Sergiusz Michalski
„Apel o Pokój” Wiktora Orbana
W swoim niedawnym artykule o próbach instrumentalizacji Kościołów węgierskich (Polityczny mesjasz znad Dunaju. Jak Orban wciąga kościoły do kampanii wyborczej GW, 22.1.2026) ksiądz Kazimierz Sowa opisuje podejmowane przez Wiktora Orbana próby uzyskania podpisu węgierskiego episkopatu, ale też i czołowych kalwińskich duchownych pod sformułowanym przez kierownictwo FIDESZ-u „Apelem o pokój”. W apelu tym wzywa się do zawarcia pokoju na Ukrainie i w związku z tym sugeruje się zaprzestanie pomocy finansowej i militarnej dla Kijowa. Wedle apelu Orbana, winę za wojnę ponosi nie tyle Rosja, co kraj napadnięty, a przede wszystkim Bruksela z jej „wojowniczymi planami”. W wyniku szeroko przeprowadzonej kampanii propagandowej, połączonej z naciskami politycznymi a takoż zwykłym przekupstwem, Orbanowi udało się uzyskać podpisy wielu węgierskich biskupów oraz szeregowych duchownych. Trudno oczywiście przewidzieć, czy ten dość prymitywny zabieg propagandowy pozwoli Orbanowi wygrać wiosenne wybory parlamentarne (nie pozwolił – przypis red.). Lecz nie o tym chciałbym tutaj szerzej dywagować.
Bowiem ludziom nieco starszym niż ksiądz Sowa – a takim jest piszący te słowa – sam apel Orbana, a także okoliczności jego propagowania czy też rozprowadzania, wydają się jednak dziwnie znajome. Otóż na wiosnę 1950 roku opanowana przez komunistów tzw. Światowa Rada Pokoju sformułowała „Sztokholmski Apel Pokoju”, w którym domagano się zakazu broni atomowej, a także zaprzestania zbrojeń. Oba te pozornie szczytne cele służyły ówczesnej polityce sowieckiej. Związek Radziecki posiadał bowiem wówczas – w przeciwieństwie do Amerykanów – minimalne ilości broni atomowej, zaś efektywna kontrola jego zbrojeń przez Zachód była oczywiście całkowicie niemożliwa. Cała dorosła ludność ZSRR, czyli ponad 140 milionów podpisała wnet ten apel, zaś w ówcześnie prawie 25-milionowej satelickiej Polsce – PRL ustanowiono dopiero w 1952 roku – zaczęły dziać się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Ponad 18 milionów obywateli podpisało rzekomo ten apel, choć liczba ta o prawie półtora miliona przekraczała statystyczny stan dorosłych obywateli w Polsce. Widać było wyraźnie, że aparat dzielnicowy i powiatowy PZPR-u przyłożył się do dziela z pewnym przesadyzmem, zaś warszawska centrala puściła tę sprawę na żywioł.
Bo też Bierutowi i jego kompanom nie chodziło o samą liczbę podpisujących. W przeciwieństwie do Rosji sowieckiej akt podpisania Apelu Sztokholmskiego miał stać się w Polsce dogodnym instrumentem w procesie wasalizacji potężnego kościoła katolickiego. Pomny propagandowego wydźwięku podpisania, ale także ryzyka związanego z niepodpisaniem, episkopat kluczył, jak mógł. Wytrawny dyplomata, jakim był sekretarz episkopatu, biskup Modzelewski, nie negując samego przesłania sztokholmskiego dokumentu, uznał modlitwę do Boga o pokój za działanie bardziej efektywne niż sam apel, co było retorycznie zręcznym wybiegiem. Podpisane w kwietniu 1950 roku ramowe porozumienie między kościołem katolickim a rządem komunistycznym dodatkowo ograniczało swobodę ruchów strony kościelnej. W rezultacie część episkopatu – jak np. kardynał Adam Sapieha – oraz część księży podpisała apel, zaś pewna ilość niezłomnych księży i biskupów odmówiła podpisu. Słynnego arcybiskupa Jałbrzykowskiego w Bialymstoku kilkakrotnie nachodzili w tej sprawie agitatorzy czy też bezpieczniacy, jednak ten znany z integralnego antykomunizmu książę Kościoła podpisu nie złożył. Ponad pól tysiąca opozycyjnych duchownych zostało za odmowę podpisania Apelu Sztokholmskiego ukaranych czy też usuniętych z funkcji.
W 75 lat później brutalny nacisk agitacyjno-policyjny został zastąpiony na Węgrzech rozdawanymi wśród duchowieństwa pieniędzmi z rozlicznych kryptofunduszy FIDESZ-u. Ale cel tej zagrywki propagandowej, broniącej rzekomo „pokoju w Europie”, pozostaje ten sam.
