Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki

Ewa Maria Slaska

Czyli kolejne łąki w zaświatach (i nie)

Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy.
Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.

Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.

To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)

Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.

W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.

Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.

Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).

W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.

Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.

Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.

O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).

Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.

Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.

Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.

Dodatek literacki (za Magazynem Podkowiańskim):

Osip Mandelsztam

Meganom

Jeszcze nie kwitną asfodele,
Wiosna jest szaroprzezroczysta.
Na razie jeszcze wrą tu fale,
Wiatr w chroboczącym piasku śwista.
Lecz już wstępuje moja dusza
W taneczny krąg, jak Persefona,
A kto w królestwie zmarłych widział
Ręce po łokcie opalone?

A czemu łódce powierzamy
Urnę, gdzie ciężki proch wsypano
I święto czarnych róż święcimy
Nad ametystów ciekłych pianą?
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

Jak szybko chmur łańcuchy płyną
Przez ciemniejące nieboskłony
I czarne róże lecą w strzępach
Pod księżyc wiatrem opleciony.
A ponad rufą cyprysową,
Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny,
Ostatnich wspomnień wielka flaga
Wstęgą rozwłóczy się żałobną.

I otwierają się szeleszcząc
Smutne minionych lat wachlarze,
Tam, gdzie amulet dygoczący
Niegdyś się zarył w piasek plaży.
Tam dusza moja lecieć chce,
Za Meganomu mgliste skały,
A w dniu pogrzebu wróci stamtąd
Żagiel żałobnie poczerniały.

1917

Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz

Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.

Chodzenie po mieście. Łąka.

Ewa Maria Slaska

Dieser Beitrag begann ich auf Polnisch zu schreiben und er hat sich “selber” (so zu sagen) in einen deutschen Text umgewandelt, er ist also entweder für die, die Slubfurter Sprache mächtig sind, oder die, die sich dem Google Translator anvertrauen können. Oder die, denen es egal ist. Die Bilder sind doch schön und das reicht.

Wpis zaczyna się po polsku, a potem “samoistnie” niejako przechodzi na niemiecki. W razie potrzeby proszę sięgnąć do tłumacza w Google.

  1. Nie kosić
  2. Nie przycinać drzew i krzaków w frymuśne figury
  3. Siać gęsto, żeby nie trzeba było plewić
  4. Mieszać gatunki
  5. Dodawać trawę (albo przeciwnie: Boże broń nie dodawać trawy!)
  6. Nie wyrywać chwastów (nic nie jest chwastem!)
  7. Siać wszędzie i wciąż dosiewać coś nowego, wszędzie coś może wyrosnąć (albo przeciwnie – nigdy nic nie dosiewać! Ale rzeczywiście nigdy nie wiadomo, gdzie co wyrośnie.)
  8. Wykorzystywać balkony i dachy, a także miejsca pod płotami, wokół drzew i w ogóle wszędzie. Nawet jeśli straż miejska przyjedzie i wszystko usunie – zaczynać od nowa, kiedyś wyjdzie na nasze. W Holandii już tak jest – władze Amsterdamu wydały broszurki z instrukcją, jak rozbijać bruk, żeby sadzić kwiaty. Jeszcze będzie przyjemnie.
  9. Zbierać nasiona i robić własne mieszanki na następny rok
  10. Podlewać
  11. Pluć pestkami owoców po okolicy
  12. Siać i sadzić rodzime gatunki, pamiętając jednak, że klimat się zmienia, czyli to co 50 lat temu nie było rodzime, teraz może bujnie rosnąć i owocować, np. kiwi, aby z egzotycznego przybysza stać się rośliną rodzimą.
  13. Zbierać zioła, jeść kwiaty

Na przełomie tysiącleci ideałem w krajobrazie miejskim Berlina były pojedyncze drzewa i gęste, równo przycinane żywopłoty. Dziś właśnie się porządnie ukorzeniły i mogłyby rosnąć same, gdyby nie to, że przecież trzeba je bez przerwy przycinać. Te żywopłoty odpowiadają hipsterskiej wizji Berlina sprzed 20 – 30 lat. Przeniesiono tu stolicę z Bonn. Upadł komunizm i zaczęła się globalizacja. Do władzy doszło nowe pokolenie, ci, którzy wyrastali z komputerami od młodości, byli pewni siebie, trzymali ręce w kieszeniach (albo co najmniej jedną rękę), nawet podczas spotkań na najwyższym szczeblu, pouczali nas, jak zorganizować świat, a mówiąc do nas, żuli gumę. Pojedyncze okiełznane drzewa i przymuszone do rygoru żywopłoty bardzo dobrze odpowiadały temu, co myśleli o urządzaniu świata mężczyźni w garniturach od Armaniego. Kobiety dopiero nadciągały i jeszcze nie wiadomo było, jak będą wyglądały te, które przebiją się przez szklany sufit. Na początku miały jeszcze fryzury prosto od fryzjera i szare lub czarne garnitury. Gdy ich marynarki zrobiły się kolorowe jak katalog farb, a włosy urosły i rozwiewały się na wietrze, zmieniła się też zieleń w Berlinie. Charakteryzują ją przede wszystkim chwasty i łąki.

Jeśli myślimy, że to my wymyśliliśmy kolorowe łąki w mieście, to teraz Was pouczę. Łąki w mieście wymyślił ogrodnik miejski pewnego niemieckiego miasteczka i teraz te łąki się tak nazywają. “Lato w Mössinger”.

Der Begriff Mössinger Sommer dürfte den Blumenliebhabern bekannt sein. Der Name setzt sich zum einen aus der Stadt Mössingen um zum anderen aus der Geschichte dieses Ortes zusammen. Mössingen selbst wird mit seinen etwas mehr als 20.000 Einwohnern als große Kreisstadt gelistet und liegt in der mittleren schwäbischen Alb ca. 15 km südlich der Kreisstadt Tübingen. Der ehemalige Stadtgärtner Dieter Felger hat in der Stadt Mössingen damit begonnen, Abstandsgrün bzw. Verkehrsgrünflächen mit diesen Blumenmischungen zu bestreuen. Innerhalb kurzer Zeit wurden diese künstlich erschaffenen Blumenwiesen schnell von den Anwohnen, aber vor allem überregional bekannt, sodass in den Folgejahren sich die Stadt Mössingen zu einer wahren Blumenstadt entwickelt hat. Jedes Jahr hat die Stadt eine Vielzahl an Besuchern zu verzeichnen, die ausschließlich wegen der Blütenvielfalt sich auf den Weg zur Stadt Mössingen aufgemacht haben. Neben den ursprünglichen Grünflächen besitzen diese Blumenwiesen einige Vorteile. Zum einen werten diese Mössinger Sommer Blumenwiesen die örtlichen Gegebenheiten optisch deutlich auf und zum anderen hinterlässt die große Vielfalt von mehr als 30 verschiedenen Blumenarten auch in der Natur sichtbare Veränderungen. Diverse Imker haben sich unter anderem in der Region niedergelassen, um sicherzustellen, dass ihre Bienen hochwertigen Honig produzieren. Die teilweise stark tragenden Blütenpollen sind für viele Bienen und Hummeln ein ideales Reservoir an Blütennektar. Neben diesen Insekten sind zur Blütezeit über mehrere Monate hinweg massiv Schmetterlinge zu entdecken und das selbst in dicht besiedelten Wohngegenden. Insgesamt konnte die Stadt Mössingen mit dem Produkt Mössinger Sommer einen Verkaufserfolg erzielen der seines gleichen sucht.

Na, schön, oder? Wollen Sie sich dies bestellen? Bitte sehr, HIER geht es zu eigener Mössinger Wiese.

In der letzten 20 Jahren “verwieste” sich Berlin massiv und zwar in zwei Richtungen – eine Naturwiese und die Mössinger Wiese. Naturwiese (es kann auch eine “Wasserwiese” sein) sieht ungefähr so aus:

Naturwiesen sehen nicht besonders anziehend aus, sind aber “Natur”, die Farbwiesen sind dagegen meistens eine künstliche Mischung, die oft sogar exotische Pflanzen beinhaltet, ist aber als Farbtupfen viel “schöner” und sieht so aus:

Ciekawe jak to jest, że natura jest “brzydsza” niż kolorowa kwietna łąka.

I odpowiedź: bo jest naturalna. Tym samym wracamy do języka polskiego i do jeszcze prostszej porady, jak stworzyć łąkę w mieście:

Robert Maślak

Miasta wydają pieniądze na ciągle koszenie trawników i zakładanie tzw. łąk kwietnych. Kasa krąży, firmy zarabiają, a płacą mieszkańcy. Wysiewane gatunki często nie są dostosowane do siedliska i o taką łąkę trzeba stale dbać lub szybko kończy ona żywot. Zanim wydasz pieniądze na łąkę kwietną, sprawdź, czy nie utworzy się ona sama, za darmo.

Często łąki kwietne i to dostosowane do warunków, rosną całkowicie za darmo i są praktycznie bezobsługowe. Wystarczy zaprzestać obsesyjnego koszenia – robić to raz w roku w drugiej połowie lata lub jesienią. Trzeba podkreślić, że często koszony trawnik jest biologicznie niemal martwy, mało przydatny dla owadów i innych zwierząt, których liczebność bardzo spada. Czasem zakładane łąki się sprawdzają, tu pozytywny przykład z Wrocławia. Łąka kwietna na pl. Społecznym przed Urzędem Wojewódzkim co prawda zostala założona specjalnie, ale żyje już wlasnym życiem i stopniowo zmienia swój skład gatunkowy na bardziej dostosowany do siedliska. Wszystko bez kosztów na koszenie i bez zatrucia powietrza. Mnóstwo gatunków, od żółtej dziewanny przez czerwone maki i białe krwawniki, do niebieskiego żmijowca i jasieńca. Moja rada dla miast, spółdzielni i wszystkich, którzy chcą mieć łąki kwietne – nie wykaszajcie trawników przez 1-3 lata, zobaczcie czy łąka kwietna nie utworzyła się tam sama i dopiero wtedy decydujcie o dosianiu tam łąkowych roślin kwitnących.

Wspomnienia o Maryli (9)

Magdalena Ciechomska

Koty

Ponieważ jest lato, są wakacje, przyroda rozkwita, więc i moje wspomnienia krążą wokół naszego dawnego ogrodu i jego mieszkańców. Ogród ten otaczał stary, rodzinny dom Ciechomskich na warszawskim Mokotowie. Z czasów przedwojennych ocalało w nim pięć wysokich drzew orzecha włoskiego, dwie stare jabłonie i śliwa węgierka. Było jeszcze kilka mirabelek, najwcześniej wiosną pokrywających się białymi kwiatami. Od ulicy rósł szpaler świerków, posadzonych przez mojego teścia, między nie wcisnęła się czeremcha i dwa krzewy bzu lilaka, jaśminowiec oraz różowo kwitnący migdałowiec. Jeden róg domu oplatała liliowa glicynia, po murze ganku pięły się pędy winorośli, podobno przywiezionej przez dziadka gdzieś z głębi Rosji. Z tyłu ogrodu rosły cztery dorodne, rozłożyste krzewy dzikiego bzu.

Od kwietnia do końca czerwca ogród pełen był zapachów. Oprócz krzewów na trawniku przed domem pyszniły się amarantowe peonie. Kiedy przekwitły, nadchodził czas różowych i niebieskich hortensji. Na początku lipca kwitła wielka stara lipa, rosnąca (rośnie chyba do dziś?) w ogrodzie Muzeum Władysława Broniewskiego, od którego odgradzał nas mur z tyłu ogrodu, a jej rozłożyste konary zacieniały cały jego róg. W sierpniu wzdłuż alejki prowadzącej od furtki zakwitały floksy.

Wiosną ogród napełniały o świcie ptasie trele, a o zmierzchu biegały po nim jeże. Nocą budziły nas piski kun ogrodowych i od czasu do czasu rozpaczliwy krzyk ptaka, nieszczęsnej ofiary ich nocnych łowów. Najważniejszymi rezydentami ogrodu były jednak zawsze koty. Koty dzieliły się na „nasze – stałe” oraz „dochodzące”. Te ostatnie to były koty wolno żyjące, które dokarmialiśmy. Nie byliśmy w tym osamotnieni, mieszkająca na piętrze muzeum staruszka, dawna gosposia Broniewskich, systematycznie wystawiała na taras miseczki z jedzeniem, do których też zachodziły i nasze, „stałe” koty. Liczebność tego stadka zmieniała się, od czasu do czasu przybywał nowy kot, zdarzały się też tragiczne historie. Dwa kotki zginęły pod samochodem, dwa przepadły bez śladu… Kilka zmarło wskutek chorób, na które wówczas nie było skutecznych lekarstw.

Kiedy Maryla dowiedziała się, że jej brat i ja zamierzamy wziąć ślub i – zgodnie z wolą ich rodziców – zamieszkać w ich rodzinnym domu, zapytała, czy ja lubię koty. Odpowiedziałam, że w ogóle nie rozumiem, jak można kotów nie lubić? Moja odpowiedź bardzo ją ucieszyła, często później wspominała tę rozmowę i zawsze podkreślała, że tą odpowiedzią trafiłam w samo sedno, no bo przecież, jak można kotów nie lubić?!

Tych stałych kotów przewinęło się przez nasz dom chyba kilkanaście. Każdy miał swoje imię, ale były takie, które pamięta się szczególnie. Na przykład Jednooczka. Pewnego listopadowego wieczoru Maryla znalazła przy ogrodzeniu pobliskiej budowy metra młodą, burą kotkę z ogromnym ropniem w miejscu jednego oka. Natychmiast zawiozła ją do weterynarza. Operacja nie uratowała oka, ale prawdopodobnie życie kota, bo stan zapalny był już bardzo zaawansowany. Jednooczka była z nami sześć lat. Urodziła kocięta, potem, gdy została poddana sterylizacji, zmieniła zarówno wygląd jak i obyczaje. Urosła i zaczęła zachowywać się jak kocur. Wypuszczała się na dalekie eskapady, toczyła boje z kotami wolno żyjącymi. Wyróżniała się niezwykłą inteligencją i ostrożnością. Mając jedno oko, doskonale umiała przechodzić przez ulicę. Bywało, że nie widywaliśmy jej przez trzy-cztery dni. Zawsze wracała. Kiedyś wróciła bardzo chora. Niestety, nie udało się jej uratować. Została jej córka, Kluska. Żyła 19 lat, kilka razy miała młode. Zachodziła w ciążę tak szybko, że zanim się zorientowaliśmy, było za późno na sterylizację. Kilkoro jej dzieci zostało w domu, kilka kotków rozdaliśmy. Gdy ostatni raz była w ciąży, tuż przed porodem – zniknęła… Byliśmy pewni, że wydarzyło się coś złego. Pół roku później zjawiła się, tak , jakby wyszła poprzedniego dnia… Była sama. Nie znamy losu jej ostatnich dzieci. Ostatnich, bo czym prędzej umówiliśmy się z weterynarzem na operację. Potem żyła jeszcze długo i szczęśliwie. Już nie uciekała, tolerowała swoich wcześniejszych potomków. Przeprowadziła się z nami do nowego domu. W nowym, znacznie mniejszym ogrodzie najchętniej drzemała w zacisznym kątku pod jałowcem. Przeżyła wszystkie swoje dzieci. Spośród „ kotów dochodzących” wyróżniał się jeden, duży czarny kocur o zbójeckim wyglądzie, z zielonymi oczami, naderwanym uchem i górną wargą odsłaniającą biały kieł… Nazwaliśmy go przekornie Małym Czarnym Kotkiem, bo gdy przychodził do naszego domu był bardzo przymilny, mruczał, łasił się. Ale nigdy nie pozwolił zatrzymać się dłużej, jeśli nie miał na to ochoty. Chadzał własnymi drogami. Być może miał kilka domów. Za to gdy potrzebował pomocy, pojawiał się z głośnym lamentem, raz ze zropiałą raną na pyszczku, innym razem z łebkiem pokrytym świerzbowcem. Podleczony zaraz ruszał w świat i znikał na długie tygodnie.

Maryla przyjeżdżając do Warszawy, często mówiła, że w berlińskich mieszkaniach brakuje jej kota. Jakiś czas mieszkała w akademiku, tam, w okolicy znalazła chorego jeża, którym się zaopiekowała. Później, gdy już miała stałe lokum, wzięła do siebie kotkę Ewy, Matyldę. Matylda była mniej więcej w wieku naszej Kluski, umarła chyba niedługo po niej, zresztą również dożyła sędziwego, kociego wieku. W Berlinie Maryla zajmowała się także kotami osób wyjeżdżających. W ogóle zawsze była bardzo wrażliwa na los zwierząt, zwłaszcza na ich cierpienie. Pewnego razu latem znalazłyśmy na chodniku przed domem chorego gołębia, pokrytego jakimiś pasożytami. Ja następnego dnia wyjeżdżałam z synem nad morze. Maryla zapakowała ptaka w koci transporter i odniosła do przychodni weterynaryjnej.

Przez wiele lat była wegetarianką. Musiała z tego zrezygnować z powodu problemów z układem pokarmowym. Wiem też, że wspierała finansowo różne organizacje zajmujące się zwierzętami.

Kiedy przyjechała do Warszawy już po badaniach, mając zdiagnozowanego raka przełyku, opowiedziała mi, jak po otrzymaniu wyników poszły z Ewą do kawiarni, gdzie fruwały kolorowe papugi. Rok po śmierci Maryli ponownie usłyszałam tę historię również od Ewy. Bo też było to dla Maryli charakterystyczne, że w takiej chwili wybrała miejsce, w którym mogły towarzyszyć jej zwierzęta, kolorowe ptaki.

Chodzenie po mieście. Tulipany.

Drugi rok pandemii i lockdownu. Drugi rok chodzimy we trzy po mieście, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja. Dziś:

Krystyna Koziewicz

Tulipanowy zawrót głowy

Parki miejskie, te wielkie otwarte przestrzenie, zielone oazy, miejsca wypoczynku i relaksu – niezwykłe, służące mieszkańcom miast. „Wszystko, co możesz sobie wyobrazić, Natura już stworzyła”, powiedział Albert Einstein. Zachwyt, patrzenie na piękno jest pierwszym krokiem do oczyszczenia umysłu z nagromadzonych emocji życia codziennego. Człowiek potrzebuje oderwania się od rzeczywistości, która ostatnimi czasy sporo namieszała nam w głowie i popsuła szyki. Obcowanie z pięknem wywołuje dobroczynne zmiany w sferze wewnętrznej człowieka.

„Wiosna, pięknieje wkoło świat”, śpiewali Skaldowie. „Wiosna, ach to ty” – Marek Grechuta. Ziemia zaczyna pokazywać swoje najpiękniejsze oblicze, którego cywilizowany świat chyba jednak nie potrafi docenić, trwoniąc dorobek minionych i niszcząc egzystencję przyszłych pokoleń. Wrrr…

Nasze spacery po mieście stały się sposobem nie tylko na wspólne pogawędki, ale także poznawania miasta, w którym żyjemy. Pandemia spowodowała konieczność przystosowania się do reguł, które wyznaczają obywatelom rządzący. Społeczeństwo niemieckie dość pokornie znosi wszelkie ograniczenia. My również nie załamałyśmy rąk i nie skazałyśmy się na siedzenie na kanapie przed telewizorem. We trzy udało nam się skrzyknąć do wspólnego spacerowania, początkowo po dzielnicach, w których mieszkamy. Potem szło już wszystko jak przysłowiowego płatka w całym Berlinie.

Kilka dni temu, pod koniec kwietnia, kiedy wreszcie słońce zaczęło mocniej przygrzewać, udałyśmy się do parku Britzer Garten, zobaczyć słynny pokaz kwitnących tulipanów. Nie było to takie znowu proste, przyjść ot tak sobie w dowolnym czasie, kupić bilet i zażywać wolności, swobody, jak to było jeszcze rok temu. Najpierw trzeba zgłosić się online i jeśli się miało szczęście, to trafiło się na dobry przedział czasu, jak to było w naszym przypadku. Godzina 11.00 do 11.50 to czas, jaki nam został przydzielony na zwiedzanie tulipanowego miejsca. Jednym słowem reglamentowana radość podziwiania tulipanów, w całej ich okazałości. Na pociechę dodam, że chodzenie po parku nie podlega żadnym ograniczeniom.

Tulipan – jego nazwa wywodzi się od perskiego słowa dolbend, którym określa się materiał na turban, noszony na głowie przez mężczyzn, a przypominający kształtem kwiat tulipana. Tulipany – te wiosenne kwiaty, jakże pełne wdzięku i uroku, od wieków budzą zachwyt, cieszą oko, wzbudzają natchnienie i ciekawość. Zajmują nie tylko ważne miejsce w świecie roślin, są naturalną dekoracją w naszych ogrodach, domach. Na kuli ziemskiej istnieje ok. 120 gatunków oraz 15 tysięcy odmian tulipanów. Tak wielka ich ilość wynika z faktu, iż od początku uprawy ogrodnicy, niewątpliwie zafascynowani urodą tych kwiatów, próbowali, poprzez krzyżowanie uzyskiwać kwiaty o nowych kształtach, wielkościach i barwach. Tulipan w naturze występuje głównie na terenie Azji – począwszy od Japonii, poprzez północno-wschodnie Chiny, Azję Środkową po Bliski Wschód, pojawia się też i dalej, choć w mniejszym nasileniu, na terenach północnej Afryki i południowej Europy.

Na początku XVII wieku Holandię ogarnęło szaleństwo zwane “tulipomanią”, cebulka kwiatu kosztowała tyle, co dom!

Znaczenie tulipanów jest zależne od barwy ich płatków. A zatem według mowy kwiatów żółte tulipany oznaczają radość, pogodę myśli i uśmiech, czerwone miłość, a czarne – niezwykły ogrodniczy kunszt, bo czarnych tulipanów w naturze nie ma.

Nie ma chyba dużego miasta w Europie, gdzie by się nie dało pójść wiosną na święto kwiatów, często właśnie tulipanów. Kwitnące tulipany w Britzer Garten to wspaniała uczta dla wzroku i węchu – piękne, naturalne niejako krajobrazy, łąki i łany kwiatów, nie tylko tulipanów, bo są też narcyzy, żonkile, szafirki, szachownice cesarskie, kwitną drzewa owocowe i krzaki forsycji, ale oczywiście najważniejsze są tulipany – na łąkach i kwiatowych dywanach, pojedynczo i układając się w kompozycje biało-zielone, czerwono-fioletowe, albo żółte i różowe. Jakaż to wspaniała wiosenna przyjemność, której nie odebrał nam żaden lockdown! Odpoczywamy na ławeczce, kładziemy się na trawie, jak wiosenne koty rozkoszujemy się barwami i aromatami. Niech całe piękno zamiast słów odda poniższa galeria zdjęć!
(zdjęcia są większe, niż to co widać, wystarczy kliknąć!)

Chodzenie po mieście. Królowa Luiza.

Ewa Maria Slaska

Monice

Królowa Luiza

Wielokrotnie podczas pandemii byłyśmy z Moniką Wrzosek-Müller na spacerze w parku przy pałacu Charlottenburg, czyli u królowej Luizy. Pałac jaki jest, każdy wie. Piękny, barokowy, paradny. Taki jak wszystkie, jak Wilanów, jak Wersal, jak Hattfield i Poczdam. Nawet francuskie i angielskie parki i ogrody wokół pałaców są podobne. Mają wielkie trawniki, wielkie drzewa i wielkie jeziora. Są piękne, ale po latach zlewają się w pamięci w jeden park. Gdzieś rośnie ogromny szpaler lip, gdzie indziej zaprojektowano labirynt cisowy, albo kaskadę na wzór Niagary. Udaje mi się zapamiętać pojedyncze elementy. To, co na pewno zapamiętuję z pałacu w Charlottenburgu to popiersie królowej Luizy ulokowane na maleńkiej sztucznej wyspie – jej wyspie. Podobno bardzo lubiła to miejsce. Ktoś przychodzi tu co kilka dni i ozdabia posążek gałązkami, kwiatami, zimowymi jagodami.

Była królową, którą Berlin zawsze kochał, ale zdziwiło mnie, że ta miłość dotrwała do dziś.

Nazywała się Luise (Louise) Auguste Wilhelmine Amalie, była księżną Mecklemburgii, a potem wyszła za mąż za księcia Fryderyka Wilhelma III, który w cztery lata później został królem Prus, a ona – królową. Urodziła się 10 marca 1776 roku w Hanowerze (za kilka dni minie 245 rocznica jej urodzin), umarła młodo, 19 lipca 1810 roku. Była piękna, a co chyba ważniejsze – czarująca. Lubiła ludzi i traktowała ich raczej jak emancypowana, demokratyczna mieszczanka niż jak wyniosła arystokratka. Ale to nie dlatego Berlin kochał i kocha swoją królową. Współcześnie porównuje się ją do Lady Di. Jej  życie upłynęło w czasach zażartej walki Prus przeciwko Francji pod wodzą Napoleona. Luiza okazała się królową dzielną i współczującą, taką, która potrafiła połaczyć obowiązki wladczyni, matki, żony, patriotki,  i to właśnie te przymioty sprawiły, że już za życia była postacią kultową, po śmierci zaś stała się wręcz legendarna. Do historii przeszła opowieść o tym, jak Luisa pojechała spotkać się z Napoleonem, by poprosić go o zmniejszenie ogromnej kontrybucji wojennej nałożonej na Niemcy po przegranej wojnie. Nic nie uzyskała, ale lud berliński czcił ją odtąd jak świętą patronkę. Drugi syn Luizy i Fryderyka przekształcił królestwo pruskie w Cesarstwo, co wyniosło zmarłą królową do rangi Matki Cesarza.

Książę Fryderyk Wilhelm poślubił Luizę w Wigilię 1793 roku, a w dwa dni później jego młodszy brat, Ludwik, poślubił jej młodszą siostrę, Fryderykę. Ludwika miała lat 17, Fryderyka – 15. Obie pary książęce  zamieszkały obok siebie w Pałacu Książąt (Kronprinzenpalais) i Pałacu Księżniczek (Kronprinzesinnenpalais) na ulicy Unter den Linden w Berlinie. Fryderyk i Ludwika mieli też do dyspozycji rezydencję letnią w zamku w Paretz koło Poczdamu. Mieszkali skromnie i prowadzili przykładne małżeństwo, również wtedy, kiedy Fryderyk i Ludwika zostali królem i królową. Mieli dziesięcioro dzieci, z których dorosłego wieku dożyło siedmioro, w tym dwóch książąt, którzy po kolei zostali królami, a drugi z nich w roku 1871 koronował się na cesarza. Najstarsza córka Fryderyka i Luizy, Charlotte, została carycą Rosji. Jako caryca nazywała się Aleksandra Fjodorowna, czego do końca nie da się zrozumieć, ale chyba nie musimy tego wiedzieć. Ważniejsze z mojego punktu widzenia jest to, że Luiza i Fryderyka zostały wkrótce po ślubach sportretowane przez Johanna Gottfrieda Schadow.

Ci, z moich Czytelników, którzy w miarę wiernie czytają tegto bloga, pamiętają być może, że portret księżniczek to moje ulubione dzieło sztuki. Pisałam już TU o obu siostrach. Nie po raz pierwszy zresztą, ale poprzedni wpis był na innym blogu i zaginął. Obie księżniczki są ze mną od jedenastu lat. Kupiłam je sobie jako odlew gipsowy, a okoliczności i motywacje owego zakupu wydają mi się dziś dość szczególne. Szłam bowiem do szpitala i czekała mnie ciężka operacja, która była wówczas na tyle rzadka, że nie tylko ja, ale i szpital się niepokoił, czy się uda. Szanse stały zapewne fifty fifty. Równie (nieo)ptymistycznie wyglądały prognozy co do tego, czy jeśli nawet operacja się uda, to czy ja jeszcze w ogóle będę na chodzie. Czyli – ciężko było. Kupiłam obie księżniczki z przyjemną myślą, że jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to zamieszkają ze mną, a jeżeli pójdzie źle – to zabiorę je ze sobą do grobu. No i tak sobie do dziś mieszkamy 🙂

Lubię zatem Luizę i chętnie do niej “zachodzę” w odwiedziny. Próbowałam znaleźć w internecie jakieś wiadomości na temat tego, kto i dlaczego w parku Charlottenburg wciąż ozdabia kwiatami popiersie Luizy, ale nic nie znalazłam. Może ktoś z Czytelników coś wie?




Popiersie, pierwotnie marmurowe, wykonał Christian Daniel Rauch w kilka lat po śmierci królowej, w roku 1816, ale według modelu gipsowego, który młody rzeźbiarz wykonał jeszcze za życia Luizy. W brązie popiersie zostało odlane w roku 1822. W roku 1867 ktoś je ukradł, a gdy je odtworzono, w roku 1876 znowu zostało ukradzione. To, które Monika i ja odwiedzamy, zostało odlane w roku 1987.

Zima

Konrad

 

 

Śnieg

pośród kierzy
mróz się szerzy
leży pierze
rześkie, jeży
się na trawie
ją wykłuwa
jej pęcherze
mierzy ku nam

piana surczy
pierze spływa
czuję strach
i zimny wymaz
na paluchu
w lewym bucie
chcę się poddać
tej pokucie

skaczę w morze
haust już chełstem
tonę w chłodzie
mierzę się z tym
i to kocham
czemu? jestem
w tej wymianie
ciepło daję


Ela Kargol

Berlin, styczeń 2021

Na Moabicie zakwitła róża,
Z obietnicą na jeszcze,
ale czy zdąży?
Szansę ma dużą.

Bo choć Berlin i styczeń,
ocieplenie globalne,
jest bardzo nieprzewidywalne
i spełnia wiele bzdurnych życzeń.

Grudzień w ogrodzie

dziennik niecodzienny czyli krótko o...

Miesiące zimowe to w ogrodzie czas odpoczynku. Kiedy jednak zacznie się w niego wgłębiać można dostrzec kilka ciekawych rzeczy. Bardzo podoba mi się ten spokój. W sumie to trochę zazdroszczę roślinom, które mogą przespać tych kilka mało przyjemnych miesięcy, zwłaszcza kiedy za oknem taka szarówa z deszczem jak dziś.

View original post

Dożynki, sukkot i 3 października

Ewa Maria Slaska

A poza tym nic na działkach się nie dzieje,
śpiewała Barbara Kraftówna.
Co niedziela działkowiczów barwny tłum,
Pośród kwiatów głośno dziecię się zaśmieje,
Bo wesoło, bo beztrosko jemu tu.
Nam też było beztrosko. Przyszliśmy na ekumeniczne święto dziękczynienia “na działkach”. Był przepiękny jesienny dzień. Wszędzie kwitły przepiękne kwiaty, dalie wielkie jak talerze, aksamitki, kosmee, cynie, róże, późne jesienne malwy i rodowa roślina rodu Slaskich czyli ślaz.
Nad jednym z sąsiednich ogródków powiewała flaga niemiecka – był 3 października i, niejako przy okazji, obchodziliśmy 30 rocznicę zjednoczenia Niemiec.

W rogu ogrodu ustawiono ołtarz dziękczynienia, pełen kwiatów, jarzyn i owoców. Każdy, kto przychodził, coś tam dostawiał. A to słoik miodu, a to konfitury, a to wspaniały ogromny chleb. Z boku na grillu ktoś smażył kiełbaski, a w budynku administracji, działkowiczki sprzedawały pyszne domowe ciasta.
Na trawie bawiły się dzieci, a pilnowali ich ojcowie. Matki siedziały przy stołach, piły kawę i rozmawiały. Dość często się to obserwuje w młodych rodzinach niemieckich. Rodzice umawiają się, kto kiedy ma dyżur przy dziecku i ojcowie bardzo poważnie traktują swoje obowiązki. Matka, nawet jeśli akurat nie wyszła na piwo albo na wykłady na uniwersytecie, nie wtrąca się w to, jak tata zajmuje się dziećmi.

 

Pastor, który odprawia nabożeństwo, nazwane jednak Andacht, czyli złączenie się w modlitwie, a nie Gottesdienst, czyli nabożeństwo sensu stricte, swoje krótkie wystąpienie poświęca życiu, bo życie to wdzięczność, życie to tragedia, życie to ciągłe zaskoczenie. W ostatnich dniach autorzy blogowych wpisów, Ela Kargol i Mietek Węglewicz, napisali, że życie to wolność, co mi bardzo odpowiada, ale nie sposób nie zgodzić się z miłym pastorem, że jest to (również) coś wspaniałego, za co musimy być wdzięczni, że życie wciąż nas zaskakuje i że, oczywiście, życie to też dramat. Dramat śmierci, niesprawiedliwości, kataklizmów, wojny, epidemii, ale też samotności, braku zrozumienia i porozumienia. Zapewne, przyznaję, dużo tu “dopisałam” do myśli pastora, ale to dlatego że jego wystąpienie “dało mi”, jak to mówiliśmy w szkole, “do myślenia”. Mottem kazania był cytat z książki Alberta Schweitzera, który, jako ewangelik, nie może zostać uznany za świętego, ale, powiedział pastor, gdyby ewangelicy uznawali świętych, to Schweitzer na pewno by nim został. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”. To najsłynniejsze zdanie Schweitzera oznacza, że cześć dla życia wymaga szacunku dla ludzi, zwierząt i roślin. A może i dla Ziemi, myślę, przypominając sobie niedawne rozmowy z moimi bardzo młodymi przyjaciółmi o teorii Jamesa Lovelocka. Ziemia, czyli Gaja, też jest żywym organizmem.

I też nie możemy jej krzywdzić.

Dyskretnie sprawdzam w komórce, co każdy z nas powinien wiedzieć Schweitzerze. Urodził się w roku 1875 w Niemczech, zmarł w Gabonie w roku 1965. Był filozofem, teologiem, lekarzem, organistą, jednym z najlepszych znawców Bacha na świecie. Pacyfista, działacz społeczny, prekursor ekologii, laureat nagrody Nobla, jeden z najważniejszych myślicieli XX wieku.

Po chwili namysłu oceniam, że Lovelock, choć pastor o nim nie wspomniał, też jednak zasługuje na wspomnienie tu. Z głowy pamiętam, że ma 101 lat, wciąż jeszcze żyje, jest Anglikiem, stworzył teorię żywej Ziemi, jego wynalazki znajdują zastosowanie w rakietach kosmicznych, a obecnie zajmuje się sztuczną inteligencją.

Niezwykli faceci. Jak się o nich myśli, to może fakt, że w historii liczą się tylko biali starzy faceci, przestaje aż tak uwierać. Polski zespół Łąki Łan nagrał piosenkę o Lovelocku,

a tu Albert Schweitzer gra Jana Sebastiana Bacha.

I na zakończenie – 2 października 2020 roku się zaczęło, 7 się skończy – radosne żydowskie święto zbiorów, Sukkot.

Reblog o ogrodach (wystawa) / Gärten (Ausstellung)

Wystawa wirtualna: Ogrody w oczach artystów polskich i niemieckich
Virtuelle Ausstellung: Gärten in den Augen deutscher und polnischer Künstler

Uwaga: Kliknięcie w obraz Teresy Murackiej Park przekieruje nas do wystawy
Achtung: durch einen Klick aufs Bild von Teresa Muracka gelangen wir in die Ausstellung

Fundacja Pokolenia Pokoleniom i Policultura Verein zapraszają na wernisaż kolejnej odsłony wystawy OGRODY POLSKO-NIEMIECKIE OCZAMI ARTYSTÓW,

Vernisage
Freitag / w piątek, 04 września / September godz./ um 18:30 Uhr

Partner projektu: Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Maseczki mile widziane, w zachowaniu rekomendowanego dystansu (pandemia covid) pomoże możliwość rotacyjnego oglądania wystawy dzięki temu, że przed atelier jest wielki dziedziniec.
Bitte kommeth mit den Masken!

Frauenblick und wieder Prag (6)

Monika Wrzosek-Müller

Aus Prag mit einem Bein in der Welt

Nach wie vor völlig von Prag begeistert, füllt sich der Kopf mit verschiedenen Gedanken, wandert doch in andere Teile der Welt. Irgendwie kommt mir jetzt immer wieder die Yoga-Lehre von den drei großen Gottheiten des Hinduismus: Brahma, Vishnu und Shiva, in den Sinn. Das als Trimutri im Hinduismus bezeichnete Zusammenspiel zwischen Schöpfung, Erhaltung und Zerstörung gibt es auch in der christlichen Theologie und wird da Trinität genannt; wobei für mich da die Zuordnung nicht ganz klar ist – wer ist für was zuständig? Im Hinduismus dagegen ist es stark ausgeprägt und beeinflusst die ganze Philosophie in Bezug auf Individuen, aber auch auf alle Lebewesen einschließlich der Natur. Das Prinzip finden wir überall, ob bei Patanjali oder auch in den Veden; das Zusammenspiel der gegensätzlichen Kräfte und Neigungen, um ein Gleichgewicht zu erhalten, schwingt in allen Beschreibungen und Sutren mit. Krankheit wird somit als ein Verlust des Gleichgewichts angesehen und es wird empfohlen, daran zu arbeiten und sich zu bemühen, es wiederherzustellen. Alle Entwicklungen in der Geschichte, die mit Kriegen endeten, werden auf den Mangel an Harmonie und Gleichgewicht zurückgeführt. Natürlich sind diese Gedanken scheinbar sehr einfach und einfältig, doch sie enthalten viel Wahrheit über das Funktionieren von Individuen, aber auch von ganzen Gesellschaften oder gar Völkern. Wie reiht sich in diese Gedankengänge dann so eine Pandemie wie die jetzige ein?

Wenn man während der Pandemie, während des lock downs, von weitem, aus einem noch einmal anderen Staat, die Länder betrachtet, mit denen man verbunden ist – und in meinem Fall sind das mehrere: Polen als Geburtsland, Italien als Lieblingsland und Deutschland als Wohnort – dann werden die Unterschiede der Herangehensweisen so markant und deutlich, dass es einen manchmal selbst etwas überrascht und ängstigt, welche Züge und Merkmale besonders hervortreten. Man gerät leicht in Verallgemeinerungen und Vorurteile, deren Einfluss auf das Verstehen der Vorgänge eher gedämpft werden soll. Daher versuche ich diese Gedanken nicht weiter zu verfolgen oder aufzuschreiben…

Prag, dessen Schönheit ich hier mehrmals beschrieben habe, ist für mich ein Paradebeispiel der Erhaltung im weitesten Sinne des Wortes, obwohl es in der Vergangenheit und der näheren Gegenwart nicht an Beispielen für gründliche Veränderungen gefehlt hat.

Den ersten wunderbaren Umbau auf der Kleinseite unterhalb des Schlosses hat Wallenstein, der eigentlich Albrecht Wenzel Eusebius von Waldstein hieß, Herzog von Friedland usw., angeregt. Er kaufte ein riesiges Areal auf, ließ 26 Häuser abreißen und baute in den Jahren 1623 bis 1630 darauf ein Schloss der Superlative. Wenn man bedenkt, dass Wallenstein (so wie wir ihn von Schiller kennen) schon 1634 von einem kaisertreuen Soldaten ermordet wurde, weil er für alle rundherum zu mächtig, zu störrisch, zu stolz und vor allem zu reich geworden war, konnte er sich selbst nicht allzu lang an der Schönheit des Palastes, der Loggia und des weitläufigen Gartens erfreut haben. Wenn man durch diese Anlage wandert, die 1992 Sitz des Senats der Tschechischen Republik wurde, wird einem klar, warum die anderen mächtigen Herren eifersüchtig auf ihn waren. Die Kompliziertheit der politischen Verflechtungen und der Lage sowie der Persönlichkeit Wallensteins hat Schiller in seiner Trilogie der Wallenstein-Dramen dargelegt. So oder so ist es eine der schönsten Anlagen, die ich je gesehen habe; sie ist im Stil des sehr frühen böhmischen Barock errichtet, enthält aber Elemente der Spätrenaissance in manieristischem Stil, daher ist sie lebendig, offen und inspirierend. Die Loggia zum Garten hin erinnerte mich sehr an die Loggia der Villa Schifanoia in San Domenico bei Fiesole. Meine Intuition hatte mich nicht im Stich gelassen: sie wurde auch nach dem Vorbild der Loggia des Domes in Livorno von einem toskanischen Architekten errichtet. Drei große Bögen öffnen sich freizügig zur Gartenseite hin, dahinter befinden sich die große sala terrena und davor ein wunderschön angelegter Garten, der gerade eine aufwendige Renovierung erfahren hat. Einige der Elemente wie die Felsimitationen und die künstliche Tropfsteinhöhle, die Grotte, erinnern mich wiederum stark an Giardini di Boboli in Florenz. Der Blick von der Loggia fällt auf ein Spalier von Skulpturen des niederländischen Bildhauers Adriaen de Vries. Leider wurden die Originale während des Dreißigjährigen Krieges von den schwedischen Truppen geraubt und stehen (bis auf eine Figur der Venus) angeblich noch heute noch im Schloss Drottningholm. Hinter dem Labyrinth und einer höheren Buchenhecke kommt man an einen wirklich tiefen, mit sehr schönen Wasserpflanzen geschmückten Teich mit allerlei großen und wertvollen Fischen. In der Mitte des Teiches gibt es eine kleine Insel mit Springbrunnen, alles in stattlicher Größe und alles wirklich minuziös sauber und gepflegt gehalten. Nach der Renovierung des Gartens kamen auch noch weiße und bunte Pfauen dazu, die gemächlich und sehr würdevoll auf dem kurz gehaltenen englischen Rasen spazieren und mich wiederum an den Garten in der Villa Meleto erinnern, in der wir unzählige Sommerferien verbracht haben. Im Garten des Palais Wallenstein finden im Sommer Theateraufführungen statt. Um die Geschichte der wirklich einmaligen Anlage zu vervollständigen, sei erwähnt, dass ein Nachkomme der Wallensteins sie übernommen hat, der während der Nazizeit in die NSDAP eingetreten ist; daher wurde das Schloss nach dem Krieg verstaatlicht. Doch bis zum Jahr 1955 lebte in dem Palais eine Gräfin von Waldstein mit ihrer Kammerfrau; sie starb mit 104 Jahren. Dabei musste ich an die Erzählungen über den polnischen Grafen Stanisław Potocki denken, der nach seinem Tod in Lima in Łańcut bestattet wurde und der nach 1989 oft das Schloss und den Garten besucht haben soll.

Die nächste Veränderung die mir in dieser grundsätzlich auf Erhaltung fixierten Stadt auffiel, war die Auflösung des Ghettos und der alten Judenstadt in den Jahren zwischen 1898 und 1913: Eingemeindung derselben unter dem Namen Josefov, als IV Prager Bezirk. Die umliegenden Häuser wurden um 1900 mit Jugendstil-Fassaden, in Anlehnung an Pariser Architektur, erbaut und eine Prachtachse vom Altstädter Ring bis zum (heutigen) Metronom oben auf dem Letna-Park mit dem Namen Pariser Straße errichtet. Heutzutage ist das die erste Adresse für die teuersten Läden in Prag: Gucci, Louis Vuitton, Burberry, Prada, Armani, Escada, Dior, Boucheron, Karl Lagerfeld, Givenchy, Hermes, Versace, Chanel und viele mehr. Von der alten Judenstadt sind einige Synagogen und der älteste jüdische Friedhof Europas erhalten geblieben.

In der neuesten Zeit ist ein durchaus gelungenes Objekt dazugekommen: das Tanzende Haus, tánčici dům. Der Komplex steht am Moldauufer, am Rasinovo nábřeži, daher aus allen Erhebungen, vom Petřin auf der anderen Moldauseite gut sichtbar, errichtet auf einem Grundstück, das länger brach gelegen hatte. Dafür wurde nicht einmal etwas abgerissen, denn das Eckhaus, das an der Stelle vor dem Krieg stand, wurde versehentlich bei einem amerikanischen Luftangriff auf Prag am 14.02.1945 zerstört. Václav Havel wohnte in der Nachbarschaft und hat das Projekt von Anfang an unterstützt; es sollte ein Kulturzentrum beinhalten, davon ist eine Galerie übriggeblieben, alles andere wird eher kommerziell genutzt (ein Super-Hotel, ein sehr teures Restaurant und Café). Es ist vielleicht das am meisten abgebildete moderne Gebäude in Prag, es reiht sich mit seiner verspielten Fassade in das Meer der schönen Häuser am Moldauufer ein und es sticht aus ihnen heraus. Es wurde von den bekannten Architekten Vlado Milunic und Frank O. Gehry entworfen; in Prag wird es liebevoll Ginger & Fred genannt, denn die Fassade scheint wirklich in Bewegung zu sein, so als ob die beiden Häusertürme tanzen würden.

Natürlich hat die Epoche des Sozialismus/Kommunismus im Bild der Stadt ihre Spuren hinterlassen, hier wird diese Architektur Prager Brutalismus genannt; es sind vor allem große Hotels und Zentren, die in den sechziger und siebziger Jahren entstanden. Viele Menschen assoziieren sie mit dem Kommunismus, doch wurde in diesem Stil in der ganzen Welt gebaut. Auch diese Bauten, wie z.B.: das Kaufhaus Kotva oder Kaufhaus Máj, der neue Bühnenbau des Nationaltheaters, um nur die bekanntesten in der Stadtmitte zu nennen, sie alle fügen sich doch irgendwie in das Stadtbild und machen es auch lebendiger, bei allen erhaltenden Elementen, an denen gerade diese Stadt so reich ist.

Wenn man aber mit Bildern des zerstörten Warschau aufgewachsen ist, erscheinen einem diese Dimensionen der Zerstörung und Erneuerung sehr zurückhaltend und, sagen wir, minimalistisch. Was auffällt, ist die wunderbare Harmonie, Weichheit und Menschlichkeit, die auch auf die geografische Lage, die Hügellandschaft und die mäandrierende Moldau zurückgeht. Gut, dass vieles in das UNESCO Weltkulturerbe aufgenommen worden ist und hoffentlich auch neue Generationen erfreuen wird.