10 lat temu Tomasz Fetzki przygotował na 17 września wpis, który dziś proponuje w nieco zmienionej wersji:
Nieprzeliczone dzieci Soso
Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne (to, czego w ostatnich latach dowiedzieliśmy się na temat jego życia prywatnego, na ocenę twórczości nie wpływa). Pieśń, której za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstała w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Utwór mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.
Już po nas – i choć nie na zawsze, to z pewnością na tę chwilę. Co do własnego żywota, nie żywię już żadnych nadziei. Poddałam się woli Bożej i w owym uległym przyjęciu wyroków Niebios znajduję teraz spokój; w spokoju zaś owym, acz pozbawionym ziemskiego szczęścia, doznaję czegoś znacznie wyższego – błogości ducha. Coraz jaśniej pojmuję, iż wszystko poniekąd tak właśnie dokonać się musiało. Boska Opatrzność niewątpliwie zapowiada nowy stan świata; idzie nowy porządek rzeczy, jako że dawny przeżył się i w samym sobie zwątlały – upada. Zasnęliśmy na laurach Fryderyka Wielkiego, który, będąc panem swego wieku, stworzył nową epokę. Myśmy wraz z nią nie postąpili, przeto nas wyprzedziła. Nikt nie pojmuje tego jaśniej niż sam Król. Przed chwilą jeszcze wiodłam z nim o tym długą rozmowę, a on, zamyślony w sobie, powtarzał raz po razu: „I u nas musi się to odmienić”. Nawet to, co najlepsze i najbardziej przemyślane, bierze w łeb, a cesarz francuski przebieglejszy jest przynajmniej i zręczniejszy. Choć Rosjanie i Prusacy walczyli jak lwy, musieliśmy – choć nie złamani do cna – ustąpić z pola, nieprzyjaciel zaś utrzymał przewagę. Od niego wiele nauczyć się możemy, a to, co poczynił i dokonał, nie pójdzie na marne. Bluźnierstwem byłoby rzec, iż Bóg jest z nim, niemniej jawnie stanowi on narzędzie w ręku Wszechmocnego, by pogrzebać to, co dawne, a co choć wrosło głęboko w sprawy tego świata, życia w sobie już nie ma. Zapewne nastanie poprawa – zaręcza o tym wiara w Istotę Najdoskonalszą. Lecz dobro na świecie zaistnieć może jedynie przez ludzi dobrych. Przeto nie wierzę, by cesarz Napoleon Bonaparte siedział mocno i bezpiecznie na swym – dziś wprawdzie olśniewającym – tronie. Trwałość i spokój dają jedynie prawda i sprawiedliwość, on zaś kieruje się tylko polityką, to jest chytrością, i nie baczy na prawa wiekuiste, lecz na okoliczności takie, jakimi w danej chwili są. Tym samym plami swe rządy mnogą niesprawiedliwością. Nie żywi on szlachetnych zamiarów wobec dobrej sprawy ani wobec ludzi; on i jego niezmierzona pycha mają na oku jedynie siebie i własny interes. Podziwiać go można bardziej, aniżeli miłować. Oślepiony własnym szczęściem, mniema, iż zdoła wszystkiemu podołać. Przy tym brak mu wszelkiego umiaru, a kto miary utrzymać nie potrafi, ten traci równowagę i upada. Wierzę mocno w Boga, a przeto i w moralny porządek świata. Tego zaś w panowaniu przemocy nie dostrzegam; żywię przeto nadzieję, iż po obecnym niedobrym czasie nastanie lepszy. Owego poprawienia losu spodziewają się, pragną go i oczekują wszyscy szlachetniejsi ludzie, a pienia pochwalne na cześć teraźniejszości i jej wielkiego bohatera nie powinny nikogo mamić. Wszystko, co się stało i dzieje, nie jest niechybnie kreską wieńczącą dzieło, lecz jedynie torowaniem drogi do wyższego celu. Cel owy zda się wszakże leżeć w dalekiej przyszłości; zapewne nie dożyjemy jego urzeczywistnienia i przyjdzie nam zgasnąć przed czasem. Niech się dzieje wola Boża; wszystko według Jego woli. Jednakowoż znajduję pociechę, siłę, odwagę i pogodę ducha w owym głębokim nadziei porywie, który tkwi w mej duszy. Wszak wszystko na tym świecie jest tylko przejściem! Musimy przez to przebyć. Bądźmy tylko pomni, by z każdym dniem stawać się dojrzalszymi i lepszymi. Oto ma Pan, drogi Ojcze, moje polityczne wyznanie wiary – tak dalece, jak białogłowa potrafi je skreślić i usystematyzować. Niechaj ma ono swoje ułomności, ja czuję się z nim dobrze, racz mi Pan jednak darować, iż niepokoję Go tymi uwagami. Widzi Pan z tego przynajmniej, że i w nieszczęściu ma w mej osobie pobożną i uległą córkę, oraz że zasady chrześcijańskiej bojaźni Bożej, które zawdzięczam Pańskim naukom i pobożnemu przykładowi, wydały i wydawać będą owoce, dopóki tchu we mnie starczy. Z radością posłuchasz, drogi Ojcze, iż nieszczęście, które na nas spadło, nie wkradło się w nasze życie małżeńskie i domowe; owszem, raczej je umocniło i uczyniło nas sobie jeszcze droższymi. Król, ten najszlachetniejszy z ludzi, jest łaskawszy i pełen miłości bardziej niż kiedykolwiek. Częstokroć zdaje mi się widzieć w nim dawnego adoratora i narzeczonego. Bardziej w czynach aniżeli w słowach dostrzegam dbałość, jaką we wszystkim mi okazuje, a jeszcze wczoraj rzekł do mnie prosto i serdecznie, patrząc mi w oczy swym wiernym wzrokiem: „Ty, droga Luizo! stałaś mi się w nieszczęściu jeszcze droższa i milsza. Teraz wiem z doświadczenia, jaki skarb mam w Tobie. Niechaj na dworze szaleje burza – byleby w naszym małżeństwie była i trwała dobra pogoda. Z owej to wielkiej miłości ku Tobie dałem naszej nowo narodzonej córeczce imię Luiza. Oby wyrosła na drugą Luizę!” – Do łez rozczuliła mnie ta dobroć. Jest moją dumą, radością i szczęściem posiadać miłość i zadowolenie najlepszego z mężów, a iż miłuję go z całego serca wzajemnie i tak jesteśmy ze sobą jednacy, że wola jednego jest wolą drugiego, łatwo mi przychodzi ową szczęśliwą jedność, z latami ugruntowaną, zachować. Słowem: podoba mi się on pod każdym względem, ja zaś jemu, a najlepiej nam, gdy jesteśmy razem. Wybacz, drogi Ojcze, iż mówię to z pewną chełpliwością; jest to jedynie nieskryty wyraz mojego szczęścia, które nikomu na świecie nie leży bardziej na sercu niż Panu, najdroższy, najczulszy Ojcze! Wobec innych ludzi – czego nauczyłam się również od Króla – wolę o tym nie mówić; dosyć, że sami o tym wiemy. Dzieci nasze są naszym skarbem, a oczy nasze odpoczywają na nich z pełnym zadowoleniem i nadzieją. Następca tronu pełen jest życia i ducha. Posiada wyśmienite talenty, które pomyślnie się rozwijają i kształtują. Jest szczery we wszystkich swych uczuciach i słowach, a jego żwawość czyni jakąkolwiek udawaną postawę niemożliwą. Z doskonałym skutkiem uczy się historii, a to, co wielkie i dobre, pociąga jego idealistyczny umysł. Posiada wielką pojętność dla rzeczy dowcipnych, a jego komiczne, zaskakujące koncepty nader przyjemnie nas bawią. Niezwykle przywiązany jest do matki i nie mógłby być czystszym, niż jest. Bardzo go miłuję i często rozmawiam z nim o tym, jak to będzie, gdy pewnego dnia zostanie królem. Nasz syn Wilhelm (pozwól, czcigodny Dziadku, iż przedstawię Panu Pańskich wnuków po kolei) wyrośnie – jeśli mnie wszystko nie myli – jak jego ojciec: na człowieka prostego, poczciwego i rozsądnego. Równie i z powierzchowności najbardziej jest do niego podobny, choć zda mi się, iż nie będzie aż tak urodziwy. Widzi Pan, drogi Ojcze, że wciąż jestem zakochana w swoim mężu. Nasza córka Charlotte sprawia mi coraz więcej radości; jest wprawdzie skryta i zamyślona w sobie, lecz kryje pod pozornie chłodną powłoką – tak jak jej ojciec – gorące, współczujące serce. Bywa niby obojętna, lecz ma w sobie wiele miłości i czułości. Stąd też bierze się pewne dostojeństwo w jej obejściu. Jeśli Bóg zachowa ją przy życiu, przeczuwam dla niej świetną przyszłość. Carl jest dobroduszny, wesoły, poczciwy i utalentowany; tak samo dobrze rozwija się na ciele, jak i na duchu. Częstokroć miewa naiwne pomysły, które pobudzają nas do śmiechu. Jest pogodny i dowcipny. Jego nieustanne pytania wprawiają mię nierzadko w ambaras, gdyż nie potrafię bądź nie powinnam na nie odpowiadać; świadczy to jednak o jego żądzy wiedzy – a czasem, gdy się chytrze uśmiecha, także o zwykłej ciekawości. Nie tracąc współczucia dla doli i niedoli innych, przejdzie przez życie lekko i z radością. Nasza córka Aleksandryna, jak dziewczęta w jej wieku i o jej naturze, jest przymilna i dziecięca. Okazuje bystrość pojmowania, żywą wyobraźnię i potrafi się często szczerze śmiać. Do spraw komicznych ma wielki zmysł i wrażliwość. Posiada skłonność do satyry, zachowując przy tym poważną minę, co jednak nie szkodzi jej dobroci serca. O małej Luizie nic jeszcze rzec nie można. Ma profil swego poczciwego ojca i oczy Króla, tylko nieco jaśniejsze. Nosi imię Luiza; oby stała się podobna do swej prababki, uroczej i pobożnej Luizy Orańskiej, szacownej małżonki Wielkiego Elektora. Oto przedstawiłam Panu, ukochany Ojcze, całą moją galerię. Powie Pan zapewne: oto matka ślepo zakochana w swych dzieciach, która widzi w nich tylko dobro, na ułomności zaś i błędy jest ślepa. I w istocie, złych skłonności, które budziłyby obawę o przyszłość, u żadnego nie dostrzegam. Mają, jak i inne dzieci, swoje narowistości, lecz te znikną z czasem, w miarę jak nabiorą rozsądku. Okoliczności i stosunki wychowują człowieka, a dla naszych dzieci dobrze to może, iż poznają surową stronę życia już w młodości. Gdyby wzrastały w łonie dostatku i wygody, mniemałyby, iż tak być musi. Że jednak stać się może inaczej, widzą po zatroskanym obliczu ojca tudzież po smętku i częstych łzach matki. Szczególnie zbawienne jest dla następcy tronu, iż poznaje nieszczęście już jako młodzieniec; tym wyżej cenić będzie pomyślność i tym troskliwiej będzie jej strzegł, gdy – jak ufam – nastaną dlań w przyszłości lepsze czasy. Moja piecza poświęcona jest dzieciom bezustannie i codziennie proszę Boga w moich modlitwach, w których je zawieram, aby im błogosławił i nie odbierał im swego dobrego Ducha. Z zacnym (doktorem) Hufelandem zgadzam się w tych sprawach w zupełności. Dba on nie tylko o fizyczną pomyślność moich dzieci, lecz pamięta i o ich duchu; a poczciwy, szczery Borowsky, którego Król chętnie widzi i poważa, umacnia nas w tym. Jeśli Bóg zachowa mi dzieci, zachowa moje najobfitsze skarby, których nikt mi wydrzeć nie zdoła. Niech się dzieje, co chce – w łączności z naszymi dobrymi dziećmi będziemy wielokroć szczęśliwi. Piszę to Panu, ukochany Ojcze, abyś z spokojem o nas myślał. Łaskawej pamięci Pańskiej polecam mojego męża, jak też i dzieci nasze, które całują rączki czcigodnemu Dziadkowi, ja zaś jestem i pozostaję, najdroższy Ojcze, Pańską wdzięczną córką
***
Garść wyjaśnień:
Luiza (Louise) była żoną króla Fryderyka Wilhelma. Urodziła się w roku 1776, zmarła w roku 1810. Była matką dziesięciorga królewskich dzieci, z których siedmioro przeżyło. Wspomniany przez nią pierworodny syn, Wilhelm, zostanie najpierw królem, a w roku 1871 – cesarzem. Bonaparte, w chwili gdy Luiza pisała ten list niepokonany zwycięzca, już w pięć lat później przegra wielką bitwę pod Lipskiem, zwaną Bitwą Narodów, tę, w której w nurcie Elstery zginie polski książę Józef Poniatowski. Luiza, która wierzyła, że Napoleon musi przegrać, tego momentu jednak nie dożyła.
Na blogu pojawiała się już wielokrotnie, i ona sama, i w słynnej rzeźbie z siostrą – trzeba poszukać.
Seit den letzten Juli-Tagen wissen alle Europäer, dass es Ceuta gibt, die spanische Enklave auf der marokkanischen Seite des Mittelmeers. Jetzt wissen wir es, weil gerade 60 bis 70 Tausend Menschen versucht haben, von Marokko aus das spanische Territorium – und damit auch die EU? – zu erreichen.
Wehwaltland, bądź na porzuconym cmentarzu jedynym stabilnym gruntem są kamienie z roztrzaskanych nagrobków, co jest niestety nie metaforą a obserwacją praktyczną, wraz z kilkoma spostrzeżeniami z okazji nadchodzącego zaćmienia słońca.
Pamiętasz, jak lubiłem Platona. Dziś wiem, że kłamał. Bo w rzeczach ziemskich nie odbija się ideał, ale leży ciężka, krwawa praca człowieka.
Zanim oddam głos autorowi chciałabym jako Adminka podziękować mu za te teksty o dworze w Cieszkowie i świecie, który odszedł bezpowrotnie. Nieodmiennie mnie wzruszają, a i Wy, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, bardzo chętnie je czytacie.
Tadeusz Rogala
Historia alei lipowych cieszkowskiego dworu
„Gdyby te drzewa umiały mówić, to dopiero by nam wygarnęły” – powiedział mi kiedyś starszy człowiek z Ponidzia, którego przodkowie od dziada pradziada zamieszkiwali tę krainę. Byli to ludzie o karkach twardych jak stal, nieugięci i niekłaniający się byle komu. Przez wieki ich życiowa mądrość wyprzedzała formalne ich wykształcenie.
Byli potomkami wojowników Konrada Mazowieckiego, który, dążąc do zdobycia dzielnicy krakowskiej, ustanowił granicę na Nidzie i osadził nad nią swoich rycerzy. Z biegiem czasu rycerze ci weszli do stanu chłopskiego. To ludzie, których przodkowie stanowili załogę zamku w Pełczyskach, wywodzącą się jeszcze z rycerstwa Władysława Łokietka. Po potopie szwedzkim wielu z nich popadło jednak w nędzę.
Die erste Hälfte des 20. Jahrhundert war eine Zeit der ‘Völkerwanderung’ freiwillig oder unfreiwillig. Die Umsiedlung war freiwillig, aber es war dennoch ein Verlust der Heimat.
Die Fotos werden in einer Ausstellung im Mentzendorff Haus gezeigt. Dort hat der deutsch-lettische Verein DOMUS RIGENSIS seinen Sitz.
Gefunden wurden die Fotos irgendwo auf einem lettischen Speicher, glaube ich. Im Internet habe ich keinen Hinweis auf die Ausstellung gefunden. Sie war vielleicht ziemlich improvisiert.
Byłam w Poznaniu. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Urodziłam się w tym mieście, tam dorastałam, tam przeżyłam swoje najpiękniejsze, bo młode lata.
Na Junikowie w Poznaniu mam już miejsce w grobie rodzinnym, choć o tym, czy będzie to ostatecznie moje miejsce, zadecyduje i tak rodzina. Mnie natomiast w zaświaty jeszcze się nie spieszy.
Berlin, w którym mieszkam od wielu lat i znacznie dłużej, niż mieszkałam w Poznaniu – jest dziś moim miastem. Jestem tu trochę z przypadku a teraz już z przyzwyczajenia, ze względu na rodzinę, na skromną emeryturę, na zasiedzenie i kilka innych powodów, które pewnie też by się znalazły. Na pewno jednak nie ze względu na sentymenty, korzenie czy groby przodków, bo te są gdzie indziej.
Neptun mnie rozczarował. Zapamiętałam go jako znacznie większego. Oczywiście wtedy byłam dzieckiem, więc proporcje wyglądały inaczej. Dziś ginie trochę w cieniu wyższych kamienic, kościołów, ratusza i wszystkiego, co wokół się dzieje. A przecież to Neptun, król mórz, wiekowy strażnik Dworu Artusa, któremu udało się uniknąć przetopienia na armaty. A że król bywa nagi, stąd pewnie często ginął jego listek figowy, czyli płetwa konia morskiego, która listek udaje.
Do Gdańska pojechałam nieprzygotowana, nie odświeżając sobie wiedzy o mieście, nie pytając o nic adminki – Gdańszczanki, nie czytając przewodników. Chciałam, żeby miasto samo mnie prowadziło. Po części się udało, po części błądziłam.
Victoria de Grazias Buch über die Karriere des Attilio Teruzzi: „Der perfekte Faschist. Eine Geschichte von Liebe, Macht und Gewalt“ (deutsch Berlin 2024)
Michael G. Müller
Wenn jemand etwas über das Innenleben des italienischen Faschismus sagen kann, dann ist das Victoria de Grazia. International berühmt geworden ist die italienisch-amerikanische Historikerin schon vor langer Zeit durch zwei bahnbrechende historische Studien: The Culture of Consent: Mass Organization of Leisure in Fascist Italy (Cambridge 1981) und How Fascism Ruled Women: Italy, 1922–1945 (Berkeley 1993). Ihr neuer, eben bahnbrechender Ansatz: Anstatt die Ideologie des italienischen Faschismus und die „große Politik“ des Mussolini-Regimes zum Gegenstand zu machen, interessierte und interessiert sie sich dafür, wie der Faschismus in der italienischen Gesellschaft funktionierte. Wie wurden ganz normale Italiener zu Faschisten? Was bedeutete, ein Faschist zu sein und wie konsequent faschistisch waren eigentlich die führenden Faschisten selbst?