Johannes Quistorp

Ela Kargol

Johannes Quistorp (1822-1899) szczecinianin

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałam nazwisko Quistorp.
Evy Quistorp z Berlina też nie znałam.
O Wieży Quistorpa w Szczecinie opowiadała adminka, o tym, że kiedyś na szpilkach, ale w błocie i słocie do jej ruin zmierzała.
Jeszcze wtedy nic o Quistorpach nie wiedziałam. A wspomnianą wieżę myliłam z wieżą Bismarcka, też w Szczecinie.
Potem nagle w mediach społecznościowych pojawił się temat cmentarza, w zasadzie miejsca po nim, przy byłym Zakładzie Opiekuńczym “Bethanien” w Szczecinie.
Zakład powstał w drugiej połowie XIX wieku i działał do II Wojny Światowej. Fundatorem zakładu był Johannes Quistorp.

Większość budynków Betanii stoi do dziś. Są objęte ochroną zabytków i nadal służą użyteczności publicznej.

Kim był Johannes Quistorp?

Był odważnym człowiekiem czynu, który wyprzedził pod niejednym względem swoją epokę, był przedsiębiorcą, fabrykantem, deweloperem, człowiekiem biznesu i sukcesu, pracodawcą, dbającym o swoich pracowników, dobroczyńcą i filantropem.
Stettin i Szczecin, oba miasta zawdzięczają mu wiele. Jego spuścizna obecna jest w mieście prawie na każdym kroku.

Zaczęłam od końca, czyli od grobów Quistorpów, grobów, których nie było, które w latach 60 ubiegłego wieku, a może jeszcze wcześniej, zniknęły z powierzchni ziemi.

Niektóre nagrobki rzeczywiście znaleziono, zakopane w ziemi, niektóre, częściowo zrekonstruowano, w tym krzyż na grobie Johannesa Quistorpa, nagrobek Martina, syna Johannesa.
Na oryginalnych krzyżach biblijne cytaty, nie zawsze łatwe do odczytania:
“Słudzy jego będą mu cześć oddawali, i będą oglądać jego oblicze, a imię jego na ich czołach.”
(Apokalipsa św. Jana)

Bardzo dobrze zachował się nagrobek pierwszej żony Johannesa, Minny Quistorp z domu Theune.

“Denkmal Pomorze”, stowarzyszenie dbające i pielęgnujące historię starego Stettina wskazało mi drogę do cmentarzyka.
Z budynku obok właśnie wyszła jego mieszkanka i już nie wiem, kto kogo zagadnął. Może ona właśnie mnie, bo stałam niezdecydowana przed zielonym skwerem, zastanawiając się, czy to tu?
“Szukam cmentarza”, powiedziałam pytająco.
“To tu, ale śladu nie ma. Byli tu tacy niedawno, coś kopali, sprawdzali, mierzyli. Wie Pani, po wojnie to wszyscy tu wszystko rozkradli, zniszczyli. Mój ojciec opowiadał mi, że on z sąsiadem kilka kamieni nagrobnych zakopali, bo tak to by wszystko rozkradli, powywozili, ale co teraz tu będzie, to nie wiem.”

Od dzisiaj wiedzą już wszyscy, no może jeszcze nie wszyscy, ale bardzo wielu.
“Denkmal Pomorze” stara się bardzo i przywraca jeśli nie świetność, to na pewno pamięć starym cmentarzom ewangelickim na Pomorzu. Dzięki staraniom stowarzyszenia i osobom zaangażowanym, przede wszystkim Dorocie Pundyk i Sabinie Wacławczyk, odnowiono grób Johannesa Quistorpa. Powróciła do jego miasta, jego i jego rodziny, pamięć o tym, kim i jacy byli Quistorpowie.

Dzisiaj nad grobem Johannesa wiele osób się wzruszyło.

Praprawnuczka Johannesa, pani Nicola Stegmann przyjechała znad Jeziora Bodeńskiego, Diakonisa Irma i pastor przyjechali z Ducherow. Do Ducherow przeniosły się po wojnie diakonisy ze szczecińskiej Betanii. Siostra Irma znała wiele szczecińskich diakonisek. Pastor Sikora ze Szczecina wygłosił modlitwę dziękczynną nad grobem Johannesa Quistorpa. Były też inne przemówienia, wieńce, kwiaty, znicze.
Na ławeczce cmentarnej, takiej samej, jak sprzed stu lub więcej lat, można było przysiąść i podumać nad biegiem czasu, historii, zapominaniu i pamięci.
Kaplica cmentarna jest własnością prywatną i nie przynależy już do cmentarza.

Sama Betania nie jest już jednością, Budynki, które razem z terenami zielonymi stanowiły całość, pozostały w większości budynkami użyteczności publicznej, lecz park wokół poprzegradzano płotami i zabudowano, a same budynki zmieniono. Straciły dużo z uroku architektonicznego, który im nadano przeszło sto lat temu.

Willa, w której mieszkał ze swoją rodziną sam Johannes, jest własnością miasta – w budynku mieści się Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego. Nie ma już ogrodu i niektórych zabudowań, ale sama willa nie straciła zbyt dużo ze swojej świetności.
“Szczeciński Westend”, piękna dzielnica willowa, powołana do życia przez utworzoną w 1871 roku spółkę Johannesa Quistorpa, jego syna Martina, Heinricha C. Burmeistera, Augusta Horna, Ernsta Petzolda, w dalszym ciągu zachwyca zabudową.

Spacerując ulicą Wojska Polskiego, możemy podziwiać niejedną reprezentacyjną willę, prawie każda z nich wybudowana jest w innym stylu architektonicznym. Otwarta po długim remoncie, renowacji i częściowej rekonstrukcji “Willa Lentza” stała się wizytówką szczecińskiego Westendu.

Jasne Błonia, Park Kasprowicza, Las Arkoński, to tereny zielone, należące ongiś do rodziny Quistorpów. Już w XIX wieku zostały udostępnione mieszkańcom miasta. To tam, pod rozległymi platanami zakwitają wiosną tysiące krokusów, a rozłożyste stare platany dają cień spacerującym. Magnolie i krokusy są od lat wizytówką miasta.
Romantyczna kładka nad jeziorem Rusałka w dawnym Parku Quistorpa jest do dzisiaj obiektem pełnym westchnień zakochanych i fotografów.

Wieża Quistorpa wybudowana została w latach 1900–1904 na zlecenie syna Martina w Lasku Arkońskim (dawniejszym Eckerberger Wald) w hołdzie dla ojca – Johannesa. Projektantem wieży był Franz Schwechten, autor zachowanej do dziś berlińskiej Wieży Grunewaldzkiej (Grunewaldturm), upamiętniającej cesarza Wilhelma I. Z wieży Quistorpa, podobnie jak z wielu innych budowli Schwechtena, pozostały tylko ruiny, z pozoru dość romantyczne, acz okrutne w przekazie – są wszak świadectwem tragedii wojny.

W upamiętnienie 200 rocznicy urodzin Johannesa Quistorpa zaangażowanych było i nadal jest bardzo wiele osób: wspomniany już “Denkmal Pomorze”, Sabina Wacławczyk i Dorota Pundyk, realizujące projekt “2Q22 – rok upamiętnienia Johanessa Quistorpa”, Stowarzyszenie Historyczno-Eksploracyjne “Archegryf”, społeczności skupione na Facebooku na portalu “Szczecin znany i historyczny”, “Historyczny Niemierzyn/Nemitz Arkońskie”, Damian Kolassa (autor książki „Szczecińska Wieża Quistorpa. Od monumentu po ruinę”) i wielu tu niewymienionych, którzy, kierując się umiłowaniem miasta, ludzi i historii, wspierali pomysłodawców i realizatorów (a i siebie nawzajem).

Praprawnuczka Johannesa Quistorpa nauczyła się dzisiaj jednego zdania po polsku. Powiedziała głośno: “Byłam bardzo wzruszona”.

Ja też.

Śladami Berlińskiego Muru (kolejny odcinek)

Ela Kargol

Griebnitzsee i Steinstücken

Steinstücken to jedna z dziesięciu eksklaw Berlina Zachodniego, jedyna zamieszkała, oddalona od Berlina Zachodniego o ponad kilometr.

Powstała, gdy chłopi ze wsi Stolpe nabyli w 1787 roku kawałek ziemi poza właściwymi granicami gminy, na którym w XIX wieku powstała kolonia.

Pruskie prawo przyporządkowywało grunty poza miejscem zamieszkania do gminy, w której właściciel mieszkał na stałe, w tym wypadku była to wieś Stolpe, która w 1898 r. stała się gminą Wannsee, ta z kolei w 1920 roku została włączona do Wielkiego Berlina.

Steinstücken było więc terytorium należącym do Berlina, jednak znajdowało się poza jego obszarem.

Po II wojnie światowej Steinstücken, jako część dzielnicy Zehlendorf, weszło w skład sektora amerykańskiego, otaczający je Babelsberg stał się częścią radzieckiej strefy okupacyjnej. Granicę początkowo można było przekraczać bez dużych problemów. 18 października 1951 roku Steinstücken zostało tymczasowo zajęte przez NRD-owską Volkspolizei. Na skutek interwencji USA, NRD po czterech dniach cofnęła aneksję. Od tego czasu Steinstücken zostało odgrodzone linią posterunków, a mieszkańcy nie mogli już swobodnie przedostawać się do okolicznych dzielnic, do Babelsbergu i Poczdamu. Jedyne nadal funkcjonujące połączenie z Berlinem Zachodnim prowadziło teraz przez leśną drogę i dwa przejścia graniczne w Kohlhasenbrück.

Od czasu wybudowania muru berlińskiego w 1961roku, Steinstücken ogrodzono osobnym murem. Zwłaszcza po ucieczce na zachód ponad 20 enerdowskich pograniczników granica w tym miejscu zaczęła być szczególnie mocno chroniona.

Od postawienia muru w 1961 roku w Steinstücken stacjonowało trzech żołnierzy amerykańskich. Helikoptery zapewniały połączenie z Berlinem Zachodnim.

Dziś niewielki pomnik upamiętniający most powietrzny wykonany z dwóch łopat wirnika przypomina o skomplikowanej historii eksklawy. Lądowisko, gdzie stoi helikopter, na który można się wspiąć i fikać koziołki, jest placem zabaw, na mapie zaznaczonym jako Helikopter-Spielplatz.

Drogę prowadzącą na lądowisko nazwano Am Landeplatz.

Lądowisko wykorzystywane było do roku 1976.

Po umowie o wymianie terytorialnej z 1971 roku eksklawa została połączona z obszarem Berlina prawie kilometrowym korytarzem. 30 sierpnia 1972 r. otwarto drogę, Bernhard-Beyer-Straße, która zapewniała publiczny dostęp i połączenie z siecią transportu lokalnego Berlina Zachodniego. Do dziś nie zmienił się numer autobusu, który tu przyjeżdża.

Jeszcze przed upadkiem muru nasz sąsiad zabrał nas na wycieczkę do Steinstücken. Niewiele z tej wycieczki pamiętam, jedynie przejazd przez las, płot z obydwu stron i tory kolejowe, które przecinały Steinstücken. Most nad torami kolejowymi i niebo nad nim stały się częścią Berlina Zachodniego, natomiast przestrzeń powietrzna pod mostem wraz z ziemią pod nim pozostała przy NRD. I tak jest do dzisiaj, most należy do Berlina, a to co pod mostem do Brandenburgii. Choć dzisiaj nie ma to już żadnego znaczenia.

W tym roku przyjechałam tu rowerem z Griebnitzsee, kierując się drogą muru, wyznaczoną nie zawsze po śladach rzeczywistej granicy. Rzeczywista granica muru w tym miejscu tworzy zygzaki, zakręty i już nikt nie pamięta jak przebiegała.

Mur przedni, mur tylni, pas śmierci, to wszystko już jest historią, wcale niedaleką.

Griebnitzsee, jezioro na granicy Berlina i Poczdamu. Statek wycieczkowy przepełniony, jakby miałby to być ostatni ciepły dzień tej jesieni, kajaki, deski i inne łódki na jeziorze. Podczas podziału Berlina granica między NRD a Berlinem Zachodnim, a więc praktycznie część muru berlińskiego, leżała na środku jeziora. Stela z nazwiskami upamiętnia trzy osoby, Willego Marzahna, Petera Böhme i Jörgena Schmidtchen (pierwszy strażnik graniczny, który zginął przy ochronie muru). Warto wspomnieć o czwartej ofierze, o Günterze Wiedenhöft, który utonął w grudniu 1962 roku w jeziorze podczas próby ucieczki.

W „Chronik der Mauer” czytamy:

Mieszkańcy zachodniej części Berlina – Steinstücken i Kohlhasenbrück – zostali zaskoczeni hałasem strzałów z broni palnej we wczesnych godzinach porannych, jeden pocisk wbił się w otwarte skrzydło okna sąsiedniego budynku mieszkalnego. “Ratunku, zaraz mnie zabijecie” – usłyszał świadek krzyk z pasa śmierci pomiędzy seriami oddawanych strzałów. Krzyż pamiątkowy z napisem “Willi Marzahn – zastrzelony 19 marca 1966 roku podczas ucieczki” upamiętnił później zabitego uciekiniera w berlińskiej dzielnicy Zehlendorf. – W oświadczeniu batalionu strzeleckiego z 13 kwietnia 1966 roku czytamy: “Marzahn otrzymał sprawiedliwą karę, zapłacił za swoją zbrodnię życiem.”

Nad samym jeziorem autentyczna część muru przedniego pomalowana od strony wody szarą farbą, od strony lądu naturalnie szara jak beton. Lekko pochylona w stronę jeziora. W murze wetknięte szare jak beton róże jakby na przeprosiny za to, co było, za te 28 lat, za setki niepotrzebnych śmierci.

Kawałek dalej japońskie wiśnie, które stały się też symbolem muru, ale tego, który 9 listopada 1989 przestał istnieć.

Na wiosnę znowu zakwitną.

Projekt Bobowska. Ostatni tekst (więzienia)

Tekst spóźniony. Miał być WTEDY. Jest dziś. Czasem tak bywa.

Ela Kargol

Irena Bobowska, berlińskie więzienia

Irena Bobowska 3 września 1942 roku skończyła 22 lata. W dniu swoich urodzin osadzona była w berlińskim więzieniu dla kobiet przy Barnimstraße. Wiedziała już, że 23 urodzin nie doczeka. 12 sierpnia 1942 odbyła się w Berlinie rozprawa przeciwko Irenie i jej trzem współtowarzyszom konspiracji z Poznania, współtowarzyszom więziennej niedoli i współtowarzyszom okrutnej śmierci. Wszyscy oprócz Lorkowskiego, a więc Bobowska, Michalski i Zakrzewski otrzymali wyrok śmierci, który nie podlegał kasacji, choć Irena próbowała się odwoływać, prosząc o darowanie życia, nie tyle dla siebie, ile dla jej przyjaciół z konspiracji. Wszyscy zostali oskarżeni o przygotowanie zdrady stanu.

12 lipca 1942 roku Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) skazał Irenę Bobowską na karę śmierci. Proces odbył się w Berlinie. Niestety nie udało mi się ustalić w którym budynku. Mógł to być budynek Landtagu Pruskiego lub byłego Wilhelms-Gymnasium niedaleko Potsdamer Platz lub do dziś stojący gmach sądu najwyższego (Kammergericht) w berlińskiej dzielnicy Schöneberg, gdzie zbierał się Trybunał Ludowy i gdzie wymierzono karę zamachowcom na Hitlera z 20 lipca 1944. Równie dobrze mógł to być jeden z gmachów Sądu Karnego, które znajdowały się w bezpośredniej bliskości więzienia Moabit.

Dr Bogumił Rudawski z Instytutu Zachodniego w Poznaniu na moje zapytanie, dlaczego Irena i pozostali zostali skazani przez sąd w Poznaniu, mimo, że proces odbywał się de facto w Berlinie, odpowiedział:

pod wyrokiem podpisywali się sędziowie, którzy wydali ów wyrok. To
Wyższy Sąd Krajowy w Poznaniu (Oberlandesgericht Posen) sądził te osoby;
nie ma znaczenia, gdzie się odbywała rozprawa; znaczenia ma tylko –
tylko w tym wypadku – instytucja. Wspomniany Wyższy Sąd Krajowy w
Poznaniu obradował często na sesjach wyjazdowych, np. w Berlinie czy
Breslau, ale w składzie poznańskim. Stąd też sąd ten widnieje jako organ
wydający wyrok.
Sąd ten zajmował się sprawą Bobowskiej i in., ponieważ wszyscy skazani
pochodzili z Kraju Warty (dokładnie z Poznania), poza tym sądowi temu
powierzono sprawy WOZZ, do której należeli wcześniej skazani. A ponieważ
skazani przebywali w więzieniu w Berlinie, to tam odbyły się obrady sądu.
(i w grę tu chodziły, moim zdaniem, względy logistyczne – łatwiej było
udać się sędziom do Berlina, niż przewieźć skazanych na rozprawę do
Poznania).

23 kwietnia 1941 przewieziono Irenę z więzienia we Wronkach do nieistniejącego już więzienia w Berlinie-Spandau. Tym samym transportem jechali jej ciotka Stanisława Kwiatkowska i Radziwój Zakrzewski, razem z nią stracony w Berlinie-Plötzensee. Zachował się dokument z listą osób tzw. sondertransportu z więzienia we Wronkach do więzienia w Berlinie-Spandau.

Lista jest alfabetyczna. Jedynie pięć nazwisk dopisanych jest na końcu listy, w tym Irena Bobowska i jej ciotka Stanisława Kwiatkowska, aresztowana razem z Ireną w Poznaniu w redakcji Pobudki. Dlaczego Irenę dopisano? Zwolniły się miejsca? W bardzo złej kondycji fizycznej przetransportowano ją, osobę niepełnosprawną ruchowo do następnego więzienia, więzienia w Berlinie. Czy transport do Berlina był nieunikniony? Czy, gdyby los chciał inaczej, Irena nie pojechałaby do Berlina?

Za dużo pytań.


Więzienie w Berlinie-Spandau zrównano z ziemią jesienią 1987 roku, po ponad stu latach istnienia. Zbudowane było jako więzienie forteczne dla personelu wojskowego. W latach 1914-1918 przetrzymywano w nim jeńców wojennych

W 1920 roku, po zniesieniu jurysdykcji wojskowej, zostało przekazane państwu niemieckiemu. Było jednym z sześciu więzień dla mężczyzn w Wielkim Berlinie, a od roku 1933 więzieniem dla przeciwników III Rzeszy.

Po wojnie więzienie zostało przejęte przez aliantów i umieszczono w nim siedmiu więźniów, zbrodniarzy wojennych, skazanych przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze.

Po zwolnieniu Alberta Speera i Baldura von Schiracha w 1966 roku, w więzieniu pozostał tylko jeden więzień – Rudolf Hess – jeden z najbliższych współpracowników Hitlera, który odbywał karę dożywocia.

Hess popełnił samobójstwo 17 sierpnia 1987 roku. Miał wtedy 93 lata.

Jeżdżąc w 1984 roku do pracy do Kladow, musiałam przejeżdżać obok więzienia. Nie wiem, czy sobie je przypominam. Przypominam sobie natomiast, że nasz niemiecki przyjaciel (nota bene były żołnierz Wermachtu) pokazywał nam ten budynek, mówiąc – tu siedzi Hess. Wtedy wiedziałam o Hessie tylko tyle, że musiał być wojennym zbrodniarzem, skoro został skazany w procesie norymberskim na dożywocie.

Więzienie znajdowało się w sektorze brytyjskim Berlina, ale strzeżone i prowadzone było kolejno przez cztery zwycięskie mocarstwa (Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, ZSRR i Francję). Hess spędził w nim 40 lat. Był najdroższym więźniem świata. Przez ostatnie 20 lat życia był jedynym więźniem ogromnego zakładu karnego. Po jego samobójstwie brytyjski komendant miasta kazał budynek zburzyć, by nie stał się celem pielgrzymek neonazistów. W miejscu, gdzie stało więzienie, wybudowano najpierw brytyjskie centrum handlowe (Britannia Centre Spandau), teraz w tym miejscu znajduje się niemiecki Kaufland. Czy któreś z drzew z więziennego ogrodu przetrwało do dnia dzisiejszego, trudno mi powiedzieć. Wokół stoją budynki byłych koszar i prawdopodobnie mieszkania pracowników więzienia. Legenda głosi, zresztą nie tylko legenda, również wikipedia, że po zburzeniu budynku gruzy zmielono i zatopiono w Morzu Północnym. Inną wersję podaje Johannes Fülberth w Das Gefängnis Spandau 1918–1947. Strafvollzug in Demokratie und Diktatur. Zmielone, skruszone resztki budynku przetransportowano setkami ciężarówek na lotnisko Gatow i tam zostały zakopane.

Czy naprawdę chodziło tylko o to, żeby nie powstało miejsce czci dla neonazistów, którzy w Rudolfie Hessie widzieli męczennika? Czy o coś innego?

Plac przed więzieniem nazwano nie tak dawno Placem Białej Róży (Platz der Weißen Rose), na przekór wszystkim neonazistom i innym prawicowym ekstremistom, którzy szczególnie w rocznicę śmierci Hessa stawali się w tym miejscu bardzo aktywni, biorąc sobie Rudolfa Hessa za wzór do naśladowania.

Biała Róża była niemiecką antynazistowską grupą oporu, a Sophie Scholl, jej brat, jej przyjaciele to równolatkowie Ireny Bobowskiej, kilka miesięcy później skazani na śmierć. Umarli jak Irena, pod gilotyną.

Na placu kwitną białe róże o bladoróżowym odcieniu. Nie ma żadnej informacji o więzieniu.

Wspomniany już Johannes Fülberth bardzo szczegółowo opisuje dzieje zakładu karnego w Berlinie-Spandau od czasów Republiki Weimarskiej do roku 1987. W jednym z rozdziałów pisze:

Wiosną 1941 roku gwałtownie wzrosła liczba polskich więźniów, którzy obok więźniów Wehrmachtu stanowili największą grupę więzionych w Spandau. Powodem tego było przeniesienie 260 Polaków z więzienia we Wronkach koło Poznania do Berlina. W dniach 21 kwietnia i 23 kwietnia 1941 r. do więzienia sądowego w Neukölln przeniesiono 130 polskich więźniów, a 22 i 23 kwietnia kolejnych 130 do więzienia w Spandau. Wielu z nich podejrzewano o przynależność do polskich grup oporu.

Wielu więźniów z Poznania zostało dalej przeniesionych do szpitala więziennego w Moabit.

Również Irenę Bobowską umieszczono w tym szpitalu, i stało się to krótko po po przewiezieniu jej do Berlina, nie ze względu na gruźlicę, na którą chorowało wielu więźniów przywiezionych z Wronek, ale najprawdopodobniej ze względu na jej niepełnosprawność i ogólny stan zdrowia, bardzo nadszarpnięty przez nieludzkie traktowanie we Wronkach.

Irenę Bobowską przywieziono do Berlina 22 lub 23 kwietnia 1941. Być może zanim zobaczyła swoją celę w Spandau, przeniesiono ją od razu do lazaretu więziennego w Berlinie-Moabit. 27 kwietnia pisała do rodziny, że od 5 dni jest w Berlinie, w szpitalu. Nie miała już wózka, ani szyn wspomagających chore nogi. To wszystko odebrano jej we Wronkach. Nie mogła się poruszać. Nie umiem sobie wyobrazić, ile Berlina widziała Irena, gdy przewożono, a częściowo przenoszono ją ze Spandau do Moabitu.

To Berlin ją widział:

Bajka to niby,niosło mnie w lektyce 4 niewolników, a obok kroczyła eskorta z najeżonymi bagnetami. Ogromnie wielkie i huczne ulice Berlina z podziwem spoglądały na mnie i mój pochód.

Prawie dwa lata jeździłam raz w tygodniu do lekarzy w Berlinie, w dzielnicy Moabit. Z okna gabinetu zabiegowego spoglądałam na budynek więzienia. Najpierw tylko spoglądałam, potem zaczęłam wokół niego spacerować, powoli odkrywać jego historię, choć historia nie chciała i nie chce się nadal odkryć. Nie znalazłam rzetelnych opracowań na temat tego więzienia. Internet przemilcza albo bardzo skraca historię więzienną dyktatury hitlerowskiej. Na pytania dotyczące historii budynków i jego więźniów w czasie II wojny światowej nie otrzymałam nigdy odpowiedzi. Przekierowywano mnie do innych instytucji. Mogę tylko przypuszczać, że budynek, w którym znajdował się więzienny szpital, przetrwał. Nie jest już szpitalem, bo ten przeniesiono do Plötzensee, ostatniego adresu Ireny Bobowskiej.

W jednym z listów z Moabitu Irena podaje dokładny swój adres: Berlin Moabit, Alt Moabit 12a, Abt. III 76. Późniejsze listy pisane będą na więziennym papierze listowym z adresem Alt-Moabit 12a. Do dzisiaj zakład karny nie zmienił adresu, ta sama ulica, ten sam numer. Wokół solidny płot, wieże strażnicze, drut kolczasty, za płotem sztuka nawiązująca do przeznaczenia miejsca. Ostatnio pojawił się hotel dla owadów, najprawdopodobniej dzieło któregoś z więźniów.

Irena dobrze wspomina czas spędzony w Moabicie. Żyła nadzieją, że to tylko więzienie i to nie takie straszne, jak Wronki, z którego przywieziono ją ledwo żywą. Tu ją leczono, dopasowano szyny do nóg, chodziła do dentysty. Buty mogła oddać do szewca, w więziennej bibliotece pożyczała książki. Korzystając ze słownika francusko-niemieckiego i elementarza, uczyła się niemieckiego. Francuski znała z poznańskiej Dąbrówki. Zaprzyjaźniła się ze swoją towarzyszką niedoli, współmieszkanką z celi, Erną Piasch. Być może ona pomagała Irenie pisać listy w języku niemieckim, bo tego wymagał więzienny regulamin. Gdy Ernę przeniesiono do więzienia w Cottbus, Irena uczyła się nadal niemieckiego i radziła sobie całkiem dobrze. Czytała książki, wypożyczone w więziennej bibliotece. Jedyną książką polskiego pisarza wydaną po niemiecku byli Chłopi Władysława Reymonta. Delektowała się jej czytaniem. Na święta Bożego Narodzenia mogła ustroić swoją celę gałązką jodły z lametą, postawiła przy niej aniołka z waty, śpiewała, rysowała, tęskniła za domem, czytała fragmenty Chłopów dotyczące świąt, pasterki. Uciekała w świat marzeń, choć ze swojego okna więziennej celi widziała tylko pół lub trochę więcej niż pół nieba. Zimą mróz malował na szybie wzory.

Wiosną przed oknem zakwitła akacja. Czy czuła jej zapach, gdy wynoszono ją na noszach na tak zwany spacer, czy dostrzegała jej piękno?

A potem odbył się jej proces. Potem wiedziała, że akacja już dla niej nie zakwitnie.

Więzienie przy Barnimstraße, w kolejności trzecie berlińskie więzienie Ireny, było najstarsze z czterech berlińskich więzień.

Otwarte zostało w roku 1864 jako tzw. Schuldgefängnis (więzienie dla dłużników). Już w roku 1868 roku, zostało przekształcone i rozbudowane w Królewsko-Pruskie Więzienie dla Kobiet. Więzieniem dla kobiet było aż do czasów jego likwidacji w roku 1974. Mury dostosowywały się do każdego z panujących systemów.

Podczas II wojny światowej było przystankiem dla kobiet w drodze do Plötzensee. W zasadzie pobyt na Barnimstraße przed wykonaniem wyroku trwał zaledwie kilka dni. Irena spędziła tam jednak ponad miesiąc. Możliwe, że z nadzieją na zmianę wyroku. To tam 3 września skończyła 22 lata, zaczęła 23 rok życia.

Zaczęła.

W miejscu, gdzie stał budynek więzienia, jest teraz Ogródek Ruchu Drogowego. Nie tylko rowerzyści mogą z niego korzystać. Ze słuchawkami na uszach i wskazówkami (nie zawsze zrozumiałymi) można przenieść się w czasie. Drzewa otaczające więzienie stoją wzdłuż nieistniejących już więziennych murów, a w słuchawkach brzmią wspomnienia więzionych kobiet.

Zachowało się dużo listów Ireny pisanych do rodziny i przyjaciół, pisanych po niemiecku, którego to języka Irena nauczyła się w zaskakująco szybkim czasie.

Zostały wiersze, rysunki, została jej młodość i nasza pamięć.

Sądząc po listach, czas spędzony w więzieniach berlińskich nie był złym czasem. Irenę podleczono, naprawiano jej zęby i buty, dano możliwość samokształcenia i pracy. A wszystko po to, żeby bezprawnie skazać ją na karę śmierci i wykonać wyrok, ścinając jej głowę gilotyną.

Minęło 70 lat od śmierci Ireny Bobowskiej i wielu tysięcy kobiet i mężczyzn, zamordowanych w czasach dyktatury Hitlera.

Dyktatury nie mijają, a dyktatorzy piszą nowe okrutne historie.

10 lat po śmierci Ireny narodził się nowy dyktator.

Corona X

Ela Kargol

Korona

13 i wcale nie w piątek, ale 13 października w czwartek zostałam ukoronowana. Korona należy mi się z urzędu, ze względu na imię, ale długo o nią nie zabiegałam. Teraz udało mi się nawet wyprzedzić księcia Karola, bo on musi poczekać do następnego roku. Choć chyba królem już jest i te koronę o której piszę, też już zakładał i ściągał.
Mam nadzieję, że do czasu koronacji księcia Karola, ja już będę bez korony i moi bliscy też abdykują.

Korona, a właściwie koronawirus pojawił się w mediach jakieś trzy lata temu, poza mediami na pewno dużo wcześniej.
Pandemia COVID-19 – pandemia zakaźnej choroby COVID-19 wywoływanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. Rozpoczęła się jako epidemia 17 listopada 2019 w mieście Wuhan, w prowincji Hubei, w środkowych Chinach, a 11 marca 2020 została uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za pandemię, tyle wikipedia.

Najpierw była daleko w Chinach i nikt się nie spodziewał, że dotrze do cywilizowanej Europy. A jeśli dotrze, to w małych ilościach i okaże się ptasią grypą, no, albo czymś takim, co nie przyniesie aż tyle zła i każdy sobie z tym poradzi.
Nie pamiętam, gdzie pojawiła się pierwszy raz w Europie. Byliśmy wtedy w Budapeszcie i na lotnisku niektórzy zakrywali twarze. Wszyscy z zaciekawieniem na nich spoglądali. Potem się zaczęło. Pierwsze maski, szyte nieudolnie, z resztek materiałów, resztek bielizny. Śmialiśmy się z mężem do rozpuku, widząc pana w szczecińskim tramwaju z maską, której pierwotne zastosowanie można było od razu rozpoznać. Rozczulała mnie dziewczynka z maską wydzierganą szydełkiem z lalką w bliźniaczej masce. Pierwsi chorzy, pierwsze zgony, setni chorzy, setne zgony. Zamykanie zakładów pracy, szkół, sklepów, kin, teatrów, placów zabaw, lasów, nawet szpitali, granic.

Strach przed nieznanym.

Kwarantanny po przyjeździe, kwarantanny po wyjeździe, kwarantanny i jak je obejść? Jak pojechać z Berlina do Poznania, gdy granice zamknięte, gdy pociągi nie jeżdżą? Pamiętam, jak przyszedł taki kosmonauta w pociągu i zmierzył nam temperaturę, potem musiałam coś wypełnić, czuliśmy się wszyscy obserwowani, zapisani, śledzono nas. Nasz każdy krok był gdzieś odnotowany. W Polsce przyjeżdżała policja pod dom, trzeba było wyłonić się z okna. Nie wszyscy się rejestrowali, przyznawali do objawów. Ktoś przecież musiał zadbać o dom, o zakupy, o zwykle życie. Dopiero teraz, gdy wirus mnie i moją rodzinę odwiedził, rozumiem tych, którzy się nie testują, wtedy śpią spokojnie, robią zakupy, chodzą do pracy, zarażają innych, ale nie są naznaczeni, żeby nie powiedzieć zadżumieni i wykluczeni.
Odizolowanie narobiło być może więcej szkód niż sama choroba. Ludzie stracili dorobek życia czy pracę, popadli w depresję.

Wnuczka w trzeciej klasie szkoły podstawowej nie umie czytać. Wnuk ogranicza kontakty z kolegami tylko do szkoły. Rzadko spotyka się z kimś poza szkołą. Ucieka w świat wirtualny, nauczyła go tego pandemia. Ja bojkotuję wszystko, co online, bo całe szczęście wyrosłam w innych czasach. Ale ja sobie mogę pozwolić na bojkot. Nie pracuję zawodowo i już nic nie muszę.
Gdy córka zrobiłą mi termin porady w niemieckim ZUSie, termin online, robiłam wszystko, żeby go odmówić i do tej pory przesuwam termin, na taki, żeby rozmawiać z prawdziwym człowiekiem, twarzą w twarz, niech już będzie za szybą, pleksją, w masce.

Wirus i tak stracił na powadze, na sile, na skuteczności. Całe szczęście!

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja go nie bagatelizuję, jestem mu wdzięczna, że dopiero teraz mnie dopadł, a nie wcześniej, gdy byłam poważnie chora, a jego odmiany były dużo silniejsze w działaniu, niż teraz. Nadal zabija, jak grypa, rak, zawał, wypadki uliczne czy starość i nadal nie wiemy jakie długotrwale spustoszenia zrobi w naszym organizmie. Nie wiemy też, jakie skutki spowodują szczepienia. Co do ich skuteczności mam też pewne wątpliwości. Ale szczepić się będę. Moje piąte szczepienie, przewidziane na listopad, przesunie się o jakieś pół roku.
Jedyną osobą, która nie zachorowała w naszej rodzinie jest moja ośmioletnia wnuczka, nieszczepiona.


Koronę lubi sobie czasem założyć na głowę.

A ja? Przez okno spoglądam na złotą jesień i już nie mogę się doczekać wyjścia z domu, na razie tylko do „testowni“.

Brandenburg-Ticket

Nachdem wir ein Sommer lang mit dem 9-Euro-Ticket gafahren sind, beginnen wir alte Reisemöglichkeiten wieder zu entdecken. Brandenburg-Ticket für 33 Euro, 5 Personen und einen Tag gilt als schöne Neuigkeit.

Monika Wrzosek-Müller

Bericht über einen Ausflug nach Stettin

Sie wurde am 6. 10. um 6.30 Uhr von einem schrillen Ton geweckt; erst einmal wusste sie nicht, was los war: warum, wieso, um diese Uhrzeit, noch im Dunkeln, völlig in der Nacht. Allmählich klärte sich alles im Kopf, ja das war ihr neues Handy und es klingelte zum ersten Mal, kein Wunder, dass sie den Klingelton nicht kannte. Dann sprang sie schnell aus dem Bett, der Ausflug nach Stettin stand an. Jetzt musste sie sich leise anziehen, Zähne putzen und zur S-Bahn laufen. Es war ihr gar nicht klar, dass es um diese Uhrzeit noch so dunkel ist. Die S-Bahn war voll und allmählich wurde es heller. Auf dem Bahnsteig trafen sich alle Ausflugsteilnehmer, das Brandenburg-Ticket sollte sie auch bis nach Stettin bringen, sie traten als Gruppe auf.

Die Fahrt ging abenteuerlich weiter, man wurde gezwungen, auf verschiedene Verkehrsmittel auszuweichen, obwohl man eigentlich die Bahn benutzte; zwischen Angermünde und Passow gab es Schienenersatzverkehr, es wurde ein alter, ratternder Bus gestellt (alle Zugreisenden sollten in diesem einen Bus Platz finden), zum Glück waren schon in der Regionalbahn wenig Menschen und alle sprachen Polnisch. Wir fuhren mit dem Bus durch ausgedehnte Felder, auf denen noch schwarz verbrannte Sonnenblumen standen. Die Bahnstationen existierten so gut wie gar nicht mehr, sie waren im letzten Stadium des Verfalls, die Fenster verrammelt, keine Information, nichts.

Dafür begrüßte sie Stettin mit einem neuen, völlig unscheinbaren Bahnhof. Früher waren die Bahnhöfe Repräsentationsbauten, jetzt verschwanden sie zwischen den anderen Gebäuden. Doch es war gemütlich, sich in ein schickes, neues Bahnhofscafé zu setzten, zwar mit einer Dekoration für die im letzten Jahr ausgefallene Silvesterfeier, doch mit bequemen Sesseln und guter Bedienung. Nach längeren Querelen wegen des Bezahlens konnten alle das Café verlassen und wir fuhren Richtung Stettiner Westend. Zwei Brüder der Familie Quistorp, Johannes und Heinrich, haben damit den nachfolgenden Generationen gezeigt, wie man leben kann; mit prächtigsten Villen und einer Pflegeeinrichtung Bethanien. Johannes realisierte dies in Stettin, Heinrich in Berlin. Wir besichtigten eine wirklich fantastisch restaurierte, opulente, dekadente und manieristische Villa der Familie Lentz. Später wollten wir noch nachschauen, ob aus dem Anlass des 200. Geburtstags das Grab von Johannes Quistorp wieder hergerichtet worden war; leider standen wir vor einem völlig zerstörten, inexistenten Friedhof.

Sie musste immer wieder an die Polen denken, die nach dem Krieg aus den östlichen Gebieten hierherkamen, sie sah vor sich diese alten, damals zerstörten Reichtümer, die Prachtbauten, die ihnen völlig fremd waren, den Backstein, die riesigen Kirchen, das Schloss. Wie ging es ihnen, was fühlten sie, konnten sie darin leben? natürlich fragte sie damals keiner danach.

Die Quistorpsche Auenanlage mit alten Platanen auf beiden Seiten und riesigen Rasenflächen weckte ihre tiefe Bewunderung; am Ende standen die alten Amtsgebäude (der Stadtverwaltung), die etwas überdimensioniert waren, aber gut und sehr aufwendig restauriert. Im Eilgang ging es dann zu den Hakenterrassen am Oderufer, vorbei an dem Nationalmuseum und einer Marinehochschule, dem alten Rathaus, einem schönen Marktplatz mit einigen gut restaurierten Bürgerhäusern, dem Renaissanceschloss der Pommerschen Herzöge, der riesigen Jakobskathedrale zurück zu dem sehr bescheidenen Bahnhof, der aber mit allem lebenswichtigen Komfort (einem WC mit Meeresrauschen) ausgestattet war.

Die Rückreise verlief wiederum abenteuerlich, mit zwei Mal umsteigen (doch diesmal schon in gewohnter Manier) und einer Busfahrt nach Berlin. Wir sind wieder im Dunkeln angekommen, pünktlich, glücklich und zufrieden; das Wetter hat mitgespielt.


Und zum Abschluß:

Foto: Monika

Gubałówka

Ela Kargol

Gubałówka, góra gór, góra kiczu, antysymbol Zakopanego, a może właśnie symbol? Wakacyjne wspomnienia

Góra gór może obrzydzić każdemu Tatry. Jeśli ktoś nie widział nic poza Gubałówką, a z Gubałówki na pewno nic nie zobaczył – bo nie ma jak – to nie będzie chciał tu wracać. Nie pokocha Tatr, jak ja je pokochałam, szwendając się po szlakach i poza nimi, po schroniskach, śpiąc na podłogach i w szałasach, z czasem szukając już wygodniejszych noclegów, po to, by wypoczęta wyruszyć na kolejne łazęgi, wędrówki, spacery. To nie były nigdy wyrypy, nie było zaliczania, zdobywania. Atmosfera Zakopanego i Tatr zawładnęła mną całkowicie.

Pępek Świata.

Witkacy i Tadziu Ferenc, Chałubiński i chłopaki z TOPRu, Rafał Malczewski i Kielo macie godzin, ojciec Leonard z Wiktorówek i babka z Rusinowej, Szymanowski i Tejka z Roztoki, w stronę Pysznej i w stronę Białej Wody, a przede wszystkim w stronę Roztoki.

Schronisko w Dolinie Roztoki stało się dla mnie na wiele lat domem, schronem, wszystkim, radością, miłością do ludzi i gór, do ludzi gór i gór, do Tatr, przede wszystkim do Tatr Wysokich, no bo o tych Zachodnich mówiło się z pogardą Kapuściane góry.

W tym roku po dwuletniej lub dłuższej przerwie siedzenia w domu wybrałam się znowu do Zakopanego, tym razem tylko na Gubałówkę. Nie pierwszy raz i chyba nie ostatni, choć miesiąc temu przysięgałam, że nigdy więcej.

Czas goi rany i łagodzi wspomnienia.

Latem pojechaliśmy do Lachowic. Lachowice to rozległa, malownicza wioska wśród wzgórz, gór i pagórków w paśmie Beskidu Makowskiego, gdzie rzadko zatrzymuje się już pociąg, choć to odcinek kolei transwersalnej, wioska, gdzie krzyże na cmentarzu parafialnym przy ponad dwustuletnim drewnianym kościele otoczonym sobotami, pamiętają czasy zaborów austriackich, gdzie prawie co sto metrów przydrożna kapliczka wita wędrowca… Lachowice, to miejsce, do którego wracam nie tylko latem. Latem, tak jak w piosence: pachnie miętą, jest koloru malin i zielonych lasów. Tu wcale diabeł nie mówi dobranoc, tu świerszcze nie pozwalają spać.

I kiedyś po takiej nieprzespanej nocy wybraliśmy się do Zakopanego, na Gubałówkę. Z Lachowic dwie godziny pociągiem. Wycieczka, przed którą się wzbraniałam, bo sierpień, bo tłok, bo dworzec kolejowy w przebudowie i słynna kolej, której początki sięgają końca XIX wieku, nie dojeżdża nawet Zakopanego, tylko do nieznanej nikomu Spyrkówki. Czasów Luxtorpedy już nikt nie pamięta.

Gaździna z Roztoki mnie ostrzegała, odradzała, wręcz wypraszała. I miała rację. Ale my pojechaliśmy. Całe szczęście, wiedzieliśmy, jadąc pociagiem, że nie dojedziemy do Zakopanego, tylko do tej wspomnianej już Spyrkówki. Przyznać trzeba, że taksiarze, ubery i nni przewoźnicy stanęli na wysokości zadania, a tak naprawdę stanęli przed prowizorycznym dworcem i kto się zorientował, ten od razu wsiadał, tak jak my i od razu jechał. Miły kierowca rodem ze środkowej Polski chciał nas wywieźć na samą Gubałówkę, ale wybraliśmy kolejkę, nie przejmując się ogólnie znaną śpiewką,

Kasprowy, Kasprowy,
wolę Pięci Stawy,
pier..lę kolejkę
przeciem nie kulawy.

Wjechaliśmy tłumnie i w ścisku na górę. Tłum wypchnął nas z kolejki. Dzieci stwierdziły, że są głodne. Zaczęło padać. Wszyscy ruszyli do baru Gubałówka, a może to restauracja była? Dania barowe. Pokrzepieni colą, kotletem i burgerem ruszyliśmy szczytem Gubałówki przed siebie. Minęliśmy smutne kucyki, duży koń właśnie robił kupę. Wszyscy zachwyceni spoglądali na woźnicę, który nie przerywając jazdy wozem, zbierał nawóz od razu do worka. Potem była wata cukrowa i kręcone lody i obowiązkowe zdjęcie z psem i owieczką. W tym miejscu rzeczywiście można było dostrzec Giewont, bo inne miejsca widokowe pozastawiane są budami. Piękne widoki rozpościerały się na fartuszkach ustawionych rzędem i przeznaczonych dla super cioć, córek, szwagierek… Ogólnopolski wzór ludowy, który rozpanoszył się kilkanaście lat temu po całej Polsce od morza do Tatr był bardzo silnie reprezentowany na wszystkim, co miało udawać ludowość.

Wnuczce kupiłam perukę, wnukowi po długim marudzeniu – nóż. Nie żadną finkę ani scyzoryk, tylko jakąś imitację samurajskiego noża. Córka kupiła sobie kolczyki, kuzynka pluszaka i tak co kawałek coś. Ja wypiłam kilka cappucino. Przy kościółku, w zasadzie samowolce budowlanej gazdów Bachledów, zastała nas burza. Kościółek zamknięty, schowaliśmy się w maleńkiej krypcie na tyłach świątyni, miejscu spoczynku fundatorów kaplicy. Grobowa cisza, wreszcie, gdyby nie pioruny.

Po burzy przyszło słońce i wszyscy znowu ruszyli na szlak. Zatrzymaliśmy się przy grze w pieniądze. Niestety kilka prób przebiegło bez sukcesu, chyba, że sukcesem nazwać można było pozbycie się bilonu. Potem były sztuczne ścianki wspinaczkowe, gofry wegańskie, chińskie (nie jestem pewna) ciupagi, kino 5 D, a może nawet 7 D max, świat wirtualny z ofertą przeróżnych gier, manekiny ubrane, przebrane w ludowe stroje, znowu burza, znowu lody, kubki z napisem Pozdrowienia z Tatr, meksykańskie kierpce i góralskie kapelusze.

Gubałówka nie jest wysoką górą. 1123 m n.p.m, leży w Pasmie Gubałowskim, nazwa pochodzi od polany o tej samej nazwie, a ta z kolei od właścicieli polany gazdów Gubałów. Nie wiem, ilu Gubałów zamieszkuje jeszcze Gubałówkę, ale wszystkim mieszkańcom bardzo współczuję, zwłaszcza w sezonie, choć może niesłusznie, bo właśnie w sezonie można najlepiej zarobić, sprzedając choć co byle komu. Nam – ceprom. Popyt nakręca podaż.

Pod Gubałowką to samo, albo jeszcze gorzej. Szczytem paskudztwa, żeby nie nazwać szczytowaniem, są otwieracze do butelek w kształcie członka. Gdy wysłałam zdjęcie z otwieraczami admince, przypomniała mi o świętym napletku, którego święto, obchodzone 1 stycznia, dość dawno już zniesiono.
– Jak wakacje?
– Super, byliśmy w górach, wpadliśmy nawet na trzy dni do Zakopanego
– O, Zakopane!!!?
– No wiesz jeden dzień Krupówki, drugi dzień w góry, a więc Morskie Oko, dzieciaki i tak nie doszły, pojechaliśmy wozem, w obie strony. Trzeci dzień Gubałówka, wiadomo na Gubałówkę trzeba było wjechać.

I tak niektórzy, a może większość pamięta Tatry.

Wróciliśmy do Lachowic, tu jeszcze nie dotarła globalna ludowość. Stąd wywodzą się prawdziwi ludowi twórcy koników i ptaszków. Takim był brat mojego dziadka, mój ojciec, który wnukom strugał fujarki, mój kuzyn, któremu ulegnie każde drewno. Warto zajrzeć do Stryszawy do Beskidzkiego Centrum Zabawki Drewnianej i w ciszy i spokoju wejść do ogrodu kolorowych koników, bryczek, ptaszków.

Niestety, nabyć można było tylko kilka wyrzeźbionych rajskich ptaszków. Reszta pojechała z właścicielami na jarmarki, targi, festiwale, może nawet do Zakopanego.

Wśród badziewia udającego ludowość, trudno byłoby je tam zauważyć.

Projekt: Irena Bobowska. Zakończenie / Abschluß

SprachCafé Polnisch e.V. – Polska Kafejka Językowa

Schulzestr. 1
13187 Berlin Pankow

S-Bahn: Wollankstraße

*

Dziś, 23 września 2022 o godz. 20 organizujemy spotkanie kończące projekt “Irena Bobowska, zapomniana bohaterka. Brakująca połowa historii”.
Naszymi gośćmi są organizatorzy, współpracownicy i osoby biorące udział w projekcie.
*
O projekcie opowiedzą Anna Krenz i Ela Kargol
Wiersze Ireny Bobowskiej po polsku i po niemiecku przeczyta Karen Kandzia
Filmowe impresje – Jasha Seibel
Zdjęcia – Maciej Soja
Muzyka live
Wystawa

*

Zrobimy sobie wspólne zdjęcie

Było nas w sumie ponad 40 osób, w tym 16 panelistek, 4 muzyków, 5 tłumaczek, 2 techników, 1 performerka, 1 filmowiec i 2 fotograf*ki, 1 praktykantka.

Byliśmy, jak to zawsze pisała Ania Krenz, w ciągu jednego miesiąca w 4 miejscach, odbyły się 4 zupełnie różne dyskusje i koncerty, 4 performance – każdy inny.

To jest nasze piąte miejsce – dziś po raz pierwszy zobaczymy performance w całości.

Polin – to żydowski wyraz, oznaczający: tu odpoczniesz. Przyjdź, napijemy się wina, porozmawiamy. Tu i dziś odpoczniesz.

Projekt Irena Bobowska. Tkanki.

Niestrudzona nasza autorka i poszukiwaczka śladów odbywa w ramach naszego projektu o Irenie Bobowskiej coraz to nowe wędrówki. Najczęściej są to tragiczne miejsca i wiążą się z nimi przeraźliwe informacje i ciężkie, smutne refleksje. Jedynie w Poznaniu jej wędrówki poprowadziły ją nie tylko do więzień i na cmentarze, ale również w miejsca, gdzie Irena mieszkała, chodziła do szkoły, udzielała się aktywnie w życiu społecznym a potem w konspiracji. I nie zapominajmy – zawsze na wózku inwalidzkim!

Najbliższe wydarzenie naszego projektu

Elżbieta Kargol

Doktor Hermann Stieve, zbrodniarz wojenny?

Na jednym z piękniejszych berlińskich cmentarzy, Dorotheenstädtischer Friedhof otoczonym murem i ochroną zabytków, wśród starych morw i starych nagrobków, kryjącym w ziemi prochy tylu ważnych tego świata, położonym w centrum Berlina, odbyła się trzy lata temu dość nietypowa uroczystość.

Najpierw w kaplicy cmentarnej odprawiono nabożeństwo żałobne w trzech religijnych obrządkach – żydowskim, katolickim i protestanckim, a potem uczestnicy pogrzebu udali się wspólnie do grobu, gdzie umieszczone zostały mikroskopijne próbki ludzkich tkanek, znalezione w posiadłości doktora profesora anatomii Hermanna Stieve’a.


Kim był doktor Stieve?

Polska wikipedia nazywa go zbrodniarzem wojennym, niemiecka – profesorem anatomii i histologii, o wielkich osiągnięciach naukowych i niechlubnej działalności w czasach nacjonalizmu. Pisarz Wilhelm Bartsch tekst o doktorze Stievie dla Ärzteblatt Sachsen-Anhalt 2007 zatytułował Mistrz z Niemiec, nawiązując do Fugi śmierci Paula Celana (Todesfuge).

...der Tod ist ein Meister aus Deutschland sein Auge ist blau
er trifft dich mit bleierner Kugel er trifft dich genau...

...Śmierć jest mistrzem z Niemiec niebieskie ma oko
Trafi cię kulą z ołowiu trafi celnie głęboko...
                            przekład Stanisława Jerzego Leca

Hermann Stieve urodził się w 1886 roku, studiował na uniwersytetach w Monachium i Innsbrucku. W 1912 roku otrzymał tytuł doktora medycyny.

W 1935 roku objął profesurę na Uniwersytecie Friedricha-Wilhelma w Berlinie (dzisiejszy Humboldt-Universität zu Berlin), gdzie kierował pierwszym Instytutem Anatomicznym i Instytutem Anatomiczno-Biologicznym. Funkcje te sprawował aż do śmierci w 1952 roku.

Był naukowcem, cenionym i nagradzanym jeszcze długo po wojnie.

Przedmiotem badań prof. Stieve’a były ludzkie gruczoły płciowe – czyli jądra i jajniki – a zwłaszcza wpływ strachu i przerażenia na te narządy.

To wojna i dyktatura Hitlera stworzyła Stieve’owi możliwości do przeprowadzania badań, które w sposób nieludzki, nieetyczny wykorzystał.

Hermann Stieve habilitował się w 1918 roku, praca nosiła tytuł Rozwój jajnika u kawki. Niełatwo było znaleźć inny materiał do badań prócz zwierząt, nad którymi można było się znęcać do woli. Po kawkach zajął się kurami, straszył je lisem i dokumentował, jak kury radzą sobie ze stresem i strachem i kiedy pod wpływem tych nieprzyjemnych doznań zniosą jajko. Już w 1931 roku Stieve pisał do kuratora o trudnościach w pracy badawczej: Niezmiernie trudno jest znaleźć jajniki od naprawdę zdrowych dziewcząt. I Tu z pomocą przyszedł system, dyktatura Hitlera i bezprawie w faszystowskich Niemczech. Niesprawiedliwe procesy i decyzje nazistowskiego wymiaru sprawiedliwości Unrechtsjustiz przyczyniły się do dużej ilości wykonywanych wyroków śmierci. I na tym skorzystał doktor Stieve. Nie musiał już gonić kur, wystarczyło umówić się z katem i paroma innymi więziennymi urzędnikami, żeby ciała młodych kobiet, zabitych w centralnym miejscu straceń Berlin-Plötzensee, zaraz po egzekucji dostarczyć do Charité. Pośpiech był wskazany. Ciała musiały być w miarę świeże.

Hermann Stieve badał cykl menstruacyjny kobiet pod wpływem stresu, włącznie z obserwacją nieregularnego krwawienia, które pojawiało się u nich, gdy dowiadywały się, że idą na egzekucje. Podobno był w zmowie z więziennymi lekarzami, którym powierzał dopilnowanie prowadzenia przez więźniarki kalendarzy miesiączkowych. Gdy krótko przed jajeczkowaniem dowiadywały się one o terminie egzekucji, pojawiał strach, przerażenie, skutkiem czego były nagłe krwawienia menstruacyjne, nawet po kilkumiesięcznej przerwie.

Znany jest przypadek Cato Bontjes van Beek. Jej ciało zostało przewiezione zaraz po egzekucji (5 sierpnia 1943 roku w Plötzensee) do Instytutu Anatomicznego w Berlinie i tam poddane sekcji przez Hermanna Stieve’a.

Po wiadomości, która bardzo poruszyła kobietę (wyrok śmierci), nastąpił krwotok szokowy. Następnego dnia kobieta zmarła nagle na skutek działania siły zewnętrznej (zmarła pod gilotyną)…, pisał w swoim sprawozdaniu doktor Stieve.

Materiał, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie, chwalił się Stieve i nie ukrywał, skąd materiał pochodzi.

Egzekucje dostarczają Instytutowi Anatomicznemu i Anatomiczno-Biologicznemu materiału, którego nie posiada żaden inny instytut na świecie. Jestem zobowiązany do odpowiedniego opracowywania, utrwalania i zabezpieczania tego materiału.

W 1946 roku Hermann Stieve sporządził na zlecenie władz Berlina listę 174 kobiet i ośmiu mężczyzn, których ciała po wykonanym wyroku śmierci trafiły w jego ręce i zostały poddane sekcji w jego instytucie.

Na liście Stieve’a nie ma Ireny Bobowskiej, zamordowanej w 1942 roku w Berlinie-Plötzensee, ale to nic nie znaczy, bo lista jest niepełna. Jest kilka polskobrzmiących nazwisk, w tym Bronisława Czubakowska, która przed ścięciem prosiła o wydanie ciała swojej matce. Nikt jej prośby nie spełnił. Dla doktora stała się materiałem. W sumie Instytut Anatomii w Berlinie pozyskał prawdopodobnie ponad 4 tys. ciał z miejsc egzekucji Berlin-Plötzensee i Brandenburg-Görden. Sam doktor Stieve przeprowadził sekcje co najmniej 450 ciał osób straconych.

Charlotte Pommer była asystentką doktora Stieve’a. Gdy poznała przy sekcji ciała znanych jej osób, zmieniła miejsce pracy i zaczęła działać w ruchu oporu.

Hermann Stieve zmarł w roku 1952. W roku 2016 znaleziono w jego domu mikroskopijne próbki ludzkich tkanek. Po trzech latach zakopano tkanki na cmentarzu Dorotheenstadt. Piszę zakopano, gdyż mam duży problem z użyciem tu czasownika pochowano. Pochówek należy się zwłokom lub ich prochom, niekoniecznie tkankom. Nie mam też pomysłu, co należałoby z nimi zrobić. Od momentu odnalezienia tkanek przez potomnych minęly trzy lata do momentu ich pogrzebania. Prawdopodobnie wszyscy się zastanawiali.

Hermann Stieve był po wojnie przesłuchiwany przez wszystkie władze okupacyjne. Według prawa, nie uczynił nic nielegalnego, dlatego wrócił z wszystkimi honorami do pracy w berlińskiej Charité.
Większość pracowników Instytutu Anatomii z czasów nazistowskich pozostała po wojnie na swoich stanowiskach. A po ich śmierci uczniowie często dbali o ich dobre imię. Dopiero w latach 90 ubiegłego wieku zaczęto upubliczniać niektóre życiorysy. Hermann Stieve nie należał nigdy do NSDAP, czego nie można powiedzieć o jego następcy, doktorze Antonie Waldeyerze.


W foyer budynku Instytutu Anatomii obok wystawionych w gablotach preparatów, modeli, narzędzi medycznych i ludzkich tkanek – zastanawiam się, które z nich są spuścizną po doktorze Stievie -, znajduje się dość obszerna informacja o działalności instytutu w czasach nacjonalizmu.


Nie wiem, dlaczego wybrano jedno z ładniejszych zdjęć doktora Stieve’a. Przyglądając się fotografii, widzę przystojnego mężczyżnę o łagodnym uśmiechu, budzącym zaufanie. Ale gdy czytam dalsze informacje o nim, jego uśmiech przestaje być łagodny, staje się cyniczny, wręcz nieprzyjemny, zjadliwy. Pozory bardzo mylą, podobno Mengele był też bardzo uprzejmy, miły, skromny – do czasu.

Doktor Stieve nie był drugim doktorem Mengele, był doktorem Stievem, któremu ciała kobiet służyły do medycznych badań. A wojna i częste wyroki śmierci temu sprzyjały.
To nie były ciała, którym należał się pochówek, grób, ksiądz, rodzina nad grobem, stypa i epitafia w różnych językach. To były ciała, przede wszystkim kobiet, często oskarżonych bezpodstawnie o zdradę stanu, skazanych na śmierć, ściętych lub powieszonych w nazistowskich miejscach straceń.
Nasza kultura, a dla wielu z nas religia nie daje pozwolenia na bezczeszczenie zwłok. Żadna z tych kobiet niesłusznie skazanych na śmierć, nie podpisywała zgody na udostępnienie swojego ciała post mortem dla przeprowadzania badań medycznych.
Nie pytano o zgodę rodzin. A ich prośby o wydanie zwłok ignorowano. Tysiące zamordowanych mają symboliczne groby, tablice upamiętniające.
Wrogowie III Rzeszy nawet pośmiertnie nie mieli żadnych praw.

***

Nad budynkiem Instytutu Anatomii widnieje napis: HIC LOCUS EST UBI MORS GAUDET SUCCURRERE VITAE. Oto miejsce, gdzie śmierć cieszy się, że może przyjść z pomocą życiu.

Osobą, która się cieszyła z tych śmierci był doktor Hermann Stieve.

Na miejscu, gdzie zakopano tkanki, tuż obok grobu bojowników ruchu oporu, i obok prochów tych, którzy zginęli pod koniec wojny podczas licznych bombardowań miasta, umieszczono tablicę z tekstem.

Im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee wurden während der nationalsozialistischen Diktatur zwischen 1933 und 1945 mehr als 2800 Menschen durch das Fallbeil oder durch den Strang ermordet. Die meisten von ihnen wurden danach im Anatomischen und Anatomisch-Biologischen Institut der Berliner Universität zu Forschungs- und Lehrzwecken seziert. Mehr als 300 der dabei entstandenen mikroskopischen Präparate, zumeist von Frauen, wurden 2016 im Nachlass des Anatomen Hermann Stieve aufgefunden. Sie wurden hier am 13. Mai 2019 bestattet.

W więzieniu Berlin-Plötzensee podczas nacjonalistycznej dyktatury w latach 1933-1945 zamordowano przez zgilotynowanie lub powieszenie ponad 2800 osób. Większość z nich została następnie poddana sekcji zwłok w Instytucie Anatomicznym i Anatomiczno-Biologicznym Uniwersytetu Berlińskiego dla celów badawczych i dydaktycznych. Ponad 300 powstałych w ten sposób mikroskopijnych preparatów, pochodzących głównie z ciał kobiet, znaleziono w 2016 roku w posiadłości anatoma Hermanna Stieve.
13 maja 2019 roku zostały tu pochowane.

Po śladach muru / Auf den Spuren der Berliner Mauer

Vor zwei Jahren gaben wir – Freunde von Joanna Trümner – “unser” Mauerbuch heraus. / Przed dwoma laty wydaliśmy – Przyjaciele Joanny Trümner – “naszą” książkę o Murze Berlińskim.


Im Dezember 2020 haben sich Freunde von Joanna Trümner entschlossen, Ihr Andenken mit der Herausgabe eines Buches mit ihren Texten über die Berliner Mauer zu ehren. Joanna schrieb diese Beiträge seit Mitte 2019, begleitet hat sie ihre Freundin Ela Kargol als Fotografin. Als Joanna erkrankte, übernahm sie das Schreiben der weiteren Texte. Kurz vor der Fertigstellung des Buches wurde die Publikation von Krystyna Koziewicz vervollständigt.

Das ganze hat Ewa Maria Slaska redigiert und ein gewisser K. Łamarz hat den Layout gemacht. Finanziert wurde das Projekt von den Spenden angesammelt durch die Platform GoFundMe.

W grudniu 2020 roku grupa przyjaciół Joanny Trümner postanowiła uczcić Jej pamięć, wydając książkę z Jej tekstami o Murze Berlińskim. Joanna pisała te teksty od połowy 2019 roku, a towarzyszyła jej w tym jako fotografka Ela Kargol. Gdy Joanna zachorowała, dalsze pisanie tekstów przejęła Ela Kargol, a tuż przed wydaniem książki całość uzupełniła jeszcze Krystyna Koziewicz.

Ewa Maria Slaska zredagowała książkę, a pan K. Łamarz przygotował oprawę graficzną. Projekt został sfinansowany z datków zebranych poprzez platformę GoFundMe.

Ela (Elżbieta) Kargol geht weiterhin durch diese (immer noch? nicht mehr?) geteilte Stadt und sammelt Eindrücke, Informationen und Geheimnisse.

Ela Kargol dalej wędruje po naszym (już nie a może jednak nadal?) podzielonym mieście, zbierając wrażenia, informacje i tajemnice.

Ela Kargol

Günter Liftin, pierwsza ofiara Muru


Zginął 24 sierpnia 1961 roku, w dziesięć dni po tym, gdy nocą z 12 na 13 sierpnia władze postawiły pierwsze zasieki z drutu kolczastego, które z biegiem lat przekształciły się w mur, aby potem stać się Murem Berlińskim. Dziś wiedzie tu Mauerweg / Droga Muru.

***

12 sierpnia 1961 roku była sobota. Rodzina Litfinów wybrała się do rodziny w zachodniej części miasta. Kiedy późnym wieczorem wracali kolejką podmiejską do Weißensee, nie mieli pojęcia, co przyniesie kolejny dzień.

Miał 24 lata, gdy został zastrzelony strzałem w tył głowy, był berlińczykiem z Weißensee, urodzonym dwa lata przed wybuchem II wojny światowej w rodzinie katolickiej.
Tyle lat ma teraz moja młodsza córka, która studiuje i ma plany na przyszłość. Günter Litfin też miał plany. Skończył szkołę krawiecką i znalazł zatrudnienie w zawodzie w zachodniej części Berlina. Interesował się modą, ubierał elegancko, modnie. Marzył o projektowaniu i szyciu strojów teatralnych. Mieszkał jednak we wschodniej części miasta. Gdy sytuacja między strefą sowiecką a strefami zachodnimi stała się napięta, znalazł mieszkanie po zachodniej stronie, nie meldując się jednak w nim. Po śmierci ojca chciał opiekować się matką, zamieszkałą po wschodniej stronie, w Weißensee. Gdyby zameldował się w Berlinie Zachodnim, uznano by go za zdrajcę ojczyzny i nie mógłby przemieszczać się, między strefą wschodnią, a strefą zachodnią Berlina.


13 sierpnia 1961 roku podzielono murem miasto na prawie 30 lat. Ale Günter nie chciał tyle lat czekać, zresztą skąd miał wiedzieć, na ile lat podzielono świat.
W pierwszych dniach zamknięcia granic wielu udało się przekroczyć granicę ze wschodu na zachód. Günter liczył też na udaną ucieczkę. Nie zastanawiał się długo.
24 sierpnia 1961 roku przedostał się przez mur szpitala Charite, stamtąd prawdopodobnie mostem nad Humboldhafen chciał dotrzeć do Lehrter Bahnhof, czyli terenów dzisiejszego Dworca Głównego. Niestety został zauważony przez milicjantów ochrony kolei (Transportvolkspolizei). Milicjanci najpierw oddali strzały ostrzegawcze, a gdy Litfin wskoczył do wody, celowali już w jego kierunku.
Był już prawie po zachodniej stronie, gdy jedna z kul trafiła go śmiertelnie w tył głowy.

W pierwszą rocznicę zamordowania pierwszej śmiertelnej ofiary muru po zachodniej stronie postawiono płytę granitową upamiętniającą Güntera Litfina. Podczas budowy Dworca Głównego płyta zaginęła. Znalezioną po latach zamontowano po stronie wschodniej kanału (Berlin-Spandauer Schifffahrtskanal).

***
Dalej Drogą Muru dochodzi się do Invalidenfriedhof (Cmentarza Inwalidów (Wojennych).


Dzięki staraniom brata Güntera, Jürgena Litfina w jednej ze strażniczych wież dawnego posterumku “Kieler Eck” w roku 1992 otwarto miejsce pamięci Güntera Litfina. Tuż obok na Cmentarzu Inwalidów, jednym z tych murem podzielonych, są jeszcze resztki muru tylnego i tablice informacyjne o ofiarach muru, w tym o Günterze Litfinie.


W sieci znajduję kilka zdjęć Güntera. Jedno szczególnie zwróciło moja uwagę.


Na zdjęciu z I komunii świętej z roku 1947 dziesięcioletni Günter w prawej ręce trzyma świecę, ozdobioną mirtem, na której fotograf nie zdążył dorysować płomienia, w lewej książeczkę do nabożeństwa, choć trudno to stwierdzić, ale chyba ze złotym grzbietem. Ubrany jest w ciemną dwurzędową marynarkę i ciemne spodnie, kołnierzyk białej koszuli wyłożony jest na kołnierz marynarki.
Taka moda – czy Günter już wtedy chciał modnie wyglądać? Czy mama go tak wystroiła?
Na twarzy zawadiacki uśmiech. Uśmiech, który towarzyszy wszystkim zdjęciom Güntera.

9-Euro-Ticket (9)

Ela Kargol

Wyspa Przyjaźni i schody donikąd

Raz w tygodniu wybieram się na wycieczkę w ramach 9-Euro-Ticket, taki mam plan. Niestety plan powstał trochę późno, ale odkąd nie planuję wycieczek dalekich, które pozostają tylko w planach, jeżdżę do miejsc bliskich i bliższych.
Niedawno wybór padł na stolicę Brandenburgii.
Miasto znane z pałaców, parków ogrodów i konferencji.
Namówiła mnie Ewa, opowiadając o swojej wycieczce promem do Kladow. Też chciałam nad wodę. No i pojechałam na wyspę pełną kwiatowych zagonów, rozłożystych drzew, alejek, pergoli i innych wodno-ogrodowych atrakcji. Dużo nagich ciał w brązie, nie tym słonecznym, lecz metalowym. Nad wodą można dosiąść łabędzia lub flaminga i opłynąć wyspę dookoła. Na spacer się nadaje, mało chodzenia, dużo siedzenia. Dużo wolnych ławek do odpoczynku i przeróżnych roślin do oglądania – kwitnących, pachnących, dających cień, wabiących motyle, trzmiele, pszczoły.


Wyspa Przyjaźni (Freundschaftsinsel), bo o niej piszę, położona w centrum Poczdamu leży między ramionami starej i nowej Haweli (Alte i Neue Fahrt).
Z jej brzegów widać po jednej stronie poczdamski dworzec, po drugiej Stare Miasto, kościół Mikołaja i pałac miejski, który pałacem nie jest.


Wyspa zawdzięcza swoją nazwę restauracji o tej nazwie działającej tam już w połowie XIX wieku.
Krótko przed II wojną światową Karl Foerster i Hermann Mattern zaprojektowali na wyspie ogrody do oglądania i podziwiania, do spacerów i odpoczynku i takie, w których uczono sztuki ogrodnictwa. Niestety II wojna światowa zniszczyła prawie wszystko. Ale już w latach 50. i potem 70. ubiegłego wieku zaczęto odbudowywać i rozbudowywać atrakcje na wyspie, sądzić nowe drzewa, rośliny, siać kwiaty. W roku 2001 w ramach Wystawy Ogrodniczej (Bundesgartenschau 2001) nastąpiła ponowna rekonstrukcja i przebudowa ogrodu, dobudowano scenę letnią i plac zabaw.


Poszłam na drugi brzeg wyspy.
Wydawało mi się, że znajdę jakiś przystanek tramwajowy, który podwiezie mnie pod sam dworzec, a więc obeszłam pałac, który nie jest pałacem i zatrzymałam się przy złotych aniołkach przy bardzo znanych schodach, o których pojęcia nie miałam, że są znane.
Schody tzw. “Schody chorągwi” (Fahnentreppe) powstały w roku 1746, po którejś przebudowie, wtedy jeszcze pałacu i prowadziły do ogrodu.

Sześć lat później Melchior Kambly zaprojektował na podstawie rysunku samego Fryderyka II Wielkiego pozłacaną i bogatą w dekoracje balustradę. Cechą charakterystyczną balustrady były aniołki autorstwa Friedricha Christiana Glumego, stąd późniejsza ich nazwa Puttentreppe lub Engelstreppe .
(„Schody putt” lub „Schody aniołów”).


Schody nie tak dawno zrekonstruowano. Aniołki częściowo autentyczne naprawiono i pozłocono, lśnią nowym złotem.

Schody, chociaż prowadzą donikąd, bo nie ma już dawnego ogrodu i nie ma drzwi z pałacu – niepałacu którymi można byłoby do niego zejść, przyciągają wzrok każdego. Czym? Złotem i przepychem, jak cały Poczdam.