Ach to życie

Teresa Rudolf

Na fali

A życie płynie
...a w nim i my, 
z innymi bliżej
z innymi dalej,
czasem zawiruje.

Mówi się:
"płyniemy 
na tej 
samej 
fali"...

...a tu

nagle ktoś 
już płynie  
na innej,
już z innymi,
na innym statku...

...i tak

pokrętne
prawa
wciąż
falują
naszą

rzekę,
zwaną
...ŻYCIEM.
Karuzela

Przychodzenie,
odchodzenie,
przepływy,
odpływy,
przyloty,
odloty.

Wzruszenie,
obojętność,
śmiech,
płacz,
radość,
smutek.

Miłość
nienawiść
pokój,
wojna, 
życie,
...śmierć.

Jaipur

Joasia Rubinroth

Über den Lebensentwurf Busfahrer*in in Indien

Als Busfahrer*in sitzt du dann so in der Kabine und neben dir ist ein großes weiches podestbett auf dem der Schaffner im Schneidersitz barfüßig mit dir sitzt und aufpasst wo Du hin fährst.


Auf dem Weg kannst du immer ganz genüsslich und ganz laut den Rotz hoch holen und aus dem Fenster rotzen.

Dann lässt du dir durch das Bus Fensterchen einen Tee reingeben trinkst ihn aus und wirfst das Becherchen aus dem Fenster

Und während der Fahrt rauchst du natürlich die ganze Zeit eine nach der anderen.

Und du fährst in einem wahnsinnigen Slalom deine 150 kmh weil du musst die ganze Zeit den Kühen, den Schweinen und den Hunden ausweichen; dabei siehst du auch noch 13 Kamele und musst nicht in den Zoo gehen.

Die Schweine die Kühe und die Hunde hatten nämlich keine Verkehrsschule und laufen die ganze Zeit einfach auf die Straße rauf.

Und da das ganze recht gefährlich ist hast du vorne in deinem Bus einen Gott.

Ab und zu kommt jemand rein und schmückt deinen Gott mit frischen Blüten (vielleicht ist es auch nur ein vorsichtiger Fahrgast der hofft zu überleben…).

Und wenn du dann in Jaipur heil angekommen bist gehst du in den Park und guckst Affen im Blumenbeet an.

Oder beim Eisessen zu…

Pracownia artysty

Ewa Maria Slaska

Patrick William Adam
(Scottish painter,1854 – 1929)
“Morning at workshop”,1912

Poranek w warsztacie? W warsztacie? Lekko błyszcząca podłoga, a więc wypastowana i nie zadeptana. Biały wykrochmalony obrus z mereżką. Róże w wazonie, róże za drzwiami do ogrodu. Niedbale przerzucona serweta i otwarta książka na krześle. Jak się przyjrzeć, to po lewej widać tylne strony dwóch blejtramów, a na komódce po prawej w wazonie stoją pędzle. Czyli słowo “warsztat” oznacza atlier artysty. To on sam, tylko on, pił tu poranną herbatę i być może jadł na śniadanie grzanki z marmoladą pomarańczową. Jest jedno krzesło, jedna filiżanka na stole. Czytał przy jedzeniu. Porzucił serwetę i książkę. Wyszedł.

Ten obraz nie daje mi spokoju. Pracownia artysty? Wyrastałam w domu z matką-artystką. Nie było białych błyszczących obrusów, srebrnego dzbanka do herbaty ani porcelanowych filiżanek. Rzeczywistość PRL-u w latach 40/50/60 była przaśna, ale fakt, że dom był pracownią artysty, pogłębiał wszystkie niedomogi.


Najpierw mama “cięła” czyli przenosiła wykonany uprzednio rysunek na deskę lub linoleum i wycinała go dłutami, które musiały być bardzo ostre, a prowadzić je trzeba było pewną ręką, bo inaczej linie rysunku były niechlujne. Potem trzeba było wypukłe części deski lub linolum pokryć bardzo dokładnie farbą (u mamy – najczęściej – czarną), delikatnie i równo przyłożyć cienki papier do farby, wygładzić każdy przylegający do farby kawałek papieru czymś bardzo gładkim (mama używała wygiętego kawałka wypolerowanej kości słoniowej), co pozwalało odbić farbę na papierze, a potem jeszcze delikatniej zdjąć papier z deski i położyć odbitkę na stole lub powiesić na sznurku, aby wyschła.
Tak wyglądało robienie odbitek z małych grafik, duże wymagały większej siły nacisku – prasy lub magla, aby jednak przewalcowany papier się nie darł trzeba było pokrywać go równiutko kawałkami grubego materiału i dociskać kawałkiem blachy. I dopiero taką “kanapkę” wprowadzało się delikatnie między dwa rozstawione na największą szerokość wałki magla. Wałki trzeba było skręcić z powrotem i dopiero wtedy przeprowadzić korbą całą konstrukcję na drugą stronę. I tak na przykład dziesięć razy albo pięćdziesiąt. W zależności od tego, ile odbitek trzeba było wyprodukować. Najczęściej były trzy odbitki z 20 albo i 30 grafik. To była ciężka wyrobnicza praca.


Grafiki bardzo często się nie udawały, papier się rwał lub załamywał, robiły się dziury, farba przesiąkała bądź przeciwnie – było jej za mało. Czasem dało się jakieś załamania wyprasować, a dziury zakleić, ale czasem odbitka szła do kosza na śmieci.


Czarna farba brudziła dłonie, meble, ubrania, dłonie brudziły twarz, talerze, książki. Odbitki leżały i wisiały wszędzie. Przyjaciele, którzy pomagali je wykonywać, byli w całym domu, musieli, jeść, pić, myć ręce, palili papierosy, słuchali głośno muzyki, spali, gdzie popadło. Ich brudne ręce pokrywały umywalkę, wannę, ściany szarymi zaciekami, farba była na talerzach, kubkach i sztućcach. Kot lub dwa koty szarpały nieudane odbitki (udane trzeba było starannie chronić), deptały po świeżej farbie i zostawiały ślady, gdzie popadło.

Leon Wyczółkowski
“Wiosna w Gościeradzu”
Około roku 1930

Przemek Masalski, zaprzyjaźniony psycholog, który był właśnie z wizytą (z żoną i córeczką) i któremu się poskarżyłam, że na obrazach, w tych pomieszczeniach, gdzie bądź co bądź żyją artyści, a więc stworzenia brudzące, jest tak czysto i estetycznie, a u nas, po kolacji, którą właśnie we czwórkę zjedliśmy, została góra odpadków i góra brudnych naczyń, powiedział, że taka właśnie jest różnica pomiędzy tym, co sobie idealistycznie wyobrażamy, a życiem.

No cóż, u nas tak…

Wiekowa dama (dwa teksty)

Ostatnio wszyscy się tu zarzekali, wtórując Julicie Bielak, że nie lubią porad. Nie lubicie porad? No to je macie! Krystyna Koziewicz wciąż jeszcze o starości.

Krystyna Koziewicz

Gerard Dou, Czytająca

Co robić?

Niezwykle rzadko zdarza się w życiu spotkać kobietę, która w wieku 99 lat żyje nie mniej intensywnie niż niejedna sześćdziesięciolatka czy osiemdziesięciolatka. Jak dożyć tak zacnego wieku? – narzuca się pytanie? Czy zadziałały geny, a może styl życia?

Kiedy od znajomej dowiedziałam się o istnieniu wiekowej damy, naszła mnie ochota poznania tajników jej długowieczności. A nuż jest coś do podglądnięcia, naśladowania i naprawienia własnej kondycji, gdy się ma dopiero nieco ponad 70 lat.

Pierwsze spojrzenie na 99-latkę. Zaskoczył wygląd. Owszem, sporo zmarszczek ze względu na szczupłą posturę, ale że babcia czyta bez okularów, byłam naprawdę zaskoczona. Jak na swój wiek trzyma się nieźle fizycznie, choć wymaga pomocy, gdy przemieszcza się po mieszkaniu .

Credo życiowe babci w telegraficznym skrócie można scharakteryzować tak:

  • codzienny wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu, bez względu na pogodę: mróz, śnieżyca, deszcz, grad, pioruny nie stanowiły żadnej przeszkody, nie były powodem, by zrezygnować z długiego spaceru! Dla babci ważna była informacja, jaka jest temperatura na dworze, żeby się odpowiednio ubrać.
  • spożywanie posiłków w regularnych odstępach czasowych (ani minuty wcześniej, ani później).
  • codzienne czytanie książek, prasy, gry w karty, warcaby i inne planszówki.

Ponoć od lat jada potrawy składające się zawsze z tych samych produktów, toteż nic dziwnego, że nic nie mogło jej zaszkodzić: nie znała bólu głowy, brzucha, żołądka, jelit etc. Co ciekawe, rzadko poważnie chorowała. Produkty, które znajdowały się w lodówce to: masło w kilogramowych ilościach (wszystko musi pływać w maśle), dżemy własnej roboty, jajka, łosoś, piwo, warzywa, owoce sezonowe, lody, ciasto, soki jabłkowe, przecier jabłkowy i śladowe ilości mięsa.

Na śniadanie jadała bułeczkę z masłem, miodem lub z marmoladkami. Do tego kawa z mlekiem.

Na obiad ogromna porcja warzyw z ociupinką mięsa, podwieczorek: kawa bezkofeinowa, ciasteczko tortowe, a na kolacje dyżurny łosoś i szklanka piwa. W międzyczasie popijała ”kranówkę” i nic poza tym.

Znajoma Niemka opiekująca się babcią zdradziła, że wiekowa dama od lat prowadzi niezmienny tryb życia. Nigdy nie dawała się skusić na coś innego.

Dzień zaczyna od toalety – prysznic, krem, makijaż, perfumy, puder, elegancki ubiór, biżuteria.
Śniadanie połączone z czytaniem codziennej prasy od deski do deski.
Po śniadaniu załatwianie spraw domowych: wydatki, zakupy, planowanie wyjść: do teatru, cyrku, fryzjera, doktora, wyjazdy nad morze, itd.
Przed obiadem dwugodzinny spacer, w godzinach popołudniowych – odwiedziny znajomych. Po kolacji: telewizja, kąpiel i sen już o godzinie 21.00.

Z relacji dalszych członków rodziny (najbliższa nie żyje) dowiedziałam się, iż prywatne życie pani zawsze było tematem tabu. Prawdopodobnie nigdy nie była w związku, pewnie dlatego robiła to, na co miała ochotę. Całkowicie obce jej były kompromisy, nie uznawała spraw nieuzgodnionych, żadnych ustępstw! Nie krzywdziła tym uporem nikogo, ale jakiekolwiek forsowanie innych racji pozbawione było sensu. Jeśli komuś coś nie pasowało, musiał odejść lub poddać się. Materialnie była osobą niezależną, wprawdzie raczej przesadnie oszczędną, jednak czasami okazywała się niespodziewanie hojna.

Niedawno skończyła 99 lat i właściwie planowano uroczyste obchody setnych urodzin. Niestety, zmarła po ciężkim przeziębieniu, z którego nie mogła się wyleczyć.

Osobiście z uniżeniem chylę czoła, z podziwem dla wieku babci (tak o niej mówiono). Naszła mnie jednak dziwna refleksja: czy narzucona wewnętrzna dyscyplina jest właściwą receptą na długoletnie życie?

Z jednej strony niektóre nawyki, przyzwyczajenia babci byłoby dobrze przeflancować na własny grunt, z drugiej zaś strony brakowało mi zwykłego wyluzowania, spontaniczności, emocji, jakie daje miłość, tolerancja, fantazja, przygoda.

Warto było spotkać osobę, która przeżyła prawie całe stulecie. To wydarzenie godne uwagi i tym chciałam się z Wami podzielić, drodzy Czytelnicy i drogie Czytelniczki tego bloga.


Ewa Maria Slaska

Ilustracja dołączona przez Krysię do jej opowieści to portret starej holenderskiej kobiety, czytającej Biblię. To jeden z moich ulubionych obrazów. Ale ja w ogóle lubię i malarstwo holenderskie, i obrazy przedstawiające kobiety czytające.

Obraz Gerarda Dou znajduje się Rijksmuseum w Amsterdamie. Flickr zaczerpnął ze strony internetowej muzeum następującą informację:

Gerard Dou, malarz niederlandzki, żył w latach 1613-1675. Na obrazie z roku 1631 Dou tak znakomicie przedstawił nie tylko kobietę, ale i czytaną przez nią Biblię, że można dokładnie rozpoznać, że czyta ona rozdział 19 z Ewangelii wg św. Łukasza. Jest to urywek mówiący o tym, że ci, którzą chcą być dobrzy i czynić dobro, muszą oddać biednym połowę swego stanu posiadania. Jednak wiekowa dama ubrana jest w bardzo kosztowne szaty, czyli wciąż jest przywiązana do tego, co posiada.

W Biblii online znalazłam ten fragment Ewangelii: Rozdział 19, akapit I:

Zacheusz

Potem wszedł Jezus do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę (…). Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».

Ciekawe, że interpretator muzealny twierdzi, iż trzeba oddać połowę swego stanu posiadania, aby być dobrym, ale jest to jednak przesadzone objaśnienie, bo Ewangelia głosi wyraźnie, że Zacheusz rozdał swą majętność dobrowolnie. Możemy się domyślać jedynie, że zrobił to, bo, choć był bogaty i grzeszny, pod wpływem Jezusa się nawrócił. Zrobił to, a pamiętajmy, że idąc obejrzeć wjazd Jezusa do Jerozolimy, wcale nie miał zamiaru przystępować do gromady, która za nim szła. Przeciwnie – chciał się przecież tylko pogapić. Jednak, domyślamy się, że na kim spocznie oko Pańskie, ten już został wybrany na zawsze.

Również zarzuty Interpretatora, że starsza pani nie dzieli się bogactwem z biednymi, są po pierwsze wyssane z palca, po drugie z gruntu niesłuszne. Starsza pani jest Holenderką i jako taka ma od pokoleń wpojone zobowiązania życiowe – na pewno jest surowa, powściągliwa, pracowita, oszczędna, ale też hojna dla biednych, bo jako Holenderka po prostu inaczej nie może. Zainteresowanym zgłębieniem tego tematu polecam niezwykłą lekturę, czyli Pocztówkę z Mokum Piotra Oczki.

Przeczytajcie jednak również następny akapit w Biblii, który najwyraźniej kłóci się z tym pierwszym. W następnym, zwanym potocznie przypowieścią o minach (czyli sztukach złota), dobrze czyni bowiem ten, kto pomnaża majątek. Obywatel Kalwin się kłania. To stąd zaczerpnął swą wczesnokapitalistyczną pewność, że praca i bogacenie się są miłe Bogu.

Poczułam nieprzyjemny dreszcz. Zawsze wierzyłam w postawę obywatelską Jezusa, ale przypowieść o minach (Rozdział 19, akapit II:) nauczyła mnie, starą kobietę, że jest inaczej, że Jezus, podobnie jak Kalwin był zdania, że dobrze to i sprawiedliwie oddać złoto do banku, by zarabiało na siebie.

Kto by pomyślał…

Młodości, ty nad poziomy…

Krystyna Koziewicz

Oda do młodości Mickiewicza to jeden z najważniejszych utworów literackich w naszej kulturze. Pokazuje i przeciwstawia sobie dwa pokolenia – młodych i starych, ukazując, jak ważne są zmiany i nowa energia w narodzie.
Prezydent Andrzej Duda na XXX Zjeździe Solidarności w Zakopanem zakpił sobie z pielęgniarek, odzierając je z godności zawodowej. Chciał dopiec Tuskowi, kierując do niego retorzcyne pytanie, czy mógłby sobie wyobrazić, że 67-letnia pielęgniarka – w tym wieku! – będzie zakładać mu cewnik? Nie będę komentować głupoty, po prostu nie chcę obrażać!
Impulsem do napisania tego felietonu stała się powszechna dyskusja o wypaleniu zawodowym, a więc będzie mowa o młodości i starości. Osoby starsze są niekiedy dla młodych autorytetami, są podziwiane, słuchane i szanowane. Współczesny świat promuje ludzi młodych, a w czasach kultu młodych potrzebna jest wiedza. Czy można rezygnować z mądrości starszego pokolenia? Nie można, jesteśmy fragmentem naszej historii, pokoleniem, które przyczyniło się do powstania wolnej Polski!
Przykre jest, że doświadczamy niezbyt pochlebnych wypowiedzi, że pod płaszczykiem (koniecznej oczywiście) zmiany pokoleniowej, tak naprawdę chodzi o to, kto obsadzi złotonośne stanowiska tu i ówdzie.
Owszem, wiemy wszyscy, jak ciężko jest pozbyć się niektórych dyrektorów, prezesów czy kierowników, którzy nie wnoszą niczego nowego, stosują stare formaty. Czasy się zmieniają w galopującym tempie, a z nimi priorytety, oczekiwania, potrzeby społeczne. Tymczasem konserwatyści mają się dobrze, zapewnili sobie stoicki spokój, nie wychylają się, bazują na starym rozkładzie jazdy, więc nie popełniają błędów. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić.
Społeczeństwu jednak potrzebni są nowi kreatywni i pracowici ludzie, zatem pozwólmy im na inwestycje energetyczne, na innowacje programowe, stosowanie lepszych rozwiązań, na otwartość, także na spory i kompromisy.
Dajmy szanse ludziom młodym! – słyszy się na różnych forach, zebraniach, konferencjach, czy podczas wyborów do władz miejskich, zarządów stowarzyszeń, Sejmu, Senatu. Wiadomo, że dla ludzi starych najwyższy punkt ich życia przeminął, oni też mieli czas swych największych wzlotów, ale to już przeszłość. Kiedyś byli w czymś lepsi, teraz już nie są. To normalne, bo nie każdy nadąża za tempem zmian i trudno się dziwić, ze, jak się dobiega sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki, te jesteśmy coraz bardziej opóźnieni.
Ale nie można też uogólniać i uważać, że człowiek stary nie ma nic do zaoferowania. Nic bardziej mylnego, i my wciąż chcemy być potrzebni, choćby służąc poradą. Mądrych, utalentowanych i inteligentnych ludzi powinni w swym gronie potrzebować również młodzi, choćby po to, żeby nie wyważać już dawno otwartych drzwi. Nikt sam, od razu nie pozna tajników zarządzania.
Dlatego osobiście preferuję model młodzi/starzy z opcją oddania, co jednak oznacza, że ci drudzy po jakimś czasie będą gotowi oddać władzę, stanowisko i pieniądze. Trzeba młodym oddać ster kierowania, ale to nie znaczy przecież, że należy wyeliminować z życia społecznego ludzi w starszym wieku, kreatywnych, z bogatym doświadczeniem, mających sukcesy, cieszących się powszechnym autorytetem, otwartychna dialog, chętnych do współpracy. Jeśli ktoś jest dobrze oceniany, idzie z duchem czasu, cieszy się uznaniem i popularnością, to niech pozostanie na swoim miejscu. Czemu nie?

Warto pamiętać, by samemu poddać się weryfikacji. Choćby dla komfortu, dla pozyskania informacji, że jestem akceptowany/a.

Ale oczywiście, ach, młodości, jesteś taka piękna!

“Życie byłoby nieskończenie szczęśliwsze, gdybyśmy rodzili się w wieku lat 80 i stopniowo zbliżali do 18”, powiedział Mark Twain.

***

Przypis od adminki: słyszeliście Państwo o sukcesie japońskiego filmu Plan 75 na festiwalu w Cannes? Chie Hayakawa, reżyserka i scenarzystka filmu, zdobyła tam niedawno Złotą Kamerę (wyróżnienie specjalne).

To historia o tym, że ukończywszy 75 rok życia, będzie się można poddać w Japonii dobrowolnej eutanazji.
Nie łudźmy się, na pewno tak kiedyś będzie. Niektórzy nawet nie mogą się doczekać.

Przepraszam, ale nie znalazłam trailera po polsku. Dziękuję Konradowi za przysłanie zwiastuna po angielsku, a przede wszystkim za poinformowanie mnie, że jest taki film i taki problem. Sama jakoś nigdy nie interesuję się tym, co się dzieje w Cannes. Zawsze mi się wydaje, że to tylko cyrk, blichtr i pogoda dla bogaczy. A tymczasem i w Cannes pojawia się poważna problematyka.

Reblog o poradach

Julita Bielak

Z Facebooka, wczoraj

Czy Państwo też zwrócili uwagę na szerzące się wokół poradnictwo? Wszyscy są ekspertami od wszystkiego, od cudzego życia też.

– Bo ty powinnaś uwierzyć w siebie, pojechać do sanatorium. Zosia była w Świnoujściu, chwali sobie. I po co się tak przejmujesz, gdybyś się nie przejmowała, to byś lepiej na tym wyszła – usłyszałam niedawno.

Przejmuję się, bo Najwyższy uczynił mnie istotą myślącą: doświadczam, obserwuję, czuję, analizuję. Nie pojadę do sanatorium. Jak Woody Allen na wieś, tam nie ma gdzie – upiera się – chodzić na spacer.

Idę drogą, która mnie wybrała. Może nie upojną – w końcu nie jesteśmy w cyrku – ale ukojną. Moją.

Nie zatrzymuj mnie.

„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi.

– z wiersza sir Thomasa Wyatta „Chce kto polować wiem, gdzie znaleźć łanię”, w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka.

Od Adminki: Julita przed wejściem na sopockie molo. Ta wieża, to sopockie Łazienki. Sanatorium w mieście. Za budynkiem morze (zdrowe morskie powietrze), w prawo ulica do “grzybka”, gdzie, jeśli się higienicznie i ekologicznie przyszło z własnym kubkiem, można się, jak w sanatorium, napić wody leczniczej. Chyba nikt z nas nigdy tej wody nie pił. My w tym mieście nie jesteśmy w sanatorium, my tu mieszkamy (mieszkaliśmy; ja się tu urodziłam) i, co najwyżej, chodzimy na spacer.

A tu cały wiersz. U Julity był na Facebooku w komentarzu, ale oczywiście należy do tego tekstu:

Chce kto polować — wiem, gdzie znaleźć łanię:
Dla mnie, niestetyż, za późno na łowy;
Tak-ci mię znużył ów pościg jałowy,
Że ledwie słyszę w dali rogów granie.
A przecie, mimo całe me znękanie,
Tropem zwierzyny dążę przez dąbrowy,
Niczym nie trzeźwiąc rozpalonej głowy,
Gdy w sieci jeno wiatr mi się dostanie.
Chce kto ją łowić — niech łowi, lecz szczerej
Zazna udręki: to jedno mu powiem.
Na smukłej szyi obróżkę albowiem
Ujrzy, a na niej z diamentów litery:
„Noli me tangere”, niech nikt nie stoi
O mnie, gdyż Cezar jeno mię oswoi

Wiersze z dnia na dzień

Teresa Rudolf

Oczka w pamięci

Coś kiedyś ważnego,
przypomnieć sobie teraz
chciała, ale… no,… jak?

To, jakby mi nagle
oczka z tej pamięci
uciekały, myślała.

Tak, jakby w swetrze
lub cienkiej pończosze,
dość różnie, zależy…

I raz na kolorowo,
raz na szaro, ooo…
znów, oczko puściło.

Dziwiła się dość tym
odkryciem, dziwiła, 
i sobie przypomniała,

…a, już mam, 
już mam!
– kiedyś byłam 
szczęśliwa –

A gdzie twoja wdzięczność

Szukała pracowicie
w głowie, w sercu,
za co mogłaby Życiu
naprawdę dziękować.

Czuła to wiercenie, 
to okrutne borowanie
w mózgu, jak w zębie, 
głośno, tępo, nachalnie.

Nagła panika dopadła,
jak ostrozębny buldog,
“jestem niewdzięczna,
wdzięczności nie czuję!”

…na kolana wskoczył
piesek mały, czarny,
ułożony teraz wygodnie,
a panika też i na nim;

miękka, coraz cieplejsza
taka instant, rozpuszczalna
we wdzięczności, że ON tu,
jak i ta… cała codzienność.

W mózgu już cicho,
bez tego przesłuchania
o jakąś dziękczynność,  
… pogłaskała swe życie,

i głowę małego,
czarniutkiego psiaka,
z wdzięczności: 
wiedział kiedy wskoczyć 
na kolana. 

Czarna owca

Ewelina Jaworska

Z Facebooka, 8.02.2022

Czarna owca i dlaczego nią bywam

Czarna owca, to ktoś w stadzie, kto często tak jakoś lubi, musi, a często nawet niezastanawiając się nad tym dlaczego, czy nawet robiąc to mimochodem eksploruje nowe ścieżki, nowe rozwiązania, robi jakieś dziwne skoki w bok, albo staje i patrzy w martwy punkt, gdy inni biegną gdzieś w owczym pędzie, bo tam dają jedzenie, pieniadze, ciepłą słomę, wodę, bo tam są piękni mężczyźni, kobiety, sława, polityka i blichtr. Czarna owca wykonuje niezrozumiały, rozumiany przez niewielu taniec, którego nawet ona sama nie rozumie, ale wie że tak jakoś jej pasuje i tak ma być… więc robi to… i myśli dlaczego nikt mnie nie lubi, nie rozumie, dlaczego mnie krytykuje, chcę tylko być sobą, jestem czarna więc czarne tak mają…. wtedy inni mówią jesteś głupia, nienormalna, lecz się psychitrycznie, daj nam dobrym białym owcom spokój, daj nam życ, nie zakłócaj spokoju a nawet odpierdol się, mówią, bywa bywa… wtedy odchodzę sobie jeszcze bardziej na bok… ale i to jest bardzo denerwujace dla innych i skłania innych do różnych średnio miłych epitetów, do tego dostaję mnóstwo wspaniałych rad, większość zachęcających mnie do wizyty u specjalisty i fryzjera, który moje czarne kudły chce przefarbować na blond. wtedy sobie myślę czy o to chodzi w życiu, czy jak się przefarbuję na blond, który mi nie pasi, będę lepsza czy inna czy tylko będę mniej widoczna i przez to mniej denerwująca. czy mogę żyć własnym życiem tak jak dyktuje mi mój rozum i serce czy urodziłam się po to aby spełniać wymagania wszystkich białych normalnych owiec. czy ja tak bardzo krzywdzę innych stając na uboczu i wykonując jakieś nawet dziwne ale moje wygibasy, nie uderzając racicami w innych owczych obywateli. dlaczego co poniektórych aż tak to irytuje że tyle energii wydają na to aby mnie krytykować pouczać i sprowadzać do jakichś tam norm, skoro nie jestem osobnikiem niebezpiecznym. wiele pytań i zero odpowiedzi… może ktoś z was wie…

I niektóre komentarze:

Andrzej Jacyszyn

Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Strasznym okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!

Ewelina Jaworska

zamurowali drzwi wejście do biblioteki Don Kichota, wmawiając mu, że zniknęły te drzwi przez czary, ponoć koleś przez książki wariował, tak uznała rodzina wiedząca lepiej, rady już nie dawał…, wyruszył więc w podróż i miał przygody, kobiety, dzbany, rude włosy nocą… hahaha

Ewa Maria

Normalni potrzebują czarnych owiec, każda rodzina potrzebuje, bo one ściągają na siebie pecha i na psa urok, tułają się po świecie, tracą pieniądze i dobre imię, gubią i dają się okradać, można im zabrać wszystko, majątek, dzieci, osiągnięcia, pieniądze i sławę, a porządna rodzina tymczasem może się spokojnie dorabiać. Ostrzegam więc, nigdy przenigdy nie próbujcie ściągnąć czarnej owcy na drogę, jaką idą porządne owce. Jeśli się to uda, pech, który był udziałem czarnej owcy, stanie się udziałem wszystkich. Tak upadają rodziny.

Panna Banqs

Peony Jo

Panna Banqs, którą niedoinformowani sąsiedzi nazywali po prostu Panią Banqs, uchyliła okno mało przytulnej kuchni, wychodzącej na północ, by wypuścić zapach gotującej się zupy. Nie była w stanie pojąć, jakim sposobem zupa tak dobrze smakuje, wydzielając fumy zbliżone do odoru. Prawie jak te japońskie ryby, czy ser, którego nie można wnosić do zamkniętych pomieszczeń, kto zresztą chodziłby z serem pod pachą, pomyślała ze zniecierpliwieniem, jakby ludzie nie mieli lepszych sposobów na wywołanie śmieszności. Panna Banqs śmieszności bała się najbardziej, bo pomniejszała ona to pieczołowicie polerowane przekonanie, iż jest osobą w dobrym rodzaju i na tyle ładną, na ile pozwoliły geny ojca ślusarza i matki recepcjonistki oraz systematyczne polewanie się zimną wodą, na czczo, w poniedziałki.

Obok stołu, obok którego stała właśnie Panna Banqs, wylegiwały się stosy czasopism, otrzymanych po przeczytaniu od Lucy Paw, stosy nie całkiem świeżych nowości, które w jej przekonaniu wcale nie straciły na atrakcyjności. Czyż to nie miłe przekonać się po pięciu długich latach i zimach, że aktorka X i aktor Z tak bardzo mylili się co do trwałości ich wzajemnej miłości? Czy nie jest pocieszające, że Rzym nadal stoi, a diety odchudzające mają coraz piękniejsze nazwy – porównując z tymi sprzed pięciu lat, oczywiście? Jakby od samego kontemplowania zawiłości ich nomenklatury (tak, znała takie cudzoziemskie słowo i całkiem od dawna), zatem jakby od samego czytania tych nie najnowszych już czasopism udawało się cofnąć machinę dziejów, do czasów, gdy Y jeszcze żył, a BC kupował dom na Sycylii. To wszystko było dla Panny Banqs niezwykle fascynujące, to wszystko co działo się teraz i wczoraj, sto lat temu i za dekadę, równocześnie.

Sama już dawno straciła poczucie czasu, nie przypominały jej o tym ani rosnące, a w tym przypadku nierosnące, bo nieistniejące, dzieci, ani zmarszczki, których raz, że nie widziała, dwa, że widzieć nie chciała, a trzy, i tak było już raczej wszystko jedno. Była kobietą w wieku dojrzałym. I o ile ten przymiotnik w innym kontekście dodawał rumieńców owocom, szlachetności winu i mądrości uczonym w piśmie, jej ciążył nieco, jak przeładowana torebka, której nie ma jak opróżnić, bo gdzieś te wszystkie sekrety trzeba trzymać i nosić, dopóki śmierć nas nie rozłączy.

Gdyby tylko w jakiś sposób mogła, dałaby wiele, by wymknąć się kategoriom czasu i powinności. Nie zdążyła być porządnie dziewczynką, aż tu się nagle okazało, że ustępują jej miejsca w tramwaju, o ile wybrała się do miasteczka, które w sumie wolała omijać. Życie jej toczył wonny uwiąd marzeń i chroniczne przeterminowanie pragnień. Jej jedynym życzeniem było nie mieć zgagi i odeprzeć zawczasu rwę, plisującą jej chód w zwichrowane zygzaki. Życie nie było złe, było tylko inne, od tego wszystkiego czego naczytała się siedząc w kucki na brzegu schodów. Było niepotrzebnie większe i bardziej skomplikowane, niż ktokolwiek, w jej mniemaniu, potrzebował. Straszne jak książka telefoniczna, przerażająca już samą objętością stron, z numerami ludzi, których nie znała i nigdy nie zamierzała poznać, a także firm, których istnienia można sobie było darować. No ale wiadomo, nie samą myślą żyje człowiek, choć ona była temu bardzo bliska.

Jedzenie ją nużyło, a gotowanie jeszcze bardziej. Tym niemniej raz w tygodniu otwierała zakurzoną książkę kucharską na chybił trafił i palcem, który nigdy nie zaznał manikiuru strzelała w przypadkowo wybrany przepis, by go z całą pieczołowitością zrealizować. W sumie dla nikogo. Ugotowane, dopieszczone, uformowane i obwąchane wystawiała toto w cynowej misce na rogu ogródka, wierząc, iż wcześniej czy później, a na pewno wcześniej, znajdzie amatora. Nigdy nie dowiedziała się, w czyje ciało przemieniły się wytwory jej kulinarnej staranności.

Poza konkursem gotowania dla nikogo raz tygodniowo, Panna Banqs pielęgnowała wiele innych równie nieprzydatnych społecznie zainteresowań jak choćby: naśladowanie odgłosów godowych ptaków podczas czesania, układanie marchewek w lodówce zgodnie z ich rosnącą średnicą, i zużywanie ich od najgrubszej do najcieńszej, bo wiadomo, że młodzi się muszą przywilejów naczekać i cierpliwości nauczyć. Równie chętnie ogryzała okrągłe ciasteczka w rytmie “Walca Kwiatów” Czajkowskiego i karmiła ptaki malinami (w sezonie), czyli ogólnie mówiąc była w kategoriach lokalnie przyjętych, stuknięta.

To stuknięcie tak dobrze jej wychodziło, że czasem udawało jej się wyglądać na znormalizowaną jednostkę w zunifikowanym społeczeństwie. Zakładała but prawy na prawą stopę, but lewy na lewą, pilnując by obydwa były takiego samego, jeśli nie fasonu, to przynajmniej koloru. Dopinała płaszcz, by nie wyglądać jak wszędzie przeklinany uchodźca, a tuż przed wyjściem z domu zakładała też bardzo uprzejmy uśmiech, ten z kategorii, niczego o mnie nie wiecie, i bardzo by mi było z tego powodu przykro, gdyby nie fakt, iż nie jest. W okolicznościach zewnętrznych była więc bardzo przeciętną kobietą, w znacząco niemodnym żakiecie, na niezbyt długim spacerze, na który najchętniej wcale by nie wyszła, gdyby nie obawa, iż jej przedłużająca się nieobecność w ulicznym rankingu dziwaków mogłaby spowodować niespodziewane odwiedziny, wizytę kontrolną, ujmując to słowami mechaników i egzaminatorów, najazd, którego nie życzyła sobie najbardziej na świecie, więc wolała już wyjść, niż dać komukolwiek wejść.

Z tym niewchodzeniem to zresztą całkowicie śmieszna sprawa, zabawna patrząc z punktu widzenia nieboszczyka, ku któremu to celowi zmierzała nie tylko Panna Banqs. Otóż, w dniach swojej pierwszej (z trzech kolejnych) młodości, we własnej optyce była Panna Banqs osobą niezwykle obytą i światową. Zakładała zwiewne i szykowne sukienki na popołudniowe herbatki tu i tam, uśmiechała się zalotnie, acz nieprowokująco, poruszała się z gracją i umiała okręcić sobie mężczyzn wokół małego palca, bo tak sobie właśnie imaginowała życie amantki, którą wprawdzie zapomniała być, ale już samo wyobrażenie, bez konieczności prasowania garderoby, całkowicie ją satysfakcjonowało. Podobnie jak podlewanie róż, których nie hodowała i karmienie beżowych, jedwabistych w dotyku lam w ogrodzie, których nie miała. Uznała to za niezwykle fascynujące, jak małym kosztem i niskim nakładem energii można przeżyć życie jak z żurnala. Nawet, gdy miasteczko swoim dezaprobującym pomrukiem na to nie pozwala.

Łucja, martwi się nie martwią

Łucja Fice

Przyjdzie taki dzień-morderca
Wysączy krew z serca
Przyjdzie taki dzień
Zawołam na ratunek
Cały boski orszak
Nic nie pomoże
Gdy zastygną na ustach słowa

Rozmowa z nieżyjącym mężem

W ostatnich latach spotykaliśmy się na chwilę i szukaliśmy o omacku. Chcę z Tobą porozmawiać o mojej tęsknocie, ale jesteś zbyt daleko, by mi się nawet śnić. Przenicowałeś się na druga stronę, na planetarne chybił trafił, w ciszę Prokol Harum. Do kogo mam teraz mówić? Zapraszam Cie do mojego laboratorium snu, do tej ciszy Bacha, która już powstaje za dnia z kryształków wyobraźni. Wejdźmy TAM razem po schodkach, a później na prawo. Drzwi są otwarte. Bądź mi świadkiem, powróż mi z gwiazd, ustaw tarota. Jesteś mi to winien po tych wszystkich krzywiznach życia. Rozmawiać z Tobą mogę tylko w czasie snu. Choć sny mogą wydawać się nierzeczywiste, jednak są prawdziwe. Choć w czasie snu mogę wydawać się nieprawdziwa, będę rzeczywista. Tak! To ważne, ważniejsze nawet od Twojego cienia. Spotkajmy się w sekrecie. Obiecuję, że będę pięknie milczeć, za tajemnice zza granicy zdarzeń. Czy widzisz, że jestem jak śnięta ryba, pojedyncza, odrębna, ale mrugam do Ciebie w zakłopotaniu. Czy będziesz chciał przeprowadzić analizę snów w moim laboratorium? Zrozumiem wszystkie symbole, cokolwiek, czymkolwiek będziesz w moim śnie. Na razie doprowadzasz moją tęsknotę do wrzenia. Dla mnie przeszłość nie minęła. Wciąż istnieje. Jest w mojej teraźniejszości. To tylko złudzenie ucieczki czasu. Ciągle powracam do przeszłości, do obrazów z najlepszych lat młodości. To nie minęło, jest we mnie. Poprzez pisanie i spoglądanie na nasze zdjęcie sprzed lat, uwalniam słowa, emocje, powracam TAM, KIEDYŚ, PRZEDTEM. To ciągłość zdarzeń. Chociaż przeszłość to żal, żal tego, co się straciło. To też żal za tym, czego się nie miało. Wszystko jest już historią. Zostałam sama ze sobą, ze swoim lustrem. Wmawianie sobie, że życie przede mną, to czysta hipokryzja. Byłeś facetem z którym można było porozmawiać o Einsteinie, Newtonie, polityce i ogólnie pojętej historii. Twoja inteligencja wykraczała poza przeciętną. Tyle było w Tobie ciekawego, absorbującego, choć wiele skrzętnie ukrywałeś. Czy Cię kochałam? A może kochałam to COŚ, co było w Tobie, w Twoim wnętrzu? Proszę, czekaj na mnie z tą swoją cierpliwością, gotowy, by zatańczyć ze mną walca. Ty, w nowym garniturze, ja w pięknej sukience i lakierkach na niebieskim dywanie przy niebiańskiej muzyce. Zaczniemy nowa bajkę.

Twoja żona Luśka

List do męża z Passau I

Kochany

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać… Psy sąsiadów płaczą, że nie mogą biegać po deptaku wieczorem.

Kochany, ten spokój tutaj smakuje miętą. Chociaż… nie. Tęsknota nie ma smaku. Czuje tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM moje serce staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, to znów Ciebie zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce.

Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona

Luśka

List do męża II

Chcę wierszem o czystej urodzie pomówić o tęsknocie
Siedzę na ławce nad dunajskim brzegiem
W kamień się zamieniam
Już jestem kamieniem
A kamień słyszy szum wzbierającej rzeki
Dunaj wylewa
Zatapia kamień
Leżę już pogrążona w strumieniach i myślę
Że pogrążę rodzinę w rozpaczy bo dołączę do grona
Cycerona Einsteina Ottona
I wszystkich innych którzy byli i już ich nie ma
Choć do nazwisk wielkich nie mogę się przymierzać
To historia życia i śmierci zawsze będzie świeża
Wszak kamień też umiera

Passau, lipiec 2016

Teraz możesz wszystko

Obmyć w majestacie własne myśli
Wyskoczyć z platformy materii
Zanurkować w biofotony
Pozostawić genetyczne cechy i bez sensu epizody
Jesteś wielki w skali Plancka
Twoje myśli mogą klaskać
Możesz być oddechem skały
Zobacz! Świat się rozpadł
Ten co cię otaczał
Możesz mieć ostrogę z światła
Unieść lęki jak Giganta
Przejść po strunie z dźwięku słońca
Z cyfr złożony
Niewidzialny
Rozsypie się twój aksamitny płaszcz
Co z komórek enzymów i białek
Centrum Dowodzenia już nie działa
Skończył się fenomen twego ciała
Nie ma cię na horyzoncie zdarzeń
Nie stoisz sobie na przeszkodzie
Podróżujesz do przyszłości której ja ogarnąć nie mogę

Tęsknię

Skurczył się mój świat bez Ciebie
Wlokę swój cień każdego dnia
Mam połowę serca
Co wieczór odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym będzie tak jak było
Pragnę wyrwać ciebie z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Kiedy przekroczę próg zaproś mnie do walca