Cztery rzeczy, osiem pokoleń

Ewa Maria Slaska

Znalazłam gdzieś na półce książkę, którą mam, choć w ogóle nie wiedziałam, że tak jest, ba, mam ją pewnie od jakiegoś czasu, ale nigdy nie przeczytałam. Nawet nie wiem, skąd ją mam. Kupiłam? Dostałam? Pożyczyłam i nigdy nie oddałam, bo nie wiedziałam komu?

Książka została wydana dziesięć lat temu. Mam ją już tak długo? Ciekawe, dlaczego jej nigdy nie przeczytałam? Ciekawe skąd się wzięła?

No cóż, nie odpowiem sobie na te pytania, w zamian więc postanowiłam zacytować jej maleńki fragment i podywagować o różnych sprawach.

Boeing należący do Alitalii pędzi pasem lotniska w Sydney. Potem kolej na bezkresną panoramę miasta. Myślę o tym, co widziałem w podróży. Australia. Kontynent większy od Europy, a tylko osiemnaście milionów mieszkańców. Kraj, który robi ścisłe kontrole na granicy, a który jest jednak gotów przyjąć wietnamskich uciekinierów – boat-people. Kraj nastawiony pokojowo, wielokulturowy, o solidnej demokracji, a który wcześniej unicestwił Aborygenów. Kraj bez bomby atomowej, gdzie służba wojskowa nie jest obowiązkowa i gdzie uczniów szkół podstawowych, chłopców i dziewczęta, uczy się, oprócz innych przedmiotów, czterech rzeczy: przyszyć guzik, uprać i uprasować koszulę, posłać łóżko i przyrządzić normalny posiłek dla dwóch osób. Zdaje się z tego później egzamin.
Bye, bye, Australio.

Czytelnik, Warszawa, 2012, s. 132; tłum. Joanna Ugniewska.

Chyba wszyscy potrafią lub będą potrafili, gdy podrosną, przyszyć guzik, posłać łóżko i uprać koszulę. Inaczej jednak ma się sprawa z zadaniem, jakim jest przyrządzenie posiłku, bo przyrządzić to nie znaczy ugotować. Czy to znaczy upolować jelenia? Czy obsiać pole, zżąć i zmielić ziarno? Wyhodować kurę i zebrać jarzyny posadzone we własnym ogrodzie? A może, tak jak my to robimy, już tylko kupić produkty? A może kupić kotlety rozbite i otoczone w panierce przez rzeźnika? Czy po prostu nabyć gotowe dania i je podgrzać? Co rozumiemy, gdy odpowiadamy na takie pytanie “tak” lub “nie”. To sprawy generacyjne.

A z generacjami jest tak:


Patrzę i patrzę na tę tabelkę i początkowo wcale nie jestem pewna, że tak jest, jak na tej tabelce, i myślę, że może tak jest tylko wtedy, gdy się patrzy na świat z wyżyn świata anglosaskiego. Ale im więcej myślę o tych generacjach, tym bardziej wydaje mi się, że ta tabelka ma sens, choć może nie wszystkie nazwy pokoleniowe go mają.

Lost Generation to moja babka i jej rodzeństw, pokolenie, które urodzone podczas rozbiorów, doczekało Wolnej Polski. Na pewno by się oburzyli, gdyby się dowiedzieli, że są Straconym Pokoleniem.
Greatest Generation chyba w mojej rodzinie przepadła, pod sam jej koniec rodzą się moi rodzice, choć tak naprawdę to w całości reprezentują oni Silent Generation, łącznie z tym, że żyli milcząc o przeszłości.
Ja to Baby Boomers (w Polsce nazywano nas Wyżem Powojennym)
Generation X to mój syn.
Millenialsów w rodzinie nie ma. Mówi się, że się dorabiają i nie angażują.
Generację Z reprezentuje przyszywany wnuk, a prawdziwy wnuk i jego kuzyni i kuzynki to generacja Alfa.

Te dziury pokoleniowe biorą się stąd, że w naszej rodzinie raczej długo trwa, zanim urodzi się następna generacja. Moja babka miała 32 lata, gdy urodziła się moja mama. Moja mama ma 27 lat, gdy rodzę się ja, i podobnie – ja mam 27 lat, gdy rodzi się mój syn, a on ma lat 34, gdy rodzi się jego syn. Na przestrzeni pięciu pokoleń zgubiliśmy 32 lata – półtora pokolenia.

Lost Generation to pojęcie znane. Hemingway twierdzi, że wymyśliła je Gertruda Stein i miała na myśli ludzi, którzy za dużo pili i nie okazywali szacunku starszym. Hemingway sportretował ich w powieści Słońce też wschodzi. Byli to Amerykanie w Paryżu, ci wszyscy pisarze, którzy mieszkali tu w latach 20 i 30: Henry James, Ezra Pound, T. S. Eliot, Ernst Hemingway, F. Scott Fitzgerald. Byli częścią “wielkiej ucieczki z Ameryki”, uciekali przed miałkością kultury amerykańskiej i banalnością amerykańskich aspiracji społecznych. Uważa się, że Lost Generation to pokoleniowo ci, którzy dorastali w czasie I wojny, ale tragizmu ich losom przydała druga wojna, a nie pierwsza.
Pokolenie zwane Lost Generation już nie żyje.

Dlaczego jednak pojawiły się nazwy Silent Generation albo Greatest Generation? Ci cisi to pokolenie moich rodziców. W Polsce po wojnie na wszelki wypadek nikt o niczym nie mówił, rodziny żydowskie bały się powrotu dawnych prześladowań, rodziny akowskie – nowych prześladowań, ci, co zagrabili mienie pożydowskie – rozliczenia, rodziny niemieckie – tego, że im się przypomni ich niemieckość. Myślę, że tak samo milczało się w całym Bloku Wschodnim. Na pewno milczało się też w Niemczech Zachodnich o przeszłości nazistowskiej. Pół Europy milczało, ale czy Amerykanie to wiedzieli?

Oczywiście nie wiedzieli. Określenie narodziło się w kapitalistycznych korporacjach i oznacza, że było to pokolenie tradycjonalistów, przyzwyczajone do ciężkiej pracy i lojalności, a zatem… nie pyskujące.
Również Greatest Generation jest pojęciem amerykańskim – to ci, którzy przeżyli Wielką Depresję i walczyli z Niemcami podczas II wojny światowej.

Pokolenie B (Baby Boomers) chciało się dorabiać.
Pokolenie X, odcięło się od rodziców i nastawiło na osiągnięcie statusu.
Pokolenie Millenialsów zwane jest również pokoleniem “me” i jest przez świat traktowane jako egoistyczne, choć ja osobiście znam masę ludzi z tego pokolenia, którzy są głęboko zaangażowani w sprawę praw człowieka i praw kobiet.
Pokolenie Z to pierwsi prawdziwi ludzie cyfrowi. I pierwsi, którzy dopominają się o globalny dobrostan całej Ziemi.

Jak więc przygotowują posiłek osoby z poszczególnych pokoleń?

Lost Generation – bogaci i zamożni mieli kucharkę, mogli w ogóle nie umieć gotować. Ubodzy gotowali proste potrawy i każdy umiał je ugotować. To oznacza, że zadania wymyślone dla uczniów australijskiej podstawówki miały sens nie tylko genderowy, ale również klasowy.
Klasyfikacja: +/-
Greatest Generation – przed wojną było tak samo jak przedtem, po wojnie – każdy musiał się nauczyć coś ugotować; sztuką było ugotowanie smacznie i różnorodnie z coraz mniejszej ilości dostępnych produktów.
Klasyfikacja: +
Silent Generation – jw.
Klasyfikacja: +
Baby Boomers – jw.
Klasyfikacja: +
Generacja X – pomiędzy stołówką a sprawną matką, lub babcią, nie trzeba się uczyć gotować, choć potem w życiu umiejętność okazuje się niezbędna.
Klasyfikacja: – –>+
Millenialsi – jak nie muszą, to nie umieją (to być może dla nich szkoła australijska wymyśliła takie zajęcia w programie szkolnym)
Klasyfikacja: –
Generacja Z – nie muszą, bo w sklepach można kupić dziesiątki fajnych potraw
Klasyfikacja: – a mimo to +
Generacja Alfa – nie muszą, bo wciąż jeszcze jedzą to, co przygotują dorośli; w razie potrzeby umieją wyżywić się bananami, mlekiem i krakersami
Klasyfikacja: –

Wniosek – do końca lat 80 wszyscy musieli umieć gotować; dziś nie musi już nikt.

Na zdjęciu poniżej tradycyjne potrawy wigilijne. Być może pokolenie X jest ostatnią generacją, która jeszcze je przyrządza.


Mongolischer Fleck

Ewa Maria Slaska

A TU jeszcze lektura dla osób polskojęzycznych, nie całkiem na temat, ale trochę. O moich tatarskich korzeniach i znaczeniu liczby 40.

Inspiration für diesen Beitrag kam von Christine Ziegler. Danke!

Mein Vater stammte aus einer tatarischen Familie, die Krynicki, die aber schon längst polonisiert wurde. Seine Vorfahren kamen nach Polen in 17. Jahrhundert und dienten der neuen Heimat als Soldaten. Einer von ihnen war mutig und 1648 kämpfte heldenhaft mit den Kosaken in den (verlorenen!) Schlachten an den Żółte Wody und Korsuń. Dafür wurde er vor dem König Władysław IV veradelt (ein berühmter polnischer Dichter Wacław Potocki schrieb sogar einen Pean zu seiner Ehre). Wie es damals gang und gäbe war, hat man für ihn keinen neuen Wappen gefertigt, sondern er wurde von einer polnischen Familie “zum Wappen eingenommen”. Im Falle meiner familie war es Einnahme in den Wappen Korab, dh. Kogge, eine alte Schiffart.

Projekt von Tadeusz Gajl, veröffentlicht in: Herbarz polski: od średniowiecza do XX wieku, Gdańsk 2007

Die Familie siedelte sich in Südpolen an, in Krynica, daher war der Wappen mit einem Schiff jahrhundertelang ein bißchen bizzar, bis mein Vater gleich nach dem Krieg nach Danzig einzog, um Schiffsbau zu studieren. Dann wurde er nicht nur Ingenieur des Schiffsbaus, sondern auch ein Polarsegler und der Familienwappen hat sich endlich bewahrheitet.

Das ist mein Vater und nach ihm bin ich wie eine Tatarin zäh, stehe früh auf, mag ich wandern, was ich als Ersatz des Pferdreitens betrachte, und habe einen mongolischen Fleck.

Das wußte ich nicht bis ich nicht angefangen habe, Archäologie zu studieren. Während des Studiums haben wir auch Seminar in Anthropologie, dh. Wissenschaft vom Menschen (ich erkläre es, weil wir heute mit dem Wort Anthropologie vor allem die Kulturwissenschaft verstehen und als ich studiert habe, war es in Polen nicht so.) Eines Tages sollten wir zur Unterricht mit dem Badeanzug unter den Klamotten erscheinen. Wir wurden alle genau gemessen und noch genauer betrachtet. Dabei entdeckte der Dozent, dass ich eben am rechten Hüften einen hellen mongolischen Fleck habe.

Foto Krystyna Koziewicz 18.12.2021


Er war begeistert!
– Woher?! schrie er fast.
– Wir sind halt eine tatarische Familie, antwortete ich ohne großer Aufregung. Ich sah es nicht als eine Besonderheit.
Der Dozent aber schon. Mein Fleck wurde abgezeichnet, fotografiert und beschrieben und soweit ich weiß, ging er auch in die wissenschaftliche Annalen. Also insgesamt besser als ich selber.

Seitdem wußte ich, was es ist – ein milchkaffee-farbiger blasser Fleck an Hüften oder Pobacken der Nachkommen der Tataren. Schluß, ich habe es nie weiter befragt. Bis…

Bis eines Tages, 40 Jahre später wollte ich jemandem in Deutschland erklären, dass wir alle es haben, die Ur-urenkel von Tschingis-Khan. Ich schaute in die Wikipedia, was wir doch immer alle machen, wenn wir etwas finden und zeigen wollen, und fand etwas abscheuliches: Der Mongolenfleck (auch kongenitale dermale Melanozytose, Asiatenfleck, Sakralfleck, Steißfleck, Hunnenfleck) bezeichnet ein oder mehrere unregelmäßige bläuliche Muttermale meist am Rücken, Gesäß oder Kreuzbein eines Kindes. BILD

“Mein” mongolischer Fleck, helle, beige schönaussehender Fleck, überhaupt nicht krankhaft, ist im Internet entweder nie gewesen oder inzwischen gänzlich verschwunden. Was blieb, ist etwas Unangenehmes.

Und dazu noch… rassistisch! Wrrrr!

So verschwinden schöne Legenden unserer Kindheit und Jugendzeit. Nur… ich habe den Fleck immer noch. Es bleibt dann die Frage, was ist es? Und was hat meinen Anthropologiedozenten so begeistert?

Jaworze (1981)

Ewa Maria Slaska

Fragment powieści

Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.

13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.

– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać.
– Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki.
Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić?
– Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia.
– W Ameryce?
– A żebyś wiedział. W Ameryce!
Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył:
– Po moim trupie.
I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu.
O dziwo, nie napisał o tym wiersza.
Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi.
Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.

Don Quijote macht Striptease

Ela Kargol (Fotos) & Ewa Maria Slaska (Text)

Beginnen wir damit: Es ist ein fantastischer Don Quijote, der Mitte Dezember für ein paar Tage aus Potsdam kam. Heute noch kann man ihn um 18 Uhr in Berlin sehen, im Theaterforum Kreuzberg, sonst in Potsdam, wo er auch zum Jahresende aufgeführt wird, am 29., 30. und 31. Dezember.
Gastspiel Neues Globe Theater.

Es ist eine moderne Version von Don Quijote, für das Deutsche Theater Berlin nach Cervantes von Jakob Nolte verfasst. Kurz, bündig, an moderne Zeiten angepasst.

Also, was ist Barataria? Der Schauspieler wußte es nicht, woher sofort klar wurde, dass man im Stück von der Insel erzählen wird (dies lässt sich nicht vermeiden), der treue Knappe bekommt sie aber nicht.

Im Theaterflugblatt schrieb man von Don Quijote: Er unterliegt einem letzten Kampf gegen sein eigenes Spiegelbield und sich selbst in Unsinnigkeit seiner Handlungen eingestehen muss.

Es kling düster, tragisch, traurig. Man denkt, na ja, klar, armer Don Quijote, er war doch der Ritter von Traurigen Gestallt, erzwungenermasse wird also ein Stück, das von ihm handelt, unendlich düster. Und dann kommt man ins Theater, entsprechend in trauriger Gedanken versunken und trifft an fulminante Komödie, mit zwei fantastischer Schauspieler und einem unglaublichen Gitarristen un Komponisten, Rüdiger Krause, der mit eigenen und eigens dafür komponierten Werke bravourös das Geschehen auf der Bühne begleitet und ergänzt. Anachronistisch, ironisch, zielsicher und vortrefflich treffend treffen wir auf der Bühne zwei, die uns und unsere Zeiten durchs Kakao ziehen: Laurenz Wiegand als Don Quijote und Andreas Erfurth als Sancho Panza.

Gitarrist, Sancho Panza und Don Quijote. Nicht der Ritter, sondern der Knappe, so wird im Stück gemunkelt, wäre der geheime Hauptheld diese Geschichte. Der wahre Held. Hinter Don Quijote sieht man seine Ritterschuhe, ausgefertigt aus karierten Hauslatschen und getragen auf zwei verschieden farbenen Socken.

Passend zu Don Quijotes karierten Hausschuhen fungiert ebenfalls karierter Geschirrtuch in den Händen von Sancho Pansa. Man hätte nie vermutet, was so ein Geschirrtuch, weiß-rot kariert und gar etwas schmutzig, was solch ein Tuch also alles machen kann. Er ist Wappe und Waffe, Hut und Matratze (Luftmatratze!), Schild und Wand, manchmal Waschlappen und manchmal Handtuch.

So behaupten sich die beiden, eigentlich ohne Requisiten und ohne Szenenbild. Es kommen keine Prinzessinnen und keine Zauberer, keine Schafe und keine Dulcinea, und trotzdem sehen wir all das gespielt und erzählt von den beiden Protagonisten und musikalisch untermalt und betont von der Gitarre. Nur kampfen tun sie ganz sichtbar.
Die Liebe müssen wir uns vorstellen und die Freiheit. Den Ritt auf der mageren Stutte und die Windmühlen. Es gibt nicht, nur das Wort, Bewegung und Musik.

Und mittendurch – ein Striptease. Das sehr wohl bis zur nackten Gipfel zu bewundern ist.

Liebe Leser:innen, fährt nach Potsdam! Undbedingt!

Równoległy świat

Ewa Maria Slaska

Na blogu tak się ostatnio dobrze dzieje, że prawie nic nie muszę robić – oczywiście wstawiam Wasze wpisy, oczywiście czasem je redaguję, a zawsze layoutuję, oczywiście usuwam trolle (tego to się jakiś czas temu namnożyło, ale ostatnio jakby trochę lepiej), ale dawniej często było tak, że musiałam błagać i żebrać, żeby ktoś mi przygotował wpis, a jak i tak nic nie dostałam, pisałam własny tekst, choćby na kolanie. A teraz jest Was dużo i wypełniacie mi cały mój blogowy świat, a czasem wręcz musicie się naczekać na “swoją kolejkę”.

W takich sytuacjach, jeśli nie ma jakiegoś specjalnego powodu, że koniecznie trzeba akurat właśnie opublikować wpis mój własny, kiedy przysyłacie mi wpisy, a ja już zapełniłam bloga, wszystko musi się poprzesuwać. A wtedy pierwsze wpisy, jakie przesuwam na kiedy indziej, to właśnie te moje własne, pomyślane, zaplanowane, zapisane w kalendarzu, a potem, ot, przesunięte. Przy czym ogólnie wiadomo, że jeśli coś się w tym przesuwaniu ma ostać, to będą to przede wszystkim rocznice, cmentarze i Barataria. Tak więc wpis o okrągłym kościółku św. św. Feliksa i Adaukta w Krakowie czekał od maja. Uprzedzam jednak. To nie jest zwykły wpis, to wpis-problem, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co się dzieje z moją pamięcią?

Bo zasadniczo pamięć mam dobrą, a nawet niekiedy przypuszczam, że znakomitą. Jeszcze dziś obudzona w środku nocy mogę Wam opowiedzieć o układzie pokarmowym królika, a uczyłam się tego 60 lat temu i nigdy nie powtarzałam.

Ale tu tymczasem moja pamięć przypomina mi coś, czego teoretycznie i formalnie nie ma, a zatem zapewne nie było. Możliwe, że nigdy. A przecież było, dam za to głowę. Mało tego, kiedyś o tym napisałam w wypracowaniu szkolnym. I gdy zaczęłam drążyć temat, zeszyt z tymżeż wypracowaniem wychynął na powierzchnię z czeluści szafy, w której trzymam różne rzeczy, ale, przysięgam, nie własne zeszyty szkolne. Po prawdzie, to głowę bym dała, że nie mam żadnych swoich zeszytów szkolnych. Dowiedziałam się jednak, że lepiej nie dawać głowy, bo posiadam zeszyt, który ewidentnie przeniosłam ze sobą, gdy przemieszczałam się z tamtego świata, do tego, który wprawdzie jest równoległy i niemal identyczny, ale jednak inny.

W tym tekście piszę więc o kaplicy świętych Feliksa i Adaukta i lokuję ją tam, gdzie ją do dziś lokuje moja wyobraźnia. Piszę o niej również dlatego, że do poprzedniego roku w czasie wakacji zawsze ją odwiedzałam. Widziałam ją więc wielokrotnie – nieduży okrąglutki kościół romański z absydami, posadowiony w lewo skos za Kościołem Mariackim w Krakowie.

Makieta kaplicy św. Feliksa i Adaukta, wykonana w latach 20 przez Stanisława Kolowca (1904-1968); fotografia ze zbiorów Muzeum Miasta Krakowa (ale w muzeum makiety nie ma).

Tymczasem tego kościoła na pewno nie ma! Chciałam go w tym roku pokazać Konradowi – nie ma i, jak się zdaje – nigdy nie było! Ale jak to? Przecież widziałam go na własne oczy wielokrotnie!

Bywałam w Krakowie z Karusią, moją ukochaną cioteczną babką, Karoliną Lubliner-Mianowską, która w roku 1963 umarła. Karusia przez kilka cudownych lat zabierała mnie na wakacje w góry. Poznałam wtedy jej przyjaciół, Marię Kann, Zofię Radwańską-Paryską i jej męża, pana Paryskiego, autorów Encyklopedii Tatrzańskiej. Mieszkałyśmy u górali w drewnianych chatach – na obrzeżach Zakopanego, w Bukowinie czy Murzasichlu, chodziłyśmy na spacery lub niezbyt wyczerpujące wyprawy – do Jaworzyny, na Nosal, na Gubałówkę, do Doliny Kościeliskiej, Wąwozu Kraków, do Morskiego Oka i Doliny Pięciu Stawów, na Miętusią, obejrzeć Wantule, las na kamieniach. Tknięta przeczuciem sprawdzam, czy ten las istnieje. Pamiętam go znakomicie, pamiętam też książkę Marii Kann, która się tam rozgrywa. Zaglądam więc do Wikipedii i czytam: Teren Wantuli zarastał górnoreglowy las świerkowy. W 1968 roku wyłamała go potężna wichura, obecnie odtwarza się on na nowo.

A więc lasu na kamieniach też nie ma. Ale przynajmniej odtwarza się na nowo. A kaplica nie.

Ta historia to tajemnica. Wspomnienie nałożone na przypomnienie, a może zapomnienie. A może by tak użyć tu zagubionego słowa: odpomnienie?

Każdy, komu, odkrywszy nieistnienie kaplicy, opowiedziałam o tym, był pewien, że musiał to być kościół na Wawelu, kościół, który nie istnieje od kilku setek lat, a którego domniemany plan i wygląd przedstawiają zdjęcia na stronie 22 książki o nieistniejących kościołach w Krakowie. Zarysy kościoła odsłoniły dopiero wykopaliska archeologiczne i jak się teraz pójdzie na Wawel, to widać w odległym kącie wrastające w mur zamkowy kawałki romańskich ścian w głębi wykopu.

Grzegorz Bednarczyk, Nieistniejące kościoły Krakowa, pdf 2017

Wykopaliska wyglądają tak jak na górnych zdjęciach, a ja pamiętam tę rotundę tak, jak została zrekonstruowana. Pytanie tylko, dlaczego, skoro tego od średniowiecza nie ma i było ukryte w murach Wawelu, dlaczego więc ja to widziałam, i to w pełnej krasie – z murami, dachem, drzwiami i niezrujnowanymi absydami, w kolorze? No i dlaczego widziałam to koło Rynku a nie na Wawelu?

Próbuję odtworzyć pewien hipotetyczny bieg zdarzeń. Przez kilka lat, powiedzmy, że było to w latach 1958-1962, jeżdżę z Karusią na wakacje w góry. Za każdym razem robimy postój w Krakowie, oglądamy i Rynek, i Wawel. Dzieje się tak przez długi czas. Kiedyś pokazuje się mi może jakąś planszę albo książkę z obrazkiem zrekonstruowanej Rotundy z Wawelu. A może nawet samą makietę. Pokazuje mi ją na przykład pan Paryski. Być może oglądam to podczas spaceru po Rynku, mówi mi się, że to kościół Feliksa i Adaukta z Wawelu, ja tego słowa Wawel nie słyszę, a obrazek zmienia mi się w kościół i przykleja się tam, gdzie akurat go widziałam, czyli z tyłu za Kościołem Mariackim, na obrzeżach Rynku. Wszystko pięknie. Możemy założyć, że tak było.

Tylko…

Tylko, że gdy przekonałam się naocznie, że tej kaplicy nie ma, zapytałam moją siostrę, Kasię, czy ją pamięta, a ona natychmiast odpowiedziała: tak, z tyłu za rynkiem, na skos.

Czy mogłam mojej siostrze przekazać moje wyobrażenia i to z tak dokładną lokalizacją?

Czy jednak istnieje rzeczywistość równoległa i myśmy obie, moja siostra i ja, tam były i widziały tę rotundę z tyłu w skos po lewej za Kościołem Mariackim?

PS. Inną pamięcią ze świata równoległego jest moje przekonanie, że w roku 1966, w rocznicę Chrztu Polski, Czesław Niemen wjechał do morza na białym koniu, śpiewając pieśń wojów Bolesława Krzywoustego.
I otóż w TYM świecie Niemen nadal śpiewa tę pieśń, ale na żadnym koniu nie wjechał do żadnego morza. Nie wjechał, bo nikt w internecie o tym nie pamięta, a przecież wiemy, że jak czegoś nie ma w internecie, to tego nie ma i nie było.

A tu rzeczona pieśń

Z kim idę, za kim idę?

Ewa Maria Slaska

Przeczytałam właśnie w (prawie) codziennym doniesieniu Jacka Pałasińskiego nt. polityki polskiej i zagranicznej na Facebooku, że podobno przeciętny człowiek z tzw. przeciętnej strefy białego człowieka posiada przeciętnie 330 tysięcy przedmiotów.

330 000 przedmiotów.

Ach, fuj, aż się myśleć nie chce.

Kusi, żeby policzyć, ile ja mam – tylko jak się to liczy? czy dwie skarpetki to dwie skarpetki, czy jedna para? Czy każdą bombkę choinkową osobno, czy pudło ozdób? Ryż? Kasza? Jabłka?

Nieważne. Na pewno mamy za dużo i jeszcze wciąż wszyscy oczekują, że się wymieni stare na nowe, zasłoni rury i wyrzuci rozchwierutane krzesło, spostponuje umywalkę z pajęczynką cienkich popękań i dzikie astry, które się same zasiały na balkonie. “Nie wymieniasz”, powiedział mi ktoś niedawno. Z przyganą? Ze zdumieniem? Nie sądziłam, że to widać. Myliłam się. Widać. Stare wyrzucamy. Wszystko musi być nowe i nowoczesne. A ja, jak w (dawnym) życiu – nie wymieniam. Przypomniałam sobie fragment książki Schmidt czyta Prousta. Berliński pisarz Jochen Schmidt opisuje pojemnik z enerdowską trutką na owady, który w latach dwutysięcznych (czyli, jak to się dziś mówi, zerowych) wciąż jeszcze stoi na taborecie w jego wiejskim domu w Brandenburgii. Pisałam o tym i dużo o tym od tego czasu rozmyślałam.

Niedziela, 20.8.2006, Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem. Spray na muchy produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt od ponad trzydziestu lat stoi niezmiennie nieużywany w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo ci co ten dom budowali, dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, ograniczyłbym się do jak najmniejszych poprawek, do prowizorki, która latami by wypełniała swoje zadania, stosowałbym tylko jakieś znalezione materiały.

***

Na facebooku znalazłam nowe grafiki Czesława Tumielewicza z cyklu Don Kichot.

Są zdecydowanie inne niż te poprzednie, bardziej wyraziste, mniej oniryczne i mniej barwne. Być Don Kichotem to nie jest miękki, kolorowy sen, to twarda rzeczywistość, która rani przy każdym podmuchu wiatru.

Dawniej Don Kichot był taki – i jakby kto go chciał kupić, np. pod choinkę, to niech znajdzie artystę na Facebooku. Drzeworyt kolorowany akwarelą, 350 złotych.

Przepraszam Czytelnika każdej płci i niepłci, że dodam tu dłuższy wywód o mnie samej. Bo oto pisząc to, co piszę (a napisałam to w tworzonej właśnie powieści o pokoleniu Solidarności), zrozumiałam ni stąd ni zowąd, w proustowskim wręcz olśnieniu, że od lat zajmowali mnie starzy biali mężczyźni, którzy całe życie idą. Idą i nic nie mają, a jeśli mieli, to zrezygnowali, stracili lub im odebrano.

Dariusz Bogucki, mój ojciec, żeglarz polarny

To archetyp mojego ojca, stary biały mężczyzna, który całe życie szedł. Jak byłam dzieckiem, ojciec był jeszcze młody, ale już wtedy był siwy, a poza tym dla dzieci wszyscy ludzie, którzy nie są dziećmi, są starzy.

Najpierw więc czytałam Odyseję.
Potem przez lata zbierałam informacje o Ahaswerusie, Żydzie Wiecznym Tułaczu. Legenda głosi, że był szewcem w Jerozolimie. Miał dom, który mu służył za warsztat, przy drodze prowadzącej na miejskie miejsce kaźni – Golgotę. Podobno Jezus idąc na Golgotę poprosił go o łyk wody. Odmówił. Idź swoją drogą, człowiecze, miał mu powiedzieć, a Jezus odparł, tak pójdę, ale i ty pójdziesz i nigdy nie ustaniesz. Zgodnie z legendą Żyd Wieczny Tułacz poszedł wtedy przed siebie i tak idzie dziś i po wsze czasy.
Markiz Bonifacy d’Oria był renesansowym bogaczem. Posiadał ogromne majątki na południu Włoch, a kiedy przystał do reformacji, zrezygnował z majątku, zabrał worek złota i cztery beczki książek i przez kilkadziesiąt lat wędrował po Europie, aż stary i ślepy dotarł do Gdańska, gdzie oddał swoje księgi Radzie Miasta Gdańska w zamian za rentę w wysokości jednego guldena miesięcznie. Zbiory markiza przetrwały do dziś w bibliotece Polskiej Akademii Nauk, tej, która ściana w ścianę sąsiaduje z liceum numer jeden w Gdańsku, czyli liceum, do którego chodziłam. Pisałam o nim przez wiele lat.
Alonso Quijano to Don Kichot, bohater, który wędruje po Hiszpanii, próbując pokonać Zło i zaprowadzić Królestwo Dobra. Trzeci zastępczy ojciec, zajmuje mnie od wielu lat. Na tym blogu jest o nim kilkaset wpisów.

Wszyscy wierzyli w Utopię, czyli miejsce bez miejsca. Ja też.


Wielu starych białych mężczyzn i nie mówcie mi, że Ahaswer, Żyd Wieczny Tułacz, był Żydem i wcale nie był biały, bo oczywiście w europejskim odczuciu, tak jak Jezus był białym człowiekiem, tak i inni osobnicy pojawiający się w Biblii, są umownie biali. Każdemu z tych mężczyzn oddałam wiele lat mojego intelektualnego życia, znacznie więcej niż kiedykolwiek poświęciłam jakiejkolwiek kobiecie, na przykład Nauzykai, która pojawia się tu nie bez przyczyny, ponieważ jest kobietą z Odysei, a przeczytałam o niej po raz pierwszy, gdy miałam siedem lat. Umiałam już czytać, leżałam chora w łóżku i kwękałam, że chcę coś do czytania, bo nic już nie mam. I rzeczywiście, przeczytałam już dawno wszystko, co było w naszej dziecinnej biblioteczce i wizja spędzenia w łóżku całego dnia bez książki była przerażająca. Ojciec wychodził do pracy, nie miał czasu na moje marudzenie, wszedł do swojego pokoju i wyjął z półki swoją ulubioną książkę, czyli Odyseję w przekładzie Jana Parandowskiego. I gdy teraz myślę o tym (a myślę o tym, uwierzcie mi, proszę, po raz pierwszy, teraz właśnie, pisząc do Was to, co piszę), to myślę, że wzorem tych wędrujących po świecie białych mężczyzn, którzy tak mnie przez całe moje życie zajmowali i o których mnóstwo napisałam, byli po równi Homer i mój ojciec. Zawsze myślałam, że zawdzięczam ojcu to, że sama wciąż i bez przerwy dokądś idę, jakby to było moje główne zadanie życiowe – iść. Dopiero teraz widzę, że zawdzięczam mu znacznie więcej, bo obsesję mojego życia, że idzie się po to, żeby znaleźć utopię, w Cervantesowskiej Baratarii, na Homerowej Scherii, wyspie Feaków, w Gdańsku albo na polarnej Wyspie Jan Mayen, do której ojciec dopłynął jako pierwszy polski żeglarz i bodaj czy nie drugi w ogóle. Przy okazji wyjaśniłam też sobie, niemal od niechcenia, dlaczego nieustannie czytam Prousta, dlaczego zajmował mnie Platon i skąd się wzięła moja wiara w magię wysp.

Idę i nic nie mam, aż dziwne, że nie jestem starym białym mężczyzną.

Fota Brigitte von Ungern-Sternberg

Spacery. Brüssow. Volkmar Haase.

Ewa Maria Slaska

Rzeźby Volkmara Haase znane są każdemu berlińczykowi, choć zapewne niemal nikt nie wie, jak się nazywa(ł) człowiek, który je wykonał. Tak to już jest z dziełami sztuki umieszczonymi w miejscach publicznych. Często, choć bywają ogromną atrakcją turystyczną lub ważnym monumentem, są w ogóle nie podpisane, jak na przykład przejmująca rzeźba Polaka, Karola Broniatowskiego przy berlińskim dworcu Grunewald, skąd podczas wojny odjeżdżały transporty na Wschód, do Treblinki, Sobiboru, Auschwitz czy Teresina. Ale nawet jeśli są podpisane, to być może nikt poza Elą Kargol i mną nie szuka ich autora.

W Wikipedii znaleźć można informację, że na berlińskich ulicach i w berlińskich parkach stoi ponad 40 rzeźb Volkmara Haase – niektóre są niewielkie, jednak większość to dzieła monumentalne. Wikipedysta informuje czytelnika, że rzeźby “ekspansywnie anektują przestrzeń”, a ich “dynamiczna, stwarzająca pozory lekkości przestrzenność” stanowi “dialektyczną przeciwwagę dla monumentalnych i nieruchomych budowli miejskich”. Hmmm, chyba dobrze, że ktoś to potrafił tak uczenie opisać, bo ja sama potrafiłabym tylko napisać, że są monumentalne i geometryczne, wielkie, ogromne, z żelaza, stali, czasem uzupełnione kamieniem.

Gdy przeglądam listę rzeźb Haasego w Berlinie, natychmiast zwracam uwagę na pomnik, pod którym kilka miesięcy temu położyłyśmy żonkile, aby upamiętnić ofiary Holokaustu. Zaprowadziła nas tam Ela Kargol, niestrudzona berlińska poszukiwaczka śladów, śladów ludzi i śladów zdarzeń. Pisałyśmy o tym, o tych ludziach, o śladach, o trzech dworcach, z których ich wywożono i o tym pomniku.

Pomnik pamięci o wywiezionych na Putlitzbrücke (1987) Berlin-Moabit
Campus uniwersytecki, Berlin-Lankwitz (1968)
Zróżnicowane dotknięcie (1989) Märkisches Museum Moabit
Grób artysty na berlińskim cmentarzu Heerstrasse

Znałam więc te rzeźby, jako niestrudzona poszukiwaczka śladów na cmentarzach, zwróciłam też kiedyś uwagę na grób Haasego na cmentarzu Heerstrase, nie spodziewałam się jednak, że spotkam je podczas weekendowego spaceru w miasteczku Brüssow w Uckermarcku. Pewnego listopadowego dnia pojechaliśmy z Battin, gdzie mieszkają Kasia, Przemek i Werka, do Brüssow, żeby obejrzeć moszczarnię, czyli fabryczkę, gdzie się wyciska soki z jarzyn i owoców. Jak nie przystało na nowoczesnych ludzi nie sprawdziliśmy, że moszczarnia zakończyła tegoroczną działalność w ostatni weekend października. Zaparkowaliśmy auto przed urzędem miejskim, bo moszczarnia znajduje się w głębi za urzędem. Pocałowaliśmy klamkę, a raczej kłódkę na bramie i postanowiliśmy się przejść. Przez gubiące liście drzewa zaraz obok urzędu zobaczyliśmy, że błysnął nam tam jakiś srebrzysty metal. Obeszliśmy żywopłot i nagle znaleźliśmy się w innym świecie – przez wielką, gościnnie otwartą bramę weszliśmy do czarodziejskiego ogrodu. Po lewej wznosił się masywny budynek starego dworu, a przed nami rozpościerał się park pełen jesiennych drzew i stalowych, wypolerowanych rzeźb. Już z daleka widać było wzgórze, kręte ścieżki wiodące po zboczu pod stary dąb, kamienne schody.
Przemek ze zdziwieniem uświadomił sobie, że właśnie przed kilkoma dniami znajomy opowiedział mu o tym miejscu.
– Wolno wejść, powiedział, ale trzeba zgłosić we dworze, że chce się obejrzeć rzeźby.
Zadzwoniliśmy więc i po jakimś czasie wyszła do nas piękna starsza pani, pięknie ubrana w stonowane wełniane szarości.
– Ależ proszę bardzo, możecie sobie Państwo chodzić po całym parku. Wiecie, czyje rzeźby tu stoją?, zapytała.
Przeczytaliśmy przed chwilą na dzwonku przy bramie, więc wiedzieliśmy.
– Volkmar Haase.

Potem dowiedzieliśmy się, że piękna pani jest wdową po rzeźbiarzu.


Urodził się w roku 1930 w Berlinie, zmarł w roku 2012 w Brüssow. Zdał maturę w roku 1949 i w latach 1949-1950 studiował w berlińskiej szkole rzemiosła artystycznego, a w latach 1951-1958 na Akademii Sztuk Pięknych. Ten znany przede wszystkim jak rzeźbiarz artysta studiował… malarstwo.

Od przełomu tysiącleci rodzina mieszka w Brüssow w starym pieczołowicie odrestaurowanym dworze szlacheckim z XVII wieku.

Bardzo nam się podobało w Brüssow. Warto się tam wybrać na wycieczkę.

Tańcząc w Operze z Don Kichotem

Ewa Maria Slaska

Będzie i dobrze, i marudnie

Zacznę od dobrze. Poszłam do opery na balet Don Kichot i było bardzo, bardzo, bardzo dobrze. Idźcie koniecznie. Do Wigilii włącznie jest masa przedstawień. Muzyka jest piękna, tancerze doskonali, kostiumy cudowne.

Wprawdzie historyjka opowiedziana jest słabiutka i z samym panem Kichotem nie ma niemal nic wspólnego, ale to już nie jest wina twórców przedstawienia. Taka już uroda tego baletu sprzed 150 lat, że wspaniale opowiada słabą historyjkę.

Przedstawienie było więc cudownie piękne, a wokół nagromadziło się trochę spraw, które wydały mi się dziwne, a nawet… dziwaczne. Teraz więc trochę pomarudzę, a przede wszystkim okażę zdziwienie.

Don Kichot (Don Quixote) w tej inscenizacji miał premierę 16 lutego 2018 roku; widziałam spektakl przedwczoraj, czyli od premiery minęły prawie trzy lata, i był to dopiero trzynasty spektakl. Dlaczego tak niewiele razy wystawiono tego Don Kichota? Jest przecież świetny, ma wspaniałe recenzje, publiczność jest zachwycona, o czym świadczy sala tak pełna, jak tylko podczas pandemii może być pełna sala dużej instytucji kulturalnej.

Dziwne.

Ludzie przed przedstawieniem i po przerwach gromadzą się przy kanale dla orkiestry, żeby patrzeć jak tam, w głębi muzycy stroją instrumenty. Gdy gaśnie światło, siadają, ale gdy słychać kroki nadchodzącego dyrygenta, klaszczą.

Dziwne.

Głowa dyrygenta wystaje nieco ponad balustradę kanału dla orkiestry. Siedziałam prawie naprzeciwko i gdy głowa się czasem obracała, jej oczy patrzyły prosto na mnie.

Czułam się dziwnie.

Balet jest złożony z etiud. Po każdej publiczność klaszcze jak oszalała, a tancerze się kłaniają i dziękują. Tak się zachowują widzowie w teatrzykach wodewilowych albo w cyrku, ale też występy są tam tak właśnie koncypowane. W “prawdziwym” teatrze czy “prawdziwej” operze nikt dawniej nie odważyłby się przerwać toku przedstawienia oklaskami. Niekiedy przed rozpoczęciem ktoś w imieniu twórców prosił, żeby, Boże uchowaj, nie klaskać w trakcie, podobnie zresztą jak proszono o to, żeby wyłączyć komórki i nie kasłać w przerwach między jednym a drugim fragmentem spektaklu. Przedwczoraj nikt nie kasłał, ale wszyscy klaskali.

Dziwne. Dlaczego ludzie klaskali jak dzieci w cyrku? Grotowski podobno był wręcz urażony, jeśli ktoś klaskał PO spektaklu, bo jego zdaniem znaczyło to, że sztuka, którą obejrzał, nie powaliła go. Gdyby ktoś klaskał w czasie spektaklu, to mistrza by chyba apopleksja zabiła.

W przerwie przeczytałam opis wystawy pt. Caretaker’s Lounge, berlińskiej rzeźbiarki, Iny Weber. Była pokazywana w holu gmachu Opery (Deutsche Oper) we wrześniu. Już jej nie ma, ale nie szkodzi. Pozostał opis i kolejny powód do zdziwienia. Artystka pisze, iż swoją wystawą w Operze chce złożyć hołd tym, którzy troszczą się o ten budynek, przyklejają naderwane listwy, wymieniają żarówki, polerują klamki, myją podłogi, trzepią dywany. Piękne przesłanie. Po przerwie wracam na salę. W przejściu po lewej widzę podest z oderwanym dużym kawałem okleiny, spod której wystaje jakiś drut. To nie jest zniszczenie ukryte w jakimś kącie, nie, ono się naprawdę rzuca w oczy.

Mam wrażenie, że artystka wie, o czym mówi, jest bowiem rzeźbiarką, a rzeźbienie to ciężka, żmudna i brudna praca. Trzeba więc sprzątać. Ale oprócz Ingi Weber wystawę przygotowało co najmniej trzech mężczyzn, kuratorów, wyjaśniaczy, dyrektorów. Zapewne dobrze zarabiają i może nigdy nie musieli pastować podłóg, wbijać gwoździ i smołować dachu. Możliwe również, że, podobnie jak przywódczyni polskiego Strajku Kobiet (niestety), nie wiedzą, co to znaczy, kiedy ktoś zniszczy twoją właśnie ukończoną (ciężką!) pracę. Myślę, że żaden z tych dobrze ustawionych w życiu mężczyzn nigdy naprawdę nie rzucił okiem na świat, który ich teoretycznym zdaniem wymaga ustawicznej troski, bo zawsze o ten świat troszczył się ktoś inny, ktoś, komu płacimy znacznie gorzej, niż sami zarabiamy i kto przeto być może nie czuje już, że trzeba by naprawdę okazywać troskę, a wykonuje tylko to, co mu zlecił przełożony, albo co zostało ujęte w regulaminie. Sądzę, że czasy prawdziwej troski o człowieka, mebel czy budynek w miejscu publicznym dawno minęły. Ale i tak wydaje mi się dziwne, że w tym samym miejscu można mieć gęby pełne frazesów o niezauważanej przez nikogo pracy i nie zauważyć, że ten, kto ją tu i teraz wykonuje, jest zapewne źle płatnym robotem, który nie wie nawet, co to jest taka troska, bo i o niego nikt się nie troszczy.

Tak zatem dziwnie i dziwacznie ma się teoria sztuki do rzeczywistości. Podobnie zresztą jak się dziwnie i dziwacznie mają sprawy kobiece do sprzątania. Tak się mają, że w spolaryzowanym świecie, jeśli jesteś przeciwko PiS-owi, to nie masz prawa skrytykować Marty Lempart za jej stosunek do sprzątaczki w incydencie z czerwoną farbą. A co ja poradzę, że jestem za tym, żeby nawet w takiej gorącej sytuacji Marta Lempart i Sprzątaczka się porozumiały, a nie żeby ta “lepsza” była “lepsza” od tej “gorszej” i “niżej stojącej”? Nawet jeśli pojawienie się sprzątaczki przed siedzibą PiS-u było prowokacją.

Rzeczywistość skrzeczy.

Na niebiańskich łąkach

Ewa Maria Slaska

Pisałam już tu o pewnej kobiecie, która po śmierci chętnie udałaby się na łąkę, czy nawet tylko łączkę. Zaintrygowała mnie ta myśl. Sama zamierzam się dostać do miejsca, gdzie żyją dusze, które osiągnęły nirwanę, wciąż jednak pamiętam, że w Grecji jest to nazwa firmy produkującej lody, czego się dowiedziałam, gdy na promie z Aten na wyspę Kos obudził mnie w środku nocy wrzask niezadowolonego dziecka, ja chcę nirwanę, ja chcę nirwanę, dlaczego nie ma nirwany?

Co do możliwości uzyskania nirwany buddyjskiej, założyłam, że wystarczy nauczyć się od tego dziecka tego jednego zdania i przez cały czas pośmiertnej wędrówki, która trwać będzie 40 dni, powtarzać je z uporem godnym najlepszej sprawy. Zdanie to brzmi oczywiście “chcę”, ale poprzedza je długa lista tego, czego nie chcę – nie chcę wracać na ziemię, nie chcę nowej mamy i taty, nie chcę czekolady, lizaka ani jakichś tam byle jakich lodów, ja chcę nirwany. Jeśli uda nam się uniknąć pułapek chcenia czegokolwiek innego i potrafimy stawić czoła demonom, które będą nas straszyć, jak im się nie uda zaprosić nas na lody po dobroci, jak zatem przetrwamy 40 dni uporczywie powtarzając “nie chcę”, wylądujemy w nirwanie i będziemy mieli z głowy. Pamiętajcie – “ja chcę nirwanę!” Nauczyłam się tego 50 lat temu temu, czytając Bardo Thodol, tybetańską księgę śmierci, i jeśli ktoś wyniósł z tej lektury inne nauki, to proszę bardzo – ja od pół wieku trenuję się tylko w tej jednej umiejętności – “ja chcę nirwanę!” – i liczę na to, że mi się uda. Jak tam, w tych nirwańskich zaświatach będzie – nie mam pojęcia. Może to będzie łąka.

Tylko, że moi drodzy Czytelnicy (i Czytelniczki rzecz jasna też) ta łą(cz)ka to wcale niełatwa sprawa, przynajmniej w moim przypadku. Na prawdziwej łące są kwiaty, ale są też kamienie, komary, mrówki, krowie placki i krecie dołki. Moje doświadczenie mi mówi, że na łąkę lepiej patrzeć niż na niej być. Pozostały mi w pamięci trzy znamienne łąki. Były na nich owady i krowy i nie chciałabym, żeby były też w zaświatach.

Pierwsza była dawno temu. Miałam może 10 lat, może 11. Pojechałyśmy na wycieczkę z moją cioteczną babką, Karusią. Miałyśmy do przejścia wielką łąkę. Nota bene była to łąka, na której zobaczyłam pierwszą w życiu rosiczką – roślinkę, która pożera muchy. Ta łąka to był to mój ulubiony krajobraz – wielka pusta przestrzeń pod wielkim sklepieniem niebieskim. W oddali widać było pojedyncze krowy. Biegłam sobie po łące, podskakując i zrywając kwiatki. Aż wpadłam prawą stopą w dołek, lewa natomiast dalej sobie biegła, co sprawiło że prawa się zwichnęła. Krowy, które przedtem pasły się daleko, teraz zaczęły się zbliżać, a ja uciekałam przed nimi kuśtykając.

Byłyśmy na tej łące same we dwie – jedenastoletnia dziewczynka i sześćdziesięcioletnia kobieta. Samochód stał daleko na szosie, kierowca pewnie oparł głowę o kierownicę i drzemał. Nie wiem, co zrobiła Karusia i jak nas obie zabrała z tej wielkiej pustej łąki, jak wróciłyśmy od krów do cywilizacji.

Łucja Prus i jej autor, Marek Jackowski nie mieli racji, gdy ułożyli piosenkę o tym, że nic dwa razy się nie zdarza. Nieprawda. Wszystko zdarza się co najmniej dwa razy. Na drugiej łące mojego życia też były krowy. TU to opisałam. Za to na trzeciej były, tak jak na pierwszej – owady.

Pojechałam do Dobroszyna nad Wartą, czyli dawnego niemieckiego pałacu w Tamsel, na mszę polsko-niemiecką. Była to wzruszająca uroczystość, ale przyjechałam po nieprzespanej nocy i przez całą mszę patrzyłam tęsknie za okno na śliczną gładką zieloną trawę w cieniu wielkich dębów i myślałam o tym, jak cudownie byłoby się tam położyć i zasnąć. Jak tylko msza się skończyła, popędziłam na łąkę. Zasnęłam natychmiast i obudziłam się po 15 minutach niemiłosiernie pocięta przez meszki, te straszne, małe krwiożercze komarki, które są w stanie zagryźć krowę.

Ale dość już opowieści o moich łąkach pełnych krów i much. Na pewno są i inne łąki. Sięgam po powieść Johna Steinbecka, świetnego pisarza amerykańskiego, ongiś bardzo sławnego (w roku 1962 dostał Nobla), a dziś sama nie wiem – Pastwiska niebieskie (The Pastures of Heaven). Te Pastwiska Niebieskie to miejsce, gdzie w XVIII wieku hiszpański kapral dowodzący pogonią za zbiegłymi Indianami odkrył taki widok:
… u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem. Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna.
– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Z czasem na Pastwiskach Niebieskich osiedliło się kilka rodzin. Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii. Ale i tu, tak jak na moich łąkach, to co z zewnątrz wydaje się sielanką, od środka pełne jest konfliktów, zła i cierpienia. Bo zaprawdę jest tak jak mówi w Biblii Prorok Jeremiasz (9.9): Podnieście płacz i narzekanie na górach, a na niwach stepu pieśń żałobną, gdyż są wypalone tak, iż nikt tamtędy nie przechodzi i nie słychać tam porykiwania stad, nie ma ptactwa niebieskiego ani bydła, uciekły, zbiegły!

Nota bene w Biblii nie ma w ogóle tych obiecanych pastwisk niebieskich (po angielsku też ich nie ma), w obu językach są jedynie zielone pastwiska, zielone łąki lub zielone niwy w (moim ulubionym psalmie) 23.

Tak śpiewają ten psalm młodociani przestępcy w filmie Jana Komasy Boże Ciało (tylko pamiętajcie, żeby tu wrócić, jak skończy się trailer):

https://www.facebook.com/bozecialofilm/videos/466863190571713/

A tak młodzi ufni ludzie, którym się w życiu powiodło:

Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.