Moje księżynie

Ewa Maria Slaska (i Bazyli)

Używam słowa “księżyni”, choć, podobno tak twierdzi profesor Miodek, z szacunku dla pełnionej funkcji w przypadku kobiet księży nie powinno się używać feminatywów.

Na pierwszym roku studiów zamieszkałam na przedmieściach Poznania w domku jednorodzinnym u starej pani H., o której wszyscy mówili Biskupica. Wynajmowałyśmy u niej we trzy jeden ogromny pokój z werandą, pełną niezwykłych roślin, wśród których były na pewno fikusy, filodendrony i sansewerie oraz dziwnie słodko pachnąca, obficie kwitnąca choja.

Pani H. była stara, gruba i bardzo pogodna. Była dobrą gospodynią. Nauczyła mnie wielu trików, które stosuję do dzisiaj. Na przykład, że jeśli wkładasz żakiet lub marynarkę, wystarczy jeśli wyprasujesz gors, kołnierzyk i mankiety bluzki, a jak pieczesz ciasto, to bez wahania możesz użyć margaryny, bylebyś wysmarowała blachę masłem, a jeżeli w przepisie jest sześć jajek, to spokojnie wystarczą cztery. Jeśli nie wystarczą, nie warto sobie zawracać głowy takim przepisem. Dziś myślę, że te porady były przejawem skąpstwa, czy to poznańskiego, czy może indywidualnego, ale wtedy bardzo mi się podobały. Mąż pani H. już nie żył, ale chyba też musiał być bardzo oszczędny, a może zaradny, bo on z kolei zbierał na ulicy wszystkie gwoździe i śrubki. Nigdy bym nie pomyślała, że tyle żelaziwa można znaleźć, ale pozostały po nim blaszane puszki pełne metalowego badziewia, bardzo przydatnego w czasach, gdy wielu rzeczy w ogóle nie było w sklepach. A u pana H. i owszem. Też potem latami zbierałam różne rzeczy na ulicy, ale wolałam monety i koraliki niż gwoździe.

Państwo H. byli świadkami Jehowy. Przez dłuższy czas myślałam, że pani H. jest biskupicą, czyli wdową po biskupie jechowickim, ale kiedyś okazało się, że wcale nie. To ona była biskupinią, a jej mąż był szeregowym członkiem.

Ale nigdy nie widziałam pani H. w akcji, czyli nie wiedziałam, na czym polegało to jej biskupienie.
Wiele lat później spotkałam w Berlinie pastorkę braci czeskich. Mamy w Berlinie całą dzielnicę czeską  – nazywa się też odpowiednio – Böhmisches Dorf. Böhmen to Czechy, a jednocześnie źródłosłów bohemy, czyli cyganerii artystycznej. Słowo wzięło się stąd, że kiedyś myślano, że Cyganie przybyli do Europy Zachodniej z Czech. Ale już od Zimowej opowieści Szekspira wiadomo, że Czechy to odległa, egzotyczna kraina, która leży nad… morzem. Cyganie-artyści podobnie jak prawdziwi Cyganie mieli, zdaniem mieszczuchów, gardzić pracą i przepędzać życie na zabawach. Jednak husyci czyli bracia czescy byli podobnie jak hugonoci, mennonici i inni przepędzani z kraju do kraju protestanci słynni z pracowitości. Wszystkie te mniejszości chętnie przyjmowano w Prusach, które były wzorem tolerancji religijnej, połączonej z pragmatycznym sztosunkiem do życia. Hugonoci upowszechnili w Prusach zamiłowanie do luksusowych drobiazgów, rękawiczek, apaszek, malowanych tabakierek, koronkowych kołnierzyków czy wachlarzy, menonici osuszali błota, husyci uprawiali sady.
Tym razem dowiedziałam się już dokładnie, że kobieta i mężczyzna tak samo sprawują posługę kapłańską. Odprawiają msze, udzielają sakramentów, wygłaszają kazania, uczą dzieci w szkółce niedzielnej, zajmują się dobroczynnością, prowadzą chór, grają na fisharmonii i bardzo dużo pracują. Praktycznie niemal wszystko w małych kościołach protestanckich wykonuje pastor sam. Albo pastorka. Tego, co znamy z kościołów katolickich, że obsługą funkcjonowania kościoła i życia księży zajmują się kobiety z parafii, nigdy nie widziałam w żadnym kościele protestanckim. Pastorkę braci czeskich spotkałam po raz pierwszy nieopodal kościoła husytów na niewielkiej łące, gdzie zbierała kwiaty do udekorowania ołtarza, ale widywałam ją też przy zamiataniu kościoła czy prasowaniu obrusów na ołtarz.

Z kolejną kapłanką protestancką poznałam się już bardzo blisko, gdy przebywałam na stypendium literackim w Grecji. Była świeżo po studiach teologicznych i przyjechała pomagać jako wolontariuszka w małej parafii protestanckiej na wyspie Rodos. Parafię powołały do życia kobiety, niemieckie i holenderskie żony greckich mężów, i to one z własnej kieszeni opłacały przyjeżdżających tu gościnnie pastorów i pastorki. Pastorzy otrzymywali skromną pensję, wolontariusze natomiast nie dostawali pieniędzy za swoją pracę, a tylko wyżywienie i dach nad głową, ale “moja wolontariuszka” bardzo sobie chwaliła takie oryginalne miejsce działalności duszpasterskiej, twierdziła, że więcej się tu nauczyła przez kilka miesięcy niż przedtem przez lata studiów. Chodziłyśmy na długie spacery i cały czas rozmawiałyśmy. Myślę, że byłyśmy zaprzyjaźnione i nawet nie wiem, co się stało, że gdy wyjechałam z Grecji, już się więcej nie spotkałyśmy, a kontakt się urwał.

Czasem tak jest.

W międzyczasie poznałam już bardzo wiele kapłanek.

***

Ostatnio w Polsce pojawiła się informacja, że polscy ewangelicy wyświęcili dziewięć kapłanek. Bardzo się ucieszyłam, tym bardziej, że jedną z nich – księżynię Izabelę (druga z prawej), znam osobiście.

Fot. Piotr Molecki/East News, Warszawa, 07.05.2022. Kościół Świętej Trójcy w Warszawie. Uroczystość wyświęcenia na księży dziewięciu diakonek w Kościele Ewangelicko-Augsburskim. To pierwsza taka uroczystość w Polsce. N/z Marta Zachraj-Mikolajczyk, Izabela Sikora, Karina Chwastek, Malgorzata Gas, Halina Radacz, Katarzyna Rudkowska, Karina Chwastek, Katarzyna Kowalska, Wiktoria Matloch, bp Jerzy Samiec.

https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Ksiadz-Izabela-ze-Szczecina.-Jej-maz-jest-juz-proboszczem?fbclid=IwAR2NsEnvaF1veHl_o5xWmBSF3XXTjDWT7bvu-4YD7S027KupArKgjS3FQ1A

A potem się okazało, że jesteśmy, my Polacy, jak w wielu innych sprawach, beznadziejnie zacofani, bo taka była reakcja na święcenia kapłańskie kobiet (i słowo reakcja ma tu ewidentnie dwa znaczenia):

***

Na pociechę:

Bazyli przysłał mi linka do Wikipedii o tym, że Polka była zapewne pierwszą kobietą na świecie, która otrzymała sakrę biskupią:

oraz informacje o tym, jak przez kilkadziesiąt lat zmienił się w Anglii stosunek do kapłaństwa kobiet (uwaga – Bazyli posługuje się językiem zwanym polnglish, czyli niektóre jego uwagi są po polsku, a niektóre po angielsku; używa bardzo różnych feminatywów, przy czym najczęściej słowa bishopka – czyli: no tak – kobieta biskup, biskupka, biskupinia…):  

Jest dobrze. W każdym razie było i będzie.

Słowa na Wielkanoc (dwa reblogi)

Jacek Dehnel

Czwartek, 30 lipca 2020

Jestem niewierzący, ale jak wielu niewierzących dość dobrze znam i ewangelie, i katolickie tradycje. Czytam je tak, jak całą wielką księgę kultur świata: jako mity, opowieści, baśnie. Literaturę. I coś chciałbym Wam powiedzieć o głównym bohaterze dzieła literackiego pt. „Nowy Testament”. Mówił wiele o miłości, ani razu nie powiedział ani słowa o gejach, lesbijkach, biseksualnych i transpłciowych. Mówił, że królestwa niebieskiego nie wejdą bogacze (no, w każdym razie że są na to mniejsze szanse, niż na przejście ucha igielnego przez wielbłąda, co było ówczesnym określeniem „tu mi kaktus na ręku wyrośnie, jeśli), ale o elgiebetach ani słowa (w przeciwieństwie do tego nienawistnika Szawła).

Jeśli pójdziecie do wielu kościołów, zwłaszcza gotyckich, w łuku łączącym prezbiterium z nawą zobaczycie belkę, a na niej krzyż z trzema figurami: umierającym człowieko-bogiem, Jezusem, i dwiema najbliższymi mu osobami. Kona przez kilka godzin, odzywa się zaledwie siedem razy, im dalej w agonię, tym krótszymi zdaniami (dopiero przed samą śmiercią wyda z siebie dłuższe). To jest trzecie z ostatnich słów: „Niewiasto, oto twój syn; oto twoja matka.”

W tym micie Artur nie ma swojej Ginewry, Herakles nie ma swojej Dejaniry, Jezus nie ma żony. Głupio jest oczywiście pisać o jakimś bohaterze literackim, że ma taką czy inną orientację seksualną – może być po prostu aseksualny. Gdzieś musiałoby być napisane, że ma żonę czy ukochaną, albo ukochanego… chyba, że jest napisane? Chodzi z tymi dwunastoma mężczyznami, których sobie wybrał w całych wędrówkach, a ma między nimi jednego umiłowanego. Najmłodszego zresztą. Pozostali ewangeliści o tym nie wspominają, ale Jan i owszem, dumnie pisze o sobie: „uczeń, którego miłował”, „uczeń, którego kochał”. Jest z nim w czasie przemienienia na górze Tabor, w czasie ostatniej wieczerzy leżał na jego piersi (bo przecież jedli na leżąco), w Ogrójcu, potem pod krzyżem, był pierwszy przy pustym grobie i kiedy po zmartwychwstaniu Jezus objawił się uczniom nad brzegiem jeziora.

Ale teraz jest ten moment, kiedy Jezus umiera i musi załatwić swoje ziemskie sprawy, trudno wygłaszać długie testamenty konając na krzyżu; na krzyżu człowiek się dusi, każdy oddech wymaga podniesienia się na wbitych w ręce i nogi gwoździach, a słowa to gorzej niż oddech. Mówi do tych dwojga pod samym krzyżem krótko: to twój syn, to twoja matka. I tyle. Żeby ktoś się tą starą kobietą zajął, kiedy on umrze. I wybiera młodego mężczyznę, którego kocha i który jego kocha. Wszystko to jest verbatim opisane w ewangelii. Nie mówię, jak było w rzeczywistości – nie wiem nawet, czy Jezus istniał. Mówię o tym, co jest w książce.

Wiecie, dlaczego takie popularne są te wszystkie opowieści, od apokryfów po Dana Browna, o miłości Jezusa z Marią Magdaleną, o dzieciach Jezusa z Marią Magdaleną, o tym, że byli małżeństwem? Bo Jan po prostu nie odpuścił i napisał, jak było. I trzeba jedną literaturę przykryć drugą literaturą.

Wiecie, jak się nazywa ten łuk i ta belka? To łuk tęczowy i belka tęczowa.

Jacek Pałasiński

Niedziela, 13 lutego 2022. Trzy dni do wojny.*

Piękne słońce i choć chłodno, od razu inaczej się żyje. Bug i Narew jak Missisipi i Missouri, w podmokłych łąkach odbija się słońce, ozimina kłuje zielenią w oczy. Na wylotówkach od samego rana dziesiątkami migają niebiesko policyjne suki. Stoją stadami, ale nie łapią, jak to zwykły czynić. Szepce się, że mają ułatwiać przejazd kolumnom wojskowym. Ale kolumn nie widać. Po południu dalej stoją i migają, złowrogo, jak to one, odkąd policja polska stała się wrogiem Polek i Polaków.

Minął kolejny dzień pokoju. Czy ostatni? Czy będzie jeszcze jeden, może dwa? Każda chwila pokoju, choćby pełnego nieznośnego napięcia, jest cenniejsza od brylantów.

Ile razy takie chwile pojawiały się już w historii? Czy myślałeś o tym, Czytelniku, pochłaniając z obowiązku lub dla przyjemności książki o historii? To się musiało zdarzać już setki, tysiące, setki tysięcy razy w historii homo sapiens. A przedtem w historii innych gatunków ludzkich, Cro-Magnon, Neandertalczyków.

Mamy wszak rok 5782 od stworzenia świata. Wierzysz, Czytelniku, w żydowskiego Boga, więc uwierz i w żydowski kalendarz. Jahwe stworzył świat 5782 lata temu. Czyli 3761 lat p.n.e. Och, pardon! Szajka chce karać za pisanie „przed naszą erą”. Mamy obowiązkowo pisać „przed Chrystusem”. Czyli Mesjaszem. Czyli Namaszczonym. Z tym, że za życia nikt Jeszuy za mesjasza nie uważał. No i z tym, że „Jeszua” – zbawiciel – prawie na pewno nie miał na imię Jeszua, tylko Jan. Dokładniej Jan z Gamali, syn królewskiego rodu Hasmodeuszów, potomek ukrzyżowanego przywódcy antyrzymskiej rebelii przeciw Herodowi, nie-Żydowi na czele żydowskiej prowincji. Jan Nazirejczyk, czyli członek mesjanistycznej sekty fanatyków Prawa, dążący do wygnania Rzymian i stworzenia teokratycznego państwa żydowskiego. Nie „Nazareńczyk”, bo z całą pewnością za jego czasów Nazaret w ogóle nie istniał.

Niedługo po stworzeniu świata, Jahwe ulepił z gliny Adama, a potem z jego żebra stworzył Ewę. Adam zmajstrował Ewie dwóch synów i od razu zaczęły się wojny. Brat zabił brata.

Nie jest jasne, co prawda, skąd się wzięli kolejni ludzie, bo ze związku Kaina z Ablem dzieci by nie wyszły. Zwłaszcza po śmierci Abla. Ale co? Naprawdę uważacie tę właśnie kwestię za najbardziej absurdalny szczegół w Biblii?

Nieważne: jedno jest pewne, nieudany twór Jahwe nie może żyć bez jedzenia, picia, powietrza i wojny.

_________

* Na wypadek, gdyby jakimś cudownym zrządzeniem losu do wojny nie doszło, przypomnę, że 12 lutego amerykańska telewizja CNN podała, że wojna Putina z Ukrainą rozpocznie się w środę, 16 lutego 2022 roku.

Droga krzyżowa

Ela Kargol


Jako dziecko musiałam w niej od czasu do czasu uczestniczyć, mam na myśli wielkopostne obrządki kościoła katolickiego, zwane drogą krzyżową, bo w tych obrządkach zostałam wychowana, bardziej w obrządkach niż w wierze. A dzisiaj o sobie mówię niewierząca, ale katoliczka. Zwiedzając kościoły, przede wszystkim ich wnętrza, zawsze zwracam uwagę na umieszczoną w nich, a czasami na zewnątrz lub jeszcze dalej niż na zewnątrz drogę krzyżową. Każdy kościół ma inną: bardziej wyeksponowaną lub mniej, artystycznie doskonałą lub taką, której do doskonałości daleko, na bogato lub na skromnie, malowaną lub rzeźbioną…
Ta, o której tu piszę jest drogą krzyżową na cmentarzu w Berlinie przy Röblingstraße 87–117 (Friedhof der St.-Matthias-Gemeinde).


Cmentarze to często cel moich spacerów, poszukiwań minionego czasu, dla tych już świętej pamięci czasu straconego raz na zawsze.
Pierwszy raz odwiedziłam to miejsce dopiero dwa lata temu, nawet moje wnuki były tu przede mną, gdy chodziły jeszcze do katolickiego przedszkola i w ramach obchodów świąt katolickich wybierały się rokrocznie na początku listopada na ten właśnie cmentarz.
A teraz jestem tu często. Odwiedzam grób bliskiej mi bardzo osoby. Nie było jeszcze grobu, gdy przyszłam tu pierwszy raz, żeby się rozejrzeć.
Uwagę moją od razu zwróciły dość równe nagrobki z płaskorzeźbami scen poszczególnych stacji drogi krzyżowej. Pierwszej stacji nie mogłam długo znaleźć. Już wiedziałam, że może być inna, tak jak czternasta, druga, dziewiąta…
Dopiero niedawno, słońce zaświeciło w ten sposób, że zobaczyłam w końcu pionową kreskę, która jest rzymską jedynką, na pomniku, nie na grobie upamiętniającym Ericha Klausenera, niemieckiego polityka katolickiego, przeciwnika Hitlera, zamordowanego podczas tzw. Nocy długich noży (stacja I: Pan Jezus skazany na śmierć). W estetyce lat 60. ubiegłego wieku utrzymana jest stacja II drogi krzyżowej (Pan Jezus bierze krzyż na ramiona).

Następne, ale nie wszystkie są już dziełem rzeźbiarza Friedricha Klesse, podobne w swoim formacie, przypominają kapliczki przydrożne. Trzecią stację drogi krzyżowej w formie mozaiki możemy podziwiać na ścianie kaplicy przycmentarnej i jako kapliczkę – grób na cmentarzu (Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy). Te kapliczki – stacje nie są już grobami pierwszych zmarłych tam pochowanych, chociaż właściwie nadal są, bo nigdzie nie przeniesiono pierwszych „lokatorów”. Gdy minie termin uiszczenia opłaty prolongacyjnej, grób przestaje istnieć, może być zrównany z ziemią lub wynajęty na nowo. Starsze nagrobki, ważne i artystycznie ciekawe rzeźby, grobowce, mauzolea najczęściej nie są niszczone, tylko wynajmowane dalej. Na grobie Josepha Breitkopfa-Cosela figuruje zupełnie inne nazwisko. A może to nie jest wcale jego grób, tylko rzeźba, która kiedyś była umieszczona na miejscu pochówku rzeźbiarza. Joseph Breitkopf-Cosel zmarł kilka lat po założeniu cmentarza. Jego przejmująca rzeźba Letzte Zuflucht (Ostatnie schronienie) przetrwała do dzisiaj. Tak jak do dzisiaj przetrwał grób, albo upamiętniający nagrobek pierwszej osoby pochowanej na tym cmentarzu, pani Gertrudy Mootz.

Grób Friedricha Klesse autora większości przystanków drogi krzyżowej jest przy stacji IV: Pan Jezus spotyka swoją matkę. Następne stacje, stacja V: Szymon z Cyreny pomaga dźwigać krzyż Jezusowi, stacja VI: Weronika ociera twarz Jezusowi, stacja VII: Drugi upadek pod krzyżem, stacja VIII: Jezus spotyka płaczące niewiasty, stacja X: Pan Jezus z szat obnażony, stacja XIII: Pan Jezus zdjęty z krzyża opowiadają, historię Męki Pańskiej cały czas w tej samej formie artystycznej przydrożnej kaplicy. Stacje IX: Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci i XI: Pan Jezus przybity do krzyża są dziełem innych artystów. Nie wiem czy dobrze lokalizuję stację XII: Pan Jezus umiera na krzyżu. Myślę, jestem prawie pewna, że jest nią wysoki krucyfiks przy grobach duchownych. Stacja XIV: Pan Jezus złożony do grobu to relief z mosiądzu wybitnego rzeźbiarza berlińskiego Wilhelma Haverkampa.

Stacje męki pańskiej zaczęto budować około 600 lat temu. Najstarsza w Europie kalwaria powstała w latach 1405‒1420 w Hiszpanii niedaleko Kordoby. Później zaczęły powstawać następne, na terenie dzisiejszych Niemiec i Włoch.

Znam dość dobrze Kalwarię Zebrzydowską. Co roku w Wielkim Tygodniu odwiedzałam to miejsce. Co roku wybierałam się też na uroczystości wielkopiątkowe, zaczynające się wczesnym świtem, ale nigdy jeszcze w ten dzień o tej godzinie tam nie dotarłam. Kilka dni temu odwiedzając berliński cmentarz, spojrzałam na tablicę informacyjną i przeczytałam, że w Wielki Piątek o 6 rano odbędzie się tu nabożeństwo drogi krzyżowej, tu na cmentarzu.

Jeśli się wybiorę, dam znać w komentarzach.

Dlaczego piszę o kalwarii? Cmentarz przy Röblingstraße powstał na wzniesieniach tzw. Szorstkich Gór (Rauhe Berge), a kalwarie zakładane były na wzgórzach, tak żeby przypominały swoim położeniem Jerozolimę. Cmentarz w początkowym swoim istnieniu był pagórkowaty. Góry i doliny stopniowo zasypywano. Zostało tylko jedno wzniesienie z wysoką kolumną, na której Maria z dzieciątkiem ma widok i ogląd na cały cmentarz.

Podczas wojny cmentarz był miejscem walk, są groby wojenne i jest otwór po kuli w maryjnym posągu. Piękna i dostojna anielica autorstwa Martina Schaußa zastygła, miejmy nadzieję na następne sto lat a może dłużej, w majestatycznej pozie, a obok kruki kolejnego artysty rzeźbiarza Ludwiga Vordermayera. Jest jeszcze kamień z wężem (Schlangenstein) https://de.wikipedia.org/wiki/Schlangenstein_in_Weimar, nie oryginał ale jego kopia. Kopia słynnej rzeźby z Weimaru jest ozdobą jednej z mogił. Gdyby nie cmentarz, może nigdy bym się o rzeźbie nie dowiedziała. Inskrypcja Genio huius loci – Duchowi tego miejsca – odnosi się do harmonijnego połączenia ducha, przyrody, literatury i sztuki.

To wszystko można tu znaleźć i ciągle szukać, a drogą krzyżową można przejść niekoniecznie jak Chrystus, tylko z ciekawości.

Ksiądz, filozof, poeta, rebeliant

Ewa Maria Slaska

30 marca 2022 roku pojechałam do Zielonej Góry na spotkanie autorskie Alfreda Marka Wierzbickiego, księdza, który jak to już napisałam w tytule, jest poetą, filozofem – etykiem, wykładowcą i rebeliantem. Gdy byłam młoda, taki zestaw określeń był na porządku dziennym. Najrzadszy był fakt, że mógł być również poetą, ale było właściwie oczywiste, że ksiądz był mądry, etyczny, porządny i że stał po “naszej stronie”, czyli przeciwko władzy. Przewartościowanie słowa ksiądz z opozycjonisty w kanalię odbyło się w Polsce (zresztą nie tylko w Polsce) dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. W Polsce było to w sposób oczywisty związane z uzyskaniem, czy też odzyskaniem suwerenności. Nagle okazało się, że musimy jako państwo i jako społeczeństwo zapłacić za wsparcie, jakiego udzielał nam Kościół Katolicki w czasach Komuny. Nagle Kościół okazał się pazerny i zachłanny, egoistyczny, nietolerancyjny, żądny władzy. Nagle pojawiło się słowo pedofilia, a potem fakt, że Kościół firmował i skrywał księży pedofilów.

Poza okresem szkoły podstawowej nie byłam dewocyjna, a od połowy lat licealnych zaczęłam sobie, jak to określiła kiedyś moja przyjaciółka, “fundować ateizm”. Nawet w działalności opozycyjnej skłaniałam się raczej ku lewicującym demokratom, niż wiernym Kościoła. Tym niemniej postać księdza nie była w moim obrazie świata niczym obciążona. Gdzieś jakiś ksiądz porzucił kapłaństwo i ożenił się. No cóż, każdy z nas jest tylko człowiekiem. Jakiś inny ksiądz dość swobodnie prowadził interesy finansowe, ale zdobyte w ten sposób pieniądze przeznaczał na odbudowę swojego kościoła. Jasne, w PRL, każdy musiał kombinować. Przykazanie “nie kradnij” było mocno wyciarachane po brzegach. Jakiś inny ksiądz chętnie zapraszał do siebie moich kolegów z klasy, ale zawsze chodzili tam w dwóch, trzech, i chodzili chętnie, bo mogli się napić koniaku, popalić papierosy, posłuchać muzyki i podyskutować o filozofii. W gruncie rzeczy wszystko razem było dość niewinne i nikt nigdy niczego poza tym nie sugerował i nie insynuował.

W okresie Solidarności pojawiły się nagle jakieś oszołomy żądające pomników życia nienarodzonego, ale nie byli to w ogóle księża, tylko jakieś dewotki w moherowych beretach i nawiedzeni nieudacznicy.

Byłam już na Zachodzie, już upadł Mur i cieszyliśmy się wolnością, gdy różne “dziady”, jak o nich wtedy mówiliśmy, zaczęli głosić ideał życia rodzinnego, w którym mąż pracuje, a żona wychowuje dzieci. Ale i to nie byli księża, tylko wpływowe osoby z (byłej) opozycji, które nagle stawały na świeczniku. Chyba najlepiej zapamiętałam tu wygłoszoną w tym duchu wypowiedź trzeciej żony Onyszkiewicza, Joanny Jaraczewskiej. Onyszkiewicz był nader zasłużonym opozycjonistą, w owym czasie (w latach 1992–1993) – ministrem obrony narodowej, a jego żona była wnuczką Józefa Piłsudskiego. Pamiętam, że ta jej wypowiedź, stanowiąca pochwałę życia Kury Domowej, zrobiła na mnie wstrząsające wrażenie. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że zaczyna się robić groźnie.

No i tak się stało. Wprawdzie w roku 1992 premierką została Hanna Suchocka i było to wydarzenie znaczące w historii Polski, bo od czasów królowej Jadwigi nie mieliśmy w Polsce władczyni, ale już w 1993 roku pod auspicjami pani premier, wprowadzono w Polsce praktycznie rzecz biorąc całkowity zakaz aborcji, który z jakichś nieznanych mi powodów, w ostatnim dziesięcioleciu nazwany został kompromisem aborcyjnym. Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia.

Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy, że Kościół wyciągnął łapę po nasze losy. A potem już poszło. Konkordat, śluby kościelne, świętość zygoty, pomniki dziecka nienarodzonego, wymuszane porody kalekich dzieci, przywracanie Kościołowi utraconych majątków, zwolnienie z podatków, radio Maryja, przymierze z PiS-em… Miliony dla księży a nie dla lekarzy i nauczycieli. Religia w szkole. Zasady życia dla dziewczynek. Wróg powszechny pod postacią Gender. Marsze Niepodległości. Zawłaszczanie patriotyzmu. Ordo Iuris. Kaja Godek. Czarnek. I tak dalej, i tak dalej. Gdzieś po drodze księża stracili szacunek, i nasz, i sami dla siebie – sprzedali go za pieniądze i przywileje. Powstały filmy takie jak Kler i Tylko nie mów nikomu. Wydawało się nam, że odmienią oblicze tej ziemi, nie uzyskały nic. Społeczeństwo jak wierzyło księdzu, tak wierzyło, jak płaciło, tak płaciło, jak robiło to, co mu ksiądz kazał, tak robiło.

I nagle pojawiają się Odnowiciele, a ich przywódcą jest ksiądz Alfred Wierzbicki, profesor etyki na KUL-u (póki co profesor na KUL-u, bo właśnie odchodzi). To człowiek, który zrobił wiele dla odbudowy wizerunku księdza w Polsce. W życiu publicznym pojawił się w sierpniu 2022 roku, gdy poręczył za Margot, osobę niebinarną aresztowaną za obrzucenie obelgami kierowcy ciężarówki Pro (czyli Pro Life) oraz przykrycie tęczową flagą figury Jezusa przed kościołem na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

To było spektakularne. Jego główne osiągnięcie – zorganizowanie ruchu Zwykli. pl / zwykli księża, zwykłe zakonnice, jest znacznie mniej widowiskowe, choć dla obrony godności ludzkiej (a i autorytetu Kościoła) zapewne znacznie ważniejsze. O Ruchu Zwykłych Księży już tu na blogu pisał nasz ksiądz-autor Stefan Andrzejewski: TU.

Wymyślił w swoich wierszach postać pana Credo. Jak sam powiedział, żeby pan Cogito nie czuł się samotny.

Jesienny portret Pana C

Pan C chciałby złapać przemijanie
jak srokę, bażanta lub kosa.
Wystarczą iskierki października
i już zapala się od pochodni lipy
od płomyków dzikiego wina.
Radość mocuje się z żałością
i nie wiadomo, który z osiłków zwycięży.

Pan C przeżył wiele rzeczy, które wypaliły się
chciałby wreszcie zająć postawę bezstronną.
Miejsce Pana C znajduje się pomiędzy A i B
na zawsze pozostanie trzecim
jak reporter, sędzia, pielęgniarz.

Nie buja w obłokach
nie przenosi drzew
nie zniża do poziomu kopczyków liści
ćwiczy się w horyzontalnej sztuce
uwagi i współczucia.


Reblog: Dzień Ateizmu

Janusz Malinowski! dziękuję za podanie tego do wiadomości na Facebooku

Adam Patrzyk

Kazimierz Łyszczyński – zapalał światło rozumu

Powoli zbliża się rocznica męczeńskiej – nie bójmy się tego słowa – śmierci Kazimierza Łyszczyńskiego (1634-1689), która przypada na 30 marca. Piszę o tym z dużym wyprzedzeniem, bo bardzo chciałbym, aby nie była to kolejna, „prywatna” rocznica grupki polskich ateistów, znana nielicznym jako Dzień Ateizmu.

Zastanawia mnie i bulwersuje obojętność polskiego środowiska akademickiego – szczególnie wydziałów filozofii – oraz ludzi kultury wobec tej wielkiej, niemal nieznanej i powszechnie niedocenianej postaci. Etykietka “pierwszego polskiego ateisty” zdaje się wszystkim przysłaniać fakt, że Kazimierz Łyszczyński był filozofem i wybitnym, niezwykle nowoczesnym oraz nadal aktualnym krytykiem religii.

Kazimierz Łyszczyński to fenomen na skalę światową. Był pierwszym filozofem od czasów Antyku, który napisał traktat – objętości książki – O nieistnieniu Boga. Wyprzedził w ten sposób o kilkadziesiąt lat dzieło Jana Mesliera znane jako Testament, a o sto lat ateistyczną twórczość wielkiego Paula d’Holbacha i idee radykalnego Oświecenia.

Jeśli chodzi o filozofię religii, to Łyszczyński nie tylko był prekursorem Oświecenia, ale na dodatek należy – wraz z d’Holbachem – do jego najbardziej radykalnego nurtu, odrzucającego popularny wśród oświeceniowych twórców deizm. Był więc nawet jak na epokę Oświecenia niezwykle postępowy.

Łyszczyński jest postacią, która przynosi chlubę polskiej kulturze. Mógłby rozsławiać w świecie polską myśl filozoficzną sprzed XX wieku, tym bardziej że do czasu Szkoły Lwowsko-Krakowskiej nie mamy się specjalnie kim pochwalić. Mógłby też zmienić w świecie wizerunek Polski postrzeganej głównie jako kraj fundamentalnie katolicki, którego nikt nie posądza o wydanie pierwszego męczennika za wolność głoszenia idei ateistycznych.

Pamiętajmy, że Giordano Bruno (1548-1600) – symbol męczeńskiej śmierci za wolność słowa – był niezaprzeczającym istnieniu Boga teologiem i jego śmierć można potraktować jako porachunki wewnątrz Kościoła katolickiego, tym bardziej że został skazany za herezję. Pierwszą znaną postacią skazaną za ateizm był również teolog, Lucilio Vanini (1584-1619), ale także on nie napisał żadnego jawnie ateistycznego dzieła, a swoje ateistyczne idee przemycał zakamuflowane pod postacią krytyki religii pogańskich oraz poglądów heretyków lub ateistów.

Sam proces Łyszczyńskiego też był w tamtym czasie niezwykłym wydarzeniem na skalę światową. Oto przed sądem oskarżony o ateizm stanął szlachcic piastujący na dodatek urząd sędziego, a nie jakiś wędrowny teolog czy student jak Thomas Aikenhead (1676-1697). Nie był to również jakiś przypadkowy bluźnierca jak słynny francuski kawaler de la Barre (1745-1766), lecz świadomie i metodycznie dowodzący nieistnienia Boga filozof.

Długotrwały proces Łyszczyńskiego toczył się przed sejmem i w obliczu króla jednego z najpotężniejszych wówczas państw europejskich, świeżo wsławionego uratowaniem Europy przed inwazją turecką. Proces był próbą sił między hierarchią kościelną a szlachtą broniącą swoich praw przed zakusami Kościoła. Jego przebieg na bieżąco relacjonowała pierwsza francuska gazeta. Po latach – w 1800 roku – francuski oświeceniowy filozof, Sylvain Marechal umieścił Łyszczyńskiego w swoim pionierskim Słowniku ateistów, liczącym 800 haseł.

Obraz, namalowany w czasach ZSRR przez A. Silwiestrowa, odnaleziony przez autora artykułu, Adama Patrzyka

Okrutność wyroku na Łyszczyńskiego jest symboliczna. Choć w drodze łaski król Jan III Sobieski zamienił spalenie żywcem na uprzednie ścięcie mieczem, to jednak nie odstąpiono od spalenia przedtem żywemu jeszcze Łyszczyńskiemu ręki, którą napisał swój traktat i w której miał trzymać go podczas tej tortury. Wyrwano mu też język. Prochy Łyszczyńskiego wystrzelono z armaty, aby nie miał grobu, a jego dworek zrównano z ziemią, zaś miejsce po nim mocą wyroku miało na zawsze pozostać ugorem. Żonę Łyszczyńskiego zamknięto w klasztorze, w którym miała doglądać chorych i bezdomnych. Którego filozofa na świecie spotkał taki los? Szczególnie jasno lśni ateizm Łyszczyńskiego na tle przekonań religijnych współczesnych mu wielkich filozofów, myślicieli i uczonych. Jego niemal rówieśnicy – John Locke, Gottfried Leibnitz, Blaise Pascal czy Izaak Newton – wszyscy byli zagorzałymi teistami. Jako teista deklarował się nieco starszy Kartezjusz, a najbardziej ateistyczny z nich, Baruch Spinoza próbował łączyć materializm z teizmem. Natomiast późniejsi wielcy filozofowie i myśliciele Oświecenia niemal wszyscy byli deistami.

W roku egzekucji Łyszczyńskiego John Locke wydał swój słynny List o tolerancji, spod działania której wykluczał jednakże ateistów. Tak od strony religijnej wyglądała elita intelektualna ówczesnej Europy.

Wielkość Łyszczyńskiego bywa kwestionowana przede wszystkim z powodu niezwykłe skromnej objętości jego spuścizny – zostało po nim tylko 5 cytatów, a dokładniej 12 zdań (plus opis dzieła). Trzeba jednak pamiętać, że nie są to zdania przypadkowe, które losowo ocalały z jedynego egzemplarza jego traktatu spalonego wraz z ciałem autora. To cytaty starannie wybrane przez prokuratora do mowy oskarżycielskiej, mające w pełni ukazać ateizm Łyszczyńskiego.

Te 12 zdań zainicjowało kilka doniosłych wątków intelektualnych, z których część do dzisiaj nie została w pełni przez filozofię, socjologię i psychologię religii rozwinięta. Religia jako świadome oszustwo i manipulacja, rola zaszczepiania strachu w religii, religia jako narzędzie ucisku politycznego i wyzysku ekonomicznego, religia jako forma zniewolenia umysłowego, motywującego zniewolonych do walki z próbującymi ich wyzwolić, wyzwolenie „ludu” ze zniewolenia religijnego jako zadanie elit intelektualnych i warunek postępu – to tematy, które nadal mogą stanowić inspirację ciekawych rozważań i dyskusji.

Pośmiertne dzieje Łyszczyńskiego dodają tej postaci nimbu myśliciela wyklętego – to właściwie historia milczenia na jego temat. W katolickiej Polsce nie mogło być inaczej. Na dodatek jego tragiczna śmierć kładła się cieniem na legendzie króla Jana III Sobieskiego. Także za czasów PRL Łyszczyński był postacią niewygodną dla władzy, bo urodził się o dosłownie kilka kilometrów za daleko na wschód – na terenie ówczesnego Związku Radzieckiego.

W Związku Radzieckim Kazimierz Łyszczyński był sztandarową postacią ateizmu. W Muzeum Ateizmu w Wilnie centralne miejsce zajmował monumentalny witraż przedstawiający jego egzekucję. Powstało też kilka upamiętniających Łyszczyńskiego dzieł malarskich. Niestety wspomniany witraż uległ kompletnemu zniszczeniu podczas prac remontowych, przywracających gmachowi Muzeum Ateizmu sakralny charakter (był to dawny i obecny kościół św. Kazimierza). Tylko w Białorusi Łyszczyński jest nadal oficjalnie czczony jako bohater narodowy i jeden z najważniejszych twórców kultury białoruskiej, bo urodził się po obecnie białoruskiej stronie polskiej granicy.

Postać Łyszczyńskiego, a także jego dzieło – choć znane tylko z kilku cytatów – ma duży, ciągle niewykorzystany potencjał kulturotwórczy. Jako ten, który „zapalał światło rozumu” i poniósł śmierć za prawo do wyrażania własnych poglądów, mógłby stać się nie tylko patronem międzynarodowych sympozjów czy konferencji naukowych, ale także przedmiotem dalszych badań nad nim samym. Dwie liczące zaledwie po kilkadziesiąt stron i niemal nieznane publikacje na jego temat z 1955 i 1989 roku (Józef Wielowski – Sprawa Kazimierza Łyszczyńskiego i Andrzej Nowicki – Kazimierz Łyszczyński 1634-1689) to stanowczo za mało, aby spopularyzować i docenić tę niezwykłą postać.

W Polsce niemal kompletnie brak zainteresowania elit intelektualnych przywróceniem społeczeństwu polskiemu pamięci o niezwykłej postaci Łyszczyńskiego i jego stanowiącym światowy ewenement traktacie O nieistnieniu Boga. Nie powstał komitet budowy pomnika Łyszczyńskiego, choć taki pomnik – ze względu na wagę intelektualną i niezwykłość losów Łyszczyńskiego byłby bez wątpienia wielką atrakcją turystyczną Warszawy. Mógłby wręcz stać się symbolem stolicy Polski, konkurującym z warszawską syrenką. A przede wszystkim kolejną, niezwykle atrakcyjną – i bardzo w duchu współczesnej Europy – wizytówka polskiej kultury. Od brawurowego przypomnienia Kazimierza Łyszczyńskiego dzięki pierwszym Marszom Ateistów w Warszawie kończącym się inscenizacją jego egzekucji – szczególnie wcieleniu się w tę postać Jana Hartmana – minęło już kilka lat. Mimo to postać ta nadal jest przedmiotem zainteresowania tylko nielicznego grona entuzjastów-amatorów, przy kompletnym braku zainteresowania świata nauki i kultury oraz innych środowisk opiniotwórczych. Chciałbym wierzyć, że w tym roku się coś zmieni.

“Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka” – te przełomowe słowa po raz pierwszy od czasów Antyku napisał Polak, Kazimierz Łyszczyński. I prawie nikt na świecie o tym nie wie, a i w Polsce niewielu.

Autor – Adam Patrzyk https://www.facebook.com/adam.patrzyk.5

Kolejny tekst o Łyszczyńskim TU

O Matko Boska, Królowo Polska

Ewa Maria Slaska

Dziś jedno z jej kilkudziesięciu świąt, jakie się obchodzi – wspomnienie Matki Boskiej, która objawiła się małej Bernadetcie w grocie w Lourdes na południu Francji, w pobliżu granicy z Hiszpanią. Uczyniła to kilkanaście razy pomiędzy 11 lutego a 16 lipca 1858 roku.

Bernadetta była pasterką. Miała wtedy 14 lat. To delikatny wiek. Różności się marzą. Piękna dama w białej sukni, przepasana niebieską szarfą.

Tak naprawdę Matka Boska jest ok, jest w końcu jedną z niewielu kobiet w boskim panteonie starych brodatych facetów. Jest znacznie ważniejsza niż “zwykła” święta. Urodziła Boga. Mogłaby być naszą, kobiecą orędowniczką i patronką. Nie jest. Szkoda. W przeciwieństwie do Ewy, która się sprzeciwiła i Bogu, i mężowi, Maria potulnie się na wszystko zgadzała. Otom ja, służebnica Pańska.

Berthold Furthmeyr (1478-1489), Psałterz z Salzburga

Szkoda też, że polityka tak nią sobie wyciera pyski i łapy. To nie jej wina, ale przez to stała się współcześnie, jak wszyscy i wszystko, materiałem na mema. I nie jest to nawet szarganie świętości, raczej tylko pobłażliwe jej prześmiewanie.

O memach była tu już mowa. Konrad o nich napisał (koniecznie przeczytajcie, są tam bardzo ważne informacje), a ja przez kilka odcinków pokazywałam tu różne ciekawskie memy, Monę Lisę, van Gogha, śniadanie na trawie. Teraz przyszła kolej na nią, Matkę Boską Królową Polski.

Ta była chyba najważniejsza. Matka Boska Tęczochowska, skomponowana przez Elżbietę Podleśną.

Podleśna (ur. 1968) – polska psycholożka, psychoterapeutka, działaczka społeczna oraz aktywistka na rzecz praw człowieka; autorka przeróbki obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję i oskarżona o obrazę uczuć religijnych. Matka Boska w Tęczowej Aureoli została umieszczona w kwietniu 2019 roku w Płocku – był to protest przeciwko kościelnej wystawie z okazji Wielkanocy, w której LGBT i gender przedstawione zostały jako grzechy.

Wikipedia pisze, że 13 stycznia 2021 odbyła się w Płocku rozprawa Elżbiety Podleśnej i dwóch innych aktywistek. 2 marca 2021 roku wszystkie trzy zostały uniewinnione. Sąd uznał, że kobiety nie miały zamiaru nikogo obrazić, a jedynie zwracały uwagę na dyskryminację osób LGBT. Ich protest mieści się, zdaniem sądu, w granicach wolności słowa. Sąd podkreślił, że osoby nieheteronormatywne mają swoje miejsce w Kościele. Sędzia przywołała też listy katolików, którzy pisali, że nie czują się obrażeni przez połączenie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej i tęczy.

Potem Marta Frey dodała jej do towarzystwa Matkę Boską od Czarnej Parasolki.

Jest Królową Polski i można powiedzieć, że ma pełne ręce roboty. Ciągle jej ktoś coś zawierza. Najdziwaczniejsze było zawierzenie jej w listopadzie 2021 roku zatruwającej środowisko kopalni Turów na granicy polsko-czeskiej. Z kolei 3 lutego 2022 roku marszałka Sejmu RP, Elżbieta Witek podczas pielgrzymki do Częstochowy zawierzyła opiece NMP sejm polski.

Na pociechę powiem, że nadal ostały się przyjemne wizerunki Maryi Królowej Polski. Przed Bożym Narodzeniem dość często przypomina się, że Matka Boska z Dzieciątkiem jest chrześcijańską wersją wizerunku Izydy piastującej Horusa.

Domena publiczna

2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej facebookowicze przypomnieli, że jest to Matka Boska z Wilkami, czyli starożytna bogini, Pani Zwierząt; też o tym TU pisałam kilka lat temu.

A ostatnio znalazłam na Facebooku Matkę Boską, słynną pisarkę 🙂

PS, wiemy oczywiście, że tu chodzi o Boska, a Polską rządzi jego matka.

Trzej królowie monarchowie

… gdzie spiesznie dążycie?

Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja

Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ewa Maria Slaska

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcież nam Trzej Królowie,
chcecie widzieć Dziecię?
Ono w żłobie nie ma tronu,
i berła nie dzierży,
a proroctwo jego zgonu,
już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna,
Dziecię prześladuje,
wieść okropna, wieść to smutna,
Herod spiski knuje.
Nic monarchów nie odstrasza,
do Betlejem spieszą,
gwiazda zbawcę im ogłasza,
nadzieją się cieszą.

Przed Maryją stoją społem,
Niosą Panu dary.
Przed Jezusem biją czołem,
składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Cóż my damy, kto nam powie,
pałając z miłości.

Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów.
W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.

Trzy księżniczki baktryjskie

Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.

Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli.
Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.

Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

  1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
  2. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
  3. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
  4. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
  5. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.

  • Fenicja: trójca mieszana Baal, Asztarte i Eszmun
  • Babilon: trójca męska Ea, Marduk i Gibil
  • Grecja: trójca kobieca Artemida, Demeter, Hekate & trójca męska Zeus, Posejdon, Hades
  • Mezopotamia: Elil, An i Enki,
  • Egipt: “triada rodzinna” (ojciec, matka, syn) Ozyrys, Izyda, Horus
  • Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
  • Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
  • Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery

Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)

Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

C.b.d.o.

***

We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:

Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka.
Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO?
„Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą.
I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”).
Ufff…
No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.

***

O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:

Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.

I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.

Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)

Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.

***

Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:

Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:

Powiedzcież nam trzy królowe,
gdzie spiesznie dążycie?
do artysty, het na Neukölln
umilić mu życie!!!

(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)

Mietek Węglewicz

Trzech Króli
(kolęda)

Idą mędrcy wschodu,
przez calutki świat
dookoła globu
dwa tysiące lat
Czy pustynia, czy oaza
mróz, czy żar się leje
Kacper, Melchior i Baltazar
idą do Betlejem
Baltazara boli kostka
Kacper łapie dech
Melchior mówi ,,łaska boska
że nie sam,
we trzech”
Idą trzej królowie,
dwa tysiące lat
i dziękują Bogu
za ten piękny świat

Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli

To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!

***
Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki.
Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie!
***

A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:

Wiesław Fiszbach, foto: Ela Kargol

Reblog: Ormianie na Wybrzeżu Gdańskim

Madonna Ormiańska w Gdańsku

Praktycznie wiadomo bardzo niewiele na temat obecności Ormian w dawnym Gdańsku przed 1945 rokiem. Pierwsza zachowana wzmianka z roku 1427 ma związek ze sporem o wynagrodzenie, w którym jedną ze stron był Ormianin o imieniu Janusz. Kolejna znana wzmianka również miała związek z działalnością handlową Ormian w Gdańsku – w 1584 roku bracia Awidokoniuszowie złożyli skargę na rotmistrza Bazylego Żurawickiego o nie wywiązanie się z umowy o dostarczanie zboża. W 1595 roku rada miejska otrzymała prośbę Ormianina Stefana o zwolnienie go od płacenia cła. Oprócz tego odnotowano również interwencje władców polskich związane z innymi spornymi sprawami Ormian. Natomiast w pierwszej połowie XX wieku Ormianie czynnie działali na rzecz budowy portu w Gdyni, wielu z nich przybyło na ziemie gdańskie z innych części Polski w poszukiwaniu pracy i poprawienia warunków bytowych. W zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN zachowała się tylko jedna pozycja w języku ormiańskim, co w sposób symboliczny może świadczyć o naszej niewiedzy na temat obecności dawnych Ormian w naszym mieście.

Zdecydowanie więcej można powiedzieć o Ormianach już w powojennym Gdańsku. I tu mała dygresja: należy pamiętać, iż współcześnie rozróżnia się dwa określenia odnoszące się do osób narodowości ormiańskiej. Poprzez termin Polscy Ormianie (pisane z wielkiej litery jako nazwa własna) rozumie się osoby przybyłe do Polski już w średniowieczu lub w czasach dawnej Rzeczpospolitej, silnie zakorzenione i zintegrowane z ludnością polską. Potomkowie tych Ormian z czasem przesiąknęli tak kulturą polską, że ich tożsamość narodową identyfikowały jedynie charakterystycznie brzmiące nazwiska biorące swój źródłosłów od imion i z końcówką -icz, np. Abgarowicz, Teodorowicz, Mojzesowicz, Kajetanowicz etc. Ważnym czynnikiem decydującym o ich tożsamości była też przynależność do tzw. obrządku ormiańskiego, czyli przynależność do struktur kościoła katolickiego po przystąpieniu w roku 1630 do unii wyznaniowej. Polscy Ormianie żyjąc głównie na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczpospolitej tworzyli zwarte społeczności np. w Kutach, Stanisławowie, Śniatyniu czy Lwowie. Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to dawne tereny ich zamieszkiwania nie weszły w skład państwa polskiego. Główne kierunki repatriacji poszły w stronę Małopolski i Śląska oraz Warszawy. Tylko nieliczni dotarli do Poznania, Szczecina, czy właśnie do Gdańska. I gdyby nie dosyć przypadkowy przyjazd w roku 1958 ks. Kazimierza Filipiaka, wraz z cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej, to dziś Gdańsk zapewne nie byłby tak kojarzony z Ormianami, (…) a środowisko ormiańskie w Gdańsku siłą rzeczy nigdy nie było zbyt mocne. Natomiast warto jednocześnie zaznaczyć, że ks. Filipiak czynił duże starania w celu integracji tego środowiska na terenie całej Polski. Czasy jego działalności nie były jednak, jak zapewne wszyscy wiedzą, zbyt łatwe i zakres tej działalności był dosyć ograniczony. Ks. Filipiak utrzymywał bardzo liczny kontaktkorespondencyjny z wieloma rodzinami ormiańskimi, jak również dość często wyjeżdżał z posługą duszpasterską (chrzty, śluby, pogrzeby) do różnych, nieraz bardzo odległych, miast w Polsce. W Gdańsku natomiast działalność integracyjna koncentrowała się na podtrzymywaniu więzi religijnych i towarzyskich. Za życia ks. Filipiaka taką okazją było Triduum odpustowe związane z corocznymi obchodami kolejnych rocznic koronacji Cudownego Obrazu. Ważne były również spotkania “przy stole”, po uroczystej wieczornej mszy świętej 6 stycznia, czyli obchodach Epifanii, której znaczenie było zawsze szczególnie podkreślane przez ks. Filipiaka.

Pewną zmianę w środowisku ormiańskim stanowiło powołanie w roku 1981 przy Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską (w Gdańsku od 1983 roku). Była to namiastka sformalizowanej świeckiej działalności organizacyjnej. Podobne koła powstały wcześniej w Warszawie i Krakowie dając podstawę do prób mających na celu większą integrację Ormian. Ta działalność integracyjna przeplatała się również w ramach innych stowarzyszeń skupiających wszystkich kresowiaków. (np. wiceszefem Koła Ormiańskiego w Gdańsku jest pani Irma Antkowiak-Dąbrowska, Prezes gdańskiego Koła Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego). Wśród osób związanych z tamtym okresem działalności ks. Filipiaka, jak również Koła Ormiańskiego, należy wymienić: urodzonego w Wadowicach, Adama Oroszeny Bohdanowicza, długoletniego prezesa Koła Ormiańskiego. Był on przyjacielem szkolnym Karola Wojtyły. Zmarł w grudniu 2001 roku. W tym samym roku zmarł również Władysław Zachariasiewicz. Wśród osób wymienionych nie może zabraknąć nieżyjących już: panów Mariana Abgarowicza (pierwszy prezes koła Ormiańskiego), Tadeusza Agopsowicza, Zdzisława Zielińskiego.

Żyją i nadal zachowują dużą aktywność w środowisku: Ewa Bąkowska (z rodziny Wartanowiczów), Władysław Dobrowolski (z rodziny Axentowiczów i Łukasiewiczów), Zofia Torosiewicz-Zielińska, Wojciech Zachariasiewicz (syn Władysława, obecny prezes Koła Ormiańskiego). Również pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Isakiewiczów) była pisarka Stanisława Fleszarowa-Muskat zmarła w roku 1989. Do swoich ormiańskich korzeni przyznaje się znany gdański dziennikarz telewizyjny Marek Ponikowski a także obecny marszałek senatu Bogdan Borusewicz.

Niezwykle cenną pozycją na temat osób pochodzenia ormiańskiego i ich biogramów jest 25 numer biuletynu warszawskiego Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską opracowany przez Mariusza Gizowskiego (Ormianie na wybrzeżu Gdańskim). Autor na podstawie informacji uzyskanych jeszcze za życia ks. Filipiaka i badań własnych zebrał dane 64 osób.

W roku 1999 dekretem księdza prymasa (zwierzchnika katolików obrządku ormiańskiego) przy naszej parafii utworzono parafię personalną dla katolików obrządku ormiańskiego, a duszpasterzem mianowano ks. Prałata Cezarego Annusewicza. Nominalnie opiekę duszpasterską sprawuje również ks. ormiański Artur Avdalyan, Ormianin urodzony w Gruzji a obecnie mieszkający w Warszawie, który okazjonalnie sprawuję liturgię mszy świętej w obrządku ormiańskim w naszym kościele (ostatnio: 4 stycznia 2009 roku).

Powróćmy raz jeszcze do dygresji ze wstępu tego tekstu, a mianowicie do rozróżnienia osób narodowości ormiańskiej. Wspomniano tam, że Polscy Ormianie to potomkowie dawnych mieszkańców Armenii, którzy uciekając przed prześladowaniami i szukając możliwości poprawy swojego losu osiedlili się na ziemiach polskich. Była to pierwsza tzw. fala emigracji, kolejna miała miejsce po pierwszej wojnie światowej i wiązała się z tzw. Genocydem (ludobójstwem) Ormian w Turcji w roku 1915 i utratą niepodległości Armenii w roku 1920 na rzecz sowieckiej Rosji. Potomkowie tych Ormian, jak już wspomniano, ulegli bardzo silnej asymilacji i dziś nierzadko mają bardzo małą świadomość swoich korzeni. Natomiast trzecia fala emigracji nastąpiła stosunkowo niedawno, czyli po roku 1991, kiedy to rozpadł się Związek Radziecki a Republika Armenii oficjalnie proklamowała niepodległość i pełną suwerenność.

Lata dziewięćdziesiąte to czas, gdy praktycznie każdy Polak prawie codziennie spotykał głównie na targowiskach, charakterystyczne osoby o ciemnej karnacji, trudniące się drobnym handlem. Przyjmuje się, że w tym czasie jednorazowo na terenie Polski mogło przebywać do stu tysięcy Ormian. Przebywali oni często w naszym kraju nielegalnie i tak jak kiedyś Polacy w okresie stanu wojennego na Zachodzie, imali się różnorakich dorywczych zajęć. Większość z nich traktowała nasz kraj jako “tranzyt” w dalszej wędrówce na Zachód lub jako miejsce tymczasowego pobytu w celach zarobkowych. Często bazarowym handlem zajmowały się osoby legitymizujące się dyplomami wyższych uczelni i stopniami naukowymi, wiążąc się z handlem wyłącznie z konieczności. Pobytowi sprzyjała w miarę duża znajomość języka rosyjskiego, tak Polaków jak i Ormian, którzy mogli się w tym języku porozumiewać. Istniały wówczas również dosyć liberalne przepisy umożliwiające legalizację czasowego pobytu. Bywali jednak i tacy Ormianie, którzy od początku planowali osiedlić się na stałe w Polsce i szukali zajęć zgodnych z ich wykształceniem i profesją. Niestety czas ten trwał stosunkowo krótko, wraz ze zbliżaniem się terminu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaostrzono przepisy emigracyjne. Początek XXI wieku to czas licznych deportacji i wyjazdów albo dalej na Zachód albo częściej na Wschód do Rosji, spora grupa wróciła z powrotem do Armenii. Odnosiło się wrażenie, że władze ormiańskie czyniły zabiegi aby uniemożliwiać legalny pobyt w Polsce jak największej liczbie Ormian. Ambasada ormiańska stawiała sobie za cel skłonienie jak najliczniejszego grona Ormian do powrotu. Natomiast w Polsce, obok rygorystycznych przepisów prawnych, utrwalano w mediach niekorzystny obraz Ormian przesadnie nagłaśniając informacje o działających grupach mafijnych. Niechęć do Ormian wiązała się także z ogólnym pejoratywnym traktowaniem wszystkich tzw. “Ruskich”, co w stosunku do Ormian było dodatkowo bardzo krzywdzące. Warto również wspomnieć, że Ormianie z Armenii to najczęściej członkowie tzw. Kościoła Apostolskiego z własnym zwierzchnikiem czyli patriarchą w Eczmiadzynie, czyli w religijnej stolicy kościoła ormiańskiego. Religijni Ormianie stosunkowo łatwo przełamywali opór i z braku swoich kościołów zaczęli uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Należy pamiętać, że Armenia to pierwsze państwo, które przyjęło oficjalnie chrześcijaństwo w roku 301 a tradycja kościoła ormiańskiego związana jest z działalnością apostoła Bartłomieja i Judy Tadeusza.

Obecnie w Gdańsku i okolicach mieszka całkowicie zgodnie z prawem kilkadziesiąt rodzin ormiańskich. Najczęściej posiadają tzw. kartę czasowego lub stałego pobytu, co w praktyce oznacza jedynie brak prawa wyborczego i faktycznie zrównuje ich ze statusem rodowitych Polaków. Wielu stara się o uzyskanie pełni praw, czyli obywatelstwa polskiego. I ci polscy Ormianie (pisani z małej litery) to rdzenni mieszkańcy Armenii czasowo lub na stałe mieszkający w Polsce czyli Ormianie w Polsce. Ich nazwiska kończą się najczęściej na -nian, -jan, lub -yan, np. Grigorjan, Hovakimian, Vardikyan. A gdy przed nazwiskiem jest przedrostek Ter-, to ślad po tym, że w tej rodzinie jakiś przodek był duchownym.

Wśród tej grupy polskich Ormian mieszkających od wielu lat na Wybrzeżu warto wspomnieć o malarzach: Argisztim Agadzanianie i Gagiku Parsamianie. Obrazy Argisztiego każdy może zobaczyć w restauracji Spiritus Snctus i obok niej przy ul. Ducha Świętego w Gdańsku. Obrazy i ceramikę Gagika Parsamiana można nabyć w galerii Nairi przy ul. Mariackiej, którą prowadzi jego żona Arpenik Grigoryan. Kowalstwem artystycznym zajmują się Edo i Narine Ganjalyan. Nauczaniem gry na fortepianie od wielu lat podobnie jak w Armenii zajmuje się Wiktoria Ter-Grigorjan, żona pracownika naukowego Uniwersytetu Gdańskiego Norajra Ter-Grigorjana. Norajr jest filologiem klasycznym, autorem podręcznika do nauki łaciny jak również współautorem słownika polsko-ormiańskiego a w Armenii słownika rosyjsko-ormiańskiego. Jedną z najdłużej mieszkających osób w Gdańsku jest pani Marietta Radom (po mężu) utrzymująca się z fryzjerstwa. Spore grono Ormian trudniących się handlem mieszka w Gdyni i Rumi. Niezwykle barwną postacią jest Karen Yemendzjan reżyser z wykształcenia, zajmujący się z powodzeniem tajnikami medycyny niekonwencjonalnej. W sumie można szacować, że obecnie w okolicach Gdańska mieszka około 30 rodzin ormiańskich.

Z biegiem lat dorosło już nowe pokolenie Ormian w Polsce, to dzieci emigrantów dorastające lub urodzone już w Polsce, świetnie mówiące po polsku i często utożsamiające się już całkowicie z kulturą polską. Część młodzieży zna już jedynie biernie język ormiański. Przy naszym kościele w latach 2001-2 działała nawet niedzielna szkółka ormiańska prowadzona przez Norajra Ter-Grigorjana, której celem była nauka języka ormiańskiego dzieci ormiańskich. Tak więc proces asymilacji trwa i dziś można śmiało powiedzieć, że w Gdańsku i jego okolicach najliczniejszą grupę Ormian Polskich stanowią Ormianie “trzeciej fali”.

opracował Arek Staniszewski (Oliwa, styczeń 2009)

Wspomnienia o Maryli (14)

Magdalena Ciechomska

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Maryi, czyli, zgodnie z kalendarzem rolniczym, w polskiej tradycji ludowej – Matki Boskiej Zielnej. To święto plonów, tzw. Dożynki. W tym czasie rolnicy zanoszą do sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze wieńce uwite z kłosów zboża i kwiatów, kosze dojrzałych warzyw i owoców. Podczas mszy w kościołach rytualnie święci się „ziele”, czyli przyniesione przez wiernych (przede wszystkim kobiety) bukiety z kwiatów, ziół i kłosów zboża. To bardzo kobiece święto, łączące kult dziewiczej Matki Chrystusa z dawnymi, pogańskimi bóstwami płodności i urodzaju, zawsze urzekało Marylę. Kilka dni przed, jeśli akurat nie mogła być w Polsce, telefonowała do nas, przypominając, po pierwsze – o wywieszeniu flagi (bo to narodowe święto, zwycięstwa nad bolszewicką Rosją), po drugie – z prośbą o zrobienie lub kupienie dla niej ziela i poświęcenia go w kościele. Jeśli przyjeżdżała do Warszawy, to często na ten dzień udawała się do Grójca, do cioci, wtedy tam obie panie szły na mszę z bukietami. Te bukiety zawieszała na ścianach w swoim mieszkaniu, zgodnie z tradycją. Są tam do dziś, zebrane chyba z jakichś pięciu lat, już mocno zakurzone, ale nie zdejmuję ich. Zostałyby po nich puste miejsca.

Na wsi poświęcone ziele umieszczało się nad drzwiami domu, miało chronić przed złem i przynosić pomyślność. Podczas letniej burzy zapalano gromnicę, poświęconą w święto Ofiarowania, 14 lutego i odmawiano modlitwę. Taką świecę Maryla zabrała też ze sobą do Berlina. Gromnicę często stawia się przy łożu zmarłego, chociaż zgodnie z zasadami liturgii powinna być to raczej ta sama świeca, którą zapalono przy chrzcie człowieka. Ponieważ jednak często świecy chrzcielnej nie można już odnaleźć, zastępuje ją gromnica. W modlitwie „Zdrowaś Mario” powtarzamy: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…” Tak właśnie łączą się w rytuałach ku czci Bogurodzicy: narodziny, śmierć i zmartwychwstanie, płodność natury i obecny w niej cykl obumierania i powtórnych narodzin. Dostrzeganie tych związków fascynowało zawsze zarówno mnie jak i Marylę. Teraz, patrząc na zasuszone zioła i kwiaty na ścianach jej mieszkania, przypominam sobie, jak dekorowano groby w czasach mego dzieciństwa. Latem świeżymi kwiatami, w Dzień Zaduszny – zasuszonymi. Zanim pojawiły się chryzantemy, a później – sztuczne wiązanki, na cmentarzach, zwłaszcza wiejskich, podziwiałam kunsztowne dekoracje z gałązek jedliny i tzw. „suszków”, specjalnego rodzaju kwiatów, było ich zresztą wiele odmian, różnych kolorów i kształtów. Widok zasuszonych kwiatów przywołuje wiele skojarzeń: pamiątka lata, które przeminęło, utrwalone delikatne barwy, które jednak płowieją, zanikają wraz z upływem czasu, rozsypywanie się w proch…

Ostatni obraz, jaki zapisał się w mojej pamięci po śmierci Maryli, to fotografia jej rąk, bladych, szczupłych, ze śladami po wenflonie, owiniętych różańcem. Na jej grobie stawiamy świeże kwiaty. Albo – zasuszone.

Foto: Ewa Maria Slaska

Reblog: Niewiasta nieniewieścia

Tygodnik powszechny

Agnieszka Piskozub-Piwosz

09.08.2021

Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.

Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r.
DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczys­tość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzyd­lewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.

Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?

Kobieta i jej cnoty

Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.

Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.

Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.

Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.

Między Akatystem a porno

Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.

Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.

W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.

Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.

To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.

Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.

Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.

Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.

Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?

Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”

A jednak wszechobecnie bliska

Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.

Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.

O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.

A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.

Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.

Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.

To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.

Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?

Podwójnie nieznana

Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.

Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.

Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.

Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.

Witaj, Niewiasto nieniewieścia! ©

Autorka jest teolożką, religioznawczynią i anglistką. Współpracuje z „Magazynem Kontakt”.