Jutro sobota 31 października 2026. Spotykamy się o godzinie 18 w SprachCafé Polnisch – Schulzestr. 1, 13187 Berlin Dojazd do stacji S-Bahn Wollankstr (uwaga! są strajki i utrudnienia! Słuchać tego, co mówią głośniki w kolejce lub posługiwać się kreatywnie komunikacją!)
Krystyna Koziewicz
Wspominamy
Zbliża się listopad, czas refleksji, zadumy i wspomnień, który w polskiej tradycji nierozerwalnie wiąże się z pamięcią o przeszłości i bliskich.
To właśnie miesiąc listopad przybliża pamięć o tych, których nie ma już z nami. Oni nie odeszli, pozostają bowiem w naszej pamięci.
Z cyklu MY TRZY – Ewa Slaska, Ela Kargol i ja, Krystyna Koziewicz, organizujemy w (przed)listopadowej edycji wspominki o tych, którzy zmarli w 2026 roku.
Zajaśniało, jak co roku, Kolorem, Światłem, Wiatrem.
Przybyło, Ubyło, Trochę mniej, I trochę więcej.
Mniej, Bo nie ma już pieniędzy. Więcej, Żeby wyglądało, Że się miasto postarało.
Obie wieże i kolumna, Kolumnady i Pergamon, Koncerthaus i dwie katedry, Stadion, brama, most i hotel, Na Poczdamskim przysiadł motyl. Ach, niejeden, jest ich wiele. No i trzmiele, Pośród kwiatów z projektora Gonią nie wiadomo za czym. Po fasadzie fruną w ciemność.
Pstryk. Zgasło światło z reflektora. Ogród w morze się zamienia. A w nim ryba rybę goni. Węże, pawie i króliki, Kolorowe fiki miki.
Domku z kart nie rusza wiatr, Baletnicy doda wdzięku, Liśćmi z drzew porusza czule, Jakby o miłości mówił i o sercu, co w rozterce, co to skacze Z miejsca w miejsce…
Kto nie widział, Nic nie stracił. A kto widział, Zyskał dużo. W światłokolor się zanurzył I w berlińską noc.
Zobaczyłam niemal wszystko, co mieniło się kolorami i rozbrzmiewało muzyką. W tej rymowance – wyliczance, nie znalazły się jednak wszystkie miejsca. Prawdziwym odkryciem okazał się dla mnie Dworzec Pocztowy, który od dawna nie pełni już funkcji dworca.
Dworzec Pocztowy
Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Koncerthaus. Jego fasadę rozświetliły projekcje stworzone na podstawie rysunków wykonanych przez dzieci, wpisujące się w tegoroczne hasło festiwalu, którym była miłość.
Miłość
Stadion Olimpijski odwiedziłam w deszczu, a na budynek dawnego lotniska spoglądałam jedynie zza płotu (ostatnie zdjęcie poniżej).
Brama Brandenburska
Potsdamer Platz, czyli Plac Poczdamski
Berliner Dom, czyli Katedra Berlińska
Most Górnokładny, czyli Oberbaum Brücke
Wieże
Domek z kart
Pisząc, że „ubyło”, miałam na myśli luksy, czyli jednostki odpowiadające za natężenie światła. Odniosłam wrażenie, że tegoroczny festiwal był nieco ciemniejszy niż jego wcześniejsze edycje. Jeśli rzeczywiście tak jest, to tylko z korzyścią dla środowiska. Jeśli nie, pozostaje mi przyjąć, że to mój wzrok zaczyna płatać figle.
Nigdy nie przepadałam za szprewaldzkimi ogórkami. Nie pojmuję, skąd ta ich światowa sława. Co innego małosolne: niebo w gębie, cud – miód i malina. A właściwie: koper, chrzan, czosnek, woda, sól i ogórek, najlepiej niewielki. Czasem liść winogrona, wiśni albo czarnej porzeczki.
Dynia mała, dynia duża, Pomarszczona i gładziutka, Wąska, cienka i malutka Dynia UFO, dynia łabędź Dynia boska i anielska. Czarna, to chyba diabelska?
Dynia z tyłu, dynia z przodu. Dynia z mojego ogrodu. Dynia z pestki, Pestka z dyni. Dynia olbrzym, dynia mini. Dynia pod i dynia nad. Dynia, a pod dynią świat.
Ciocia Bronia mówiła na nie korbole. Gotowała z nich albo z ich dodatkiem mleczne zupy z kluseczkami. Wstrętne. Tak samo wstrętne były te zamykane w słoikach, zalane octem, o zapachu, który unosił się po całej kuchni. Dopiero dużo później odkryłam, że dynie mogą smakować inaczej. Lepiej. Upieczone z owczym albo kozim serem, kremowe zupy o różnych konsystencjach, smakach i kolorach, ciasta, soki, oleje, ostatnio nawet szaszłyki…
Uwaga: Poniższy tekst powstał częściowo podczas warsztatów kreatywnego pisania, które odbyły się w Lublinie w dniach 3–5 lipca 2026 roku, w ramach projektu „Historie, które chcą być opowiedziane…”, organizowanego przez SprachCafé Polnisch w Berlinie.
Przyjechałam pociągiem z Berlina, Stacja Lublin Główny. Przywitała mnie gwałtowna burza, błyskawice, zacinający deszcz i XIX‑wieczny budynek z dużo młodszym napisem DWORZEC.Naprzeciwko konstrukcja zupełnie inna. Nowoczesna. Bez nazwy, bez szyldu, jakby jeszcze nie zdecydowała, czym chce być. Z daleka przypominała palmiarnię bez palm, choć jej ażurowe, białe słupy miały w sobie coś z pni egzotycznych drzew. Więc zapytałam: „Dworzec autobusowy?”, „Tak”,odpowiedział pan ochroniarz. I myśląc, że szukam w plecaku papierosów, wskazał miejsce, gdzie można zapalić. A ja szukałam telefonu, żeby zrobić zdjęcie obu budynkom.
Byłam w Poznaniu. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Urodziłam się w tym mieście, tam dorastałam, tam przeżyłam swoje najpiękniejsze, bo młode lata.
Na Junikowie w Poznaniu mam już miejsce w grobie rodzinnym, choć o tym, czy będzie to ostatecznie moje miejsce, zadecyduje i tak rodzina. Mnie natomiast w zaświaty jeszcze się nie spieszy.
Berlin, w którym mieszkam od wielu lat i znacznie dłużej, niż mieszkałam w Poznaniu – jest dziś moim miastem. Jestem tu trochę z przypadku a teraz już z przyzwyczajenia, ze względu na rodzinę, na skromną emeryturę, na zasiedzenie i kilka innych powodów, które pewnie też by się znalazły. Na pewno jednak nie ze względu na sentymenty, korzenie czy groby przodków, bo te są gdzie indziej.
Neptun mnie rozczarował. Zapamiętałam go jako znacznie większego. Oczywiście wtedy byłam dzieckiem, więc proporcje wyglądały inaczej. Dziś ginie trochę w cieniu wyższych kamienic, kościołów, ratusza i wszystkiego, co wokół się dzieje. A przecież to Neptun, król mórz, wiekowy strażnik Dworu Artusa, któremu udało się uniknąć przetopienia na armaty. A że król bywa nagi, stąd pewnie często ginął jego listek figowy, czyli płetwa konia morskiego, która listek udaje.
Do Gdańska pojechałam nieprzygotowana, nie odświeżając sobie wiedzy o mieście, nie pytając o nic adminki – Gdańszczanki, nie czytając przewodników. Chciałam, żeby miasto samo mnie prowadziło. Po części się udało, po części błądziłam.
Bitte die Fotos in beiden Sprachversionen anschauen Proszę obejrzeć zdjęcia w obu wersjach językowych
Szczecińskie podwórka, ukryte wśród otaczających je kamienic, te piękne i te nijakie. Często zaskakują wyglądem, pomysłem, mozaiką, muralem, ogrodem lub jego brakiem. Niektóre dopiero czekają na zmiany. Każde opowiada własną historię. I te betonowe studnie, w których tylko echo ma coś do powiedzenia, albo te tętniące życiem i kwitnące zielenią, jak podwórko Joli i Mirka. Na jednym pojawiły się motyle, na innym stara poniemiecka grusza rodzi coraz mniejsze owoce, a bluszcz zarasta ceglane mury. Są takie, które tchną MIŁOŚCIĄ albo zapraszają na daleki REJS i takie, które onieśmieliłyby może samego Bolesława Śmiałego. Bo jakże spojrzeć w oczy Bolesławowi Nieśmiałemu, gdy samemu jest się Śmiałym.
Urodził się sto lat temu w Szopienicach, dziś kojarzonych przede wszystkim z netflixowym serialem Ołowiane dzieci. Ta niegdyś samodzielna, robotnicza dzielnica jest obecnie częścią Katowic.
Henryk Bereska wspominał swoje dzieciństwo z czułością. Dorastał wśród kochającej rodziny, niedzielnych obiadów i przydomowych ogrodów. Dzieciństwo biedne, ale szczęśliwe.