Don Kichot, Marcel Proust i Heinrich Zille

Konrad, Ewa, Arek, Sztuczna Inteligencja

Don Quixote nasz sławny bohater
Śmiały i ambitny bo w siebie wierzył
Mocno swoje marzenia głosił
Aż po pełnym niezwykłych przygód dniu

Poprzez miasteczka i pola świeże
Wraz z Sancho Panzą wyruszył w drogę
Żeby zdobyć w krainie smoków chwałę
I w obronie dam wzorowo służyć

Nieustraszony jak Mały Rycerz
On pragnął bronić słabszych i biednych
By nigdy nie zabrakło sprawiedliwości
Nawet w najdalszych krańcach lądów

Być może nie trzeba tego już pisać, bo wszyscy wiedzą, ale dla porządku zaznaczę, że wiersz ten napisała Sztuczna Inteligencja, a temat podsunął jej Konrad. Również ilustrację pod spodem wykonała owa ważna a tajemnicza pani.


Zawsze myślałam, że da się napisać o Prouście i Don Kichocie w jednym wpisie i teraz wreszcie Konrad, Arek i Sztuczna Inteligencja mi to wspólnymi siłami umożliwili. Arek dostarczył mi kilku artykułów z prasy niemieckiej na temat Don Kichota. Pretekstem do ich publikacji był (jak sądzę) dobiegający końca rok proustowski, ogłoszony z okazji 100 rocznicy śmierci wielkiego pisarza. My tu na blogu też uczciliśmy tę rocznicę, reblogując wpis demaskujący słynną proustowską magdalenkę. To podobno wcale nie była ona, tylko najzwyklejszy sucharek. Przypomnijmy to sobie, proszę bardzo, ale doprawdy nie musimy w to wierzyć. Naukowcy wciąż produkują jakieś takie niestrawne suchary. Podobno są za to zdrowe.

Paul Jandl napisał 11 listopada 2022 roku o tym, jakie konsekwencje miał fakt, że kiedyś Matka odmówiła małemu Marcelowi pocałunku na dobranoc (Neue Zürcher Zeitung 28.11.22), strona 9. Na następnej stronie Edi Zolinger pisze o wpływie obrazu Anne-Louis Girodetta Le Sommeil d’Endymion (1791, olej na płótnie, Luwr) na pewne fragmenty prozy Prousta. Tymczasem we Frankfurter Allgemeine Zeitung z 12 listopada 2022 roku Paul Ingendaay pisze o tym, jakim dowcipnym pisarzem był Proust, ba, kusi się nawet o tezę, że jest on on najdowcipniejszym autorem światowej Moderny. Dwa z tych trzech artykułów są zilustrowane zresztą tym samym portretem uśmiechniętego Prousta, na dodatek z fryzurą na jeża. Portret jest całkowicie nieznany, a w każdym razie – mało znany, zapewne osoby dobierające ilustracje w obu gazetach szlag trafił, gdy zobaczyły, jakiego miały pecha, że zamiast zwykłego portretu Prousta, wybrały portret całkowicie nietypowy.


Paul Ingendaay pisze, że dowcip Prousta przejawia się w tym, jak opisuje różne postaci, np. służącą Franciszkę czy księżnę Parmy, w podchwyceniu ich zabawnych cech charakteru i sposobu mówienia, ale, dodaje, “Proust nigdy nie naśmiewa się ze swoich postaci. Patrzy na świat z ciepłym uśmiechem i ten uśmiech ociepla też wizerunki prezentowanych osób. Być może jest on w literaturze XX wieku jedynym pisarzem, który swym uśmiechem zbliża się do dobrego wejrzenia, tak charakterystycznego dla Don Kichota – jest tym, który rozumie, a nie tym, który by wyśmiewał.”

I tak właśnie objawili mi się obaj moi ulubieńcy w Berlinie. Uśmiechnięci i przyjaźni ludziom.

Nasza nowa autorka, Sztuczna Inteligencja, połączyła ich w jedno (obrazek na dole po lewej), ale nie uznała, iż byłyby to istoty, które się uśmiechają. Obaj, razem i osobno, są, tak jak to wiemy z tradycji, Smętni:

***

Wczoraj popołudniu pomyślałam, że skończyłam układać ten wpis na dziś i poszłam na prezentację teczki pięciu grafik, wykonanych współcześnie przez berlińskich artystów i nieberlińską artystkę. Grafiki wykonali Mawil, Jakob Hinrichs, Henning Wagenbreth i Jim Avignon oraz Barbara Yelin z Monachium. Ich prace są nową interpretacją indywidualnie wybranych litografii słynnego berlińskiego rysownika sprzed ponad stu lat – Heinricha Zille (1858 – 1929). Grafikom towarzyszy publikacja z tekstem Matthiasa Flügge. I to właśnie on podczas spotkania powiedział o Heinrichu Zille to samo co cytowany uprzednio Ingendaay o Prouście i Don Kichocie, że on też patrzył na ludzi, widział ich los, ciężką dolę, ale też ich szczęście, widział ich przyjemności i rozpacze, zalety, wady i śmiesznostki, wszystko odnotowywał, ale nigdy ich nie wyśmiewał.

Die Heinrich-Zille-Mappe. Foto: Jana Vollmer/tipBerlin
Fünf Siebdrucke im Format: 30 x 40 cm, limitierte Auflage: 199 Stück, signiert und nummeriert, Preis: 199 €. Erhältlich im tipBerlin-Shop: www.tip-berlin.de/zille

Uwaga dla tych, którzy szukają oryginalnego prezentu pod choinkę – teczka zawiera 5 sitodruków, sygnowanych przez artystów; limitowany nakład 199 egzemplarzy, każdy za 199 euro – i porada ode mnie: można taką teczkę rozdzielić na pięć prezentów.

Pokolenie Solidarności (20)

Ewa Maria Slaska

Pomnik (1980)

Pomnik poległych stoczniowców 1970 postawiono na placu przed stocznią. Upamiętniał ofiary wydarzeń Grudnia 1970 roku. Pomnik powstał w szybkim tempie. Już pierwszego dnia strajku, w sierpniu 1980 roku, Bogdan Pietruszka naszkicował pierwszy pomysł, a zgodnie z tym pierwszym szkicem pomnik to miały być cztery krzyże, połączone w krąg ramionami, z kotwicą na każdym i zniczem u dołu. Już dwa dni później dyrekcja Stoczni Gdańskiej wyraziła zgodę na wzniesienie pomnika i, wciąż jeszcze podczas strajku, pomnik skierowano do realizacji. Wtedy też ustalono termin odsłonięcia – w rocznicę wypadków grudniowych, 16 grudnia 1980 roku.

Po podpisaniu porozumień powołano do życia Społeczny Komitet Budowy Pomnika, który ogłosił konkurs na opracowanie koncepcji rzeźbiarsko-architektonicznej. Wygrał zespół Bogdana Pietruszki, ten naszkicowany podczas Strajku na odwrotnej stronie jakiegoś urzędowego, ten z czterema krzyżami. Tylko że w międzyczasie postanowiono, iż krzyże jednak będą trzy. Dla przypomnienia śmierci Jezusa i trzech zabitych podczas Grudnia 1970 roku. Zabito ich w tym miejscu, gdzie teraz stawał pomnik. Z Pietruszką pracowali znani gdańscy rzeźbiarze Robert Pepliński, Elżbieta Szczodrowska-Peplińska i Wiesław Szyślak oraz architekci Jacek Krenz i Wojciech Mokwiński. Od 30 listopada trwały prace przy budowie, odsłonięcie nastąpiło zgodnie z planem 16 grudnia 1980 roku.
Pomnik składał się więc z trzech krzyży o wysokości 42 metrów i wadze 42 ton każdy, ustawionych na planie trójkąta, o nieregularnych, spękanych kształtach. Spinają je trzy kotwice, po dwie tony każda, które, podobnie jak krzyże, są zarówno symbolem stoczniowców, jak chrześcijańskim znakiem nadziei. Krzyże mają jeszcze dodatkową symbolikę – są znakiem żałoby. W dolnej części pomnika umieszczone zostały wykonane ze stali nierdzewnej płaskorzeźby, przedstawiające życie stoczniowców, wykonane przez Roberta Peplińskiego i Elżbietę Szczodrowską. Na płaskorzeźbach zostały umieszczone daty protestów stoczniowców – 1956, 1970, 1980 i 1981. Na jednej z płyt umieszczono dwa fragmenty wiersza Czesława Miłosza, ułożone jednak tak, jakby były całością:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
nie bądź bezpieczny,
poeta pamięta.

Możesz go zabić, narodzi się nowy,
spisane będą czyny i rozmowy.


Wszyscy byli na odsłonięciu Pomnika, Stefan i Basia też. Chcieli zabrać Małgosię, ale rodzice Stefana się nie zgodzili, przy czym nie chodziło im o politykę, ale o to, że jest ciemno, zimno i tłok, dziewczynka została więc z dziadkami.

Rzeczywiście było ciemno, zimno i tłoczno, nic nie było widać, ale nastrój był podniosły i tak dobrze było stać razem z innymi. Na zakończenie swojej przemowy Wałęsa chciał powiedzieć, że spotkamy się tu za rok i wtedy się rozliczymy. Miał na myśli rozliczenie władzy za śmierć tych stoczniowców, ku czci których teraz odsłanialiśmy pomnik. Przejęzyczył się jednak i powiedział, „a za rok się rozlecimy”. I było to niestety prorocze.

Po skończonej uroczystości Stefan i Basia zabrali ze sobą jakieś przyjezdne osoby, którym trzeba było dać nocleg, i pojechali do rodziców do Wrzeszcza. Na pewno była z nimi Joanna Szczęsna, ubrana w dwie sukienki, jedna na drugą – pod spodem batystowa, niebieska, a na wierzchu dżinsowa. Bardzo to ładnie wyglądało, oceniła Basia.

– Wiesz, powiedziała Basia, wydaje mi się, że ja znam tę panią Szczodrowską.
– O, zdziwił się Stefan.
– Jak byłam dziewczynką, przyjeżdżała do babci na wieś taka cienka, wysoka rzeźbiarka z Gdańska. Wszyscy mówili, że była szurnięta, bo dziwacznie gadała i wciąż coś rysowała. A czasem lepiła z gliny to, co narysowała. Kiedyś ulepiła mnie.
– No coś ty?
– No tak, taką małą głowę na bardzo długiej szyi. Chciała nawet, żebym jej pozowała do aktu, ale mama dostała ataku wściekłości i na tym się sprawa skończyła.
– A ta głowa, gdzie jest?
– Nie wiem, może jest gdzieś tam w szopie. Ta kobieta zrobiła trzy różne głowy, dwie zabrała do Gdańska, ale jedną nam zostawiła.

Gdy następnym razem pojechali do Matemblewa, poszli do składziku w głębi stodoły, przerzucili tony jakichś rupieci i głęboko pod spodem, znaleźli wysmotruchaną i lekko poobijaną głowę dziesięcioletniej Basi. Miała prostą grzywkę i koński ogon. I rzeczywiście – nadzwyczajnie długą szyję.

Zabrali tę głowę do Gdańska i powiesili w kuchni, ale po jakimś czasie Basia ją zdjęła i schowała do szafy.

– Nie lubię, jak ona na mnie patrzy.
– Jaka ona? Przecież to ty.
– Chyba nie, to jednak raczej starorzymska larwa i straszy.

Stefan myślał o tym, żeby pójść z tą głową do rzeźbiarki i zapytać, czy to jej dzieło, ale Basia nie chciała. Wolała poczucie, że kiedyś jako dziecko pozowała Szczodrowskiej (“samej Szczodrowskiej”) niż ewentualne rozczarowanie, gdyby się okazało, że jednak nie.

– A zresztą, ona na pewno nie pamięta każdej swojej byle jakiej rzeźby, powiedziała Basia. Stefan był zdania, że na pewno pamięta, ale była to Basi rzeźba i Basi portret, tylko ona więc mogła w tej kwestii decydować. Gdy Stefan wyjeźdżał do Berlina, zabrał tę głowę ze sobą. Do Nowego Jorku nie pozwolono mu jej jednak zabrać. Gdy szedł w stronę bramy, obrócił się jeszcze raz, żeby po raz ostatni (czuł, że jest to po raz ostatni) popatrzeć na Berlin, Niemcy, Europę. Ostatnie co zobaczył, to wypełniony po brzegi kosz na śmieci. Głowa Basi leżała na szczycie, twarzą do dołu.

Stefan wzdrygnął się. Zły omen.

Sztuczna inteligencja: Don Kichot w Berlinie (2)

Konrad

Poprosiłem AI żeby napisało wiersz o Don Kichocie w Berlinie:

Don Quixote in Berlin, a knight so bold
In search of adventure and stories untold
In the city of culture and modern art
He's ready to battle and conquer his heart

He strides through the streets, with a twinkle in his eye
And a quickness to his step, as he moves on by
His sword by his side, he's ever so brave
Not caring if he's late, or if he misbehaves

He looks to the sky, and stops to behold
The beauty of the city, the buildings unfold
A city so free, the feel of the air
The culture and art, it's all so fair

He stands tall and proud, with a heart of steel
Determined to make his journey real
With a spirit so strong, and a mind so deep
He'll make his mark in this land so grand and keep

Don Quixote in Berlin, a knight so brave
With a heart so pure and a spirit so brave
He'll take on the challenges and stories untold
And make Berlin his very own, the tales will unfold.

Robi wrażenie, ale nie do końca mi się podoba, bo Berlin mógłby być w wierszu zamieniony z wieloma innymi miastami, i byłoby tak samo.

Poprosiłem też o wiersz o Don Kichocie po polsku: 

Don Kichot, mąż bez uczuć,
Oślepiony w wiecznej walce,
Szuka miłości wśród ruin,
Bez skutku, jak ślepy strzał.

Nie może uwierzyć, że istnieje,
Choć niewidzialne jak mgła,
Aż kiedyś, gdy słońce zajdzie,
Odkryje blask uczuć w ciemności.

***

EMS: Na zakończenie inny temat baratarystyczny. Tym razem na zdjęciu widać prawdziwy wiatrak, a nie coś wyprodukowanego przez sztuczną inteligencję, tym niemniej obrazek i podpis zostały mi podsunięte przez jakiś system Microsofta, który co rano wybiera dla mnie nowe zdjęcie i codziennie pyta, czy podoba mi się to, co widzę. Ja grzecznie odpowiadam “Tak” (lub “Nie”), żeby system nie podrzucał mi jakiegoś badziewia, którego nie lubię, no i bang – bingo! Dostaję tylko to, co lubię, czym, jak sądzę, przyczyniam się do wzmocnienia wszechwładzy systemów.
Sama wkładam głowę w pętlę.
Halnaker, Anglia.

Ten wiatrak stojący na wzgórzu Halnaker o wysokości 128 m n.p.m., jest dobrze widoczny z dużej odległości. Został wybudowany w 1740 r. i stanowi zabytek klasy 2. W ostatnich latach przeszedł gruntowną renowację, ale jest ogrodzony i nie można go zwiedzać. Atrakcją samą w sobie jest malownicza droga do wiatraka, z której roztaczają się wspaniałe widoki na pobliskie wybrzeże.

Wiatrak jest ogrodzony, nie da się go zaatakować.

Z wolnej stopy 74

Zbigniew Milewicz

Mikołaj Cudotwórca

Za świętego Mikołaja przebierałem się sporo razy w życiu. Kiedy broda była jeszcze ciemna, doczepiano mi do niej sztuczną z waty, na nos wsadzano jakieś cudaczne okulary, wkładałem czerwoną opończę i dzierżąc w ręku obowiązkowy pastorał, ruszałem do dzieci. Nie powiem, lubiłem tę rolę, zwłaszcza jak udawało mi się doprowadzić do płaczu co wrażliwsze maluchy, a później znowu szybko je rozweselić jakimś żarcikiem. Jako dziennikarz manipulację miałem we krwi. I tylko raz zostałem zdemaskowany, rozpoznali mnie moi kilkuletni synowie, kiedy rozdawałem prezenty w domu dla azylantów i przesiedleńców w Monachium, w którym mieszkaliśmy pod koniec lat osiemdziesiątych. Chłopaki zachowały jednak klasę i powiedziały mi o tym dopiero po imprezie. Po butach skubani mnie poznali, bo takich paradnych z cholewkami nie było i musiałem założyć własne.

Ponieważ akurat dzisiaj obchodzimy mikołajki, chciałbym przynajmniej w skrócie opowiedzieć o patronie tego święta, choć ściśle naukowo wiadomo o nim niewiele. Według średniowiecznych przekazów urodził się w 270 roku, niedaleko Myry w dzisiejszej Turcji. Obecnie Myra nazywa się Demre, co po turecku znaczy twierdza, a że leży ona nad Morzem Czarnym, w rejonie popularnej Antalii, więc jest chętnie odwiedzana przez turystów. Nikolaos był jedynym dzieckiem bardzo zamożnych rodziców i po ich śmierci odziedziczył fortunę. Musiał sobie lekceważyć materialne dobra, skoro chętnie dzielił się nimi z potrzebującymi, ale nie wiem, czy najpierw robił to tylko z potrzeby serca, a później także w duchu wiary chrześcijańskiej, czy od razu spełniał obydwa kryteria. Innymi słowy, czy pochodził z chrześcijańskiej rodziny, czy też pogańskiej? Chrześcijanie działali wówczas jeszcze w ukryciu i wiadomo tylko, że już we wczesnej młodości  Nikolaos postanowił powierzyć swoje życie Bogu i wstąpił do klasztoru. Po kilku latach pokornej posługi został biskupem; uczestniczył w Soborze Nicejskim w 325 roku. Wedug niektórych przekazów, za głoszenie prawd nowej wiary był torturowany i wtrącony do więzienia. Nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach zmarł, ale jak na antyczne czasy dożył sędziwego wieku, miało to nastąpić między 342 i 352 rokiem, w Myrze.

Dopiero ponad dwieście lat później doczekał się pierwszej biografii. W 565 roku został spisany żywot „archimandryty Mikołaja“ z klasztoru Syjon; w czasach wczesnego chrześcijaństwa archimandryta (ze starogreckiego przełożony owczarni) był opiekunem klasztorów w diecezji. Jest to opowieść o męczenniku, który za życia zdziałał wiele dobrego dla ludzi.

Najbardziej znana jest opowieść o trzech córkach na wydaniu. Ich ubogi ojciec nie posiadał wystarczających środków, by zapewnić im posag, w związku z tym nikt nie chciał poślubić dziewcząt. Aby zdobyć pieniądze, ojciec, który także moralnością nie grzeszył, postanowił wysyłać je do domu publicznego, aby tam zarobiły co trzeba. Kiedy Mikołaj się o tym dowiedział, chcąc uchronić dziewczynki od nierządu, trzy razy tajemnie podrzucił im sakiewki ze złotem. Na koniec nawrócił się wyrodny papa, kiedy zawstydzony poznał prawdę o darczyńcy.

Kolejna legenda prawi o tym, że Mikołaj wstawił się za trzema niesłusznie oskarżonymi o coś oficerami. Prefekt Eustachios skazał ich na śmierć. Biskup w ostatniej chwili powstrzymał kata przed egzekucją, udowadniając niewinność żołnierzy.

Inna historia związana jest z morzem. Opowiada o nieszczęściu żeglarzy, którym podczas sztormu zaczął tonąć statek. Zaczęli modlić się o pomoc do Mikołaja. W pewnym momencie objawił się im na statku, naprawił kadłub i przepędził wiatr. Według średniowiecznych przekazów nie dał nawet czasu żeglarzom na podziękowania, ponieważ od razu zniknął. Dzięki Niemu udało im się dopłynąć bezpiecznie do portu w Myrze, gdzie złożyli ofiary cudotwórcy w kościele.

Tak zapisywał się patron dzisiejszego święta w ludzkiej świadomości, jako obrońca ludzi w potrzebie i ten, który wspiera ubogich. Podobnych opowieści jest więcej, ale legenda pozostaje legendą, a cuda to, jak wiadomo, sprawa wiary. Największym cudem byłoby pewnie, gdyby wszyscy ludzie na świecie uwierzyli, że świętym Mikołajem może zostać każdy, bez względu na płeć, wiek, kolor skóry i społeczny status, że czynienie dobra w życiu należy przede wszystkim do nas samych.

Świętego Mikołaja czci zarówno kościół katolicki, jak i prawosławny. Jest patronem wielu miast i niektórych państw, orędownikiem m.in. ludzi morza, pielgrzymów, podróżnych, panien szukających kandydata na męża, jeńców, więźniów i… sędziów, uczonych i studentów, gorzelników i piwowarów oraz – uwaga – pojednania Wschodu i Zachodu. Pewnie tym ostatnim sektorem dzisiejszy Solenizant zajmuje się od niedawna, bo póki co nie zanosi się na pokój w Ukrainie, albo za słabo się o niego modlimy.

Rozpuszczalna zima biała

Teresa Rudolf

Śniłaś mi się

Ach, to już tyle lat,
cóż Ci powiedzieć
gdybyś zapytała,

co chciałabyś wiedzieć?

Czego nie wiesz?
Powoli świat się
z nami starzeje;

zwiałaś przed starością...

Kicię Lili, pamiętasz?
za mostem tęczowym,
Moritz zęby pogubił,

taki już to kotek Drakula...

Zima znów, jeszcze biała
biel jej bardzo delikatna,
w ręku rozpuszczalna,

tak biała, jak Twoja Dasza, 

ona biega też z moją Lili, 
bawią się; biały pies 
z czarnym kotem...

...odwiedzasz je tam czasem?



Mury

istnieje mur milczenia
długi jak ten chiński,
istnieją smutne oczy
bez spotykania innych,

istnieją ręce nigdy
nie oddające uścisku,
istnieją usta skrzywione
od przekleństw i sarkazmu,

istnieją serca bez serca,
drzwi bez klamki i zamka,
niepotrzebne teraz nikomu
...od wewnątrz i od zewnątrz.

istnieją 
wyprowadzki
od-ludzi-do-nikąd...
w zimną samotność.

Sztuczna inteligencja dzisiaj

Konrad

Wyobraźcie sobie, że powstanie kiedyś zaawansowana sztuczna inteligencja. Będzie ona zdolna do malowania obrazów równie ciekawych i ładnych, co obrazy malowane przez ludzi. Wystarczy będzie powiedzieć jej, co by się chciało zobaczyć, a ona to namaluje. Niedźwiedź zmywający naczynia? Krzesło przypominające awokado? Czego tylko dusza zapragnie – a właśnie, można będzie nawet poprosić o namalowanie wizji duszy.

Czy nie byłby to niezwykły wynalazek? Czy nie znalazłby się zaraz na pierwszych stronach gazet?

Ale taki wynalazek już mamy.

Powyższy obraz został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Człowiek poprosił o namalowanie kosmicznej opery i otrzymał dzieło, które wysłał później na konkurs artystyczny. Dzieło wygrało konkurs.

Prawdopodobnie przełomowy moment w historii ludzkości.
Czy usłyszeliście o nim w telewizji? W gazetach? Ja nie.

Wyobraźmy sobie sztuczną inteligencję, która potrafi napisać opowiadanie; potrafi napisać artykuł porównujący produkty, ludzi, czy idee; potrafi napisać tekst na zaliczenie przedmiotu na studiach. Czy nie byłaby to rewolucja godna zauważenia?

Ale już jest. I studenci już zdają egzaminy dzięki tekstom napisanym przez sztuczną inteligencję:

https://www.vice.com/en/article/m7g5yq/students-are-using-ai-to-write-their-papers-because-of-course-they-are

Czy słyszeliście o tym w mediach?

Pojawiły się algorytmy, z pomocą których można napisać grę komputerową bez znajomości programowania. Wystarczy opowiedzieć ludzkim językiem na czym ta gra ma polegać, co ma w niej być, a sztuczna inteligencja zamieni nasze słowa na kod.

Są już też z nami algorytmy, które potrafią generować filmy. Na razie krótkie, i nie zawsze realistyczne, ale postępy są bardzo szybkie.

I są algorytmy, które potrafią generować muzykę. Na razie często brzmi ona chaotycznie, ale już teraz pojawiają się fragmenty, melodie, solówki godne skopiowania, i umieszczenia w normalnych utworach. A postępy są szybkie.

(Tutaj sztuczna inteligencja dostaje fragment piosenki, i próbuje ją po swojemu dokończyć)

Dlaczego przeciętna osoba o tym nie wie?

Męczono nas newsami o bitcoinie, czy o NFT. Mówiono nam, że to przyszłość. W obu przypadkach nadzieje okazały się większe od wyników.

Tym razem mamy do czynienia z odwrotną sytuacją.

Dwa lata temu generowanie obrazów na podstawie zdania było niemożliwe. Dziś może to zrobić każdy, za darmo, a na efekt końcowy czeka się… kilka sekund.

Gdzie będziemy za kolejne dwa lata?

Jak będzie wyglądał świat, w którym każdy jest genialnym malarzem, muzykiem, i pisarzem?

I dlaczego bez przerwy o tym nie myślimy?

Wiersze z brodą i bez (2)

Tibor Jagielski

Christian Morgenstern (1871 – 1914)
 

Szczupak
 
Raz szczupak, nawrócony przez świętego
– powiedzmy to otwarcie – Antoniego,
Postanowił wykazać  się moralnym czynem
I został – patrzcie, patrzcie – wegetarianinem.
 
Od tego czasu jadał on wyłącznie
Morską trawę, morską różę i badylki morskie,
Lecz – kurczę – od róży, trawy i badylka
Wypływało mu okropnie – hm… – z tyłka.
 
Całe jezioro zatruł – niech to diabli – w mig
A zdechło ponad pięćset ryb,
Lecz nasz Antoni: “święty!
święty! święty” – wołał wniebowzięty.
Rose Ausländer (1901 – 1988)
 
 
Zdziwieni

 
Kiedy stół pachnie chlebem
truskawki wino kryształ
 
myśl o przestrzeni z dymu
dymu bez kształtu
 
Jeszcze nie zrzucona
sukienka z getta
 
siedzimy wokół pachnącego stołu
zdziwieni
że tutaj siedzimy
Hans Magnus Enzensberger (1929 - 2022)

 
Wskazówki dla Syzyfa

 
To co czynisz jest beznadziejne. No dobrze:
pojąłeś to, przyznaj,
ale nie spocznij na laurach
mężczyzno z kamieniem. Nikt
ci nie podziękuje. Kredowe linie,
deszcz je liże znudzony,
wyznaczają śmierć. Nie ciesz się
za wcześnie, beznadzieja
nie jest karierą. Z własną
tragiką witają się bękarci,
strachy na wróble, augurowie. Milcz,
wymień słowo ze słońcem,
w czas gdy toczy się kamień, lecz
nie rozstrząsaj twojej bezsilności,
tylko zwiększ o centnar
gniew w świecie tym, o gram.

Brakuje mężczyzn

co beznadziejne czynią milcząc,

rwąc nadzieję jak trawę,

ich śmiech, przyszłość toczący,

toczy ich gniew na szczyty.

tibor jagielski (1959 - 2042)


kot jowisza

ivydale road, pierwszy maja, londyn,
 wyżej niebo. nad soczystością trawy i nad zmierzchem.
to puste miejsce: tutaj spadła bomba;
wyrwa w różanoszarej klawiaturze domów.
 
siedzimy paląc papierosy, ciepłe piwo
bulgocze w aluminium puszek; kot jowisza
grzbiet swój pręży mówiąc,
iż lato zbrojne kurzem, wakacjami,
u bram stanęło otwartego miasta.
 
puste miejsce. nikt nie pamięta wycia rakiety,
która w płomieniach, runęła, grzebiąc.
głaszczemy kota.
wśród sierści błądzi iskra zapomnienia.

Wystawa tysiąclecia (reblog)

Johannes Vermeer van Delft (1632 – 1675), malarz holenderski. Girl with a Pearl Earring, 1665 / Dziewczyna z perłą

Reblog

Holendrzy biją rekord. O tej wystawie w Amsterdamie będzie mówił świat

Władze Rijksmuseum, najważniejszego muzeum w Amsterdamie, zapowiedziały największą w historii wystawę dzieł Johannesa Vermeera. Teraz podbiły stawkę – do Rijksmuseum z całego świata ściągnięte zostaną niemal wszystkie zachowane prace artysty.

Rijksmuseum w lutym 2023 roku otworzy wystawę Johannesa Vermeera – największą ekspozycję w historii słynnego muzeum w Amsterdamie i jednocześnie największą wystawę prac Vermeera w historii. Zwiedzający będą mogli obejrzeć wszystkie obrazy malarza, które można przywieźć do Amsterdamu, bo ich stan pozwala na transport. Dzieła powrócą później do macierzystych muzeów rozsianych po całym świecie.

Częściowo zapomniany przez niemal dwa stulecia od swej śmierci Vermeer został odkryty na nowo w drugiej połowie XIX wieku. Podczas gdy dziś przypisuje mu się około 35 obrazów i najprawdopodobniej jest to niemal cały jego dorobek artystyczny, amsterdamska placówka zaprezentuje co najmniej 28 prac malarza.

W jednym miejscu będzie można zobaczyć wszystkie najważniejsze dzieła Vermeera. Wśród nich znajdą się między innymi „Dziewczyna z perłą”, na co dzień znajdująca się w Mauritshuis w Hadze, czy „Ważąca perły”, która do Amsterdamu przyjedzie z The National Gallery of Art w Waszyngtonie. Do muzeum trafią także dzieła, które po raz pierwszy zostaną wystawione na widok publiczny – między innymi „Dziewczyna czytająca list”, w której niedawno odsłonięto duży, zamalowany dotychczas fragment.

– Na świecie istnieje około 35 znanych obrazów Vermeera. Oznacza to, że w retrospektywie Rijksmuseum zabraknie tylko około siedmiu dostępnych na świecie prac artysty – powiedział rzecznik Rijksmuseum.

Dotąd największą wystawą retrospektywną Vermeera była ta, którą zorganizowano w 1996 roku w muzeum narodowym Mauritshuis, znajdującym się w Hadze. Wówczas pokazano 23 dzieła malarza. – Obejrzenie wszystkich prac pod jednym dachem będzie przeżyciem, którego nie doświadczył nigdy nawet sam Vermeer – podkreśla dyrektor Rijksmuseum, Taco Dibbits.

Pomysł na organizację wystawy zrodził się, gdy kuratorzy Rijksmuseum zdali sobie sprawę, że prawdopodobnie będą mieli możliwość wypożyczenia trzech prac artysty z Frick Collection – muzeum sztuki mieszczącego się na Manhattanie w Nowym Jorku. To sytuacja niezwykle rzadka. Zazwyczaj nie jest to możliwe, ale ku radości władz Rijksmuseum, w galerii będzie prowadzony remont, który sprawi, że znajdujące się w niej prace i tak będą musiały zostać przetransportowane w inne miejsce. 

Dziełem, które nie pojawi się podczas retrospektywy w Amsterdamie jest między innymi „Lekcja muzyki”, znajdująca się w kolekcji królewskiej w pałacu Buckingham w Londynie. Powodem jest to, że obraz jest zbyt delikatny, by można było go transportować. Nie zostanie pokazana również “Śpiąca pokojówka” z Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. W tym przypadku obraz nie może zostać przewieziony do Amsterdamu, ze względu na zawiłe warunki wypożyczania dzieła.

Wiele z obrazów, które zostaną pokazane w Rijksmuseum, przed wydaniem decyzji o pokazaniu ich publicznie, zostało poddanych badaniom naukowym. Sprawdzono w ten sposób, czy dzieła na pewno będą bezpieczne w transporcie.

***

Czytam i już się cieszę. Oczywiście pojadę, tak jak pojechałam niemal trzydzieści lat temu do Hagi, na tę poprzednią wielką ekspozycję dzieł Vermeera. Już sobie zarezerwowałam sobie bilety.

To była wielka sprawa, bo przedtem przez wiele lat układałam wszystkie podróże tak, żeby obejrzeć Vermeera (jakiegoś Vermeera), a tu nagle wszystko było w jednym miejscu. Nawet obraz od królowej były, o którym teraz się mówi, że jest zbyt delikatny i nie przyjedzie, a wtedy był. Pamiętam, że jak robiłam listę obrazów, które jeszcze muszę zobaczyć, obraz u królowej pomijałam, bo wydawało się, że nigdy go nie obejrzę. A jednak. Wytrwałość czyni cuda.

Więc tak, zapewne ta nowa wystawa będzie jeszcze lepsza od tamtej. Ale tamta miała obrazy, których ta mieć nie będzie. Pewnie król Karol się uparł. Wystawę w Hadze zapowiadano jako wystawę stulecia. Układano o niej wiersze. Tracy Chapman napisała powieść o Dziewczynie z perłą (1999), a Peter Webber nakręcił wg niej film (2003). To ugruntowało pozycję Johannesa Vermeera van Delft jako ikony popkultury. Już wtedy było bardzo dużo ludzi, teraz będzie masowy spęd.

Poszukałam na półce katalogu tamtej wystawy. W środku znalazłam jeszcze jakieś reprodukcje i gazetę z artykułem. Takie łupy:


A tu jeszcze ciekawostka pojawiająca się ostatnio od czasu do czasu na tym blogu – Konrad zapytał program DALL-E (sztuczna inteligencja produkująca obrazy na zawołanie), jak wyglądałby Don Kichot namalowany przez Vermeera van Delft. Program naprawdę dużo wie, wie na przykład, że u Vermeera często na ścianie są obrazy i prawie zawsze również okno. Imponujące.

Ich erkläre den Krieg

Monika Wrzosek-Müller

Als Kinder spielten wir ein Spiel, das mir jetzt, wahrscheinlich wegen des Krieges in der Ukraine, immer wieder in den Sinn kommt. In der Wohnsiedlung des Elektrotechnischen Instituts, wo mein Vater arbeitete und wir nebenan wohnten, lebten ganz viele Kinder in der unmittelbaren Nachbarschaft. Sie waren im gleichen Alter wie ich, die starken Nachkriegsjahrgänge machten sich bemerkbar; wir bildeten Banden, die untereinander rivalisierten. Die Häuser standen mitten im Wald, sie waren verschieden groß, zwei und vier-Stockwerke hohe Wohnblocks, darin lebten alle Mitarbeiter des Instituts, aus verschiedenen Berufsgruppen, also aus diversen gesellschaftlichen Schichten. Eigentlich nie in meinem verwickelten Leben später fühlte ich mich so wohl und sicher wie dort auf diesem Gelände; die Kinder konnten sich sehr frei und sehr geschützt bewegen, obwohl das Terrain sehr groß war; es gab nämlich einen Zaun rundherum, und die Eltern ließen uns stundenlang allein spielen. Wer dieses konkrete Spiel initiiert, mitgebracht hatte, weiß ich nicht mehr, doch wir spielten es immer wieder, mit den Namen diverser Länder, aber mit den gleichen Kindern, und der Ausgang, der blieb immer offen…

Das Spiel ging so: Ein großer Kreis wurde mit einem Stock auf der Erde oder mit Kreide auf der Straße gezogen. Damit der Kreis ordentlich aussah, stellte sich ein Kind in die Mitte und hielt mit ausgestreckten Armen ein anderes und drehte sich um eigene Achse; das andere zog mit dem Stock eine Linie auf dem Boden. Wenn wir ganz viele waren, mussten sich zwei Kinder an den Händen halten und das äußere Kind zog dann den Kreis. Das war gar nicht so einfach und wir versteiften uns darauf, einen schönen, gleichmäßigen Kreis hinzukriegen. Dann wurde der Kreis wie eine Torte oder eine Pizza (die wir aber damals nicht kannten) in so viele Stücke geteilt, wie es mitspielende Kinder gab. Die Kinder wählten sich Länder aus, die sie repräsentieren sollten aus, stellten sich an den Aussenrand ihres Stücks, mit dem Gesicht zur Mitte und schrieben die Kürzel für ihre Länder auf den Boden, z.B. P für Polen. Ein Kind lief außen um den Kreis herum, hielt ein Stock oder ein Steinchen und rief: „ich erkläre den Krieg, Pick, Pick gegen, erkläre den Krieg gegen, gegen, Pick, Pick, gegenz.B. gegen Polen“ und warf den Stock auf das Territorium mit dem Buchstaben P. In dem Moment liefen alle anderen schnell weg; das Kind aber, dem der Krieg erklärt worden war, musste ganz schnell den Stock aufheben und „Stopp“ schreien. Daraufhin sollten alle stehenbleiben und das Kind in der Mitte suchte die ihm am nächsten stehende Person aus und warf den Stock in deren Richtung; wenn es traf, durfte es sich von deren Territorium ein Stück abschneiden. Dafür aber durfte die Person, deren Territorium beschnitten worden war, jetzt den Krieg, also das Spiel anführen. Es gewann natürlich derjenige, der am Ende das meiste Territorium hatte. Oft dauerte es sehr lange und es wurde nicht immer ganz klar, wer letztendlich gewonnen hatte; die durcheinander geratenen Grenzen waren irgendwann nicht mehr erkennbar…

Das Spiel weckte große Emotionen. Nicht nur, dass manche Kinder Ländernamen wählten, die die anderen nicht kannten – Brasilien, Argentinien oder Bolivien waren mir damals (ich war vielleicht neun Jahre alt) völlig unbekannt. Sondern man erregte sich auch darüber, dass manche öfter drankamen als andere und deshalb gewannen. Oft spielten irgendwie doch die Jungs gegen die Mädchen, oder wir spielten gegen jemanden, den wir nicht mochten. Es gab auch unbeliebte Länder wie Deutschland oder Sowjetunion, obwohl ich mich nicht daran erinnern kann, dass jemand wirklich die Sowjetunion wählte. Sehr beliebt dagegen waren die USA und Frankreich. Oft endete das Spiel in einem richtigen Streit, die Verlierer wollten nie wieder mit dem Gewinner spielen.

Wenn ich jetzt darüber nachdenke, so erscheinen mir zwei Dinge dabei sehr prägnant und erstaunlich: es verblüfft mich, wie lange nach dem Krieg (ungefähr 20 Jahre), doch noch Krieg gespielt wurde, auch von den Mädchen, d.h. wie lebendig er auch in unserer Generation eigentlich noch war. Er dominierte offensichtlich unsere Wirklichkeit, war also im Familienleben immer weiter präsent. Je weniger man darüber sprach, je mehr über bestimmte Tatsachen geschwiegen wurde, desto präsenter waren sie für uns Kinder. Zweitens staune ich, wie klug und vielseitig so ein Spiel war, wir lernten neue Ländernamen kennen, wir mussten schnell reagieren, uns konzentrieren und miteinander kämpfen. Es weckte nicht immer ganz saubere Instinkte und wurde nicht immer ganz korrekt ausgetragen, doch das gehörte auch zum Leben. Überhaupt denke ich, dass das Ambiente eines freien, großen Geländes, eines riesigen Hofs, auf dem alle miteinander spielten, für unsere Entwicklung sehr hilfreich, prägend war.

Nicht zuletzt: Dass mir gerade dieses Spiel in der letzten Zeit in den Sinn gekommen ist, spricht Bände. Der Ukraine-Krieg hat uns in seinen Bann gezogen; wenn ich jetzt überlege, wie lange es dauern wird, bis das Gespenst des Krieges aus den Träumen und aus dem Leben der ukrainischen Kinder, der Mütter und der Väter (die aktiv daran teilnehmen) verschwindet; wie lange man in den bestimmten Denkweisen gefangen ist, die einen prägen, ohne dass man es will oder sich auch nur darüber im Klaren ist. Es braucht Generationen kluger Erziehung, um die Leute wirklich an den Frieden heranzuführen, und meistens bedarf es auch des Wohlstands, der Hoffnung auf bessere Zukunft; sonst sind die Bemühungen um den Frieden noch langwieriger und schwieriger.

Bylejakość

To kontynuacja wpisu, w którym pytałam, co się stało ze słowem przepraszam.

Krystyna Koziewicz

Jakie są nasze czasy? Bylejakie.

Niekiedy mam wrażenie, że większość ludzi mojego pokolenia cierpi z powodu wszechobecnej bylejakości. Chciałoby się zaznawać czegoś lepszego, jeśli już nie najwyższej jakości, to przynajmniej czegoś dobrego, co wzbudza refleksję, zachwyt. Znajomi tłumaczą, że takie mamy czasy, dzisiaj wszędobylska bylejakość zakradła się we wszystkie niemal sfery życia, jest w polityce, kulturze, biznesie, w relacjach z rodziną, sąsiadami, w stosunkach społecznych.

Spacerując ulicami Kreuzberga, bez wątpienia najbardziej tolerancyjnego miejsca w Europie, z dużą ilość barów, knajpek z kuchnią całego świata, można odnieść wrażenie, że żyje się tutaj byle jak. Nic podobnego, w tym kultowym miejscu każdy jest sobą, jest na luzie, i to stąd się bierze to swojskie wyposażenie: stare kanapy i fotele, zwykłe barowe stołki, drewniane stoły, półki z książkami i mnóstwo palących się świec. Oryginalny styl dzielnicy jest modny, popularny nie tylko wśród młodych, którzy przechadzają się w szalonych stylizacjach. Tłoczno wszędzie i wciąż jeszcze jest tak, jak powiedział kiedyś ówczesny burmistrz Berlina – Berlin z pozoru biedny, jest za to sexy. Jedyna bodaj w tej dzielnicy elegancka restauracja z grającym na pianinie muzykiem świeci niemal pustkami. Byle jak nie zawsze ma negatywne zabarwienie.

Toteż nie zdziwiłam się będąc na wernisażu wystawy fotograficznej trzech berlińskich artystek w jednej z galerii na Kreuzbergu, kiedy musiałam oswoić okiem to nietypowe miejsce, jak i prezentowane prace artystyczne. Na ścianach pomalowanych na biało zostały powieszone pojedynczo lub w sekwencje podwójne, potrójne, ustawione szeregowo lub pionowo zwykłe fotografie robione cyfrowym aparatem, przyklejone do ściany przezroczystą taśmą. Trzy wystawy o podobnym profilu w jednym miejscu to dla zwiedzającego to gimnastyka dla mózgu. Kłopot polegał na tym, że ilość wygrywała z jakością tego, co stanowiło sedno sprawy. Okazuje się, że nie jest ważne, czy to, co robimy, ma wartość, tylko czy da się to komuś opchnąć. Trzeba było nieźle pogłówkować, by się zorientować, gdzie zaczyna się kolejna prezentacja, a gdzie kończy, skoro wszystko było podobne, a przecież po drugiej stronie tematyka zdjęć w ogóle nie pasowała do poprzedniej. Szukałam sensu w tych zdjęciach, jakiegoś spójnego motywu, przesłania, ale nic mi mądrego do głowy mi nie przychodziło.

Myślę sobie, że w Berlinie już się napatrzyłam po galeriach i muzeach światowych dzieł sztuki, nie powinnam się więc czepiać. No cóż, świat artystyczny nieustannie poszukuje nowych form wyrazu, nowatorskiego podejścia, gdy tymczasem ludzie w moim wieku mają już wyrobiony smak, gust czy jakość. Chciałoby się, by prezentacja sztuki była nieco staranniej przygotowana, a nie tak na łapu capu.

Kiedyś próbowaliśmy wejść na drabiny, na których królowali mistrzowie. Teraz odwrotnie, mistrzom każe się schodzić w dół, żeby stali się dostępni dla tych, co stoją pod drabiną.

Niegodzenie się na bylejakość jest jak kij o dwóch końcach. Nasza niezgoda może prowadzić do perfekcjonizmu, a ten jest paraliżujący. Widz perfekcjonista oczekuje tylko tego, co najlepsze. Stawia sobie i innym nieracjonalnie wysokie wymagania i nigdy nie zadowala się niczym mniejszym niż doskonałość. Weźmy przykład mojej najlepszej przyjaciółki w Polsce, która nie usiedzi spokojnie, ciągle coś poprawia, przestawia figurki, które mają stać tak a nie inaczej. Biega ze szmatką po mieszkaniu, które po prostu lśni, jest takie czyste, że lustro niepotrzebne do przeglądania. Koleżanka, z zawodu lekarka, pewnie na uczelni nauczyła się, gdy jej mocno wbijano do głowy, o szkodliwości bakterii i może dlatego ma obsesję na punkcie choćby drobinki kurzu. Po obiedzie wszystko musi być natychmiast sprzątnięte, umyte i wstawione do szafki pod zamknięciem lub na regał, dopiero wtedy może wreszcie spokojnie usiąść w fotelu, by sobie pogadać przy kieliszku koniaku. Z jednej strony podziwiam i podoba mi się jej perfekcjonizm, z drugiej zaś myślę, że nie potrafiłabym żyć na tak wysokich obrotach. To byłoby zbyt stresujące, a do siłaczek się nie zaliczam.

Perfekcjonizm, taaak… Przypomnam sobie pewną sytuację z kursu języka niemieckiego. Nauczycielka zadała wszystkim pytanie, „jakie cechy cenisz najbardziej u człowieka”? Na pierwszym miejscu postawiłam perfekcjonizm, chcąc zapewne zaimponować, podkreślić, że mam ambicje i dążę do doskonałości. Byłam jedyna, która tę cechę wymieniła. Nauczycielka bardzo się zdziwiła i zapytała, czemu perfekcjonizm, przecież człowiek ma prawo do błędu, jest niedoskonały, różne w życiu bywają okoliczności. Jej pytanie zbiło mnie z tropu, zaczęłam się nad nim zastanawiać. Muszę przyznać, że ta jej uwaga bardzo mi pomogła w życiu. Na przykład przestałam się tłumaczyć, kiedy mi coś nie wychodziło, nie udało, gdy popełniłam gafę. Słowa przepraszam używam coraz częściej, wszak zdarza się…

Jednakże co innego jest doskonałość, a co innego bylejakość, a bylejakości naprawdę nie znoszę i szlag mnie trafia, kiedy się z nią spotykam. Byłam ostatnio w pewnej polskiej instytucji, która zapowiadała ciekawy event – prezentację jednego z regionów Polski. Wydarzenie miało trwać do godziny 18.00, pojawiłam się o 16.00, szybko jednak zorientowałam się, że jest już „po ptokach”, o godzinie 16.30 organizatorzy już zwijali majdan. Byłam zaskoczona, bo ludzie zaczęli się właśnie schodzić i odchodzili z niesmakiem. Jeden z gości nakrzyczał na organizatorów, wołał, że zna region, miał nadzieję na sentymentalną przygodę, powrót do korzeni, a tu tymczasem trzeba było zrobić w tył zwrot. Wyszedł rozzłoszczony, a mnie było przykro. Co gorsze, nikt pana nie przeprosił, a przecież w Niemczech, jak się pisze, że event trwa do 18.00, to jest jak amen w pacierzu, że trwa do 18.00.

Najczęściej bylejakość atakuje znienacka i bez uprzedzenia. Znajomy zgłasza się, że chętnie pomaluje mi ściany, za pieniądze oczywiście. Zgadzam się, bo to ponoć mistrz nad mistrzami. Robota została wykonana na odwal się, trzeba było wzywać na ratunek drugiego malarza, czyli podwójnie zapłacić.

Bylejakość nie omija półek sklepowych. Byłam w Krynicy Zdroju i podczas przechadzki po słynnym deptaku na ulicy Pułaskiego w znanym butiku zauważyłam świetną torebkę. Kupiłam, choć nie była tania. No ale był taki fason, jakiego długo szukałam. I co? Radość trwała krótko. Po miesiącu urwał się pasek, torebka zsunęła się z ramienia i wylądowała na ulicy. Całe szczęście, że znajdowałam się na pasach, szybko podniosłam ów nieszczęsny bubel. Okazało się, że pasek przyszyty był zwykłymi nićmi, bez umocowania podwójnym lub potrójnym szwem. No cóż, reklamacji zgłosić nie mogę, miałam po prostu pecha.

Z okazji narodowego święta zorganizowano koncert orkiestry symfonicznej, w którym wzięli udział soliści, jedni grali na skrzypcach, inni śpiewali pojedynczo i w duecie. Piękne utwory muzyczne, mniemam, że była to klasyka światowych kompozytorów. Ponieważ zabrakło konferansjera, nikt z uczestników koncertu nie wiedział, czego słucha, kto jest kompozytorem, kto właśnie występuje. Nie podano nawet nazwiska dyrygenta, brakowało też programu koncertu. Poczułam ogromny niesmak. Doprawdy zabrakło elementarnej informacji, jaka się należy każdemu, kto występuje na scenie, czyli prezentacji nazwiska i imienia oraz tytułu wykonywanych dzieł.

Bylejakość to styl życia, nawyk. Być może staje się powoli dominującą cechą naszego świata. Ludzie byle jak pracują, zadowalają się byle czym, i oddają pięknym za nadobne. Ale nie każdy musi to akceptować. Jasne, niekiedy można by potraktować bylejakość z przymrużeniem oka, nie o wszystko musimy się czepiać, ale jednak chyba wciąż jeszcze powinniśmy mówić NIE, powinniśmy wyznaczać granice, nawet jeśli jest to czasami trudne. Bo jak mamy mówić NIE, jeśli wszyscy na około traktują erzac i bylejakość jak coś normalnego. Ale to ich sprawa. Ja wciąż jeszcze próbuję mówić NIE.