Ela Kargol
Neptun mnie rozczarował. Zapamiętałam go jako znacznie większego. Oczywiście wtedy byłam dzieckiem, więc proporcje wyglądały inaczej. Dziś ginie trochę w cieniu wyższych kamienic, kościołów, ratusza i wszystkiego, co wokół się dzieje. A przecież to Neptun, król mórz, wiekowy strażnik Dworu Artusa, któremu udało się uniknąć przetopienia na armaty. A że król bywa nagi, stąd pewnie często ginął jego listek figowy, czyli płetwa konia morskiego, która listek udaje.



Do Gdańska pojechałam nieprzygotowana, nie odświeżając sobie wiedzy o mieście, nie pytając o nic adminki – Gdańszczanki, nie czytając przewodników. Chciałam, żeby miasto samo mnie prowadziło. Po części się udało, po części błądziłam.
Sama podróż pociągiem z Poznania do Gdańska już była dużym wyzwaniem. Bez biletu, bo nie było, bez miejsc, bo też nie było. Jakiś festiwal był ponoć w Sopocie. Tłok, że przysłowiowej szpilki… Na czterech miejscach siedzieliśmy w siedem osób. Rozmawialiśmy o Sopocie, Gdyni i… Zakopanem. Bo okazało się, że z panem z naprzeciwka mamy wspólnych znajomych pod Tatrami. Piliśmy czeskie piwo, bo pociąg był czeski. Z Pragi do Gdańska.
Z dworca w Gdańsku wsiadłam od razu w tramwaj dziewiątkę, żeby przed zmrokiem dojechać do schroniska młodzieżowego na Strzyży. Młodzieżą już nie jestem, ale ceny noclegów w schroniskach młodzieżowych są zachęcające również dla seniorów.
Przystanek Pomorskiej Kolei Metropolitalnej na Strzyży od razu przyciągał wzrok. Intensywna czerwień, nowoczesna architektura, a przede wszystkim mural Kobiet Wolności sprawiały, że nie sposób było przejść obok obojętnie.
Artystki z agencji muralowej Redshels, wraz z zaproszonymi twórczyniami z Gdańska, uwieczniły na filarach wiaduktu kilkadziesiąt kobiet zaangażowanych w działalność opozycyjną w czasach PRL. Kobiet, które nie zawsze były doceniane za swoją odwagę i determinację. Tutaj wreszcie trafiły na mury. Z imienia, z twarzy, z historii, a przede wszystkim ku pamięci. Codziennie przechodziłam dwa razy ścieżką pod wiaduktem w Strzyży. Codziennie wpatrywałam się w ich twarze, nazwiska i wielki biały napis na czerwonym tle: KOBIETY WOLNOŚCI. I to właśnie ten obraz Gdańska został ze mną najmocniej.





Przy okrągłym stole 6 lutego 1989 roku w Pałacu Namiestnikowskim w Warszawie zasiadły tylko dwie kobiety. Z ramienia Solidarności tylko jedna. Była nią Grażyna Staniszewska, w ciemnoróżowej marynarce. Grażyna Staniszewska, przedstawicielka opozycji miała na sobie ciemnoróżową marynarkę…W pamięci feministek zachował się tylko udział Grażyny w obradach. Jej partyjna oponentka, o pokolenie od niej starsza Anna Przecławska, znana pedagożka uniwersytecka była pomijana we wszystkich relacjach kobiecych o Okrągłym Stole…Obie nie wpłynęły zapewne w żaden sposób na kształt wypracowanej przy Okrągłym Stole wizji Polski…” gorzko stwierdza w swojej książce „Amerykański sen. Pokolenie Solidarności” Ewa Maria Slaska.

Różowy żakiet Grażyny Staniszewskiej wpłynął jednak poniekąd na kolor okładki książki. Kolor wymyślił grafik, Konrad Kozaczek, ale autorka go od razu zaakceptowała, właśnie z uwagi na ten żakiet.









Nie chcę umniejszać znaczenia instytycji takiej jaką jest Europejskie Centrum Solidarności, ale lubię dostrzegać małe rzeczy. A w centrum Solidarności czułam się zagubiona w ogromych halach wystawienniczych. Trochę ponarzekam. Być może wybrałam zły dzień – sobotę, żeby z książką Ewy Marii Slaskiej o pokoleniu Solidarności porozmawiać z kimś kompetentnym w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności. Biblioteka była zamknięta, bo akurat odbywały się tam jakieś wykłady medyczne, na pewno ważne. Poszłam więc do historycznego budynku BHP, ale tam sytuacja wyglądała identycznie. Szkoda, że nie przyszło mi do głowy, by poszukać innej, bardziej „zwyczajnej” biblioteki, choćby we Wrzeszczu czy w Strzyży. Może wtedy miałabym większą szansę na znalezienie kogoś, kto pomógłby mi zorganizować wieczór autorski dla pisarki, którą znam, cenię i z którą się przyjaźnię, a której książka była jednym z powodów mojej podróży do Gdańska.






Do Oliwy pojechałam za Krylem. Za jego buntowniczą pieśnią, żeby jej tam jeszcze raz wysłuchać, choć już zupełnie inaczej. Tym razem organy grały. A nie jak wtedy w latach 70. ubiegłego wieku zamilkły w pół dźwięku, po strajkach i masakrze na Wybrzeżu.
W Parku Oliwskim akurat rozwieszono Poetyckie pranie. Nie czytałam wszystkich wierszy i nie wiem, czy poezja Kryla również zawisła na sznurkach, jeśli nie, to przypomnę pierwszą zwrotkę, tę o organach.
Organy w Oliwie zamarły w pół dźwięku,
jest cicho nad brzegiem, ulice we mgle,
a mózg, który winien prowadzić ich rękę,
automat i czołgi kieruje na cel
w imię socjalizmu…
„Grudzień 1970 był dla Gdańska tragiczny, a przecież stał się momentem przełomowym w historii nie tylko Polski, ale Europy i świata,” pisze w swojej książce „Amerykański sen” Ewa Maria Slaska.
„Nasi chłopcy”, ta wystawa była jedyną rzeczą, na którą przyjechałam przygotowana, prosto po wykładzie w Szczecinie. Kiedy później ruszyłam w miasto, już po obejrzeniu ekspozycji, jej tytuł wciąż mi towarzyszył. Tak czuły w swoim przekazie, choć nie wiem, czy wolno mi w ten sposób myśleć i pisać. Obejmował w moich myślach także innych chłopców: tych z Westerplatte, chłopców z Solidarności, chłopców jadących ze mną tym samym autobusem do stoczni, i tych siedzących nad brzegiem Motławy i tych, którzy z młodym Grassem łobuzowali we Wrzeszczu, a może jeszcze paru innych.




To nie są ci sami chłopcy i nigdy nie będą, ale czułość tego słowa potrafi objąć więcej niż tylko tych z Wehrmachtu, wcielonych do wojska siłą lub bezsilnością wobec historii. Mój dziadek nie służył w Wehrmachcie. Był żołnierzem armii pruskiej. Miał jednak kuzyna, który do Wehrmachtu trafił. Korespondowali ze sobą przez całą drugą wojnę światową. I jeden, i drugi zapłacili za to wysoką cenę, bo takie więzi nie były mile widziane.
O tej korespondencji dowiedziałam się dopiero po śmierci dziadka. To były sprawy, o których się nie mówiło. Sprawy przemilczane, schowane głęboko, jakby wstydliwe, niewygodne fragmenty rodzinnych historii.
Wystawa wywołała ogromne zamieszanie, sprzeciw, emocje, a momentami wręcz nienawiść. Nie rozumiem jednego, dlaczego ktokolwiek miałby się z niej tłumaczyć?
Wystawa nie jest aktem oskarżenia ani usprawiedliwienia. Presja tłumaczenia się pojawia się zawsze tam, gdzie przekaz artystyczny dotyka tematów trudnych, niejednoznacznych, wywołujących lęk przed inną perspektywą.









Bazylika Mariacka. Konkatedra diecezji gdańskiej, fara Głównego Miasta w Gdańsku. Gotyk ceglany. Mało kto mówi o niej nekropolia. Choć według Wikipedii kryje miejsca pochówku 6 tysięcy osób pochowanych w kościele do początku XIX wieku. Ze spuszczoną głową stąpałam po nagrobnych płytach rozłożonych po wszystkich nawach kościoła, próbując odczytywać zadeptne epitafia. Niektore napisy są zupełnie zatarte, prawie nieczytelne.
Szukałam grobu Pawła Adamowicza. Myśląc już, że pomyliłam kościoły, podeszłam do pana z ochrony i z niepewnością w głosie, zapytałam o miejsce pochówku prezydenta Gdańska. Kościołów nie pomyliłam, tylko ta część bazyliki, gdzie znajduje się kaplica św. Marcina, jest akurat w remoncie. Po odsunięciu folii, pan wskazał na betoniarkę: „O w tym miejscu, gdzie betoniarka, tam jest urna z prochami Adamowicza.”





Tak jak katedra mariacka jest nekropolią, tak Cmentarz Nieistniejących Cmentarzy nią nie jest. Jeszcze do niedawna tak myślałam, że to jedynie wytyczony skrawek zieleni u podnóża Góry Gradowej, gdzie wśród traw i alejek cmentarnych spoczywają płyty nagrobne. Tymczasem to miejsce naprawdę było kiedyś cmentarzem parafii Bożego Ciała, zlikwidowanym w latach 60. XX wieku.
Wszystko tutaj zostało zaprojektowane i ma coś znaczyć. Dla mnie niekoniecznie to, co podaje wikipedia.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Cmentarz_Nieistniej%C4%85cych_Cmentarzy
“Tym, co imion nie mają na grobie, a tylko Bóg jedyny wie, jak kto się zowie…”. Te słowa z wiersza Maszy Kaleko „Kadisz”, z roku 1942, opublikowanego w roku 1995 w przekładzie Ireny Kuran-Boguckiej, otulają główny katafalk podparty fragmentami płyt nagrobnych, zebranych z nieistniejących gdańskich cmentarzy.


Jest jeszcze inny cmentarz, na który trafiłam, a którego nie ma. Znajduje się w rejonie Królewskiego Wzgórza i Świętej Studzienki. Cmentarz ten dobrze znała adminka, ale o tym dowiedzialam się dużo póznej. Miejscowi go nie znają, tylko jeden pan, zapytany tuż pod wzgórzem, nie przerywając koszenia trawy, wiedział o co chodzi i wskazał drogę w górę, w lewo, a może było to w prawo. Ze spotkaną po drodze panią Olą poszłysmy w górę ślimakiem, ścieżką, którą Ola dobrze znała, w poszukiwaniu starych macew, które jakoś przed nami się ukryły. Prawdopodobnie weszłyśmy na teren cmentarza, stąpając po pozostałościach podmurówek cmentarnych, do końca jednak nie jestem pewna.
http://cmentarze-zydowskie.pl/gdansk.htm
Po drodze minęłam okazały dwór o nazwie Święta Studzienka lub Zielony Dwór, który już dawno stracił swoją świetność i powoli niszczeje, częściowo na oczach spacerujących obok niego przechodniów. Piszę częściowo, bo wysoki drewniany płot nie pozwala spojrzeć głębiej i szerzej. A kiedyś, ale to był dawno, możliwe, że „kwitły w nim lilie smolinosy i tygodniami dojrzewał na krzakach twardy zielony agrest, który nagle potem w słoneczne letnie dni czerwieniał i pękał z nadmiaru słodkiego soku. Między dwoma drzewami czerwonego głogu wisiała huśtawka…” (E. M. Slaska „Amerykański sen”)
Źrodło wody o właściwościach leczniczych, czy wręcz magicznych już dawno przestało bić. A jeszcze do lat 80. ubiegłego wieku Wytwórnia Wód Gazowych „Społem“ zaopatrywała Gdańszczan w „Gdańszczankę” o siedmiu smakach i w inne napoje produkowane na bazie wody ze Świętej Studzienki.


Dopiero wtedy, gdy szukałam w królewskim lesie śladów odległej przeszłości, poczułam, że dotykam miasta. Przedtem było to tylko muśnięcie. W ostatni dzień pożegnałam kobiety spod wiaduktu, KOBIETY WOLNOŚCI. Dotknęłam fragmentów kamiennych przyczółków dawnej Kolei Kokoszkowskiej, zwróciłam uwagę na prawie stuletnią zajezdnię tramwajową na Strzyży, i na tramwaj, którym pojechałam na dworzec. Bo tramwaje w Gdańsku mają swoich patronów. Na dworzec jechałam Heweliuszem.
Gwiazd nie było. Chmury zasłoniły niebo.
***
Poniżej kilka miejsc, o których nic nie ma w tekście, ale autorka tam była, bo są zdjęcia.
Westerplatte.


Ławeczka Güntera Grassa i Oskara Mazeratha we Wrzeszczu.

Ulica Długa i Długi Targ, w głębi Zbrojownia oraz ulica Mariacka – kamieniczki z przedprożami.





Motława. Po lewej nabrzeże Motławy od strony ulicy Długiej, po prawej – nowoczesna zabudowa Wyspy Spichrzów. Autorka na statku na tle Żurawia, Żuraw i napis Gdańsk na nabrzeżu.






No i morze, nasze morze


