje nas pochodzenie imienia Alonzo od Alfonsa, zwłaszcza że z Alfonsem jest nam trochę nie po drodze, głównie dlatego że to imię zostało ośmieszone w komedii Monsieur Alphonse Aleksandra Dumasa (syna), wydanej w 1873 r. Pan Alfons był sutenerem, co sprawia, że obecnie imię Alfons jest w Polsce rzadko nadawane. Nadal jednak należy do imion często występujących m.in. w Hiszpanii.

A zatem Alonzo czy Alfons? Czyli kiedy miał(by) imieniny Don Kichot?

Dla osób noszących dane imię najważniejsze jest pytanie, czy był święty jego imienia, bo wtedy obchodzi się imieniny w dniu śmierci patrona. W języku kościelnym mówi się, że danego świętego “się wspomina” tego właśnie dnia. A święty był i to po pierwsze był Hiszpanem z czasów Cervantesa, a po drugie akurat dziś przypada (w miarę) okrągła rocznica jego śmierci – 430.

Alfons de Orozco, właśc. Alonso de Orozco (ur. 17 października 1500, zm. 19 września 1591 w Madrycie) – hiszpański ksiądz i augustianin, święty Kościoła katolickiego.

Urodził się w szlacheckiej rodzinie. Studiował na Uniwersytecie w Salamance. Złożył śluby zakonne w 1523 roku, a w 1527 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W 1549 roku wyruszył jako misjonarz do Meksyku, jednak ciężko zachorował i musiał wrócić do kraju. W 1554 roku król Karol V Habsburg mianował go królewskim kaznodzieją, a ten przeniósł się do Madrytu.

Zmarł 19 września 1591 roku – mając 90 lat – w opinii świętości.

Został beatyfikowany przez papieża Leona XIII w dniu 15 stycznia 1882 roku, a kanonizowany przez Jana Pawła II w dniu 19 maja 2002 roku.

Lubię takich świętych, którzy po prostu byli dobrymi ludźmi. Takich, których nikt nie umęczył i nie udręczył, ale też nie byli bogaczami, co to fundując klasztory i kościoły “zarobili sobie” na świętość. Do moich ulubieńców należeli dotąd św. Franciszek, św. Antoni i św. Martin de Porres, teraz dochodzi jeszcze do tej listy św. Alonzo.

My, czytelniczki książek Lucy Maud Montgomery, znamy to imię przede wszystkim z trzeciego tomu książek o Ani z Zielonego Wzgórza. Ania wyjeżdża do Redmondu na uniwersytet i poznaje tam piękną Izabelę Gordon, która przyjechała na studia, ponieważ nie mogła się zdecydować, za którego z dwóch wielbicieli ma wyjść za mąż. Jej kandydaci na męża są bogaci i występują w książce zawsze w liczbie podwójnej, jako Alek i Alonzo.

Wracamy jednak do Don Kichota.

Wydaje się dość zabawne, że cała II księga napisana przez Cervantesa powstała, jak się wydaje, jako dyskusja z fałszywą i wulgarną wersją opowieści Avellanedy o bohaterze Cervantesa. W ostatnich rozdziałach Cervantes opisuje, jak Don Kichot natyka się w drukarni w Barcelonie na ową sfałszowaną książkę o sobie, a w chwilę później spotyka Don Alvaro Tarfa, jednego z bohaterów tej fałszywej opowieści.

Spotkanie przebiega bardzo zabawnie i myślę, że każdy autor, który dla zabawy wprowadza do swojej powieści bohaterów innych książek, mógłby się w tej kwestii dużo nauczyć od Cervantesa.

— Jestem Alvaro Tarfe — odrzekł kawaler.
— Czy to nie o panu przypadkiem mowa w drugiej części historii Don Kichota z Manchy? — zagadnął Don Kichot.
— Właśnie o mnie — odparł kawaler — a z owym Don Kichotem w ścisłej nawet byłem zażyłości, ja go to namówiłem, że pojechał do Saragossy i rzeczywiście powinien mi być nieco wdzięcznym, bo po wypuszczeniu go z więzienia nie pozwoliłem go zelżyć na ulicy. Pan wiesz zapewne, że siedział w więzieniu za różne burdy?
— Powiedz mi waszmość z łaski swojej, Don Alvaro — zapytał Don Kichot — czy ja też choć trochę podobny jestem do owego Don Kichota?
— Ani źdźbła — odparł Don Alvaro.
— A ten Don Kichot miał też giermka Sancho Pansa?
— Tak, miał — odparł Alvaro — jakiegoś giermka tego nazwiska. Mówiono, że bardzo dowcipny, ale ja nigdy od niego nic dowcipnego nie usłyszałem.
— O, wierzę bardzo — zawołał Sancho — bo nie każdemu na tym świecie dany dowcip i nie tak łatwo, jak się na pozór zdaje. Ten Sancho, o którym pan powiadasz, musi to być łajdak jakiś i wisielec, bo to ja jestem Sancho Pansa i umiem palić dowcipy na zawołanie. Jeśli pan nie wierzysz, spróbuj, zostań pan tylko przez rok ze mną, a przekonasz się, że mi co chwila z ust płyną i w takiej ilości, że wszyscy, co je słyszą, umierają ze śmiechu, choć często sam nie wiem, co gadam. Co zaś do prawdziwego Don Kichota z Manchy, tego mądrego, walecznego obrońcy i mściciela krzywd, ojca sierot, podporę wdów i panien i zakochanego na śmierć w niezrównanej Dulcynei z Toboso, jest nim właśnie mój pan, którego przed sobą widzicie. Wszelki inny Don Kichot i Sancho Pansa to kłamstwo.
— Rzeczywiście, mój przyjacielu — odparł kawaler — wierzę temu, bo więcej mi w tej chwili dałeś dowodu dowcipu, niż tamten Sancho Pansa przez cały czas, com go widział; widać w nim było żarłoka i głupca, a nie dowcipnisia, i przekonywam się, że czarownicy, prześladujący prawdziwego Don Kichota, i na mnie się usadzić musieli, każąc mi dręczyć się tak długo z fałszywym Don Kichotem i tym cymbałem giermkiem jego. Ale po Bogu a prawdzie nie wiem, co powiedzieć, bo istotnie na własne oczy moje widziałem tamtego Don Kichota w szpitalu wariatów, a tu spostrzegam zupełnie innego, który tamtego nie zna wcale.
— Co do mnie — rzekł Don Kichot — nie powiem waszmość panu, ażebym był dobry, ale nie jestem też najgorszy Don Kichot, i na dowód tego, Don Alvaro, powiem panu, że nigdy noga moja w Saragossie nie postała, właśnie dlatego, ażeby wręcz zadać kłamstwo autorowi, bo słyszałem o tym fałszywym Don Kichocie. (…) Nareszcie, Don Alvaro, jestem ten sam Don Kichot, o którym sława tyle rzeczy głosi, a nie ten nikczemnik, co sobie śmie przywłaszczać imię moje i chwałę. Mam pana teraz prosić o łaskę jedną, której dla poparcia prawdy przez uszanowanie dla błędnego rycerstwa nie odmówisz mi waszmość zapewne. Zeznasz osobiście na piśmie z własnoręcznym podpisem, przed miejscowym sędzią, żeś mnie pan dzisiaj pierwszy raz w życiu zobaczył i że nie jestem tym Don Kichotem, o którym mowa w drugiej części owej historii, jako też, że Sancho Pansa, mój giermek, nie jest tym, którego znałeś.
— Słusznie, mości Don Kichocie — odparł Don Alvaro — dam ci to zadośćuczynienie jak najchętniej. Dziwna to wszelako rzecz widzieć jednocześnie dwóch Don Kichotów i dwóch Sanchów tego samego nazwiska i z tego samego niby kraju, a tak różniących się twarzą, uczynkami i obejściem. Wątpię prawie o tym, com widział, i zdaje mi się, że to sen być musiał.
(…)
Gdy Don Kichot i Don Alvaro razem wieczerzali, wszedł przypadkiem do gospody sędzia miejscowy z notariuszem, któremu Don Kichot kazał zrobić protokół z zeznania Don Alvara, jako nie znał Don Kichota z Manchy tu obecnego i jako rzeczony obecny nie był tym, którego opisuje książka pod napisem: Druga część Don Kichota z Manchy, przez jakiegoś Avellaneda z Tordesilas. Sędzia sporządził to wszystko z wielkim zadowoleniem Don Kichota, który podziękował najserdeczniej urzędnikowi usłużnemu. Wiele sobie nawzajem komplementów powiedzieli Don Alvaro z Don Kichotem, który dał tyle dowodów rozumu i wykształcenia, że Don Alvaro myślał, iż naprawdę był zaczarowany, kiedy tamtego widział Don Kichota.

A my tymczasem otwórzmy wino Don Kichot, wspomnijmy dobrego biskupa Alonzo i równie dobrego szaleńca, który wierzył w utopie, a także pisarza, który to opisał.

¡Salud!

* Dla przypomnienia, oficjalnie, w książce, to nie Cervantes jest autorem opowieści o Don Kichocie, ale arabski pisarz Sidi Hamet Ben Engele – autor zastosował tu znany chwyt: znalezienia rękopisu, kupienia go na targu, bądź opracowania go. Pierwsze z brzegu przykłady takiego zabiegu literackiego to Rękopis znaleziony w Saragossie Potockiego, Lolita i Pale fire Nabokova, powieść Sutera i film Gsponera Lila Lila.


Babilońska Barataria

Sięgnęłam ostatnio po wielu wielu latach po moją ulubioną powieść, Egipcjanin Sinuhe Mike Waltari, fińskiego pisarza, który wydał ją w roku 1945. Książkę przetłumaczono na wszystkie języki świata i wydano w milionach egzemplarzy. Do czasu ukazania się Imienia róży Umberto Eco, była to najlepiej sprzedająca się i najchętniej czytana powieść współczesna. Każdy kto ją czytał, wie, że słusznie. Bo rzeczywiście powieść się czyta fantastycznie, jest barwna, ciekawa, opowiada perypetie pewnego egipskiego lekarza, osiągającego najwyższe sukcesy nieudacznika, który stale wygrywa i stale sam zaprzepaszcza swoje szanse, dodając przy tym przy każdej okazji formułkę, która uwalnia go właściwie od wszelkiej odpowiedzialności za to, co się stało: Ale nie wiem, dlaczego zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Czytając tę powieść teraz, w czerwcu 2021 roku, zorientowałam się, że jest to kolejna powieść-parafraza Don Kichota. Jej bohaterem jest, jak to już przypomniałam, pewien romantyczny, idealistyczny nieudacznik, a w wędrówkach po całym znanym świecie starożytnym towarzyszy mu rozumny, rezolutny i praktyczny niewolnik, jednooki Kaptah, który zgodnie z obyczajami swego pierwowzoru, najchętniej jeździ na osiołku, podczas gdy jego pana noszą w lektyce lub nawet idzie na piechotę.

W Babilonie Kaptahowi przydarza się to, co Sancho Pansie przytrafiło się w Baratarii – na jeden dzień zostaje królem. I radzi sobie niezgorzej niż Sancho Pansa. Ponieważ fałszywych królów (pisałam o tym wielokrotnie) wybierano zawsze w owe szczególne dni astronomiczne – podczas zrównania dnia z nocą (tak się dzieje poniższym tekście) lub podczas przesileń – myślę, że 21 czerwca to świetny moment, żeby przypomnieć, że dziś najkrótsza noc w roku, że czarownice lecą na miotłach na wszystkie Łyse Góry świata, że rzucamy dziś wianki, kąpiemy się w czystych rzekach i jeziorach (ja wykąpałam się w Haweli), że Słońce właśnie zwyciężyło, ale że to oznacza również, iż właśnie zaczyna przegrywać, bo od dziś dnia będzie ubywać, początek lata już pachnie jesienią i że, niestety, non semper Saturnalia, a królem nigdy nie będziemy naprawdę.

Księga 6

Dzień Fałszywego Króla

Kraj, nad którym włada Babilon, wiele nosi nazw. Nazywają go Chaldeą, a także krajem Kasytów, według nazwy ludu, który tam mieszka. Ja jednak nazywam go Babilonem, bo wtedy każdy wie, o jaki kraj chodzi. Jest to kraj żyzny, którego pola, gęsto pocięte kanałami nawadniającymi, rozciągają się na rozległych równinach, inaczej niż w Egipcie, podobnie jak i wszystko inne jest tu odmienne niż w Egipcie. W kraju tym nie rosną prawie żadne drzewa, jest ich tam tak mało, że uważa się za zbrodnię wobec bogów i ludzi, gdy ktoś zetnie drzewo, i jest to surowo karane prawem. Ten natomiast, kto sadzi drzewa, zyskuje sobie przez to łaskę bogów. Mieszkańcy Babilonu są też tłustsi i tężsi niż w jakimkolwiek innym kraju i dużo się śmieją, jak to często bywa u grubasów. Jedzą obficie mączne potrawy. Mówią, że Babilon jest największym i najstarszym z wszystkich miast na świecie, w co im jednak nie wierzyłem, wiedząc, że najstarszym i największym miastem są Teby. Powiem też, że wprawdzie nie ma na świecie miasta, które mogłoby się równać z Tebami, jednak Babilon zaskoczył mnie swym bogactwem i wielkością, bo już same mury miejskie były wysokie jak góry i wzbudzały postrach, wieże zaś, które wznosili dla swoich bogów, sięgały aż do nieba. Domy w mieście miały po cztery, pięć pięter, tak że ludzie mieszkali i wiedli życie jedni nad lub pod drugimi. I nigdzie, nawet w Tebach, nie widziałem tak bogatych i wspaniałych sklepów i takiego mnóstwa towarów, jak w domu handlowym przy świątyni w Babilonie. Ich bogiem jest Marduk, a ku czci Isztar zbudowali bramę, większą niż pylony w świątyni Amona, i pokryli ją kafelkami o barwnej glazurze, ułożonymi w obrazy, które olśniewały oczy w blasku słońca. Od bramy tej wiodła szeroka droga na szczyt Wieży Marduka, zbudowanej piętrzącymi się jeden na drugim tarasami, tak równa i szeroka, że można nią było jechać w kilka wozów obok siebie. Na szczycie wieży mieszkali gwiaździarze, którzy wiedzieli wszystko o ciałach niebieskich, obliczali ich orbity i ogłaszali dni pomyślne i dni niepomyślne, tak że każdy mógł stosownie do tego kierować swoim życiem. Mówiono też, że umieli oni przepowiadać przyszłość człowieka, po to jednak trzeba było znać dzień i godzinę urodzenia, skutkiem czego nie mogłem spróbować tej ich sztuki, bo nie znałem dokładnej chwili moich urodzin.

Zakwaterowałem się obok Bramy Isztar, w dużej gospodzie o wielu piętrach, na dachu której rosły owocowe sady i krzewy mirtu, płynęły strumyki i ryby pluskały w sadzawkach. W gospodzie tej mieszkali możni przybywający do Babilonu ze swoich dóbr, jeśli nie posiadali własnych domów w mieście. Zajeżdżali tam także zagraniczni wysłannicy. Izby wyścielone były miękkimi dywanami, a łoża były miękkie od zwierzęcych skór, na ścianach zaś znajdowały się ułożone z pokrytych glazurą płytek kolorowe, wesołe i fry-wolne obrazki. Dom ten zwał się Domem Uciechy Isztar i stanowił własność Wieży Marduka, podobnie jak wszystko inne o większym znaczeniu w Babilonie. Gdyby policzyć wszystkie jego izby i pomieszczenia, mieszkańców i służbę, to, jak sądzę, okazałoby się, że w tym jednym tylko budynku jest tylu mieszkańców, co w całej dzielnicy miasta w Tebach, choć nikt, kto tam nie mieszkał, pewnie mi w to nie uwierzy. W żadnym innym miejscu na świecie nie widzi się tylu rozmaitego rodzaju ludzi co w Babilonie i nigdzie nie słyszy się tylu różnych języków na ulicy jak tam, gdyż sami Babilończycy mówią, że wszystkie drogi prowadzą do ich miasta i że Babilon jest pępkiem świata. Zapewniają oni mianowicie, że kraj ich nie leży na skraju świata, jak to wierzą w Egipcie, lecz że na wschodzie, za górami, znajdują się potężne państwa, skąd czasem przybywają do Babilonu uzbrojone karawany, przywożąc rzadkie towary, materiały i kruche naczynia. Muszę też powiedzieć, że widziałem w Babilonie ludzi których twarze były żółte, a oczy skośnie osadzone i którzy wcale nie malowali sobie twarzy. Trudnili się oni handlem, sprzedając materiały cieniutkie jak królewskie płótno, lecz jeszcze odeń gładsze i mieniące się wszystkimi możliwymi kolorami, jakie są na świecie. Mieszkańcy Babilonu są bowiem przede wszystkim kupcami i niczego nie stawiają wyżej ponad handel, tak że nawet ich bogowie handlują ze sobą. Dlatego też Babilończycy nie lubią wojny. Utrzymują wojska zaciężne i wznoszą mury obronne tylko dla ochrony swego handlu i pragną, by drogi były otwarte dla wszystkich ludzi i we wszystkich krajach. Pragną zaś tego przede wszystkim dlatego, że wiedzą, iż są najlepszymi kupcami i że większe osiągają korzyści z handlu niż z prowadzenia wojen. Są jednak dumni ze swych żołnierzy, którzy strzegą miejskich murów i świątyń i co dzień maszerują do Bramy Isztar w hełmach i napierśnikach błyszczących od srebra i złota. Rękojeści ich mieczy i groty oszczepów pokryte były również srebrem i złotem na znak bogactwa. Mnie zaś pytano: – Czyś widział kiedy, cudzoziemcze, takich żołnierzy i takie wozy bojowe?

Królem Babilonu był wtedy chłopak nie posiadający jeszcze zarostu, musiał przyczepić sobie sztuczną brodę, gdy wstąpił na tron. Nazywał się Burnaburiasz i lubował się w zabawkach i dziwnych opowieściach. Sława moja z Mitanni doszła jeszcze przede mną do Babilonu, tak że gdy zajechałem do Domu Uciechy Isztar, odwiedziłem świątynię i pomówiłem z kapłanami i lekarzami Wieży, dano mi znać, że król wzywa mnie do siebie. Kaptah jak zwykle zaniepokoił się i powiedział: – Nie idź tam, mój panie, lecz uciekajmy razem co rychlej, nic dobrego nie można bowiem spodziewać się od królów. Ale ja odparłem mu na to: – Głuptasie, czyżbyś zapomniał, że mamy z sobą skarabeusza? Na to on rzekł: – Skarabeusz skarabeuszem i wcale o tym nie zapomniałem, ale bezpieczeństwo jest zawsze najlepsze, lepsze niż niepewność. Nie powinniśmy też nadużywać cierpliwości skarabeusza. Jeśli jednak stanowczo postanowiłeś iść, nie mogę ci w tym przeszkodzić i pójdę z tobą, abyśmy przynajmniej umarli razem. Gdybyśmy bowiem, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, kiedyś wrócili do Egiptu, chcę móc opowiadać, że leżałem na brzuchu przed królem Babilonu. Byłbym zatem głupi, gdybym nie wykorzystał sposobności, która się nadarza. Jeśli jednak mamy już tam się udać, powinniśmy szanować swoją godność. Musisz więc zażądać, aby przysłano po nas królewską lektykę. I nie pójdziemy tam dzisiaj, bo dzień dzisiejszy jest zły według zwyczajów tego kraju, kupcy pozamykali sklepy, a ludzie odpoczywają po domach i nie pracują, gdyż i tak wszystko by im się dzisiaj nie udało, jako że jest to siódmy dzień tygodnia.

Powiedziałem więc do królewskiego sługi: – Sądzisz pewnie, żem głupi i obcy, skoro w taki dzień żądasz, żebym stanął przed królem. Jutro jednak przyjdę, jeśli twój król przyśle po mnie lektykę, gdyż nie jestem jakimś nędznym człowiekiem i nie chcę stanąć przed nim z oślim nawozem między palcami u nóg.
A na to sługa: – Obawiam się, parszywy Egipcjaninie, że za te słowa doprowadzony zostaniesz przed króla na oszczepach, które będą cię łaskotać w tyłek. Odszedł, ale nabrał dla mnie szacunku, bo następnego dnia przybyła do gospody królewska lektyka, aby mnie zabrać. Wyszedłem z mej izby przyodziany w strój, na którym srebrem i złotem wyhaftowane były rozmaite związane z zawodem lekarza figury. A kołnierz mój lśnił w promieniach słońca od złota i drogich kamieni i na szyi dźwięczały złote łańcuchy. Za mną kroczyli niewolnicy z oberży niosąc skrzynie z cedru i hebanu, ozdobione intarsjami z kości słoniowej. W skrzyniach znajdowały się moje leki i lekarskie narzędzia.

Król Burnaburiasz siedział na miękkich poduszkach w przestronnej komnacie, której ściany mieniły się od barwnych, pokrytych glazurą kafelków. Był to jeszcze chłopiec, rozkapryszony i rozpuszczony. Siedział podpierając ręką policzek, a obok niego leżał lew, który na nasz widok głucho ryknął.
Odezwałem się: – Jestem Sinuhe, Egipcjanin, Ten, Który Jest Samotny, Syn Dzikiego Osła. I nie potrzebuję cię badać, żeby wiedzieć, że trzonowy ząb wywołał spuchliznę na twym policzku, ponieważ nie dałeś go w porę oczyścić czy też wyrwać, co twoi lekarze na pewno ci doradzali. Taki ból to ból dla dzieci i dla strachajłów, a nie dla pana czterech części świata, przed którym nawet lew drży i skłania głowę, jak to widzę na własne oczy. Ale wiem, że twój ból jest wieIki, i dlatego chcę ci dopomóc.
Tak się też stało. Król był wdzięczny.

Tak więc jadłem i piłem z królem.
Rozstaliśmy się jak przyjaciele
Od tego czasu imię moje głośne było w Babilonie.

W ciągu dalszego pobytu w Babilonie zyskałem wiele tajemnych wiadomości, korzystnych dla lekarza, a specjalnie interesowałem się posiadaną przez kapłanów sztuką przepowiadania i wróżenia. Dowiedziałem się od nich, że wszystko, co dzieje się na ziemi, zapisane jest na długo przedtem w gwiazdach, i że nie ma takiego drobiazgu – nie mówiąc już o większych wydarzeniach – którego by nie można było wyczytać z gwiazd, jeśli tylko posiada się dostateczną umiejętność czytania pisma na niebie. Nauczyłem się też pod kierownictwem kapłanów czytać w owczej wątrobie, która wyjawiała wiele przeróżnych ukrytych rzeczy. Poświęciłem także dużo czasu na lanie oliwy na wodę i tłumaczenie sobie figur, które powstawały przy tym na powierzchni wody.

Pozostaje mi jeszcze opowiedzieć o dniu fałszywego króla. Gdy zboża zakiełkowały, a noce zrobiły się ciepłe, gdy ustąpiły przykre przymrozki, kapłani wyszli z miasta i odkopali swego boga z ziemi obwieszczając, że powstał z grobu. Babilon zamienił się w roztańczony, weselący się plac zabawy. Odświętnie ubrane tłumy płynęły ulicami, a motłoch plądrował kramiki przekupniów i robił na ulicach zgiełk większy niż żołdactwo przed powrotem do domu po wielkiej paradzie wojskowej. Kobiety i dziewczęta zbierały w świątyniach Isztar srebro na ślubne wiano i kto tylko chciał, zażywał z nimi rozkoszy. I wcale nie poczytywano tego za hańbę, lecz każdy zabawiał się i kosztował rozkoszy stosownie do swych sił i upodobań. A ostatni dzień świątecznych uroczystości był dniem fałszywego króla.
Oswoiłem się już z rozmaitymi zwyczajami w Babilonie, mimo to jednak zdumiałem się, gdy żołnierze przybocznej straży królewskiej, pijani winem, wtargnęli przed świtaniem do Domu Uciechy Isztar, wyłamali przemocą drzwi i waląc drzewcami oszczepów tych, co im wybiegli naprzeciw, wołali na całe gardło:

– Gdzie się chowa nasz król? Dajcie nam prędko naszego króla, bo słońce wzejdzie niebawem, a król musi wymierzać sprawiedliwość swemu ludowi! Rwetes był nieopisany, zapalono lampy i służący z gospody biegali wystraszeni po korytarzach, a Kaptah sądził, że w mieście wybuchło powstanie, i schował się pod moim łóżkiem. Ja jednak wyszedłem żołnierzom na spotkanie, nagi pod wełnianym płaszczem, bo dopiero co wyszedłem z kąpieli, i spytałem:

– Czego chcecie?
– Daj nam twojego sługę Musimy prędko zanieść go do pałacu, ponieważ dziś jest dzień fałszywego króla i królewską wolą jest, byśmy śpieszyli z nim do pałacu.
Gdy Kaptah to usłyszał, tak się przeraził, że zaczął dygotać całym ciałem i łoże trzęsło się od jego drżączki tak, że łatwo go znaleźli, wyciągnęli spod łóżka, wznieśli radosny okrzyk i skłonili się przed nim głęboko, mówiąc:
– Wielce radosny jest dla nas ten dzień, albowiem wreszcie znaleźliśmy naszego króla, który schował się i znikł nam z oczu. Teraz jednak oczy nasze cieszą się jego widokiem i mamy nadzieję, że różnymi podarunkami wynagrodzi naszą wierność.
Kaptah patrzył na nich trzęsąc głową i robiąc wielkie oczy ze zdumienia. A oni widząc to śmieli się jeszcze więcej niż przedtem i wołali:
– Zaiste, oto król czterech części świata i znamy jego oblicze. – I głęboko mu się kłaniali, ci zaś, którzy stali za nim, kopali go w siedzenie, żeby się pośpieszył.
On zaś powiedział do mnie: – Doprawdy to miasto i cały świat pełne są zepsucia, szaleńców i niegodziwców.

Żołnierze ryczeli z uciechy słysząc go, padali pękając ze śmiechu na kolana i bili się nawzajem po plecach, by się nie udusić, i mówili: – Na Marduka, lepszego króla od tego nie mogliśmy nigdzie znaleźć. To przecież wspaniałe, jak on trzepie językiem!
Tymczasem zaczęło już świtać, więc waląc go drzewcami oszczepów po plecach, by się nie ociągał, zabrali Kaptaha z sobą. Ja zaś ubrałem się szybko i poszedłem w ślad za nimi do pałacu i nikt mi w tym nie przeszkadzał, a wszystkie podwórce i przedsionki pałacu pełne były hałasujących ludzi. Toteż byłem pewny, że w Babilonie wybuchło powstanie i że krew niedługo płynąć będzie ściekami, gdy tylko wojska z prowincji zdążą dotrzeć do miasta z odsieczą. Ale gdy wszedłem za żołnierzami do wielkiej sali tronowej, obaczyłem, że Burnaburiasz siedzi tam pod baldachimem na swym złotym tronie, opierającym się na lwich łapach, odziany w królewskie szaty, a w rękach trzyma oznaki swej władzy. Dokoła niego zebrani byli w sali najwyżsi kapłani Marduka, królewscy doradcy i najwyżsi dostojnicy państwowi. Ale żołnierze nie zwracali na nich uwagi, tylko pchali naprzód Kaptaha, torując sobie drogę oszczepami, aż wreszcie zatrzymali się przed tronem.
Nagle zrobiło się zupełnie cicho i nikt nic nie mówił, dopóki Kaptah nie odezwał się: – Zabierzcie stąd to okropne stworzenie, bo inaczej sprzykrzy mi się ta zabawa i pójdę sobie. W tejże chwili wpadło do sali światło słońca przez kratownicę na wschodnich oknach. I jak na dany znak wszyscy, kapłani i dostojnicy, królewscy doradcy i żołnierze, zaczęli wołać: – On ma słuszność! Zabierzcie to stworzenie, mamy bowiem dość rządów gołowąsa. Ten mąż natomiast jest mądry i dlatego zrobimy go królem, aby nad nami panował!
Nie wierzyłem własnym oczom, gdy zobaczyłem, jak popychając się i tłocząc, i śmiejąc, i kłócąc, rzucili się na króla, wyrwali mu z rąk oznaki jego władzy i odarli go z jego królewskich szat, tak że wnet stał równie nagi jak ja, w chwili gdy żołnierze zaskoczyli mnie w gospodzie. Szczypali go w ramiona, obmacywali mięśnie jego ud i naigrawali się z niego mówiąc: – Widać po nim, że dopiero co został odstawiony od piersi i usta ma jeszcze mokre od matczynego mleka. Toteż najwyższy czas, aby kobiety z babińca zaznały trochę przyjemności, sądzimy, że ten stary hultaj, Egipcjanin Kaptah, potrafi jeździć także i w damskim siodle. A Burnaburiasz nic nie mówił, tylko śmiał się. I nie wiedziałem, czy śnię na jawie, gdy rzucili się od króla do Kaptaha i odziawszy go w królewskie szaty zmusili, by wziął w dłonie oznaki królewskiej władzy, i posadzili go na tronie, i padali przed nim plackiem scałowując kurz z podłogi. Pierwszy przyczołgał się przed Kaptaha goluteńki Burnaburiasz i zawołał: – Tak ma być. Niech on będzie naszym królem. Lepszego króla nie moglibyśmy wybrać! Wszyscy powstali i obwołali Kaptaha swym królem, trzymając się za brzuchy i skręcając ze śmiechu. Kaptah gapił się na nich, wybałuszając oczy, z włosami zjeżonymi pod królewską przepaską, którą w pośpiechu wcisnęli mu krzywo na głowę. W końcu jednak rozłościł się i krzyknął donośnie, tak że wszyscy umilkli, aby go usłyszeć.
On zaś powiedział: – Doprawdy, wszystko to jest jak zły sen, który ktoś zesłał na mnie czarami, bo i to się zdarza. Nie mam najmniejszej ochoty być waszym królem, wolałbym raczej być królem pawianów i wieprzów. Ale jeśli rzeczywiście chcecie mnie na króla, nie mogę nic na to poradzić, bo was jest wielu, a ja jeden. Dlatego zaklinam was: powiedzcie mi uczciwie, czy jestem królem, czy też nie.
Wtedy wszyscy razem zawołali: – Ty jesteś naszym królem i panem czterech części świata! Czy nie widzisz i nie rozumiesz tego sam, głuptasie! I znów skłonili się przed nim, a jeden z nich włożył na siebie lwią skórę, położył się u nóg Kaptaha, mruczał i ryczał wyginając się komicznie. Kaptah zastanowił się przez chwilę i stał się niepewny. W końcu powiedział: – Jeśli rzeczywiście jestem waszym królem, to przydałoby się napić czegoś, aby oblać tę sprawę. Przynieście więc szybko wina, słudzy, jeśli są tu takowi, bo inaczej mój kij potańcuje na waszych grzbietach, i każę was powiesić na murze, skoro jestem waszym królem. Przynieście dużo wina, bo ci panowie i przyjaciele, którzy zrobili mnie królem, napiją się też ze mną, a ja sam zamierzam dziś skąpać się w winie aż po szyję. Słowa jego wywołały wielką wesołość. Hałaśliwa tłuszcza porwała go z sobą i zaniosła do wielkiej sali, gdzie stało mnóstwo doskonałych potraw i gdzie było dużo wina. Każdy brał to, na co miał ochotę, a Burnaburiasz włożył fartuszek służącego i biegał jak zwariowany, wywracając puchary i oblewając sosem gości, tak że wielu klęło go i rzucało weń obgryzionymi kośćmi. Również na wszystkich dziedzińcach pałacu częstowano lud jedzeniem i piciem, które uprzednio przygotowano, ćwiartowano całe woły i owce, a ludzie czerpali piwo i wino z glinianych garów i napychali sobie żołądki do syta kaszą przyprawioną śmietanką i słodkimi daktylami. Gdy słońce podniosło się wyżej, w pałacu panował już tak nieprawdopodobny hałas, zgiełk, wrzask, śmiech i tumult, iż nigdy sobie nie wyobrażałem, by coś takiego było możliwe. Gdy tylko nadarzyła mi się sposobność, podszedłem do Kaptaha i powiedziałem do niego cicho, tak aby inni nie słyszeli: – Kaptahu, chodź za mną, schowamy się i uciekniemy, bo z tego wszystkiego nie wyniknie nic dobrego. Kaptah jednak opity był winem i brzuch mu napęczniał od dobrego jedzenia, więc rzekł do mnie: – Twoje słowa są jak brzęczenie much w moich uszach. Głupszej gadaniny nigdy jeszcze nie słyszałem. Mamże więc uciekać teraz, gdy ten zacny lud zrobił mnie królem i wszyscy mi się kłaniają? Nie wydaje mi się właściwe, byś w dalszym ciągu nazywał mnie Kaptahem, jak niewolnika lub sługę, i byś odzywał się do mnie tak poufale. Powinieneś kłaniać mi się jak inni. Ja jednak zaklinałem go mówiąc: – Kaptahu, Kaptahu, to wszystko żart, za który drogo zapłacisz. Uciekaj, póki możesz, a ja wybaczę ci twoją bezczelność. Ale Kaptah otarł usta z tłuszczu, pogroził mi obgryzioną oślą kością i zawołał: – Zabierzcie precz tego parszywego Egipcjanina, nim się rozgniewam i wygarbuję mu grzbiet kijem. Wtedy człowiek odziany w lwią skórę rzucił się na mnie i ugryzł mnie w nogę, obalił mnie na ziemię i podrapał mi twarz pazurami. Mogło się to dla mnie niedobrze skończyć, gdyby w tejże chwili nie odezwały się rogi zwiastujące, że czas, by król zszedł na dół i wymierzał sprawiedliwość ludowi, skutkiem czego o mnie zapomniano.
Kaptah był trochę zaskoczony, gdy go zaprowadzono do Domu Sprawiedliwości, i mówił, że chętnie pozostawi wymiar sprawiedliwości sędziom krajowym, ludziom uczciwym i godnym zaufania. Ale lud sprzeciwił się temu i wołał: – Chcemy widzieć mądrość królewską, żeby przekonać się, że jest to właściwy król, który zna prawa. Posadzono więc Kaptaha na tronie sprawiedliwości, położono przed nim oznaki sprawiedliwości, pletnię i kajdany, i wezwano lud, aby występował i przedstawiał swoje sprawy królowi.
Pierwszym, który rzucił się do nóg Kaptaha, był mężczyzna w porwanych szatach i z włosami posypanymi popiołem. Nurzał twarz w prochu u stóp Kaptaha, płakał i wołał: – Nie ma nikogo, kto byłby tak mądry jak nasz król, pan czterech części świata! Dlatego błagam go o sprawiedliwość w mojej sprawie, która jest następująca: Mam żonę, wziąłem ją sobie przed czterema laty. Nie mieliśmy dotąd dzieci, teraz jednak żona moja zaszła w ciążę. Wczoraj dowiedziałem się wszakże, że zdradza mnie z żołnierzem, złapałem ich nawet na gorącym uczynku. Żołnierz był wielki i silny, tak że nie mogłem mu nic zrobić, i wątroba moja jest teraz pełna troski i wątpliwości, skądże bowiem mogę wiedzieć, czy dziecko, które ma urodzić moja żona, jest moim dzieckiem, czy też spłodził je ów żołnierz. Dlatego błagam króla o sprawiedliwość i pewność, czy dziecko jest moje, czy też żołnierza, abym mógł stosownie do tego postąpić.

Kaptah siedział cicho i rozglądał się dokoła niespokojnie, w końcu powiedział stanowczo: – Weźcie kije i wychłostajcie tego człowieka, tak aby popamiętał ten dzień. Słudzy trybunału schwycili mężczyznę i wychłostali go tak, że biadał, krzyczał i odwoływał się do ludu, wołając: – Czy to jest sprawiedliwość? Lud też zaczął szemrać i domagał się wytłumaczenia. Wtedy Kaptah rzekł: – Człowiek ten zasługuje na chłostę już choćby dlatego, że zaprząta mi głowę drobiazgami. Lecz jeszcze bardziej zasługuje on na to z powodu swojej głupoty. Bo czy słyszano kiedykolwiek przedtem, by ktoś, kto pozostawia swoje pole nie obsiane, przychodził się skarżyć, gdy inny z dobroci swej je obsieje, a plon pozostawi do zebrania właścicielowi? I nie jest winą kobiety, gdy zwraca się ona ku innemu mężczyźnie, lecz jest to wina mężczyzny, ponieważ nie potrafi dać kobiecie tego, czego ona pragnie. Ten mężczyzna zasługuje na chłostę. Gdy tłum usłyszał te słowa, podniósł się krzyk i śmiech i zaczęto wielce wychwalać mądrość królewską.

Z kolei wystąpił poważny starszy człowiek, który rzekł: – Wobec tej kamiennej kolumny, na której wypisane jest prawo, i wobec króla domagam się sprawiedliwości, a sprawa moja jest następująca: Kazałem sobie zbudować dom tuż przy ulicy, lecz budowniczy oszukał mnie i dom zawalił się, zabijając przy tym przechodzącego przypadkiem obok mężczyznę. Teraz zaś krewni owego przechodnia skarżą mnie, domagając się odszkodowania. Co mam począć? Kaptah zastanowił się i powiedział: – To zawikłana sprawa, która wymaga gruntownego zbadania, i według mojej opinii jest to raczej sprawa dla bogów niż ludzi. Co jednak mówi prawo o czymś takim? Wystąpili biegli w prawie i odczytali prawo wyjaśniające: – Gdy zwali się dom z powodu niedbalstwa budowniczego i waląc się zabije właściciela domu, wtedy także i budowniczy ma zostać uśmiercony. Gdyby zaś dom waląc się zabił syna właściciela, wtedy uśmiercony ma zostać syn budowniczego. Nic więcej prawo nie mówi, my jednak wykładamy je tak, że za to, co zniszczy walący się dom, odpowiada budowniczy w taki sposób, iż zniszczeniu ulega odpowiadająca temu część jego własnego mienia. Więcej nie możemy nic powiedzieć. – Nie wiedziałem, że są tu tacy oszukańczy budowniczowie – oświadczył Kaptah. – W przyszłości będę ich dobrze pilnował. Według prawa jednak wypadek ten jest całkiem prosty. Niech krewni zabitego przechodnia pójdą do domu budowniczego, zaczają się tam i zamordują pierwszego, kto będzie przechodził obok – w ten sposób prawu stanie się zadość. Jeśli jednak rzeczywiście tak zrobią, sami będą odpowiadać za skutki, gdy krewni owego przechodnia pociągną ich do odpowiedzialności za morderstwo. Doprawdy sprawa ta jest do rozstrzygnięcia raczej dla bogów niż dla ludzi. Największą bowiem winę ponosi według mego zdania przechodzień, który obiera sobie drogę obok walącego się domu, tego bowiem nie zrobi nikt mądry, jeśli bogowie tak nie postanowili. Toteż uwalniam budowniczego od wszelkiej odpowiedzialności i oświadczam, że człowiek, który wniósł tę sprawę, jest głupi, ponieważ nie dopilnował budowniczego, by ten wykonał swą robotę uczciwie. Budowniczy postąpił więc jak najsłuszniej, oszukując go. Głupców należy bowiem oszukiwać, by wyciągali naukę ze swoich doświadczeń. Tak było i tak też zawsze będzie. I znów ludzie chwalili wielce mądrość królewską, a skarżący, zbity z tropu, odszedł z niczym.

Z kolei wystąpił opasły kupiec, odziany w drogocenne szaty. Wyłożył swoją sprawę mówiąc: – Przed trzema dniami poszedłem pod mury, do Bramy Isztar, gdzie na święto wiosny zebrały się ubogie dziewczęta z miasta, by, jak to jest w zwyczaju, złożyć bogini w ofierze swe dziewictwo i w ten sposób zebrać pieniądze na wiano. Wśród nich znalazła się dziewczyna, która wielce mi się spodobała. Potargowawszy się z nią przez chwilę, dałem jej garść srebra i dogadaliśmy się w tej sprawie. Kiedy jednak miałem zabrać się do tego, po co tam przyszedłem, chwyciły mnie nagle silne kurcze żołądka, tak że musiałem odejść na stronę, żeby sobie ulżyć. A gdy powróciłem, dziewczyna umówiła się już z innym mężczyzną, otrzymała srebro także od niego i zrobiła z nim to, po co ja przyszedłem. Co prawda ofiarowała się zażyć rozkoszy także i ze mną, ale ja odmówiłem, ponieważ nie była już dziewicą. Zażądałem zwrotu swego srebra, ona jednak nie chciała mi go oddać. Toteż szukam obecnie sprawiedliwości u króla, bo czyż nie stała mi się wielka krzywda, gdy straciłem srebro nie dostając nic w zamian za to? Gdy bowiem kupuję dzban, to jest chyba mój, dopóki go nie rozbiję, a sprzedawca nie ma prawa zrobić tego sam i ofiarować mi skorup.

Gdy Kaptah to usłyszał, wpadł w gniew, poderwał się z tronu sprawiedliwości wymachując pletnią i zawołał: – Zaprawdę, nigdzie jeszcze nie widziałem takiej głupoty jak w tym mieście, i chyba ten stary cap kpi sobie ze mnie! Dziewczyna bowiem postąpiła całkiem słusznie biorąc innego, gdy ten dureń nie potrafił wziąć tego, po co do niej przyszedł. Uczyniła też ładnie i szlachetnie, ofiarowując temu mężczyźnie odszkodowanie, na które bynajmniej nie zasłużył. Powinien też być wdzięczny dziewczynie i owemu drugiemu mężczyźnie, że wspólnie dla jego dobra usunęli przeszkodę, z powodu której w tych rzeczach ma się tylko kłopot i trudności. A on przychodzi do mnie, by się skarżyć, i bajdurzy o dzbanach. Jeśli przypuszcza, że młode dziewczęta są dzbanami, to skazuję go na to, by od tej chwili zażywał rozkoszy tylko z dzbanami, nie wolno mu natomiast dotknąć dziewczyny.

Ogłosiwszy ten wyrok Kaptah dość już miał wymierzania sprawiedliwości, przeciągnął się na tronie i rzekł: – Dosyć już dzisiaj jadłem, piłem i według mojej opinii pracowałem, wymierzając sprawiedliwość i łamiąc sobie głowę. Niech więc sędziowie zastąpią mnie, gdyby znaleźli się jeszcze jacyś skarżący. Bo ostatnia sprawa przypomniała mi, że jako król jestem także panem domu kobiet, gdzie, o ile wiem, siedzi i czeka na mnie czterysta kobiet. Toteż muszę tam pójść, by sprawdzić, co posiadam, i nie zdziwiłoby mnie wcale, gdybym w czasie pobytu tam rozbił kilka dzbanów, albowiem władza i wino wzmocniły mnie w tak dziwny sposób, że czuję się silny jak lew. Gdy lud usłyszał te słowa, podniósł tak potężny krzyk, że zdawało się, iż nigdy się nie skończy. I tłum zaniósł Kaptaha z powrotem do pałacu, i zatrzymał się, by czekać u drzwi domu kobiet, na dziedzińcu.

Lecz Burnaburiasz nie śmiał się już, tylko zacierał niespokojnie dłonie i drapał się stopą jednej nogi w drugą. A gdy mnie zobaczył, podszedł do mnie i rzekł z pośpiechem: – Sinuhe, tyś jest moim przyjacielem i lekarzem, który może wejść do królewskiego domu kobiet. Idź więc za nim i dopilnuj, by nie zrobił czegoś, czego mógłby potem bardzo pożałować. Doprawdy bowiem każę go żywcem obedrzeć ze skóry i powiesić na murze jego głowę, by wyschła na wietrze, jeśli dotknie moich kobiet. Jeśli natomiast zachowa się przyzwoicie, obiecuję mu łagodną śmierć.

Na to zapytałem go: – Burnaburiaszu, naprawdę jestem twoim przyjacielem i dobrze ci życzę, powiedz mi jednak, co to wszystko znaczy. Bo wątroba moja jest zatroskana tym, że widzę cię w pozycji sługi, z którego naigrawają się wszyscy.

On zaś odparł niecierpliwie: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla, o tym wie przecież każdy. Lepiej pośpiesz się i idź za nim, żeby nie stało się jakieś nieszczęście.
Nie usłuchałem go jednak, choć chwycił mnie za ramię, i powiedziałem: – Nie znam zwyczajów twojego kraju i dlatego musisz mi wytłumaczyć, co to wszystko oznacza.
Wtedy wyjaśnił mi: – Co roku w dniu fałszywego króla wybiera się na króla najgłupszego i najbardziej zwariowanego człowieka w Babilonie, któremu wolno rządzić od świtu do zachodu słońca. Ma on całą władzę królewską i sam król musi mu usługiwać. I jeszcze nigdy nie widziałem zabawniejszego króla niż Kaptah, którego ja sam wybrałem, bo jest tak ogromnie śmieszny. Nie wie sam, co go czeka, i to jest najkomiczniejsze z wszystkiego.
– A co się z nim stanie? – spytałem. – O zachodzie słońca zostanie zabity tak niespodziewanie, jak rankiem został ukoronowany – wyjaśnił mi Burnaburiasz. – Jeśli zechcę, mogę kazać go zgładzić w sposób okrutny, ale często daję takim jak on w winie łagodnie działającą truciznę, usypiają, sami nie wiedząc, że mają umrzeć. Nie przystoi bowiem, by człowiek, który przez jeden dzień rządził jako król, pozostał przy życiu. Raz jednak, dawno już temu, zdarzyło się, że prawdziwy król, zadławiwszy się po pijanemu gorącą mięsną polewką, umarł w dniu fałszywego króla, wtedy fałszywy król został przy władzy i rządził w Babilonie przez trzydzieści sześć lat, a nikt nie miał nic do zarzucenia jego rządom. Toteż muszę bacznie się wystrzegać, żeby dzisiaj nie pić gorącego rosołu. Ale teraz pośpiesz się, żeby twój służący nie narobił jakichś głupstw, których pożałuje, jeszcze nim wieczór zapadnie.
Nie potrzebowałem jednak iść po Kaptaha, gdyż sam on wypadł właśnie z królewskiego domu kobiet w wielkim gniewie, trzymając się za oko i za nos, z którego obficie ciekła krew. Głośno narzekał wołając: – Patrzcie, co oni ze mną zrobili! Podsuwali mi stare babska i tłuste Murzynki, ale kiedy chciałem skosztować młodej kózki, ta przemieniła się w tygrysa, podbiła mi oko i wyrżnęła w nos pantoflem. Wtedy Burnaburiasz roześmiał się tak, że aż musiał złapać mnie obiema rękami za ramiona, żeby nie upaść.
A Kaptah dalej jęczał i narzekał, i mówił: – Nie śmiem już otworzyć drzwi tego domu, bo ta młoda kobieta szaleje tam jak dzikie zwierzę, i nie widzę innej rady, jak tylko, żebyś ty, Sinuhe, poszedł tam i otworzył jej czaszkę przy użyciu całej twej sztuki, tak, żeby zły duch wyszedł z niej. Jest ona z pewnością owładnięta przez złego ducha, jakże bowiem w innym razie ośmieliłaby się dotknąć swego króla, uderzyć mnie w nos pantoflem, tak że krew leje się ze mnie jak z zarżniętego wołu. Burnaburiasz trącił mnie i powiedział: – Idź i zobacz, co się tam stało, Sinuhe, ty, który znasz już ten dom, bo mnie nie wolno tam dzisiaj wejść. Opowiesz mi potem, co to było.

Królewscy eunuchowie nie wzbraniali mi wstępu, bo już wiedzieli, że jestem lekarzem. Stare babska, które na ten dzień wystroiły się wspaniale, włożyły klejnoty i umalowały pomarszczone twarze, otoczyły mnie pytając jedna przez drugą: – Gdzie się podziało nasze kochanie, nasz gołąbek, nasz mały capek, na którego czekamy od samego rana! Leciwa Murzynka, której piersi czarne jak dno garnka zwisały aż na brzuch, rozebrana do naga i gotowa jako pierwsza przyjąć Kaptaha, wołała teraz rozpaczliwie: – Dajcie mi mego ukochanego, żebym mogła go przycisnąć o piersi! Dajcie mi mojego słonia, żeby owinął mnie trąbą! Lecz eunuchowie powiedzieli do mnie zatroskani: – Nie zwracaj uwagi na te kobiety, ich zadaniem jest tylko zaspokoić fałszywegp króla, wszystkie więc spiły się winem oczekiwaniu na niego.

Gdy wróciłem z domu kobiet, wyszedł mi na spotkanie Burnaburiasz, a pałac i jego podwórce roiły się od ludzi, którzy żłopali wino i piwo i szaleli w dzikiej radości z powodu wszystkich sztuczek, wymyślanych nieprzerwanie przez Kaptaha. Zapomniał on już bowiem o przykrościach, które go spotkały w domu kobiet, a podbite oko obłożono mu surowym mięsem, tak że przestało go boleć, choć wciąż jeszcze było opuchnięte i siniec pod nim mienił się wszystkimi kolorami.

Gdy nadszedł wieczór, poszedłem na wybrzeże i wynająłem łódź z dziesięciu wioślarzami, którym powiedziałem: – Dzisiaj jest dzień fałszywego króla i wiem, żeście pijani z radości i od piwa i że niechętnie wyruszacie w drogę. Ale dam wam podwójną zapłatę, bo zmarł mi bogaty wuj, muszę więc zawieźć ciało do jego przodków i muszę zrobić to szybko, zanim jego własne dzieci i mój brat zaczną kłócić się o spadek i pozostawią mnie z pustymi rękami. Toteż dam wam hojne dary, jeśli będziecie wiosłować szybciej niż zwykle, choć droga jest daleka. Moi przodkowie bowiem spoczywają w naszym dawnym majątku, blisko granicy kraju Mitanni. Wioślarze sarkali, ale kupiłem im dwa dzbany piwa i pozwoliłem pić do zachodu słońca, byleby tylko byli gotowi wyruszyć w drogę, gdy się ściemni. Wtedy sprzeciwili mi się gwałtownie mówiąc: – Za nic nie będziemy wiosłować w ciemności, bo noc pełna jest rozmaitych wielkich i małych demonów i złych duchów, które wydają przeraźliwe okrzyki i mogą przewrócić łódź albo nas pozabijać.
Ale ja im powiedziałem: – Pójdę do świątyni złożyć ofiarę, żeby nie stało nam się nic złego w podróży, dźwięk zaś srebra, które wam dam, gdy przybędziemy do celu, pozwoli wam zamknąć uszy na wrzaski demonów.

Słońce zachodziło i światło jego czerwieniało jak krew we wszystkich salach pałacu, a Kaptah znowu ucztował i pił, Burnaburiasz zaś obsługiwał go, śmiejąc się i chichocząc jak dziewczyna. Na podłodze w kałużach wina leżeli mężczyźni, możni i pospólstwo, zasnąwszy po pijanemu. Powiedziałem do Burnaburiasza: – Chcę się upewnić, że Kaptah umrze śmiercią bezbolesną, bo jest on moim sługą i odpowiadam za niego, jak pan odpowiada za swoje sługi. A Burnaburiasz odparł: – Pośpiesz się więc, bo stary człowiek rozpuszcza już truciznę w winie i Kaptah umrze o zachodzie słońca, jak tego wymaga zwyczaj. Odnalazłem starego królewskiego lekarza przybocznego, on zaś uwierzył mi, gdy mu powiedziałem, że przysłał mnie król.
Wylałem mieszankę, którą przygotował, i zamiast trucizny domieszałem do wina makowego soku, uważając jednak, by nie wlać go za dużo i nie uśmiercić w ten sposób Kaptaha. Puchar zaniosłem sam Kaptahowi i powiedziałem do niego: – Kaptahu, możliwe, że już nigdy się z sobą nie spotkamy, bo pycha uderzyła ci do głowy i jutro nie zechcesz mnie już pewnie znać. Wypij zatem ten puchar, który ci podaję, abym wróciwszy do Egiptu mógł opowiadać, że pan czterech części świata był moim przyjacielem. A wypiwszy go wiedz, że zawsze chcę tylko twego dobra, bez względu na to, co nastąpi.
A Kaptah rzekł: – Mowa tego Egipcjana byłaby jak brzęczenie much w moich uszach, gdyby nie szumiało mi w nich już od wina tak, że nie słyszę, co on mówi. Nigdy jednak nie wylewałem, jak wiadomo, za kołnierz, co starałem się dzisiaj wykazać moim poddanym, w których wielkie znajduję upodobanie. Toteż wypiję i ten puchar, choć wiem, że dzikie osły będą jutro brykać w mojej biednej głowie. Wychylił puchar i w tejże chwili słońce zaszło, wniesiono pochodnie i zapalono lampy, a wszyscy podnieśli się i umilkli, tak a w pałacu zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
A Kaptah zdjął z głowy przepaskę babilońskiego króla i rzekł: – Ta przeklęta korona ciąży mi na głowie i już mi się sprzykrzyła. Nogi mi drętwieją, a powieki robią się ołowiane. Najlepiej chyba, żebym poszedł do łóżka. Naciągnął na siebie cienki obrus, którym był nakryty stół, ułożył się do snu na podłodze, ściągając z obrusem ze stołu dzbany i puchary, które pospadały na niego, tak że skąpał się po szyję w winie, jak to rano obiecywał. A królewscy słudzy rozebrali go i w mokre od wina szaty królewskie przyodziali Burnaburiasza, włożyli mu na głowę królewski kołpak i wręczywszy znaki władzy królewskiej posadzili go na tronie.
– To był męczący dzień – rzekł Burnaburiasz. – Ale zauważyłem podczas tej zabawy, że ten i ów nie okazywał mi należytego szacunku, przypuszczalnie w nadziei, że zadławię się gorącym rosołem. Wychłostajcie więc tych, co tu leżą na podłodze, i przepędźcie lud z podwórców, a tego durnia, jeśli już zdechł, wsadźcie do śmiertelnej urny, bo już mi się uprzykrzył. Odwrócono Kaptaha na wznak i lekarz przyboczny zbadał go rękami drżącymi od wina i z zamglonym wzrokiem, po czym zapewnił: – Zaiste, człowiek ten martwy jest jak rozdeptany żuk. Wtedy słudzy wnieśli glinianą urnę, w jakich Babilończycy chowają swoich zmarłych, włożono do niej Kaptaha, po czym zapieczętowano ją gliną. A król kazał zanieść urnę do podziemi pałacu między innych fałszywych królów, jak to było w zwyczaju.
Ale wtedy ja powiedziałem: – Ten człowiek to Egipcjanin i jest jak ja obrzezany. Dlatego muszę zabalsamować jego ciało według egipskiego zwyczaju, aby mogło ono oprzeć się śmierci. I muszę wyposażyć go we wszystko, co będzie mu potrzebne w podróży do Kraju na Zachodzie tak aby bez pracy mógł jeść, pić i zażywać rozkoszy po śmierci. Wszystko to trwa dni trzydzieści albo siedemdziesiąt w zależności od rangi, którą dany człowiek miał za życia. Myślę jednak, że z tym oto Kaptahem będę gotów w trzydzieści dni, bo był on tylko moim sługą. Wtedy przyniosę go z powrotem i pochowam pośród jego poprzedników na stanowisku fałszywych królów, w podziemiu pod twoim pałacem.
Burnaburiasz słuchał ciekawie i powiedział: – Niech będzie, jak chcesz, choć myślę, że trud twój pójdzie na marne, bo duch człowieka, który umarł, błądzi, nie mogąc zaznać spokoju, i żywi się odpadkami na ulicach, jeśli krewni nie przechowują zwłok w swoim domu w glinianej urnie, tak aby duch dostawał swoją część z domowych posiłków. Ale rób z nim, co chcesz, jeśli taki jest zwyczaj w twoim kraju.

Kazałem sługom wynieść Kaptaha w glinianej urnie do lektyki, czekającej w pogotowiu pod murami pałacu. A nim odszedłem, powiedziałem do króla: – Przez trzydzieści dni nie będziesz mnie oglądać, gdyż w czasie balsamowania ciała nie mogę się pokazywać innym ludziom, aby nie sprowadzić na nich demonów, od których roi się koło zwłok. A

Znalazłszy się w lektyce zrobiłem otwór w glinie, którą zapieczętowana była urna, aby Kaptah miał czym oddychać.

W taki to sposób odszedłem w ciemną noc z Babilonu jako uciekinier i straciłem dużo srebra i złota, choć mogłem się tam wzbogacić i zyskać jeszcze więcej. Zbudziłem wioślarzy i gdy księżyc wzeszedł, chwycili za wiosła i wywieźli mnie z miasta, ziewając i przeklinając swój los, bo głowy ich ciężkie były od piwa, którego się opili. W taki to sposób uciekłem z Babilonu, dlaczego jednak zrobiłem to wszystko, nie umiem powiedzieć. Chyba że było to już zapisane w gwiazdach na długo przed moim urodzeniem i że nie można było temu przeszkodzić.

Uwaga, rozdział znacznie poskracałam, zostawiając jedynie to, co dotyczyło Baratarii.