Corona X

Ela Kargol

Korona

13 i wcale nie w piątek, ale 13 października w czwartek zostałam ukoronowana. Korona należy mi się z urzędu, ze względu na imię, ale długo o nią nie zabiegałam. Teraz udało mi się nawet wyprzedzić księcia Karola, bo on musi poczekać do następnego roku. Choć chyba królem już jest i te koronę o której piszę, też już zakładał i ściągał.
Mam nadzieję, że do czasu koronacji księcia Karola, ja już będę bez korony i moi bliscy też abdykują.

Korona, a właściwie koronawirus pojawił się w mediach jakieś trzy lata temu, poza mediami na pewno dużo wcześniej.
Pandemia COVID-19 – pandemia zakaźnej choroby COVID-19 wywoływanej przez koronawirusa SARS-CoV-2. Rozpoczęła się jako epidemia 17 listopada 2019 w mieście Wuhan, w prowincji Hubei, w środkowych Chinach, a 11 marca 2020 została uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za pandemię, tyle wikipedia.

Najpierw była daleko w Chinach i nikt się nie spodziewał, że dotrze do cywilizowanej Europy. A jeśli dotrze, to w małych ilościach i okaże się ptasią grypą, no, albo czymś takim, co nie przyniesie aż tyle zła i każdy sobie z tym poradzi.
Nie pamiętam, gdzie pojawiła się pierwszy raz w Europie. Byliśmy wtedy w Budapeszcie i na lotnisku niektórzy zakrywali twarze. Wszyscy z zaciekawieniem na nich spoglądali. Potem się zaczęło. Pierwsze maski, szyte nieudolnie, z resztek materiałów, resztek bielizny. Śmialiśmy się z mężem do rozpuku, widząc pana w szczecińskim tramwaju z maską, której pierwotne zastosowanie można było od razu rozpoznać. Rozczulała mnie dziewczynka z maską wydzierganą szydełkiem z lalką w bliźniaczej masce. Pierwsi chorzy, pierwsze zgony, setni chorzy, setne zgony. Zamykanie zakładów pracy, szkół, sklepów, kin, teatrów, placów zabaw, lasów, nawet szpitali, granic.

Strach przed nieznanym.

Kwarantanny po przyjeździe, kwarantanny po wyjeździe, kwarantanny i jak je obejść? Jak pojechać z Berlina do Poznania, gdy granice zamknięte, gdy pociągi nie jeżdżą? Pamiętam, jak przyszedł taki kosmonauta w pociągu i zmierzył nam temperaturę, potem musiałam coś wypełnić, czuliśmy się wszyscy obserwowani, zapisani, śledzono nas. Nasz każdy krok był gdzieś odnotowany. W Polsce przyjeżdżała policja pod dom, trzeba było wyłonić się z okna. Nie wszyscy się rejestrowali, przyznawali do objawów. Ktoś przecież musiał zadbać o dom, o zakupy, o zwykle życie. Dopiero teraz, gdy wirus mnie i moją rodzinę odwiedził, rozumiem tych, którzy się nie testują, wtedy śpią spokojnie, robią zakupy, chodzą do pracy, zarażają innych, ale nie są naznaczeni, żeby nie powiedzieć zadżumieni i wykluczeni.
Odizolowanie narobiło być może więcej szkód niż sama choroba. Ludzie stracili dorobek życia czy pracę, popadli w depresję.

Wnuczka w trzeciej klasie szkoły podstawowej nie umie czytać. Wnuk ogranicza kontakty z kolegami tylko do szkoły. Rzadko spotyka się z kimś poza szkołą. Ucieka w świat wirtualny, nauczyła go tego pandemia. Ja bojkotuję wszystko, co online, bo całe szczęście wyrosłam w innych czasach. Ale ja sobie mogę pozwolić na bojkot. Nie pracuję zawodowo i już nic nie muszę.
Gdy córka zrobiłą mi termin porady w niemieckim ZUSie, termin online, robiłam wszystko, żeby go odmówić i do tej pory przesuwam termin, na taki, żeby rozmawiać z prawdziwym człowiekiem, twarzą w twarz, niech już będzie za szybą, pleksją, w masce.

Wirus i tak stracił na powadze, na sile, na skuteczności. Całe szczęście!

Proszę mnie źle nie zrozumieć, ja go nie bagatelizuję, jestem mu wdzięczna, że dopiero teraz mnie dopadł, a nie wcześniej, gdy byłam poważnie chora, a jego odmiany były dużo silniejsze w działaniu, niż teraz. Nadal zabija, jak grypa, rak, zawał, wypadki uliczne czy starość i nadal nie wiemy jakie długotrwale spustoszenia zrobi w naszym organizmie. Nie wiemy też, jakie skutki spowodują szczepienia. Co do ich skuteczności mam też pewne wątpliwości. Ale szczepić się będę. Moje piąte szczepienie, przewidziane na listopad, przesunie się o jakieś pół roku.
Jedyną osobą, która nie zachorowała w naszej rodzinie jest moja ośmioletnia wnuczka, nieszczepiona.


Koronę lubi sobie czasem założyć na głowę.

A ja? Przez okno spoglądam na złotą jesień i już nie mogę się doczekać wyjścia z domu, na razie tylko do „testowni“.

Paryskie złudzenia (2)

Mieczysław Bonisławski

Dokończenie opowiadania, którego pierwsza część została opublikowana wczoraj.

Z pamiętnika Natalii:

Piątek
Znów nie doszło do spotkania z A. Jak żyć?
Było wiadome: katana dopiero po szesnastej – wspaniała wyszła: wzorowana na kowbojskich bluzach, ale nie z jeansu, z materiału – a wieczorem „Pod psa”. Pomiędzy czas na A.
Alu, musisz zrozumieć. Katana przedłużyła się. Została mi godzina. Lepiej było iść pod Instytut i zaczekać tam na niego, niż wpaść do Ciebie i zaraz lecieć. Hm, musisz aby…?
Zimnem i upokorzeniem płacisz za uchybienia wobec przyjaźni! Z. nie wychodził z zajęć, a tu deszcz, wiatr, mróz i pełno studentów, którzy nic nie rozumieli. Ach, chociaż Ty wybacz i zrozum, pociesz. W ciemnościach nie było widać pięknej, nowej katany, nikt nie mógł wiedzieć, kto ma wyjść z Instytutu, była tylko rozczochrana, zakatarzona cipa, przestępująca z nogi na nogę w zabłoconych czółenkach. Wyobrażasz sobie?!
Północ. Znów syreny na szosie. Czemu one brzmią tak łapczywie? We wtorek musi się znaleźć czas dla A.

Wtorek
A. dopytywała się jak było w piątek. Z. zachował się wspaniale, ale co to obchodzi A.? Pewne rzeczy są prywatną sprawą. No i skończyło się małą kłótnią:
N: Z. jest super męskim facetem, nie wciąga się w te płytkie dyskusje. A jak zgasił Renate!
A.: Nie widzę w tym męskości. Jest racjonalny. Zresztą co ty z tym całymudomowionym” [wyraz nieczytelny, mocno, kilkakrotnie przekreślony] masz za pojęcie o wolności?
N.: Wytłumacz mi co chciałaś powiedzieć przez to, że „udomowiony”? Dlaczego zresztą masz pretensje do kogoś, kogo nie znasz, co ty, zazdrosna jesteś?
A.: No wiesz! Dobra, przyjdź teraz koniecznie z gitarą, zaśpiewasz mi, wiesz, to…
N.: Nie, poczekaj Alu, ja cię proszę, wyjaśnij mi to, co powiedziałaś.
A.: Zastanów się kim jesteś? Robisz co chcesz, nie hamuje cię bieda, ani nieodpowiedni dom, z którego mogłabyś pochodzić. Skąd wiesz, co czuje robotnik? Ja otarłam się o niewolę…
N.: Sama ją wybrałaś!
A.: Nie przerywaj, co to ma do rzeczy?
N.: No mów, ale spłycasz to wszystko.
A.: Jak kogoś z was pozbawić wolności, to powie, że to nie teoria, że nie jest wszystko jedno. Dwie wolności? W reżimie człowiek przeskoczy barierę lojalności. W demokracji rynkowej pokonanie bariery kapitału jest nieosiągalne. Nie widzisz tej prostej rzeczy?
N.: A twój problem do czego się sprowadza?
A. zamilkła i obraziła się. Ale się narobiło. Tym bardziej w piątek nie mogę zawieść!

Piątek
A. w najgorszych snach nie jest w stanie oddać upadku tych studentów. I Z. z nimi!

[wtrącony zupełnie bez związku fragment, opatrzony dopiskiem, wskazującym na Alice (A.)]

Słuchaj. Usiadłabyś trochę na mym miejscu. Zrozum, ja się już duszę, zrobię wszystko, by tylko wyjść, co tylko mi zaproponują! Ja choć wiem skąd to wszystko, nic na siłę. Lojalność. Nie ma za wysokiej ceny, chcą jej, to ją mają. A co w tej rynkowej demokracji?

Pieniędzy z posłuszeństwa nie utoczysz. Nie, to nie wszystko jedno… Dać im zgodę, może każdy, mieć pieniądze, to przywilej wybranych, nie do przeskoczenia dla pozostałych. Czy ty choć trochę mnie rozumiesz?

[ciąg dalszy bieżącego wpisu]

Wpierw trzeba ten wczorajszy dzień ustawić po kolei.

Do obiadu zwyczajna szkoła. Sabine cały dzień tłumaczyła z polskiego na hiszpański wiersz o terrorze generała Franco. „Segur que tomba, tomba, tomba”. Dla tego jej „Poety”, ona teraz z nim śpiewa… A przecież dwa tygodnie temu była jeszcze nieugiętym filozofem rewolucji.

Tłumaczenie wierszy na lekcji nie sprzyja udzielaniu sensownych odpowiedzi nauczycielom – czy dwie „pały” jednego dnia to duża czy mała ofiara Sabiny? Swoją drogą mają rację ci co twierdzą, że likwidacja psychotronicznego, tego fajnego, zdalnego nauczania i wprowadzenie szkoły z fizycznym byciem w klasie, służy wyłącznie totalnej inwigilacji i kontroli.

Obiad. W domu nic do roboty, zatem spotkanie w klasztorze z A. – bez opóźnień. Następnym razem pamiętać o tej… gitarze!

Spotkanie „Pod psem” bez wyczekiwania pod uczelnią na najwspanialszych nawet facetów. Za to rozmowa z księdzem od A.

Jakie straszne rzeczy, lepiej by było marznąć pod Instytutem. Ponoć, a to pewna wiadomość, A. jest pod obserwacją, każdy jej krok, słowo są znane władzy. Do klasztoru nikt nie wnikł, ale przecież szczepiła się. Ma czipa. A poza tym „Pod psem” zbierają się różni. Pytanie o wiedzę na temat A. Tak, ukryła się, bo po śmierci swej mamy groziła z pistoletu jednemu facetowi.

[zbitek swobodnie, bez związku wpisanych zdań, opatrzonych uwagą: „Z. wykpiwa niepokój Natalii jak tylko zwierzyła się z rozmowy z księdzem. Pozostali studenci też”]

– Sabi, pisałaś piosenkę? Za dwie gały, no, łeb do góry, to konieczna ofiara. A gdzie was niesie, ty „Poeta”, próby, próbami, nie zabieraj jej. Cwaniak! To ciao, dzidzia, spraw się…
– Nata ma wieści od księdza. Cicho, sami swoi. Z., bzdury opowiadasz, tu wtyka? Gorąco tu, zmiana lokalu. Bekniemy, jeśli ktoś nas wrobił. No, pić się chce. Spiryt na koniec. Jak śmierć, to śmierć. Dżagi, szykujcie się, za murami tak dobrze nie będzie. Pofiglujemy po wolności…
– Ja z księżmi nic. Radziłem z dala od nich. Daj spokój, pogadasz i najdalej na trzeci czwartek tu wrócisz. Ale tylko dla wódeczki i dla pięknej Anetki, no [słowo nieczytelne], daj całuska…
– O czym, ty mówisz, dzidzia? Jaka wolność, to jest wolność, my to wolność. Szklanica i dziewica. Kto za nas umiera?! Masz wypij…

Natalia (do Sabine i Renate):

– …studentów z Zielonej Góry biorą na Chinoli. Pojutrze z artylerią z Czerwieńska jadą do Marsylii lub na Krym. Sami jeszcze nie wiedzą, gdzie ich rzucą? Co będą robić? Jako doświadczalny patrol biologiczny? Żywa tarcza chemiczna? No, tak, jak Ameryka zaatakuje na „Jedwabnym szlaku” ich karawany. Ta wojna za atak z Chin covidem w 2019 jest straszna. Z. mówił, że się boi. Reszta też. Nie dziwota, że tak piją. Nie tylko piją…

[luźno wrzucona między kartki strona ze „Strażnicy” Świadków Jehowy]

Zaraza to nie przypadek. Za dużo nas. W dni ostatnie wejdą tylko wybrani. Dzieci zrodzone w zarazie mają mutacje, dające nadludzką odporność nie na choroby, ale i na ból i na skażenia chemiczne. Część dzieci które miały 3 – 5 lat gdy wybuchała zaraza też to mają, a do tego są wybitnie inteligentne. To fakt nad którym głowią się lekarze, choć wyjaśnienie jest proste.

Widzimy, studenci to dziś tylko ci zmutowani przez covid. Reszta, chorowici, niedołężni są od prostych prac. Zaraza tak zwiastuje dni przedostanie. Pierwsi przejdą przez nie, reszta dzieci i starcy wymrą. A przedtem stoczą się na sługi, podludzi. Bo ich cel, służyć tym co przeżyją.

[odręczny komentarz (chyba) Natalii]

Z. i reszta, pierwszy rocznik. Odporni na wirusy, trucizny i ból, inteligentni. Idealni na front. Student to nie menel. Tamte świrusy by się same pozabijały. Dla nich tyrka w fabryce, magazynach sieci i sprzątanie miasta. Słyszałam, że chłopcy są odporniejsi na ból, dziewczynki poszły bardziej w rozum. Może to nie Bóg księdza i Alice, ale „Bunt kobiet” wywołał zarazę ? Chłopy do boju a baby będą rządzić.

Piątek

Alice zwariowała. Ma sny.

Nie wierzę – prawdziwe! Nie z generatora i anteny, ale urojone w głowie. Cofa się w tym klasztorze do jakiegoś zaprzeszłego stulecia!

A.: Męka całą noc. Stałam na górze, nogami na głowach ludzi. I cała płonęłam. Moje rude włosy, to były języki ognia. Ale od góry było mi zimno, za to parzyły mnie stopy.
N.: Co ty znowu?
A.: Co ja? Znów męczą mnie sny. Takie same jak wtedy. Ci ludzie coś krzyczą, gdzieś mnie ciągną. Oni chcą mnie spalić!
N.: Czekaj, jest chyba taki właśnie program od snów? Ale ty, tu za murem, nie masz przecież dostępu do sieci… To jakieś przebicie pola…? Prosto z bazy…?
A.: Ty jesteś po prostu głupia! Posłuchaj mnie w końcu!
N.: Co? Chcą cię spalić?
A.: A ja ciągle żyję. Nie wiem, nie wychodzi im, albo ja się odradzam…?

Co tu gadać. To nie to samo co standaryzowane wizje z systemu. Chyba jej zazdroszczę. Też tak bym chciała śnić.
***

Po kilkunastu miesiącach dobrowolnej izolacji Alice wyszła poza mury. Normalnie, drzwiami, trochę unikając sióstr i korzystając z tego, że wszyscy jedli obiad, wymknęła się na ulicę. Zaskoczyła mnie. Przez moment wahałem się, iść za nią, zostać przy obowiązkach?

Alice poruszała się, jak na nią, nienaturalnie energicznie. Była czymś wzburzona? Raczej ponosiło ją to co sobie postanowiła.

Było po 14. Zapadał wczesny, grudniowy zmrok. W świetle latarń wirowały płatki śniegu. Opadały na chodnik i jezdnię, a setki nóg mieszały je w zmrożone błoto. Setki spieszących prosto do domu ludzi, którzy po pięciu godzinach wyszli z fabryki masek i trefnych respiratorów senator Anity – wnuczki i z biur, niezbędnych dla ciągłości funkcjonowania państwa. Jak wśród nich czuje się 16-letnia dziewczyna, po tak długiej samotności, bez przepustki pracowniczej, gdy jedynym człowiekiem, jaki zechciałby ją zaczepić jest policjant z patrolu?

Dziewczyna łapie na rozpuszczone rude pukle białe płatki śniegu i pędzi przed siebie. Polubiłem tę zadziorę. Za to jak dawała w kość Natalii, że prowadziła uregulowane życie i niczym przykrym nie mogła zaskoczyć. Już nie mogła, bo ja wiedziałem i o tamtym. I dlatego byłem w stanie ją polubić. Żal mi jej włosów. Nie wiedziała w tym zamknięciu jaka dziś pogoda? Przecież zmarznie tak bez czapki! A może jej po prostu nie ma, może nie myślała idąc za furtę, że doczeka tam chwili, gdy będzie jej potrzebna zimowa czapka?

Stop. Alice przystanęła w kolejce do kontroli przy wejściu do supermarketu. Czyżby miała zamiar coś kupować? Ale skąd u niej nowe karty płatnicze, przecież co miesiąc stare nominały wymienia się na aktualne?

O, podeszła do automatu z kwiatami, kupuje bukiecik wrzosów. O co jej chodzi? Mija punkt szybkiej regeneracji. Pamiętam tu starego McDonalda, zapach frytek, piwo w parku. Kiedy to było? Wszyscy gadali na niezdrowe żarcie, co by rzekli teraz: kolorowe pastylki, wlewki, zastrzyki. Wygodne i kaloryczne uzupełnienie. Tylko czy to jest jedzenie?

I gdzie cię kieruje ruda głowa?! O chłopcach nie wiem. Natalia przestała przychodzić, ale to z powodu problemów z samą sobą. Nie kłóciłyście się o żadnego franta, wiedziałbym o tym. Kwiatki, jakaś ciotka, dalsza rodzina? Ale ty nie masz rodziny, Alice!

A gdzie my idziemy – Cygańskie Przedmieście? No, przecież, te kwiaty, takie same wrzosy i ta ulica przy końcu której jest…

***

Pamiętam ten dzień, kiedy wbiegłaś roztrzęsiona do kościoła. Niemal przewróciłaś konfesjonał. Nie musiałem pytać. Eksplodowałaś potokiem słów:

– Byłam u psycholog! Mówi, że te sny to trauma z dzieciństwa. Co było z moją matką?!
– Niewiele słyszałem…
– Ta płonąca głowa… Ktoś ją spalił? Przeze mnie?
– Tak ci powiedziała psycholog? Przecież to ty płoniesz.
– To przemieszczenie, z poczucia winy, za coś czego byłam świadkiem i sprawcą. Mamę spalili na stosie, przeze mnie?
– To taka przenośnia, stos, ogień, widowisko dla tłumu…
– …nagonka zdrowych na zarażonych, zaszczepionych na tych co czekają nadal w kolejce?
– Tłumy nie gonią dziś czarownic po Zielonej Górze…
– Ona mnie porzuciła, czy… umarła? Ma grób? Gdzie on jest, na cmentarzu, czy na wysypisku zarażonych?
– Nie rób z siebie Esmeraldy…
– Kogo?
– Takiej innej Cyganki, ją też spalili za czary.

***

A scenka z towarzyszami Alice? Skraj rozrytego parku, chłopaki wyciągają z ziemi piszczel. Ktoś kopie czaszkę niczym piłkę, inny łapie ją rzucając się w bramkarskiej paradzie.

– Jesteście naturalistami?
Spojrzeli zdziwieni po sobie.
– Nie gracie na konsoli, tylko kopiecie w realu…
Ten z brzegu kaszląc splunął celując w czubki moich butów. Drugi, garbaty, głośno beknął, odwrócił się i pierdnął. Wszystko zagłuszył gromki rechot.
– A ksiądz czego chce?
– To ludzkie kości.
– No i co? Czarownice tu zakopali. Spalili i zakopali. Przecież kościół nie lubi czarownic.
Z lubością wytargali spod ziemi kolejny szkielet. Zaczęli łamać.
– Każdy człowiek wymaga szacunku.
– Spierdalaj.
– Tylko pod tym murkiem chowali te nieszczęśnice. Tam dalej, między drzewami były już kwatery szanowanych obywateli. Cmentarz „Zielonego Krzyża”.
– Nie pierdol. Bawimy się. Czarami i chuj ci do tego.
– Nie boicie się?
– Czego?
– Czarów albo zarazy.
– Pieprz się. Każdy z nas jest zarażony. Każdemu już ktoś przez to zdechł w domu. Nie ma pracy, nie ma kościoła, nie ma szkoły. Nie boimy się niczego – stłumił kaszel i wyciągnął ku mnie zapalniczkę – Mogę i ciebie spalić, chcesz? Czy spierdalasz?

***

Nie posłuchałem. Nie spierdoliłem. Poszukałem Alice a nie widząc jej, spojrzałem na chłopaków. Byli starsi niż sądziłem z początku, dobrze po dwudziestce, bliżej trzydziestki. Cherlawi, bladzi, z wieloma, widocznymi zmianami nowotworowymi, które utrudniały życie, nie dając wytchnienia w śmierci. Pod maską zadziorności – zagubieni i wystraszeni. Jak większość ludzi, odkąd władze pogodziły się z tym, że wirus pozostanie już na zawsze. Uznały, że wirus to wyznacznik codzienności i odpuściły walkę z nim. Przynajmniej na terenach otwartych, poza zonami.

– Ty też? – tchnął mnie ich widok.
– Ja byłem – rzucił kulawy.
– To powikłania po covidzie? Przez chorobę jesteś Quasimodo. A ten, to Gavroche?
– Obrażasz nas?
– Nie! To kolesie z Paryża. Nie chciałbyś być teraz w Paryżu?
– A co to ten Paryż?
– Miasto.
– A bo mnie tu, w naszym miescie, źle? Na chuj mi jakieś Paryże, ja stąd. Księża i frajerzy niech jadą do tych Rzymów i Paryży, jak tu im co zawadza. Jak chłopaki stąd im śmierdzą.

Pojąłem czemu do lepszych parków, jak Piastowski czy Kolei Szprotawskiej wprowadzono drogie bilety. Elity mogły też wykupić abonament. Porządni ludzie mają prawo do rekreacji, opieki nad dzieckiem czy dziadkiem, do skorzystania z hostess na łonie natury w spokoju. Zaniedbany Park 1000-lecia był za darmo, to świat dla chłopaków stąd.

Ale Alice bym tu nie odnalazł. Ona już z nimi tutaj nie bywa.

***

Nie myliłem się. Ale nie mogłem jej wyprzedzić, przygotowany zaskoczyć. Wrócić? To jedyna okazja, by stanąć z Alice twarzą w twarz, tak jak wtedy – wrócić, to stracić tę okazję. Czy po to tak dobrze ją poznałem, by teraz zrezygnować z postawienia kropki nad i?

– Alice…
Widać ten szept zabrzmiał w ciszy cmentarza jak huk dzwonów, bo dziewczyna szarpnęła głowę i sztywno podniosła się z przyklęku. Spojrzałem na grób, w kubeczku był świeży bukiecik, obok leżał… pistolet. Odruchowo sięgnąłem za pazuchę.
– Zemsta?
Alice się uspokoiła, potrafiła kpić. Tylko czemu tak, czemu jedyne słowo, jakie od niej usłyszałem naprawdę, musiało być tak przyprawione żółcią?
– Teraz wyjmiesz spod pachy broń i – ciach! Nie pocieszysz mnie, że nic nie poczuję? Mama by się ucieszyła.
– Przecież nie będę do ciebie strzelał, durna smarkula!
– Durna? A po kim to mam?
Doszła do siebie, świetnie.
– Skończmy z tym strzelaniem, już wtedy narobiłaś kłopotów. Ja nie od razu uwierzyłem, że nie było w tym polityki, że to ty… No chodź…
Spróbowałem ją przytulić. Wyślizgnęła się. Zachwiało mną, co wykorzystała zabierając pistolet z mogiły. Miała przewagę, ja oparty o krzyż a ona kilka kroków za mną z bronią w ręku. Nie bałem się, że jej użyje, byłbym szybszy. Chodziło o nią, nie chciałem do niej strzelać. Wyprostowałem plecy, dłonie opuściłem wzdłuż ud, kładąc je na sutannie.
– Nie boisz się? – spytała.
– Nie.
Pokręciła głową i nie opuściła pistoletu. Siadłem z brzegu nieprzerwanego rzędu mogił niezaszczepionych. Byliśmy zwróceni do siebie bokiem, zapatrzeni w grób Anny a między naszą trójką – zimna czerń wczesnego wieczoru.
– Ten prawdziwy ksiądz Mateusz – zacząłem – Wiesz jaką naciągnął nieciekawą kartotekę, zanim go… Dobrze, że nie dałaś się wciągnąć… Słuchasz mnie ?
– Więc to prawda. Byłeś wtyką!
– Co ty wyprawiasz?!
Alice trzęsły się dłonie. W jednej trzymała tę niebezpieczną, przede wszystkim dla siebie, zabawkę…
– Podła wtyka. Świnia. – opuściła broń i krzyknęła – Po coś spotkał mamę! Czemu ty, czemu z tobą, z rudzielcem musiała… chciała… Czemu mi to zrobiła…?!
Nie wzruszył mnie jej szloch. Nawet nie spojrzałem w jej stronę.
– Nie jestem wtyką. Wykonuję legalnie mój zawód. Czasem polega to na takim przebraniu. To się nazywa działanie pod przykrywką. A to różnica. Wolisz prawdziwego księdza za ojca?
Rozbeczała się i dalej się odgryzała.
– Uraziłam dumę tajniaka?

Nie reagowałem. Co miałem powiedzieć, prawdę? Jeszcze bardziej by ją zdezorientowała. Nie było wtedy modne branie ślubu i posiadanie dzieci. Poznaliśmy się na Winobraniu, potem wspólne degustacje w piwnicy Seydela na wzgórzu. Ten poeta i winogrodnik, Fedorowicz pięknie opowiadał, a Bartek Gruszka, regionalista i fascynat, polewał miejscowe wino, które kręciło w głowie. Potem, z początku epidemii nas, funkcjonariuszy i nasze żony władze zaszczepiły w pierwszej kolejności. Ale Anna nie była żoną. Nieszczepiona a spotykająca się z funkcjonariuszem, stanowiła zagrożenie porządku publicznego. Wywieźli by ją z miasta. I gdy okazało się, że była w ciąży… Nie przetrzymała by warunków, jakie władze zapewniały takim jednostkom osobniczym. Musiałem pomóc wam uciec, rozstać się.

Długo nie siadałaś, nie raczkowałaś, mówić zaczęłaś dopiero… Bałem się, że zutylizują cię jako niemowlę opóźnione w rozwoju. Niepotrzebnie, pierwotny, cygański instynkt Anny kazał chronić dziecko przed zabraniem do programu pozyskiwania organów i komórek dla przemysłu. Naraziłem się pierwszy raz, gdy jej pomogłem ukryć cię przed policją genetyczną. A potem znów się narażałem, gdy robiliśmy z Markiem, w tajemnicy, tę mogiłę tutaj, niemal jak grób zbiorowy, a jednak z tabliczką i nazwiskiem. Jest gdzie przyjść, położyć wrzos.

A potem przeobraziłem się niemal w Jean Valjean`a, ale nie zrobiłem z Anny Fantyny a z ciebie Kozety. Tobie samej chyba bliżej do Esmeraldy… I choć mi daleko do Javerta,myśl już zatem lepiej o mnie, tak jak myślisz. A ja to opiszę. A tobie powiem tylko tyle:
– Porzuciłem Annę nim się dowiedziałem, że będzie miała dziecko. W moim wieku i zawodzie nie można dać kobiecie rodziny, szczęścia. Byłem na tyle odpowiedzialny by jej nie łudzić…
– To był przypadek, wypiliśmy za dużo na Winobraniu i się stało. Rano, jak wytrzeźwiałem nie miałem wątpliwości. Anna nie była w moim typie. Zresztą… Chyba tylko Marek nie uciekał od jej zalotów. W końcu kto jak nie Cygan, mógł coś w tej Cygance widzieć. Za to do mnie chciałaś wtedy strzelać, że twoja matka sama mi wpełzła do łóżka?!

***

Z nudów, w samotności (do czego nie mam już wątpliwości) piszę tę opowieść z czasów zarazy. O księdzu – przebierańcu i kochance, co zmarła, bo nikt jej nie pomógł, gdy się zaraziła. I o ich rudej córce, piekielnicy o ognistych włosach, co postrzeliła ojca. To jest motywacja tworzenia sztuki, prawda?! Ale nuda i samotność jest tak ludzka…

Jak sztuka. Wyobraźmy sobie ulice dużego miasta. Nie ma tu katedry Najświętszej Marii Panny, wystarczyć musi święta Jadwiga Śląska. Nie ma „dziedzińca cudów”, jest „Cygańskie Przedmieście”. Nie ma „Miejsca czaszki”, za to czasem ktoś odkopie czaszkę pośrodku parku. Są studenci Uniwersytetu, komisarze policji, szynkarze, piwnice z kontestacjami w oparach wina, ojczulkowie i mateczki wszelkiego autoramentu. Znajdzie się zatem w tej komedii ludzkiej i zbrodnia, i kara, i wielka literatura… Są tu też złudzenia. Złudzenia współczesnych nędzników. Stracone…?


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

Ein Loblied auf die Mittelmäßigkeit und den gesunden Menschenverstand


Monika Wrzosek-Müller

Seit Jahren, eher seit Jahrzehnten leben wir in immer spezialisierteren, effizienteren und exzellenteren Umständen. Immer schneller wechseln die Moden, die Ansichten, die Diäten; ja, der Fortschritt oder das Neue ist der Motor der kapitalistischen Welt, damit wird schnelles Geld verdient oder auch verloren. Wir sind von Professionalisten und Experten aller Couleur umgeben, die diesen Wechsel ermöglichen, erklären und vorantreiben. Sie sind so etwas wie früher die Pfarrer auf der Kanzel, deren Stimmen wir gelauscht haben. Dabei verlieren wir selbst immer mehr die Verbindung zu unserem gesunden Menschenverstand oder, noch tiefer und genauer, zu unserem instinktiven Bauchgefühl, dass uns in existentiellen Notlagen früherer Zeiten oft auch gerettet haben.

Die Pandemie hat gezeigt, wie wenig wir inzwischen bereit oder auch in der Lage sind, den eigenen Verstand einzusetzen, die Lage ernst zu nehmen und danach zu handeln. Es bedurfte einer Reihe von Maßnahmen, die von oben verordnet werden mussten, damit sich viele selbstverständliche Corona-Maßnahmen doch durchsetzen und etablieren konnten. Um zu verstehen, dass Masken bei einer über die Atemwege übertragenen Krankheit hilfreich sind, musste man nicht Epidemiologe und Chefarzt einer Klinik für Infektionskrankheiten sein. Warum musste das erst ganz ernst verkündet und dann doch manchmal wieder verwerfen werden; dass Abstand und Isolation helfen würden gegen die Ausbreitung der Krankheit, müssten eigentlich sogar Kinder schon wissen. Trotzdem erinnere ich mich genau, dass ungefähr halbes Jahr nach dem Pandemieausbruch ein holländischer Freund uns mit großem Ernst erklärte, dass Masken nicht helfen würden und dass es aus wissenschaftlicher Sicht völlig unnütz wäre, sie zu tragen; also trage er sie auch nicht. Auch aus Schweden hörte ich ähnliche Stimmen, die mit sehr ausgefeilten und zugespitzten wissenschaftlichen Expertisen und Zahlen gegen die Schutzmaßnahmen argumentierten, bis dann irgendwann klar war, dass eben nur Masken, Abstand und Lüften, dann die Impfung und das Testen etwas helfen.

Warum sind wir eher geneigt, komplizierten wissenschaftlichen Ausführungen Glauben zu schenken als der eigenen Intuition und Überzeugung? Warum beugen wir uns so schnell dem Diktat des Expertenwissens, anstatt den eigenen gesunden Menschenverstand einzuschalten? Geht es um Verantwortung, um Bequemlichkeit, um das oberflächliche Abhaken der Wirklichkeit, wenn man sich eben einfach schnell auf die Expertise verlässt? Wir, die Mittelmäßigen, können doch nicht gegen die Hochgebildeten, Aufgeklärten aufbegehren. Die Mittelmäßigkeit wurde derart gründlich schlecht geredet, dass die Menschen alles versuchen, um eben nicht dem Mittelmaß zu entsprechen; und das sind wir, in der überwiegenden Mehrzahl, eben doch, auch wenn viele Eltern meinen, ihre Kinder zu Genies erziehen und ihre besonderen Talente fördern zu müssen.

Jetzt, bei dem Krieg in der Ukraine, fällt mir wieder auf, wie schnell Experten, Militärs, Philosophen, Politiker, Journalisten, ganze Armeen von Professionalisten bemüht werden, um die richtige Strategie zu entwerfen, während die Zeit, die dort Menschenleben kostet, verrinnt. Eigentlich wissen wir doch alle, dass in einem solchen Krieg nur Waffen und schnelle Hilfe angesagt sind; alles andere sind Ausreden und Hirngespinste, doch es wird kräftig diskutiert und verschiedenen Optionen werden erörtert, offene Briefe hin und her geschrieben. Bis sich irgendwann die Einsicht auch bei den Politikern durchsetzt, dass es nur hilft, die Ukraine militärisch zu unterstützen und damit wird auch uns selbst schützen; wir verteidigen doch damit auch unsere Sichtweise, unsere Werte – von dem Leben unserer Mitmenschen gar nicht zu reden. Doch viele sind wie befangen in schon überholten Vorstellungen von Pazifismus, von historischen Konstruktionen, von Verpflichtungen gegenüber der Gesellschaft, der Sicherheit, dem Wohlstand, befangen letztendlich in veralteten Denkstrukturen, die jetzt herausgefordert werden.
Ist dieses Augenverschließen eigentlich nur durch politische und wirtschaftliche Faktoren bedingt, oder haben wir inzwischen selbst wirklich verlernt, intuitiv und aus dem Herzen zu entscheiden? Und ja, das Herz ist dabei eine wichtige Komponente; mit dem Herzen sehen, bedeutet etwas ganz Anderes als rational etwas zu konzipieren, zu erfinden und durchzuführen.

Was hat aber Mittelmäßigkeit damit zu tun? Nun, ich glaube, dass eben das Streben nach Individualität und Einmaligkeit zu sehr extremen und oft unlogischen Gedankengängen und Verhaltensweisen verführt und dass es dabei auch um die Qualität „Herzensgüte“ geht.

Vor Jahren beklagte Milan Kundera „die unerträgliche Leichtigkeit des Seins“, die Künstlichkeit, die Technokratie und die Unmenschlichkeit unserer Zeiten; brauchte man den Blick von der anderen Seite des Eisernen Vorhangs, um zu bemerken, dass die Welt zu schnell, zu gierig in eine Katastrophe rast? Leider ist in Deutschland die Erfahrung der DDR mit der Vereinigung völlig weggewischt worden, man hat nichts mitnehmen wollen aus der früheren Zeit, obwohl einiges dem „goldenen Westen“ doch gutgetan hätte. Es gab in Polen so ein Sprichwort „Ob im Stehen oder Liegen, zwei Tausender wird man kriegen!“; das war natürlich ein Lobgesang auf die Mittelmäßigkeit und nicht gerade ein Ansporn zu großen Anstrengungen, bedeutete aber auch einen kleinen Schritt in Richtung Bescheidenheit, für die es in der heutigen Welt eigentlich kaum Platz gibt.

Zu der Mittelmäßigkeit habe ich ein Lied von Klaus Hoffmann gefunden, nicht gerade meine Musik, aber der Text vielleicht nicht schlecht; auch eine ganz verrückte Punkband: Acht Eimer Hühnerherzen
hat mit dem Lied über das Mittelmaß einen Beitrag geleistet.


„Es muß nicht immer Kaviar sein“, hat schon Johannes Mario Simmel geschrieben, und William
Somerset Maugham hat sogar behauptet: „Nur ein mittelmäßiger Mensch ist in Hochform“.

Reblog (rbb): Wie ich mich auf Omikron einstelle

Aktuelle Studienlage – Wie ich mich auf Omikron einstelle

Eine biologisch-technische Assistentin bereitet PCR-Tests auf das Corona-Virus von Patienten im PCR-Labor vom Niedersächsischen Landesgesundheitsamt (NLGA) für die Analyse vor. (Quelle: dpa/Julian Stratenschulte)
Bild: dpa/Julian Stratenschulte

Milder als vorherige Varianten – aber auch so ansteckend, dass womöglich alle sich anstecken werden. Haluka Maier-Borst hat die neuesten Erkenntnisse zur Omikron-Variante gesammelt und versucht, für seinen Alltag Schlüsse daraus zu ziehen.

A: “Was machen wir eigentlich, wenn einer von uns Omikron kriegt?”
H: “Dann haben wir es wohl sowieso alle. Was sollen wir dann zu dritt in Quarantäne machen?”
J: “Makrame-Schaukeln für unsere Pflanzen?”

Nach fast zwei Jahren Pandemie hat sich in meiner WG die Erschöpfung und der Fatalismus breit gemacht. Wieder ein Winter, in dem die Zahlen steigen. Wieder ein Winter, in dem Clubs zu sind und Konzerte ausfallen. Dazu die Aussicht, dass es noch schwieriger wird, das Virus aus den eigenen vier Wänden zu halten. So geht es uns, aber auch vielen anderen.

Vielleicht reicht es darum nicht, nur den Stand der Forschung zusammenzufassen. Vielleicht ist es wichtig, mögliche Schlüsse für den eigenen Alltag zu skizzieren. Weil aber Überschriften wie “Was Sie jetzt beachten sollten” manchen schnell zu lehrerhaft vorkommen und teilweise regelrecht triggern, funktioniert dieser Text anders. Es sind schlicht meine Schlüsse für die nächsten Wochen, basierend auf den aktuellen Studien. Sie sind sicher nicht perfekt. Sie sind nur eine erste Idee.

Es ist klar: Die Chance, dass ich Omikron bekomme, ist hoch

Die nahezu senkrecht steigenden Kurven für Großbritannien, Dänemark, Australien, die USA, Kongo, Angola… all das zeigt, dass die Omikron-Variante viel mehr Menschen ansteckt als zuvor. Das zeigt eindrücklich diese Sammlung an Grafiken des britischen Datenjournalisten John Burn-Murdoch [twitter.com].

Nichts deutet darauf hin, dass uns in Deutschland das erspart bleiben könnte. Im Gegenteil. Inzwischen zeichnet sich dieser Trend auch in Berlin ab, nachdem sich die Meldelücke der Feiertage langsam geschlossen hat. Und das wird sich wahrscheinlich weiter verschärfen.

In England war in der ersten Jahreswoche schätzungsweise eine von 15 Personen positiv [ons.gov.uk]. In London war es gar eine von zehn. Wir als WG stellen uns inzwischen auch darauf ein, dass es uns erwischen könnte. Heißt: Der Kühlschrank ist voll und fiebersenkende Medikamente sind zur Hand.

Aber die Chance auf einen schweren Verlauf ist geringer als vor einem Jahr

In meinem konkreten Fall (31 Jahre alt, keine bekannten Vorerkrankungen) sprach aber schon am Anfang der Pandemie eher wenig für einen schweren Verlauf, ganz unabhängig vom Impfstatus. Und bei Omikron scheint es so zu sein, dass grundsätzlich die Infektion weniger schwer die Lunge angreift [spektrum.de]. Auch das Risiko auf einen schweren Verlauf selbst bei Ungeimpften ist wohl um etwa ein Viertel geringer als bei Delta [imperial.ac.uk]. Allerdings muss man dabei mehrere Dinge beachten.

– Auch ein leichter Verlauf könnte immer noch bedeuten, dass ich ins Krankenhaus muss, nur eben ohne Beatmung.
– Auch nach leichtem Verlauf kann man mitunter noch lange oder gar dauerhaft unter Atemnot und dergleichen leiden.
– Nach wie vor ist bei Geimpften das Risiko auf einen Krankenhausaufenthalt nochmal deutlich mehr verringert als bei den Ungeimpften.

Wenn ich aber ins Krankenhaus muss, könnte meine Versorgung schlechter sein als vor einem Jahr

Das wirkt auf den ersten Blick verwirrend. Trotz Rekord-Inzidenzen sterben deutlich weniger Menschen an Covid als vor einem Jahr. Die neue Variante scheint zudem milder zu verlaufen.
Wieso sollte ich also in der Klinik eine schlechtere Situation vorfinden? Der Grund dafür ist, dass durch die höhere Übertragbarkeit mehr Menschen gleichzeitig das Virus haben werden, wenn es so weiter geht. Die Belastung für das System als Ganzes ist damit höher.

Nimmt man mal für ein simples Rechenbeispiel an, dass bei 1.000 Infektionen mit Delta 100 davon ins Krankenhaus müssen und es bei Omikron 75 sind, Omikron sich aber doppelt so schnell verbreitet wie Delta. Dann wären es bei einer im Fall von Delta unter Kontrolle stehenden Entwicklung so, dass auch in der nächsten Woche sich wieder 1.000 Menschen neu infizieren und davon 100 schwer. Bei Omikron dagegen sind es in der folgenden Woche schon 2.000 und 150. In der dritten Woche sind es dann schon bei 4.000 Neuinfektionen 300 neue schwere Fälle. Sprich das Gesundheitssystem würde selbst bei derselben Kapazität schneller an seine Grenze stoßen. Erkrankte würden potenziell schlechter versorgt.

Hinzukommt aber noch, dass – ausgebrannt durch die früheren Wellen – weniger Personal in den Kliniken zur Verfügung steht und von diesem Personal sich auch einige anstecken und in Quarantäne gehen müssen. Kurzum: Wer in den nächsten Wochen auf die Intensivstation muss, könnte noch mehr in Konkurrenz zu anderen Fällen stehen. Entsprechend hat es Sinn, das eigene und das Risiko anderer vor einem schweren Verlauf möglichst gering zu halten. Und das geht mit bekannten Mitteln.

Was hilft: Boostern – oder, wenn noch nicht geschehen, erste Impfung abholen.

Die Studienlage zu den Booster-Impfungen hat sich in den vergangenen Wochen deutlich gefestigt. Relativ klar ist, dass ein Booster mit den mRNA-Impfstoffen wirkt und auch Infektionen mit Omikron verhindern kann. Konkret liegt die Wirksamkeit gegen symptomatische Infektionen wohl laut britischen Daten irgendwo zwischen 65 und 75 Prozent [gov.uk]. Eine andere frühere Studie hatte ähnliche Werte gefunden [khub.net.]. Das ist nicht so gut wie gegen den Wildtyp oder auch Delta, wo kurz nach der Impfung der Wert bei rund 90 Prozent lag. Aber es ist auch deutlich besser als die Mindestmarke von 50 Prozent, die für eine Zulassung für Impfstoffe angesetzt wurde.

Überhaupt hat es mir geholfen, gewisse Sachen noch mal in verschiedene Verhältnisse zu setzen und auch durchzurechnen. So zeigte zum Beispiel diese dänische Studie, dass Geboosterte sich bei Omikron drei Mal häufiger anstecken als bei Delta [medrxiv.org]. Auf den ersten Blick könnte man denken, dass also gegen Omikron-Infektionen die Impfstoffe gar keinen Schutz bieten. Das stimmt aber nicht.

Nehmen wir mal die Zahlen zur Wirksamkeit aus Großbritannien. So bedeutet die Wirksamkeit von 65 Prozent Folgendes: Von 100 Menschen, die sich ganz ohne Impfung mit Omikron angesteckt hätten, stecken sich trotz drei Impfungen dann 35 immer noch an. Bei Delta waren es dagegen von den besagten 100 nur etwa 10. 35 durch 10, das ergibt 3,5 und ist in etwa der Wert der dänischen Studie. Es heißt aber eben auch, dass etwa zwei Drittel derer, die ohne Impfung sich angesteckt hätten, geschützt sind. Dieser Wert sieht gewissermaßen nur so schlecht aus, weil gegen Delta die Booster-Impfung hervorragend gewirkt hat.

Außerdem ist inzwischen auch klar, wie gut die Wirksamkeit gegen Krankenhausaufenthalte ist. Hier reden wir sogar vor einer Wirksamkeit von ungefähr 90 Prozent. Selbst die Spätentschlossenen mit momentan nur einer Impfung oder mit zwei Impfungen, die aber mehr als sechs Monate zurück liegen, haben schon einen gewissen Schutz. Das Risiko auf einen schweren Verlauf mit Klinikbehandlung ist bei ihnen halb so groß wie ohne Impfung. Selbst wenn man sich also geimpft anstecken kann, sind die Folgen vollkommen andere.

Insgesamt muss ich darum sagen: Wenn mir kurz nach der ersten Welle jemand einen Impfstoff mit einer Wirksamkeit von 65 Prozent versprochen hätte, wäre ich heilfroh gewesen. Klar, ein an Omikron angepasster Impfstoff wäre noch besser, aber das eigene Risiko minimiert sich dramatisch mit der Impfung.

Auch imperfekte Tests können das Risiko minimieren

Immer wieder wird berichtet, dass die Schnelltests nicht anschlagen. Wir haben unter Kollegen und Kolleginnen oft auch darüber gesprochen. Gleichzeitig haben immer wieder Forscherinnen und Forscher berichtet, dass in Labortests sehr wohl die Antigen-Tests auf Omikron anschlagen. Was ist also das Problem?

Omikron ist ansteckender, auch weil wohl weniger Virusmenge nötig ist, um eine Person zu infizieren. Die meisten Schnelltests schlagen aber erst bei einer großen Virusmenge positiv aus. Das heißt: Eine Person kann mit Omikron infiziert und womöglich ansteckend sein, ohne dass der Schnelltest ausschlägt. Das Problem bestand schon bei der Delta-Variante des Coronavirus, hat sich durch Omikron aber verschärft.

PCR-Tests müssen wohl ebenfalls ein wenig mit Vorsicht interpretiert werden. Auch sie schlagen womöglich am ersten Tag einer Omikron-Infektion nicht sofort an, weil noch nicht genügend Viren und damit genügend Virus-Erbgut da ist, damit der Test anschlägt, wenngleich PCR-Tests um ein Vielfaches sensibler sind als Schnelltests.

Der Epidemiologe Michael Mina aus Boston fasst die Sachlage darum mit folgendem Fazit zusammen [twitter.com]: “Wenn Sie Symptome haben, gehen Sie erstmal davon aus, dass Sie positiv sind – egal was der Test sagt. Aber seien Sie sich auch sicher: Die Tests können Omikron finden – nur nicht unbedingt an Tag 1.” Entsprechend haben wir ein paar Tests zu Hause, lassen uns regelmäßig bei der örtlichen Apotheke in der Nase bohren und wissen auch, wo die öffentliche PCR-Teststelle in der Gegend ist.

Für alles Weitere gilt: Abwägen

Ja, es gibt die Einzelberichte von Menschen [cnn.com], die sich in der Quarantäne womöglich über einen Hotelflur hinweg mit Omikron angesteckt haben. Und es wird sicher auch Menschen geben, die sich selbst umgeben von Erkrankten in einem gut besetzten Auto nicht angesteckt haben. Am Ende ist alles Biologie. Es gibt nichts, was es nicht gibt. Aber eben mit unterschiedlichen Wahrscheinlichkeiten.

Der Wissenschaftsjournalist Lars Fischer hat das schon vor einer Weile ganz gut zusammengefasst, nämlich mit einem Vergleich der Infektion zum Würfeln einer bestimmten Zahl. Das eine ist das Risiko der einzelnen Situation, in der man anderen Menschen begegnet. Das ist gewissermaßen die Anzahl an Seiten, die der Würfel hat. Je weniger Seiten der Würfel hat, desto eher würfelt man eine Eins und infiziert sich. Das andere ist die Frage, wie oft man sich trifft beziehungsweise würfelt. Je häufiger man würfelt, desto eher erwischt man eine Eins. Und dann ist da noch der Effekt der Impfung, die Fischer gewissermaßen mit einem Extrawurf vergleicht. Sprich nur wenn man bei einem Wurf eine Eins gewürfelt hat und dann auch beim Extrawurf der Impfung eine Eins hat, ist man angesteckt.

Doch klar ist auch: Das Leben ist nicht nur ein Infektionsrisiko. Wir brauchen andere Menschen, wir brauchen Gemeinschaft. Entsprechend verstehe ich die, die sich mit ihren Freunden treffen wollen, und noch mehr die Eltern, die ihre Kinder nicht wieder im Distanzunterricht sehen wollen. Aber beim einen ist vor allem die Frage, wie oft man würfelt (muss ich drei Mal die Woche in die Kneipe mit den Kumpels?). Und beim anderen, wie man das Risiko der einzelnen Situation mindert (Könnte man mit Tests, Lüfter, Masken im Unterricht, kürzeren Unterrichtsstunden entgegenwirken?). Kompromisse zu schließen, kann das Infektionsrisiko senken und gleichzeitig dafür sorgen, dass man in diesem zweiten Corona-Winter nicht vor Einsamkeit eingeht.

Und vor allem wichtig: nicht an einfache Gewissheiten klammern

Eine letzte Sache ist vielleicht aber am wichtigsten in der Pandemie – und die hat wenig mit Impfstoffen, Tests und Masken zu tun. Es ist die Art zu denken.

Da ist zum einen das Akzeptieren der Tatsache, dass es keine einfachen Gewissheiten und Lösungen gibt. Ja, es stimmt: Mehr Kinder, mehr Erwachsene waren 2021 von Depressionen betroffen als in Vorjahren. Das ist eine Tragödie. Aber die Alternative ist eben nicht ein normaler Berufs- und Schulalltag ohne Maßnahmen, wie wir ihn vor Corona kannten.

Zu glauben, dass zum Beispiel Kinder glücklich sind, während eine Pandemie durchs Land schwappt, solange sie nur in die Schule können, ist für mich eine absurde Idee. Die Frage ist eher, wie man angesichts dieser Umstände am besten so etwas wie Normalität etabliert. Wie man testet, schützt und Menschen in Krisen psychisch unterstützt. Wie man körperliche und geistige Gesundheit von allen in der Gesellschaft so gut es geht austariert.

Gleiches gilt auch für den Umgang mit Prognosen, Modellen, Szenarien. Nur weil sie nicht eins zu eins eintreten, heißt das nicht, dass da lauter Ahnungslose am Werk sind, so wie es gerne ein paar meinungsstarke Lautsprecher erklären. Es zeigt vielmehr, dass es verdammt schwierig ist, das Verhalten eines neuen Erregers bei Millionen von Menschen mit unterschiedlichem Impfstatus, verschiedenem Verhalten und unterschiedlichen Einflussfaktoren abzuschätzen. Und trotzdem kann die grobe Abschätzung, was als nächstes kommt, dabei helfen, richtig zu reagieren.

Der andere Teil dieses “pandemischen Denkens” ist aber der Wille, sich zu korrigieren und zu lernen. Als die ersten Fälle in Bayern auftauchten, waren einige von der Akribie der Ärzte vor Ort beeindruckt. Man hatte nachvollzogen, dass Patient Null den anderen einen Salzstreuer gegeben hatte und vermutete, das er darüber diese angesteckt hatte [reuters.com].

Zwei Jahre später wirkt das natürlich geradezu absurd, Man weiß inzwischen, dass sich der Erreger über die Luft überträgt. Wer welchen Salzstreuer in der Hand hielt, ist vollkommen egal. Nur das heißt eben nicht, dass die Leute vor zwei Jahren dumm waren. Sie wussten es nicht besser – und das ist ein feiner Unterschied.

Ich habe vor ein paar Wochen geschrieben, dass man eher auf Dänemark als auf Großbritannien schauen sollte, wenn es um die Pandemiebekämpfung geht. Rückblickend war das zu einfach formuliert. Denn ja, die Informationspolitik der Dänen war sicher besser als hierzulande. Aber das Fallenlassen von allen Maßnahmen war zu früh. Eine Pandemie endet nicht von einen auf den anderen Tag. Man erreicht nicht die Herdenimmunität und dann endet der Spuk schlagartig.

Selbst die besten Forscherinnen und Forscher, die besten Politiker und Politikerinnen haben sich geirrt und werden sich irren, selbst wenn sie sich so gut es geht informieren und ihre Arbeit so gut es geht tun. Das größere Misstrauen sollte man nach zwei Jahren Corona-Achterbahn gegenüber denen haben, die sich kein einziges Mal korrigiert haben.

Zima naszych pandemii

Teresa Rudolf

Normalnie

Powolnym krokiem  
wślizguje się zima,
w nowych, białych, 
leciutkich butach.

Zza okien, zza 
firanek domów,
dzieci ciekawskie,
smutne oczy. 

Dzwony kościelne
w samo południe,
obwieszczają znów
swą niezmienność,

odmierzają święta, 
pogrzeby, procesje,  
stabilnie wydzwaniając
ciągły upływ czasu.

Kot czarny przelatuje
drogę, to Gaweł,
a ten biały na balkonie
z kolei, to Paweł.

Niby wszystko tak
normalnie, jakby 
zupełnie normalnie, 
całkowicie normalnie…

… tak?…

Nie dziwi nic

A Panią, proszę Pani 
znam tylko z oczu,
powiedział mężczyzna
bez ust.

A Panią poznaję, z tych
czarnych, proszę Pani
masek, powiedział 
ten sam głos.

A Pani, to nigdy nic
nie mówi, a czemu? 
Pierwszy raz było to…
rok temu?

A Panią to nie dziwi,
że znów te maski?
Nie znam Pani inaczej.
Nie dziwi nic?

Nie dziwi, proszę Pana,
przed dwoma laty 
zdumiewało, przed rokiem
dziwiło dość jeszcze.

A  teraz, 
proszę Pana, 
nie dziwi
już nic.

Z wolnej stopy 61

Zbigniew Milewicz

Quo vadis…

W końskiej albo krowiej kupie siedzą robaczki, mama, tata, dzieci. Synek pyta ojca:
– Tato, a jak jest w jabłuszku?
– Rozkosznie mój kochany, świeżutko, pachnąco, żyć nie umierać.
– A w śliweczce?
– Soczyście, przytulnie…
Dociekliwy syn nie daje ojcu spokoju i wypytuje go kolejno o wszystkie znane rodzaje owoców. Wszędzie odpowiedź brzmi podobnie, jest w nich, jak w raju.
– To dlaczego my mieszkamy w gównie? – pyta płaczliwie dzieciak.
– Bo istnieje synu takie pojęcie, jak rodzina – odpowiada godnie ojciec.

Dowcip ten opowiedziano mi kiedyś w Rosji, nie pamiętam dokładnie kiedy, pewnie już po pierestrojce, ale kojarzył mi się jednoznacznie z komuną Kiedy czterdzieści lat temu wprowadzono w Polsce stan wojenny, co odważniejsze robaczki wywędrowały na Zachód, gdzie miał być ów wyśniony raj, ja też to zrobiłem. Z ociąganiem wprawdzie, bo dopiero w osiemdziesiątym ósmym roku, ale przez swoją ślamazarność dość wcześnie przekonałem się, że w moim Reichu (podoba mi się ta gra słów) nie ma niczego za darmo. Pierwszy Weihnachtsgeld, który wspaniałomyślnie dostałem od niemieckiego socjalu (och, jacy ludzcy byli ci urzędnicy!), musiałem oddać co do pfeniga, kiedy przyznano mi zasiłek dla bezrobotnych, ale to takie odległe dzieje, że prawie o nich zapomniałem. Niemieckie urzędy nigdy natomiast nie zapominają o swoich obywatelach, bo kiedy na skutek swojej błędnej decyzji wypłacą im nienależne świadczenia, to zawsze wiedzą, jak je później w całości wyegzekwować od dłużników. Kiedy zaś obywatel nie ma z czego oddać długu, to siedzi na powrót w tej samej kupce końskiego, albo krowiego gnoju, w której tkwił ileś tam lat temu, tylko że głębiej.

Na dobrą jednak sprawę, to wszyscy – niezależnie od strefy geopolitycznej i zasobności portfeli – jedziemy tym samym szambowozem. Covid 19 nie pozwala się z niego wychylić, prawa obywatelskie stały się czczym pojęciem, o mieszkaniu w pachnącym jabłuszku albo soczystej śliweczce można zaledwie pomarzyć. Tylko pytanie: dokąd ten pojazd zmierza?

Shut down 7

Tibor Jagielski

covid 19  split (10/10):

macierzanka (3/10)
szałwia (2/10)
babka lancetowata (2/10)
prawoślaz lekarski (2/10)
lukrecja gładka (1/10)
+ booster
płucnica islandzka (+2)

T.J. XI 2021

gest kozakiewicza
(ballada)  

1.   w sierpniu 80-tego roku w polsce nie byłem;
jako ówczesny student spędzałem wakacje pracując (głównie na saksach) tym razem w austrii, we wiedniu;
tematem tamtego lata była początkowo olimpiada w moskwie,
no i jej bojkot przez USA i wiele innych krajów  z powodu sowieckiej interwencji w afganistanie;
pod koniec lipca zaczęły docierać na zachód informacje o strajkach
w centralnej polsce, które władze nazywały eufemistycznie “przerwami w pracy”;
jako powód podawano postulaty polepszenia zaopatrzenia i natury finansowej;
ciekawe, ale sprawa zaczęła się polityzować dopiero od momentu,  jak kozakiewicz skoczył po złoto i pokazał swój słynny “gest”;
tak więc, moim zdaniem, to jego właśnie powinno się uważać
za ojca “sierpniowej rewolucji”.  

2.   koczowałem wtedy w namiocie na kahlenbergu,  w tym miejscu,
gdzie stała przed atakiem husaria sobieskiego patrz: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_pod_Wiedniem,
a w namiocie obok mieszkali… turcy z samowarem i telewizorem!!
w ogóle nacji na tym polu namiotowym była chyba setka,
cale bałkany, pół zamojszczyzny i prawie cały białystok
a w ciągu dwóch miesięcy zdarzyło się, jak pamiętam, tylko jedno mordobicie
i parę,zresztą drobnych, kradzieży;
był to zresztą raczej obóz robotniczy niż biwak

o świcie spływali wszyscy w dolinę dunaju do pracy,
by powrócić dopiero przed zmrokiem;
na lewo i prawo winnice, grinzing, a w dole miasto,
na progu bezkresnej zdałoby się równiny panońskiej.
(c.d.n.)

***

Pociąg do butelki

Tegoroczny Ig Nobel z biologii został przyznany po trzydziestu latach od publikacji nagrodzonych badań – to kolejny krok zbliżania się tej rozrywkowej nagrody do jej poważnego odpowiednika. W zeszłym roku laureatem Nagrody Nobla był wszak fizyk uhonorowany wcześniej właśnie jej parodią. W tym roku zaś nagroda z biologii została przyznana za obserwacje, które potwierdzają inne obserwacje, z jak najbardziej poważnej części biologii ewolucyjnej. Biologiczny Ig Nobel został przyznany Darrylowi Gwynne’owi i Davidowi Rentzowi za „stwierdzenie, że pewne gatunki chrząszczy kopulują z pewnymi gatunkami butelek” (w języku angielskim jest tu jeszcze gra słów „beetle-bottle”). Brzmi zabawnie, bo taki jest cel tej imprezy, ale w gruncie rzeczy stwierdzenie, że samce pewnego gatunku chrząszczy bogatkowatych próbują kopulować z odpowiednio wyglądającymi tworami nieożywionymi, jest poważną obserwacją naukową. Może nie obserwacją zasługującą na prawdziwego Nobla, ale z powodzeniem mogącą trafić nie tylko na łamy kolorowych pism, ale i do podręczników. Obserwacja na Nobla nie zasługuje właśnie nie dlatego, że jest bardzo niezwykła, ale w pewnym sensie – trywialna. To, że w przyrodzie osobniki różnych gatunków traktują inne organizmy albo i obiekty nieożywione jak przedstawicieli własnego gatunku, jest całkiem częste. Czasem relacje psów i ludzi trywializuje się stwierdzeniami, że pies traktuje człowieka jak członka własnego stada, czyli psa, a człowiek traktuje psa jak dziecko, czyli człowieka. Czasem pisklę, wychowane przez osobnika innego gatunku, po dojrzeniu zaleca się do przedstawiciela gatunku właśnie swojej matki zastępczej (nawet jeśli jej rolę pełnił człowiek czy – są znane takie przypadki – żółw). Zalecając się jednak, zachowuje gesty własnego gatunku, które przez to zwykle nie zostają właściwie zrozumiane. W takim wypadku popęd seksualny nie zostanie zaspokojony, ale są też sytuacje, gdy brak wspólnej płaszczyzny komunikacyjnej prowadzi do śmierci, gdy jedna ze stron nie rozumie gestu kapitulacji (np. odsłonięcia brzucha przez psa). Są jednak sytuacje, gdy mylnie skierowany popęd płciowy zostaje zaspokojony. U płazów występuje zapłodnienie zewnętrzne, a do spełnienia wystarcza pseudokopulacja, po której obie strony wypuszczają gamety, które robią swoje już w środowisku zewnętrznym (stąd u naszych żab dość częsta jest hybrydyzacja międzygatunkowa). Z tego powodu nagminne jest obłapianie samic jednego gatunku żab czy ropuch, przez samce innego gatunku. Nierzadkie jest wzajemne obłapianie się samców różnych gatunków (zwykle mniejszego przez większego), a zdarza się i obłapianie kamieni. O tym, aby samce płazów obściskiwały butelki nie słyszałem, ale nie wykluczam takiej możliwości. Wystarczy, aby te butelki przypominały ich samice w odpowiednim stopniu. Odpowiednim dla percepcji żabich samców. Percepcja samców pewnych owadów pozwala im na rozpoznanie samic dzięki zapachowi i wzorkom na plecach. Zwykle to wystarcza do właściwej identyfikacji, ale ponad 100 gatunków storczyków w toku ewolucji wykształciło kwiaty, których fragment wygląda i pachnie jak samica danego gatunku osy czy mrówki. Samiec lokalizuje taką udawaną samicę, kopuluje z nią (tzn. tak mu się wydaje), a na narządzie kopulacyjnym przenosi pyłek na kolejną atrapę. W tym kontekście fakt, że znalazł się gatunek chrząszcza, dla którego samców kawałek szkła o odpowiedniej barwie (koniecznie brązowej, zielona nie jest atrakcyjna), krzywiźnie i fakturze (guzki służące tyleż ozdobie, ile zapobieganiu wyślizgnięciu butelki z ręki piwosza) okazał się wierną imitacją samicy, nie powinien zaskakiwać. Nie patrzmy jednak z pobłażaniem na percepcję chrząszczy. Ostatecznie pornografia jest też tylko imitacją. Człowieka podniecić może ciąg śladów zostawionych na papierze przez ołówek albo odpowiedni układ pikseli. Zwłaszcza, kiedy ten układ przypomina kształt od pewnej butelki. Oczywiście, preferencje ludzi, obojga płci, są bardziej skomplikowane niż niż samców Julodimorpha bakewelli, więc mimo pewnych statystycznych trendów, atrakcyjne dla nich mogą być różnorodne butelki. Piotr Panek

  1. tibor pisze:
    2011-10-22 o godz. 14:29

dobre!
uśmiałem się, co w ostatnim czasie rzadkie…

  1. fizykomaniak pisze:
    2011-10-24 o godz. 06:46

ten Geim, to obserwacje mógł robić prawidłowo, chociaż samo zjawisko [związek między polem grawitacyjnym a magnetycznym] nie istnieje.

  1. Meruńka pisze:
    2011-10-24 o godz. 12:31

No, dobrze. Idźmy śladem języka. Jeśli zaobserwował prawidłowo, to związek jest, tylko nieznany nauce. Jasne, że najlepiej takiego wyśmiać, głośno, żeby wrócił na bezpieczne tory znanego i już w głębokich annałach nauki zapisanego.

  1. panek pisze:
    2011-10-26 o godz. 18:14

@byk
Owszem, ma to swój zabawny wymiar. Niestety, jest też wymiar niewesoły. W artykule tylko to zarysowano, ale w wywiadach autorzy zaznaczali, że takie pomyłki dla samców często były tragiczne. W koewolucji kwiatów storczyków i samców błonkówek, którą wspomniałem, samce te (pseudo)kopulują z jednym kwiatem, drugim, ale prędzej, czy później trafiają na samicę. Tymczasem w tym przypadku samce spędzały na butelkach dużo czasu. Autorzy opowiadają, że w zasadzie nie schodziły z nich, chyba że ściągnięto je przemocą. W tym czasie ich narządy kopulacyjne były obiektem ataku mrówek, tak że znajdowano też martwe samce obok butelek, zjadane przez mrówki. Być może brak odpowiedniego otworu do kopulacji tak wydłużał ten marnowany czas. Tak więc butelki te nie tylko są po prostu nieestetycznymi śmieciami, ale – przynajmniej w jakimś stopniu – pułapkami.

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 09:59

@merunka:
wiem, wiem, śmiech zabroniony.
(wyjątek z listy proskrypcyjnej 1981/10/polska/europa:
czeczot, krauze ,mleczko).
jak ktoś dokona ciekawego odkrycia należy natychmiast paść na kolana
a śledząc wzrokiem pełnym psiej wierności pański palec,
wzdychać cicho: cuda, cuda, ogłaszają…
p.s.
dla wyjaśnienia,
czyli co poeta miał na myśli,
fakt opisany przez @panka był mi już z prasy fachowej znany;
uradowała mnie forma podejścia do tematu!

  1. tibor pisze:
    2011-10-27 o godz. 10:12

@panek:
w moim wypadku wyważa pan otwarte drzwi;
jestem fenomenologiem;
bylem nawet na paru wykładach profesora imielińskiego.
miech nie był tam zabroniony,
a nawet, tuszę się spostponować, konieczny.
salute!

Challenger

Łucja, żaden autorytet (10)

Łucja Fice

Od Adminki: poniższy tekst jest odpowiedzią Łucji na sobotni wpis Marka Włodarczaka o przyszłości Europy. Przyznaję, że mam poważne problemy z opublikowaniem go, bo jest to, według mnie, jedna z wersji spiskowej wizji świata – ta antyszczepionkowa. Ale po namyśle postanowiłam uprzedzić Czytelniczkę i Czytelnika i jednak umożliwić autorce wygłoszenie jej poglądów. Jeśli jednak ktoś nie lubi antyszczepionkowców – niech nie czyta 🙂

Co nam szykują możni tego świata

Nadchodzą czasy apokaliptyczne i dziś już każdy zdaje sobie z tego sprawę. Od dawna bawię się w przepowiadanie przyszłości, jak Kasandra, która została ukarana za niedotrzymanie tajemnicy. Wykorzystuję swoją intuicję i choć sama nie mam ochoty widzieć takiej przyszłości, to niestety nadchodzi ale… możemy to zmieniać, bo zmiany przychodzą z naszego wnętrza. Moja frustracja, lęki i obawy o przyszłość moich dzieci i wnuków, niechybna zła przyszłość też powoduje czarnowidztwo. Ta przyszłość z możliwością utraty pracy, z niemożnością spłacania zaciągniętych kredytów nadchodzi jak tornado. Przemoc zacznie wzrastać. W polityce mam prawo obawiać się inwigilacji ze strony państwa, przeróżnych form kontroli i wdrażania systemów Mind Control. Obserwuję, jak powoli uczy się nas oswajać ze strachem, a wiadomo, że władza wszystkich cywilizacji oparta była na strachu. Powoli wdraża się system NWO (New World Order), który już dawno zapowiadany ale przez ludzkość ignorowany. Wypracowane przez ostatnie dekady systemy nowoczesnej technologii pozwolą władzom kontrolować nawet nasze sny. Państwo mnie oszukuje dając mi złudne poczucie bezpieczeństwa. Nie lata, a miesiące dzielą mnie od całkowitego ograniczenia wolności. Widzę oczyma wyobraźni przemoc nie tylko w Polsce. Z natury jestem optymistką i trochę hedonistką ale nie mogę pozwolić, by zamknięto mnie dożywotnio w domowym areszcie, a to się zapowiada. Pandemia służy bardzo wąskim elitom, których nie interesuje już nawet władza, tylko psychodeliczne szatańskie rytuały. Wydaje mi się, że dla swoich bożków składają z nas ofiary. Poza tym KŁAMSTWA, którymi operują od dekad, a nawet od początku XX wieku, mają się znakomicie i nikt NIC nie widzi. Nie wirus jest przyczyną śmierci, a coś znacznie potężniejszego, co „oni” przed nami ukrywają.

Co to może być? To fale radiowe, fale elektromagnetyczne i jeszcze inne. Pewne elity z kręgu uczonych spieszą się już nie tylko z 5G, ale z 6 i 7G. Komórki naszego ciała zostają odgórnie pozbawione możliwości powrotu po stresie do równowagi biochemicznej i elektrycznej. Elity bardzo spieszą się do wyprowadzki z zanieczyszczonej planety, jak na filmie Elizjum, a do tego potrzebna jest im nowa technologia, która tę wyprowadzkę umożliwi. By ją przeprowadzić po kryjomu, w tajemnicy przed ludzką rasą, muszą całą ludzkość poddać psychicznemu terrorowi, a większą jej część – humanitarnej eutanazji. Aplikacje w telefonach, likwidacja pieniędzy, jakie znamy dzisiaj. W obiegu znajdzie się pieniądz cyfrowy. Wszystko będzie się dziać w imię ustanowionego prawa i dla naszego dobra. Cyfrowy monitoring, który już ma się dobrze w Chinach, powoli nadchodzi i do nas. Zostaną poddane kontroli aktywności kart kredytowych, a w razie potrzeby wszędzie, wręcz co kilka metrów Umieszczony zostanie obserwujący nas miejski monitoring. W telefonach pojawią się nowe aplikacje, a operatorzy sieci zostaną zmuszeni do udostępniania danych. Jak to zawsze bywa – będą obywatele pierwszego sortu i drugiego oraz tacy, którzy znajdą się poza nawiasem.

Wszystko będzie podporządkowane ochronie przed zarażeniem wirusem. Jakże łatwo będzie udowodnić nam, że taka ścisła kontrola mobilności jest potrzebna. Utracimy wolność pod groźbą fałszywej pandemii, na którą zawsze znajdzie się góra niezbitych dowodów. Będziemy wierzyli, że umieramy na wirusa, a elity w tym czasie przeprowadzać będą eksperymenty z 5, 6 i 7 G. To od napromieniowania niebezpiecznymi falami chorujemy i umieramy. My umieramy, a elity elit mają antidotum i nie muszą się obawiać żadnego wirusa…

Ludzie się boją, ufają więc władzom i mediom, że wprowadzone obostrzenia to działania w takiej sytuacji normalne, że są po to, żeby nas chronić przed zagrożeniem. Ludzie ufni łatwo poddają się wszelkim restrykcjom, w zasadzie już się na nie zgodzili, nie zdając sobie z tego sprawy.

Czy jest zatem nadzieja na lepsze czasy? Lepsze już były, mogą nadejść tylko gorsze – z kryzysem gospodarczym na niespotykaną dotąd skalę, brakiem wody, problemem z oczyszczaniem miast. To doprowadzi do niepokojów społecznych, które będą nasilać się wraz z postępującym brakiem żywności.

A wtedy elity elit wyprowadzą się z Ziemi albo przeniosą do tuneli, warowni dwanaście pięter pod ziemią, gdzie mają swoje miasta i zapasy żywności. Nie, wcale nie zamierzają tak żyć zawsze. To poczekalnie, gdzie można przeczekać kilka lat, aż ludzie znikną, a Ziemia opustoszeje. Aby ten proces postępował jak najszybciej, zostaniemy dodatkowo zatruci i nie będzie miał prawa przeżyć. Stąd też przygotowania do „unieruchomienia” ludzi, po to, by jak najłagodniej przeprowadzić ich na drugi świat – szczepionki.

Poddajemy się, ponieważ mamy skłonność do poddawania się różnym zachowaniom zbiorowym, ponieważ mamy zakodowaną w sobie społeczną więź. Niezależnie od politycznych poglądów, kultury krajów, z jakich pochodzimy, jako rasa ludzka działamy jednakowo.

Osobiście należę do heroicznej rasy i nie poddam się restrykcjom. Ponieważ uważam się za wolnego człowieka z wolną wolą, więc nie dam się zaszczepić ani skusić komputerem w źrenicy, jak nie dałam się skusić zegarkiem, który zmierzy mi temperaturę podczas biegania i kilometry, jakie udało mi się pokonać. Wobec tego będę poza nawiasem społeczeństwa, owcą do eutanazji.

Wiosną rok temu w Paryżu, żeby wyjść z domu, trzeba było wydrukować sobie oświadczenie z jakiego powodu się wychodzi i mieć je przy sobie do kontroli, a i tak nawet z nim nie można się było oddalać dalej niż jeden kilometr od miejsca zamieszkania. We Włoszech ludzie byli de facto zamknięci w aresztach domowych.

Co będzie dalej? Facebook już zaproponował wprowadzenie swoich narzędzi nadzoru elektronicznego. Chodzi o to, by użytkownicy serwisu oznaczali swój status koronawirusowy – zdrowy, zarażony, wyleczony. Następnie, ponieważ aplikacja ma dostęp do naszej lokalizacji oraz naszych kontaktów społecznych, Facebook może bardzo precyzyjnie sprawdzić, z kim się widzieliśmy, gdzie się spotkaliśmy itp. Pewną nadzieję dają zalecenia Komisji Europejskiej, która podkreśla, iż zasadą powinna być dobrowolność poddania się nadzorowi. Ta dobrowolność może się jednak okazać iluzoryczna. Przecież jeśli spojrzeć z pewnego punktu widzenia, to już dziś każdy z nas ma przy sobie zawsze włączone, nieustannie meldujące o swoim położeniu, wyposażone w mikrofon i kamerę, indywidualne urządzenie śledzące. W gruncie rzeczy chodzi tylko o doprowadzenie społeczeństwa do takiej sytuacji, kiedy uzna, że władza ma prawo korzystać z tych urządzeń. Jeżeli teraz zgodzimy się na wprowadzenie takich rozwiązań dobrowolnie ze względu na walkę z koronawirusem, to zmienimy coś bardzo ważnego w świadomości społecznej, przesuwając granice tego, co uważamy za normalne i akceptowalne.

Co będzie dalej w obliczu tych wszystkich kolejnych zbliżających się kryzysów? Pokusa wykorzystania narzędzi kontroli społecznej przez władze jest ogromna. Już jesteśmy kontrolowani poprzez telefony, łatwo nas zlokalizować, aż dziw bierze, że daliśmy się tak szybko nabrać na te zabawki. Jak małpki. Do 35 roku życia żyłam bez telefonu i miałam więcej przyjaciół niżeli dzisiaj. Były wspólne zabawy, wzajemne odwiedziny, a moje córki wychowywały się na podwórku z trzepakiem, wśród innych dzieci. Tam nawiązywały relacje z rówieśnikami i uczyły się interakcji, tak potrzebnych w dorosłym życiu.

Pokolenie moich córek świetnie sobie w życiu radzi. Myślę, że to dlatego, że jest jeszcze silne. Zmiany, które nadchodzą, ukażą naszą prawdziwą twarz. Jak jednak zabraknie wody i żywności, okaże się, jakimi ludźmi będziemy. Najgorsi będą najstarsi, za wszelką cenę spragnieni życia, jakby miało trwać wiecznie.

Świat po tej niby epidemii będzie wyglądał jak po eksperymencie więziennym Philipa Zimbardo. Strażnikami będą nasi sąsiedzi, znajomi, przyjaciele i rodzina. Wszyscy będą się nawzajem pilnować, a w ekstremalnych warunkach – zdradzać. Wyjdzie wtedy szydło z worka, dowiemy się who is who. Zresztą i tak jest w nas wiele osobowości. Dobroczyńca, samarytanin, prokurator, sędzia, kat. Na pewno jest też anioł. W kogo lub w co ja się przemienię? Tego nie wiem.

Łucja Fice żaden autorytet

BERLIN 2021

Z wolnej stopy 45

Zbigniew Milewicz

Rajd ozdrowieńca

Wiele miesięcy nie było mnie w Polsce. Oczywiście wszystkiemu winna corona, najpierw były obostrzenia w ruchu granicznym, nie chciałem się więc w to pakować, później sam zachorowałem, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Teraz, jako ozdrowieniec, jestem bezpieczny dla otoczenia, a ono samo może mi nagwizdać, cały czas jestem więc w ruchu i maski używam tylko w sklepie, kościele i autobusie.

Ludzie, z którymi w Tychach rozmawiam, wyliczają mi, kogo ze wspólnych znajomych zabrała pandemia, trudno mi uwierzyć, że znalazł się wśród nich między innymi nawet ogólnie lubiany Zefel, dawny właściciel piwnego baru na zecie. Dlatego spieszę się do ludzi, którzy jeszcze żyją, nie odkładam spotkań, jak zwykle, na następny raz, bo może go już nie być. Życie jawi się jak coś absolutnie jednorazowego i kruchego, takim, jakim jest w istocie, ale trzeba było dopiero śmiercionośnego wirusa, żeby to pojąć. Miłe są te nieudawane uwagi, czasami zaprawione ulgą: no, nareszcie znowu jesteś. Albo: długo Pana nie było – spotkania Marcysi z piekarniczego, dozorczyni Jańci, albo krawcowej Lusi, u której zawsze coś poszerzam, albo zwężam. Tym razem zwężam, bo corona pozbawiła mnie smaku i węchu, a przeto i apetytu.

Jadę na ulicę Gołębią, do moich starych przyjaciół, Justysi i Krystiana, oczywiście są już zaszczepieni i dziwią się, że ja mam do szczepionek sceptyczny stosunek. Ojciec Justyny był lekarzem, ona sama też nim jest, nie mam więc szans w merytorycznej dyskusji na temat, kto ma rację. Na szczęście ozdrowieńcy zaraz po chorobie się nie szczepią, bo mają własne przeciwciała i spór kończy się elegancko walkowerem.

Do Asi i Krzysia na osiedlu „A“ nie zaglądałem całe wieki, a sporo się u nich zmieniło. Gospodarz cierpi na miażdżycę, amputowano mu przez nią obydwie nogi, musiał się pożegnać z wykonywanym zawodem taksówkarza i obecnie utrzymanie całego domu spoczywa na barkach jego żony. Asia zajmuje się rozliczeniami podatkowymi, pracę ma w swoich czterech ścianach i może jednocześnie opiekować się mężem, ale łatwe to nie jest. Na szczęście czasami śpieszą im z pomocą córki, a medycznie to niezbędne minimum zapewnia terapeuta. Podziwiam ich obydwoje za hart ducha, a dodatkowo Krzysia – za niezmiennie pogodny charakter i poczucie humoru, których mimo choroby nie utracił. Obecnie wszystkie swoje siły koncentruje na wzmocnieniu mięśni kikutów nóg, aby móc przymierzyć się do protez i z serca życzę mu, aby osiągnął swój cel.

Marysia w Świerklanach, Lolek z Halinką w Ustroniu Śląskim i Stefcia w Chorzowie, których z kolei odwiedzam, też mają już za sobą szczepienia na covid, przynajmniej częściowe i tylko pierwsza z nich narzeka, że na drugi dzień bolała ją ręka. Stefcia spontanicznie organizuje w swoim mieszkaniu spotkanie klasowe. Jest nas razem czworo: ona, Helcia, Leszek i ja. Wszyscy mieszkaliśmy kiedyś przy tej samej ulicy Wesołej i chodziliśmy razem do szkoły podstawowej nr 9, róg Dąbrowskiego i Omańkowskiej. Do reszty koleżeństwa Stefcia nie umiała dotrzeć, wielu też niestety już nie żyje. Taksujemy się nawzajem życzliwie, nikt nie mówi, że na ulicy w pośpiechu to byśmy się nie rozpoznali, ale pewnie tak by było. Najważniejsze, że pamięć wszystkim nam jeszcze w miarę dopisuje i jesteśmy na chodzie. Jest wigilia polskiego Dnia Matki, jadę więc na cmentarz do Św. Ducha, żeby zmówić zdrowaśkę i zapalić u mamy znicz.

Swój ozdrowieńczy rajd po miejscach bliskich mojemu sercu zaczynam i kończę w Krakowie. Tam mieszka prawie od roku moja córka Ania z wnuczką Zosią. Mieszka pięknie, w zabytkowej kamienicy przy jednej z przecznic ulicy Karmelickiej, w samym śródmieściu; powodem zamiany Tychów na Kraków jest nowe miejsce pracy córki, więcej teraz zarabia, ale też sprawuje odpowiedzialniejszą funkcję i zadania są trudniejsze. Zosia szczęśliwie daje sobie radę w nowym liceum i środowisku, które ją w pełni zaakceptowało, w przyszłym roku będzie zdawała maturę. Chodząc po Krakowie, rozmawiamy o pracy Ani i szkole Zosi, o jej świeżych przyjaźniach i planach na przyszłość. To miasto świetnie się nadaje do takich spacerów. Idąc od Karmelickiej Parkiem Krakowskim w stronę Wisły, opowiadam im o moich pięciu latach spędzonych tutaj, o barwnych, corocznych Juvenaliach, pokazuję Collegium Paderevianum, w którym miałem zajęcia, Dom Studencki „Żak“, gdzie mieszkałem, później Collegium Novum. Wspominam o demonstracji studentów i pracowników naukowych UJ w marcu 1968 r., która miała miejsce pod tym historycznym budynkiem, a później została brutalnie spacyfikowana przez milicję i ORMO. Chłoną to wszystko, co im opowiadam, a ja czuję się trochę muzealnie, bo zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko było już bardzo dawno temu.

Rynek przypomina euforyczny Eden. Jeszcze niedawno z powodu sanitarnych rygorów świecił pustkami i martwotą, a dziś jest sobota, pierwszy dzień po zluzowaniu obostrzeń. Można nareszcie znowu usiąść z rodziną, albo przyjaciółmi w kawiarnianym ogródku, napić się piwa, lemoniady i ludzie z tego skwapliwie korzystają. Znowu są dorożki, uliczni muzykanci, są ognie w ogródkach, śmiech, gwar, uszczęśliwione buzie, improwizowane tańce na płytach rynku, stragany z wyrobami ludowymi i ponętnie wyglądającym jadłem, ale tego niestety nadal nie czuję. Nieznajomi ludzie sprawiają wrażenie, jak by znali się od dawna, toczą ze sobą miłe rozmowy, nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem takich budujących scen.

Może ktoś w Krakowie rozpyla w powietrzu endorfiny. Na Wiślnej bowiem Ania, ni stąd ni zowąd, zaczepia jakąś kobietę i pyta, gdzie ta kupiła modne czółenka, po czym pada nazwa firmy, która mi nic nie mówi. Wywiązuje się śliczny dialog, czekam, kiedy babeczki padną sobie w objęcia, dwaj uśmiechnięci panowie z boku są tą sceną zachwyceni, my z Zosią oczywiście również. Trudno o pozytywniejsze relacje międzyludzkie, ale zapytam jeszcze raz: czy trzeba było pandemii, żeby ludzie się na siebie znowu otworzyli? I pytanie numer dwa: jak długo ten błogostan potrwa?

Fizycznie nie udało mi się powtórzyć podróży nad Wisłę, ale przed powrotem do Niemiec śniłem, że tam znowu jestem. W tym śnie byłem młodym człowiekiem, siedziałem na okrytych bujną zielenią Plantach w towarzystwie jakiejś pięknej kobiety i z czegoś śmialiśmy się serdecznie. Przecież do szczęścia niczego więcej mi nie trzeba.

Autor, na kuchennych schodach stancji przy Długiej 18, rok 1964, po jakimś egzaminie chyba, bo obowiązkowa, biała koszula i krawat.

Frauenblick. Wegfahren.

Monika Wrzosek-Müller

Dass man in der Pandemie irgendwohin fahren, sich bewegen, etwas anderes sehen möchte, ist klar. Das lange Hocken an einem Ort, mit wenigen Menschen rundherum, hat uns alle etwas unbeweglich, mürbe, etwas einsamer, stiller, vielleicht auch nachdenklicher gemacht.

Unsere Einsiedelei in der Uckermark entpuppte sich als eine fantastische Möglichkeit für Abwechslung im Alltag; viel Natur ist unerhört gesund und ökologisch, jedem zu empfehlen. An den Anschlagbrettern in den Dörfern sehen wir immer öfter Anzeigen wie „suche eine Bleibe, ein Häuschen, ein Appartement für eine Familie…“ Es wurde uns auch oft berichtet: jetzt, wegen der Pandemie sei der Ansturm auf unsere Gegend gewaltig; die Berliner zögen aufs Land, nicht in den grünen Speckgürtel, sondern weiter weg und landeten hier in unserem schönen Bundesland. Langsam wird es um unseren See voller, nicht nur wegen der vielen Bieber; es gibt immer mehr Ausflügler, Tages-, Sommertouristen, länger Verbleibende, Wanderer, Radfahrer, Camper. Die Entwicklung konnte man förmlich spüren, schon länger, jedes Jahr wurden es mehr, die hierher kamen. Manche kauften gleich Häuser, bauten sie aus, breiteten sich sichtbar in den Dörfern aus, andere kamen mit dem Zug, mit Sack und Pack, mit Kindern, mit Fahrrädern, wieder andere, so wie wir, pachteten ein Häuschen, um immer wieder herkommen zu können. Lange galt in der Pandemie, wer hier keine fest Bleibe hatte, konnte nicht rausfahren; da fühlten wir uns richtig privilegiert.

Schon der Weg hierher ist ein kleines Abenteuer, wir passieren mehrere Zonen, fahren durch verschiedene Landschaften, verlassen die städtische Umgebung, das Ballungsgebiet; das passiert nicht so einfach und abrupt, es geht eher bedächtig und langsam voran. Man merkt es an der Vegetation, an Art der Bebauung, sogar an den Grüntönen und den Lufttemperaturen. An der Autobahn in Berlin ist das Grün gelblich, mickrig, die Akazien blühen so kräftig, als ob sie das letzte Mal die Möglichkeit dazu hätten, wir fahren langsam, Tempo 60 ist erlaubt. Die Autobahn mäandert durch die Stadtausläufer, wie ein gekräuseltes Band, eingezwängt in die Lärmschutzwälle.

Die nächste Etappe führt schon außerhalb von Berlin, weg von dem ganzen Ballungsgebiet, sozusagen fast im Freien; bei dem sitzenden Bären an der Stadtgrenze geben alle Gas, so als ob sie eilig hätten, zu ihrem jeweiligen Ziel zu kommen. Die Wiesen an den Seiten sind eher ausgetrocknet, die Bäume lassen ihre Äste hängen. Bald passieren wir das Unglücksdorf Nassenheide im Löwenberger Land; der Ort liegt langgestreckt an der Bundesstraße 96, hindurch rollt der ganze Verkehr mit Lastern und PKW; schon seit 1879 ist er auch durch die Eisenbahn mit Berlin verbunden. Ich staune jedes Mal über den sogenannten Waldkindergarten, der zwar seitlich wirklich an einen Wald grenzt, aber auch und sogar vor allem mit der langgestreckten Fassade an die besagte B 96. Hinter Nassenheide, hinter dem Bahnübergang beginnen dann die Ackerflächen; sie liegen alle in der Zehdenick-Spandauer Havelniederung und zeichnen sich dadurch aus, dass sie sehr flach sind und großflächig; schon in früheren Epochen, besonders aber dann in der DDR, wegen der LPGs, wurde auf enorm großen Flächen gewirtschaftet. Hier passieren wir riesige Felder mit Raps oder Mais, je nach Jahreszeit, auch Getreide wird angebaut. Alle diese Felder sind „quadratisch, praktisch und gut“, als Begrenzungen sind riesige, jetzt teils ganz ausgetrocknete Pappeln gesetzt worden, inzwischen überwuchert von Misteln. Für mich ist diese Landschaft eher traurig, doch sie scheint gut zu prosperieren; es gibt viele Pferdeställe, Pferde-Pensionen, auch viele Radfahrer sind auf den seitlich gelegenen Radwegen unterwegs. Dieses Bild begleitet uns mit kleineren Abweichungen bis nach Zehdenick; wir passieren den Ort Neuholland, der von klevisch-niederländischen Zuwanderern gegründet wurde. Sie haben das Sumpfgebiet mit Kanälen durchzogen und so den fruchtbaren Boden nutzbar gemacht. Das sieht man auch heute noch, die Felder sind von Kanälen durchschnitten. Hier wird das Grün saftiger, manchmal, je nach Jahr, gibt es auch Sonnenblumenfelder soweit das Auge reicht. Auf den Wiesen sieht man oft Störche, einzeln auf Nahrungssuche, und im zeitigen Frühjahr Unmengen von Kranichen. Manche Straßenabschnitte sind von alten Linden oder gar Eichen gesäumt, allerdings haben diese während der letzten Dürrejahre auch sehr gelitten. Kurze Abschnitte wurden mit neuen Bäumen bepflanzt, auch mit mir unbekannten Ahornsorten, doch meistens mit Linden, die erstaunlich schnell wachsen. Sie wechseln auch ihr Blätterkleid je nach Jahreszeit, am schönsten sind sie aber doch im Herbst, da können die Baumkronen in der Sonne manchmal richtig in Goldgelb erglühen. Mit jeder Etappe kommen wir tiefer in die Natur und verlassen das städtische Flair. Es fühlt sich wie eine richtige Verwandlung an; die ganze Lebensweise wird umgestellt, die super Einbauküchen und komplizierte Bäder bleiben in Berlin; in der Natur ist man viel weniger anspruchsvoll. Da reicht der simple Holzofen und ganz einfache Einrichtung, sie wird sogar vorgezogen.

Bald sind wir schon in Zehdenick, das Städtchen ist auch mit dem Boot von Berlin aus zu erreichen. In dem Namen Zehdenick höre ich immer das slawische Cedenic, und tatsächlich lese ich, dass es da eine frühslawische Befestigung gegeben hatte. Schon 1281 wurde sie als civitas in den kirchlichen Dokumenten erwähnt. Die wechselvolle Geschichte der Stadt, wie sie von einer Adelsfamilie zur anderen wechselte, kann man eher schwer erkennen. Für mich war interessant, dass sie 1438 von Kurfürst Friedrich I der Familie von Arnim als Lehen gegeben wurde. Später tauschte die Familie sie wiederum gegen den Ort Boitzenburg ein (das Schloss Boitzenburg liegt nicht weit von unserem Ort, also dem Dorf, zu dem wir fahren). Vom alten Glanz zeugen auf jeden Fall die Ruinen des alten Zisterzienserinnenklosters, an denen wir vorbeifahren. Größere Bedeutung errang das Gebiet um Zehdenick, als die Bahnstrecke zwischen Löwenberg und Templin gebaut wurde; 1887 wurden große Tonvorkommen entdeckt, daraufhin entstanden zahlreiche Ziegeleien und in den Ringöfen wurden Ziegeln gebrannt, die per Schiff nach Berlin transportiert wurden. Der Satz „Berlin ist aus dem Kahn erbaut“ kann man dann besser verstehen. Das sind diese kleinen, gelblichen Ziegel, die man z.B. an den Häuschen in Werder sehen kann.

Hinter Zehdenick sind wir schon mitten in der Natur, auch wenn wir entlang der erwähnten Bahnstrecke fahren und manche Dörfer sich für meinen Begriff unvorstellbar in die Länge ziehen. Es wird zunehmend welliger, hügeliger, noch grüner und ursprünglicher. Entlang der Felder gibt es oft einen Streifen mit Wiesenblumen; Mohn, Margeriten oder Kornblumen sind oft dabei. Es gibt auch Felder, die regelrecht bläulich schimmern wegen die vielen Kornblumen. Eine Endmoränenlandschaft mit zahlreichen Seen, Buchenwäldern, hier und da fruchtbaren Böden, mit Findlingen, vielen sumpfigen Wiesen breitet sich vor uns aus. Terra ukera ist nicht das, was man denken würde, nämlich urbares Land, sondern laut Wikipedia wohnte in diesem Gebiet das slawische Volk der Ukranen. Namen, die auf diese Herkunft deuten Unter- und Oberuckersee nahe Prenzlau, der Fluss Uecker und die Stadt Ueckermünde. Das Wort Mark kommt erst viel später und bedeutet Grenzland und so haben wir schon im 15. Jahrhundert den Namen Uckermark. Kurz vor Templin gibt es eine Strecke mit super Radwegen und ordentlich geschnittenen Hecken und Bäumchen; wir fahren an einer erstaunlichen touristischen Erfindung vorbei, nämlich dem „Themenpark“ Eldorado vor Templin, der mehr wie eine Westernkulisse aussieht, am Röddelinsee gelegen. Diese Attraktion wartet an der linken Straßenseite, schon nahe bei dem Städtchens Templin. El Dorado: auf jeden Fall kommt der Name aus dem Spanischen und bedeutet: der Goldene und wurde zuerst für einen Mann, dann für eine Stadt und schließlich für ein Territorium benutzt. Später weitete sich der Begriff auf alles aus, was mit Goldsuche zu tun hatte; was für ein Gold im Templiner Eldorado gesucht wird, habe ich bisher nicht herausgefunden. Noch vor der Stadt gibt es eine Draisine, mit der man zu viert bis nach Fürstenberg gelangen kann, also einsteigen, sich betätigen und völlig CO ² frei losfahren. Natürlich durchziehen das ganze Gebiet diverse Rad- und Wanderwege, man kann stundenlang wandern, ohne einem Menschen zu begegnen. Manchmal ist es fast gruselig, der Wald flüstert rundherum, die Wege führen nach links, rechts, geradeaus und zurück; man steht an einer Kreuzung und weiß nicht weiter. Tief in den Wäldern ist die Stille, die Vollkommenheit der Natur noch präsent.

Danach kommen wir schon in Templin an, wo wir unsere Einkäufe tätigen, und die letzte Etappe führt direkt in die Oase des Grünen, an einen See, groß und tief genug, um schwimmen, angeln und mit dem Ruderboot fahren zu können.

Über das Städtchen Templin und das Dorf Warthe berichte ich ein andermal; erst einmal sind wir angekommen.