Kintsugi – dwa teksty

Kasia Krenz

Kiedy ją kupowałam w sklepiku ze starociami, porcelanowa patera była stara, ale cała. Nim doniosłam ją do domu, uszko plastikowej torby urwało się ni stąd ni zowąd, torba spadła na chodnik i patera się nadtłukła. Do domu doniosłam potłuczony antyk w porwanej torbie. Nie byłam szczęśliwa, nie znoszę tłuc i niszczyć, nie lubię nadtłuczonych filiżanek i talerzy i zwykle je wyrzucam, żeby o nich szybko zapomnieć. Patera z nadtłuczonym brzegiem stała się smutnym wspomnieniem tamtej chwili satysfakcji, kiedy wypatrzyłam ją pośród wielu innych przedmiotów.

Foto: Kasia

Takie nie-lubienie zniszczonych przedmiotów to, naturalnie, zadawniona trauma, w tym kraju (TYM Kraju), w pełni uzasadniona, niemały w tym udział miały przemarsze wojsk wszelakich formacji i narodowości: tureckich, szwedzkich, napoleońskich, rosyjskich, pruskich, austriackich, niemieckich, sowieckich (lista jest nieskończenie długa) – wszyscy wiemy, po takich przejściach z rodzinnych serwisów, misek i salaterek niewiele pozostawało. Podobnie „na pierwszy ogień” szły witraże. I drewniane rzeźby.

A więc patera. Obłupaną, ustawiałam tak, żeby nie było widać, czego jej brak. Owoce układane w piramidy też pomagały. Nie pamiętam, jak to się stało, że pewnego dnia w polu mojej wiedzy o świecie, czytaj: o naszym życiu w perspektywie Europy, pojawiła się perspektywa Japonii. Kintsugi! Kintsugi czyli starodawna sztuka naprawiania ceramiki: 金継ぎ (“złote złączenie”), znane także jako kintsukuroi 金繕い (“naprawiać złotem”).

Foto: Kasia

Podobno… Początki stosowania kintsugi sięgają XV wieku, kiedy to siogun Yoshimasa Ashikaga stłukł swoją ulubioną chińską miseczkę do herbaty. Gdy miseczka wróciła z naprawy w Chinach nie był zadowolony: skręcona metalowymi obejmami, zatraciła elegancję linii, lekkość formy. Wtedy pojawił się pomysł, by zamiast metalowych obejm, zastosować żywicę, a linię sklejenia zaznaczyć szlachetnym metalem: srebrem, złotem platyną. Metoda wzbudziła taki zachwyt, że byli tacy, którzy celowo rozbijali cenne sztuki ceramiki, aby można je było naprawić złotymi szwami kintsugi.

Kintsugi jako Sztuka Sklejania Życia. Japońska filozofia wabi-sabi uczy nas zachwytu nad tym, co kruche, codzienne i niedoskonałe, ceni ślady wynikające z użytkowania przedmiotu. Trwałe, wieczne i doskonałe jest tylko wtedy, gdy ustawimy przedmiot w muzealnej gablotce. A nasza codzienność jest właśnie taka: ruchliwa, łamliwa i przez to niedoskonała. Ale jest. I jest naszym życiem. Ślady napraw i sklejania stają się podporą naszej pamięci. Ilekroć układałam owoce na mojej paterze, myślałam o tamtym dniu, kiedy ją kupiłam. A teraz ją skleję i ślad sklejenia podkreślę złotą farbką. Ku pamięci. A ponieważ, w zgodzie z myślą o „przemijaniu postaci tego świata”, tak naprawionemu przedmiotowi tradycyjnie przypisuje się większą wartość artystyczną, niż posiadał on przed zniszczeniem, moja naprawiona patera nabierze nowego znaczenia. I nowej treści.

Za co dziękuję mojej Siostrze.

A jak już skleję paterę, wtedy zajmę się Sashiko (刺し子, lit., “little stabs” „małe ściegi”) – sztuką cerowania.

Materia naszego życia. Krucha – jak ludzkie życie.

Ewa Maria Slaska

Materia naszego życia, napisała moja Siostra. Krucha – jak ludzkie życie.

Krucha, łamliwa, delikatna, ale jak ją skleimy złotem, staje się mocna, może stawić czoło wichrom historii.

Gdy moja Siostra powiedziała, że marzy o Kintsugi, uświadomiłam sobie, że właśnie niedawno widziałam takie złote sklejenie, takie, które nie udaje, że nie ma rany, tylko przeciwnie – właśnie ją podkreśla. Zdjęcie zrobił Konrad, pewnego grudniowego wieczora w Berlinie. Poprzedniego dnia miasto przypomniało rocznicę ataku terrorystycznego, jednego z tych, jakie przed kilku laty wstrząsały Europą. Paryż, Marsylia, Kopenhaga, Londyn, Berlin, Sztokholm, Bruksela, Nicea.

Foto: Konrad

Pamięć o tragedii, która się tu wydarzyła przed czterema laty, 19 grudnia 2016 roku, została sklejona złotym metalem.

Był to największy atak terrorystyczny w Niemczech. Anis Amri, 24-letni Tunezyjczyk, członek organizacji bojowej ISIS (Państwo Islamskie) wzorował się najprawdopodobniej na ataku w Nicei pięć miesięcy wcześniej.

Amri porwał na parkingu 40-tonową ciężarówką Scania (był to tzw. ciągnik siodłowy z naczepą) na polskich numerach rejestracyjnych, zabił kierowcę i wjechał na teren Jarmarku Bożonarodzeniowego w centrum Berlina, na Breitscheidtplatz, tuż koło słynnego Kościoła Pamięci. Ciężarówka staranowała tłum ludzi i stoiska. W ataku zginęło 11 osób oraz ów Polak, Łukasz Urban, kierowca ciężarówki. 67 osób było rannych. W doniesieniach prasowych dziennikarze pisali, że ofiar byłoby znacznie więcej, gdyby nie bohaterska postawa Polaka, który próbował powstrzymać terrorystę i spowodował, że nie udało mu się wjechać w głąb jarmarku.

Amri przyjechał do Niemiec w lutym tego roku i zarejestrował się w Berlinie jako uchodźca. Generalnie w Niemczech uważa się, że jego zamach w Berlinie zakończył zainicjowaną przez kanclerz Merkel rok wcześniej przychylną uchodźcom politykę “Damy radę”.

Foto: Konrad

Konkurs na upamiętnienie ofiar ataku ogłosiły władze Berlina w rok po zamachu. Wygrał projekt berlińskiego Biura Architektonicznego Merz / Merz, pilotowany przez dyrektora artystycznego biura, Pabla von Frankenberg. Na pomnik składa się 12 fragmentów białych stopni wmontowanych w szare schody wiodące z ulicy do Kościoła Pamięci. Prostą czcionką na każdym stopniu zapisano nazwiska ofiar w porządku alfabetycznym, a obok kraj ich pochodzenia. Jarmark Bożonarodzeniowy na placu koło Kościoła Pojednania to miejsce masowo odwiedzane przez turystów z całego świata, wśród ofiar było więc wielu cudzoziemców. W poprzek stopni i na skos przez plac wiedzie szczelina o długości 14 metrów, połączona zaprawą, pokryta złocistym metalem – stopem metali szlachetnych i półszlachetnych, w tym złota. Zamach zadał nam jako społeczeństwu symboliczną ranę, mówi von Frankenberg, ranę która musi się zagoić. Zaproponowałem tu starą japońską technikę Kintsugi, która pozwala leczyć rany, ale nie próbuje ich ukryć, jest zatem stałym przypomnieniem. Złoto użyte do “gojenia” ran przeszłości jest metalem, który nie koroduje, przez co od tysięcy lat jest w wielu kulturach i religiach na świecie uważane za nosiciela magicznej mocy.

Foto: Biuro Architektoniczne Merz / Merz

May the force be with us.

Czytamy / Wir lesen

IMMER BARATARIA

In Frühling 2014 publizierte Ewa Maria Slaska auf ihrem Blog
ewamaria.blog
zehn Gedichte ihrer Schwester, Katarzyna Krenz,
über alten Dichter, der stirbt, und sein Leben rekapituliert.

Am morgen endete der Storm.
Der A
lte Dichter lag lang auf dem Ufer, umgespült
von den Wogen, gut wissend, was geschah.
Seine Schiff ging runter, verloren, ohne Wiederkehr,
und mit der Schiff auch seine ganze Ladung.
(…)
In der Luft zitterte grünes Jungelrauschen, die Insel jedoch
schwieg. Unbekannte. Ungenannte. Niemandem gehörend.

Seit Januar 2017 publizierte Ewa Maria Slaska dreiundhalb Jahre lang auf ihrem Blog Texte (meistens eigene, manchmal aber auch von ihren Friends) über alten Rebell (und Ritter) Don Kichot, und seinem Friend (und Knappe) Sancho Pansa. Die beiden sind unzertrennlich, schon im Roman von Cervantes, seit dem aber auch in unserem Kulturerbe. Es sind nur zehn Tage, dass der Herr und sein Knappe ihren Abenteuer getrennt den Stirn bieten – das ist die Zeit Sancho Pansas als Gubernator auf einer vermeintlichen Insel Barataria.
Der alte Dichter stirbt. Er stirbt allein. Aber obwohl Don Kichote immer in Begleitung kommt und sein treuer Sancho Pansa auch im Moment des Todes bei im weilt,
sind sie doch eine und diesselbe Person.

Der alte Dichter – Don Kichote.

Wie der Zufall es eigenhandig bestimmte, wurden sowohl die Gedichte von Katarzyna als auch fast alle Texte von Ewa Maria immer Montags veröffentlicht.

Jetzt lesen beide ihre Texte in der Regenbogenfabrik.
Am Dienstag.


Katarzyna ist nicht gekommen. Christina las ihre Gedichte. Und ich erzählte über Barataria.

Foto Ela Kargol

Zdjęcia i kolaż: Aleksandra vel Ola Puciłowska i Kasia Kalin

(Reblog+) Sen zimowy

Kattinka

Wikipedia: „Sen zimowy to fizjologiczny stan odrętwienia organizmu, który objawia się okresowym spowolnieniem procesów życiowych u ssaków stałocieplnych, co pozwala im przetrwać trudne warunki zimowe. Taki sen może trwać od kilku tygodni do siedmiu miesięcy. Poprzedzony jest okresem gromadzenia tkanki tłuszczowej w organizmie lub zapasów pokarmu w gnieździe. W powszechnym języku termin ten stosowany jest wymiennie z pojęciem hibernacji naturalnej.”

Sen zimowy niedźwiedzia brunatnego, borsuka i jenota od właściwej hibernacji różni się fizjologicznie brakiem głębokiej hipotermii i mniejszym stopniem spowolnienia procesów metabolicznych. To raczej letarg, a nie pełna hibernacja. Ale już sen zimowy jeża jest tak głęboki, że jego serce, zamiast 181 uderzeń na minutę, bije tylko 20 razy, a zamiast wdychać powietrze 50 razy, jeż czyni to tylko raz. Śpią też popielice, świstaki, koszatki i nietoperze, a poza tym wszystkie płazy i gady.

Ustalmy fakty: mamy te same geny co misie i wiewiórki. Wprawdzie u nas owe geny odpowiedzialne za zimowe zwolnienie obrotów są nieco mniej aktywne, ale jednak są. Dlatego wraz z nastaniem mrocznych dni i długich nocy, podobnie jak u zwierząt przed zapadnięciem w sen zimowy, aktywna staje się przywspółczulna część autonomicznego systemu nerwowego, dzięki czemu nasz organizm zwalnia tempo, serce zaczyna bić wolniej, spowolnieniu ulega również nasz metabolizm. Przedłużająca się ciemność powoduje, że mózg produkuje zbyt mało serotoniny, hormonu odpowiedzialnego za nasz dobry nastrój. Ale zarazem ten sam mrok sprawia, że produkujemy więcej melatoniny (o melatoninie Ewa Maria opowie Wam więcej), która jest hormonem wydłużającym nasz sen. Skutek? Nasze nadnercza zaczynają produkować więcej kortyzolu, przez co podnosi się poziom naszej irytacji, gdyż stajemy się bardziej ospali. A jeszcze ten spowolniony metabolizm i nasza (nieodparta) chęć doładowania akumulatorów czekoladką, i już – tyjemy. Tak oto, chcąc nie chcąc, zapadamy w stan (przynajmniej częściowej) hibernacji.

I nawet jeśli nam się tak wcale nie wydaje, wstawanie po ciemku i bieg do pracy przez ponure miasto, które jest równie mroczne i nieprzyjazne, gdy z pracy wracamy, jest… dobre i ze wszech miar pożądane, ponieważ pomaga nam utrzymać się w nastroju snu zimowego. Bo czyż nie tego właśnie potrzebuje nasz organizm – przezimowania, przetrwalnikowej hibernacji? Tak, byle do wiosny. Dlatego mimo wychowania w protestanckim kulcie pracy, mimo rygorystycznego traktowania obowiązków i poczucia, że powinniśmy natychmiast wstać, pójść i zrobić coś bardzo pożytecznego, na czas zimy wyzbądźmy się wyrzutów sumienia, gdyż są całkowicie nieuzasadnione. Niech niebo chmurzy się i wylewa listopadowe deszcze, a grudzień posypuje śniegiem, niech mózg nasz domaga się więcej światła, a szef i zleceniodawca pogania z robotą, jakby to była wiosna (albo nawet lato) – nie zwracajmy na to wszystko uwagi, nie złośćmy się. Zamiast tego, połóżmy się z książka pod ciepłym kocem, utnijmy sobie drzemkę. To wcale nie jest głupie ani niepotrzebne, po prostu Natura pomaga nam przystosować się do niskich temperatur. Organizm przestraja się na najniższe zużycie energii, ogranicza zbędną aktywność, by skupić się na najważniejszym: na zachowaniu ciepła. Odpuśćmy sobie i otoczeniu, zwolnijmy tempo, śpijmy więcej i jedzmy, jedzmy do woli! Byle było nam miło i ciepło, i żadnego stresu, i… jak najmniej pracy. A jeśli poczujemy się nieszczęśliwi – pod ręką mamy zapas czekolady, która jest naszym zastępczym producentem serotoniny. Oto plan doskonały na listopad i grudzień, a potem styczeń, luty…

A więc nie smućmy się, że idzie zima, nie traćmy czasu na depresje małe i duże, nie narzekajmy na przygnębienie. Zamiast tego – przygotujmy się! Nazbierajmy orzechów, nasuszmy grzybów i jabłek, napieczmy pierników, nasmażmy konfitury „szwajcarskiej” z ostatnich jesiennych gruszek, jabłek i śliwek, z dodatkiem cukru (proporcja wszystkich składników 1:1) albo i z suszonych (namoczonych w esencji herbacianej) śliwek z migdałami i cynamonem. Nastawmy nalewkę pomarańczową z goździkami. Zgromadźmy spory zapas kawy i herbaty i jeszcze większy – gorzkiej czekolady. I stos książek do czytania. Karty do pasjansa i koszyk z owczą wełną i wzorem na gruby, wiatro- i wilgocio-odporny sweter. Lampa powinna świecić dobrym, ciepłym, dość mocnym światłem. Teraz już tylko pozostaje nam wybrać najlepsze miejsce na dziuplę, gawrę, norkę. Miękki fotel? Kanapa? Pled, koniecznie duży, gruby, wełniany. Ma nam być ciepło, wygodnie i przytulnie. Jasno. Smacznie i rozgrzewająco. A jeśli po tym wszystkim zechcemy (co takiego? znów?) zdrzemnąć się, przespać, poddać, odpłynąć – tym lepiej dla nas, tym zdrowiej.

Z kuchni dochodzi zapach pieczonych kasztanów. Będziemy obierać skorupki, parząc sobie palce, a potem zjemy słodki rozsypujący się żółty miąższ, parząc się w języki. Dla równowagi termicznej popijmy więc kieliszkiem porto.

Muszę kończyć, pa!

Urodziny Ciotuchny

Wpis zbiorczy, przygotowany przez Lecha Milewskiego czyli Pharlapa. Dziękujemy! (jeszcze chcemy 🙂 )

Ewa Maria

Gdy przeczytałam wezwanie Pharlapa, by napisać coś o Ciotuchnie, w moich myślach całkowicie znikąd pojawiło się słowo Wieliczka.
Wieliczka. Ale dlaczego? Oczywiście byłam w Wieliczce, nawet dwa razy – jako młoda panna z Karusią czyli cioteczną babcią, a potem – jako młoda mężatka – z mężem i synem. Syn był bardzo mały, nie chodził jeszcze do szkoły, ale umiał już napisać MAMA i TATA. Szliśmy na Wawel, a Jacek kawałkiem cegły (cegłówka? Tak to się chyba nazywa) opisał całą drogę wielkimi drukowanymi literami: TATA TATA TATA…
No ba. Tata to Tata. Pojechaliśmy do Wieliczki, której wtedy jeszcze nikt nie oferował w “dwupaku” z Auschwitz. Pojechaliśmy zatem i chłopakom się podobało, a ja marudziłam, że eee to wszystko nie tak i jak byłam mała, to dopiero była Wieliczka! Bo rzeczywiście – nie można było obejrzeć wielkiego kryształowego kościoła.
Minęło kilka lat. Jacek był już we wczesnym wieku szkolnym, gdy w ramach zajęć pożytecznych i pouczających zaproponowałam, żebyśmy “zrobili Wieliczkę”. Wszyscy wiemy, jak się “robi Wieliczkę” – bierze się słoik, wkłada się kilka gałązek i zalewa wodą z dużą ilością soli, potem czeka, aż woda wyparuje, a sól się skoncentruje.
Jacek z zainteresowaniem przyjął fakt, że “zrobimy Wieliczkę”. Wybraliśmy duży słoik (błąd), zalaliśmy gęstym roztworem soli (błąd) i zaczęliśmy czekać.
Codziennie  rano i wieczorem sprawdzaliśmy z dzieckiem postępy powstawania Wieliczki. Był to proces powolny, bo wzięliśmy wszak za duży słoik i za gęsty roztwór. Woda parowała powoli. Na obrośniętych solą gałązkach zbierał się bury tłusty kuchenny nalot. A co gorsza gęsty roztwór rodził gęste grube narosty drobnych kryształków, które w niczym nie przypominały zaplanowanych dużych regularnych przejrzystych kryształów, jakie miały tam wyrosnąć.
Byłam więc coraz bardziej rozczarowana, ale, o dziwo, dziecko nie.
Codziennie zaglądaliśmy do słoja i póki wciąż na dnie stała woda, wiedzieliśmy, że trzeba czekać. Ja wciąż liczyłam na to, że w ostatniej chwili setki małych kryształków porodzą Koh-i-noora.
Wreszcie pewnego dnia powiedziałam – już. Na stole nadal, tak samo jak wczoraj i przedwczoraj stał słój, a w nim te byle jakie gałązki w burej soli. Tyle, że już nie było ani kropli wody.
A Jacek się rozpłakał.
Przejęłam się, próbowałam pocieszyć, ale tak naprawdę nic nie rozumiałam. Przez ostatnie dni, ba, nawet tygodnie, dziecko spokojnie przyglądało się zawartości słoja i nie protestowało, dlaczego zatem teraz płacze?
Nie wiedziałam, co zrobić.
Wieczorem zadzwoniłam do Ciotuchny.
W końcu rodzinna psycholożka, może coś poradzi.
Opowiedziałam.
– Bo – powiedziała Ciocia – zawsze trzeba uważać, co się mówi.
– Eeee? – zapytałam niezbyt inteligentnie.
– Dla Ciebie “Wieliczka” to było słowo oznaczające proces powstawania kryształków soli, dla dziecka – jaskinia pełna stalagmitów i stalaktytów, w której płynie się łodzią i ogląda niezwykłe formacje skalne, kolorowe sklepienia, na których wyrosły kryształy. Póki nie powiedziałaś “już”, dziecko czekało, aż jakaś czarodziejska siła zmieni bury słoik w piękną grotę, którą niedawno zwiedzało, ale gdy padło to słowo – wiadomo było, że nic się już więcej nie zdarzy.
– Co się nie zdarzy?
– Wszystko. Nie ma czarodzieja, nie ma Wieliczki, a to pewnie oznacza, że nie ma też świętego Mikołaj. Mama opowiada bzdury.
– I co teraz? – zapytałam zdruzgotana.
– Nic – odpowiedziała Ciocia. – Minie, ale na przyszłość uważaj, co mówisz.

PS. Na zdjęciu Ciocia i Wujek na plaży. Przez całe życie chciałam właśnie tak wyglądać, jak Ciocia na plaży…

Kanadyjka

Kochana Mamo, Babciu i Big Babciu. Przyjmij od nas wszystkich w Ottawie najserdeczniejsze życzenia z okazji urodzin. Bardzo się cieszymy, że chociaż część z nas mogła Cię odwiedzić tego lata. No ale jest jeszcze internet, w którym tak sprawnie się poruszasz, tak więc mamy Cię blisko na stałe.

Twoje wpisy na blogach i powstała z nich ksiazka pozwoliły nam (i pozwolą innym, jak je przetłumaczę na angielski) poznać kartki z Twego życia, nam nie znane lub nie pamiętane. Wierzymy, że masz jeszcze w sobie wiele wspomnień, które kiedyś przelejesz na papier.

Ciesz się zdrowiem, dobrym humorem i energią jak najdłużej. Przytulamy Cię wszyscy bardzo mocno. Małgorzata, Olga, Mike, Ewa, Dave, Ruby, Ania R. i cała reszta rodziny Pymanów.


Włosz.czy.zna

Droga Solenizantko, Mamo, Babciu, BiNonno, Ciotuchno!

Przyjmij od nas wszystkich bardzo serdeczne życzenia z okazji tej bardzo okrągłej rocznicy. Nie piszę specjalnie, ile to lat, bo nie ważne są numery, a Twoje samopoczucie. Patrząc wstecz, na to, co zdziałałaś w Twoim życiu, widzimy, że jest to pokaźny dorobek, tak zawodowy, jak i w życiu prywatnym i literackim! Bardzo są dla nas cenne Twoje wspomnienia z dzieciństwa, z okresu wojny i konspiracji, o rodzinie i z wojaży. W sumie „Kura”, „Qra” i „Altana” to był okres, który dał nam wszystkim dużo i dzięki wpisom na tych blogach poznaliśmy Ciebie trochę lepiej i Twoje wspomnienia zostały utrwalone na papierze. Kto by pomyślał, że Pani w Twoim wieku będzie tak sprawną blogerką! Gratulacje!! Dzięki tym blogom, chociaż mieszkasz sama i wiemy jakie to trudne, masz przyjaciół na całym Świecie.

Z Florencji życzymy Ci dużo, dużo zdrowia, dużo wizyt rodziny i przyjaciół i powrotu do pisania wspomnień!

 
 

Ucałowania Maria & Alessandro, Marianna & Marco i oczywiście Matteo

Kattinka

 

 

A jedną różę dajmy CIOTUCHNIE
VIVAT, Droga JUBILATKO, śpiewając…
A z drugą różą w dłoniach przyjdźmy wołając:
Żyj nam w zdrowiu DZIŚ I ZAWSZE!
I garść rymów dorzućmy dla ozdoby chwili…
A trzecią różę do bukietu dodajmy dla harmonii,
boć powiadają: OMNES TRINUM PERFECTUM,
a tu po trzykroć okrągła trzydziestka
CIOTUCHNIE tak zgrabnie się udała!
Ach, nie, co też ja mówię: jeno trzy róże?
Naręcza pełne zbierzmy a zanieśmy
róż białych i różowych róż, i róż purpurą
do wina w kielichu podobnych.
I wznieśmy toast wesoły w ten czas
URODZIN naszej JUBILATKI.
STO LAT! STO LAT! STO LAT!
A jak już zaśpiewamy, to jeszcze…
Poduszek miękkich rzućmy na fotele,
byśmy WSZYSCY wokół CIOTUCHNY tu zebrani,
DRODZY Przyjaciele, wygodnie mogli zasiąść,
gotując się do wspólnego świętowania.
A żeby tradycji stało się zadość, prośbę
przedstawmy naszej DROGIEJ JUBILATCE:
niech swych wspomnień wątki nadal dla nas
tak wspaniale splata o świecie, który
znała i tak żywo a kolorowo zapamiętała.

 Juliczka

Istnieją pytania, na które właściwie nie ma odpowiedzi. Naturalnie nie mam tu na myśli pytań w rodzaju: „Kto jest przeciw?” ani „Dlaczego nie słuchasz audycji Polskiego Radia?” Nie chodzi mi również, rzecz prosta, o pytania zaczerpnięte z wielkiej literatury, w rodzaju: „Skąd wracali Litwini?” albo „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem?” Na myśli mam pytania podstawowe, z którymi się stykamy w codziennym życiu. Na przykład o pytanie, które podobno lubią zadawać kobiety: „Czy mnie kochasz?” Na takie pytanie po prostu nie ma odpowiedzi. Bo jeżeli facet odpowie „nie”, to łamie życie jej, a jeżeli, jak udowadniał Kazimierz Rudzki, odpowie „tak” – to łamie życie sobie.

My, czytelnicy Ciotuchny, znamy inną odpowiedź: kochamy Cię, Ciotuchno, podziwiamy i życzymy długich lat życia w twórczej pracy i zdrowiu.

Viator

 

Jak Beatrycze Dantego
Przez mroki dziejów mnie wiodłaś
Bym dotarł do skarbów wiedzy
Ukrytych dotąd przez otchłań.

A teraz na mnie kolej:
Jak Dante imię twe chwalę,
Ciotuchno, w dzień urodzin.
I później też. Wytrwale.

  Pharlap

EwaMaria, na otwarcie tego wpisu wspomniała o moim apelu.

No cóż, zacytuję księdza J. Tischnera: “tyz prawda”.

Ponad siedem lat minęło od chwili, gdy dołączyłem do grona Panien po Trzydziestce, a potem Przyjaciół w Altanie. Wspaniała, zwarta grupa, razem, a przecież każda osoba bardzo indywidualna.

Ciotuchna była w tej grupie osobą specyficzną.

Wojna mocno namieszała w mojej rodzinie, w rezultacie powstały spore luki w niektórych kategoriach wiekowych. Właśnie taką lukę wypełniły (za późno, mocno za późno) wpisy Ciotuchny. Okres wojny, okupacji, lata powojenne.

Dziękuję bardzo Ciotuchno.

Te życzenia składam, gdy u nas wiosna w pełni. W tym okresie koloryt pobliskim ulicom nadają drzewa jacaranda.

A więc, w błękitnym nastroju, życzę Ci Ciotuchno wiele sił, zdrowia i energii twórczej. Niech otaczający Cię świat odwzajemnia Twoje życzliwe nastawienie do otoczenia.

14 wilków

Dziś znowu wilki

Katarzyna Krenz

14 WILKÓW

1.

Obecność to nasza pamięć. Wszyscy wiemy, że nie ma wczoraj, a jutro jest i zawsze będzie – jutro. Sekunda? Mgnienie? Tyle czasu mamy na zakorzenienie własnego bytu w ulotnym niebycie. „Tu i teraz” przypomina sprężynę: jest mnie tyle, ile pamiętam, reszta to czekanie. Przyszłość. Zawsze.

W pogoni za cięciwą horyzontu
staję się więźniem wolnych przestrzeni.
Dal trzyma mnie na wyciągnięcie ręki
Przysięgam, pewnego dnia złowię uciekający świat.

(K. Krenz, Krzysztof Kolumb każe podnieść żagle)

2.

Wyobraźmy sobie sytuację: autor napisał powieść, znalazł wydawcę, po miesiącach pracy książka została skierowana do druku. Nim jednak ruszą maszyny drukarskie, wydawca w ostatniej chwili rezygnuje. Wprawdzie tekst kitem nie jest, ale sądząc po sondażach rynku, hitem też nie będzie. Książki nie ma, a mimo to książka… jest. Zdążyła zawisnąć w chmurze zapowiedzi w Internecie, trafiła w mgławicę istnień wirtualnych: można obejrzeć okładkę, przeczytać opis, są nawet fragmenty tekstu oraz ISBN czyli International Standard Book Number, jaki posiada każda szanująca się książka. Z biegiem czasu autor przyzwyczaja się. Na listy czytelników odpowiada: Szanowny Panie, dziękuję za zainteresowanie, ale niestety, książki nie ma. Już, jeszcze. Nigdy.

3.

Kim jesteśmy? Faktem czy manipulacją? To zależy od punktu widzenia, perspektywy, kontekstu. Także od partii, która aktualnie ma przewagę i jej ludzie doszli do władzy. Bo punkt widzenia zależy od punktu, w którym się znajdujemy, a więc i od miejsca, gdzie znajduje się nasze krzesło. Patriota czy wróg publiczny? Mieszkaniec prowincji czy metropolii? Kobieta czy baba, dziecko czy bachor? Ukochany mężczyzna czy pozew rozwodowy, co to kiedyś deklarował, że całą by nas schrupał jak świeżą bułeczkę, a dziś mu włos w zupie przeszkadza. Doctor bullatus, asinus coronatus! Jak to się dzieje, że we współczesnym świecie morderca, złodziej i gwałciciel trafiają – zamiast królów, odkrywców i porządnych ludzi – na pierwsze strony gazet, podkręcając nie tylko bezkrytyczny zachwyt publiczności, ale i nakłady prasowe? Jak to możliwe, że nikt już nawet nie zadaje tego pytania, ponieważ odpowiedź jest stara jak świat: Panem et circenses! Za tym okrzykiem autorstwa starorzymskiego poety Juwenalisa, który wznosiło rzymskie pospólstwo, domagając się pożywienia i rozrywek, kryje się potężna siła, jaką jest strach i nienawiść.

4.

Czternaście wilków. Tyle sztuk liczyło początkowo stado, które w ciągu kilku lat odwróciło los umierającego amerykańskiego Parku Narodowego Yellowstone. W 1995 roku US Fish and Wildlife Service, wraz z zespołem kanadyjskich biologów, przenosi 14 wilków z Kanady i umieszcza je w Parku Narodowym Yellowstone, gdzie od roku 1926 były uznane za gatunek wymarły. W ciągu kilku lat liczba wilków wzrosła, ale to był tylko początek zmian. Efekty tej przeprowadzki były zaskakujące: cały ekosystem parku narodowego zmienił się tak dalece, że nawet rzeki zmieniły swój bieg.

http://weloveanimals.me/released-14-wolves-park-no-one-prepared-unbelievable-nature11/

5.

14 wilków. Jedna decyzja, jedno zdarzenie. Impuls. Iskra. Jedno spojrzenie. Jeden telefon, dzień, krok, niewiele, a jednak czasem, jak tu, ważny, bo zmieniający świat na lepsze, czasem o jeden za dużo, ponieważ to właśnie on sprawia, że w jednej chwili wszystko się nagle zmienia, a my lądujemy w alternatywnej rzeczywistości. Ogarnia nas rozpacz, zdumienie, przerażenie, zapadamy się. Odwracamy oczy, wychodzimy na ulicę. Zaczynamy rozmyślać o emigracji wewnętrznej. Albo o lotach kosmicznych w poszukiwaniu innych planet.

Reblog: Miasto, które wstało z grobu

Katarzyna Krenz

L’Aquila Terremoto

Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

L’Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d’Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają.

aquilla1-2

Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową.

aquilla-3-4
Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś… Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

aquilla-5-6
Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem: czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce.

aquilla-7-8

Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii.

Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów.
Obraz za mgłą hotelowej szyby.

aquilla-9-10

nocny autobus zatrzymuje się
na przystanku nikt nie stoi

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem

na papierze ryżowym

***

Wiersz Katarzyny Krenz Japońska akwarela II, 26 września 2016
Zdjęcia Katarzyny Krenz

Virga

Katarzyna Krenz poezja
Jacek Krenz akwarele

Virga – suchy deszcz

deszczu naznaczony klątwą czasu
który nigdy nie masz się dokonać
nim dotkniesz ziemi spękanej
nim z wiosną pędom młodej trawy
soki początku dasz i drogę wzrostu
bezpłodny odchodzisz na powrót do nieba

ogród umiera bez wody
jesteś moim deszczem majowym
ja jestem twoją ziemią jałową

biegłeś obietnicą ku mnie, nadzieją
lecz jak ulewa, co z życiem uszła
swego jedynego przeznaczenia
elipsą powietrza ulotną, lotną parą
powróciłeś, deszczu, nie-deszczu
do domu w chmurze wysokiej

umiera ogród bez wody
miałeś być moim deszczem majowym
a ja rajskim ogrodem twoim

wołam cię w modlitwie, przyzywam
chwytając kroplę za skrzydło z kamienia —
czekałam tyle i wciąż czekam
jeszcze widzę twój lot ku mnie
trzymam w dłoniach pusty obraz
virga – suchy deszcz niespełnienia

i stałam się deszczem, a ty moją ziemią
i jestem jak ten martwy ptak
jak sucha kropla, która cię nigdy nie napoi

jk_virga

Sierra Exif JPEG

Sierra Exif JPEG

jk_baltic13

Starcy i dzieci

29 czerwca pojawiły się w mediach zapowiedzi kolejnych dobrych zmian, jakie zaprowadzi nowy rząd –
Szokujący pomysł PiS! Uderzy w seniorów? Specjaliści tłumaczą

Ośrodki dla seniorów mają zostać odseparowane od domów dziecka i pogotowi opiekuńczych. Taki pomysł mają politycy Prawa i Sprawiedliwości. Chcą zmienić obecne przepisy tak, by dzieci z placówek nie miały kontaktu ze starszymi osobami.

Członkowie partii rządzącej uważają, że styczność ze starością źle wpływa na rozwój emocjonalny dzieci. Stąd plan oddzielenia domów opieki od placówek dla dzieci. – Wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny – tłumaczą pomysłodawcy zmian.
Nowe przepisy miałyby zagwarantować, że kształtowanie postaw dzieci będzie bardziej odpowiednie niż teraz. “Fakt” rozmawiał na ten temat z kilkoma psychologami. Ich zdaniem, separacja najmłodszego i starszego pokolenia byłaby wielkim błędem. Na Zachodzie dąży się do tego, by dzieci przebywały z seniorami. Obie strony tylko korzystają na takich kontaktach. Zdaniem PiS, najwyraźniej nie.

EMS: Jestem pisarką, zapewne nie jestem predystynowana do tego, by takie sugestie komentować. Przywołam więc tylko teksty literackie, o których myślę nieustannie, odkąd przeczytałam to doniesienie.

Proza: Alphonse Daudet, Listy z mojego młyna, Staruszkowie (cytuję z wydania biblioteki lingwisty z 1921 roku, tłumacz nieznany)

Listy z mlyna 00-doppel

listyzmlyna-staruszkowie

Poezja I: Katarzyna Krenz, Raport z wizyty w zakładzie dla starców i niewidomych dzieci Castelo de Vide, Convento de São Francisco
wiersz był już TU na blogu, ale muszę go przypomnieć Czytelnikom, po prostu muszę!

W imię Ojca i Syna i Ducha Jego

My, zakon braci bosych i ubogich, przyszliśmy tu
i uczyniliśmy, jak postanowiono:

Oto w sercu urodzajnej krainy, w dolinie
słońca, na wzgórzu oliwnego drzewa
zbudowaliśmy dom, by modlić się
o łaskę nieba na ziemi i snu wiecznego.

I daliśmy chleb, i dach nad głową
dzieciom, co nie widziały, i starcom gasnącym
co żyć już bez nas nie potrafili. Tak było,
jak powiadamy, aż do dnia, gdy w cieniu czasu,
który przeminął, umarła dusza domu, a wszyscy
odeszli do Pana lub do innego domu.

Inwentarz pozostawionych ruchomości obejmuje:
szafy biblioteczne pełne druków wypukłym pismem
z przeznaczeniem dla czułych opuszków palców,
w tym opisanie podróży Vasco da Gamy do Nowego
Świata. Oraz sztućce z aluminium i emaliowane kubki
i stoły z nadpalonymi nogami, dowód po dniach,
gdy nawet miednica rozżarzonych węgli nie dawała
wiotkim ciałom dość ciepła. Wannę i połamany
fotel fryzjerski sztuk jeden, i korytarze długie,
niegdyś szorowane w każdy piątek, a między nimi
stopnie schodów, ruchome w kilku miejscach
i niebezpieczne z braku poręczy. A także spróchniałe
podłogi, które nie zaskrzypiały pod naszymi butami
przypuszczalnie z powodu utraty poczucia bliskości.

W opuszczonej kuchni z kranu kapała woda.
Na pustym patio panowała cisza, tylko pod drzewkiem
pomarańczowym, w szarym piasku kąpały się wróble
oszalałe od woni kwiatów i zgniłych owoców.

W kącie bezpłodnego sadu stary ogrodnik
uśmiechał się do nas łagodnie, ale dość wesoło,
ścinając kosą perz, kąkol i pokrzywy.

KK: No rzeczywiście, te teksty pasują, a ja mam jeszcze coś, czego nikt jeszcze nie widział, nie czytał. Bo otóż Roma Cielątkowska, po przeczytaniu mojego wiersza, tego portugalskiego z domu straców i niewidomych dzieci, napisała “Rewers” – tym razem z Ukrainy. Chyba  tym mocniejszy, że dzieci w tym “jej” domu były OPUSZCZONE, same! Bez rodziców, wychowawców czy choćby… staruszków. Projekt ustawy? Wszyscy czujemy podobnie, dlatego komentarz wydaje się zbędny. Może tylko jedna uwaga: pomysłodawcy tej ustawy nie dostrzegli, że jest to pomysł obusieczny, bo pozbawiając dzieci widoku starości, jednocześnie osieroconym, chorym i opuszczonym dzieciom zabiorą ostatnią szansę na bliskość.

Poezja II: Romana Cielątkowska: Rewers: Raport z wizyty w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci

Ławriw – klasztor Bazylianów, maj 2010

W Imia Swiatoj Trojcy,
Połoniny moje, otwórzcie swe ramiona
Cerkiew okopana z zewnątrz
i od środka.

Obnażone szczątki
i obdarzone rozpisy ścian
Samotna ikona bojkowa
czeka na odpuszczenie i ciąg dalszy – nieutulona.

Dotyk budynku zakonu
wbija się w cerkiew
posępnie.
Cisza, zamknięcie –
głuchoniemych cienie
i wołania szepty.
Niezborne rany
tych, co nie mogli się sprzeciwić i zapłakać.
Rynsztok łaziebny i
kłębowisko rusztowań łóżek
z paskami dla niepokornych
zalęgnięte w chłodzie suteryny
czekają wybawienia
spragnieni ciepła i płomienia świec.

Stoją tak obok siebie
puste:
Nienamodlona cerkiew
Dom
Dzieci

Świat równoległy z zielenią świetlistą
łąk umajonych, świergotem ptaków,
radosnym brzękiem pszczół,
opadających w ciepłym wietrze
bladoróżowych płatków kwitnących w sadzie
jabłoni i śliw –
udaje, jak co roku, że nic się nie stało…

Od Redakcji:

O Romie Katarzyna Krenz pisała TU we wpisie Odeszli, więc jeszcze tylko dodatkowa informacja: prawa autorskie do wiersza Romany Cielątkowskiej należą do jej córki – © Katarzyna Cielątkowska.

Dwie Siostry o książkach i nie tylko. Wpis na niedzielę.

Katarzyna Krenz (i Ewa Maria Slaska)

My books are my power

W ostatnich, dość przygnębiających, miesiącach głównym zajęciem naszego społeczeństwa jest śmiech. Nie jest to jednak wyraz radosnej beztroski („Wiosna, panie sierżancie”), lecz reakcja skomplikowana i nieoczywista: z jednej strony pobrzmiewa w nim nuta prześmiewcza i pogardliwa, z drugiej – bardzo poważny niepokój o naszą wspólną przyszłość. Tak więc wszyscy się śmieją, jedni, żeby okazać swoją butę i bezkarność, inni, by się przed tym obronić. Polski śmiech to znak czytelny i oczywisty, jak sienkiewiczowska kometa, symptom chorobowy: Ojczyzna w potrzebie, trudne termina na nas przyszły.

Nie biorę udziału w tym powszechnym zajęciu, nie umiem. Zamiast tego (który to już raz w życiu?) ratuję się bronią naszych dziadków i rodziców – lekturą. Uciekam w krainę ukochanych książek, które zawsze były, nie tylko w mojej rodzinie, źródłem naszej wspólnej wewnętrznej siły, naszymi barykadami, naszą twierdzą. My home is my castle. My books are my power. Stara zasada, ale działa. Pomaga. Pozwala uciec, nie uciekając, a przy okazji odświeżyć pamięć (i dzieła autorów) sprzed wielu lat.

Lista remediów literackich jest długa. Dzięki naszym Rodzicom w dzieciństwie miałyśmy z Siostrą otwarty dostęp do księgozbioru dorosłych, a zważmy, że była to jeszcze epoka, gdy każdy szanujący się oczytany człowiek miał obowiązek poznać tak zwany „kanon” czyli dzieła światowych klasyków. Homer i Wergiliusz, Dante i Petrarka, Montaigne i Rabelais, Proust, Zola i Balzac, Goethe, Heine i bracia Mannowie, Sienkiewicz, Prus i trzej wieszczowie, Skamandryci i poezja hiszpańska, Dickens i Galsworthy, Tołstoj i… I tak dalej. Potężna dawka wiedzy o świecie, doświadczenie egzystencjalne, ale też odpowiedź na pytanie o to, kim jestem. Ludzie oczytani to była kasta wybrańców, którzy porozumiewali się jasnym dla siebie kodem, rozpoznawali się w tłumie, samoistnie dobierali w grupy ponad podziałami klasowymi, niezależnie od profilu wykształcenia i wykonywanego zawodu, nieważne: inżynier czy humanista, lekarz czy prawnik. Vide: nasz Ojciec – inżynier budowy okrętów, który czytał zawsze i wszędzie, w najdziwniejszych warunkach i sytuacjach, na środku oceanu i w lodach Arktyki i Antarktydy – godzinami mógł rozmawiać o wojnach punickich, a z dorobku dwóch ukochanych autorów, Conrada i Lema, przeczytał wszystko, co napisali.

G.K. Chesterton pojawił się w naszej rozmowie niespodziewanie. À propos, oczywiście, i jako dowód. Rozmowa dotyczyła naszych czasów i literatury. Że dziś oferta na rynku wydawniczym jest tak ogromna, że właściwie nie wiadomo, co czytać. Wszystkie książki są naj-, a większość autorów – nieznana, dlatego trudno ocenić, czy to sezonowa efemeryda czy też prawdziwe odkrycie i nowe spojrzenie, świeży powiew. Recenzjom trudno wierzyć, dziś książka to taki sam towar jak świeże kaszubskie truskawki, musi się sprzedać. Rynek jest tak „szybki”, że książki „żyją” przeciętnie trzy tygodnie, potem znikają, umierają. O żadnym kanonie współczesności nie ma co marzyć, tout casse, tout passe, tout lasse. I wtedy ktoś otwarcie przyznał, że on się nie ściga. Nie dlatego, że nie potrafi, tylko dlatego, że nie chce. Zamiast tego wybiera i czyta „swoje”, i często nie są to wcale autorzy żyjący, tylko właśnie klasycy świętej pamięci. I że niezawisłość w doborze lektury jest przyjemnością nie do przecenienia. Tak powiedział. Zwłaszcza teraz.

Gilbert Keith Chesterton (1874-1936), pisarz angielski. Reprezentował poglądy konserwatywne, przeciwstawiał się ideom socjalizmu i agnostycyzmu. Był mistrzem groteski, paradoksu i humoru absurdalnego. W młodości sam agnostyk, z czasem zmienił poglądy i włączył się w nurt odnowy duchowej Kościoła anglikańskiego. W 1922 przeszedł z anglikanizmu na katolicyzm. Swoją drogę do poznania wiary opisał w monumentalnym dziele Ortodoksja. Pod wpływem katolickiej nauki społecznej stworzył (współtwórcą był Hilary Belloc) teorię tzw. dystrybucjonizmu, odrzucającą zarówno kapitalizm, jak i socjalizm, głoszącą potrzebę budowy społeczeństwa opartego na upowszechnieniu drobnej własności. Był sympatykiem Polski, którą odwiedził w 1927 roku, co przyczyniło się do jego popularności w naszym kraju już w dwudziestoleciu międzywojennym. Listę jego dzieł można znaleźć w wikipedii (skąd pochodzą powyższe informacje); dla niewtajemniczonych: jego znakiem firmowym jest cykl nowel detektywistycznych z postacią ojca Browna.

Latająca gospoda to była jedna z ulubionych książek w naszym domu. Nie z powodu katolicyzmu angielskiego autora. Po prostu. Mądra jak Colas Breugnon, zabawna jak Klub Pickwicka, inteligentna jak Trzech panów w łódce, jak… Jednym słowem: kanon, może nie ten wysoki, klasyczny niczym XIX-wieczna idea Grand Tour, co to każdy kulturalny człowiek… Ale kanon. I moja Siostra właśnie czyta. Znak jakże znaczący, przynajmniej dla mnie. Przypomnienie.

Kanon literatury światowej? Chesterton? Świat pędzi jak oszalały ku wielorakim zagładom, a my tutaj rozmawiamy o jakimś starociu sprzed 102 lat! A jednak… Nostalgia ma swoje prawa, a ponieważ egzemplarz „Latającej gospody” z jakiegoś powodu nie stał na półce angielskiej, tam, gdzie powinien, odruchowo zajrzałam do internetu. Znalazłam, weszłam na odnośną stronę i – oniemiałam. Z początku czytałam spokojnie:

Gilbert Keith Chesterton, Latająca gospoda. Średnia ocena 6,87 (30 ocen i 7 opinii). Zobacz oceny. Gdzie kupić książkę. Szczegółowe informacje: Obowiązkowa Msza Święta w kościele w Beaconsfield oraz kufel dobrego angielskiego piwa w miejscowej gospodzie – oto jak dla G. K. Chestertona wyglądać musiała niedziela. Jedno zresztą związane było z drugim, gdyż według brytyjskiego pisarza właśnie chrześcijaństwo uzbraja człowieka w umiejętność prawdziwego korzystania z życia. To połączenie było dla niego wyznacznikiem old merry England – starej, wesołej Anglii: tradycyjnej, chrześcijańskiej, plebejskiej krainy, w której ludzie potrafili się prawdziwie cieszyć… – Czytaj więcej.

Nacisnęłam strzałkę „rozwiń”:

Taki też właśnie obraz kreśli w swej LATAJĄCEJ GOSPODZIE, sowizdrzalskiej powieści, opartej na motywie buntu trzech kompanów wobec administracyjnego nakazu prohibicji. Na znak protestu wesołkowie przemierzają kraj z wielką beczką rumu i ogromnym kawałem sera, urządzając obok zamkniętych gospód szalone biesiady. Książka Chestertona to sprzeciw wobec postoświeceniowych „racjonalistycznych” trendów, które całe bogactwo ludzkiego doświadczenia chciałyby pozamykać w sztywnych ramach procedur i kodeksów.

Moja książka! Jest! Już zamierzałam przejść do procedury kupowania, gdy nagle mój wzrok przykuły dwie małe linijki: Seria: Powieści z krzyżykiem. Wydawnictwo: Fronda.

No i teraz już nie kupię. Pożyczę z biblioteki, poszukam na pchlim targu, przepiszę na maszynie, ale tego wydania nie kupię. Wiem, literatura to dobro wspólne, ale Chesterton wpisany w formułę, cytuję:

Od debiutu w 1994 roku aż po dzień dzisiejszy wydawnictwo Fronda wydaje awangardowy kwartalnik oraz nietuzinkowe książki w trzech głównych kategoriach: publicystyka konserwatywno-prawicowa, książki historyczne odkłamujące historię Polski i świata, literatura katolicka podawana w nowatorskiej formie. Czytelnicy doceniają publikacje wydawnictwa Fronda za niezaprzeczalną wartość merytoryczną oraz wyrazistość. Nie byłoby to możliwe bez znakomitych autorów, takich jak: Gilbert Keith Chesterton, Szymon Nowak, Sławomir Cenckiewicz, Tadeusz Płużański, Dorota Kania, Jerzy Targalski, Maciej Marosz, Piotr Gontarczyk.

to uzurpacja. Bezpodstawne zawłaszczenie. Jakbym usłyszała czyjś szyderczy śmiech. Bo to była „nasza” książka.

PS KK: Nie wspomniałam o okładce, ale to dlatego, że brak mi słów.

Islam ante portas

PS EMS: Czytam Latającą gospodę (w naszym wydaniu! w naszym, a nie tej wstrętnej Frondy), bo to książka o tym, jak dwóch mężczyzn i kobieta przeciwstawili się całemu państwu (inna wersja Kohlhaasa, który w Niemczech był tak tragiczną postacią, a w Anglii jest dowcipny i surrealistyczny), a ja lubię opowieści o tym, że warto się przeciwstawiać.

Ale czytam też dlatego, a może przede wszystkim, bo wszyscy teraz czytają Uległość Michela Houellebecqa. A ja nie, nie czytałam, nie chce mi się, wystarczy mi, że wiem, iż jest to, jak pisze Wikipedia, fikcyjna opowieść z 2022 roku, gdy prezydentem Francji zostaje muzułmanin, który zamienia Francję w kraj wyznaniowy. Bo to jest właśnie taka sama historia, w Latającej gospodzie cichcem, za plecami społeczeństwa zislamizowano Anglię, o czym cytowany przez moją Siostrę tekścik wydawnictwa Fronda w ogóle nie wspomina. Kawał sera i kufel piwa w pubie okazują się siłą sprawczą i falą nośną buntu społecznego. Wspaniała książka, poczytajcie sobie. Najlepiej poszukajcie tego wydania, które myśmy obie czytały jako młode panny i nie kupujcie wydania Frondy, bo – moja siostra ma racje! – to nasza książka, a Fronda to bezwstydna uzurpacja. 

Nota bene, przypominam, że kilka tygodni temu mahometanin został burmistrzem Londynu i że nie zanosi się przez to na islamizację Anglii. A Chesterton w Latającej gospodzie nie jest prorokiem i nie walczy z islamem, lecz występuje w obronie prawa człowieka do radości życia, a sprzeciwia się oszustwom politycznym i obłudnym fanatykom. Jakiejkolwiek religii.

Nota bene ta okładka Houellebecqa… ach… też szkoda słów…

List z Polski

Katarzyna Krenz

Normalne życie i złe sny. Impresje grottgerowskie

Czarna sukienka

Nasz pra-pra-dziad stracił majątek za udział w powstaniu styczniowym. Nasi dziadkowie i rodzice przeszli przez traumę wojny, a my do dziś nawet nie wiemy, co wtedy robili i jak wielką cenę musieli za to zapłacić, bo na wszelki wypadek milczeli. Nie, nie ze wstydu, bo wstydzić się nie mieli czego, przeciwnie, „sprawili się dzielnie”, jak powiedziałby mistrz Sienkiewicz. Oni nie opowiadali nam o „swojej” wojnie z obawy o nasze bezpieczeństwo.

Milczenie dziadków i rodziców nie ustrzegło nas jednak przed tym, co miało dopiero przyjść. Polityczne macki kilku -izmów położyły się długim cieniem na kolejnych pokoleniach, ucząc nowego milczenia, zabraniając studiów i pracy w szerokim świecie, zmuszając do parad, czynów społecznych i wykonów w imię obozowej przyjaźni. Karząc tych, którzy myśleli inaczej. Po czasach wojny i barykad, przyszedł czas zakazów i nakazów. Cenzura, odcięcie od świata i autentyczna bieda: kartki na mięso i ślubne obrączki, zapisy na mieszkania i szarość egzystencji. Poświęcenie dla dobra ogółu. I jeszcze: musisz zrozumieć, są ważniejsze sprawy niż ty i twoje osobiste szczęście.

Orzeł w koronie

Siłą młodości każdego pokolenia jest wiara w lepszą przyszłość. Nasze pokolenie nie odbiegało od tej normy: my jeszcze nie, my już nie, ale nasze dzieci będa mogły zejść z barykad i żyć normalnie. Co to znaczy żyć normalnie? Lista możliwości, jakie otwierają się przed młodym człowiekiem w wolnym demokratycznym państwie jest długa, powiedzmy zatem krótko: dwadzieścia sześć lat temu Wielka Zmiana dała nam i naszym dzieciom, między innymi, prawo decydowania o sobie samych. I choć nie bardzo jeszcze wiedzieliśmy, co mamy począć z tym ptakiem wolności, nagle wypuszczonym z ponurej klatki komunizmu, radość odczuliśmy wielką i piękną. To było jak powrót do domu. Nareszcie nie wolność „od”, tylko wolność „do”. Kto wie, myśleliśmy, może w końcu, po rozbiorach, powstaniach, wojnach i przewrotach przyszedł czas na spełnienie własnych marzeń, realizację swoich talentów, poznanie smaku lepszego życia? Może jeszcze zdążymy?

Tak się stało – dzięki Solidarności i Lechowi Wałęsie, i dzięki rodzinie Lecha Wałęsy, która zaznała wszystkiego, tylko nie spokoju. To dzięki nim nasze dzieci nareszcie mogły się zająć swoim życiem, a my z dumą mogliśmy patrzeć, jak sobie dzielnie radzą w wolnym świecie, do którego myśmy nie mieli dostępu.

W wolnym świecie prawa i obowiązki obywatelskie, a więc uczestnictwo w życiu społecznym i politycznym, to wyższy poziom, na który wchodzimy dobrowolnie, z poczucia troski o wspólne dobro. Mamy budować, a nie niszczyć. To już nie barykady, tylko prawo do głosowania, chęć wyrażania opinii o tym, jak ma wyglądać moje miasto i program nauczania w szkole naszych wnuków. I w jaki sposób można pomóc innym, dotkniętym kataklizmem, głodem lub wojną – ludziom w potrzebie.

Krajobraz po bitwie

Ileż to razy słyszeliśmy: „Polacy potrafią tylko walczyć i ginąć za Ojczyznę, trzeba pokoleń, żeby nauczyli się żyć i pracować w pokoju”. Nie mówcie więc, że inteligencja przegrała, że ludzie nie poszli do wyborów, ponieważ nic ich nie obchodzi, bo to nieprawda. Dobrobyt państwa buduje się z małych cegiełek indywidualnego dobrobytu i szczęścia jego obywateli. Nasze dzieci były zajęte normalnym życiem, co jest trudnym zadaniem dla kogoś, kto nie ma wzorców wyniesionych z przeszłości. Do czego potrzeba nie tylko sił i odwagi, ale również czasu i – spokoju. Pokoju!

I znów… Okazuje się, że był to krótki epizod. Łyk świeżego powietrza, i koniec. Powracają stare wzorce walki, i to w najgorszym wydaniu: wojny domowej podsycanej nienawiścią i pomówieniem. Oto kolejne pokolenie musi porzucić swoje domy i wrócić na barykady, opowiedzieć się po jednej ze stron, określić, kto wróg, a kto przyjaciel. Zapomnieć o studiach, pracy, rodzinie, a zająć się Ojczyzną w potrzebie. I tak nasze dzieci znów nie zdążyły się dowiedzieć, jak miało wyglądać normalne życie.

Ilustracja: Artur Grottger, Już tylko nędza, z cyklu: Wojna (1866-1867)