9-Euro-Ticket. Szczecin. Znowu.

Krystyna Koziewicz

Tym razem we dwie, wczesnym rankiem wybrałyśmy się do Szczecina, by zdążyć jeszcze przed rozgrzaną patelnią pozałatwiać sprawy, te prywatne i społeczne. A upał i tak nas zastał w centrum miasta, nie bardzo było się gdzie schować, szukałyśmy cienia, a w Szczecinie drzew jak na lekarstwo. Zresztą w całej Polsce stosunek do drzew, jest taki sam, jak do rzeki Odry. Człowiek uzurpował sobie prawo do dominowania nad Matką Naturą i teraz mamy to, na co sobie sami zasłużyliśmy. Sporo myśli kłębi się człowiekowi po głowie, żyjemy w czasach totalnego chaosu, codziennie konfrontowani jesteśmy z szokującymi zdarzeniami, jakie rozgrywają się na naszych oczach. Strach się bać!

Wrócę do tematu, czyli celu podróży, do Szczecina. Otóż, poza sprawami prywatnymi, jak zakupy produktów spożywczych, prasy, książki i zwykłego szwendania się po mieście, zamierzałyśmy zareklamować w szczecińskich obiektach kulturalnych projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. Chodziło nam o to, ażeby polskie instytucje przygraniczne nieco więcej dowiedziały się o życiu Polaków i Polonii w Berlinie, także o tym, co robimy dla zachowania pamięci historycznej, kulturowej. Wprawdzie po obu stronach Odry i Wisły działają liczne Partnerstwa Miast, np. Berlin ze Szczecinem, Opole z Poczdamem, czy Warszawa z Berlinem, to ostatnio zauważa się zmniejszenie dynamiki regularnych spotkań. Jeszcze do niedawna współpraca była dość widoczna i odczuwalna, tak było np. w przypadku Stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. (Partnerstwo miast Szczecina z podwójną dzielnicą Berlina Friedrichshain-Kreuzberg). Od jakiegoś czasu, kiedy stery władzy przejęło młode pokolenie (całkiem słusznie i poprawnie politycznie), zmienił się nie tylko profil działalności, ale też stosunek do aktywnych członków. Starzy, doświadczeni działacze zostali odstawieni na boczny tor, nie ma dla nich miejsca, nie ma czasu na wspólne spotkania, które pełniły rolę integrującą, ale przede wszystkim – poznawczą.

Teraz słyszmy, że coś się gdzieś dzieje, ale odbieramy to jako aktywności w zamkniętym kole wzajemnej adoracji. My, dawni, starzy członkowie stowarzyszenia na własna rękę pielęgnujemy kontakty, bo tego pragną i oczekują obie strony. Na wydarzenia polonijne prezes Polskiej Rady w dalszym ciągu zaprasza delegację ze Szczecina, a więc nie zaniechano dotychczasowych kontaktów, dbają o to zwykli członkowie. Ale niestety nie Zarząd! My – dwie autorki i redaktorka książki Śladami Muru Berlińskiego pojechałyśmy nie tak dawno do Szczecina (TU Ela Kargol pisała o tej wycieczce z biletem za 9 euro). Prezentowałyśmy naszą publikację w Książnicy Pomorskiej. Współpraca trwa w nadziei, że powróci normalność!


W niedługim czasie zrealizowany zostanie (patrz TU) projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. To właśnie z tego względu razem z Ewą wybrałyśmy się do Szczecina, zabierając ze sobą ośmiostronicową ulotkę – by w ramach współpracy przygranicznej rozpowszechnić historie prawdziwe i zapomniane.

Taki był nasz cel podróży w ramach podróży z 9 Euro. Zadanie wykonano z nawiązką. Wszyscy nasi adresaci cieszyli się, że Partnerstwo Miast Szczecin-Berlin jeszcze nie zginęło!

A propos podróży. Otóż minęła nam dość spokojnie, dwie przesiadki na trasie z Berlina do Szczecina, z powrotem tylko jedna, ale o wydłużonym czasie. O miejsce siedzące w pociągu trzeba walczyć, zdarzają się chamskie zachowania, za to częściej bywają przyjemne chwile, kiedy młoda Polka ustąpi miejsca starszym paniom lub kiedy Niemka poczęstuje cukierkiem o smaku rabarbaru. Mniamm… W restauracji w menu nie ma już ruskich pierogów, tylko ukraińskie. Ceny trochę dziwne, pierogi kosztują 22 złote, a schabowy z ziemniakami i kapustą 25 złotych. Piwo podaje się ciepłe, w kawie mrożonej natknąć się można na martwą osę, która odżyła po wyłowieniu z pucharu.

Chciałyśmy zerknąć na Odrę, ale w okolicy dworca kolejowego remonty drogowe.
Rzeka Odra spędza nam sen z powiek. Odra zatruta, Odra umiera na naszych oczach. Brak słów!
Znalezione w internecie – aforyzm o rzece:
Gdy wytną ostatnie drzewo i zatrują ostatnią rzekę, wtedy zrozumiemy, że nie da się jeść pieniędzy!

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na co dzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał sławę, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Springer. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały nad Odrę co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak sama rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakichś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana kilometrami ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülowa, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina, by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadomości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.

Quer durch Berlin

Samstag, 16. Juli um 16:00 Uhr

oder/lub: 16.07 um 16.07

Wir laden zu einem Sommerspaziergang auf dem Alter St.-Matthäus-Kirchhof ein:
Zum Besuch bei Gebrüder Grimm, Rio Reiser und Ovo Maltine

Alter St.-Matthäus-Kirchhof
Großgörschenstraße 12-14
10829 Berlin

Po polsku do poczytania tu: https://ewamaria.blog/2019/02/26/mezczyzni-na-starym-cmentarzu-sw-mateusza/

Ela, Ewa, Krysia

Wiekowa dama (dwa teksty)

Ostatnio wszyscy się tu zarzekali, wtórując Julicie Bielak, że nie lubią porad. Nie lubicie porad? No to je macie! Krystyna Koziewicz wciąż jeszcze o starości.

Krystyna Koziewicz

Gerard Dou, Czytająca

Co robić?

Niezwykle rzadko zdarza się w życiu spotkać kobietę, która w wieku 99 lat żyje nie mniej intensywnie niż niejedna sześćdziesięciolatka czy osiemdziesięciolatka. Jak dożyć tak zacnego wieku? – narzuca się pytanie? Czy zadziałały geny, a może styl życia?

Kiedy od znajomej dowiedziałam się o istnieniu wiekowej damy, naszła mnie ochota poznania tajników jej długowieczności. A nuż jest coś do podglądnięcia, naśladowania i naprawienia własnej kondycji, gdy się ma dopiero nieco ponad 70 lat.

Pierwsze spojrzenie na 99-latkę. Zaskoczył wygląd. Owszem, sporo zmarszczek ze względu na szczupłą posturę, ale że babcia czyta bez okularów, byłam naprawdę zaskoczona. Jak na swój wiek trzyma się nieźle fizycznie, choć wymaga pomocy, gdy przemieszcza się po mieszkaniu .

Credo życiowe babci w telegraficznym skrócie można scharakteryzować tak:

  • codzienny wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu, bez względu na pogodę: mróz, śnieżyca, deszcz, grad, pioruny nie stanowiły żadnej przeszkody, nie były powodem, by zrezygnować z długiego spaceru! Dla babci ważna była informacja, jaka jest temperatura na dworze, żeby się odpowiednio ubrać.
  • spożywanie posiłków w regularnych odstępach czasowych (ani minuty wcześniej, ani później).
  • codzienne czytanie książek, prasy, gry w karty, warcaby i inne planszówki.

Ponoć od lat jada potrawy składające się zawsze z tych samych produktów, toteż nic dziwnego, że nic nie mogło jej zaszkodzić: nie znała bólu głowy, brzucha, żołądka, jelit etc. Co ciekawe, rzadko poważnie chorowała. Produkty, które znajdowały się w lodówce to: masło w kilogramowych ilościach (wszystko musi pływać w maśle), dżemy własnej roboty, jajka, łosoś, piwo, warzywa, owoce sezonowe, lody, ciasto, soki jabłkowe, przecier jabłkowy i śladowe ilości mięsa.

Na śniadanie jadała bułeczkę z masłem, miodem lub z marmoladkami. Do tego kawa z mlekiem.

Na obiad ogromna porcja warzyw z ociupinką mięsa, podwieczorek: kawa bezkofeinowa, ciasteczko tortowe, a na kolacje dyżurny łosoś i szklanka piwa. W międzyczasie popijała ”kranówkę” i nic poza tym.

Znajoma Niemka opiekująca się babcią zdradziła, że wiekowa dama od lat prowadzi niezmienny tryb życia. Nigdy nie dawała się skusić na coś innego.

Dzień zaczyna od toalety – prysznic, krem, makijaż, perfumy, puder, elegancki ubiór, biżuteria.
Śniadanie połączone z czytaniem codziennej prasy od deski do deski.
Po śniadaniu załatwianie spraw domowych: wydatki, zakupy, planowanie wyjść: do teatru, cyrku, fryzjera, doktora, wyjazdy nad morze, itd.
Przed obiadem dwugodzinny spacer, w godzinach popołudniowych – odwiedziny znajomych. Po kolacji: telewizja, kąpiel i sen już o godzinie 21.00.

Z relacji dalszych członków rodziny (najbliższa nie żyje) dowiedziałam się, iż prywatne życie pani zawsze było tematem tabu. Prawdopodobnie nigdy nie była w związku, pewnie dlatego robiła to, na co miała ochotę. Całkowicie obce jej były kompromisy, nie uznawała spraw nieuzgodnionych, żadnych ustępstw! Nie krzywdziła tym uporem nikogo, ale jakiekolwiek forsowanie innych racji pozbawione było sensu. Jeśli komuś coś nie pasowało, musiał odejść lub poddać się. Materialnie była osobą niezależną, wprawdzie raczej przesadnie oszczędną, jednak czasami okazywała się niespodziewanie hojna.

Niedawno skończyła 99 lat i właściwie planowano uroczyste obchody setnych urodzin. Niestety, zmarła po ciężkim przeziębieniu, z którego nie mogła się wyleczyć.

Osobiście z uniżeniem chylę czoła, z podziwem dla wieku babci (tak o niej mówiono). Naszła mnie jednak dziwna refleksja: czy narzucona wewnętrzna dyscyplina jest właściwą receptą na długoletnie życie?

Z jednej strony niektóre nawyki, przyzwyczajenia babci byłoby dobrze przeflancować na własny grunt, z drugiej zaś strony brakowało mi zwykłego wyluzowania, spontaniczności, emocji, jakie daje miłość, tolerancja, fantazja, przygoda.

Warto było spotkać osobę, która przeżyła prawie całe stulecie. To wydarzenie godne uwagi i tym chciałam się z Wami podzielić, drodzy Czytelnicy i drogie Czytelniczki tego bloga.


Ewa Maria Slaska

Ilustracja dołączona przez Krysię do jej opowieści to portret starej holenderskiej kobiety, czytającej Biblię. To jeden z moich ulubionych obrazów. Ale ja w ogóle lubię i malarstwo holenderskie, i obrazy przedstawiające kobiety czytające.

Obraz Gerarda Dou znajduje się Rijksmuseum w Amsterdamie. Flickr zaczerpnął ze strony internetowej muzeum następującą informację:

Gerard Dou, malarz niederlandzki, żył w latach 1613-1675. Na obrazie z roku 1631 Dou tak znakomicie przedstawił nie tylko kobietę, ale i czytaną przez nią Biblię, że można dokładnie rozpoznać, że czyta ona rozdział 19 z Ewangelii wg św. Łukasza. Jest to urywek mówiący o tym, że ci, którzą chcą być dobrzy i czynić dobro, muszą oddać biednym połowę swego stanu posiadania. Jednak wiekowa dama ubrana jest w bardzo kosztowne szaty, czyli wciąż jest przywiązana do tego, co posiada.

W Biblii online znalazłam ten fragment Ewangelii: Rozdział 19, akapit I:

Zacheusz

Potem wszedł Jezus do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę (…). Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło».

Ciekawe, że interpretator muzealny twierdzi, iż trzeba oddać połowę swego stanu posiadania, aby być dobrym, ale jest to jednak przesadzone objaśnienie, bo Ewangelia głosi wyraźnie, że Zacheusz rozdał swą majętność dobrowolnie. Możemy się domyślać jedynie, że zrobił to, bo, choć był bogaty i grzeszny, pod wpływem Jezusa się nawrócił. Zrobił to, a pamiętajmy, że idąc obejrzeć wjazd Jezusa do Jerozolimy, wcale nie miał zamiaru przystępować do gromady, która za nim szła. Przeciwnie – chciał się przecież tylko pogapić. Jednak, domyślamy się, że na kim spocznie oko Pańskie, ten już został wybrany na zawsze.

Również zarzuty Interpretatora, że starsza pani nie dzieli się bogactwem z biednymi, są po pierwsze wyssane z palca, po drugie z gruntu niesłuszne. Starsza pani jest Holenderką i jako taka ma od pokoleń wpojone zobowiązania życiowe – na pewno jest surowa, powściągliwa, pracowita, oszczędna, ale też hojna dla biednych, bo jako Holenderka po prostu inaczej nie może. Zainteresowanym zgłębieniem tego tematu polecam niezwykłą lekturę, czyli Pocztówkę z Mokum Piotra Oczki.

Przeczytajcie jednak również następny akapit w Biblii, który najwyraźniej kłóci się z tym pierwszym. W następnym, zwanym potocznie przypowieścią o minach (czyli sztukach złota), dobrze czyni bowiem ten, kto pomnaża majątek. Obywatel Kalwin się kłania. To stąd zaczerpnął swą wczesnokapitalistyczną pewność, że praca i bogacenie się są miłe Bogu.

Poczułam nieprzyjemny dreszcz. Zawsze wierzyłam w postawę obywatelską Jezusa, ale przypowieść o minach (Rozdział 19, akapit II:) nauczyła mnie, starą kobietę, że jest inaczej, że Jezus, podobnie jak Kalwin był zdania, że dobrze to i sprawiedliwie oddać złoto do banku, by zarabiało na siebie.

Kto by pomyślał…

Młodości, ty nad poziomy…

Krystyna Koziewicz

Oda do młodości Mickiewicza to jeden z najważniejszych utworów literackich w naszej kulturze. Pokazuje i przeciwstawia sobie dwa pokolenia – młodych i starych, ukazując, jak ważne są zmiany i nowa energia w narodzie.
Prezydent Andrzej Duda na XXX Zjeździe Solidarności w Zakopanem zakpił sobie z pielęgniarek, odzierając je z godności zawodowej. Chciał dopiec Tuskowi, kierując do niego retorzcyne pytanie, czy mógłby sobie wyobrazić, że 67-letnia pielęgniarka – w tym wieku! – będzie zakładać mu cewnik? Nie będę komentować głupoty, po prostu nie chcę obrażać!
Impulsem do napisania tego felietonu stała się powszechna dyskusja o wypaleniu zawodowym, a więc będzie mowa o młodości i starości. Osoby starsze są niekiedy dla młodych autorytetami, są podziwiane, słuchane i szanowane. Współczesny świat promuje ludzi młodych, a w czasach kultu młodych potrzebna jest wiedza. Czy można rezygnować z mądrości starszego pokolenia? Nie można, jesteśmy fragmentem naszej historii, pokoleniem, które przyczyniło się do powstania wolnej Polski!
Przykre jest, że doświadczamy niezbyt pochlebnych wypowiedzi, że pod płaszczykiem (koniecznej oczywiście) zmiany pokoleniowej, tak naprawdę chodzi o to, kto obsadzi złotonośne stanowiska tu i ówdzie.
Owszem, wiemy wszyscy, jak ciężko jest pozbyć się niektórych dyrektorów, prezesów czy kierowników, którzy nie wnoszą niczego nowego, stosują stare formaty. Czasy się zmieniają w galopującym tempie, a z nimi priorytety, oczekiwania, potrzeby społeczne. Tymczasem konserwatyści mają się dobrze, zapewnili sobie stoicki spokój, nie wychylają się, bazują na starym rozkładzie jazdy, więc nie popełniają błędów. Teoretycznie nie ma się do czego przyczepić.
Społeczeństwu jednak potrzebni są nowi kreatywni i pracowici ludzie, zatem pozwólmy im na inwestycje energetyczne, na innowacje programowe, stosowanie lepszych rozwiązań, na otwartość, także na spory i kompromisy.
Dajmy szanse ludziom młodym! – słyszy się na różnych forach, zebraniach, konferencjach, czy podczas wyborów do władz miejskich, zarządów stowarzyszeń, Sejmu, Senatu. Wiadomo, że dla ludzi starych najwyższy punkt ich życia przeminął, oni też mieli czas swych największych wzlotów, ale to już przeszłość. Kiedyś byli w czymś lepsi, teraz już nie są. To normalne, bo nie każdy nadąża za tempem zmian i trudno się dziwić, ze, jak się dobiega sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki, te jesteśmy coraz bardziej opóźnieni.
Ale nie można też uogólniać i uważać, że człowiek stary nie ma nic do zaoferowania. Nic bardziej mylnego, i my wciąż chcemy być potrzebni, choćby służąc poradą. Mądrych, utalentowanych i inteligentnych ludzi powinni w swym gronie potrzebować również młodzi, choćby po to, żeby nie wyważać już dawno otwartych drzwi. Nikt sam, od razu nie pozna tajników zarządzania.
Dlatego osobiście preferuję model młodzi/starzy z opcją oddania, co jednak oznacza, że ci drudzy po jakimś czasie będą gotowi oddać władzę, stanowisko i pieniądze. Trzeba młodym oddać ster kierowania, ale to nie znaczy przecież, że należy wyeliminować z życia społecznego ludzi w starszym wieku, kreatywnych, z bogatym doświadczeniem, mających sukcesy, cieszących się powszechnym autorytetem, otwartychna dialog, chętnych do współpracy. Jeśli ktoś jest dobrze oceniany, idzie z duchem czasu, cieszy się uznaniem i popularnością, to niech pozostanie na swoim miejscu. Czemu nie?

Warto pamiętać, by samemu poddać się weryfikacji. Choćby dla komfortu, dla pozyskania informacji, że jestem akceptowany/a.

Ale oczywiście, ach, młodości, jesteś taka piękna!

“Życie byłoby nieskończenie szczęśliwsze, gdybyśmy rodzili się w wieku lat 80 i stopniowo zbliżali do 18”, powiedział Mark Twain.

***

Przypis od adminki: słyszeliście Państwo o sukcesie japońskiego filmu Plan 75 na festiwalu w Cannes? Chie Hayakawa, reżyserka i scenarzystka filmu, zdobyła tam niedawno Złotą Kamerę (wyróżnienie specjalne).

To historia o tym, że ukończywszy 75 rok życia, będzie się można poddać w Japonii dobrowolnej eutanazji.
Nie łudźmy się, na pewno tak kiedyś będzie. Niektórzy nawet nie mogą się doczekać.

Przepraszam, ale nie znalazłam trailera po polsku. Dziękuję Konradowi za przysłanie zwiastuna po angielsku, a przede wszystkim za poinformowanie mnie, że jest taki film i taki problem. Sama jakoś nigdy nie interesuję się tym, co się dzieje w Cannes. Zawsze mi się wydaje, że to tylko cyrk, blichtr i pogoda dla bogaczy. A tymczasem i w Cannes pojawia się poważna problematyka.

Czułość systemu zdrowotnego

Krystyna Koziewicz

Nasze życie to ciągła walka między zdrowiem i chorobą. Żadna choroba nie jest dobra dla organizmu, w którym następują zaburzenia funkcjonowania. Choroba to stan, który wcześniej czy później dotyka każdego człowieka i nie da się uniknąć wizyt lekarskich, choćby dla zapewnienia sobie własnej kontroli nad organizmem. Trzeba chodzić na badania i już! Moje dotychczasowe wizyty w gabinetach lekarskich miały różne zabarwienia emocjonalne, najczęściej jednak lekarze traktowali mnie z atencją, jako pacjenta. W gruncie rzeczy ważne jest, by w relacjach pomiędzy lekarzem a pacjentem była dobra komunikacja, oparta na zaufaniu, empatii, wzajemnym słuchaniu i adekwatnym reagowaniu. Tylko wtedy można mówić o jakości tej relacji, stworzonej przez lekarza, nie pacjenta.

Mnie jakoś w większości przypadków zawsze udawało się trafić na wyjątkowych lekarzy, którzy z powagą i empatycznie podchodzili do moich problemów zdrowotnych. Nie wszyscy jednak, dlatego po przykrych doświadczeniach nauczyłam się, że trzeba być niezwykle ostrożną i czujną. Regularne kontrole u lekarzy nie zapewniają wcale życia w błogim spokoju. Życie pokazało, że moja skłonność do systematycznych badań nie zawsze jest nagrodzona, wręcz odwrotnie, sama u siebie wykryłam objawy chorobowe, który zaprowadziły mnie na stół operacyjny. Na końcu tej drogi trzeba było przejść uciążliwą terapię, która de facto zrujnowała cały system odpornościowy. Podobnie było i teraz. Wydawało mi się, że mam niepokojące symptomy. Lekarz zlekceważył to, wychodząc z założenia, że skoro mammografia nic nie wykazała, to nie ma powodu do robienia paniki. Miałam spać spokojnie i przyjść dopiero za rok na kontrolę. No tak, tylko dlaczego krew wciąż wyciekała z piersi? Intuicja podpowiadała mi całkiem inną reakcję, dlatego zgłosiłam się po poradę do specjalisty.

Uważam, że pierwszym lekarzem zawsze jesteś ty sam, sama dla siebie. Ty i ja! To my sami musimy z czułością obserwować swoje ciało, reagować choćby na najmniejszą zmianę, która powinna być wyjaśniona, badaniami. Tu była potrzebna analiza histopatologicznym. Po prostu, nie można postawić diagnozy, bez dokładnego zbadania przyczyn. Zawsze najważniejsza jest i będzie diagnostyka, jedne są trafne i właściwe, inne błędne i nieoprawne. Wiadomo, w końcu nikt nie jest nieomylny, a lekarz lekarzowi nie równy. Trzeba o tym pamiętać samemu!

Tak się złożyło, że zachorowałam w okresie szalejącej pandemii. W Niemczech to jeszcze nie jest dramat i jak na razie żaden wielki problem, operacje się odbywają w przyspieszonym tempie, lekarze też się spieszą z przeprowadzeniem badań diagnostycznych.

Jak to było w moim przypadku?

Otóż, około dwa miesiące temu na prawej piersi pojawiły się symptomy, które mnie zaniepokoiły do tego stopnia, że już następnego dnia udałam się do lekarza, pracującego we wspólnym gabinecie z kilkoma innymi. Wiedziałam, że muszę natychmiast ten przypadek wyjaśnić, bo krwawy wyciek z jakiegokolwiek organu to zły znak. Mojego lekarza akurat tego dnia nie było w pracy. Ponieważ żaden inny lekarz nie zaproponował mi badania, poprosiłam o skierowanie do specjalisty. Otrzymałam bez problemu, w ciągu pół godziny znalazłam się u mojego dawnego lekarza, który mnie przed 22 laty operował i opiekował się mną przez ponad trzy lata. Z dobrym skutkiem. Lekarz, o dziwo, mnie zapamiętał, od razu zostałam dokładnie zbadana. Na monitorze nie było widać nic podejrzanego, wiemy jednak, że istnieją niewidoczne choroby, które są niebezpieczne dla zdrowia i życia. Lekarz zlecił zatem dalsze badania i wręczył mi skierowanie z dopiskiem „pilne”. Od razu poszłam zarejestrować się do gabinetu radiologicznego po drugiej stronie ulicy. W gabinecie natychmiast dokonano mammografii. Na ekranie, zdaniem radiologa, widać było ewidentne zagęszczenie tkanek, co oznaczało, że coś się tam jednak zaczyna patologicznie rozwijać. Uspokoiłam się, bo wyglądało to niegroźnie, co też lekarz potwierdził. Wynik był pomyślny dla mnie, zatem szybko pobiegłam do lekarza z radosną nowiną, że nie jest tak źle.

– To się dopiero okaże po dokonaniu biopsji, usłyszałam od specjalisty.

A jednak, nie było dla mnie dobrej wiadomości. W ciągu zaledwie dwóch dni dowiedziałam się, że wynik biopsji wskazuje, iż w piersi pojawiły się złośliwe komórki rakowe. Wyrok zapadł. Trzeba pierś operować! Koniec. Kropka.

Termin operacji został wyznaczony w następnym tygodniu. Od tego momentu w przyspieszonym tempie ruszyła machina urzędnicza, już wcześniej dostałam pakiet dokładnych instrukcji, co mnie czeka, gdzie, kiedy, o której godzinie?

Do szpitala zgłosiłam się dzień przed operacją, by dokonać wszelkich formalności papierkowych. Było tego całkiem sporo, mnóstwo pytań, informacji o przebytych chorobach. Zajęło mi to dobre dwie godziny, a i to tylko dlatego, że koleżanka czytała i od razu zaznaczała właściwą odpowiedź, sama nie miałabym głowy czytać długich objaśnień. Dodam jeszcze, że moja przyjaciółka Ewa zadeklarowała wszechstronną pomoc w dniu, kiedy miałam pójść do szpitala i w czasie mojego pobytu. Byłam wdzięczna losowi, że na swojej drodze spotkałam człowieka, który zasługuje na szacunek za swoje czyny. Człowiek to brzmi dumnie. Ona zawsze wie, kiedy trzeba pomóc, a kiedy nie trzeba się pchać. Nigdy wcześniej nie doznałam aż tylu dowodów człowieczeństwa. Jeszcze o tym będzie mowa!

Dzień operacji zaczął się bardzo wcześnie bo już o godzinie 5.30, odebrała mnie z domu Ewa i ku memu wielkiemu zaskoczeniu przyszła też druga przyjaciółka, Ela, która przyjechała z dalekiej dzielnicy. Dla wyjaśnienia dodam, że od dłuższego czasu tworzymy zgrane trio, nazywając się MY TRZY. W trójkę poruszamy świat z przeszłości w jego różnych aspektach, spotykamy się, jeśli któraś z nas ma coś ciekawego do pokazania, co pozwala nam interesująco spędzać wspólny czas.

– Nigdy nie będziesz szła sama! – usłyszałam dwugłos Ewy i Eli, kiedy otworzyłam drzwi wczesnym rankiem. Mojemu wzruszeniu nie było końca, była to chwila niezwykłych emocji oraz wyrazu wdzięczności, że dane mi było spotkać na swej drodze osoby o wielkim sercu. Okazuje się, że czas weryfikuje prawdziwych przyjaciół, jestem z tego powodu niezwykle szczęśliwa, że wokół siebie mam osoby, na które zawsze można liczyć.

– Dziewczyny, jesteście wielkie! Kocham Was!

Na oddziale czekały mnie szpitalne procedury, specjalna bielizna i łóżko gotowe do odjazdu punkt o godzinie 7. 15. Operacja była wyznaczona na godzinę 8.00, zatem skoro świt zostałam zawieziona na szpitalnym łóżku w długą drogę z szóstego piętra na oddział operacyjny na pierwszym piętrze. Takich jeżdżących pojazdów łóżkowych było więcej w tym dniu. Stałam jako czwarta w kolejce do różnych pomieszczeń, zmieniano mi legowisko na takie, przypominające stół, okrywano ciepłymi kołdrami, zakładano czepki, ustawiano pozycję ciała, mierzono temperaturę, ciśnienie. Po czym wreszcie nastąpiła iniekcja narkozy, podczas której siostra trzymała mnie czule za ręce. Rozmawiała ze mną o podróży do egzotycznego kraju, czułam się błogo w tym pięknym przekazie, aż do momentu kiedy zasnęłam.

Z narkozy wybudziłam się szybko, niemal zaraz, jak powiedziała siostra.

Przez pierwsze dwa dni leżałam „plackiem” w łóżku, bez ruchu, poza zmianą pozycji leżącej. To taki moment, w którym personel medyczny determinuje życie pacjenta. Nie musiałam nic robić, co chwilę byłam kontrolowana z wielką estymą. Ku memu zaskoczeniu dwukrotnie odwiedził mnie mój lekarz, ten, który mnie operował. Opatrywał ranę i nie pozwolił siostrom tego robić. Specjalny bonus? Ależ skąd, tak funkcjonuje system zdrowia w Niemczech. Miałam dobrą opiekę pomimo tego, że przy licznych pacjentach pielęgniarki miały pełne ręce roboty. Uwijały się w pocie czoła i…z uśmiechem na twarzy. Najbardziej cieszył mnie fakt, że trafiłam na lekarza, który o swoich pacjentów dbał nawet w niedzielę. Miałam też dużo szczęścia, trafiając na kompetentne pielęgniarki i lekarzy, którzy nie tylko leczą chorobę, ale też wpływają pozytywnie na samopoczucie pacjenta. Czy to było szczęście, czy normalność? Sama nie wiem? Inni pacjenci nie narzekali, okazywali wdzięczność.

Chyba jest tak, jak powinno być – dzisiaj człowiek jest dla medyków całością, leczą chore ciało, ale uwzględnia też psychikę pacjenta. To taki wyższy wymiar ludzkiej natury. Ojciec medycyny Hipokrates – lekarz Ciała i Duszy wiedział najlepiej, czego potrzebuje pacjent? Pielęgniarki i lekarze – to specyficzny zawód, ich zadaniem jest opieka i dbałość o komfort powierzonego im pacjenta. Ich reakcje i działania wpisane są w kod zawodu, którego podstawowym przesłaniem jest idea Hipokratesa – lekarz zobowiązuje się świadczyć pomoc, starając się pomagać i nigdy szkodzić pacjentom.

W systemie zdrowotnym w Niemczech wrażliwość na potrzeby chorego człowieka odczuwało się na każdym kroku!

Odeszły

Ela Kargol, Krystyna Koziewicz, Ewa Maria Slaska

Byłyśmy z nimi zaprzyjaźnione, co roku odwiedzamy ich groby, myślimy o nich, piszemy, również tu, na blogu Ewa Maria & Friends.

Chcemy o nich jutro z Wami porozmawiać – zapraszamy do Galerii NaKole na Neukölln, którą prowadzi Wiesław Fiszbach, malarz.

Viki – odeszła 11 grudnia 2020 roku zabierając ze sobą pierwszą chanukową świeczkę, pół roku po swoich urodzinach 11.06.1945.

Była zawsze świetnie ubrana, mnóstwo podróżowała, wszystkich znała, napisała kilka książek. Słynęła z z ciętych wypowiedzi i ripost. Tu kilka z nich:

Każdy ma wrogów, nie warto się przejmować, po prostu trzeba mieć więcej przyjaciół niż wrogów.
Uciekinierzy chcieliby mieć nasze problemy.
Wolę nie zarabiać, niż użerać się Urzędem Skarbowym.
Nie ma to, jak przygotować na kolację dla wegetarian porządną, soczystą pieczeń wieprzową.
Jestem niewierząca w czterech religiach.
Na zewnątrz mógł być sobie bardzo poważny i dramatyczny stan wojenny, ale ja wysyłałam moim przyjaciołom do Warszawy nie tylko leki, ale również staniki, majtki, prezerwatywy i podpaski – dla mnie to już na zawsze będzie “stanik wojenny”.

Joasia – zachorowała dwa lata temu, umarła przed rokiem – w myślach zawsze sobie mówię, że zabrał ją październik, bo i choroba, i śmierć nadeszły w tym miesiącu.

Była jedną z najaktywniejszych autorek tego bloga – pisała dużo, ciekawie, na różne tematy i nigdy nie nawalała – jak obiecała tekst, to on zawsze był. Jeśli chodzi o ilość opublikowanych wpisów w dziesięcioletniej historii tego bloga na pierwszym miejscu jestem (niestety) ja (bo muszę wypełniać wszystkie dziury), na drugim Zbigniew Milewicz (197 wpisów), na trzecim właśnie ona – 89 tekstów. Proza, eseje, reportaże z podróży. Dużo z mężem podróżowali, ostatnią wielką podróż odbyli do Peru. W ostatnim wpisie o tej podróży czytam niezwykłą wiadomość.

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie. Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją.

Wiedzieliście o tym? Bo ja nie, a w końcu studiowałam etnografię.

Irena – była taka młoda, miała 40 lat, jak odeszła. Ela Kargol zapamiętała ją, jak w ogrodzie wspięła się na drzewo, żeby zebrać śliwki. “Taka była młoda, szczupła, gibka.”

Życie boli. Boli inaczej jak głowa, zwichnięta noga, wyrwany ząb, albo rwa kulszowa. Nie pomoże pigułka. Życie jest lekoodporne.

Przyjeżdżałaś rowerem do naszego ogrodu, smukła, gibka, wysportowana. Sama jeżdżę rowerem, a więc za ten rower miałaś już u mnie dodatnie punkty i za góry. Zazdrościłam tobie twoich górskich wypraw. Bo ja też miłośniczka gór, ale bardziej w schronisku, przy gitarze i wódeczce. A ty naprawdę przemierzałaś alpejskie i tatrzańskie szlaki. Pamiętasz, jak obiecałyśmy sobie wysłać kartkę z wakacji? Wiem, że od ciebie dostałam, a ja swoją do ciebie wysłałam dopiero z Berlina.

Ewa – nie miała 60 lat, jak odeszła. Monika Wrzosek-Müller tak o niej napisała:

Była gorliwą czytelniczką, czytała książki z niesamowitym zapałem i zaparciem, dyskutowała żarliwie.
Była kochającą matką, która uwielbiała swojego syna-przyjaciela.
Była wspaniałą nauczycielką, którą uwielbiały generacje obcokrajowców przybywających do Berlina.
Była towarzyska, lubiła życie codzienne, z kawą, papierosem i kieliszkiem czerwonego wina.
Była towarzyszką dla wielu osób, którym było dane ją spotkać. Potrafiła słuchać i próbowała pomagać w rozwiązaniu problemów, zapominając często o swoich własnych.

Choroba przyszła niespodziewanie, walczyła z nią przez kilka lat, nie poddając się pesmistycznym diagnozom większości lekarzy.

Dla mnie odeszła moja bardzo bliska przyjaciółka, osoba wielkiej kultury
i charyzmy.

Maryla – odeszła tak jak Ewa i Joasia, na raka, w wieku około 60 lat. W ciągu kilku lat z Berlina zniknęły trzy charyzmatyczne tłumaczki polsko-niemieckie, takie, które potrafiły nie tylko przetłumaczyć jeden język na drugi, ale też jeden z tych krajów przetłumaczyć mieszkańcom drugiego. I to w obu kierunkach.

Od wielu tygodni jej szwagierka, Magda, pisze dla nas, Czytelników bloga o Maryli. W ostatnim wpisie napisała:

Jesień coraz bardziej kolorowa, drzewa sypią żółto-czerwonym confetti, niedługo początek listopada. Naturalnie w tym czasie więcej myślimy o bliskich, którzy odeszli, jedziemy na cmentarz, trzeba uporządkować groby, zapalić znicze, położyć świeżą wiązankę. Coraz więcej wspomnień, tych zaduszkowych, z czasu, kiedy jeszcze przychodziliśmy na cmentarze z kimś, a nie do kogoś. Te polskie Zaduszki mają jedyny w swoim rodzaju, melancholijny, podszyty smutkiem nastrój, poważny, otwierający na eschatologię. Komercyjna, jarmarczna zabawa Halloween wprowadza jakiś dysonans, przełamuje smutek i religijną powagę, pozwala na śmiech, na kpinę ze śmierci, ma zapewne łagodzić lęk egzystencjalny. Według mnie Halloween po prostu nie pasuje do tych naszych świąt. Maryla była innego zdania. Może podobała jej się groteskowość Halloween, może też dlatego że w ogóle lubiła wszelkie poważne rozmowy zamykać żartem. Może w tym jej zwyczaju kryła się jakaś myśl o nietrwałości wszystkiego, może te żarty były rodzajem przypomnienia, że nie warto wszystkiego traktować tak bardzo serio, w końcu nic nie jest wieczne, wszystko się zmienia, a wreszcie kiedyś kończy. Może w tych żartach przejawiała się jej prywatna filozofia, zakładająca konieczność zachowania stoickiego dystansu wobec tego, co nieuchronne.


Entrissen

Sie wurde uns nach kurzer schwerer Krankheit entrissen.   

Judy Kadar
24. Januar 1950 – 27. Juni 2021

Judy war Harfenistin aber auch Multi-Instrumentalistin, Co-Leiterin des Ensembles COLLAGE-forum für frühe musik berlin, Lehrerin und Mitgründerin der Historical Harp Society in USA.
Sie hat mit uns gemeinsam durch ihre Musik, ihrer Kreativität und ihrem Ausdruck fördernden Vorbild die Gestaltung unserer Musik geprägt.
Es fehlt uns ihre Intensität und tiefe Sensibilität für gemeinsames Musizieren und ihr Tod  ist ein schrecklicher, entsetzlicher Verlust – es gibt keine Worte dafür.

COLLAGE- forum für frühe musik berlin.
Larissa Ghadiali, Klaus Sonnemann

***

Krystyna Koziewicz und ich gingen im letzten Jahr zu einem Konzert von ihrer Gruppe Trecento auf dem Chamisso-Platz in Kreuzberg. Unsere Freundin, Brigitte von Ungern-Sternberg, spielte damals Flöte und Tamburin, Judy – die Harfe. Es ist der letzte Konzert von Trecento gewesen. Daher rebbloge ich hier mein eigenen Beitrag vom letzten Jahr.

Musizieren in der Zeiten der Corona

Posted on by Ewa Maria

Brigitte von Ungern-Sternberg schickte uns eine Einladung:

***

Brigitte von Ungern-Sternberg

Über den Tod von Judy Kadar sind meine Mitspieler*innen sehr sehr traurig – wir sind ohne sie musikalische Waisen.

Judy war das Herz und die Seele des Ensembles TRECENTO, die professionelle Leitung.

Ich war jährelang  Mitglied des Ensembles und es war nie langweilig. Wir haben an den unterschiedlichsten Programmen gearbeitet auf dem großen Feld der sogenannten ‚Alten Musik‘. Dies umfasst Musik von mehreren Jahrhunderten, angefangen von den Liedern der Troubadoure und der frühen Mehrstimmigkeit im Hochmittelalter bis in die Musik der Renaissance.

Die ‚Alte Musik‘ unterscheidet sich von beispielsweise einem Beethoven Quartett, dass sie zwar aufgeschrieben, aber nicht besonderen Instrumenten zugeordnet wurde. Das bedeutet, dass jedes Arrangement nach den jeweils vorhandenen Instrumenten und Sänger*innen entwickelt wird.

Man probiert aus und das Endergebnis entsteht durch die Mitwirkung aller Beteiligten – ein kollektiver Prozess! Gespielt wurde bei TRECENTO die Musik auf Harfen, Fideln, Lauten, Pommern, Schalmeien, Flöten und natürlich wurde gesungen. War ein Programm ausgereift, wurde es in dieser oder jener Berliner Kirche präsentiert und dann ein neues angefangen.

Ob es ohne Judy weitergeht?   

Vermutlich leider nicht.

Chodzenie po mieście. Tulipany.

Drugi rok pandemii i lockdownu. Drugi rok chodzimy we trzy po mieście, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja. Dziś:

Krystyna Koziewicz

Tulipanowy zawrót głowy

Parki miejskie, te wielkie otwarte przestrzenie, zielone oazy, miejsca wypoczynku i relaksu – niezwykłe, służące mieszkańcom miast. „Wszystko, co możesz sobie wyobrazić, Natura już stworzyła”, powiedział Albert Einstein. Zachwyt, patrzenie na piękno jest pierwszym krokiem do oczyszczenia umysłu z nagromadzonych emocji życia codziennego. Człowiek potrzebuje oderwania się od rzeczywistości, która ostatnimi czasy sporo namieszała nam w głowie i popsuła szyki. Obcowanie z pięknem wywołuje dobroczynne zmiany w sferze wewnętrznej człowieka.

„Wiosna, pięknieje wkoło świat”, śpiewali Skaldowie. „Wiosna, ach to ty” – Marek Grechuta. Ziemia zaczyna pokazywać swoje najpiękniejsze oblicze, którego cywilizowany świat chyba jednak nie potrafi docenić, trwoniąc dorobek minionych i niszcząc egzystencję przyszłych pokoleń. Wrrr…

Nasze spacery po mieście stały się sposobem nie tylko na wspólne pogawędki, ale także poznawania miasta, w którym żyjemy. Pandemia spowodowała konieczność przystosowania się do reguł, które wyznaczają obywatelom rządzący. Społeczeństwo niemieckie dość pokornie znosi wszelkie ograniczenia. My również nie załamałyśmy rąk i nie skazałyśmy się na siedzenie na kanapie przed telewizorem. We trzy udało nam się skrzyknąć do wspólnego spacerowania, początkowo po dzielnicach, w których mieszkamy. Potem szło już wszystko jak przysłowiowego płatka w całym Berlinie.

Kilka dni temu, pod koniec kwietnia, kiedy wreszcie słońce zaczęło mocniej przygrzewać, udałyśmy się do parku Britzer Garten, zobaczyć słynny pokaz kwitnących tulipanów. Nie było to takie znowu proste, przyjść ot tak sobie w dowolnym czasie, kupić bilet i zażywać wolności, swobody, jak to było jeszcze rok temu. Najpierw trzeba zgłosić się online i jeśli się miało szczęście, to trafiło się na dobry przedział czasu, jak to było w naszym przypadku. Godzina 11.00 do 11.50 to czas, jaki nam został przydzielony na zwiedzanie tulipanowego miejsca. Jednym słowem reglamentowana radość podziwiania tulipanów, w całej ich okazałości. Na pociechę dodam, że chodzenie po parku nie podlega żadnym ograniczeniom.

Tulipan – jego nazwa wywodzi się od perskiego słowa dolbend, którym określa się materiał na turban, noszony na głowie przez mężczyzn, a przypominający kształtem kwiat tulipana. Tulipany – te wiosenne kwiaty, jakże pełne wdzięku i uroku, od wieków budzą zachwyt, cieszą oko, wzbudzają natchnienie i ciekawość. Zajmują nie tylko ważne miejsce w świecie roślin, są naturalną dekoracją w naszych ogrodach, domach. Na kuli ziemskiej istnieje ok. 120 gatunków oraz 15 tysięcy odmian tulipanów. Tak wielka ich ilość wynika z faktu, iż od początku uprawy ogrodnicy, niewątpliwie zafascynowani urodą tych kwiatów, próbowali, poprzez krzyżowanie uzyskiwać kwiaty o nowych kształtach, wielkościach i barwach. Tulipan w naturze występuje głównie na terenie Azji – począwszy od Japonii, poprzez północno-wschodnie Chiny, Azję Środkową po Bliski Wschód, pojawia się też i dalej, choć w mniejszym nasileniu, na terenach północnej Afryki i południowej Europy.

Na początku XVII wieku Holandię ogarnęło szaleństwo zwane “tulipomanią”, cebulka kwiatu kosztowała tyle, co dom!

Znaczenie tulipanów jest zależne od barwy ich płatków. A zatem według mowy kwiatów żółte tulipany oznaczają radość, pogodę myśli i uśmiech, czerwone miłość, a czarne – niezwykły ogrodniczy kunszt, bo czarnych tulipanów w naturze nie ma.

Nie ma chyba dużego miasta w Europie, gdzie by się nie dało pójść wiosną na święto kwiatów, często właśnie tulipanów. Kwitnące tulipany w Britzer Garten to wspaniała uczta dla wzroku i węchu – piękne, naturalne niejako krajobrazy, łąki i łany kwiatów, nie tylko tulipanów, bo są też narcyzy, żonkile, szafirki, szachownice cesarskie, kwitną drzewa owocowe i krzaki forsycji, ale oczywiście najważniejsze są tulipany – na łąkach i kwiatowych dywanach, pojedynczo i układając się w kompozycje biało-zielone, czerwono-fioletowe, albo żółte i różowe. Jakaż to wspaniała wiosenna przyjemność, której nie odebrał nam żaden lockdown! Odpoczywamy na ławeczce, kładziemy się na trawie, jak wiosenne koty rozkoszujemy się barwami i aromatami. Niech całe piękno zamiast słów odda poniższa galeria zdjęć!
(zdjęcia są większe, niż to co widać, wystarczy kliknąć!)