Zaczął się chiński Rok Królika, czyli Kota

Wojtek Korsak

podsunął nam trochę koloru niebieskiego i KOTA. Wszystkiego najlepszego!

“Niebieskie miasto” Chefchaouen – położone w górach Rifu i, ponieważ właśnie kilka dni temu zaczął się chiński Rok Królika, czyli Kota, masa najlepszych niebieskich życzeń dla wszystkich kotów, arabskich, japońskich, chińskich i niechińskich.

Frauenblick: Irgendeinen Zug nehmen

Monika Wrzosek-Müller

Wsiąść do pociągu byle jakiego
Nie dbać o bagaż
Nie dbać o bilet
Ściskając w ręku kamyk zielony
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle…

[Irgendeinen Zug nehmen, sich nicht ums Gepäck kümmern und nicht um eine Fahrkarte
In der Hand ein grünes Steinchen haltend, schauen wie alles zurückbleibt]

Als ich noch in Warschau Ende der siebziger Jahre dieses Lied von Maryla Rodowicz hörte, war mir eher der erste Satz des Reifrains wichtig, mit den Jahren gewinnt eher der letzte an Bedeutung. Gerade habe ich erfahren, dass die Verfasserin des Liedtexts, Magdalena Czaplińska einen Prozess gegen die Polnische Bahn (PKP) gewonnen hat. Die Bahn hat auf Plakaten mit dem Text geworben, ohne sich um die Rechte daran zu kümmern.

Continue reading “Frauenblick: Irgendeinen Zug nehmen”

Wystawa tysiąclecia (reblog)

Johannes Vermeer van Delft (1632 – 1675), malarz holenderski. Girl with a Pearl Earring, 1665 / Dziewczyna z perłą. Niestety będzie ją można obejrzeć na wystawie tylko d0 30 marca, potem powróci na swoje miejsca, czyli do muzeum Mauritjus Haus w Hadze. Dziękuję komentatorce Joannie za znalezienie tej wiadomości, o której w wiadomościach na temat wystawy niechętnie się wspomina, albo wręcz przedstawia jako sukces, np. tu: https://europeartpress.eu/2023-vermeer-amsterdam

Reblog

Holendrzy biją rekord. O tej wystawie w Amsterdamie będzie mówił świat

Władze Rijksmuseum, najważniejszego muzeum w Amsterdamie, zapowiedziały największą w historii wystawę dzieł Johannesa Vermeera. Teraz podbiły stawkę – do Rijksmuseum z całego świata ściągnięte zostaną niemal wszystkie zachowane prace artysty.

Rijksmuseum w lutym 2023 roku otworzy wystawę Johannesa Vermeera – największą ekspozycję w historii słynnego muzeum w Amsterdamie i jednocześnie największą wystawę prac Vermeera w historii. Zwiedzający będą mogli obejrzeć wszystkie obrazy malarza, które można przywieźć do Amsterdamu, bo ich stan pozwala na transport. Dzieła powrócą później do macierzystych muzeów rozsianych po całym świecie.

Częściowo zapomniany przez niemal dwa stulecia od swej śmierci Vermeer został odkryty na nowo w drugiej połowie XIX wieku. Podczas gdy dziś przypisuje mu się około 35 obrazów i najprawdopodobniej jest to niemal cały jego dorobek artystyczny, amsterdamska placówka zaprezentuje co najmniej 28 prac malarza.

W jednym miejscu będzie można zobaczyć wszystkie najważniejsze dzieła Vermeera. Wśród nich znajdą się między innymi „Dziewczyna z perłą”, na co dzień znajdująca się w Mauritshuis w Hadze, czy „Ważąca perły”, która do Amsterdamu przyjedzie z The National Gallery of Art w Waszyngtonie. Do muzeum trafią także dzieła, które po raz pierwszy zostaną wystawione na widok publiczny – między innymi „Dziewczyna czytająca list”, w której niedawno odsłonięto duży, zamalowany dotychczas fragment.

– Na świecie istnieje około 35 znanych obrazów Vermeera. Oznacza to, że w retrospektywie Rijksmuseum zabraknie tylko około siedmiu dostępnych na świecie prac artysty – powiedział rzecznik Rijksmuseum.

Dotąd największą wystawą retrospektywną Vermeera była ta, którą zorganizowano w 1996 roku w muzeum narodowym Mauritshuis, znajdującym się w Hadze. Wówczas pokazano 23 dzieła malarza. – Obejrzenie wszystkich prac pod jednym dachem będzie przeżyciem, którego nie doświadczył nigdy nawet sam Vermeer – podkreśla dyrektor Rijksmuseum, Taco Dibbits.

Pomysł na organizację wystawy zrodził się, gdy kuratorzy Rijksmuseum zdali sobie sprawę, że prawdopodobnie będą mieli możliwość wypożyczenia trzech prac artysty z Frick Collection – muzeum sztuki mieszczącego się na Manhattanie w Nowym Jorku. To sytuacja niezwykle rzadka. Zazwyczaj nie jest to możliwe, ale ku radości władz Rijksmuseum, w galerii będzie prowadzony remont, który sprawi, że znajdujące się w niej prace i tak będą musiały zostać przetransportowane w inne miejsce. 

Dziełem, które nie pojawi się podczas retrospektywy w Amsterdamie jest między innymi „Lekcja muzyki”, znajdująca się w kolekcji królewskiej w pałacu Buckingham w Londynie. Powodem jest to, że obraz jest zbyt delikatny, by można było go transportować. Nie zostanie pokazana również “Śpiąca pokojówka” z Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. W tym przypadku obraz nie może zostać przewieziony do Amsterdamu, ze względu na zawiłe warunki wypożyczania dzieła.

Wiele z obrazów, które zostaną pokazane w Rijksmuseum, przed wydaniem decyzji o pokazaniu ich publicznie, zostało poddanych badaniom naukowym. Sprawdzono w ten sposób, czy dzieła na pewno będą bezpieczne w transporcie.

***

Czytam i już się cieszę. Oczywiście pojadę, tak jak pojechałam niemal trzydzieści lat temu do Hagi, na tę poprzednią wielką ekspozycję dzieł Vermeera. Już sobie zarezerwowałam sobie bilety.

To była wielka sprawa, bo przedtem przez wiele lat układałam wszystkie podróże tak, żeby obejrzeć Vermeera (jakiegoś Vermeera), a tu nagle wszystko było w jednym miejscu. Nawet obraz od królowej były, o którym teraz się mówi, że jest zbyt delikatny i nie przyjedzie, a wtedy był. Pamiętam, że jak robiłam listę obrazów, które jeszcze muszę zobaczyć, obraz u królowej pomijałam, bo wydawało się, że nigdy go nie obejrzę. A jednak. Wytrwałość czyni cuda.

Więc tak, zapewne ta nowa wystawa będzie jeszcze lepsza od tamtej. Ale tamta miała obrazy, których ta mieć nie będzie. Pewnie król Karol się uparł. Wystawę w Hadze zapowiadano jako wystawę stulecia. Układano o niej wiersze. Tracy Chapman napisała powieść o Dziewczynie z perłą (1999), a Peter Webber nakręcił wg niej film (2003). To ugruntowało pozycję Johannesa Vermeera van Delft jako ikony popkultury. Już wtedy było bardzo dużo ludzi, teraz będzie masowy spęd.

Poszukałam na półce katalogu tamtej wystawy. W środku znalazłam jeszcze jakieś reprodukcje i gazetę z artykułem. Takie łupy:


A tu jeszcze ciekawostka pojawiająca się ostatnio od czasu do czasu na tym blogu – Konrad zapytał program DALL-E (sztuczna inteligencja produkująca obrazy na zawołanie), jak wyglądałby Don Kichot namalowany przez Vermeera van Delft. Program naprawdę dużo wie, wie na przykład, że u Vermeera często na ścianie są obrazy i prawie zawsze również okno. Imponujące.

Wait…

Maria Nova (Nova You)

Kultur Tandem

opsoSrtden0m14h9lt587if1f4809i3769095lh4ltgmiul1mccag4i30285  · 

25.11.2022 @ @karlstorbahnhof

W.

𝙬𝙖𝙞𝙩𝙚𝙧 : 𝙬𝙖𝙞𝙩𝙧𝙚𝙨𝙨

𝙖𝙧𝙘𝙝𝙚𝙤𝙡𝙤𝙜𝙮 & 𝙘𝙝𝙤𝙧𝙚𝙤𝙜𝙧𝙖𝙥𝙝𝙮 𝙤𝙛 𝙬𝙖𝙞𝙩𝙞𝙣𝙜.

𝙏𝙝𝙚 𝙊𝙘𝙚𝙖𝙣 𝙋𝙞𝙚𝙘𝙚

𝘞. 𝘭𝘪𝘬𝘦 𝘸𝘢𝘪𝘵𝘪𝘯𝘨

𝘞. 𝘭𝘪𝘬𝘦 𝘸𝘢𝘳

𝘞. 𝘭𝘪𝘬𝘦 𝘸𝘢𝘵𝘦𝘳

𝘞. 𝘭𝘪𝘬𝘦 𝘸𝘢𝘷𝘦

𝘞. 𝘭𝘪𝘬𝘦 𝘸𝘢𝘭𝘬𝘪𝘯𝘨


Eine 𝖠𝖻𝗁𝖺𝗇𝖽𝗅𝗎𝗇𝗀 𝗎̈𝖻𝖾𝗋 𝖡𝖾𝗐𝖾𝗀𝗎𝗇𝗀𝖾𝗇, 𝖶𝖺𝖼𝗄𝖾𝗅𝗇, 𝖯𝗎𝗅𝗌𝗂𝖾𝗋𝖾𝗇 𝗎𝗇𝖽 𝗌𝖼𝗁𝗅𝗂𝖾ß𝗅𝗂𝖼𝗁 𝗎̈𝖻𝖾𝗋 𝖽𝗂𝖾 𝖢𝗁𝗈𝗋𝖾𝗈𝗀𝗋𝖺𝗉𝗁𝗂𝖾 𝗌𝖾𝗅𝖻𝗌𝗍, 𝗎̈𝖻𝖾𝗋 𝖽𝗂𝖾 𝗌𝗂𝖼𝗁 𝖸𝖮̄𝖴 𝗂𝗁𝗋𝖾 𝖾𝗋𝗌𝗍𝖾𝗇 𝖦𝖾𝖽𝖺𝗇𝗄𝖾𝗇 𝗆𝖺𝖼𝗁𝗍:

“𝙂𝙚𝙝𝙚𝙣𝙙 𝙞𝙘𝙝 𝙛𝙪̈𝙡𝙡𝙚 𝙙𝙞𝙚 𝘼𝙗𝙬𝙚𝙨𝙚𝙣𝙝𝙚𝙞𝙩 𝙫𝙤𝙣 𝘽𝙚𝙬𝙚𝙜𝙪𝙣𝙜 𝙞𝙢 𝙍𝙖𝙪𝙢”.

A 𝗍𝗋𝖾𝖺𝗍𝗂𝗌𝖾 𝗈𝗇 𝗆𝗈𝗏𝖾𝗆𝖾𝗇𝗍𝗌, 𝗐𝗂𝗀𝗀𝗅𝖾𝗌, 𝗉𝗎𝗅𝗌𝖾𝗌, 𝖺𝗇𝖽 𝖿𝗂𝗇𝖺𝗅𝗅𝗒 𝗈𝗇 𝗍𝗁𝖾 𝖼𝗁𝗈𝗋𝖾𝗈𝗀𝗋𝖺𝗉𝗁𝗒 𝗂𝗍𝗌𝖾𝗅𝖿, 𝗈𝗇 𝗐𝗁𝗂𝖼𝗁 Maria Nova/𝖸𝖮̄𝖴 優 𝗂𝗌 𝗆𝖺𝗄𝗂𝗇𝗀 𝗁/𝖾𝗋 𝗍𝗁𝗈𝗎𝗀𝗁𝗍𝗌:

“𝙬𝙖𝙡𝙠𝙞𝙣𝙜, 𝙄 𝙖𝙢 𝙛𝙞𝙡𝙡𝙞𝙣𝙜 𝙩𝙝𝙚 𝙖𝙗𝙨𝙚𝙣𝙘𝙚 𝙤𝙛 𝙢𝙤𝙫𝙚𝙢𝙚𝙣𝙩 𝙞𝙣 𝙨𝙥𝙖𝙘𝙚”.


Ein Projekt von KulturTandem in Kooperation mit Karlstorbahnhof.

Gefördert von @basf_tor4

Tickets: https://karlstorbahnhof.reservix.de/p/reservix/event/1973325

Gubałówka

Ela Kargol

Gubałówka, góra gór, góra kiczu, antysymbol Zakopanego, a może właśnie symbol? Wakacyjne wspomnienia

Góra gór może obrzydzić każdemu Tatry. Jeśli ktoś nie widział nic poza Gubałówką, a z Gubałówki na pewno nic nie zobaczył – bo nie ma jak – to nie będzie chciał tu wracać. Nie pokocha Tatr, jak ja je pokochałam, szwendając się po szlakach i poza nimi, po schroniskach, śpiąc na podłogach i w szałasach, z czasem szukając już wygodniejszych noclegów, po to, by wypoczęta wyruszyć na kolejne łazęgi, wędrówki, spacery. To nie były nigdy wyrypy, nie było zaliczania, zdobywania. Atmosfera Zakopanego i Tatr zawładnęła mną całkowicie.

Pępek Świata.

Witkacy i Tadziu Ferenc, Chałubiński i chłopaki z TOPRu, Rafał Malczewski i Kielo macie godzin, ojciec Leonard z Wiktorówek i babka z Rusinowej, Szymanowski i Tejka z Roztoki, w stronę Pysznej i w stronę Białej Wody, a przede wszystkim w stronę Roztoki.

Schronisko w Dolinie Roztoki stało się dla mnie na wiele lat domem, schronem, wszystkim, radością, miłością do ludzi i gór, do ludzi gór i gór, do Tatr, przede wszystkim do Tatr Wysokich, no bo o tych Zachodnich mówiło się z pogardą Kapuściane góry.

W tym roku po dwuletniej lub dłuższej przerwie siedzenia w domu wybrałam się znowu do Zakopanego, tym razem tylko na Gubałówkę. Nie pierwszy raz i chyba nie ostatni, choć miesiąc temu przysięgałam, że nigdy więcej.

Czas goi rany i łagodzi wspomnienia.

Latem pojechaliśmy do Lachowic. Lachowice to rozległa, malownicza wioska wśród wzgórz, gór i pagórków w paśmie Beskidu Makowskiego, gdzie rzadko zatrzymuje się już pociąg, choć to odcinek kolei transwersalnej, wioska, gdzie krzyże na cmentarzu parafialnym przy ponad dwustuletnim drewnianym kościele otoczonym sobotami, pamiętają czasy zaborów austriackich, gdzie prawie co sto metrów przydrożna kapliczka wita wędrowca… Lachowice, to miejsce, do którego wracam nie tylko latem. Latem, tak jak w piosence: pachnie miętą, jest koloru malin i zielonych lasów. Tu wcale diabeł nie mówi dobranoc, tu świerszcze nie pozwalają spać.

I kiedyś po takiej nieprzespanej nocy wybraliśmy się do Zakopanego, na Gubałówkę. Z Lachowic dwie godziny pociągiem. Wycieczka, przed którą się wzbraniałam, bo sierpień, bo tłok, bo dworzec kolejowy w przebudowie i słynna kolej, której początki sięgają końca XIX wieku, nie dojeżdża nawet Zakopanego, tylko do nieznanej nikomu Spyrkówki. Czasów Luxtorpedy już nikt nie pamięta.

Gaździna z Roztoki mnie ostrzegała, odradzała, wręcz wypraszała. I miała rację. Ale my pojechaliśmy. Całe szczęście, wiedzieliśmy, jadąc pociagiem, że nie dojedziemy do Zakopanego, tylko do tej wspomnianej już Spyrkówki. Przyznać trzeba, że taksiarze, ubery i nni przewoźnicy stanęli na wysokości zadania, a tak naprawdę stanęli przed prowizorycznym dworcem i kto się zorientował, ten od razu wsiadał, tak jak my i od razu jechał. Miły kierowca rodem ze środkowej Polski chciał nas wywieźć na samą Gubałówkę, ale wybraliśmy kolejkę, nie przejmując się ogólnie znaną śpiewką,

Kasprowy, Kasprowy,
wolę Pięci Stawy,
pier..lę kolejkę
przeciem nie kulawy.

Wjechaliśmy tłumnie i w ścisku na górę. Tłum wypchnął nas z kolejki. Dzieci stwierdziły, że są głodne. Zaczęło padać. Wszyscy ruszyli do baru Gubałówka, a może to restauracja była? Dania barowe. Pokrzepieni colą, kotletem i burgerem ruszyliśmy szczytem Gubałówki przed siebie. Minęliśmy smutne kucyki, duży koń właśnie robił kupę. Wszyscy zachwyceni spoglądali na woźnicę, który nie przerywając jazdy wozem, zbierał nawóz od razu do worka. Potem była wata cukrowa i kręcone lody i obowiązkowe zdjęcie z psem i owieczką. W tym miejscu rzeczywiście można było dostrzec Giewont, bo inne miejsca widokowe pozastawiane są budami. Piękne widoki rozpościerały się na fartuszkach ustawionych rzędem i przeznaczonych dla super cioć, córek, szwagierek… Ogólnopolski wzór ludowy, który rozpanoszył się kilkanaście lat temu po całej Polsce od morza do Tatr był bardzo silnie reprezentowany na wszystkim, co miało udawać ludowość.

Wnuczce kupiłam perukę, wnukowi po długim marudzeniu – nóż. Nie żadną finkę ani scyzoryk, tylko jakąś imitację samurajskiego noża. Córka kupiła sobie kolczyki, kuzynka pluszaka i tak co kawałek coś. Ja wypiłam kilka cappucino. Przy kościółku, w zasadzie samowolce budowlanej gazdów Bachledów, zastała nas burza. Kościółek zamknięty, schowaliśmy się w maleńkiej krypcie na tyłach świątyni, miejscu spoczynku fundatorów kaplicy. Grobowa cisza, wreszcie, gdyby nie pioruny.

Po burzy przyszło słońce i wszyscy znowu ruszyli na szlak. Zatrzymaliśmy się przy grze w pieniądze. Niestety kilka prób przebiegło bez sukcesu, chyba, że sukcesem nazwać można było pozbycie się bilonu. Potem były sztuczne ścianki wspinaczkowe, gofry wegańskie, chińskie (nie jestem pewna) ciupagi, kino 5 D, a może nawet 7 D max, świat wirtualny z ofertą przeróżnych gier, manekiny ubrane, przebrane w ludowe stroje, znowu burza, znowu lody, kubki z napisem Pozdrowienia z Tatr, meksykańskie kierpce i góralskie kapelusze.

Gubałówka nie jest wysoką górą. 1123 m n.p.m, leży w Pasmie Gubałowskim, nazwa pochodzi od polany o tej samej nazwie, a ta z kolei od właścicieli polany gazdów Gubałów. Nie wiem, ilu Gubałów zamieszkuje jeszcze Gubałówkę, ale wszystkim mieszkańcom bardzo współczuję, zwłaszcza w sezonie, choć może niesłusznie, bo właśnie w sezonie można najlepiej zarobić, sprzedając choć co byle komu. Nam – ceprom. Popyt nakręca podaż.

Pod Gubałowką to samo, albo jeszcze gorzej. Szczytem paskudztwa, żeby nie nazwać szczytowaniem, są otwieracze do butelek w kształcie członka. Gdy wysłałam zdjęcie z otwieraczami admince, przypomniała mi o świętym napletku, którego święto, obchodzone 1 stycznia, dość dawno już zniesiono.
– Jak wakacje?
– Super, byliśmy w górach, wpadliśmy nawet na trzy dni do Zakopanego
– O, Zakopane!!!?
– No wiesz jeden dzień Krupówki, drugi dzień w góry, a więc Morskie Oko, dzieciaki i tak nie doszły, pojechaliśmy wozem, w obie strony. Trzeci dzień Gubałówka, wiadomo na Gubałówkę trzeba było wjechać.

I tak niektórzy, a może większość pamięta Tatry.

Wróciliśmy do Lachowic, tu jeszcze nie dotarła globalna ludowość. Stąd wywodzą się prawdziwi ludowi twórcy koników i ptaszków. Takim był brat mojego dziadka, mój ojciec, który wnukom strugał fujarki, mój kuzyn, któremu ulegnie każde drewno. Warto zajrzeć do Stryszawy do Beskidzkiego Centrum Zabawki Drewnianej i w ciszy i spokoju wejść do ogrodu kolorowych koników, bryczek, ptaszków.

Niestety, nabyć można było tylko kilka wyrzeźbionych rajskich ptaszków. Reszta pojechała z właścicielami na jarmarki, targi, festiwale, może nawet do Zakopanego.

Wśród badziewia udającego ludowość, trudno byłoby je tam zauważyć.

9-Euro-Ticket. Szczecin po raz czwarty.

Ewa Maria Slaska

Tym razem tylko przelotne obserwacje.

***

Po drodze na dworzec widzę przy torach kolejki żółte tablice z napisem:

Wikipedia

Uwaga – niewidoczne oznakowanie/ sztuczne DNA pozwala zidentyfikować sprawcę i powoduje, że metali nie można sprzedać (stają się niesprzedawalne).

Zastanawiam się, czy to żart, w rodzaju tych, jakie robi czasem organizacja Zentrale für Politische Schönheit, ale Internet informuje mnie, że nie, że tak kolej niemiecka próbuje poradzić sobie ze złodziejami kabli na torowiskach.

Nowoczesność. OK. Ale czy złodzieje zrozumieją w ogóle to przesłanie? Ten język, te zastosowane metody są jak literatura wysokiej klasy, nie dla idiotów.

***

W Angermünde z powodu od-wiecznej naprawy torów mamy przesiadkę z pociągu na autobus. Pasażerowie całego pociągu muszą zmieścić się do jednego autobusu. Tłok. Zastanawiam się, czy gdyby taka sytuacja miała miejsce na granicy z Francją, to też by nam podstawiono tylko jeden autobus. W autobusie wygrywają silniejsi. Mężczyźni siedzą, kobiety i dzieci stoją lub siedzą na podłodze.

***

Dodatek z następnego dnia:

Ela Kargol, autorka tej foty, opatrzyła ją takim wyjaśnieniem: to zdjęcie to dobry komentarz do tego wpisu. Chodzi mi o ten szkic szybką kreską na tablicy informacyjnej o kolei szczecińskiej, cesarskiej, wytwornej, którą można było dojechac do Szczecina bez przesiadek, oczekiwań na połączenia, opóźnień…

***
Wracam. Pociąg przyjeżdża pół godziny spóźniony. Na peronie, na ławce obok mnie siedzi sztuczna kobieta jak z Innych pieśni Dukaja.

Włosy utlenione, brwi zrobione, grube sztuczne rzęsy, usta napompowane czymś, nie pamiętam czym się pompuje usta, botoksem?, złote ogromne kolczyki w kształcie Myszki Miki, tatuaż na całe ramię (mężczyzna z dziewczynką na tle tarczy zegara), paznokcie jak gwoździe na 9 cali, szpice, w czterech różnych kolorach, niektóre zdobione. Pierścionki, bransoletki, naszyjniki.

Ciało dziwnie niesztuczne, po prostu ubrane. Sandały, pomalowane na złoto paznokcie u nóg.

Mężczyzna na tatuażu rzuca cień krzyża

Oczywiście cyberkobieta ma kolczyki. Wszystko złote. Na niby. A może to złoto prawdziwe?

Oczywiście sztuczna opalenizna. A może prawdziwa?

***
Na peronie stoi czterech (nie, sześciu) młodych, mocno zbudowanych facetów w takich samych podkoszulkach i tego samego wzrostu. Wszyscy coś jedzą, miarowo, mocno ruszają szczękami.

W Pasewalku przesiadka. Nasz pociąg do Berlina odjechał. Następny za 1,5 godziny.

Na dworcu nie ma informacji, ani toalety, ani budki z jedzeniem, ani nawet automatu z czipsami lub wodą. Nie ma też automatu z pieniędzmi. Wszyscy ruszają za dworzec w poszukiwaniu czegoś do jedzenia i picia.

Znalazłam gdzieś wśród warsztatów i magazynów budkę z kebabami. Nie można płacić kartą, ale mam jakieś monety. Kupuję sobie frytki i wodę, na tyle mi starczyło.

Po drodze widzę chłopaków na jakiejś niekoszonej podmiejskiej łączce. Stoją w trawie po pas i wesoło, swobodnie sikają w różne strony świata.

Gdy już wszyscy wróciliśmy z łupami na dworzec, chłopaki siedzą na murku, na którym zaraz usiądziemy wszyscy, i całkiem ciekawie śpiewają. Ławki na peronie są metalowe i mocno oświetlone słońcem. Dlatego siedzimy na murku za wejściem do tunelu. Śmierdzi moczem.

Jeszcze godzina. Upał. Przed nami taki widok:

Przez godzinę patrzymy na szare śmierdzące płyty chodnikowe.

I cieszymy się, bo jest cień.


Frauenblick, Schwarzwald

Monika Wrzosek-Müller

Auf dem Weg zur besten Schwarzwälder Kirschtorte

Eine Woche Schwarzwald und fünf verschiedene Schwarzwälder Kirschtorten probiert. Das ging sehr schnell und einfach; die Torte gibt es im Schwarzwald natürlich in fast jeder Gaststätte und sogar auf den Berggipfeln mit wunderbaren Aussichten. Ob ich die beste gegessen habe, weiß ich nicht, aber eindeutig kann ich sagen, dass es viele Varianten gibt; nur der Look bleibt immer gleich. Sie verkörpern auch die Seele dieses Fleckchens Erde; innen Schwarz, wie die dunklen und weiten Wälder, und außen weiß, wie der früher hier reichlich vorhandene Schnee, angereichert mit Kirschwasser und Kirschen, die aus der Region kommen und die nicht nur geschmacklich den Ton angeben, sondern auch die Stimmung aufhellen. Überall schmeckten die unterschiedlich großen Portionen gut, bis sehr gut, manche reichten mir als Mittagessen aus. Auf jeden Fall ist das die beliebteste und bekannteste deutsche Torte, auch in ganz fernen Ländern, wie Japan, China, den USA, Neuseeland und Australien.

Wer sie letztendlich erfunden hat, darüber streiten sich immer noch die Geister, denn auch im Elsass existiert der Gateau Forêt Noir und er wird in Straßburg tüchtig gegessen. Doch es wird immer wieder eindeutig auf die Gebiete in Baden verwiesen. Ihre Verbreitung verdankt sie auch der Erfindung des Kühlschranks in den 1930er Jahren; da konnte man die Sahneschichten länger aufbewahren. Ich habe mir sagen lassen, dass sogar ein Schwarzwälder Kirschtorten-Festival alle zwei Jahre in Todtnauberg stattfindet, wo mit Musik und kulinarischen Spezialitäten die beste Torte gewählt wird.

Wir waren eher bescheiden und aßen die Torte, wo wir gerade gelandet waren; auf die zwei und drei Sterne-Restaurants in Baiersbronn, wie Schwarzstube, Bareiss, Taube, Schlossberg und Meierei im Waldknechtshof haben wir verzichtet. Doch schon die Anhäufung von den Sternerestaurants zeugt von der Qualität des Essens allgemein, und dem Spaß dort zu essen.

Die Landschaft lädt auch zum Genießen ein: die Hügel oft durchschnitten in Dreiecke, auf denen verschiedene Weinreben in unheimlich akkurat zugeschnittenen Reihen wachsen, daneben die Reihen von Spalierobstbäumen: Äpfel, Birnen, Pflaumen und auch Kirschen, alles kleingewachsen und wie am Schnürchen aufgereiht, um von Maschinen gesammelt werden zu können. Sogar die Schwarzen und Roten Johannisbeeren werden nach oben auf Drähten gezogen, damit sie maschinell geerntet werden können. Dazwischen liegen flache Felder mit Erdbeerpflanzen. Jedes kleinste Stückchen Erde wird genutzt. Das sieht sehr harmonisch, idyllisch und verträumt aus, ist aber nicht ganz so. Es brummt nur so von Fleiß und Anbau und Düngen und Ernten. Dazu kommen noch Walnüsse, die einfach fast wild wachsen, und die Esskastanien, die dann wirklich im Wald zu finden sind. Die Höfe sind auch riesig, meistens mit Anbauten, schön schwarzwälderisch mit Geranien und Fachwerk geschmückt, mit verschiedenen Fachwerkfiguren wie dem Andreaskreuz – der Mann, die Raute, die die älteren Häuser sehr schön schmücken und wirklich auch erhalten werden.

Jetzt habe ich viel über die Landschaft geschrieben, aber ich denke, sie gehört dazu, ohne sie gäbe es auch keine Schwarzwälder Kirschtorte.

Im Café Gmeiner, in Oberkirch, wo wir unser „Basislager“ hatten, gab es eine ganz feine, richtig konditormäßig verfeinerte Schwarzwälder Kirschtorte mit einer nicht obligatorischen Schicht von Mousse au Chocolat. Das Unternehmen Gmeiner besteht seit 1898 und liefert neben dieser Torte auch andere fantastische süße Leckerbissen, neben feinster Schokolade und Pralinen der höchsten Qualität; sie verfügen über 10 Filialen deutschlandweit und 11 in Japan. Auch die Art und Weise, wie alles serviert wird, entspricht den höchsten Ansprüchen, angefangen vom Porzellan, über die Servietten bis zur Bedienung. Man sitzt bequem auf der Hauptstraße, seit einigen Jahren verkehrsberuhigt, neben dem Löwenbrunnen und schlemmt.

Die nächste Portion der Torte mussten wir uns erarbeiten, d.h. auf die Schauenburg steigen, das Wahrzeichen Oberkirchs; sehr malerisch und romantisch. In der Burgwirtschaft gab es eine sehr traditionelle, aber auch sehr gute Kirschtorte. Man sitzt da mit dem Blick auf das tiefer gelegene Oberkirch und das Rheintal.

Eine sehr leckere, nach Omas Art gemachte Torte, einem sehr weichen und mit viel Kirschwasser durchtränkten Biskuit, richtig riesige Portionen, gab´s dann im Höhenhotel Kalikutt; für mich klang der Name nach Kalkutta, doch damit hat´s nichts am Hut. Es kommt nämlich von Karleq, einem Weiler in der kahlen Senke. Das Hotel liegt schon auf 503 m über Meereshöhe im Rechental und man steigt von da aus auf 872 m auf den Berg Mooskopf mit dem Moosturm, von dem man einen unheimlich weiten Blick bis zum Straßburger Münster hat.

Unser nächster Ausflug ging zur Klosterruine Allerheiligen, einem Prämonstratenserkloster aus dem 12. Jh. Der Weg führt sehr malerisch an den höchsten Wasserfällen im Schwarzwald nach oben. Der Lierbach stürzt hier ca. 90 Meter in die Tiefe; man beobachtet dieses Naturereignis auf einem schon im 19. Jh. angelegten Weg, der über unzählige Treppen und Brücken führt. Jetzt führte der Bach nicht so viel Wasser, trotzdem war es faszinierend und richtig wildromantisch nach oben zu steigen. Das Kloster wurde im spätgotischen Stil gebaut, wie fast alle Bauten in der Umgebung aus dem Buntsandstein. Die Anlage ist imponierend, dient auch als Tagungsstätte, und es gibt eine Gaststätte mit dem Angebot einer (zugegeben nicht probierten) Schwarzwälder Kirschtorte.

Fast ein Muss, ein Erinnerungsort des Schwarzwalds, ist der Mummelsee mit seiner Erlebniswelt. Der 18 Meter tiefe, dunkle, sagenumwobene See liegt an der Schwarzwaldhochstraße. Es gibt da ein Hotel, mehrere Gaststätten, diverse Läden mit Andenken aus dem Schwarzwald (Kuckucksuhr und Spirituosen, auch der klassische Bollenhut ist im Angebot). Um den See ranken sich verschiedene Sagen und Märchen und von da aus führt ein ca. 3 km. langer Aufstieg zur Hornisgrinde, dem höchsten Berg (1163 m) im Nordschwarzwald, über einen angelegten Weg, mit Erklärungen zu den Flechten und Moosen. Auf dem Gipfelplateau befinden sich zwei Türme der Hornisgrinde- und der Bismarckturm, den man besteigen kann und von dem man einen Rundblick über das Rheintal bis zu den Vogesen und über die bewaldeten Bergspitzen des Schwarzwalds hat. Die Grinde sind die baumlosen Feuchtheiden, die durch Rodungen schon im Mittelalter entstanden waren, doch das Hochmoor auf dem Gipfelplateau ist von Natur aus unbewaldet und nur mit Heidekraut bewachsen. Während des Krieges wurde das Plateau für militärische Zwecke genutzt sowohl von den Deutschen als auch, nach dem Krieg, von den Franzosen; man sieht wie sie die Segelflugzeuge starten ließen. In der Grinde-Hütte haben wir wieder einmal eine sehr gute traditionelle Schwarzwälder Kirschtorte verspeist.

Zum Schluss kommt noch doch das Rezept für eine (beste!) Schwarzwälder Kirschtorte.

Für Biskuit:

6 Eier Raumtemperatur
1 Prise Salz
180 G. Zucker
100 G. Mehl
1 Backpulver
50 G. Speisestärke
50 G. Kakao

Für die Füllung und die Deko:

Belegkirschen
Ein Glas Sauerkirschen (Schattenmorellen) (350 gr. Abtropfgewicht)
100 G. Zucker
1 Päckchen Vanillezucker
1/2 Stange Zimt (fakultativ)
800 G Schlagsahne (eiskalt)
8 Esslöffel Kirschwasser
30 G Bitterschokolade (Raspeln)

Biskuit:

26-28 cm Durchmesser Form

Mehl, Backpulver, Speisestärke, Kakao vermischen. Eier trennen, Eigelbe mit einer Prise Salz schlagen, dann Eiweiß steif schlagen, die Eigelbe nochmals mit dem Zucker schlagen (bis sie heller werden). Eiweiß unter Eigelb unterheben, dann vorsichtig das Gemisch dazugeben. Den Teig in die Form geben, im Backofen 25-30 Min /180 Grad backen, richtig abkühlen (am besten über Nacht stehen lassen).

Füllung:

Den Kirschsaft abgießen, auffangen. Speisestärke mit 2 El. Saft anrühren, den restlichen Saft dazugeben aufkochen, vom Herd nehmen, die Kirschen untermischen. Tortenboden zweimal durchschneiden. Sahne steif mit Sahnesteif schlagen, kaltstellen. Die erste Schicht mit 3 El Kirschwasser beträufeln, Kirschmasse darauf verstreichen, 3 El Sahne drauf verstreichen, zweiten Boden drauflegen, leicht andrücken, wieder 3 El Kirschwasser, die Sahne drauf, dann den letzten Biskuitboden legen andrücken, mit restlichen Kirschwasser beträufeln, Sahne verstreichen. Mit Spritzbeutel 16/8 Sahnetuffs spritzen, auf jedes eine Kirsche setzen mit Schokoladeraspeln bestreuen. Kaltstellen, servieren. Guten Appetit!

Mein Favorit schmeckte richtig nach Kirschwasser, dann ist es nicht süß, dann hat es auch eine bittere Note.

9-Euro-Ticket. Szczecin. Znowu.

Krystyna Koziewicz

Tym razem we dwie, wczesnym rankiem wybrałyśmy się do Szczecina, by zdążyć jeszcze przed rozgrzaną patelnią pozałatwiać sprawy, te prywatne i społeczne. A upał i tak nas zastał w centrum miasta, nie bardzo było się gdzie schować, szukałyśmy cienia, a w Szczecinie drzew jak na lekarstwo. Zresztą w całej Polsce stosunek do drzew, jest taki sam, jak do rzeki Odry. Człowiek uzurpował sobie prawo do dominowania nad Matką Naturą i teraz mamy to, na co sobie sami zasłużyliśmy. Sporo myśli kłębi się człowiekowi po głowie, żyjemy w czasach totalnego chaosu, codziennie konfrontowani jesteśmy z szokującymi zdarzeniami, jakie rozgrywają się na naszych oczach. Strach się bać!

Wrócę do tematu, czyli celu podróży, do Szczecina. Otóż, poza sprawami prywatnymi, jak zakupy produktów spożywczych, prasy, książki i zwykłego szwendania się po mieście, zamierzałyśmy zareklamować w szczecińskich obiektach kulturalnych projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. Chodziło nam o to, ażeby polskie instytucje przygraniczne nieco więcej dowiedziały się o życiu Polaków i Polonii w Berlinie, także o tym, co robimy dla zachowania pamięci historycznej, kulturowej. Wprawdzie po obu stronach Odry i Wisły działają liczne Partnerstwa Miast, np. Berlin ze Szczecinem, Opole z Poczdamem, czy Warszawa z Berlinem, to ostatnio zauważa się zmniejszenie dynamiki regularnych spotkań. Jeszcze do niedawna współpraca była dość widoczna i odczuwalna, tak było np. w przypadku Stowarzyszenia Städtepartner Stettin e.V. (Partnerstwo miast Szczecina z podwójną dzielnicą Berlina Friedrichshain-Kreuzberg). Od jakiegoś czasu, kiedy stery władzy przejęło młode pokolenie (całkiem słusznie i poprawnie politycznie), zmienił się nie tylko profil działalności, ale też stosunek do aktywnych członków. Starzy, doświadczeni działacze zostali odstawieni na boczny tor, nie ma dla nich miejsca, nie ma czasu na wspólne spotkania, które pełniły rolę integrującą, ale przede wszystkim – poznawczą.

Teraz słyszmy, że coś się gdzieś dzieje, ale odbieramy to jako aktywności w zamkniętym kole wzajemnej adoracji. My, dawni, starzy członkowie stowarzyszenia na własna rękę pielęgnujemy kontakty, bo tego pragną i oczekują obie strony. Na wydarzenia polonijne prezes Polskiej Rady w dalszym ciągu zaprasza delegację ze Szczecina, a więc nie zaniechano dotychczasowych kontaktów, dbają o to zwykli członkowie. Ale niestety nie Zarząd! My – dwie autorki i redaktorka książki Śladami Muru Berlińskiego pojechałyśmy nie tak dawno do Szczecina (TU Ela Kargol pisała o tej wycieczce z biletem za 9 euro). Prezentowałyśmy naszą publikację w Książnicy Pomorskiej. Współpraca trwa w nadziei, że powróci normalność!


W niedługim czasie zrealizowany zostanie (patrz TU) projekt Irena Bobowska – zapomniana bohaterka. To właśnie z tego względu razem z Ewą wybrałyśmy się do Szczecina, zabierając ze sobą ośmiostronicową ulotkę – by w ramach współpracy przygranicznej rozpowszechnić historie prawdziwe i zapomniane.

Taki był nasz cel podróży w ramach podróży z 9 Euro. Zadanie wykonano z nawiązką. Wszyscy nasi adresaci cieszyli się, że Partnerstwo Miast Szczecin-Berlin jeszcze nie zginęło!

A propos podróży. Otóż minęła nam dość spokojnie, dwie przesiadki na trasie z Berlina do Szczecina, z powrotem tylko jedna, ale o wydłużonym czasie. O miejsce siedzące w pociągu trzeba walczyć, zdarzają się chamskie zachowania, za to częściej bywają przyjemne chwile, kiedy młoda Polka ustąpi miejsca starszym paniom lub kiedy Niemka poczęstuje cukierkiem o smaku rabarbaru. Mniamm… W restauracji w menu nie ma już ruskich pierogów, tylko ukraińskie. Ceny trochę dziwne, pierogi kosztują 22 złote, a schabowy z ziemniakami i kapustą 25 złotych. Piwo podaje się ciepłe, w kawie mrożonej natknąć się można na martwą osę, która odżyła po wyłowieniu z pucharu.

Chciałyśmy zerknąć na Odrę, ale w okolicy dworca kolejowego remonty drogowe.
Rzeka Odra spędza nam sen z powiek. Odra zatruta, Odra umiera na naszych oczach. Brak słów!
Znalezione w internecie – aforyzm o rzece:
Gdy wytną ostatnie drzewo i zatrują ostatnią rzekę, wtedy zrozumiemy, że nie da się jeść pieniędzy!

9-Euro-Ticket (9)

Ela Kargol

Wyspa Przyjaźni i schody donikąd

Raz w tygodniu wybieram się na wycieczkę w ramach 9-Euro-Ticket, taki mam plan. Niestety plan powstał trochę późno, ale odkąd nie planuję wycieczek dalekich, które pozostają tylko w planach, jeżdżę do miejsc bliskich i bliższych.
Niedawno wybór padł na stolicę Brandenburgii.
Miasto znane z pałaców, parków ogrodów i konferencji.
Namówiła mnie Ewa, opowiadając o swojej wycieczce promem do Kladow. Też chciałam nad wodę. No i pojechałam na wyspę pełną kwiatowych zagonów, rozłożystych drzew, alejek, pergoli i innych wodno-ogrodowych atrakcji. Dużo nagich ciał w brązie, nie tym słonecznym, lecz metalowym. Nad wodą można dosiąść łabędzia lub flaminga i opłynąć wyspę dookoła. Na spacer się nadaje, mało chodzenia, dużo siedzenia. Dużo wolnych ławek do odpoczynku i przeróżnych roślin do oglądania – kwitnących, pachnących, dających cień, wabiących motyle, trzmiele, pszczoły.


Wyspa Przyjaźni (Freundschaftsinsel), bo o niej piszę, położona w centrum Poczdamu leży między ramionami starej i nowej Haweli (Alte i Neue Fahrt).
Z jej brzegów widać po jednej stronie poczdamski dworzec, po drugiej Stare Miasto, kościół Mikołaja i pałac miejski, który pałacem nie jest.


Wyspa zawdzięcza swoją nazwę restauracji o tej nazwie działającej tam już w połowie XIX wieku.
Krótko przed II wojną światową Karl Foerster i Hermann Mattern zaprojektowali na wyspie ogrody do oglądania i podziwiania, do spacerów i odpoczynku i takie, w których uczono sztuki ogrodnictwa. Niestety II wojna światowa zniszczyła prawie wszystko. Ale już w latach 50. i potem 70. ubiegłego wieku zaczęto odbudowywać i rozbudowywać atrakcje na wyspie, sądzić nowe drzewa, rośliny, siać kwiaty. W roku 2001 w ramach Wystawy Ogrodniczej (Bundesgartenschau 2001) nastąpiła ponowna rekonstrukcja i przebudowa ogrodu, dobudowano scenę letnią i plac zabaw.


Poszłam na drugi brzeg wyspy.
Wydawało mi się, że znajdę jakiś przystanek tramwajowy, który podwiezie mnie pod sam dworzec, a więc obeszłam pałac, który nie jest pałacem i zatrzymałam się przy złotych aniołkach przy bardzo znanych schodach, o których pojęcia nie miałam, że są znane.
Schody tzw. “Schody chorągwi” (Fahnentreppe) powstały w roku 1746, po którejś przebudowie, wtedy jeszcze pałacu i prowadziły do ogrodu.

Sześć lat później Melchior Kambly zaprojektował na podstawie rysunku samego Fryderyka II Wielkiego pozłacaną i bogatą w dekoracje balustradę. Cechą charakterystyczną balustrady były aniołki autorstwa Friedricha Christiana Glumego, stąd późniejsza ich nazwa Puttentreppe lub Engelstreppe .
(„Schody putt” lub „Schody aniołów”).


Schody nie tak dawno zrekonstruowano. Aniołki częściowo autentyczne naprawiono i pozłocono, lśnią nowym złotem.

Schody, chociaż prowadzą donikąd, bo nie ma już dawnego ogrodu i nie ma drzwi z pałacu – niepałacu którymi można byłoby do niego zejść, przyciągają wzrok każdego. Czym? Złotem i przepychem, jak cały Poczdam.

9-Euro-Ticket (8)

Krystyna Koziewicz

Sylt

Od czerwca do końca sierpnia 2022 roku przez trzy miesiące letnie można podróżować po całych Niemczech pociągami regionalnymi za jedyne 9 euro czyli na tzw. 9-Euro-Ticket. Ot, taki w środku lata gwiazdkowy prezent zafundował społeczności międzynarodowej rząd federalny Niemiec. Z propozycji ucieszyli się, mniemam, wszyscy ci, którzy rzadko korzystali z komunikacji miejskiej, regionalnej, a pewnie też ci, którzy do pracy jeździli samochodami. Najbardziej zadowolone były niemieckie punki. Pewnej niedzieli punkowcy masowo ruszyli na wyspę Sylt, na co dzień zamieszkałą przez bogatych Niemców. To snobistyczne miejsce, zawłaszczone przez ludzie świata biznesu, polityki, kultury. Sylt zyskał sławę, kiedy przyjeżdżali tu pisarze, malarze, artyści. Wśród nich byli Tomasz Mann, Marlena Dietrich, Emil Nolte, perska cesarzowa Soraya, Axel Springer. Dostać się na Sylt można jedynie pociągiem, gdzie normalny bilet kosztuje 60 euro w jedną stronę, a 100 euro tam i z powrotem. Teraz tylko 9 euro, super okazja, punki szybko skrzyknęły się w mediach społecznościowych i ruszyły w drogę, by zakosztować uroku białych plaż, które ciągną się aż po horyzont. Czemu nie?

W tym miejscu wspomnę moją historię z Syltem. Byłam tam z moim świeżo poślubionym mężem, Bartkiem w podróży poślubnej. Pojechaliśmy starym modelem campera VW. Muszę przyznać, że trochę dziwnie się czułam pośród luksusowych pojazdów. Wyróżnialiśmy się nędznie, zwłaszcza na parkingu. Mój ślubny wcale się tym nie przejmował, dumnie paradował po głównych alejach spacerowych, ja z kolei uciekałam do cichych, ustronnych miejsc. Na dodatek okazało się, że w tym czasie na wyspie odbywały się mistrzostwa świata w windsurfingu, zatem cała snobistyczna śmietanka towarzyska całych Niemiec (czyli po niemiecku: Schickeria) zdominowała pejzaż. Nie pasowaliśmy do eleganckich ubiorów, ekskluzywnych restauracji, tak jak obecnie punki psuły miejscowym widok na świat. Zmiast innych snobów ujrzeli nagle masy na czarno ubranej młodzieży w powycieranych dżinsach, z agrafkami i kolcami w uszach, łańcuchami i metalowymi akcesoriami na kurtkach, butach i spodniach. Punki rozsiadły się na plantach z psami u nogi i piwem w ręku. Mnie się ta punkowa zadyma podoba, niech żyje młodość, wolność i swoboda!

Frankfurt (nad Odrą)

Otóż, będąc w posiadaniu 3 biletów ważnych czyli na 3 miesiące, od razu zaczęłam snuć plany podróżnicze po regionie. Odkrywanie niezwykłych i ciekawych miejsc zawsze mnie rajcowało, już sam region Brandenburgii oferuje wiele atrakcji turystycznych, znajdujących się tuż pod nosem. Trzeba było tylko ruszyć głową, potem pupcią, wziąć plecak i w drogę.

Moja pierwsza podróż w ramach 9 Euro Ticket odbyła się do Frankfurtu n. Odrą. Miałam zamiar pojechać do Słubic w ważnej sprawie rodzinnej. Wszystko poszło gładko, w wagonach były wolne miejsca do siedzenia, pociągi odjeżdżały nad Odrę co pół godziny. Ludzie wsiadali, wysiadali, ruch był płynny, jak sama rzeka Odra. Co ciekawe, nie było kontroli biletów tam i z powrotem, bo i po co?

Brandenburg an der Havel

A my we trzy tj. Ela, Ewa i ja od dawna wybierałyśmy się w podróż w ramach 9 Euro Ticket i jakoś wybrać się nie mogłyśmy, bo w tym cały był ambaras, żeby troje chciało na raz. Ten zgrabny dwuwiersz Boya-Żeleńskiego odnosi się wprawdzie do sfery szeroko pojętych relacji męsko-damskich, jednak na siłę dałoby się doszukać w nim jakichś dalszych analogii. Niekiedy jest jednak tak, że „dwoje nie chce na raz, trzeci chce” albo „chce dwoje na raz, ale nie mogą, a trzeci nie”. I pomimo że z pozoru, „chcieć, a nie móc” jest gorsze od „móc, a nie chcieć”, to z perspektywy tego, o czym myślał Boy-Żeleński, sprawy o wiele gorzej się mają w przypadku „nie-chcenia” (braku woli) niż w przypadku „nie-mocy” (braku możności).


Jednak w końcu udało się! Odbyłyśmy podróż do Brandenburga. Ela miała wytyczony cel, zobaczyć gilotynę w więzieniu Brandenburg-Görden na Anton-Saefkow-Allee, zrobić zdjęcie do projektu Irena Bobowska – zapomniana bohaterka.

Brandenburg nad Havelą to urocze miasteczko, które już na pierwszy rzut oka zachęca do nieśpiesznych spacerów, a jego okolica to wymarzona kraina lasów i jezior, poprzecinana kilometrami ścieżek rowerowych. W Brandenburgu spędziłyśmy kilka godzin, odkrywając bez pośpiechu niemal wszystkie jego urokliwe miejsca, urbanistyczne układy kamienic, zabytki historyczne, gotyckie ratusze i kościoły, bramy i wieże miejskie.


Wszędzie było tak blisko, tak pięknie, tak sielsko. Spacerowałyśmy i po zacisznych, i po hałaśliwych uliczkach, pośrodku uliczek, pomiędzy kamienicami sunęły bowiem tramwaje lub samochody, które niemiłosiernie terkotały po kamiennej kostce. Trzeba też było być czujnym, by nie zostać potrąconym.

Historia Brandenburga sięga X wieku. Z dawnych czasów pozostało kilka zabytków. Spacerując po mieście zwiedzić można imponujące kościoły: w dzielnicy Neustadt mieści się Katharinenkirche ze wspaniałymi zdobieniami na fasadzie. W Altstadt odwiedziłyśmy kościół St. Gotthardta, w mieście zachowały się również fragmenty muru obronnego wraz z wieżami, a także budynek dawnego ratusza, którego strzeże ogromna postać rycerza Rolanda. Co ciekawe w Brandenburgu funkcjonowały dwa ratusze, ten staro- i ten nowomiejski. Najważniejszych zabytkiem sakralnym w mieście jest pochodząca z XII wieku katedra Dom Sankt Peter und Paul. Altstadt, czyli Stare Miasto było ciche i bardziej tu było spokojnie. Neustadt, jak na Nowe Miasto przystało, tętni natomiast życiem – można tu znaleźć mnóstwo barów, kawiarni, restauracji oraz sklepów.

Spacerując po Brandenburgu szukałyśmy też figurek mopsów z niewielkimi rogami. Te małe ni to miejskie, ni to leśne stwory rozsiane są po całym mieście i upamiętniają znanego niemieckiego komika i autora komiksów, Vicco von Bülowa, czyli Loriota. Mops z jelenim porożem był jednym z najbardziej znanych komiksowych bohaterów Loriota. W Brandenburgu takich figurek jest ponad 20, my spotkałyśmy kilka sztuk.


Mój pobyt w tym mieście zakończył przed godziną 15.00, trzeba było wracać do Berlina, by zdążyć do Instytutu Polskiego na monodram o Pileckim. Słowo się rzekło, przyrzekłam, że będę i byłam więc. Koleżanki odwiozły mnie na dworzec, wracałam sama do Berlina, one dwie kontynuowały swoje plany.

Krysia idzie na dworzec

Kiedy znowu we trzy wybierzemy się w podróż za 9 euro, oto jest pytanie?

PS, czyli Brandenburg-Görden

Gdy odrowadziłyśmy Krysię na dworzec, pojechałyśmy w miejsce, do którego chyba rzadko kto zagląda, oprócz pracowników i ich podopiecznych.
Prawie stuletnie więzienie w Brandenburg-Görden (Justizvollzugsanstalt Brandenburg a. d. Havel) kryje mroczne tajemnice, do których się od zakończenia II wojny światowej przyznaje. W byłym domu dyrektora jest miejsce pamięci (Gedenkstätte Zuchthaus Brandenburg-Görden), a trochę dalej miejsce, w którym kat czynił swoją powinność. Katem dla okręgu egzekucyjnego IV a więc dla Berlina Plötzensee i dla Brandenburga-Görden był Wilhelm Röttger. Obsługiwał dwie gilotyny.

Ponieważ pracujemy nad projektem, a przede wszystkim nad upamiętnieniem i przypomnieniem młodej poznanianki, harcerki, działaczki Poznańskiej Organizacji Zbrojnej, malarki i poetki Ireny Bobowskiej, zamordowanej 27 września 1942 roku w Plötzensee, wybrałyśmy się właśnie do tego innego miejsca straceń. W brandenburskim więzieniu w pomieszczeniu egzekucyjnym znajduje się gilotyna, której nie ma w Plötzensee.

No cóż gilotyny jednak nie było, bo jest zamknięta na cztery spusty i ja nie doczytałam, że trzeba mieć specjalne pozwolenie, żeby wejść na teren cały czas działającego więzienia, a przyznanie delikwentowi takiego zezwolenia trwa co najmniej dwa tygodnie. I nie można się wylegitymować, po to by otrzymać zezwolenie od razu. Całe szczęście, że kary śmierci już nie ma, bo bym sobie jeszcze coś pomyślała. Biurokracja jak za dawnych czasów. Bez pieczątki i zezwolenia ani kroku dalej, bo wszystko za wysokim murem. Może z wyrokiem dałoby radę wejść do środka. Teraz mają nasze dane. Nie wiem, czy dojdą do tego, że jedna z nas już karana, a druga z polskim paszportem, z Kraju Warty? Będziemy czekać na wiadomości i pozwolenie na widzenie się z gilotyną.

EMS: To zdjęcie zdjęcia z wystawy. Jego sens jest tak makabryczny, że może nie chcemy już oglądać prawdziwej gilotyny

Po naszej udanej – nieudanej – wycieczce do gilotyny pojechałyśmy do katedry, oczywiście już zamkniętej prowincjonalnym zwyczajem czyli o godzinie 17.00. O dziwo „piwo i cappucino” przy katedrze było otwarte. Po drodze jeszcze mops Loriota i fontanna bez wody.

EMS: Ulotka projektu Bobowska w kościele św. Katarzyny i ta myśl, że władza zawsze i wszędzie jest gotowa ściąć głowę młodej kobiecie – w gruncie rzeczy z powodów, które nie są powodami. Irenę ścięto w wieku 22 lat za wydawanie gazetki konspiracyjnej od października 1939 do czerwca 1940; Katarzyna została stracona na rozkaz cesarza Maksencjusza za śluby czystości i wygraną w dyspucie religijnej, w której osiemnastoletnia dziewczyna okazała się bieglejsza od pięćdziesięciu mędrców niechrześcijańskich. Część z nich nawróciła.

Gdyby Ewa nie zwróciła uwagi na świętą, ściętą Katarzynę, w kościele pod wezwaniem świętej Katarzyny, do którego weszłyśmy zaraz na początku, to obyłoby się bez „egzekucji”.

Katarzynę Aleksandryjską ścięto na początku IV wieku. Jak podaje wikipedia, cesarz skazał ją na śmierć; odstąpiono od łamania kołem po zniszczeniu narzędzia tortur przez anioła – wyrok wykonano przez ścięcie.

E.K.