Właściwie to miał być dzisiaj jeszcze jeden list z Wiednia, ale w tym celu poczta miała również dostarczyć kartkę. I nie dostarczyła. Wiadomo. Poczta nie dostarcza, kolej nie przyjeżdża, firma remontująca nie remontuje… W każdym razie zamiast tego dziś tylko zdjęcia, ale skoro tylko zdjęcia, to my też byliśmy w Wiedniu, dlatego rodzaj męskoosobowy, a nie tylko żeński.
A small Canadian town has become the first in the country to officially recognise trees as living beings with rights of their own, acknowledging their vital role in protecting biodiversity, improving air quality, reducing extreme heat and helping communities adapt to climate change.
Byłam w Poznaniu. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Urodziłam się w tym mieście, tam dorastałam, tam przeżyłam swoje najpiękniejsze, bo młode lata.
Na Junikowie w Poznaniu mam już miejsce w grobie rodzinnym, choć o tym, czy będzie to ostatecznie moje miejsce, zadecyduje i tak rodzina. Mnie natomiast w zaświaty jeszcze się nie spieszy.
Berlin, w którym mieszkam od wielu lat i znacznie dłużej, niż mieszkałam w Poznaniu – jest dziś moim miastem. Jestem tu trochę z przypadku a teraz już z przyzwyczajenia, ze względu na rodzinę, na skromną emeryturę, na zasiedzenie i kilka innych powodów, które pewnie też by się znalazły. Na pewno jednak nie ze względu na sentymenty, korzenie czy groby przodków, bo te są gdzie indziej.
Zehdenick liegt auf dem Weg von Berlin nach Warthe; über das Dorf habe ich hier im Blog immer wieder geschrieben. Zehdenick ist ein kleines Städtchen, viel kleiner als Templin und weniger lebhaft, weniger lebendig. Selten trifft man auf den Straßen die Einwohner. Ich erinnere mich, wie wir vor Jahren noch ein Café auf dem Marktplatz gesucht haben, vergeblich. Jetzt lese ich, dass es sich um das am weitesten ausgedehnte Städtchen in der Region handelt, denn es umfasst auch die umliegenden Dörfer,-Ortsteile in großer Zahl: Badingen mit einer Schlossruine, Bergsdorf, Burgwall, Kappe, Klein-Mutz mit einem Bismarckturm, Krewlin mit einer schönen Fachwerkkirche von 1690 (echt alt), Mildenberg mit dem Ziegeleipark, Ribbeck, Vogelsang – das wir immer auf dem Weg nach Warthe durchqueren – Wesendorf, Zabelsdorf. Es gibt insgesamt dreizehn Ortsteile. Das ist schon ein riesiges Gebiet, ich würde das Gebiet Zehdenicker Land nennen, so wie die Großgemeinde Boitzenburger Land, zu der auch Warthe gehört. Der Name Zehdenick hat mich neugierig gemacht, jetzt lese ich, dass es sich tatsächlich um ein slawisches Wort handelt; Cydzynek oder Sadniki hieß die Siedlung im Mittelalter; sie wurde bereits 1216 erwähnt. Ein Städtchen mit einer langen Geschichte also.
Neptun mnie rozczarował. Zapamiętałam go jako znacznie większego. Oczywiście wtedy byłam dzieckiem, więc proporcje wyglądały inaczej. Dziś ginie trochę w cieniu wyższych kamienic, kościołów, ratusza i wszystkiego, co wokół się dzieje. A przecież to Neptun, król mórz, wiekowy strażnik Dworu Artusa, któremu udało się uniknąć przetopienia na armaty. A że król bywa nagi, stąd pewnie często ginął jego listek figowy, czyli płetwa konia morskiego, która listek udaje.
Do Gdańska pojechałam nieprzygotowana, nie odświeżając sobie wiedzy o mieście, nie pytając o nic adminki – Gdańszczanki, nie czytając przewodników. Chciałam, żeby miasto samo mnie prowadziło. Po części się udało, po części błądziłam.
Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale na pewno ze 30 lat temu pojechałam z moim kilkunastoletnim (a może 20-letnim) synem do Nepalu i Indii. Byliśmy też na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim. W Nepalu bardzo mi się podobało, podobały mi się wspaniałe góry, godni ludzie i cudowne niebo gwiaździste nade mną. Również Wyspy były wspaniałe – piękne plaże, uprzejmi ludzie, smaczne jedzenie, cisza, spokój. Ale Indie to było paskudne doświadczenie, może najpaskudniejsze w życiu. Byliśmy latem, czyli w porze monsunów. Było potwornie gorąco. Jasne, powiecie, że przecież wiedziałam, dokąd jadę, ale nigdy przedtem nie byłam latem w tropikach i tak naprawdę, nie wiedziałam, dokąd jadę i jak tam będzie. Sztuka i architektura mnie nie zachwyciły, jedzenie było za ostre, wszędzie było przeraźliwie brudno, a ludzie byli potwornie nachalni i zarazem uniżeni w stosunku do białych turystów, a w stosunku do rodaków zachłanni, agresywni i egoistyczni. Miałam wrażenie, że źle traktują każdego, kto stał niżej niż oni, mimo że ci, z którymi my, turyści mieliśmy do czynienia, z reguły sami wcale nie stali jakoś specjalnie wysoko. Przypisywałam to systemowi kastowemu, który wprawdzie oficjalnie nie obowiązywał, ale w rzeczywistości był mocno odczuwalny. Widziałam w tym też przejaw wiary w karmiczne przeznaczenie. To, co my, Europejczycy od ponad stu lat widzieliśmy w Indiach, to była wiara w czystą filozofię karmiczną. Czystą. Uprawiało ją zapewne w Indiach parę milionów osób, których jednak nie spotkałam. Reszta stosowała myśl o karmie pragmatycznie, jako “prawo alibo powód”, jak pisał Sienkiewicz w Krzyżakach, do gardzenia każdym, biednym, brudnym, słabym, chorym, nieszczęśliwym. No i oczywiście kobietą. Każdy był sam sobie winny – w poprzednim życiu musiał być złym człowiekiem, jeśli dziś żyje w nędzy. Nasz los to kara za dawne grzechy. Bez łaski i bez wybaczenia. Do dziś jak myślę o Indiach, to ciarki mnie przechodzą.
Wiem, zapewne jestem niesprawiedliwa.
Wiem, wszystko się mogło zmienić.
Wiem, na pewno są też Indie piękne i szlachetne.
Wiem… Ale ja pamiętam biednych ludzi, wycieczki białych turystów do slumsów, walenie po głowie konkurenta, który też chciał nosić nasze bagaże, ulice pełne wycieńczonych krów, słonie…
Słonie były chyba w Jaipur. Zabrany z Berlina przewodnik sugerował przejażdżkę na słoniach, znaleźliśmy więc miejsce, gdzie organizowano takie przejażdżki. Słoń był łagodny i strasznie brudny. Laskar usadził nas na jakichś brudnych kocach na grzbiecie zwierzęcia, sam usiadł mu na karku i ruszyliśmy. Mężczyzna nie stosował żadnej innej metody powodowania zwierzęciem, jak walenie go kijem i wrzask. Było to tak okropne, że zaczęłam wołać, iż ma się zatrzymać, bo chcę zsiąść. Laskar zresztą nie chciał się zatrzymać. Wykrzykiwał, że nie zwróci mi pieniędzy. Ale ja nie chciałam żadnych pieniędzy, chciałam tylko natychmiast zsiąść. Jak tylko słoń się zatrzymał, zsunęłam się z grzbietu zwierzęcia, nie czekając na pomoc laskara i nie zastanawiając się nad tym, co naprawdę robię i czym to grozi. Bo słoń to wysokie zwierzę, a nieumiejętne zejście mogło sprawić, że dostałabym mu się pod nogi. Mógł mnie pewnie zdeptać, ale w ogóle o tym nie myślałam. Po prostu natychmiast musiałam przerwać to straszne doświadczenie. Przy schodzeniu nadwyrężyłam sobie prawe ramię, które do dziś potrafi boleć, jak pada deszcz, albo jak się przemęczę. Taka pamiątka z Indii.
***
Teraz Instagram przysłał mi informację:
Indonezja zakazuje jazd na słoniu. Myślę, że musi to być trend, bo z kolei Portugalia organizuje przestrzeń, gdzie słonie uwolnione od przekleństwa służenia ludziom, będą mogły żyć i jak byczek Fernando “hasać całą bandą”.
Orienteering, po polsku – Bieg na Orientację – KLIK (polska wersja strony jest bardzo uboga). Zainteresowałem się tym sportem 35 lat temu, właśnie wtedy ogarnęła mnie pasja biegania maratonów narciarskich i potrzebowałem jakiegoś równoważnika na okres letni. Bieganie wokół boisk czy na wyznaczonych ścieżkach wydawało mi się zbyt jednostajne, co innego szukanie punktów kontrolnych w nieznanym terenie. W skrócie wygląda to tak… Uczestnik otrzymuje mapę, na której zaznaczone są punkty, do których musi dotrzeć…