Czułość systemu zdrowotnego

Krystyna Koziewicz

Nasze życie to ciągła walka między zdrowiem i chorobą. Żadna choroba nie jest dobra dla organizmu, w którym następują zaburzenia funkcjonowania. Choroba to stan, który wcześniej czy później dotyka każdego człowieka i nie da się uniknąć wizyt lekarskich, choćby dla zapewnienia sobie własnej kontroli nad organizmem. Trzeba chodzić na badania i już! Moje dotychczasowe wizyty w gabinetach lekarskich miały różne zabarwienia emocjonalne, najczęściej jednak lekarze traktowali mnie z atencją, jako pacjenta. W gruncie rzeczy ważne jest, by w relacjach pomiędzy lekarzem a pacjentem była dobra komunikacja, oparta na zaufaniu, empatii, wzajemnym słuchaniu i adekwatnym reagowaniu. Tylko wtedy można mówić o jakości tej relacji, stworzonej przez lekarza, nie pacjenta.

Mnie jakoś w większości przypadków zawsze udawało się trafić na wyjątkowych lekarzy, którzy z powagą i empatycznie podchodzili do moich problemów zdrowotnych. Nie wszyscy jednak, dlatego po przykrych doświadczeniach nauczyłam się, że trzeba być niezwykle ostrożną i czujną. Regularne kontrole u lekarzy nie zapewniają wcale życia w błogim spokoju. Życie pokazało, że moja skłonność do systematycznych badań nie zawsze jest nagrodzona, wręcz odwrotnie, sama u siebie wykryłam objawy chorobowe, który zaprowadziły mnie na stół operacyjny. Na końcu tej drogi trzeba było przejść uciążliwą terapię, która de facto zrujnowała cały system odpornościowy. Podobnie było i teraz. Wydawało mi się, że mam niepokojące symptomy. Lekarz zlekceważył to, wychodząc z założenia, że skoro mammografia nic nie wykazała, to nie ma powodu do robienia paniki. Miałam spać spokojnie i przyjść dopiero za rok na kontrolę. No tak, tylko dlaczego krew wciąż wyciekała z piersi? Intuicja podpowiadała mi całkiem inną reakcję, dlatego zgłosiłam się po poradę do specjalisty.

Uważam, że pierwszym lekarzem zawsze jesteś ty sam, sama dla siebie. Ty i ja! To my sami musimy z czułością obserwować swoje ciało, reagować choćby na najmniejszą zmianę, która powinna być wyjaśniona, badaniami. Tu była potrzebna analiza histopatologicznym. Po prostu, nie można postawić diagnozy, bez dokładnego zbadania przyczyn. Zawsze najważniejsza jest i będzie diagnostyka, jedne są trafne i właściwe, inne błędne i nieoprawne. Wiadomo, w końcu nikt nie jest nieomylny, a lekarz lekarzowi nie równy. Trzeba o tym pamiętać samemu!

Tak się złożyło, że zachorowałam w okresie szalejącej pandemii. W Niemczech to jeszcze nie jest dramat i jak na razie żaden wielki problem, operacje się odbywają w przyspieszonym tempie, lekarze też się spieszą z przeprowadzeniem badań diagnostycznych.

Jak to było w moim przypadku?

Otóż, około dwa miesiące temu na prawej piersi pojawiły się symptomy, które mnie zaniepokoiły do tego stopnia, że już następnego dnia udałam się do lekarza, pracującego we wspólnym gabinecie z kilkoma innymi. Wiedziałam, że muszę natychmiast ten przypadek wyjaśnić, bo krwawy wyciek z jakiegokolwiek organu to zły znak. Mojego lekarza akurat tego dnia nie było w pracy. Ponieważ żaden inny lekarz nie zaproponował mi badania, poprosiłam o skierowanie do specjalisty. Otrzymałam bez problemu, w ciągu pół godziny znalazłam się u mojego dawnego lekarza, który mnie przed 22 laty operował i opiekował się mną przez ponad trzy lata. Z dobrym skutkiem. Lekarz, o dziwo, mnie zapamiętał, od razu zostałam dokładnie zbadana. Na monitorze nie było widać nic podejrzanego, wiemy jednak, że istnieją niewidoczne choroby, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Lekarz zlecił zatem dalsze badania i wręczył mi skierowanie z dopiskiem „pilne”. Od razu poszłam zarejestrować się do gabinetu radiologicznego po drugiej stronie ulicy. W gabinecie natychmiast dokonano mammografii. Na ekranie, zdaniem radiologa, widać było ewidentne zagęszczenie tkanek, co oznaczało, że coś się tam jednak zaczyna patologicznie rozwijać. Uspokoiłam się, bo wyglądało to niegroźnie, co też lekarz potwierdził. Wynik był pomyślny dla mnie, zatem szybko pobiegłam do lekarza z radosną nowiną, że nie jest tak źle.

– To się dopiero okaże po dokonaniu biopsji, usłyszałam od specjalisty.

A jednak, nie było dla mnie dobrej wiadomości. W ciągu zaledwie dwóch dni dowiedziałam się, że wynik biopsji wskazuje, iż w piersi pojawiły się złośliwe komórki rakowe. Wyrok zapadł. Trzeba pierś operować! Koniec. Kropka.

Termin operacji został wyznaczony w następnym tygodniu. Od tego momentu w przyspieszonym tempie ruszyła machina urzędnicza, już wcześniej dostałam pakiet dokładnych instrukcji, co mnie czeka, gdzie, kiedy, o której godzinie?

Do szpitala zgłosiłam się dzień przed operacją, by dokonać wszelkich formalności papierkowych. Było tego całkiem sporo, mnóstwo pytań, informacji o przebytych chorobach. Zajęło mi to dobre dwie godziny, a i to tylko dlatego, że koleżanka czytała i od razu zaznaczała właściwą odpowiedź, sama nie miałabym głowy czytać długich objaśnień. Dodam jeszcze, że moja przyjaciółka Ewa zadeklarowała wszechstronną pomoc w dniu, kiedy miałam pójść do szpitala i w czasie mojego pobytu. Byłam wdzięczna losowi, że na swojej drodze spotkałam człowieka, który zasługuje na szacunek za swoje czyny. Człowiek to brzmi dumnie. Ona zawsze wie, kiedy trzeba pomóc, a kiedy nie trzeba się pchać. Nigdy wcześniej nie doznałam aż tylu dowodów człowieczeństwa. Jeszcze o tym będzie mowa!

Dzień operacji zaczął się bardzo wcześnie bo już o godzinie 5.30, odebrała mnie z domu Ewa i ku memu wielkiemu zaskoczeniu przyszła też druga przyjaciółka, Ela, która przyjechała z dalekiej dzielnicy. Dla wyjaśnienia dodam, że od dłuższego czasu tworzymy zgrane trio, nazywając się MY TRZY. W trójkę poruszamy świat z przeszłości w jego różnych aspektach, spotykamy się, jeśli któraś z nas ma coś ciekawego do pokazania, co pozwala nam interesująco spędzać wspólny czas.

– Nigdy nie będziesz szła sama! – usłyszałam dwugłos Ewy i Eli, kiedy otworzyłam drzwi wczesnym rankiem. Mojemu wzruszeniu nie było końca, była to chwila niezwykłych emocji oraz wyrazu wdzięczności, że dane mi było spotkać na swej drodze osoby o wielkim sercu. Okazuje się, że czas weryfikuje prawdziwych przyjaciół, jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwa, że wokół siebie mam osoby, na które zawsze można liczyć.

– Dziewczyny, jesteście wielkie! Kocham Was!

Na oddziale czekały mnie szpitalne procedury, specjalna bielizna i łóżko gotowe do odjazdu punkt o godzinie 7. 15. Operacja była wyznaczona na godzinę 8.00, zatem skoro świt zostałam zawieziona na szpitalnym łóżku w długą drogę z szóstego piętra na oddział operacyjny na pierwszym piętrze. Takich jeżdżących pojazdów łóżkowych było więcej w tym dniu. Stałam jako czwarta w kolejce do różnych pomieszczeń, zmieniano mi legowisko na takie, przypominające stół, okrywano ciepłymi kołdrami, zakładano czepki, ustawiano pozycję ciała, mierzono temperaturę, ciśnienie. Po czym wreszcie nastąpiła iniekcja narkozy, podczas której siostra trzymała mnie czule za ręce. Rozmawiała ze mną o podróży do egzotycznego kraju, czułam się błogo w tym pięknym przekazie, aż do momentu kiedy zasnęłam.

Z narkozy wybudziłam się szybko, niemal zaraz, jak powiedziała siostra.

Przez pierwsze dwa dni leżałam „plackiem” w łóżku, bez ruchu, poza zmianą pozycji leżącej. To taki moment, w którym personel medyczny determinuje życie pacjenta. Nie musiałam nic robić, co chwilę byłam kontrolowana z wielką estymą. Ku memu zaskoczeniu dwukrotnie odwiedził mnie mój lekarz, ten, który mnie operował. Opatrywał ranę i nie pozwolił siostrom tego robić. Specjalny bonus? Ależ skąd, tak funkcjonuje system zdrowia w Niemczech. Miałam dobrą opiekę pomimo tego, że przy licznych pacjentach pielęgniarki miały pełne ręce roboty. Uwijały się w pocie czoła i…z uśmiechem na twarzy. Najbardziej cieszył mnie fakt, że trafiłam na lekarza, który o swoich pacjentów dbał nawet w niedzielę. Miałam też dużo szczęścia, trafiając na kompetentne pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko leczą chorobę, ale też wpływają pozytywnie na samopoczucie pacjenta. Czy to było szczęście, czy normalność? Sama nie wiem? Inni pacjenci nie narzekali, okazywali wdzięczność.

Chyba jest tak, jak powinno być – dzisiaj człowiek jest dla medyków całością, leczą chore ciało, ale uwzględnia też psychikę pacjenta. To taki wyższy wymiar ludzkiej natury. Ojciec medycyny Hipokrates – lekarz Ciała i Duszy wiedział najlepiej, czego potrzebuje pacjent? Pielęgniarki i lekarze – to specyficzny zawód, ich zadaniem jest opieka i dbałość o komfort powierzonego im pacjenta. Ich reakcje i działania wpisane są w kod zawodu, którego podstawowym przesłaniem jest idea Hipokratesa – lekarz zobowiązuje się świadczyć pomoc, starając się pomagać i nigdy szkodzić pacjentom.

W systemie zdrowotnym w Niemczech wrażliwość na potrzeby chorego człowieka odczuwało się na każdym kroku!

Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.


Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.

Chodzenie po mieście. Tulipany.

Drugi rok pandemii i lockdownu. Drugi rok chodzimy we trzy po mieście, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja. Dziś:

Krystyna Koziewicz

Tulipanowy zawrót głowy

Parki miejskie, te wielkie otwarte przestrzenie, zielone oazy, miejsca wypoczynku i relaksu – niezwykłe, służące mieszkańcom miast. „Wszystko, co możesz sobie wyobrazić, Natura już stworzyła”, powiedział Albert Einstein. Zachwyt, patrzenie na piękno jest pierwszym krokiem do oczyszczenia umysłu z nagromadzonych emocji życia codziennego. Człowiek potrzebuje oderwania się od rzeczywistości, która ostatnimi czasy sporo namieszała nam w głowie i popsuła szyki. Obcowanie z pięknem wywołuje dobroczynne zmiany w sferze wewnętrznej człowieka.

„Wiosna, pięknieje wkoło świat”, śpiewali Skaldowie. „Wiosna, ach to ty” – Marek Grechuta. Ziemia zaczyna pokazywać swoje najpiękniejsze oblicze, którego cywilizowany świat chyba jednak nie potrafi docenić, trwoniąc dorobek minionych i niszcząc egzystencję przyszłych pokoleń. Wrrr…

Nasze spacery po mieście stały się sposobem nie tylko na wspólne pogawędki, ale także poznawania miasta, w którym żyjemy. Pandemia spowodowała konieczność przystosowania się do reguł, które wyznaczają obywatelom rządzący. Społeczeństwo niemieckie dość pokornie znosi wszelkie ograniczenia. My również nie załamałyśmy rąk i nie skazałyśmy się na siedzenie na kanapie przed telewizorem. We trzy udało nam się skrzyknąć do wspólnego spacerowania, początkowo po dzielnicach, w których mieszkamy. Potem szło już wszystko jak przysłowiowego płatka w całym Berlinie.

Kilka dni temu, pod koniec kwietnia, kiedy wreszcie słońce zaczęło mocniej przygrzewać, udałyśmy się do parku Britzer Garten, zobaczyć słynny pokaz kwitnących tulipanów. Nie było to takie znowu proste, przyjść ot tak sobie w dowolnym czasie, kupić bilet i zażywać wolności, swobody, jak to było jeszcze rok temu. Najpierw trzeba zgłosić się online i jeśli się miało szczęście, to trafiło się na dobry przedział czasu, jak to było w naszym przypadku. Godzina 11.00 do 11.50 to czas, jaki nam został przydzielony na zwiedzanie tulipanowego miejsca. Jednym słowem reglamentowana radość podziwiania tulipanów, w całej ich okazałości. Na pociechę dodam, że chodzenie po parku nie podlega żadnym ograniczeniom.

Tulipan – jego nazwa wywodzi się od perskiego słowa dolbend, którym określa się materiał na turban, noszony na głowie przez mężczyzn, a przypominający kształtem kwiat tulipana. Tulipany – te wiosenne kwiaty, jakże pełne wdzięku i uroku, od wieków budzą zachwyt, cieszą oko, wzbudzają natchnienie i ciekawość. Zajmują nie tylko ważne miejsce w świecie roślin, są naturalną dekoracją w naszych ogrodach, domach. Na kuli ziemskiej istnieje ok. 120 gatunków oraz 15 tysięcy odmian tulipanów. Tak wielka ich ilość wynika z faktu, iż od początku uprawy ogrodnicy, niewątpliwie zafascynowani urodą tych kwiatów, próbowali, poprzez krzyżowanie uzyskiwać kwiaty o nowych kształtach, wielkościach i barwach. Tulipan w naturze występuje głównie na terenie Azji – począwszy od Japonii, poprzez północno-wschodnie Chiny, Azję Środkową po Bliski Wschód, pojawia się też i dalej, choć w mniejszym nasileniu, na terenach północnej Afryki i południowej Europy.

Na początku XVII wieku Holandię ogarnęło szaleństwo zwane “tulipomanią”, cebulka kwiatu kosztowała tyle, co dom!

Znaczenie tulipanów jest zależne od barwy ich płatków. A zatem według mowy kwiatów żółte tulipany oznaczają radość, pogodę myśli i uśmiech, czerwone miłość, a czarne – niezwykły ogrodniczy kunszt, bo czarnych tulipanów w naturze nie ma.

Nie ma chyba dużego miasta w Europie, gdzie by się nie dało pójść wiosną na święto kwiatów, często właśnie tulipanów. Kwitnące tulipany w Britzer Garten to wspaniała uczta dla wzroku i węchu – piękne, naturalne niejako krajobrazy, łąki i łany kwiatów, nie tylko tulipanów, bo są też narcyzy, żonkile, szafirki, szachownice cesarskie, kwitną drzewa owocowe i krzaki forsycji, ale oczywiście najważniejsze są tulipany – na łąkach i kwiatowych dywanach, pojedynczo i układając się w kompozycje biało-zielone, czerwono-fioletowe, albo żółte i różowe. Jakaż to wspaniała wiosenna przyjemność, której nie odebrał nam żaden lockdown! Odpoczywamy na ławeczce, kładziemy się na trawie, jak wiosenne koty rozkoszujemy się barwami i aromatami. Niech całe piękno zamiast słów odda poniższa galeria zdjęć!
(zdjęcia są większe, niż to co widać, wystarczy kliknąć!)

Chodzenie po mieście. Kościół Uchodźców

Krystyna Koziewicz

Nie liczy się to, ile posiadasz, ale ile dajesz innym i jak się z nimi dzielisz. Pomagając innym pomagasz i sobie. Starajcie się zostawić ten świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście. – Robert Baden–Powell.

W czasie długo trwającej pandemii człowiek nie ma zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o aktywność fizyczną, chodzi się na spacery dla poprawienia kondycji, byle tylko był ruch, złapać świeży oddech i żeby jakoś czas zleciał. Tak robią wszyscy, chodzimy na spacerniak, najczęściej wokół dzielnicy lub w pobliskim parku, odkrywając czasami co nieco.

Wiele razy podczas tych niekiedy bezcelowych spacerów przeżywałam momenty zdziwienia, jak choćby to, że woda w kanale stała się czystsza, tak czysta, że widać nawet dno koryta. Zwłaszcza wyrzucone metalowe przedmioty, jak kosze na śmieci. Wrrr! No i zima wróciła na dobre, taka, jaką znamy z dzieciństwa. Może to będzie mała rekompensata za grzechy i winy, jakie ludzkość popełniła wobec Matki Natury?

Moim największym spacerowym odkryciem i zdziwieniem była tablica ogłoszeniowa kościoła St. Simeon (świętego Symeona Starca) przy Wasserstrasse, która zawierała tygodniowy harmonogram mszy świętych dla uchodźców oraz zawiadomienia o poradniach dla uzależnionych, potrzebujących duchowego wsparcia, azylu itp. Zaskoczyły mnie nabożeństwa odprawiane w języku perskim, rosyjskim, francuskim, arabskim, hiszpańskim, chińskim, angielskim, włoskim, niemieckim.
No tak, mog
łam się wcześniej domyślić, przecież na fasadzie kościoła widnieje napis WITAMY w różnych językach świata. Ileż to razy przechodziłam obok, zmierzając do sklepu i jakoś nigdy nie zauważyłam, że ten neogotycki ceglany kościół, na który codziennie patrzę z okna, opiekuje się szczególnie potrzebującymi.

Okazuje się, że St. Simeon Kirche na Kreuzbergu – to ewangelicki Kościół dla ludzi, którzy uciekli z pogrążonych w konfliktach krajów, szukając wolności, bezpieczeństwa i schronienia. Jest tutaj miejsce dla przybyszy z całego świata, miejsce, ale i innych ludzię w potrzebie.

Wchodzę do internetu i sprawdzam, czego jeszcze mogę się dowiedzieć o działalności kościoła?

Dla ludzi zagubionych, niepewnych i zdezorientowanych wolontariusz jest ważną osobą, jest kotwicą. Dlatego rekrutujemy i przygotowujemy do pracy wolontariackiej tych, którzy chcą nas wspierać w pracy z uchodźcami i dla uchodźców, również tych, którzy sami mają za sobą doświadczenie uchodźcze

Poprzez wydarzenia kulturalne, a także wykłady, dyskusje i spotkania informacyjne, oferujemy wszystkim szansę konstruktywnego i krytycznego skonfrontowania się z problemem ucieczek, azylu i praw człowieka.

Promujemy otwartość i tolerancję dla różnorodności.

Chcemy dać uchodźcom przestrzeń, w której mogą aktywnie realizować własne projekty i rozwijać zainteresowania. Chcemy by ludzie, których inaczej nie widać, stali się widoczni, chcemy dać im głos. Pomaga nam w tym komitet doradczy, w skład którego wchodzą osoby reprezentujący różne gremia i instytucje zajmujących się uchodźcami i migrantami w Berlinie.

Gdy tłumaczę ten tekst na polski, zastanawiam się, jak przetłumaczyć niemieckie słowo Willkommenskultur? Google Translator tłumaczy je jako “przyjazną kulturę”, ale to nie o to chodzi. Wikipedia nie ma hasła po polsku. Po angielsku wikipedysta pisze, że jest to Welcoming culture – niemiecki koncept, w którym ludzie, urzędy i instytucje wspólnie tworzą taką atmosferę, która ma zapewnić uchodźcę, że jest w Niemczech mile widziany. W artykule polskiej gazety Rzeczpospolita używa się po prostu niemieckiego terminu: polityka gościnności; niemiecka Willkommenspolitik czy też Willkommenskultur to postawa otwartości, gotowości do przyjmowania ludności napływowej, szczególnie gdy są to osoby starające się o azyl.

I tak jest. Istniejące w Niemczech organizacje humanitarne roztaczają opiekę nad uchodźcami, emigrantami, bezdomnymi, ludźmi wykluczonymi, dając każdemu, kto jest w potrzebie, szanse uzyskania pomocy i to zarówno materialnej, jak i psychologicznej.

Pomaganie uchodźcom stało się jednym z największych wyzwań naszych czasów. Flüchtlingskirche Kościół Uchodźców jest otwarty na wszystkich ludzi, bez względu na pochodzenie, wyznanie, status prawny, wiek, płeć i język. W centrum uwagi Kościoła Uchodźców stoi człowiek, któremu umozliwia się zachowania swojej tożsamości.

W Niemczech są szeroko rozbudowane państwowe struktury socjalne, jednak o ludzi, którzy wypadli z systemu opieki społecznej, lub jeszcze nie zostali nim objęci, troszczą się struktury diakoniczne i kościoły, które są jak dwie strony tego samego medalu, bo też stoją przecież na tym samym fundamencie.

Słowo diakonia wymaga pewnego wyjaśnienia. Po grecku, pisze Wikipedia, oznacza to służbę, nieodpłatną posługę. W Kościele katolickim słowo diakonia dotyczy różnych form działalności, może być np. diakonia liturgiczna, muzyczna, itp. W kościołach protestanckich posługa diakonacka wiąże się głównie z pracą socjalną, oraz pomocą potrzebującym.

Misją diakonii ewangelickiej jest wzmacnianie obecności kościoła w życiu społecznym, po to, by każdemu kto potrzebuje pomocy, stworzyć duchową przystań. Codziennym obrazkiem, jaki można zobaczyć przy kościołach i diakonach ewangelickich w Berlinie, to wystawione na zewnątrz kosze z pieczywem i konserwami, reklamówki z produktami żywnościowymi. W okresie zimowym diakonie oferują ciepły posiłek oraz zimową odzież, a niekiedy również nocleg. To wszystko robią ludzie kościoła oraz wolontariusze, którzy licznie angażują się do prac charytatywnych.

Kościoły w Niemczech znacząco rozbudowały pomoc dla uchodźców po tym, jak jesienią 2015 roku, po słynnym powiedzeniu Angeli Merkel „Damy radę”, do Niemiec napłynęła wielka fala uciekinierów z terenów objętych wojną. Kościoły utworzyły wówczas specjalne budżety, przeznaczone na pomoc dla imigrantów, ubiegających się o azyl, oddały też do dyspozycji dodatkowe kwatery w parafiach, klasztorach, seminariach duchownych. Przesłanie tej działalności było jasne: Świat potrzebuje naszej dobroci, tego, byśmy nieśli pomoc tym, którzy jej potrzebują.

O Jezusie jako uchodźcy wspominał także papież Franciszek przy okazji Dnia Uchodźcy już w roku 2014. “Pamiętajmy, że uchodźcą był Jezus, musiał uciekać, by ratować swe życie, wraz z Józefem i Maryją musiał odejść do Egiptu. Jezus był uchodźcą. Biblia opowiada o ucieczce jego rodziny do Egiptu przed królem Herodem. To wystarczający powód dla Kościołów, by nie tylko głosić pomoc dla uchodźców, ale udzielać jej na co dzień.”

Pożegnanie z rokiem 2020

Teresa Rudolf
Co znaczy dla mnie ten trudny, ostatni rok?

Ważne było ciagle świadome  spostrzeganie każdego dnia, gdyż nikt nie wie, co jest mu dane, a co mu zabrane będzie… i kiedy.
Podam tutaj przemądry cytat:
 “Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Naucz się, jakbyś miał żyć wiecznie.”
Mahatma Gandhi
 
Ważne też było dla mnie potwiedzenie wartości przeróżnych form stosunków międzyludzkich, np. tak ważnej dla mnie przyjaźni.
I tu znów przepiękny tekst:
“Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.”
Albert Camus

 
Janina Kowalska
Tak bym chciała przespać ten odchodzący rok.
 

Tabor Regresywny
W rok 2020 weszliśmy z widmem katastrofy klimatycznej i ekologicznej na horyzoncie i niemocą kolejnych szczytów klimatycznych. I wtedy pojawiła się pandemia. Gospodarka zaczęła się zatrzymywać, a przyroda odżywać. A wtedy pojawiło się widmo recesji. Rok się kończy mamy szczepionkę, Unia Europejska uchwaliła budżet odnowy gospodarczej. Ruszy budowa zbiorników retencyjnych, powstaną fermy wiatrowe, u mnie na wsi już pojawiło się ogłoszenie – wynajmę pole pod fotowoltaikę. Samochody wymienimy na elektryczne, zainstalujemy klimatyzację, powstaną nowe drogi, nowe lotniska i znów ruszymy na wakacje do egzotycznych krajów.
 
Tylko czy nie można by inaczej?
***
Ta pandemia może nie odpuścić, bo jak tylko trochę odpuszcza to premier od razu ogłasza, że wygraliśmy z pandemią i ona wtedy wraca. Owszem, premier może zmądrzeć, ale na to się nie zanosi. Jeśli pandemia nie odpuści, to czeka nas taka recesja gospodarcza, że nawet Fundusz Odbudowy nie pomoże. Co w tej sytuacji robić? Jeśli chodzi o mnie to idę do Ewy Marii zagrać w scrabble.
 

Tibor Jagielski

19/20
taka konstelacja
jowisz saturn
15
śmierć i śmiech
celtyckie pancerze
snute przez druidow
gazeta w rynsztoku
pozostaje
trans
form
akcja
fly!


Christine Ziegler

Hoffen wir drauf, dass uns dieses verflixte jahr 2020 genug an lehren um die ohren gehauen hat und wir gelassener ins neue jahr aufbrechen können.

Nehmen wir die ruhigen tage und schöpfen etwas kraft und füttern unsere geduld und unsere empathie, dann wird es uns schon gut ergehen, so hoffe ich.

Sham, my “very own news curator” hat mir was zu denken gegeben, was ich dir für den blog geben will: “today, I wanted us both to leave 2020 with the reminder that 2020 wasn’t special and that we need to think further ahead.” https://www.whathappenedlastweek.com/


Margaret (Małgorzata) Kowalska
25 grudnia 2020, Ottawa, Kanada

Ten dziwny rok dobiega już końca, czas na retrospekcje i podsumowanie. W sumie nie było tak źle, chociaż inaczej. Szybko przystosowaliśmy się do „social distancing”, maseczek i kolejek przed sklepami. Co prawda jak pierwszy raz włożyłam maseczkę, idąc do sklepu, pomyślałam, że wyglądam idiotycznie, ale w sklepie wszyscy mieli maseczki, więc przestałam się przejmować. Nauczyłam się również oceniać te przepisowe dwa metry odległości i czuję fizyczny niepokój, jak ktoś stoi za blisko.

Tuż przed wybuchem pandemii zdołaliśmy z rodziną mojej córki zaliczyć dziesięć dni na Florydzie. Wróciliśmy na tydzień przed zamknięciem granic. W mojej pracy zawodowej nic się nie zmieniło, ponieważ i tak pracowałam z domu i do biura jeździłam raz w tygodniu, żeby się pokazać. No to przestałam jeździć.

Z wnuczką najpierw widywałam się na odległość – ona na ganku, ja koło samochodu. Stopniowo, w miarę ocieplania się, zaczęłyśmy spotykać się u córki w ogródku. A pewnego dnia moja córka pozwoliła mi wejść do ich domu, ale tylko do jednego pokoju. No a potem stałam się częścią ich bąbla (buble) i już wszystko było w porządku. Zainicjowałam również czytanie książek na dobranoc przez video. Moja wnuczka to uwielbia.

W czerwcu miałam trochę nerwówki, bo dostałam gorączki i bolały mnie kości. Typowe objawy grypy, ale w tych czasach… Pognałam oczywiście zrobić wymaz (trzy godziny stania w kolejce na zewnątrz – miałam ze sobą składany stołeczek), potem dwa dni czekania na wynik i radość, że negatywny.

Zrobiłam się niestety nietolerancyjna – w stosunku do ludzi, którzy narzekają na niewygodę i obostrzenia, którzy twierdzą, że się nie zaszczepią. Wojuję z takimi wypowiedziami i na FB, i osobiście, tłumacząc, że w czasie wojny ludziom było znacznie gorzej i jakoś nikt nie protestował. Bo to jest przecież nasza mała wojna, która kiedyś się skończy i naprawdę nic się nikomu nie stanie, jak w tym roku nie pójdzie do knajpy czy na mecz. A te szczepionki nie zmienią nas w długłowe potwory czy roboty.

Patrzę z nadzieją na rok 2021, chociaż wiem, że daleka jeszcze droga przed nami.
A od córki dostałam pod choinkę taką oto zawieszkę, którą 1 stycznia powieszę na drzwiach mieszkania!


Maria Marucelli (Włoszczyzna)

Zdjęcie Ponte Vecchio we Florencji to najsmutniejsze, dla mnie, zdjęcie tego roku; wygląda jakby to była makieta, nie ma ludzi, a tak jak już pisałam – miasto musi żyć!

Zdjęcie Warszawy, to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich z Marszałkowską podczas pierwszej manifestacji Strajku Kobiet! Zdjęcie które wypełnia serce nadzieją!

Krystyna Koziewicz
Goodbye Stary Roku

Rok 2020 sporo namieszał w naszym życiu codziennym, dopadła nas śmiercionośna pandemia, która wszystkim bez wyjątku zmieniła styl życia, także nasze nawyki, przyzwyczajenia. Pomimo problemów, jakie przysporzył wirus jestem wdzięczna losowi, że dane mi było przeżyć kolejny rok bez wielkich wstrząsów. Miałam cudowny czas z rodziną podczas świąt wielkanocnych, także urlopu w Małopolsce i Karkonoszach. Było wiele innych okazji do celebrowania życia doceniając każdą chwilę korzystając z dobrodziejstw kulturalnych Berlina. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia wprawdzie bez fizycznej obecności najbliższych, pomimo tego nie brakowało mi bliskości za pomocą spotkań na Messengerze. No cóż, takie mamy czasy!

Rok 2020 obfitował w smutne wydarzenia, odeszła do wieczności wspaniała duchowa koleżanka Joanna, która służyła życzliwą radą, potrafiła szczerze pocieszyć i doradzić w trudnych sytuacjach. Co było bezcenne u Joanny – to skromność, takt i dyskrecja. Brakuje mi Jej ciepła, spokojnego dystansu, rozmów telefonicznych, smsów, postów na WhatsAppie.

Żegnaj Joanno!

Trudno mi było uwierzyć, że zmarła w zupełnym zaciszu Wiktoria Korb, która ze swoim talentem i dorobkiem publicystyczno-literackim należała niewątpliwie do grona berlińskiej bohemy. Wszędzie, gdzie pojawiała się, przyciągała wzrok, robiło się barwniej i weselej, świetnie się spędzało wspólny czas podczas rozmaitych spotkań polonijnych.

Cześć Jej pamięci!

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 22 grudnia 2020 odszedł w Warszawie Wojtek Borowik – prezes ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działacz opozycji antykomunistycznej, który wielokrotnie brał udział w polonijnych projektach w Berlinie. Wojtek łączył ludzi, nie dzielił, posiadał dobre umiejętności komunikacyjne.

Żegnaj Wojtku!

Koronowirus wywrócił do góry nogami nasze życie, całkowicie zdominował naszą codzienność. W internecie mamy zalew sprzecznych informacji, chaos zapanował wszędzie i w dużym natężeniu, nasza codzienność to plątanina spraw i emocji. To, co mnie wewnętrznie definiuje, to prawo życia w zgodzie z sobą i swoimi wartościami, a nie kogoś innego. Mam pełne zaufanie do profesjonalnych zaleceń medycznych, ufam wiedzy i ekspertyzom naukowców, tylko ich zalecenia mogą nas wszystkich uchronić przed nieszczęściem! Powszechnie dostępną szczepionkę przeciw Covid-19 traktuję jako dobro publiczne, z którego zamierzam naturalnie skorzystać.

Nie ubolewam specjalnie z powodu narzuconych ograniczeń w kontaktach społecznych, także braku bliskości z rodziną. Na szczęście media społecznościowe Facebook, WhatsApp czy Skype, czyli tzw. cyfrowa rzeczywistość umożliwia nam kontakt ze sobą. Sądzę, że ta sytuacja wzmocniła jeszcze bardziej nasze relacje interpersonalne, chociaż najważniejszą wartość stanowią jednak spotkania twarzą w twarz.

Prawdą jest, że na świecie nagromadziło się sporo zła, choć zawsze wydawało mi się, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów i dalej tak uważam. Świat potrzebuje od nas dobra, które tkwi w naszym sercu, musimy kierować się zasadami miłości, wiary i nadziei w stosunku do drugiego człowieka.

Nie skarżę się na los, wierzę mocno w to, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Cieszę się z faktu, że jestem zdrowa, że święta spędziłam w domowym ciepełku, a nie w szpitalu, pod respiratorem, w trumnie czy na cmentarzu. W sytuacji pandemicznej nic mi więcej nie potrzeba, żyję według własnego scenariusza w przyjaznym otoczeniu, uwielbiam to, co mnie otacza.

Często słucham refleksyjnej piosenki Johna Lennona „Wyobraź sobie”, którą Państwu dedykuję z okazji Nowego Roku 2021

WYOBRAŹ SOBIE (IMAGINE)

Pomyśl, że nie ma nieba
To przecież proste tak
Pod nami nie ma piekła
Nad głową – tysiące gwiazd.
Wyobraź sobie ludzi
Gdy pokój ogarnia świat
Pomyśl, że nie ma granic
To takie proste…wiesz
Nikt nie zabija za nic
Religii nie ma też.
Wyobraź sobie, że ludzie
Żyją dzisiejszym dniem
Powiesz że to marzenia
Lecz przecież nie jestem sam.
Któregoś dnia staniesz ze mną
Bo to jest nasz wspólny świat
Pomyśl, że nie ma głodu
To łatwe, przecież wiesz
Już nie ma żadnej biedy
Chciwości ani łez.
Wyobraź sobie ludzi
Dbających o cały świat
Powiesz, że to marzenia
Lecz przecież nie jesteś sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Jeden jest nasz wspólny świat.

tłum. Michał Worgacz


Ela Kargol
Ten rok był wyjątkowy, zaczął się dobrze, kończy mniej dobrze. W tym całym “mniej dobrze” jest dużo dobrego. Na wiele rzeczy pozwala inaczej spojrzeć, inne rzeczy docenić. W moim przypadku nie tylko pandemia namieszała.
Gdy zachodziło słońce na czerwono, moja babcia zawsze mówiła, że będzie wojna, albo coś gorszego. Nie zawsze spełniały się przepowiednie babci.
Ta czerwień powstaje z rozproszenia światła na zawieszonych pyłach. Nawet nie wiem, czy to o te smogowe pyły chodzi. Jakby tak było, to im gorzej tym piękniej?


Zbigniew Milewicz
Nie będzie to specjalnie odkrywcze, co napiszę, ale na przekór trendom starałem się nie myśleć za dużo o wirusie, tylko robiłem swoje, czyli żyłem. Jak corona człowiekowi spadnie z głowy, to żyje mu się lżej. Poza tym układałem nowe rymy, ale nawet totalnie niemuzyczne ucho do słowa Biontec dobrałoby “majątek”, a więc faktycznie nie był to dla mnie zbyt odkrywczy rok. Mam nadzieję, że pod tym względem Nowy będzie lepszy, czego i Państwu życzę.

 


Brigitte von Ungarn-Sternberg
Einen Gruß zur Jahreswende!
Das Video hat mich sehr fasziniert, wie man nämlich per Videokonferenz einen ‚Götterfunken‘ erzeugen kann, bzw. Freude.
Wie die das wohl gemacht haben!?!

Ein gesundes, frohes 2021 wünsche ich allen!
Brigitte

Da diese Melodie zur Europahymne geworden ist, kann mit ihrer Aufführung möglichst eine ‚Europabegeisterung‘ neu angefacht werden. Das hat unser Kontinent auch wirklich immer wieder nötig, nämlich dass wir unseren Zusammenhalt stärken.

Die Völker und Nationen in Europa werden immer sie selbst bleiben mit ihrer Sprache, Geschichte und Kultur. Man braucht keine Angst zu haben ein Schmelztiegel oder schlimmer noch ein Einheitsbrei zu werden. Außerdem gab es in allen Jahrhunderten der Geschichte ständig europaweite Entwicklungen zusammen oder auch gegeneinander. Wenn man mit offenen Augen durch europäische Städte geht, kann man das ablesen z.B. in Stadtplanung und Architektur.

Der Dirigent Christian Thielemann hat einmal gesagt, dass er an Beethoven besonders bewundert, dass er niemals aufgegeben hat trotz Taubheit und abnehmender Gesundheit.

Ich glaube, dass das als Energie zu uns über die Musik kommt:

Niemals aufgeben!


Ewa Maria Slaska
I na końcu życzenia i podziękowania ode mnie, Adminki i Redaktorki tego bloga. Dziękuję Wam wszystkim za Wasze teksty, ale jeszcze bardziej za przyjaźń, jaką od Was otrzymuję. Niech ten Nowy Rok 2021 pozwoli nam zachować to, co udało się nam ocalić w minionym roku, czyli właśnie Przyjaźń, Miłość i Solidarność.

Nie damy się!

Als Redakteurin und Administratorin dieses Blogs möchte ich mich bei Euch allen für Eure Texte bedanken, aber vielmehr sogar für die Freundschaft, die ich mit den Texten von Euch bekomme. Ich hoffe, dass das Neujahr 2021 uns erlaubt, dies zu bewahren, das wir vom vergangenen Jahr rübergerettet haben: Freundschaft, Liebe, Solidarität.

Niemals aufgeben!


Ciąg dalszy – Fortsetzung

Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Krystyna Koziewicz

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

Wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale to ważne, nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powodują, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w siną dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Przytoczony powyższy tekst napisany został w 2005 roku, kiedy na świecie życie toczyło się w miarę normalnie. Grudzień 2020 to zupełnie inna rzeczywistość, z którą każdy z osobna musi na swój sposób zmierzyć się, zaaranżować święta mając na uwadze obowiązujący reżim sanitarny. Magiczne iluminacje świąteczne, które wprowadzały nas w nastrój świętowania w tym roku wieczorową porą czarują jedynie puste, bezludne place i ulice. Jarmarki Bożonarodzeniowe, cieszące się zawsze ogromną popularnością wśród mieszkańców Niemiec, przeniosły się do Internetu, gdzie można zakupić dekoracje, prezenty, smakołyki. Tylko w gdzie niegdzie ostał się jakiś świąteczny targ, ale już bez możliwości wypicia wina korzennego. W domach towarowych gołym okiem widać ograniczoną ilość kupujących, większość przerzuciła się na zakupy online, czyli kupowanie „kota w worku”. Tak samo koncerty adwentowe, spotkania wigilijne w zakładach pracy czy spotkania Mikołajowe, wszystkie rozrywki przedświąteczne ostały się w tym roku jedynie w formie cyfrowej. Człowiek człowieka musi unikać, jak diabeł święconej wody, bo nuż złapie koronowirusa, którego nie obchodzą święta. Media coraz głośniej donoszą o prawdopodobnym wprowadzeniu całkowitego lockdownu jeszcze przed świętami. Czeka nas zatem perspektywa pozostania w domu czyli celebrowania okresu świąteczno-sylwestrowego w okrojonym składzie, często bez najbliższych, często samotnie. Nasze zwyczaje świąteczne musimy zweryfikować w zgodzie z „pakietem regulacyjnym”. Zabraknie nam ducha świąt, nie traćmy jednak nadziei, jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie!

Wesołych Świąt!