Łucja, żaden autorytet

Konrad napisał wpis o polityce świadomości i poprosił Was o wypowiedzi. To przysłała Łucja.

Łucja Fice

Żyjemy bowiem w epoce straszliwej, jakiej dotąd nie znała historia ludzkości, a tak zamaskowanej pewnymi ideami, że człowiek dzisiejszy nie zna siebie, w kłamstwie się rodzi, żyje i umiera i nie zna głębi swego upadku.
S. I. Witkiewicz

Aktualne. Prawda?

Jestem jako człowiek inteligentnym stworzeniem. Potrafię zrozumieć, jak działa świadomość zwierząt. Sama miałam przez lat piętnaście włoskiego charcika i uwielbiałam obserwować jego zachowania, sposób myślenia, komunikacji i wykorzystywanie tej psiej świadomości dla własnych celów. Przyglądając się otoczeniu np. bilboardom, reklamom, przekazom w muzyce czy filmach, mam wrażenie, że są osoby, które wiedzą, jak działa ludzka świadomość i to wykorzystują, z tej wiedzy korzystają. Nazywam ich Zarządcami Systemu Kontroli. Oni nas „hodują” „ustawiają,” wykorzystują.

Continue reading “Łucja, żaden autorytet”

Polityka świadomości

Konrad

Niedawno Yuval Noah Harari (historyk i filozof, autor książek Sapiens, Homo Deus i 21 lekcji na 21 wiek) opublikował swój nowy wykład. Zachęcam do obejrzenia (nawet – lub przede wszystkim – jeśli z częścią zawartych tez się nie zgodzimy), tutaj natomiast streszczę to, co wydało mi się najważniejsze.

Czym jest świadomość?

Continue reading “Polityka świadomości”

Dlaczego jesteśmy sami we wszechświecie?

…czyli Paradoks Fermiego, Wielki Filtr i Hipoteza Świata Narażonego

Konrad

“Daleko nam do najbardziej inteligentnego biologicznego gatunku, jaki mógłby istnieć. Bliżej prawdy będziemy myśląc o sobie jak o najgłupszym możliwym gatunku zdolnym do wzniecenia rewolucji technologicznej – niszy, którą wypełniliśmy, bo dotarliśmy do niej pierwsi, nie zaś dlatego, że jesteśmy do niej właściwie przystosowani” – Nick Bostrom (tłum. aut.)

Paradoks Fermiego

Naukowcy szacują, że we wszechświecie znajduje się około 500 trylionów (czyli miliardów miliardów) gwiazd podobnych do Słońca.

Zakłada się, że wokół przynajmniej jednej piątej z tych gwiazd (są to bardziej konserwatywne szacunki) krążą planety ziemiopodobne. Innymi słowy, na każde ziarnko piasku na Ziemi przypada 100 ziemiopodobnych planet.

Gdzie ci kosmici?

Czytaj dalej…

Im Gewissen jedes Einzelnen wiederspiegelt sich die Staatsform, in der er lebt.

Noch zum Blogjubiläum

Esther Schulz-Goldstein

Im Gewissen jedes Einzelnen wiederspiegelt sich die Staatsform in der er lebt.

Der Antiliberalismus geht um in der Welt. Nicht nur in China, mit dem neu gewählten ‚Sohn des Himmels‘, oder in der verunglückten Demokratie russischer Oligarchen, sondern auch in der antiliberal unterfütterten jungen Demokratie Polens.

Ihre Funktionseliten leiden unter der vom Europa oktroyierten „formalistischen Verfahrensdemokratie“, in der sie nun leben müssen, die elitär, ungerecht und irgendwie nicht polnischer Wesensart entspricht.

Continue reading “Im Gewissen jedes Einzelnen wiederspiegelt sich die Staatsform, in der er lebt.”

W szarym świecie

Dziękuję Konradowi za podsunięcie mi tego tematu

Na portalu wykop.pl, na którym można sobie dyskutować o wszystkim, co akurat człowiekowi przyjdzie do głowy, pojawił się taki wpis:

Różne rodzaje ślepoty barw (potocznie daltonizmu) i częstość ich występowania


W dyskusji pod wpisem wzięli udział chyba głównie ludzie dotknięci tą przypadłością (a raczej chyba powinno się powiedzieć – jedną z tych przypadłości). Opisywali swoje problemy, ale też dyskutowali o różnicach pomiędzy poszczególnymi fazami nierozróżniania kolorów (na przykład ci co widzą normalnie, widzą różowy, ale już ci następni – nie). Jeden z komentatorów zauważył: “Podobno na atolu Pingelap na Oceanie Spokojnym tę najrzadszą wadę, achromatopsję, z racji małej puli genowej posiada aż 10% mieszkańców wyspy. Teoretycznie nie jest to jakaś wada zagrażającą życiu i jest wiele gorszych przypadłości chowu wsobnego, ale mieszkać na egzotycznej wyspie z pięknymi plażami, nie mogąc zobaczyć większości kolorów, to trochę jednak lipa.”

Ktoś inny zauważył jednak, że skoro nie widzą, to nie wiedzą, czego nie widzą.

Sprawa mnie zainteresowała, bo interesują mnie wyspy, które są jedną ze ścieżek baratarystycznych, a zatem co wiem o atolu Pingelap:

Zdjęcie po lewej NASA (wzięte z Wikipedii); zwykła mapa jest jednak znacznie bardziej czytelna.


Na mapie widać, że Pingelap składa się z trzech wysp. Atol jest częścią Mikronezji. Teoretycznie ma 29 km² powierzchni, ale Wikipedia wkłada tę informację między bajki i, oceniając zdjęcie wykonane przez NASA, zakłada, że tak naprawdę powierzchnia atolu wynosi 5 km², w tym 1,75 km² lądu i 1,20 km² laguny; resztę stanowią zalane wodami Oceanu rafy koralowe. Laguna ma dwie zatoki, głębokie na około 40 metrów.

Atol został odkryty w roku 1793 przez niejakiego Thomasa Musgrave. Był wtedy zamieszkały już od kilkuset lat i dosyć gęsto zaludniony. Mieszkańcy żywili się rybami oraz orzechami kokosowymi, owocami drzewa chlebowego i bananami. Jednak wkrótce potem wyspy padły ofiarą tajfunu Lengkieki. Większość mieszkańców zginęła, a ci, co ocaleli, umarli z głodu, bo katastrofa pozbawiła wyspy całej wegetacji. Katastrofę przeżyło tylko 20 mieszkańców. Stopniowo populacja zaczęła wzrastać, ale w czwartym pokoleniu po katastrofie zaczął się objawiać daltonizm.

20 osób, też pewnie zresztą ze sobą spokrewnionych, jako prarodzice są rzeczywiście ubogą pulą genetyczną. No, ale w końcu Adam i Ewa byli tylko we dwójkę, a zaludnili całą ziemię. Wśród potomków Adama i Ewy przypadek achromatopsji zdarza się raz na 30 tysięcy. Na Pingelapie przydarzyło się jednak inaczej. Obecnie żyje tam około 250 osób (inne źródła podają, że ponad 400), z czego jedna trzecia całkowicie nie rozróżnia kolorów.

Można by też zapytać, skąd komentator na wykop.pl w ogóle wiedział o tym, że na Pingelap jest największy na świecie procent tych, kórzy nie rozróżniają kolorów, ale w przygotowując ten wpis dowiedziałam się, że znany neurolog, Oliver Sacks, odwiedził wyspę w towarzystwie achromatyka z Norwegii, podjął tam działalność na rzecz wyspiarzy, a potem opublikował książkę, o której Sunday Times napisał:

Oliver Sacks, wybitny neurolog i psychiatra, autor wielu bestsellerowych książek, między innymi „Mężczyzny, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”, „Przebudzeń”, „Muzykofilii” i „Oka umysłu”, od zawsze fascynował się wyspami, frapowała go ich tajemniczość oraz bogactwo wyjątkowych form życia. Zwabiony na maleńki atol Pingelap na Pacyfiku doniesieniami o żyjącej tam odizolowanej społeczności wyspiarzy rodzących się z całkowitym daltonizmem, Sacks otwiera klinikę w pomieszczeniu będącym apteką. Przyjmuje pacjentów, którzy opisują swój bezbarwny świat słowami, oddającymi różnorodność wzorów, świateł i cieni. Pobyt na wyspach na nowo rozbudził w Sacksie zainteresowanie botaniką, szczególnie zaś prymitywnymi sagowcami. Wszystko to skłoniło go do rozważań na temat roli wysp, rozprzestrzeniania się gatunków, pochodzenia choroby i zawiłości biologicznych aspektów ludzkiego istnienia.

„Dzięki prostocie swojej prozy i nadzwyczajnej ciekawości świata Sacks przypomina, jak cenne jest nasze życie”.

Cytat za lubimyczytac.pl.

Działalność Sacksa nie była tylko zaspokajaniem ciekawości badawczej autora. Na stronie internetowej achromatyków znajduję informację, że na wyspie nie ma żadnego okulisty i żadnego optyka.

Tłumaczenie od górnej linijki do dolnej: Powierzchnia / Ilość mieszkańców / Achromatycy / % achromatyków w społeczeństwie / Praktykujący lekarze okuliści / Zakłady optyczne

***

Co szósty mieszkaniec atolu Pingelap nie widzi kolorów. Ale co to właściwie jest kolor? Co widzimy, jak widzimy kolor? Oczywiście wiemy, kolor to jest fala elektromagnetyczna, wytwarzana przez światło padające na dany przedmiot. To ono nadaje barwę i tę informację nasze oczy przekazują do mózgu. Ale czy to, co tu napisałam, wyjaśnia naprawdę, co to jest kolor? Naukowcy przeprowadzili pewien eksperyment – nazwali go pokojem Marii i gdy czytałam o mieszkańcach Pingelap, cały czas myślałam o pokoju Marii.

Uwaga, filmik jest po angielsku.

Pokój Marii jest podobno czarny i biały, ale tak naprawdę pokój Marii jest szary. Szary świat, szare widzenie, szary atol, szary pokój. Na zdjęciu poniżej – jeden z najsłynniejszych adresów w Berlinie, szary pokój Wolfa Biermanna, szary jak pokój Marii. Okładka płyty z roku 1969:

Biermann siedzi w fotelu, na stole stara maszyna do pisania. Książki. Obrazy. Okładka słynnej płyty muzyka, pierwszej wydanej wspólnie z Wolfgangiem Neussem po obłożeniu Biermanna w NRD całkowitym zakazem wystąpień. Nagranie płyty, dokonane w pokoju obok, zostało przeszmuglowane na Zachód, gdzie ukazało się w znanym lewicowym wydawnictwie Wagenbacha.

Proust and his (no)madeleine… (reblog for an anniversary of his death)

In search of lost toast: Paris show reveals origins of Proust’s madeleines

Thanks to Konrad for finding that text and producing some pictures

Previous versions of French novel featured stale bread, toast and biscuit as trigger for author’s childhood memories

Proust's pages with drawings and writing
The exhibition traces the meticulous process through which Proust produced his monumental seven-volume novel. Photograph: supplied

Kim Willsher in Paris Mon 10 Oct 2022

Before Marcel Proust went into raptures over his petites madeleines he was waxing lyrical over a rusk-like biscuit and before that a piece of stale bread. The “episode of the madeleines” as it became known, is one of the most celebrated events in his seminal work À la Recherche du Temps Perdu (In Search of Lost Time), encapsulating its theme of involuntary memory.

Over the space of two years, however, the passage started with a very different flavour as the French author wrote various versions of his childhood recollection.

In 1907 when he was working on the first volume, Swann’s Way, it was the dunking of pain rassisa piece of stale bread, into tea that provoked his elation. In the next version, it had become pain grillé, or toastthen some time around 1908 it was a biscotte, a kind of hard biscuit.

The rest, of course, is literary history.

In the end, Proust settled on “those short, plump little cakes … which look as though they had been moulded in the fluted scallop of a pilgrim’s shell” to evoke the crumbs dipped in lime-flower tea his Aunt Léonie would feed him as a boy.

Madeleines.
Madeleines. Photograph: Hera Food/Alamy

A new exhibition to mark the 100th anniversary of the writer’s death opens in Paris and traces the meticulous process through which Proust produced his monumental seven-volume novel – the first tome of which appeared in 1913 and the last in 1937.

On display are almost 350 items; including never-before-seen documents, manuscripts, photographs, paintings, objects and costumes tracing and illustrating Proust’s creative process at the time he was writing from the late 19th century until his death in 1922.

Proust preferred to write with a fountain pen in bed, which was just as well as he was frequently ailing and spent the last three years of his life mostly confined to his bedroom, where he slept during the day and worked at night.

Among the most extraordinary exhibits at the François Mitterrand Library – part of the French National Library – are the many notebooks he filled with fluid and almost illegible cursive writing; the rough drafts on loose sheets of yellowing lined paper torn from those same books and the dozens of pages of handwritten and typed manuscripts, as well as publisher’s proof editions filled with editing marks, annotations and revisions.

They reveal a writer who was pedantic and a perfectionist; a tireless editor and reviser of his own work who would toil over a single word, whole sentences and even entire pages struck through with edits scrawled in the top, bottom and side margins. In a pre-computer version of cut-and-paste, Proust would physically cut out large passages of handwritten or typed text and glue them elsewhere.

Portrait of Marcel Proust by Jacques-Emile Blanche (1861-1942).
Portrait of Marcel Proust by Jacques-Emile Blanche (1861-1942). Photograph: Hervé Lewandowski/supplied

Even the first sentence of the first volume, Swann’s Way, that has become one of the most instantly recognisable novel openings: Longtemps, je me suis couché de bonne heure (For a long time, I went to bed early) was written, mulled over, crossed out, then reinstated.

Nathalie Mauriac, one of the exhibition curators, said it had been “very complicated” to follow the order of Proust’s writing. “He wrote the first and last volume at almost the same time and made multiple changes in the organisation of the work,” she said.

“There is something disproportionate in the scope of Proust’s work, as evidenced by the very materiality of his manuscripts, starting with the famous paperoles (paper drafts), those accordions of fragments of paper folded and pasted into his notebooks.”

She said the huge number of corrected and changed manuscripts, and proofs were “very Proust” and were evidence of “the enormous amount of work he put into each book… and the evolution of each”.

In Search of Lost Time is a fictional autobiography in which Proust mirrors his own life, recounting it as a young boy and as an older man recalling his youth. A central theme is the role of memory and the notion that experiences are not lost but remain in the unconscious. The seven volumes eventually ran to more than 3,200 pages and featured more than 2,000 different characters, but the first was refused by several publishers forcing Proust to publish it at his own expense with Grasset. The work is frequently listed among the greatest books of all time.

“Proust was the greatest novelist of the 20th century, just as Tolstoy was in the 19th,” wrote the English novelist Graham Greene.

To the delight of literary historians, Proust kept most of his manuscripts. He was working on and revising the last three tomes of the novel the night before his death on the 18 November 1922, when he died of pneumonia and a pulmonary abscess, aged 50. His work and documents passed to his brother Robert, who ensured the posthumous publication of the three books – and in 1962 Robert’s daughter Suzy Mante-Proust handed all the documents to France’s National Library.

Proust is buried at the Père Lachaise cemetery in Paris.

  • The exhibition at the François Mitterrand Library runs until 22 January 2023.

Foto: EMS


Konrad using the AI-Program DALL-E produced some pictures for the topic Proust and his (no)madeleine… Actually you can say, the program knows exactly what madeleine is (a woman AND a cake) but is ignorant in the question, who is Proust (a man AND a writer). Anyway a wonder!

Z wolnej stopy 70

Zbigniew Milewicz

Dzieje kłamstwa II

Kiedy człowiek zaczyna wprowadzać w błąd? Precyzyjne określenie tego pozostawiam specjalistom, ale wcześnie. Każdy rodzic wie, że kilkumiesięczne dziecko często drze się w niebogłosy, tylko dlatego że się nudzi i kiedy bliska osoba dotrzyma mu towarzystwa, to się zaraz uspokoi. Dziecko szybko uczy się, że jego rozpacz przywołuje opiekunów i jeżeli ten nawyk się utrwali, to może się przenieść później do dorosłego życia. Trudno będzie jednak nazwać wyjące maleństwo niemoralnym i uznać, że oszukuje, bo nic go nie boli, jest syte i suche. Kłamie, aby milej spędzić czas, albo – językiem naukowym – zoptymalizować warunki przetrwania.

Tomasz Witkowski, autor Psychologii kłamstwa, uważa, że w świetle zgromadzonych faktów możemy uznać to zjawisko za zwykłą umiejętność i trudno byłoby nadać jej wymiar moralny. A jednak oburzamy się – pisze – wewętrznie na samo słowo „kłamstwo”, bronimy się przed podejrzeniami o kłamstwo, myślimy źle o kimś, o kim wiemy, że kłamie. Próbując wyjaśnić, dlaczego kłamstwo ma taką fatalną kondycję w naszej współczesnej kulturze, wraca do postaci Odyseusza, którego starożytni Grecy kochali za przebiegłość.

Najważniejszy podstęp Odyseusza – koń trojański (naczynie gliniane, VII w.p.n.e.)

Według Sofoklesa na pytanie, czy kłamstwo jest godne pogardy, odpowiedział: “Nie, jeżeli kłamstwo może nas ocalić“. Był to V wiek p.n.e., a więc o ile pojawiały się wątpliwości co do istoty kłamstwa, były one bardzo słabe i łatwo można było kłamstwo uzasadnić. Pamiętajmy również, że bliskość kłamstwa i bardzo wysoko cenionej umiejętności tworzenia fikcji, opowiadania pięknych, choć zmyślonych, historii zabarwiała cieplejszymi odcieniami wszelkie oceny kłamstwa i doprowadziła do stworzenia i rozkwitu m.in. pięknej sztuki retoryki. Jak drastycznie ocena kłamstwa i jego uzasadnień uległy transformacji, świadczyć najlepiej może fakt, że Dante umieścił Odyseusza w ósmym rozdziale w ósmym kręgu piekła! A przecież już w Księdze Rodzaju Abraham dopuszcza się ewidentnego oszustwa, polegającego na tym, że swoją żonę podaje za siostrę i nie wzbrania się oddać jej na dwór faraona. Ale Abraham był wybranym przez Pana, więc karę za ten postępek ponosi ofiara oszustwa! Gniew Boga spada na faraona. Czyż takie „ załatwienie” sprawy oszustwa Abrahama nie legitymizowało kłamstwa?

Dobre, retoryczne pytanie. Oszustwo to było środkiem do realizacji celu, czyli zniszczenia złego faraona, ale jego autorem był sam Bóg. Arystoteles w swoim dziele Etyka nikomachejska umieszczał jeszcze kłamstwo pośrodku, między dobrem a złem, ale filozof i teolog Augustyn Aureliusz potraktował je już jako bezwarunkowe zło. To był przełom IV i V wieku n.e. i chodziło o dwa jego dzieła: De mendacio i Contra mendacium, czyli O kłamstwie i Przeciw kłamstwu, które wpłynęły na nowożytny sposób jego rozumienia. Głoszą one, że fałsz, nieprawda odwodzi człowieka od poznania Boga i już samo to jest wystarczającym powodem, dla którego zasługuje na miano zła. Czczony w kościele katolickim, prawosławnym i luterańskim jako święty Augustyn, autor wymienionych rozpraw oddzielił kłamstwo od pojęcia trafności i na zawsze powiązał je z zamiarem wprowadzenia w bład. Z zamiarem najczęściej motywowanym, nierzadko zbrodniczo, z czym oszust stara się nie zdradzić przed otoczeniem.

Ojciec kościoła dopuszczał wprawdzie stosowanie fałszu w żartach, kiedy wiadomo, że zamierza się odbiorcę wprowadzić w błąd, m.in. w treściach komedii, ale już wszelkie inne kłamstwa, łącznie z tak zwanym kłamstwem służebnym (popełnianym w interesie zachowania wiary), uważał za zło. Jego zakazy – pisze T. Witkowski – były bezwarunkowe i zbudowane w oparciu o autorytet Biblii, chociaż czasami dość mozolnie, bowiem ta święta księga zawiera aż nazbyt wiele opisów oszustw i podstępów pozostawionych bez komentarza i, co najważniejsze, bez kary bożej. Augustyn uczynił szatana ojcem kłamstwa, bowiem wszystko, co zwodnicze, pozorne, urojone jest domeną diabła. Zdolność do rozmijania się z prawdą jest przyrodzoną ułomnością człowieka, świadectwem upadku w grzech.

Ta podjęta walka z kłamstwem spełniała także konkretne, polityczne cele. W czasach współczesnych Augustynowi chrześcijaństwo działało jeszcze w pewnym ukryciu, czesto nielegalnie. Przetrwanie tych gmin zależało nierzadko właśnie od… różnych konfabulacji. Głośne wyznawanie prawd wiary miało być więc sposobem na wyprowadzenie pierwszych chrześcijan na światło dzienne i na umocnienie wiary. Wtedy, niestety, przybywało męczenników, nowych świętych. Jawne głoszenie chrześcijańskich prawd narażało bowiem na prześladowania, a ofiary te umacniały wiarę. Miały one również znaczenie w posłudze misyjnej, bo jeżeli ktoś był gotów oddać życie za swoją prawdę, to pewnie była ona tego warta i godna poznania.

Autor książki zastanawia się, czy przypadkiem Augustyn Aureliusz nie był pierwszym, nieświadomym odkrywcą dysonansu poznawczego – niezwykle silnego mechanizmu psychologicznego, który został opisany przez Leona Festingera w 1956 roku*. A jeśli nawet odmówimy mu miana odkrywcy, był z pewnością praktykiem, który na taką skalę mechanizm ów wykorzystał.

Chyba od tego czasu zaczyna się era totalnego zakłamania w sprawach kamstwa. O ile głoszenie prawdy i męczeństwo w jej obronie mogą być godne podziwu, o tyle trudno odnaleźć niezwykle cienką granicę, gdzie kończy się męczeństwo, a zaczyna walka o prawdę z innymi. Ta granica jest bowiem granicą zła. W tym miejscu kłamstwo przestaje być złem, a złem zaczyna być prawda. Oczywiście o tym Augustyn już nie pomyślał, nie pomyśleli twórcy Inkwizycji, nie zawracali sobie tym głowy fundamentaliści wszelkiej maści, Hitler, Stalin i wielu, wielu innych dyktatorów moralnych, dla których ich prawda i walka o nią była podstawą działania.

Skupiłem się zaledwie na streszczeniu części pierwszego rozdziału tej książki, jakże aktualnej we współczesnych czasach powszechnej dezinformacji. Nie ruszyłem choćby pojęcia kłamstwa koniecznego, tego, dlaczego kłamiemy i jakimi metodami, kto to robi najczęściej i najlepiej, jak rozpoznawać oszustów i dawać im odpór, co to jest wariograf i jak go oszukać? oraz wielu innych spraw, którymi zajmuje się ta dziedzina psychologii. W ogóle nie wspomniałem o bogatym doświadczeniu i repertuarze środków masowego przekazu tudzież polityków w biciu propagandowej piany, ale o tym wszystkim możecie Państwo poczytać we wspomnianej książce, jeżeli uda się Wam ją zdobyć, na przykład przez internet.

Na zakończenie, żeby diabła trochę odczarować, zacytuję trafną myśl XVIII-wiecznego francuskiego pisarza i filozofa: Kłamstwo jest grzechem, jeżeli wyrządza zło, jest wielką cnotą, jeżeli czyni dobro. Voltaire, który to powiedział, dodał z troską: Bądźcie więc bardziej cnotliwi niż kiedykolwiek.

* When prophecy fails. University of Minnesota Press, Minneapolis 1956.

Vor 250 Jahren: die erste Teilung Polens 1772

Michael G. Müller

Drei Fragen zu dem Ereignis von 1772 sollen hier gestellt und diskutiert werden. Die erste ist die, ob – und, wenn ja, warum – die erste Teilung Polens eine Zäsur in der europäischen Geschichte markiert. Sehr klar hat Edmund Burke schon 1773 diese Frage beantwortet. Die „gewaltsame Zerstückelung“ Polens, „ohne den Vorwand eines Kriegs oder auch nur den Anschein von Recht“, schrieb er im Annual Register für das Jahr 1772, sei „der erste wirklich große Bruch in der modernen Ordnung Europas“, ein Akt, mit dem „die Axt an die Wurzeln unserer großen westlichen Republik gelegt worden ist“.

So dramatisch das klingen mag – auch Historikerinnen und Historiker müssen Burke heute bei nüchterner Analyse im Kern Recht geben. Zunächst einmal: Es gab tatsächlich keinerlei plausiblen Grund und keinerlei nachvollziehbare Rechtfertigung dafür, dass die drei Nachbarmächte der polnischen Republik 1772 große Teile von deren Territorium willkürlich annektierten. Kein heißer Krieg zwischen Polen und den Teilungsmächten war vorausgegangen. Keine internationale Krise, die nur auf diese Weise hätte entschärft werden können. Die Nachbarn wollten es einfach. Um genau zu sein: Russland, das de facto weitgehend alleine in den polnischen Angelegenheiten entschied, entschloss sich dazu und gab 1771 grünes Licht für das Teilungsgeschäft. Preußen und, etwas verzögert, Österreich ließen sich mehr als willig darauf ein. Alle drei gewannen dabei.

Weiterhin: Ein Bruch in der „modernen Ordnung Europas“ im Sinne Burke’s war das in der Tat. Was Burke mit „unserer großen westlichen Republik“ meinte, war im Wesentlichen die Gemeinschaft der europäischen Signatarmächte des Westfälischen Friedens von 1648 und der Friedensverträge am Ende des Spanischen Erbfolgekriegs (1713-1715). Die Friedenschlüsse hatten die großen Hegemonial- und Religionskriege beendet und sie sollten eine Art neuartigen europäischen Konsensus etablieren: einen Konsensus über die gemeinsame Erhaltung des europäischen Gleichgewichts und über die strikte Achtung der Souveränität und Integrität der Staaten. Beide Prinzipien wurden mit den Teilungsverträgen ausgehebelt.

Interessant dabei nicht zuletzt, wie die Teilungsmächte die Nicht-Achtung des Verbots der Intervention gegen souveräne Staaten gerechtfertigt haben: Sie erfanden eine neue Formel, wonach ein Zustand von „Anarchie“ (so wie er in Polen seit 1768 angeblich geherrscht habe) die Nachbarn zur Intervention zwinge – auch um der Sicherheit ganz Europas willen. Das war nach zeitgenössischen Standards ungefähr ähnlich plausibel wie heute Putins Rede von der Verantwortung Russlands für die Entnazifizierung der Ukraine.

Aber sehen wir einmal von dem völkerrechtlichen Aspekt ab. Auch ganz praktisch wurde der Zäsurcharakter der Entscheidung von 1772 sofort sichtbar. Von außen gesehen war die neue Liga der Teilungsmächte derart dominant, dass sie nicht nur willkürlich über Polen verfügen konnte, sondern auch über die Verhältnisse in Deutschland. Die panikartigen und zugleich hilflosen Reaktionen der deutschen Reichsstände auf die Teilungsnachricht (z.B. Sachsens, Bayerns, der Pfalz) zeugten davon. Im Innenverhältnis aber funktionierte die Teilungsliga als eine Art kompetitive Zwangsgemeinschaft. So alternativlos das weitere Zusammenwirken in Bezug auf Polen war, so deutlich konkurrierten hier einzelstaatliche Ziele und Interessen; dass es früher oder später zur weiteren Aufteilung Polens kommen würde, lag angesichts dieser Spannungen auf der Hand. Herr Krzeminski hat also absolut recht: 1772 war der Anfang vom Ende des alten Polen, aber ebenso des alten Reichs.

Den Langzeitfolgen der Teilungen gilt meine zweite Frage. Wie, und wie lange eigentlich, haben die Teilungen nachgewirkt? Fasst man die Frage eng, und bezieht man sie allein auf Polen, dann scheint die Antwort auf der Hand zu liegen. Die polnische Gesellschaft blieb auf ihrem Weg in die Moderne solange fremdbestimmt, beeinträchtigt, in ihrer Entwicklung gehemmt, wie die Teilungslage selbst andauerte, also bis zum Ende des Ersten Weltkriegs. Der Verlust der Souveränität bedeutete für alle drei Teilungsgebiete eine nachhaltige Marginalisierung im Rahmen des jeweiligen Teilungsstaats – nicht nur politisch, sondern auch wirtschaftlich, struktur- und bildungspolitisch, elitensoziologisch, in unterschiedlichem Maße auch kulturell. Man könnte, in Abwandlung von Milan Kunderas Diktum vom „gekidnappten Westen“, von einer „gekidnappten Nation“ sprechen. Die Traumata dieses Kidnapping haben natürlich lange über 1918 hinaus nachgewirkt. Bis heute sind die Trennungslinien zwischen den Teilungsgebieten als Phantomgrenzen erkennbar.

Fasst man die Frage nach den Folgen der Teilungen weiter, bezieht man sie auf Ostmitteleuropa insgesamt, dann wird es komplizierter. Ganz sicher waren die Teilungen jedenfalls ein zentraler Faktor bei Preußens weiterer Entwicklung. Der territoriale Zuwachs hat Preußens wirtschaftlich-fiskalische Ressourcen beträchtlich vermehrt, sein militärisches Potential gestärkt, zugleich neue außenpolitische Optionen geschaffen. Die napoleonischen Kriege blieben in dieser Hinsicht Episode; Preußen blieb auch nach 1815, wie Klaus Zernack gesagt hat, eine „halbdeutsche Großmacht“ mit einer Machtbasis außerhalb des alten Reichs. Die Entwicklung des österreichisch-preußischen Dualismus im Deutschland des 19. Jahrhunderts und der Weg zur Reichsgründung von 1871 waren davon deutlich geprägt.

Die Kehrseite aber – und zwar nicht nur für Preußen, sondern für alle Teilungsmächte: die dauernde Herausforderung durch die polnische nationale Bewegung. Sie entwickelte trotz, oder eher wegen, aller Versuche, sie zu unterdrücken, eine über die Generationen wachsende gesellschaftliche Mobilisierungskraft gegen die Staatsmacht. Wie Hans-Ulrich Wehler gezeigt hat, entwickelte sich die sogenannte Polen-Frage, sogar zu einem der großen „Krisenherde des Kaiserreichs“. Zugrunde gegangen ist das Kaiserreich daran natürlich nicht. Aber der sich ständig radikalisierende, um 1900 omnipräsente Nationalitätenkonflikt in den sogenannten Ostmarken hat das Verhältnis zwischen Deutschen und Polen irreparabel beschädigt.

Zum ideologischen Erbe des Kaiserreichs sollte denn auch eine tief verwurzelte deutsche Polenfeindlichkeit gehören. Nach 1918 hielt die Mehrheit der Deutschen die bloße Existenz des wiedererstandenen Polen, dieses „Saisonstaats“, für unerträglich; die nach dem Ersten Weltkrieg gezogene deutsch-polnische Grenze (auf die sich übrigens nach 1945 die Bundesrepublik stets berufen hat) galt damals als „blutende Grenze“ und deshalb als inakzeptabel; der Anweisung des deutschen Oberkommandos im Jahr 1939, dass der Krieg gegen Polen mit (Zitat) „größter Härte“ geführt werden müsse, folgte die Wehrmacht im September `39 willig. Wann endete auf dieser Ebene die Wirkungsgeschichte der Teilungen? Auf deutscher Seite: vielleicht 1980, als uns die Solidarnosc-Bewegung neuen Respekt für Polen gelehrt hat? Vielleicht aber auch erst später?

Meine dritte und letzte Frage ist die nach der kollektiven Erinnerung an die Teilungen Polens und deren Wirkungsgeschichte. Sind die Teilungen Polens ein lieu de mémoire im Sinn von Pierre Norat? In Deutschland ganz sicher nicht. Das in Deutschland durchaus vorhandene Bewusstsein von einer deutsch-polnischen Konfliktgeschichte reicht in der Regel kaum hinter den Zweiten Weltkrieg zurück. Man mag gehört haben von den Grenzkonflikten nach dem Versailler Frieden oder auch von den „Nationalitätenkämpfen“ im Osten des Kaiserreichs. Welche Vorgeschichte diese hatten, erfuhr man im Geschichtsunterricht aber nicht. Das Schulbuch zur europäischen Geschichte, das wir – die Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission – jetzt gemeinsam erarbeitet haben, ist meines Wissens das erste Geschichtsbuch in Deutschland, in dem die Teilungen Polens überhaupt als eigenes Thema vorkommen.

Ganz anders natürlich in Polen. Vielleicht nicht die Verlaufsgeschichte der Teilungen selbst, umso mehr aber deren Wirkungsgeschichte bildet die Hauptachse der Erinnerung an Polens Geschichte im 19. und 20. Jahrhundert – der Verlust der Souveränität, der Freiheit, die Anstrengungen für die nationale Selbstbehauptung (Aufstände und organisierte Nationalbewegung), die Kämpfe um die Wiederherstellung des unabhängigen Staats. Mit diesen kollektiven Erfahrungen verbunden war aber wohl auch die Ausprägung bestimmter kollektiver Haltungen und Wertordnungen – z.B. eine tiefe Aversion gegen Fremdbestimmung, ein Sinn für Widerständigkeit als gesellschaftliche Tugend, der größte Respekt für das Prinzip staatlicher Souveränität und territorialer Integrität.

Nur vor diesem Hintergrund kann ich mir die Haltung der polnischen Gesellschaft gegenüber dem Krieg gegen die Ukraine erklären. Noch 2019 tobte zwischen Polen und der Ukraine ein von der PiS-Regierung befeuerter geschichtspolitischer Krieg (um die ukrainischen Massaker an Polen in Wolhynien 1943/44, um den berühmt-berüchtigten Stepan Bandera). Nach dem 24. Februar 2022 aber spielte das keine Rolle mehr. Die Empathie für, und Solidarität mit, der um ihre Souveränität kämpfenden Ukraine war und ist in Polen so nachhaltig und so ungeteilt wie wohl kaum irgendwo sonst in Europa.

Aber zurück zur Erinnerung an die Teilungen Polens im 18. Jahrhundert. Als deutscher Historiker fände ich es gut, wenn wir in Deutschland etwas klarer und bewusster mit dem historischen Erbe der Teilungen umgehen würden. Dabei geht es nicht darum, im Seitenblick auf unsere Nachbarn die Bilanz unserer „Vergangenheitsbewältigung“ noch einmal zu verbessern. Es geht vielmehr um Selbstverständigung über unsere eigene Geschichte – darum, zu verstehen, was Preußen und Österreich mit der Teilung Polens für sich selbst angerichtet haben.

Z wolnej stopy 69

Zbigniew Milewicz

Dzieje kłamstwa I

Publikując przed dwoma tygodniami swój wpis, dotknąłem problemu manipulacji ludźmi w mediach i polityce, czyli wszechobecnego oszustwa. Jest tak mocno zakorzenione, że nawet nie drgnęło, ale kłamie się przecież nie tylko w Polsce, a pod każdą szerokością geograficzną. W każdej możliwej sytuacji i to od zarania dziejów ludzkości. Robimy to wszyscy, bez względu na wiek i status społeczny. Dr Tomasz Witkowski, autor Psychologii kłamstwa* cytuje na pierwszych stronicach następującą myśl Michela de Montaigne, XVI wiecznego, francuskiego filozofa i sceptyka:

Gdyby kłamstwo, podobnie jak prawda, miało tylko jedną twarz, łatwiej dalibyśmy sobie z nim rady; przyjęlibyśmy po prostu za pewnik przeciwieństwo tego, co mówi kłamca, ale odwrotna strona prawdy ma sto tysięcy postaci i nieograniczone pole.

W cywilizacji chrześcijańskiej kłamstwo idzie w parze z pojęciem moralności i stanowi problem prawny lub filozoficzny. W starożytności nie zaprzątano nim sobie zbytnio głowy, gdyż problem nie istniał. Zdaniem autora starożytni Grecy nie znali pojęcia kłamstwa, podobnie, jak określenia grzech, co w opinii jednych badaczy doprowadziło właśnie do tak wielkiego rozkwitu ich cywilizacji, a dla drugich było niestety przyczyną jej upadku. Na określenie aktów, które współcześni nazywają kłamstwem, język starogrecki miał słowo yeudox, co oznaczało przede wszystkim czynność tworzenia fikcji. Nie istniało rozróżnienie pomiędzy fikcją, świadomym wprowadzeniem w błąd, fałszem. Takie rozumienie zjawiska nie wiązało się z żadnymi moralnymi konotacjami! Czy zatem Grecy kłamali? Czy nie byli przypadkiem w tej uprzywilejowanej pozycji, że nieświadomi tego, co skłonni bylibyśmy nazwać grzechem, zwyczajnie nie mogli kłamać?

Pojęcie, o którym mowa, istniało już w czasach Hezjoda, czyli co najmniej od VIII w. p.n.e. Ale przecież w stuleciu poprzedzającym czasy Hezjoda opisana została przez Homera postać Odyseusza – mistrza fortelu, wprowadzania w błąd i kłamstwa, gdyby chcieć użyć współczesnego nam języka. Bohater Homera jest postacią pozytywną, jego umiejętności starożytni uznawali za pożyteczne w życiu, wychowało się na nich wiele pokoleń młodych ludzi i chyba mało kto się zastanawiał, jak ocenić postępowanie Odyseusza z moralnego punktu widzenia.

Nie ma w tym nic dziwnego – pisze T. Witkowski – jeżeli spojrzymy na historię naszego gatunku daleko, daleko wstecz. Nietrudno będzie odnaleźć kłamstwo i uznać je za jedno z naczelnych praw natury. Bo to nie człowiek, lecz natura, a ściślej rzecz biorąc ewolucja „wynalazła“ zachowania, które my nazywamy kłamstwem, lub oszustwem!

Autor zostawia na chwilę starożytnych Greków i zabiera czytelników do Południowej Ameryki, gdzie żyje pewna odmiana gąsienic, bezbronnych stworzeń, których jedyną obroną jest mimikra. Wielkie, zielone, żyjące na drzewach gąsienice z Gujany Brytyjskiej trwają zazwyczaj w bezruchu, podobne do gałązki winorośli. Lecz gdy tylko wstrząsnąć gałęzią, podnoszą przednią część ciała i ustawiają ją poziomo, a równocześnie wyginając się rozszerzają bulwiasto przedni segment z wielką, groźną, czarną plamą podobną do oka, otoczoną żółtym pierścieniem. W tym stanie gąsienica pozostaje przez kilka minut i bardzo przypomina jadowitego węża drzewnego żyjącego wśród zielonych liści. Gąsienice takie są też pospolite w Brazylii. Najlepszym przykładem jest Leucorhampha triptolemus, normalnie zwisająca z łodyg roślin. Zaniepokojona, wygina się i wówczas przód jej ciała uderzająco przypomina głowę i grzbiet węża. Przez kilka sekund kołysze się na boki i to, co dopiero wydawało się niewinną gałązką, nagle przekształca się w węża z otwartą paszczą, czerwonymi szczękami i okrutnymi oczyma.**

Jednymi z najlepszych oszustów są pasożyty, organizmy, które, aby przetrwać, wyprowadzają w pole układ odpornościowy żywiciela.

Wyrafinowane metody zmagań z układem odpornościowym prowadzą do zmylenia go lub unieczynnienia. Wiele robaków (…) po przyłączeniu przeciwciał do powierzchniowych antygenów pasożyta, ale przed dalszymi komórkowymi etapami reakcji przeciwpasożytniczej, zrzuca antygeny powierzchniowe wraz z przeciwciałami. Te krążą we krwi i odkładają się w różnych miejscach organizmu, wywołując stany zapalne tam, gdzie wcale nie ma pasożyta! (…) Za szczególnie podstępne uznać możemy te pasożyty, które przebywając w żywicielu zmieniają swoje antygeny powierzchniowe tak, że z wysiłkiem zmontowana odpowiedź układu odpornościowego okazuje się niewarta nawet przysłowiowego funta kłaków. Postępują tak na przykład nicienie, których kolejne stadia larwalne mają coraz to inne „przebranie”. Do perfekcji doszły jednak świdrowce. Otóż te przebywające we krwi pierwotniaki systematycznie zmieniają cząsteczki glikoprotein (są to związki białkowo-cukrowe) pokrywające powierzchnię komórki. Gdy tylko organizm żywiciela zaczyna rozpoznawać dany typ cząsteczki, pierwotniaki te zmieniają powierzchniową glikoproteinę na nową, której żywiciel rozpoznawać jeszcze nie potrafi. Uzyskują czasową przewagę, a co za tym idzie, szybko się mnożą. Świdrowce mogą wyprodukować ponad 120 odmian powierzchniowej glikoproteiny.***

Przy tych podstępach natury fortele Odyseusza są niewinnymi igraszkami. Wystarczy pójść teraz jesienią do lasu, na grzybobranie i próbować znaleźć coś jadalnego. Przynajmniej ja mam z tym zawsze kłopoty. Maślaki, borowiki i podgrzybki tak doskonale kamuflują się między różnobarwnymi liśćmi na podłożu, że na pierwszy rzut oka trudno odróżnić jedne od drugich. Ciekawe, że tylko muchomory widać z daleka. Może dlatego są takie „odważne“, bo „wiedzą”, tak jak ludzie, czym skończyłaby się ich konsumpcja. Wiele zwierząt drapieżnych przypomina otoczenie po to, aby nie spłoszyć ofiary. A kwiaty upodabniające się do samic owadów, aby swym wyglądem zwabić samce, które przeniosą dalej ich pyłek…

Oczywiście, mimikra czy chomochromia to zachowania zaprogramowane genetycznie lub sterowane instynktem – wywodzi dalej T. Witkowski – i można ich występowanie oddzielić od naszego pojmowania kłamstwa, które nasuwa od razu myśl o intencjonalnym wykorzystaniu oszustwa. Współczesna biologia dostarcza jednak faktów, które możemy interpretować, jako kontrolowane (…)

Mowa o aktywnym ukrywaniu się, zachowaniach odwracających uwagę przeciwnika (np. odciganie od gniazda), czy kontrolowanym wprowadzaniu w błąd podczas walki i obrony. K. Szymborski pisze: Jedną z oznak inteligencji jest zdolność do użycia podstępu. Żyjący w Kaliforni wąż heterodon płaskonosy (hognose – przedmiot studiów Harry`ego Greene`a i Gordona Burghardta) jest w tej dziedzinie mistrzem. W sytuacji zagrożenia rozdyma kark jak kobra i pozoruje kąsanie (choć sam jest całkiem niejadowity). Jeżeli to nie odstrasza napastnika, symuluje gwałtowny atak śmiertelnej choroby, dostaje drgawek, wije się, wypróżnia (zapewne z zamiarem zmniejszenia swojej apetyczności), po czym wywala język, przewraca się na grzbiet i udaje trupa. Dr Burghardt – który przyznaje zresztą, że prowadząc swoje obserwacje zawsze próbuje sobie wyobrazić, jak sam czułby się będąc wężem – twierdzi, że całe to przedstawienie trudno wyjaśnić jako mechaniczne odegranie instynktownie opanowanej roli, wąż bowiem cały czas bacznie obserwuje poczynania przeciwnika i dostosowuje do nich swoją taktykę.****

Heterodon płaskonosy – Wikipedia

T. Witkowski podsumowuje, że takie zachowania stają się jeszcze bardziej wyrafinowane u wyższych ssaków, w szczególności u naczelnych, a umiejętność ich stosowania decyduje bardzo często o sukcesie rozrodczym i o przeżyciu. A kiedy człowiek zaczyna kłamać i dlaczego to robi? O tym za tydzień w Dziejach kłamstwa. Tak zatytułowany jest pierwszy podrozdział tej ciekawej książki.

* Tomasz Witkowski, Psychologia kłamstwa, Biblioteka Moderatora, wyd. Jacek Santorski & Co, Warszawa 2006

** T.R. Henry, Paradoksy natury. Wiedza Powszechna, Warszawa 1967

*** W. Kofta, Oszustwo za cenę życia. „Wiedza i Życie“, nr. 11. 1998

**** K. Szymborski, Ludzie i bestie, „Wiedza i Życie“, nr. 4. 1997

Mysia utopia

Reblog (Wikipedia)

Eksperyment Calhouna zwany mysią utopią – doświadczenie naukowe prowadzone od lipca 1968 do 1972 roku przez amerykańskiego etologa Johna B. Calhouna i kilkakrotnie powtarzane.

Założenia

Doświadczenie polegało na stworzeniu populacji myszy, składającej się najpierw z ośmiu osobników (4 pary), idealnego środowiska do życia. Myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, z ich środowiska usunięto wszystkie drapieżniki, a także zapewniono im opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników.

Przebieg

Eksperyment trwał 1588 dni. Jego przebieg podzielono na cztery fazy:

  • Okres przystosowywania się – trwał do 104 dnia, kiedy to urodziły się pierwsze myszy nowego pokolenia. Jest to najkrótsza faza eksperymentu. W tym okresie myszy dokonały podziału terytorium i zaczęły budować pierwsze gniazda.
  • Okres gwałtownego rozwoju – trwał od dnia 105 do dnia 314. Liczebność myszy dubluje się co 55 dni. Osobniki dominujące, których pozycja społeczna jest wyższa, posiadają liczniejsze potomstwo niż słabsze osobniki. Zauważyć można, że myszy chętniej niż w pierwszej fazie przebywają w towarzystwie innych, obcych myszy.
  • Okres stagnacji – trwał od dnia 315 do dnia 559. Na początku tej fazy żyło 620 osobników. Populacja dubluje swoją liczebność co 145 dni. U samców następuje stopniowy zanik umiejętności obrony własnego terytorium, natomiast u samic powszechniejsze stają się zachowania agresywne i następuje zanik instynktu macierzyńskiego – potomstwo jest odrzucane przez matki. W fazie tej populacja myszy osiągnęła szczytową liczebność wynoszącą 2200 osobników. Stale zamieszkanych była tylko jedna piąta boksów przeznaczonych dla myszy.
  • Okres wymierania – trwał od dnia 560, w którym wskaźnik przyrostu naturalnego stał się ujemny, do dnia 1588, w którym zdechła ostatnia mysz, kończąc tym samym eksperyment. Samice coraz rzadziej zachodziły w ciążę, a w końcowej fazie eksperymentu populacja całkowicie utraciła zdolność reprodukcji. Dnia 600 nastąpiło ostatnie żywe urodzenie. W dniu 920 doszło do ostatniej kopulacji. Była to najdłuższa faza eksperymentu. Wśród myszy nastąpił całkowity zanik zachowań społecznych takich jak obrona własnego terytorium i potomstwa. Ich czynności sprowadzały się do zaspokajania potrzeb naturalnych i czyszczenia futra.

Wnioski

Badacz wskazuje, że redukcja naturalnej umieralności w warunkach ograniczonej przestrzeni doprowadziła do nadmiernego zagęszczenia populacji. Młode osobniki dojrzewając nie znajdowały miejsca dla siebie w organizacji społecznej, w której wszystkie role były już obsadzone. W warunkach naturalnych wyjściem z takiej sytuacji jest emigracja, ale w eksperymencie była ona niemożliwa. Walczyły więc o te role tak zaciekle, że efektem ubocznym stał się upadek normalnej organizacji społecznej. Ponadto nadmierna liczba spotkań z innymi osobnikami doprowadziła do unikania kontaktów społecznych. Kolejne młode urodzone w takich warunkach były przedwcześnie porzucane przez matki oraz grupy rodzinne i, wychowując się w zaburzonych warunkach, nabywały cech autystycznych. W szczególności stawały się same niezdolne do podjęcia prokreacji i wychowania młodych[1].

Calhoun podsumowywał te obserwacje pisząc, że śmierć śmierci cielesnej („śmierć do kwadratu” z tytułu jego pracy) prowadzi do śmierci organizacji społecznej i w konsekwencji do śmierci duchowej jednostek i formułował hipotezy, że w analogicznych warunkach społeczność ludzi także podlegałaby podobnym procesom.

Z drugiej strony zwracano uwagę, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych. Wpływa to na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

***

Cały czas myślę, że coś mi to przypomina.