Jom Kipur

Inspiratorką tego wpisu jest Anna Dobrzyńska

Współautor(k)ami są Motty Steinmetz, Henryk Grynberg, Ewa Maria Slaska i Mareike Winnemuth

Anna napisała:

Ewo, przesyłam Ci rysunek, który narysowałam, zainspirowana utworem Mottiego Steinmetza:

Anna daje mi ten rysunek do dyspozycji. Mogę go umieścić, kiedy chcę. Wybieram dzisiejszy dzień. Dziś wigilia żydowskiego święta Wybaczenia, ale jako antopolożka kultury wiem: to starożytne święto lęku przed demonami. W końcu sam Jahwe, zanim stał się abstrakcyjnym bogiem Jedynym i Tym, Którego Imienia Się Nie Wymawia, też był takim właśnie górskim demonem. Demony mogą zrobić z nami wszystko i dlatego należy im się od nas bezwzględne posłuszeństwo, pokora, pokuta. Dlatego Jom Kippur to dzień zgrozy. Holokaust też tu przynależy. Zgroza życia.


Ponad 10 lat temu niemiecka dziennikarka, Meike Winnemuth, spędziła Yom Kippur w Tel Avivie. Myślała, że będzie to przeżycie podobne do tego, kiedy jako turysta spędzasz na przykład święto kwitnącej wiśni w Japonii – przybysz z innego świata może świętować razem z tubylcami. A tymczasem…

Ulice puste, sklepy zamknięte, restauracje nieczynne, puste plaże – to piątkowe popołudnie w przededniu najważniejszego święta żydowskiego było ciche jak cichy jest pierwszy śnieg. Jakby ktoś wyłączył cały świat i opakował go w watę. Cicho.

W dniu Jom Kippur Izrael wstrzymuje oddech. Nawet ci, którzy głoszą, że są areligini, poszczą przez 25 godzin, nawet łyka wody nie wolno wypić. Nie jeżdą pociągi i autobusy. W telewizji specjalny program, po to, żeby był jakiś program. Dzień Spokoju i Żałoby, który zaraz się zacznie, jak tylko zajdzie słońce. Same zakazy. Nie wolno uprawiać seksu, nie wolno nosić skórzanego obuwia, trzeba włożyć białe ubrania. Dzień, który wszyscy spędzą w synagodze…


Przetłumaczyłam tę piosenkę Motty’ego Steinmetza.

To było krótko po straszliwym Holokauście.

Spokojnie szedł sobie ulicami Jerozolimy
Maggid Shiur Reb Chaim, który właśnie dokończył Daf Chayomi.
Jego serce było radosne, bo za dwa dni
miał dokończy shas z pomocą jednego z nich.

I nagle zobaczył go w mroku, taki był smutny,
mężczyzna ze sklepiku na ulicy Hillela
Mówił z trudem.
Rebe, nazywam się Jankiel Broch,
czy mogę Ci zadać pytanie.

Rebe spojrzał na niego i zobaczył ból w jego oczach.
Czy przyszedłeś stamtąd?
Tak, Rebe, przyszedłem stamtąd.
Chcę Ci zadać krótkie pytanie.
Ale najpierw powiem Ci, dlaczego pytam.

Nazwano mnie Jankiel Hakones.
Pamiętam dawne wspomnienia.
I mnie pamiętają ci, co przeszli przez Buchenwald.
Urodziłem się w roku 1930.
Byłem synem rabiego Szlomi i jego żony, Gitel z Szadiku.
Niech Pan pozwoli pomścić ich krew.

Codziennie chodziłem do chederu.
Smutny i przygnębiony, bo niestety
serce było zatrzaśnięte i nie rozumiałem ani słowa
Rabi nas uczył, ale dla mnie nauka to był jeden wstyd.
Tata i mama płakali ze wstydu.

Pewnego dnia siedziałem w milczeniu
gdy tata powiedział, głuptasie, lecz powiem ci,
że przyjdzie dzień a zrozumiesz.

Odwiązał czerwony sznurek z sakiewki
i pokazał mi złotą monetę.
Dostaniesz je, gdy nauczysz się gemary na pamięć.

Od tego dnia uczyłem się każdego wieczora
po powrocie z chedaru.
Mama i tata już świątecznie ubrani
na przywitanie szabasu
czekali aż nauczę się słów na ten wieczór.

A ja codziennie uczyłem się na pamięć dwóch linijek.
Marząc o sakiewce pełnej złotych monet.

Aż pewnego wieczora, nigdy tego nie zapomnę,
wszedłem do taty, wiedząc, że wiem.
Zamknąłem oczy i wyrecytowałem wszystko,
a głos miałem donośny i czysty.

A gdy otworzyłem oczy, tata i mama płakali
jak jeszcze nigdy w życiu.
I wtedy, nagle, straszliwie, niebo pociemniało
i całe nasze miasteczko, Szadik, 
zostało wygnane, tego jednego dnia gniewu.

Tato, mamo, och, wciąż płaczę,
byłem chłopcem, i zastało mi tylko to słowo.
Pociągi wiozły nas po szynach śmierci
przez cały kraj.

Kiedy czasem myślałem, że może się nie udać,
szeptałem do siebie te linijki.
Które wtedy im powiedziałem z zamkniętymi oczami.
A cały Buchenwald mówił o mnie Jankiel Hakones.

Przyjechałem do Jerozolimy,
siadywałem w pokoiku za sklepem
i myślałem, że może nauczę się jeszcze czegoś.
Ale byłem sam, nie było mamy i taty.
Więc kto miał mieć dla mnie czas i wsparcie?
Dla mnie, słabego na umyśle?

Miałem tylko tę kartkę,
kartkę z dzieciństwa.
Każdego wieczora, po dniu ciężkiej pracy,
zamykam oczy i, tak jakbym znowu był w naszym miasteczki
jakbym był w domu
powtarzam z pamięci słowo po słowie.

Powiedz mi teraz, Reb Chaim,
Czy mogę, tylko przez dwa dni,
być z wami w gronie tych, którzy...

Bo powtarzałem to już dwa tysiące siedem razy
choć może nie tak jak trzeba

Och, tak, Jankielu, tak Jankielu,
jaka piękna jest twa mowa i twa historia, 
Umówmy się, ja wezmę to, co ty mówisz.
Ty powiedz to, co ja mam powiedzieć.

Bo piękna jest twa historia.
Teraz już na pewno dokończę nowej sza.
A ty już zawsze będziesz znał gemarę.
Chodź Jankielu, chodźmy do szkoły.

To jest tak, jakbyś był w Szadiku,
a z tobą mama i tata,
ci, których wrzucono do ognia.

Zmówimy za nich kadisz.
Zabijałeś się każdego dnia
więc poczuj się, jakbyś już tam był,
tam gdzie są  Mosze, i Chaim, i Awram, i Chana

I teraz będziemy razem śpiewać.

Przy okazji układania tego wpisu znalazłam chyba podobny wiersz Henryka Grynberga, zatytułowany

Między życiem a śmiercią
(Holokaust)

Dziadka w pobożnej jarmułce z babką w czepku cnotliwym
rozebrałeś do naga przed chamem
a gdy o pomoc wołali cyklon B im do gardła wsypałeś
a drugiemu dziadkowi entuzjazm wiary miłości nadziei
odpłaciłeś zhańbieniem najlepszej z chasydzkich córek
a gdy biegł jej na pomoc zastrzeliłeś go ręką chama
a drugiej babce jak Chamie kazałeś
patrzeć na śmierć wszystkich dzieci i świata
całego jaki miała
zanim jej pozwoliłeś by sama się położyła do grobu
a ojca mi zarąbałeś chamską siekierą w tył głowy
żeby się nie mógł obronić
a brata półtorarocznego znalazłeś
bo miał znak Twojego Przymierza (zgodnie z Twym
Przykazaniem)
nie oszczędziłeś nawet ojczyma który (wbrew Twojej woli)
z ognia getta cyklonu treblinki między oczodołami przeszedł aż
do kalifornijskiego sklepiku
gdzie bandyta strzelał a Tyś kule nosił
tylko matce przysłałeś legalnie wyrok swój przez lekarza
żeby rok w celi śmierci
bez odwołania czekała
i żebym mógł się napatrzeć na swoją własną bezradność
piękna Twoja muzyka wieniawskiego i perelmana
i wspaniałe Twoje kolory każdego kwietnia i maja
wszędzie gdzie zarzyna się dusze
ale nie dziw się że mi wszystko jedno
jakim zarżniesz mnie nożem i kiedy
bo choćbym żył wiecznie nie zdążę
opowiedzieć

[Henryk Grynberg, Rodowód, z tomu „Wśród nieobecnych”, Londyn 1983]

Sławomir Żurek* pisze o tym wierszu, że Choć Żydzi nadal pozostają w opozycji do
otaczającego świata, to pozbawieni zostają przychylności Boga. (…) poeta postępuje dalej – Bóg jest nie tylko zaangażowany emocjonalnie po stronie oprawców, ale także jest uczestnikiem wszystkich zbrodni.

* Obyczaje – Magazyn Międzynarodowy 2002, nr 9-10, s. 8-11.

Słowa na Wielkanoc (dwa reblogi)

Jacek Dehnel

Czwartek, 30 lipca 2020

Jestem niewierzący, ale jak wielu niewierzących dość dobrze znam i ewangelie, i katolickie tradycje. Czytam je tak, jak całą wielką księgę kultur świata: jako mity, opowieści, baśnie. Literaturę. I coś chciałbym Wam powiedzieć o głównym bohaterze dzieła literackiego pt. „Nowy Testament”. Mówił wiele o miłości, ani razu nie powiedział ani słowa o gejach, lesbijkach, biseksualnych i transpłciowych. Mówił, że królestwa niebieskiego nie wejdą bogacze (no, w każdym razie że są na to mniejsze szanse, niż na przejście ucha igielnego przez wielbłąda, co było ówczesnym określeniem „tu mi kaktus na ręku wyrośnie, jeśli), ale o elgiebetach ani słowa (w przeciwieństwie do tego nienawistnika Szawła).

Jeśli pójdziecie do wielu kościołów, zwłaszcza gotyckich, w łuku łączącym prezbiterium z nawą zobaczycie belkę, a na niej krzyż z trzema figurami: umierającym człowieko-bogiem, Jezusem, i dwiema najbliższymi mu osobami. Kona przez kilka godzin, odzywa się zaledwie siedem razy, im dalej w agonię, tym krótszymi zdaniami (dopiero przed samą śmiercią wyda z siebie dłuższe). To jest trzecie z ostatnich słów: „Niewiasto, oto twój syn; oto twoja matka.”

W tym micie Artur nie ma swojej Ginewry, Herakles nie ma swojej Dejaniry, Jezus nie ma żony. Głupio jest oczywiście pisać o jakimś bohaterze literackim, że ma taką czy inną orientację seksualną – może być po prostu aseksualny. Gdzieś musiałoby być napisane, że ma żonę czy ukochaną, albo ukochanego… chyba, że jest napisane? Chodzi z tymi dwunastoma mężczyznami, których sobie wybrał w całych wędrówkach, a ma między nimi jednego umiłowanego. Najmłodszego zresztą. Pozostali ewangeliści o tym nie wspominają, ale Jan i owszem, dumnie pisze o sobie: „uczeń, którego miłował”, „uczeń, którego kochał”. Jest z nim w czasie przemienienia na górze Tabor, w czasie ostatniej wieczerzy leżał na jego piersi (bo przecież jedli na leżąco), w Ogrójcu, potem pod krzyżem, był pierwszy przy pustym grobie i kiedy po zmartwychwstaniu Jezus objawił się uczniom nad brzegiem jeziora.

Ale teraz jest ten moment, kiedy Jezus umiera i musi załatwić swoje ziemskie sprawy, trudno wygłaszać długie testamenty konając na krzyżu; na krzyżu człowiek się dusi, każdy oddech wymaga podniesienia się na wbitych w ręce i nogi gwoździach, a słowa to gorzej niż oddech. Mówi do tych dwojga pod samym krzyżem krótko: to twój syn, to twoja matka. I tyle. Żeby ktoś się tą starą kobietą zajął, kiedy on umrze. I wybiera młodego mężczyznę, którego kocha i który jego kocha. Wszystko to jest verbatim opisane w ewangelii. Nie mówię, jak było w rzeczywistości – nie wiem nawet, czy Jezus istniał. Mówię o tym, co jest w książce.

Wiecie, dlaczego takie popularne są te wszystkie opowieści, od apokryfów po Dana Browna, o miłości Jezusa z Marią Magdaleną, o dzieciach Jezusa z Marią Magdaleną, o tym, że byli małżeństwem? Bo Jan po prostu nie odpuścił i napisał, jak było. I trzeba jedną literaturę przykryć drugą literaturą.

Wiecie, jak się nazywa ten łuk i ta belka? To łuk tęczowy i belka tęczowa.

Jacek Pałasiński

Niedziela, 13 lutego 2022. Trzy dni do wojny.*

Piękne słońce i choć chłodno, od razu inaczej się żyje. Bug i Narew jak Missisipi i Missouri, w podmokłych łąkach odbija się słońce, ozimina kłuje zielenią w oczy. Na wylotówkach od samego rana dziesiątkami migają niebiesko policyjne suki. Stoją stadami, ale nie łapią, jak to zwykły czynić. Szepce się, że mają ułatwiać przejazd kolumnom wojskowym. Ale kolumn nie widać. Po południu dalej stoją i migają, złowrogo, jak to one, odkąd policja polska stała się wrogiem Polek i Polaków.

Minął kolejny dzień pokoju. Czy ostatni? Czy będzie jeszcze jeden, może dwa? Każda chwila pokoju, choćby pełnego nieznośnego napięcia, jest cenniejsza od brylantów.

Ile razy takie chwile pojawiały się już w historii? Czy myślałeś o tym, Czytelniku, pochłaniając z obowiązku lub dla przyjemności książki o historii? To się musiało zdarzać już setki, tysiące, setki tysięcy razy w historii homo sapiens. A przedtem w historii innych gatunków ludzkich, Cro-Magnon, Neandertalczyków.

Mamy wszak rok 5782 od stworzenia świata. Wierzysz, Czytelniku, w żydowskiego Boga, więc uwierz i w żydowski kalendarz. Jahwe stworzył świat 5782 lata temu. Czyli 3761 lat p.n.e. Och, pardon! Szajka chce karać za pisanie „przed naszą erą”. Mamy obowiązkowo pisać „przed Chrystusem”. Czyli Mesjaszem. Czyli Namaszczonym. Z tym, że za życia nikt Jeszuy za mesjasza nie uważał. No i z tym, że „Jeszua” – zbawiciel – prawie na pewno nie miał na imię Jeszua, tylko Jan. Dokładniej Jan z Gamali, syn królewskiego rodu Hasmodeuszów, potomek ukrzyżowanego przywódcy antyrzymskiej rebelii przeciw Herodowi, nie-Żydowi na czele żydowskiej prowincji. Jan Nazirejczyk, czyli członek mesjanistycznej sekty fanatyków Prawa, dążący do wygnania Rzymian i stworzenia teokratycznego państwa żydowskiego. Nie „Nazareńczyk”, bo z całą pewnością za jego czasów Nazaret w ogóle nie istniał.

Niedługo po stworzeniu świata, Jahwe ulepił z gliny Adama, a potem z jego żebra stworzył Ewę. Adam zmajstrował Ewie dwóch synów i od razu zaczęły się wojny. Brat zabił brata.

Nie jest jasne, co prawda, skąd się wzięli kolejni ludzie, bo ze związku Kaina z Ablem dzieci by nie wyszły. Zwłaszcza po śmierci Abla. Ale co? Naprawdę uważacie tę właśnie kwestię za najbardziej absurdalny szczegół w Biblii?

Nieważne: jedno jest pewne, nieudany twór Jahwe nie może żyć bez jedzenia, picia, powietrza i wojny.

_________

* Na wypadek, gdyby jakimś cudownym zrządzeniem losu do wojny nie doszło, przypomnę, że 12 lutego amerykańska telewizja CNN podała, że wojna Putina z Ukrainą rozpocznie się w środę, 16 lutego 2022 roku.

Droga krzyżowa

Ela Kargol


Jako dziecko musiałam w niej od czasu do czasu uczestniczyć, mam na myśli wielkopostne obrządki kościoła katolickiego, zwane drogą krzyżową, bo w tych obrządkach zostałam wychowana, bardziej w obrządkach niż w wierze. A dzisiaj o sobie mówię niewierząca, ale katoliczka. Zwiedzając kościoły, przede wszystkim ich wnętrza, zawsze zwracam uwagę na umieszczoną w nich, a czasami na zewnątrz lub jeszcze dalej niż na zewnątrz drogę krzyżową. Każdy kościół ma inną: bardziej wyeksponowaną lub mniej, artystycznie doskonałą lub taką, której do doskonałości daleko, na bogato lub na skromnie, malowaną lub rzeźbioną…
Ta, o której tu piszę jest drogą krzyżową na cmentarzu w Berlinie przy Röblingstraße 87–117 (Friedhof der St.-Matthias-Gemeinde).


Cmentarze to często cel moich spacerów, poszukiwań minionego czasu, dla tych już świętej pamięci czasu straconego raz na zawsze.
Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce dopiero dwa lata temu, nawet moje wnuki były tu przede mną, gdy chodziły jeszcze do katolickiego przedszkola i w ramach obchodów świąt katolickich wybierały się rokrocznie na początku listopada na ten właśnie cmentarz.
A teraz jestem tu często. Odwiedzam grób bliskiej mi bardzo osoby. Nie było jeszcze grobu, gdy przyszłam tu pierwszy raz, żeby się rozejrzeć.
Uwagę moją od razu zwróciły dość równe nagrobki z płaskorzeźbami scen poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Pierwszej stacji nie mogłam długo znaleźć. Już wiedziałam, że może być inna, tak jak czternasta, druga, dziewiąta…
Dopiero niedawno, słońce zaświeciło w ten sposób, że zobaczyłam w końcu pionową kreskę, która jest rzymską jedynką, na pomniku, nie na grobie upamiętniającym Ericha Klausenera, niemieckiego polityka katolickiego, przeciwnika Hitlera, zamordowanego podczas tzw. Nocy długich noży (stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć). W estetyce lat 60. ubiegłego wieku utrzymana jest stacja II drogi krzyżowej (Pan Jezus bierze krzyż na ramiona).

Następne, ale nie wszystkie są już dziełem rzeźbiarza Friedricha Klesse, podobne w swoim formacie, przypominają kapliczki przydrożne. Trzecią stację drogi krzyżowej w formie mozaiki możemy podziwiać na ścianie kaplicy przycmentarnej i jako kapliczkę – grób na cmentarzu (Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy). Te kapliczki – stacje nie są już grobami pierwszych zmarłych tam pochowanych, chociaż właściwie nadal są, bo nigdzie nie przeniesiono pierwszych „lokatorów”. Gdy minie termin uiszczenia opłaty prolongacyjnej, grób przestaje istnieć, może być zrównany z ziemią lub wynajęty na nowo. Starsze nagrobki, ważne i artystycznie ciekawe rzeźby, grobowce, mauzolea najczęściej nie są niszczone, tylko wynajmowane dalej. Na grobie Josepha Breitkopfa-Cosela figuruje zupełnie inne nazwisko. A może to nie jest wcale jego grób, tylko rzeźba, która kiedyś była umieszczona na miejscu pochówku rzeźbiarza. Joseph Breitkopf-Cosel zmarł kilka lat po założeniu cmentarza. Jego przejmująca rzeźba Letzte Zuflucht (Ostatnie schronienie) przetrwała do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj przetrwał grób, albo upamiętniający nagrobek pierwszej osoby pochowanej na tym cmentarzu, pani Gertrudy Mootz.

Grób Friedricha Klesse autora większości przystanków drogi krzyżowej jest przy stacji IV: Pan Jezus spotyka swoją matkę. Następne stacje, stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi, stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi, stacja VII: Drugi upadek pod krzyżem, stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty, stacja X: Pan Jezus z szat obnażony, stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża opowiadają, historię Męki Pańskiej cały czas w tej samej formie artystycznej przydrożnej kaplicy. Stacje IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci i XI: Pan Jezus przybity do krzyża są dziełem innych artystów. Nie wiem czy dobrze lokalizuję stację XII: Pan Jezus umiera na krzyżu. Myślę, jestem prawie pewna, że jest nią wysoki krucyfiks przy grobach duchownych. Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu to relief z mosiądzu wybitnego rzeźbiarza berlińskiego Wilhelma Haverkampa.

Stacje męki pańskiej zaczęto budować około 600 lat temu. Najstarsza w Europie kalwaria powstała w latach 1405‒1420 w Hiszpanii niedaleko Kordoby. Później zaczęły powstawać następne, na terenie dzisiejszych Niemiec i Włoch.

Znam dość dobrze Kalwarię Zebrzydowską. Co roku w Wielkim Tygodniu odwiedzałam to miejsce. Co roku wybierałam się też na uroczystości wielkopiątkowe, zaczynające się wczesnym świtem, ale nigdy jeszcze w ten dzień o tej godzinie tam nie dotarłam. Kilka dni temu odwiedzając berliński cmentarz, spojrzałam na tablicę informacyjną i przeczytałam, że w Wielki Piątek o 6 rano odbędzie się tu nabożeństwo drogi krzyżowej, tu na cmentarzu.

Jeśli się wybiorę, dam znać w komentarzach.

Dlaczego piszę o kalwarii? Cmentarz przy Röblingstraße powstał na wzniesieniach tzw. Szorstkich Gór (Rauhe Berge), a kalwarie zakładane były na wzgórzach, tak żeby przypominały swoim położeniem Jerozolimę. Cmentarz w początkowym swoim istnieniu był pagórkowaty. Góry i doliny stopniowo zasypywano. Zostało tylko jedno wzniesienie z wysoką kolumną, na której Maria z dzieciątkiem ma widok i ogląd na cały cmentarz.

Podczas wojny cmentarz był miejscem walk, są groby wojenne i jest otwór po kuli w maryjnym posągu. Piękna i dostojna anielica autorstwa Martina Schaußa zastygła, miejmy nadzieję na następne sto lat a może dłużej, w majestatycznej pozie, a obok kruki kolejnego artysty rzeźbiarza Ludwiga Vordermayera. Jest jeszcze kamień z wężem (Schlangenstein) https://de.wikipedia.org/wiki/Schlangenstein_in_Weimar, nie oryginał ale jego kopia. Kopia słynnej rzeźby z Weimaru jest ozdobą jednej z mogił. Gdyby nie cmentarz, może nigdy bym się o rzeźbie nie dowiedziała. Inskrypcja Genio huius loci – Duchowi tego miejsca – odnosi się do harmonijnego połączenia ducha, przyrody, literatury i sztuki.

To wszystko można tu znaleźć i ciągle szukać, a drogą krzyżową można przejść niekoniecznie jak Chrystus, tylko z ciekawości.

Reblog: Dzień Ateizmu

Janusz Malinowski! dziękuję za podanie tego do wiadomości na Facebooku

Adam Patrzyk

Kazimierz Łyszczyński – zapalał światło rozumu

Powoli zbliża się rocznica męczeńskiej – nie bójmy się tego słowa – śmierci Kazimierza Łyszczyńskiego (1634-1689), która przypada na 30 marca. Piszę o tym z dużym wyprzedzeniem, bo bardzo chciałbym, aby nie była to kolejna, „prywatna” rocznica grupki polskich ateistów, znana nielicznym jako Dzień Ateizmu.

Zastanawia mnie i bulwersuje obojętność polskiego środowiska akademickiego – szczególnie wydziałów filozofii – oraz ludzi kultury wobec tej wielkiej, niemal nieznanej i powszechnie niedocenianej postaci. Etykietka “pierwszego polskiego ateisty” zdaje się wszystkim przysłaniać fakt, że Kazimierz Łyszczyński był filozofem i wybitnym, niezwykle nowoczesnym oraz nadal aktualnym krytykiem religii.

Kazimierz Łyszczyński to fenomen na skalę światową. Był pierwszym filozofem od czasów Antyku, który napisał traktat – objętości książki – O nieistnieniu Boga. Wyprzedził w ten sposób o kilkadziesiąt lat dzieło Jana Mesliera znane jako Testament, a o sto lat ateistyczną twórczość wielkiego Paula d’Holbacha i idee radykalnego Oświecenia.

Jeśli chodzi o filozofię religii, to Łyszczyński nie tylko był prekursorem Oświecenia, ale na dodatek należy – wraz z d’Holbachem – do jego najbardziej radykalnego nurtu, odrzucającego popularny wśród oświeceniowych twórców deizm. Był więc nawet jak na epokę Oświecenia niezwykle postępowy.

Łyszczyński jest postacią, która przynosi chlubę polskiej kulturze. Mógłby rozsławiać w świecie polską myśl filozoficzną sprzed XX wieku, tym bardziej że do czasu Szkoły Lwowsko-Krakowskiej nie mamy się specjalnie kim pochwalić. Mógłby też zmienić w świecie wizerunek Polski postrzeganej głównie jako kraj fundamentalnie katolicki, którego nikt nie posądza o wydanie pierwszego męczennika za wolność głoszenia idei ateistycznych.

Pamiętajmy, że Giordano Bruno (1548-1600) – symbol męczeńskiej śmierci za wolność słowa – był niezaprzeczającym istnieniu Boga teologiem i jego śmierć można potraktować jako porachunki wewnątrz Kościoła katolickiego, tym bardziej że został skazany za herezję. Pierwszą znaną postacią skazaną za ateizm był również teolog, Lucilio Vanini (1584-1619), ale także on nie napisał żadnego jawnie ateistycznego dzieła, a swoje ateistyczne idee przemycał zakamuflowane pod postacią krytyki religii pogańskich oraz poglądów heretyków lub ateistów.

Sam proces Łyszczyńskiego też był w tamtym czasie niezwykłym wydarzeniem na skalę światową. Oto przed sądem oskarżony o ateizm stanął szlachcic piastujący na dodatek urząd sędziego, a nie jakiś wędrowny teolog czy student jak Thomas Aikenhead (1676-1697). Nie był to również jakiś przypadkowy bluźnierca jak słynny francuski kawaler de la Barre (1745-1766), lecz świadomie i metodycznie dowodzący nieistnienia Boga filozof.

Długotrwały proces Łyszczyńskiego toczył się przed sejmem i w obliczu króla jednego z najpotężniejszych wówczas państw europejskich, świeżo wsławionego uratowaniem Europy przed inwazją turecką. Proces był próbą sił między hierarchią kościelną a szlachtą broniącą swoich praw przed zakusami Kościoła. Jego przebieg na bieżąco relacjonowała pierwsza francuska gazeta. Po latach – w 1800 roku – francuski oświeceniowy filozof, Sylvain Marechal umieścił Łyszczyńskiego w swoim pionierskim Słowniku ateistów, liczącym 800 haseł.

Obraz, namalowany w czasach ZSRR przez A. Silwiestrowa, odnaleziony przez autora artykułu, Adama Patrzyka

Okrutność wyroku na Łyszczyńskiego jest symboliczna. Choć w drodze łaski król Jan III Sobieski zamienił spalenie żywcem na uprzednie ścięcie mieczem, to jednak nie odstąpiono od spalenia przedtem żywemu jeszcze Łyszczyńskiemu ręki, którą napisał swój traktat i w której miał trzymać go podczas tej tortury. Wyrwano mu też język. Prochy Łyszczyńskiego wystrzelono z armaty, aby nie miał grobu, a jego dworek zrównano z ziemią, zaś miejsce po nim mocą wyroku miało na zawsze pozostać ugorem. Żonę Łyszczyńskiego zamknięto w klasztorze, w którym miała doglądać chorych i bezdomnych. Którego filozofa na świecie spotkał taki los? Szczególnie jasno lśni ateizm Łyszczyńskiego na tle przekonań religijnych współczesnych mu wielkich filozofów, myślicieli i uczonych. Jego niemal rówieśnicy – John Locke, Gottfried Leibnitz, Blaise Pascal czy Izaak Newton – wszyscy byli zagorzałymi teistami. Jako teista deklarował się nieco starszy Kartezjusz, a najbardziej ateistyczny z nich, Baruch Spinoza próbował łączyć materializm z teizmem. Natomiast późniejsi wielcy filozofowie i myśliciele Oświecenia niemal wszyscy byli deistami.

W roku egzekucji Łyszczyńskiego John Locke wydał swój słynny List o tolerancji, spod działania której wykluczał jednakże ateistów. Tak od strony religijnej wyglądała elita intelektualna ówczesnej Europy.

Wielkość Łyszczyńskiego bywa kwestionowana przede wszystkim z powodu niezwykłe skromnej objętości jego spuścizny – zostało po nim tylko 5 cytatów, a dokładniej 12 zdań (plus opis dzieła). Trzeba jednak pamiętać, że nie są to zdania przypadkowe, które losowo ocalały z jedynego egzemplarza jego traktatu spalonego wraz z ciałem autora. To cytaty starannie wybrane przez prokuratora do mowy oskarżycielskiej, mające w pełni ukazać ateizm Łyszczyńskiego.

Te 12 zdań zainicjowało kilka doniosłych wątków intelektualnych, z których część do dzisiaj nie została w pełni przez filozofię, socjologię i psychologię religii rozwinięta. Religia jako świadome oszustwo i manipulacja, rola zaszczepiania strachu w religii, religia jako narzędzie ucisku politycznego i wyzysku ekonomicznego, religia jako forma zniewolenia umysłowego, motywującego zniewolonych do walki z próbującymi ich wyzwolić, wyzwolenie „ludu” ze zniewolenia religijnego jako zadanie elit intelektualnych i warunek postępu – to tematy, które nadal mogą stanowić inspirację ciekawych rozważań i dyskusji.

Pośmiertne dzieje Łyszczyńskiego dodają tej postaci nimbu myśliciela wyklętego – to właściwie historia milczenia na jego temat. W katolickiej Polsce nie mogło być inaczej. Na dodatek jego tragiczna śmierć kładła się cieniem na legendzie króla Jana III Sobieskiego. Także za czasów PRL Łyszczyński był postacią niewygodną dla władzy, bo urodził się o dosłownie kilka kilometrów za daleko na wschód – na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego.

W Związku Radzieckim Kazimierz Łyszczyński był sztandarową postacią ateizmu. W Muzeum Ateizmu w Wilnie centralne miejsce zajmował monumentalny witraż przedstawiający jego egzekucję. Powstało też kilka upamiętniających Łyszczyńskiego dzieł malarskich. Niestety wspomniany witraż uległ kompletnemu zniszczeniu podczas prac remontowych, przywracających gmachowi Muzeum Ateizmu sakralny charakter (był to dawny i obecny kościół św. Kazimierza). Tylko w Białorusi Łyszczyński jest nadal oficjalnie czczony jako bohater narodowy i jeden z najważniejszych twórców kultury białoruskiej, bo urodził się po obecnie białoruskiej stronie polskiej granicy.

Postać Łyszczyńskiego, a także jego dzieło – choć znane tylko z kilku cytatów – ma duży, ciągle niewykorzystany potencjał kulturotwórczy. Jako ten, który „zapalał światło rozumu” i poniósł śmierć za prawo do wyrażania własnych poglądów, mógłby stać się nie tylko patronem międzynarodowych sympozjów czy konferencji naukowych, ale także przedmiotem dalszych badań nad nim samym. Dwie liczące zaledwie po kilkadziesiąt stron i niemal nieznane publikacje na jego temat z 1955 i 1989 roku (Józef Wielowski – Sprawa Kazimierza Łyszczyńskiego i Andrzej Nowicki – Kazimierz Łyszczyński 1634-1689) to stanowczo za mało, aby spopularyzować i docenić tę niezwykłą postać.

W Polsce niemal kompletnie brak zainteresowania elit intelektualnych przywróceniem społeczeństwu polskiemu pamięci o niezwykłej postaci Łyszczyńskiego i jego stanowiącym światowy ewenement traktacie O nieistnieniu Boga. Nie powstał komitet budowy pomnika Łyszczyńskiego, choć taki pomnik – ze względu na wagę intelektualną i niezwykłość losów Łyszczyńskiego byłby bez wątpienia wielką atrakcją turystyczną Warszawy. Mógłby wręcz stać się symbolem stolicy Polski, konkurującym z warszawską syrenką. A przede wszystkim kolejną, niezwykle atrakcyjną – i bardzo w duchu współczesnej Europy – wizytówka polskiej kultury. Od brawurowego przypomnienia Kazimierza Łyszczyńskiego dzięki pierwszym Marszom Ateistów w Warszawie kończącym się inscenizacją jego egzekucji – szczególnie wcieleniu się w tę postać Jana Hartmana – minęło już kilka lat. Mimo to postać ta nadal jest przedmiotem zainteresowania tylko nielicznego grona entuzjastów-amatorów, przy kompletnym braku zainteresowania świata nauki i kultury oraz innych środowisk opiniotwórczych. Chciałbym wierzyć, że w tym roku się coś zmieni.

“Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka” – te przełomowe słowa po raz pierwszy od czasów Antyku napisał Polak, Kazimierz Łyszczyński. I prawie nikt na świecie o tym nie wie, a i w Polsce niewielu.

Autor – Adam Patrzyk https://www.facebook.com/adam.patrzyk.5

Kolejny tekst o Łyszczyńskim TU

Trzej królowie monarchowie

… gdzie spiesznie dążycie?

Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja

Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ewa Maria Slaska

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcież nam Trzej Królowie,
chcecie widzieć Dziecię?
Ono w żłobie nie ma tronu,
i berła nie dzierży,
a proroctwo jego zgonu,
już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna,
Dziecię prześladuje,
wieść okropna, wieść to smutna,
Herod spiski knuje.
Nic monarchów nie odstrasza,
do Betlejem spieszą,
gwiazda zbawcę im ogłasza,
nadzieją się cieszą.

Przed Maryją stoją społem,
Niosą Panu dary.
Przed Jezusem biją czołem,
składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Cóż my damy, kto nam powie,
pałając z miłości.

Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów.
W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.

Trzy księżniczki baktryjskie

Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.

Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli.
Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.

Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

  1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
  2. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
  3. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
  4. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
  5. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.

  • Fenicja: trójca mieszana Baal, Asztarte i Eszmun
  • Babilon: trójca męska Ea, Marduk i Gibil
  • Grecja: trójca kobieca Artemida, Demeter, Hekate & trójca męska Zeus, Posejdon, Hades
  • Mezopotamia: Elil, An i Enki,
  • Egipt: “triada rodzinna” (ojciec, matka, syn) Ozyrys, Izyda, Horus
  • Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
  • Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
  • Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery

Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)

Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

C.b.d.o.

***

We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:

Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka.
Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO?
„Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą.
I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”).
Ufff…
No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.

***

O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:

Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.

I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.

Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)

Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.

***

Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:

Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:

Powiedzcież nam trzy królowe,
gdzie spiesznie dążycie?
do artysty, het na Neukölln
umilić mu życie!!!

(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)

Mietek Węglewicz

Trzech Króli
(kolęda)

Idą mędrcy wschodu,
przez calutki świat
dookoła globu
dwa tysiące lat
Czy pustynia, czy oaza
mróz, czy żar się leje
Kacper, Melchior i Baltazar
idą do Betlejem
Baltazara boli kostka
Kacper łapie dech
Melchior mówi ,,łaska boska
że nie sam,
we trzech”
Idą trzej królowie,
dwa tysiące lat
i dziękują Bogu
za ten piękny świat

Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli

To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!

***
Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki.
Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie!
***

A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:

Wiesław Fiszbach, foto: Ela Kargol

Jaworze (1981)

Ewa Maria Slaska

Fragment powieści

Basia już prawie rok wcześniej wystąpiła o pozwolenie na wyjazd na Zachód. Boże Narodzenie 1982 to były jej ostatnie święta w Polsce. Przygotowała je wspaniale, tak jak co roku przygotowywało się Boże Narodzenie w kresowo-kaszubskiej rodzinie Grubów. Był więc barszcz, uszka, kapusta z grzybami, piernik i kutia, zwana po prostu makiem. Zapakowała wszystko w słoiki i pojechała do Jaworza.

13 stycznia 1983 roku miała wyjechać do Berlina Zachodniego, a stamtąd dalej. Jurkowi Basia powiedziała dopiero wtedy, gdy już wszystko załatwiła. Nie powiedziała mu jednak wszystkiego, ale może sam się domyślił, że jej prawo wyjazdu opierało się właśnie na tym, że Jurek już od ponad roku był internowany.

– Chyba zwariowałaś, powiedział Jurek, gdy w Wigilię Basia przyjechała do obozu w Jaworzu i powiedziała mu, że za dwa tygodnie wyjedzie, zabierze dzieci, i prosi, żeby podpisał zgodę. A jak go kiedyś wypuszczą z tego pierdla, to będzie miał dokąd jechać.
– Chyba zwariowałaś, powtórzył Jurek. Po moim trupie pojedziemy do Ameryki.
Ale zgodę na wyjazd dzieci podpisał. Co miał zrobić?
– Chcę żyć jak człowiek, powiedziała Basia.
– W Ameryce?
– A żebyś wiedział. W Ameryce!
Jurek wiedział, że Basia zawsze postawi na swoim, mimo to z uporem godnym lepszej sprawy powtórzył:
– Po moim trupie.
I w gruncie rzeczy tak się stało, choć nie od razu.
O dziwo, nie napisał o tym wiersza.
Jurek wiedział, że w jego życiu czasy poezji definitywnie się skończyły, nawet nie pamiętał dobrze, kiedy. Czasem wydawało mu się, że chyba rok temu, w areszcie śledczym na Kurkowej napisał ostatnie wiersze. Ani tu, w internacie, ani potem, na wolności, w Gdańsku, Berlinie i Nowym Jorku, już nigdy nic nie napisał. Ale myślał. To się nie zmieniło. I miało się nie zmienić aż do śmierci. To, co myślał, nie było poprawne polityczne. To, co myślał o Niemcach, sprawiłoby, że każdy współczesny Niemiec ukamieniowałby go na miejscu. Ale przecież myślał tylko sam dla siebie. Nazizm był taki, jaki był, myślał Jurek, bo Niemcy byli tacy, jacy byli. To nieprawda, co mówili po wojnie, wypierając się świadomego udziału w zbrodni, to nieprawda, że władze hitlerowskie zmusiły ich do udziału w zbrodni. Było na odwrót. Nazizm był zbrodniczy, bo Niemcy umieli być posłuszni i posłusznie wykonywać rozkazy, nawet te zbrodnicze. Umieli też uwierzyć w to, że ci, których prześladowali i zabijali nie byli ludźmi.
Wtedy jeszcze Jurek myślał, że Niemcy byli jakimiś specjalnymi ludźmi. Umarł zbyt wcześnie, żeby się dowiedzieć, że wszyscy ludzie są, a w każdym razie mogą być tacy i że nawet jego rodacy okażą się tacy i to z własnej i nieprzymuszonej woli. Gdyby to ktoś Jurkowi powiedział i przepowiedział, nie uwierzyłby, że odgrodzą się drutem kolczastym i pozwolą biednym, głodnym, zmarzniętym ludziom ludziom, kobietom, dzieciom, chorym i starym umierać za płotem.

Z wolnej stopy 62

Wstęp i opracowanie Zbigniew Milewicz

W każdej bajce…

Stare porzekadło dopowiada: tkwi prawda. Jeżeli dziecku na Gwiazdkę podarujemy książkę z tego gatunku literackiego, to część pracy wychowawczej w domu mamy z głowy. Klasyczna bajka opowiada o takich podstawowych pojęciach w życiu, jak dobro i zło, miłość i nienawiść, poświęcenie, egoizm, kara i nagroda. Każda zawiera morał. Tak było między innymi w dziełach Andersena, lekturach mojego dzieciństwa, tak jest i u Oscara Wilde`a, o którym do niedawna nie wiedziałem, że również pisał baśnie; wymyślał je przede wszystkim dla dzieci, ale czytali je i czytają także dorośli, bo jeżeli lektura jest dobra gatunkowo, to wiek czytelnika nie odgrywa decydującej roli. Styl bajek Wilde`a przypomina mi zresztą trochę Andersena, ale oceńcie to Państwo sami, na przykładzie Olbrzyma – samoluba, bajki, którą nieprzypadkowo wybrałem na ten świąteczny czas. Mnie owa opowieść wzrusza ogromnie, a jej główne przesłanie mówi, że dobrem należy się w życiu dzielić.

Oskar Wilde, Olbrzym samolub

Codziennie po południu w drodze powrotnej ze szkoły dzieci bawiły się w ogrodzie Olbrzyma. Ogród był duży i piękny, a trawa zielona i miękka. W trawie to tu, to tam widać było wspaniale kwiaty niby gwiazdy, a pośród nich dwanaście drzew brzoskwiniowych, które o wiośnie różowiły i bieliły się delikatnym kwieciem, zaś jesienią rodziły ciężkie owoce. Na gałązkach brzoskwiń siadywały ptaki i tak głośno śpiewały, że dzieci nie rzadko przerywały zabawę, by się przysłuchać ich pieśni… – Jak nam tu dobrze – wołały radośnie. Pewnego dnia wrócił Olbrzym. Bawił on z wizytą w Kornwalii u swego przyjaciela – ludojada i spędził u niego siedem lat. W ciągu tych siedmiu lat powiedział mu wszystko, co tylko miał do powiedzenia, jako że jego talenty konwersacyjne były ograniczone – i postanowił wrócić do swego pałacu. Gdy stanął u bram, zobaczył dzieci bawiące się w najlepsze w jego ogrodzie.

– Co tu robicie? – zawołał ostro – a dzieci rozpierzchły się i uciekły. – Mój ogród jest moim ogrodem – krzyczał Olbrzym. – Niech każdy o tym pamięta i wie, że tylko ja mam prawo, się tutaj bawić. – Otoczył więc ogród wysokim murem i przybił tablicę: WSTĘP DO OGRODU SUROWO WZBRONIONY. Był to bowiem Olbrzym Samolub.

Biedne dzieci nie miały się teraz gdzie bawić. Próbowały się bawić na drodze, ale droga była pełna kurzu i twardych kamieni, toteż rychło dzieciom obrzydła. Po lekcjach chodziły więc wkoło muru i rozmawiały o pięknym ogrodzie. – Jak nam tu było dobrze – powiadały. Potem nadeszła wiosna i w całej wiosce pełno było kwiecia i ptaków. Jedynie w ogrodzie Olbrzyma Samoluba panowała jeszcze zima. Ptaki nie miały ochoty śpiewać w ogrodzie, w którym nie było dzieci – a drzewa zapomniały kwitnąć. Raz jakiś piękny kwiatek wychylił główkę z trawy, kiedy jednak zobaczył tablicę, tak bardzo mu się żal zrobiło dzieciaków, że schował się pod ziemię i poszedł spać.

Jedynymi stworzeniami, które były zadowolone z takiego obrotu rzeczy, był Śnieg i Mróz. – Wiosna zapomniała o tym ogrodzie – wołały – będziemy zatem żyć cały, okrągły rok. Śnieg przykrył trawę swym białym płaszczem, a Mróz umalował srebrem wszystkie gałęzie drzew. Potem obaj zaprosili do siebie Północny Wiatr, który wnet się też zjawił. Opatulony w futro cały dzień hulał i grzmiał po ogrodzie, strącając za jednym zamachem wszystkie kominy. – Miły kącik – powiedział – musimy jeszcze zaprosić Grad. – I Grad przyszedł. Codziennie przez trzy godziny bębnił w dach pałacowy, aż porozbijał prawie że wszystkie dachówki, a potem gnał po ogrodzie, ile miał tylko sił. Miał na sobie szary surducik, a jego oddech był zimny jak lód.

– Nie rozumiem, czemu ta wiosna się tak spóźnia – mruczał Olbrzym-Samolub siedząc w oknie i spoglądając w swój zimny, biały ogród. – Miejmy nadzieję, że już chyba niedługo takiej pogody. Ale Wiosna nie przyszła, ani Lato nie przyszło. Jesień obdarowała wszystkie ogrody złotymi owocami, tylko do ogrodu Olbrzyma nic nie przyniosła. – Za wielki z niego samolub – powiedziała. Tak więc w ogrodzie Samoluba panowała wciąż Zima, a Wiatr Północny z Gradem i Mróz ze Śniegiem tańcowały wśród drzew. Pewnego poranka Olbrzym leżał jeszcze w łóżku, gdy od ogrodu usłyszał jakąś przepiękną muzykę. Melodia tak mile łaskotała mu uszy, że Olbrzym pomyślał: to pewnie jacyś królewscy muzykanci… Tymczasem była to tylko makolągwa śpiewająca za oknem. Olbrzym tak długo już nie słyszał śpiewu ptaka w swoim ogrodzie, że to ćwierkanie makolągwy zdało mu się najcudowniejszą muzyką. Nagle Grad przerwał swój taniec nad jego głową. Północny Wiatr przestał dąć – a przez otwarte okno wionęła ku Olbrzymowi jakaś przedziwna woń.

– To chyba Wiosna – powiedział i wyskoczywszy z łóżka zerknął przez okno. I cóż tam ujrzał? Ujrzał najcudowniejszy widok. Dziurą w murze dzieci dostały się do ogrodu i właśnie siedziały sobie na gałęziach drzew. Na każdym drzewie, jakie mógł dojrzeć z okna, siedziało dziecko. A drzewa tak bardzo były rade z powrotu dzieci, że okryły się kwieciem, a ich gałązki poruszały się lekko nad dziecięcymi główkami. Dokoła fruwały ptaki ćwierkając radośnie, a kwiaty zerkały ku górze przez zieleń traw i śmiały się do dzieci. Widok naprawdę piękny. Tylko w kącie ogrodu panoszyła się jeszcze Zima. A był to najdalszy kąt ogrodu Samoluba. Stał tam malutki chłopczyk. Był taki mały, że nie mógł sięgnąć do gałęzi, więc chodził wkoło drzewa i gorzko płakał. Biedne drzewko było jeszcze pokryte śniegiem i lodem, a Wiatr Północny dął i huczał w jego gałęziach. – Wejdź na mnie – powiedziało drzewo i pochyliło gałęzie tak nisko, jak tylko mogło, ale chłopczyk i tak ich nie mógł dosięgnąć.

I zmiękło serce Olbrzyma, gdy wyjrzał z okna pałacu. – Jakiż ze mnie samolub – westchnął. – Teraz już wiem, dlaczego Wiosna unika mego ogrodu. Podsadzę tego chłopczyka na drzewo, a potem rozwalę mur – i odtąd już na zawsze dzieci będą się bawić w moim ogrodzie. – Olbrzymowi zrobiło się naprawdę przykro, kiedy sobie przypomniał swoje postępki. Zbiegł tedy po schodach, otworzył cichutko drzwi i wszedł do ogrodu. Dzieci na widok Olbrzyma ogarnął taki strach, że w te pędy uciekły, a do ogrodu znów powróciła Zima. Nie uciekł tylko mały chłopczyk, bo w oczach miał tyle łez, że nie zauważył zbliżającego się Olbrzyma. A Olbrzym podszedł cichutko do chłopca i wziąwszy go na ręce, posadził wysoko na gałęzi. Drzewo natychmiast zakwitło i ptaszki przyfrunęły z ćwierkaniem, a chłopczyk wyciągnął obie rączki, objął Olbrzyma za szyję i mocno go ucałował. Gdy tylko dzieci zobaczyły, że Olbrzym nie jest już taki zły, wróciły co prędzej do ogrodu a z nimi wróciła i Wiosna.

– To już wasz ogród, moje dzieci – powiedział Olbrzym i zaraz wielkim toporem zaczął rozwalać mur. Gdy ludzie idący na targ około dwunastej mijali pałac, zobaczyli Olbrzyma, który bawił się z dziećmi w najpiękniejszym ogrodzie, jaki można było sobie wyobrazić. Dzieci bawiły się cały dzień, a wieczorem podeszły do Olbrzyma, żeby się z nim pożegnać. – A gdzie wasz mały towarzysz – zapytał Olbrzym – chłopczyk, którego wsadziłem na drzewo? – Olbrzym polubił go najbardziej spośród wszystkich, bo tylko ten chłopczyk go pocałował. – Nie wiemy – odpowiedziały dzieci. – Musiał chyba już pójść. – Powiedzcie mu, żeby jutro na pewno przyszedł – rzekł Olbrzym, a dzieci odpowiedziały, że nawet nie wiedzą, gdzie mieszka, i w ogóle nigdy go przedtem nie widziały. Olbrzymowi zrobiło się bardzo smutno. Codziennie po południu, po lekcjach, dzieci przychodziły do ogrodu i bawiły się z Olbrzymem. Nigdy jednak nie zjawił się już chłopczyk, którego Olbrzym tak kochał. Olbrzym był wprawdzie bardzo miły dla wszystkich dzieci, a jednak tęsknił za swoim pierwszym przyjacielem i często o nim opowiadał, nie raz i nie dwa powtarzając: – O, jakże chętnie bym go zobaczył.

Tymczasem lata mijały, a Olbrzym postarzał się i osłabł. Nie mógł już bawić się z dziećmi, więc tylko siadał w ogromnym fotelu, przyglądał się dzieciom i zabawom a także podziwiał swój ogród. – Mam wiele pięknych kwiatów – zwykł był mawiać – ale dzieci – to najpiękniejsze kwiaty. Pewnego zimowego poranka, ubierając się, spojrzał przez okno. Nie żywił już teraz nienawiści do Zimy, bowiem wiedział, że Wiosna tylko śpi i że zostały mu kwiaty. Nagle aż przetarł oczy z podziwu i patrzył… i patrzył. Był to naprawdę cudowny widok. W najdalszym kątku ogrodu stało drzewko okryte białym kwieciem. Gałązki drzewka mieniły się od złota, a spod gałązek wyzierały srebrzyste owoce. Pod drzewkiem stał chłopczyk, którego tak bardzo kochał. W przypływie radości Olbrzym jakby sfrunął po schodach i dalej – do ogrodu. Szybkim krokiem przebiegł przez trawnik i zbliżył się do chłopca.

Gdy był już bardzo blisko, twarz mu poczerwieniała od gniewu i spytał: – Kto się ośmielił cię zranić? – Na dłoniach dziecka widać było bowiem blizny od gwoździ i takież same blizny od gwoździ miał chłopiec na obu stopach. – Kto się ośmielił cię zranić – zawołał Olbrzym. – Powiedz mi tylko kto, a porwę miecz i zabiję nędznika. – Nie, nie – odrzekło dziecię. – Bo to są rany Miłości. – A kto ty jesteś – zapytał Olbrzym i dziwną grozą przejęty klęknął przed małym chłopcem. Chłopczyk uśmiechnął się do Olbrzyma i rzekł: – Raz pozwoliłeś mi się pobawić w twoim ogrodzie, dziś pójdziesz ze mną do mojego ogrodu, a ten mój ogród – to Raj. Gdy dzieci jak zwyczajnie przybiegły po południu do swojego ogrodu, zobaczyły pod drzewem martwego Olbrzyma. Leżał obsypany białymi kwiatami.

Wśród nocnej ciszy

English please read HERE

Tekst Anny Alboth z Guardiana (patrz link powyżej) został przetłumaczony na polski przez Jacka Pałasińskiego i opublikowany na Drugim Obiegu, jego codziennych facebookowych doniesieniach na temat polityki polskiej i światowej. Doniesienia te są wspaniałym dziełem; reblogowałam tu już kilka z nich i zachęcam wszystkich do podjęcia próby zaprzyjaźnienia się z panem Jackiem na Facebooku, po to, żeby móc prawie codziennie czytać rzetelną “prasówkę”, pełną faktów nieznanych szerszemu ogółowi i wspaniałych, ciętych, a zarazem pełnych najgłębszej empatii komentarzy.

Piszę, “spróbujcie się zaprzyjaźnić”, bo możliwe, że się to nie uda. Jacek Pałasiński ma 4999 przyjaciół na Facebooku i wygląda mi to na liczbę nieprzekraczalną.

Wesołych świąt, moi mili, nie zapomnijmy postawić na stole pustego talerza dla bezdomnego, chorego i głodnego uciekiniera, bo może uda mu się do nas dotrzeć. Pan Jacek też o to prosi, choć brzmi w tej prośbie inny ton niż w tym, co ja tu napisałam, choć słowa są te same. Zresztą sami zobaczcie.


Anna Alboth with refugees in Narewka, Poland, near the Belarus border. ‘We cannot take people with us or drive them to a safe place. That would be a criminal act.’ Photograph: Jana Cavojska/SOPA/Rex/Shutterstock

Jacek Pałasiński, Drugi Obieg, Facebook, czwartek, 16 grudnia 2021

„Guardian” publikuje dramatyczny artykuł Anny Alboth, wolontariuszki z Grupy Praw Mniejszości. Przeczytajcie!

Anna Alboth

W mojej głowie ciągle trwa myśl: „Mam w domu dzieci, nie mogę iść do więzienia, nie mogę iść do więzienia”. Polityka jest poza moim zasięgiem i poza zasięgiem ofiar na granicy polsko-białoruskiej. To ironia losu, że na tej granicy zgromadziło się ponad 50 ekip medialnych, ale Polska jest jedynym miejscem w UE, gdzie dziennikarze nie mogą swobodnie relacjonować.
Tymczasem zbliża się sroga północnoeuropejska zima, a moje palce marzną w ciemne, śnieżne noce.
Sytuacja graniczna pokazuje przepaść między tym, co legalne, a tym, co moralne. Przebija wysiłki tych, którzy działają na rzecz ratowania życia. Jedyne, co możemy zrobić my, aktywiści w lasach na granicy polsko-białoruskiej, to zanieść wodę, żywność i ubrania zdesperowanym ludziom. Jednak wykonanie tego podstawowego aktu humanitarnego wymaga ukrycia. Musimy się ukrywać i przekradać przez lasy. Zwrócenie uwagi straży granicznej, policji czy wojska wymusiłoby kolejne przegnanie.
Wśród drzew spotkałam różne grupy: rodziny, matki z dziećmi, ojców z niepełnosprawnymi dziećmi, osoby starsze i osoby z najsłabszych mniejszości świata – etnicznych, religijnych i LGBTQ+. Szukali wolności, ale od sierpnia są wypychani na Białoruś 5, 10, a nawet 15 razy.
Na nocne spacery mam na sobie duży plecak pełen termosów z ciepłą zupą, skarpetek, butów, kurtek, rękawiczek, szalików, czapek, plastrów, lekarstw i powerbanków. Chodzę w ciemności i chowam się za drzewami, gdy słyszę helikoptery lub widzę reflektory policji. Słyszę plusk zupy w pojemnikach na plecach, słyszę mój oddech – nikt nie nauczył mnie skradania się i niewidzialności, jak zawodowego żołnierza. Od lat zajmuję się prawami człowieka, odwiedziłam większość granic UE i obozy dla uchodźców, ale nigdy nie bałam się, że podczas poruszania się trzeszczą gałązki pod moimi stopami ani tym, że szeleszczą drzewa nad moją głową.
Z osobistych historii i dowodów zebranych przez Minority Rights Group International wraz z kolegami z Grupy Granica, sojuszu 14 polskich organizacji społeczeństwa obywatelskiego reagującego na kryzys, wiemy, że co najmniej 5000 osób było w lasach i że obecnie jest tam co najmniej 1000. Jesteśmy w kontakcie ze wszystkimi: zdesperowanymi ofiarami obrzydliwej gry o władzę między państwami.
Za każdym razem, gdy odpowiadamy na telefon od kogoś w potrzebie, jego matki wciąż w Iraku lub Afganistanie, albo kuzyna z Berlina, zabieramy plecaki na ramiona i ruszamy. Dzień i noc – długo po tym, jak świat stracił zainteresowanie. Czasami szukamy ludzi godzinami. Czasem, ze względów bezpieczeństwa, wielokrotnie zmieniają miejsce pobytu. Czasem starsze babcie lub małe dzieci, które nie mają już sił na chodzenie, utknęły na polskich bagnach. Teraz, gdy lasy pokrywa śnieg, a ludzie nie mogą do nas dzwonić, bo ich telefony zostały zniszczone przez polską armię, używamy kamer termowizyjnych.
Spotykamy przerażone oczy, wycieńczone twarze, ciała zniszczone zimnem, rozpaczliwie pozbawione odporności po tygodniach spędzonych w lodowatym, wilgotnym lesie. Zamarznięci, spragnieni, głodni ludzie. Nie miałam pojęcia, co oznacza głód. Dawałam kawałek czekolady moim dzieciom, kiedy narzekały przed obiadem. Czytałam statystyki ubóstwa i podręczniki do historii. Nic nie wiedziałem o głodzie.
Ludzie na granicy polsko-białoruskiej nie jedli od tygodni. Co kilka dni, po gwałtownym odepchnięciu ich od zasieków z drutu kolczastego, mogą dostać starego ziemniaka od białoruskiego żołnierza, jeśli mają pieniądze. Podzielą się tym z dziećmi. Od wielu dni nie mają nic do picia. Albo piją wodę bagienną lub deszczową, która powoduje skurcze żołądka i ogłuszający ból głowy, jeszcze bardziej ich osłabiając. Pozostawienie im wystarczającej ilości jedzenia i wody na kilka dni jest niemożliwe: nikt nie ma siły, by tyle dźwigać. Nie możemy zabrać ze sobą ludzi ani odwieźć ich w bezpieczne miejsce. To byłby czyn przestępczy. Ale pozostawienie tych ludzi na pastwę powolnej śmierci nie jest przestępstwem.
Gdzie jest Czerwony Krzyż, Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Migracji i agencja ONZ ds. uchodźców? Te organizacje, które działają nawet w strefach wojennych? Czyż zabiera się żywność i wodę najbardziej niebezpiecznym przestępcom? Czy 5-letnia Elina jest bardziej niebezpieczna, kiedy jest mniej godna? Ma epilepsję, ale nie ma lekarstwa. Spotkałam ją w lesie z dziewięcioma innymi Kurdami, wszyscy bez butów. Przetrwali wojny i naloty w ojczyźnie, ale mogą zamarznąć na śmierć w polskim lesie. Podczas każdego odepchnięcia polscy i białoruscy oficerowie zabierają im wszystko: pieniądze, ubrania i obuwie.
Jesteśmy w kontakcie. Jeśli uda im się ukryć swoje telefony, możemy się komunikować. Dzielą się zdjęciami i filmami białoruskich psów. Pokazują mi kąsane rany, jeśli spotkamy się po polskiej stronie. Płaczą. Proszą o radę. Nie chcą opowiadać swoim rodzinom o swojej trudnej sytuacji, ale potrzebują kogoś, z kim mogą porozmawiać.
„Piąty push-back. Przy szóstym się zabiję”.
„Straciłem syna, ma astmę. [Ostatni raz, kiedy dzwonił to [było] trzy dni temu. Wiesz gdzie on jest?”
“Kiedy przyjdziesz? Czy masz wodę? Nawet kroplę?”
Poddani kampanii dezinformacyjnej uchodźcy otrzymują sprzeczne doniesienia służb białoruskich, które rozpowszechniają formularze o osiedleniu się w Polsce lub Niemczech. Budzi to nadzieje na bezpieczną podróż. Ale prawdziwym celem jest rozbicie ich na polskiej granicy, aby wywierać presję na UE. Niektóre niepokojące doniesienia sugerują, że migranci są zmuszani do udziału w przemocy w ramach białoruskich prób prowokowania polskich funkcjonariuszy.
Ryzykując eskalację przemocy, my, aktywiści w lasach, pragniemy przypomnieć światu, że uchodźcy nie są agresorami. Są zakładnikami reżimu Łukaszenki, który wykorzystuje ich do swoich celów.
Polacy przysyłają mi wiadomości: „Gdzie mam wysłać ciepłe i ciemne ubrania?” „Jaka jest sytuacja na granicy? Media pokazują nam tylko filmy autorstwa polskiego ministerstwa lub władz białoruskich”. „Płaczę, kiedy kładę dzieci do snu. Proszę, napisz coś, co może pomóc”.
Dunja Mijatović, komisarz Rady Europy ds. praw człowieka, spędziła cztery dni w Polsce i przyjechała z nami w teren. Powiedziała: „Największą siłą ruchu pomocy uchodźcom i uchodźcom z pogranicza polsko-białoruskiego są mieszkańcy okolicznych miejscowości – w strefie zagrożenia i przy niej. To ich współczucie i empatia przedłuża życie ludzi w lesie. Ich odwaga i bezinteresowność. Ich dobro ratuje życie”.
Oczywiście inni widzą to inaczej: ludzie pomagający na granicy to „wrogowie narodu”, „agenci Łukaszenki”, „winni niszczenia wartości europejskich”, „ci, którzy zapraszają tu terrorystów”.
Jesteśmy winni, że spragnionym zostawiamy w lesie bukłaki z wodą. Jesteśmy winni dzielenia się zupą. Wkładania butów na zmarznięte stopy, które nie mogły się już ruszyć. Jeśli pomaganie jest nielegalne, czy w ogóle rozumiemy, czym jest przestępstwo”?

***
Cóż może dodać autor Drugiego Obiegu, piszący o sobie D.O.?

Wesołych świąt Bożego Narodzenia, klerze!
Wesołych świąt, katolicy!
Spokojnych i radosnych świąt, bardzo religijne sfery partyjno-państwowe!
Pogodnych, rodzinnych świąt Polacy!
Nie zapomnijcie o dodatkowym talerzu na wigilijnym stole!

***

Przypominam:

Tu można wpłacać pieniądze, które naprawdę dotrą do tych, niosących pomoc tam na granicy: Grupa Granica.

Wpłacajcie! Do zakończenia aktualnej zbiórki zostało jeszcze 7 dni! To dzięki naszym wpłatom osoby w terenie, ale też prawnicy, psycholodzy i cała armia dobrych ludzi może robić to, co robi. Dziękuję: https://zrzutka.pl/8br4cy

Palermo 2021

Johanna Rubinroth

Ale ci bogowie tu nie mają fajnie, strasznie muszą się męczyć. / Aber diese Götter hier, die haben es nicht gut, sie leiden schrecklich. / But these gods here don’t have it nice, they are in terrible pain.

Szczęśliwym się człowiek staje wtedy, jak się nogę złamie. / Man wird glücklich, wenn man sich das Bein bricht. /One becomes happy when one’s leg is broken.

A poza tym to w Palermo jest tak: / Außerdem sieht es in Palermo so aus: / But never mind, Palermo is OK:

Drzewa w Palermo. / Bäume in Palermo. / Trees in Palermo.

I… / Und…/ And…

Was für Geschenke sollen wir kaufen

Jedes Jahr diesselbe Frage. Und 2021 habe ich Entscheidung getroffen, Euch dabei ein Bißchen zu helfen.

Als erste kommt Berliner Schokolade mithergestellt und mitgepromotet von einer bekannten Berliner Schriftstellerin.

Tanja Dückers

Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokolade ist wieder da

Ich freue mich, Ihnen mitteilen zu können, dass die beliebten, von Slow Food ausgezeichneten Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokoladen wieder lieferbar sind.  Bedingt durch die derzeitige Ressourcenknappheit  (Papier!) haben wir lange auf unsere Verpackungen warten müssen.

Wir haben die Wartezeit jedoch genutzt und neben den 23 schon vorhandenen Stadtteilen zwei neue Sorten kreiert:  „Treptow“ und „Wilhelmsruh“. Alle Tafeln werden von der Berliner Schokoladen Manufaktur 31° (Belyzium) handgefertigt und sind bio- und Fair-Trade-zertifiziert. 

Die Zutaten der Preussisch süß – Berliner Stadtteilschokoladen sind nicht beliebig ausgewählt, sondern Ergebnis einer Recherche über den jeweiligen Stadtteil.  Jeder Stadtteil wird „in Schokolade“ portraitiert. Preussisch süß versteht sich als künstlerisches interdisziplinäres Projekt. Wie schmeckt Kreuzberg, wie schmeckt Mitte, wie schmeckt Zehlendorf oder Lichtenberg? Mit solchen Fragen hat sich die Schriftstellerin und Journalistin Tanja Dückers lange beschäftigt und dann mit dem Berliner Chocolatier Christoph Wohlfarth ab 2017 gemeinsam die Rezepturen entwickelt. „Treptow“ und „Wilhelmsruh“ wurden nun gemeinsam mit der Chocolatiere Katharina Zeilinger (Berliner Schokoladen Manufaktur 31 °) kreiert.

Tanja Dückers wurde in Tempelhof geboren, ist in  Charlottenburg und Wilmersdorf aufgewachsen, hat in Schöneberg, Kreuzberg, Wedding und lange in Neukölln gelebt und wohnt nun seit einigen Jahren im Prenzlauer Berg.  Kleine Texte auf der Rückseite geben Auskunft über das Zusammenspiel von Rezeptur und Stadtteil. Klischees werden hierbei bewusst zitiert, Humor darf sein. 

Unser neuer Shop ist sehr schön geworden, überzeugen Sie sich selbst: (preussisch-suess.shop)  

Natürlich werden unsere Tafeln auch weiterhin in ausgesuchten Buchläden sowie in Konfiserien und Schokoladen- / Kaffee-Fachgeschäften verkauft.

Noch ein Hinweis: Am 21. November erscheint Tanja Dückers‘  Buch „Das süße Berlin“ (Insel / Suhrkamp) . Darin beschäftigt sie sich mit der süßen Historie Berlins und stellt viele schöne, interessante, köstliche und kuriose „süße Orte“ in der Hauptstadt vor: https://www.suhrkamp.de/buch/tanja-dueckers-das-suesse-berlin-t-9783458364702

Über Ihr Interesse würden wir uns freuen.

Nachfragen richten Sie bitte an kontakt@preussisch-suess.de

*******************************

Tanja Dückers

Schriftstellerin
Literaturwissenschaftlerin
Publizistin
www.tanjadueckers.de

Schokoladenedition
Preussisch süß
www.preussisch-suess.de

********************************