Trzej królowie monarchowie

… gdzie spiesznie dążycie?

Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja

Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Ewa Maria Slaska

Mędrcy świata, monarchowie,
gdzie śpiesznie dążycie?
Powiedzcież nam Trzej Królowie,
chcecie widzieć Dziecię?
Ono w żłobie nie ma tronu,
i berła nie dzierży,
a proroctwo jego zgonu,
już się w świecie szerzy.

Mędrcy świata, złość okrutna,
Dziecię prześladuje,
wieść okropna, wieść to smutna,
Herod spiski knuje.
Nic monarchów nie odstrasza,
do Betlejem spieszą,
gwiazda zbawcę im ogłasza,
nadzieją się cieszą.

Przed Maryją stoją społem,
Niosą Panu dary.
Przed Jezusem biją czołem,
składają ofiary.
Trzykroć szczęśliwi królowie,
Któż wam nie zazdrości?
Cóż my damy, kto nam powie,
pałając z miłości.

Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów.
W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.

Trzy księżniczki baktryjskie

Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.

Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli.
Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.

Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.

  1. Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
  2. Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
  3. Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
  4. Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
  5. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.

My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.

  • Fenicja: trójca mieszana Baal, Asztarte i Eszmun
  • Babilon: trójca męska Ea, Marduk i Gibil
  • Grecja: trójca kobieca Artemida, Demeter, Hekate & trójca męska Zeus, Posejdon, Hades
  • Mezopotamia: Elil, An i Enki,
  • Egipt: “triada rodzinna” (ojciec, matka, syn) Ozyrys, Izyda, Horus
  • Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
  • Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
  • Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery

Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)

Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

C.b.d.o.

***

We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:

Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka.
Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO?
„Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą.
I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”).
Ufff…
No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.

***

O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:

Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.

I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.

Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)

Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.

***

Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:

Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:

Powiedzcież nam trzy królowe,
gdzie spiesznie dążycie?
do artysty, het na Neukölln
umilić mu życie!!!

(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)

Mietek Węglewicz

Trzech Króli
(kolęda)

Idą mędrcy wschodu,
przez calutki świat
dookoła globu
dwa tysiące lat
Czy pustynia, czy oaza
mróz, czy żar się leje
Kacper, Melchior i Baltazar
idą do Betlejem
Baltazara boli kostka
Kacper łapie dech
Melchior mówi ,,łaska boska
że nie sam,
we trzech”
Idą trzej królowie,
dwa tysiące lat
i dziękują Bogu
za ten piękny świat

Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli

To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!

***
Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki.
Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie!
***

A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:

Wiesław Fiszbach, foto: Ela Kargol

Reblog: Ormianie na Wybrzeżu Gdańskim

Madonna Ormiańska w Gdańsku

Praktycznie wiadomo bardzo niewiele na temat obecności Ormian w dawnym Gdańsku przed 1945 rokiem. Pierwsza zachowana wzmianka z roku 1427 ma związek ze sporem o wynagrodzenie, w którym jedną ze stron był Ormianin o imieniu Janusz. Kolejna znana wzmianka również miała związek z działalnością handlową Ormian w Gdańsku – w 1584 roku bracia Awidokoniuszowie złożyli skargę na rotmistrza Bazylego Żurawickiego o nie wywiązanie się z umowy o dostarczanie zboża. W 1595 roku rada miejska otrzymała prośbę Ormianina Stefana o zwolnienie go od płacenia cła. Oprócz tego odnotowano również interwencje władców polskich związane z innymi spornymi sprawami Ormian. Natomiast w pierwszej połowie XX wieku Ormianie czynnie działali na rzecz budowy portu w Gdyni, wielu z nich przybyło na ziemie gdańskie z innych części Polski w poszukiwaniu pracy i poprawienia warunków bytowych. W zbiorach Biblioteki Gdańskiej PAN zachowała się tylko jedna pozycja w języku ormiańskim, co w sposób symboliczny może świadczyć o naszej niewiedzy na temat obecności dawnych Ormian w naszym mieście.

Zdecydowanie więcej można powiedzieć o Ormianach już w powojennym Gdańsku. I tu mała dygresja: należy pamiętać, iż współcześnie rozróżnia się dwa określenia odnoszące się do osób narodowości ormiańskiej. Poprzez termin Polscy Ormianie (pisane z wielkiej litery jako nazwa własna) rozumie się osoby przybyłe do Polski już w średniowieczu lub w czasach dawnej Rzeczpospolitej, silnie zakorzenione i zintegrowane z ludnością polską. Potomkowie tych Ormian z czasem przesiąknęli tak kulturą polską, że ich tożsamość narodową identyfikowały jedynie charakterystycznie brzmiące nazwiska biorące swój źródłosłów od imion i z końcówką -icz, np. Abgarowicz, Teodorowicz, Mojzesowicz, Kajetanowicz etc. Ważnym czynnikiem decydującym o ich tożsamości była też przynależność do tzw. obrządku ormiańskiego, czyli przynależność do struktur kościoła katolickiego po przystąpieniu w roku 1630 do unii wyznaniowej. Polscy Ormianie żyjąc głównie na Kresach południowo-wschodnich dawnej Rzeczpospolitej tworzyli zwarte społeczności np. w Kutach, Stanisławowie, Śniatyniu czy Lwowie. Sytuacja ta diametralnie zmieniła się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy to dawne tereny ich zamieszkiwania nie weszły w skład państwa polskiego. Główne kierunki repatriacji poszły w stronę Małopolski i Śląska oraz Warszawy. Tylko nieliczni dotarli do Poznania, Szczecina, czy właśnie do Gdańska. I gdyby nie dosyć przypadkowy przyjazd w roku 1958 ks. Kazimierza Filipiaka, wraz z cudownym obrazem Matki Bożej Łaskawej, to dziś Gdańsk zapewne nie byłby tak kojarzony z Ormianami, (…) a środowisko ormiańskie w Gdańsku siłą rzeczy nigdy nie było zbyt mocne. Natomiast warto jednocześnie zaznaczyć, że ks. Filipiak czynił duże starania w celu integracji tego środowiska na terenie całej Polski. Czasy jego działalności nie były jednak, jak zapewne wszyscy wiedzą, zbyt łatwe i zakres tej działalności był dosyć ograniczony. Ks. Filipiak utrzymywał bardzo liczny kontaktkorespondencyjny z wieloma rodzinami ormiańskimi, jak również dość często wyjeżdżał z posługą duszpasterską (chrzty, śluby, pogrzeby) do różnych, nieraz bardzo odległych, miast w Polsce. W Gdańsku natomiast działalność integracyjna koncentrowała się na podtrzymywaniu więzi religijnych i towarzyskich. Za życia ks. Filipiaka taką okazją było Triduum odpustowe związane z corocznymi obchodami kolejnych rocznic koronacji Cudownego Obrazu. Ważne były również spotkania “przy stole”, po uroczystej wieczornej mszy świętej 6 stycznia, czyli obchodach Epifanii, której znaczenie było zawsze szczególnie podkreślane przez ks. Filipiaka.

Pewną zmianę w środowisku ormiańskim stanowiło powołanie w roku 1981 przy Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską (w Gdańsku od 1983 roku). Była to namiastka sformalizowanej świeckiej działalności organizacyjnej. Podobne koła powstały wcześniej w Warszawie i Krakowie dając podstawę do prób mających na celu większą integrację Ormian. Ta działalność integracyjna przeplatała się również w ramach innych stowarzyszeń skupiających wszystkich kresowiaków. (np. wiceszefem Koła Ormiańskiego w Gdańsku jest pani Irma Antkowiak-Dąbrowska, Prezes gdańskiego Koła Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego). Wśród osób związanych z tamtym okresem działalności ks. Filipiaka, jak również Koła Ormiańskiego, należy wymienić: urodzonego w Wadowicach, Adama Oroszeny Bohdanowicza, długoletniego prezesa Koła Ormiańskiego. Był on przyjacielem szkolnym Karola Wojtyły. Zmarł w grudniu 2001 roku. W tym samym roku zmarł również Władysław Zachariasiewicz. Wśród osób wymienionych nie może zabraknąć nieżyjących już: panów Mariana Abgarowicza (pierwszy prezes koła Ormiańskiego), Tadeusza Agopsowicza, Zdzisława Zielińskiego.

Żyją i nadal zachowują dużą aktywność w środowisku: Ewa Bąkowska (z rodziny Wartanowiczów), Władysław Dobrowolski (z rodziny Axentowiczów i Łukasiewiczów), Zofia Torosiewicz-Zielińska, Wojciech Zachariasiewicz (syn Władysława, obecny prezes Koła Ormiańskiego). Również pochodzenia ormiańskiego (z rodziny Isakiewiczów) była pisarka Stanisława Fleszarowa-Muskat zmarła w roku 1989. Do swoich ormiańskich korzeni przyznaje się znany gdański dziennikarz telewizyjny Marek Ponikowski a także obecny marszałek senatu Bogdan Borusewicz.

Niezwykle cenną pozycją na temat osób pochodzenia ormiańskiego i ich biogramów jest 25 numer biuletynu warszawskiego Koła Zainteresowań Kulturą Ormiańską opracowany przez Mariusza Gizowskiego (Ormianie na wybrzeżu Gdańskim). Autor na podstawie informacji uzyskanych jeszcze za życia ks. Filipiaka i badań własnych zebrał dane 64 osób.

W roku 1999 dekretem księdza prymasa (zwierzchnika katolików obrządku ormiańskiego) przy naszej parafii utworzono parafię personalną dla katolików obrządku ormiańskiego, a duszpasterzem mianowano ks. Prałata Cezarego Annusewicza. Nominalnie opiekę duszpasterską sprawuje również ks. ormiański Artur Avdalyan, Ormianin urodzony w Gruzji a obecnie mieszkający w Warszawie, który okazjonalnie sprawuję liturgię mszy świętej w obrządku ormiańskim w naszym kościele (ostatnio: 4 stycznia 2009 roku).

Powróćmy raz jeszcze do dygresji ze wstępu tego tekstu, a mianowicie do rozróżnienia osób narodowości ormiańskiej. Wspomniano tam, że Polscy Ormianie to potomkowie dawnych mieszkańców Armenii, którzy uciekając przed prześladowaniami i szukając możliwości poprawy swojego losu osiedlili się na ziemiach polskich. Była to pierwsza tzw. fala emigracji, kolejna miała miejsce po pierwszej wojnie światowej i wiązała się z tzw. Genocydem (ludobójstwem) Ormian w Turcji w roku 1915 i utratą niepodległości Armenii w roku 1920 na rzecz sowieckiej Rosji. Potomkowie tych Ormian, jak już wspomniano, ulegli bardzo silnej asymilacji i dziś nierzadko mają bardzo małą świadomość swoich korzeni. Natomiast trzecia fala emigracji nastąpiła stosunkowo niedawno, czyli po roku 1991, kiedy to rozpadł się Związek Radziecki a Republika Armenii oficjalnie proklamowała niepodległość i pełną suwerenność.

Lata dziewięćdziesiąte to czas, gdy praktycznie każdy Polak prawie codziennie spotykał głównie na targowiskach, charakterystyczne osoby o ciemnej karnacji, trudniące się drobnym handlem. Przyjmuje się, że w tym czasie jednorazowo na terenie Polski mogło przebywać do stu tysięcy Ormian. Przebywali oni często w naszym kraju nielegalnie i tak jak kiedyś Polacy w okresie stanu wojennego na Zachodzie, imali się różnorakich dorywczych zajęć. Większość z nich traktowała nasz kraj jako “tranzyt” w dalszej wędrówce na Zachód lub jako miejsce tymczasowego pobytu w celach zarobkowych. Często bazarowym handlem zajmowały się osoby legitymizujące się dyplomami wyższych uczelni i stopniami naukowymi, wiążąc się z handlem wyłącznie z konieczności. Pobytowi sprzyjała w miarę duża znajomość języka rosyjskiego, tak Polaków jak i Ormian, którzy mogli się w tym języku porozumiewać. Istniały wówczas również dosyć liberalne przepisy umożliwiające legalizację czasowego pobytu. Bywali jednak i tacy Ormianie, którzy od początku planowali osiedlić się na stałe w Polsce i szukali zajęć zgodnych z ich wykształceniem i profesją. Niestety czas ten trwał stosunkowo krótko, wraz ze zbliżaniem się terminu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaostrzono przepisy emigracyjne. Początek XXI wieku to czas licznych deportacji i wyjazdów albo dalej na Zachód albo częściej na Wschód do Rosji, spora grupa wróciła z powrotem do Armenii. Odnosiło się wrażenie, że władze ormiańskie czyniły zabiegi aby uniemożliwiać legalny pobyt w Polsce jak największej liczbie Ormian. Ambasada ormiańska stawiała sobie za cel skłonienie jak najliczniejszego grona Ormian do powrotu. Natomiast w Polsce, obok rygorystycznych przepisów prawnych, utrwalano w mediach niekorzystny obraz Ormian przesadnie nagłaśniając informacje o działających grupach mafijnych. Niechęć do Ormian wiązała się także z ogólnym pejoratywnym traktowaniem wszystkich tzw. “Ruskich”, co w stosunku do Ormian było dodatkowo bardzo krzywdzące. Warto również wspomnieć, że Ormianie z Armenii to najczęściej członkowie tzw. Kościoła Apostolskiego z własnym zwierzchnikiem czyli patriarchą w Eczmiadzynie, czyli w religijnej stolicy kościoła ormiańskiego. Religijni Ormianie stosunkowo łatwo przełamywali opór i z braku swoich kościołów zaczęli uczestniczyć w nabożeństwach katolickich. Należy pamiętać, że Armenia to pierwsze państwo, które przyjęło oficjalnie chrześcijaństwo w roku 301 a tradycja kościoła ormiańskiego związana jest z działalnością apostoła Bartłomieja i Judy Tadeusza.

Obecnie w Gdańsku i okolicach mieszka całkowicie zgodnie z prawem kilkadziesiąt rodzin ormiańskich. Najczęściej posiadają tzw. kartę czasowego lub stałego pobytu, co w praktyce oznacza jedynie brak prawa wyborczego i faktycznie zrównuje ich ze statusem rodowitych Polaków. Wielu stara się o uzyskanie pełni praw, czyli obywatelstwa polskiego. I ci polscy Ormianie (pisani z małej litery) to rdzenni mieszkańcy Armenii czasowo lub na stałe mieszkający w Polsce czyli Ormianie w Polsce. Ich nazwiska kończą się najczęściej na -nian, -jan, lub -yan, np. Grigorjan, Hovakimian, Vardikyan. A gdy przed nazwiskiem jest przedrostek Ter-, to ślad po tym, że w tej rodzinie jakiś przodek był duchownym.

Wśród tej grupy polskich Ormian mieszkających od wielu lat na Wybrzeżu warto wspomnieć o malarzach: Argisztim Agadzanianie i Gagiku Parsamianie. Obrazy Argisztiego każdy może zobaczyć w restauracji Spiritus Snctus i obok niej przy ul. Ducha Świętego w Gdańsku. Obrazy i ceramikę Gagika Parsamiana można nabyć w galerii Nairi przy ul. Mariackiej, którą prowadzi jego żona Arpenik Grigoryan. Kowalstwem artystycznym zajmują się Edo i Narine Ganjalyan. Nauczaniem gry na fortepianie od wielu lat podobnie jak w Armenii zajmuje się Wiktoria Ter-Grigorjan, żona pracownika naukowego Uniwersytetu Gdańskiego Norajra Ter-Grigorjana. Norajr jest filologiem klasycznym, autorem podręcznika do nauki łaciny jak również współautorem słownika polsko-ormiańskiego a w Armenii słownika rosyjsko-ormiańskiego. Jedną z najdłużej mieszkających osób w Gdańsku jest pani Marietta Radom (po mężu) utrzymująca się z fryzjerstwa. Spore grono Ormian trudniących się handlem mieszka w Gdyni i Rumi. Niezwykle barwną postacią jest Karen Yemendzjan reżyser z wykształcenia, zajmujący się z powodzeniem tajnikami medycyny niekonwencjonalnej. W sumie można szacować, że obecnie w okolicach Gdańska mieszka około 30 rodzin ormiańskich.

Z biegiem lat dorosło już nowe pokolenie Ormian w Polsce, to dzieci emigrantów dorastające lub urodzone już w Polsce, świetnie mówiące po polsku i często utożsamiające się już całkowicie z kulturą polską. Część młodzieży zna już jedynie biernie język ormiański. Przy naszym kościele w latach 2001-2 działała nawet niedzielna szkółka ormiańska prowadzona przez Norajra Ter-Grigorjana, której celem była nauka języka ormiańskiego dzieci ormiańskich. Tak więc proces asymilacji trwa i dziś można śmiało powiedzieć, że w Gdańsku i jego okolicach najliczniejszą grupę Ormian Polskich stanowią Ormianie “trzeciej fali”.

opracował Arek Staniszewski (Oliwa, styczeń 2009)

Wspomnienia o Maryli (14)

Magdalena Ciechomska

Jest 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Maryi, czyli, zgodnie z kalendarzem rolniczym, w polskiej tradycji ludowej – Matki Boskiej Zielnej. To święto plonów, tzw. Dożynki. W tym czasie rolnicy zanoszą do sanktuarium maryjnego na Jasnej Górze wieńce uwite z kłosów zboża i kwiatów, kosze dojrzałych warzyw i owoców. Podczas mszy w kościołach rytualnie święci się „ziele”, czyli przyniesione przez wiernych (przede wszystkim kobiety) bukiety z kwiatów, ziół i kłosów zboża. To bardzo kobiece święto, łączące kult dziewiczej Matki Chrystusa z dawnymi, pogańskimi bóstwami płodności i urodzaju, zawsze urzekało Marylę. Kilka dni przed, jeśli akurat nie mogła być w Polsce, telefonowała do nas, przypominając, po pierwsze – o wywieszeniu flagi (bo to narodowe święto, zwycięstwa nad bolszewicką Rosją), po drugie – z prośbą o zrobienie lub kupienie dla niej ziela i poświęcenia go w kościele. Jeśli przyjeżdżała do Warszawy, to często na ten dzień udawała się do Grójca, do cioci, wtedy tam obie panie szły na mszę z bukietami. Te bukiety zawieszała na ścianach w swoim mieszkaniu, zgodnie z tradycją. Są tam do dziś, zebrane chyba z jakichś pięciu lat, już mocno zakurzone, ale nie zdejmuję ich. Zostałyby po nich puste miejsca.

Na wsi poświęcone ziele umieszczało się nad drzwiami domu, miało chronić przed złem i przynosić pomyślność. Podczas letniej burzy zapalano gromnicę, poświęconą w święto Ofiarowania, 14 lutego i odmawiano modlitwę. Taką świecę Maryla zabrała też ze sobą do Berlina. Gromnicę często stawia się przy łożu zmarłego, chociaż zgodnie z zasadami liturgii powinna być to raczej ta sama świeca, którą zapalono przy chrzcie człowieka. Ponieważ jednak często świecy chrzcielnej nie można już odnaleźć, zastępuje ją gromnica. W modlitwie „Zdrowaś Mario” powtarzamy: „Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinę śmierci naszej…” Tak właśnie łączą się w rytuałach ku czci Bogurodzicy: narodziny, śmierć i zmartwychwstanie, płodność natury i obecny w niej cykl obumierania i powtórnych narodzin. Dostrzeganie tych związków fascynowało zawsze zarówno mnie jak i Marylę. Teraz, patrząc na zasuszone zioła i kwiaty na ścianach jej mieszkania, przypominam sobie, jak dekorowano groby w czasach mego dzieciństwa. Latem świeżymi kwiatami, w Dzień Zaduszny – zasuszonymi. Zanim pojawiły się chryzantemy, a później – sztuczne wiązanki, na cmentarzach, zwłaszcza wiejskich, podziwiałam kunsztowne dekoracje z gałązek jedliny i tzw. „suszków”, specjalnego rodzaju kwiatów, było ich zresztą wiele odmian, różnych kolorów i kształtów. Widok zasuszonych kwiatów przywołuje wiele skojarzeń: pamiątka lata, które przeminęło, utrwalone delikatne barwy, które jednak płowieją, zanikają wraz z upływem czasu, rozsypywanie się w proch…

Ostatni obraz, jaki zapisał się w mojej pamięci po śmierci Maryli, to fotografia jej rąk, bladych, szczupłych, ze śladami po wenflonie, owiniętych różańcem. Na jej grobie stawiamy świeże kwiaty. Albo – zasuszone.

Foto: Ewa Maria Slaska

Reblog: Niewiasta nieniewieścia

Tygodnik powszechny

Agnieszka Piskozub-Piwosz

09.08.2021

Świat, w którym słychać sprzeciw wobec wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy na nowo odkryć Maryję.

Zespół taneczny Badatea w bazylice św. Mikołaja w Bari. Włochy, 7 maja 2021 r.
DAVIDE PISCHETTOLA / NURPHOTO / AFP / EAST NEWS

Stawiam dolary przeciwko orzechom, że w kazaniach na uroczys­tość Wniebowzięcia usłyszymy słowo „niewiasta” odmieniane przez wszystkie przypadki i tylko mała część wystąpień będzie egzegezą pierwszego czytania z Apokalipsy i postaci „Niewiasty obleczonej w słońce”. Możliwe, że część kaznodziejów świadomie nawiąże do „cnót niewieścich” – pojęcia, które zrobiło furorę po wypowiedzi Pawła Skrzyd­lewskiego, doradcy ministra edukacji, a później samego ministra Przemysława Czarnka. Nawet tam, gdzie nawiązania nie pojawią się w słowach z ambony, będą obecne w głowach wielu słuchaczek i słuchaczy.

Czy postać Maryi może wesprzeć promocję „cnót niewieścich” wśród dziewcząt i kobiet? A może odniesienia do owych cnót – skojarzone z konkretnym obozem politycznym i jego agendą w edukacji – to niedźwiedzia przysługa względem Matki Jezusa? Możliwe, że dla części słuchaczek i słuchaczy „niewiasta” zabrzmi w tym roku jeszcze bardziej obco i dziwnie niż do tej pory. W ostatnich kilkunastu miesiącach wiele kościelnych słów i gestów zyskało nowe konteksty, tak w wyniku pandemii, jak i ujawniania coraz większej skali przemocy seksualnej ukrywanej w Kościele, oraz coraz wyraźniejszych głosów wskazujących na nierówność kobiet i mężczyzn w naszym społeczeństwie. Czy 15 sierpnia 2021 roku Niewiasta zyska nowe znaczenia?

Kobieta i jej cnoty

Czy ma sens włączanie w wielkie tematy teologiczne bieżących wydarzeń, słów dwóch urzędników związanych z jednym resortem w nie tak wielkim w skali świata kraju, wypowiedzianych w konkretnym miejscu i czasie? Prawdopodobnie sama jeszcze kilkanaście lat temu powiedziałabym, że nie. Interesowałaby mnie tylko „obiektywna prawda o Maryi” i jeśli już nawiązywałabym do bieżącego kontekstu, to tylko po to, by wykazać, jak nie wolno nam mieszać świętej teologii z przemijającą polityką. Dzisiaj jednak myślę podobnie jak Stephen B. Bevans, jeden z klasyków teologii kontekstualnej, który zmianę optyki w swoim życiu przyrównywał do tego, co spotkało Szawła pod Damaszkiem. Bevans stwierdza: „Uprawiać teologię dzisiaj, w perspektywie globalnej, oznacza, o ironio!, zwracać się ku temu, co lokalne”.

Nasza lokalna perspektywa to nie tylko panowie z ministerstwa edukacji, ale także samo posługiwanie się archaicznym terminem „niewiasta” w odniesieniu do Maryi. Zaczyna się to od przekładów czy to słów Jezusa do Maryi w Kanie (J 2, 4), czy wspomnianej już Apokalipsy (Ap 12). Dlaczego nie „kobieta”? Język liturgiczny ma nie tylko u nas skłonność do przechowywania reliktów językowych. Ten anachronizm jest jednak szczególnie ciekawy. W życiu codziennym ze świecą szukać kogoś, kto uznawałby słowo „kobieta” za wulgarne – jednakże pierwotnie (mniej więcej do czasów Naruszewicza) było ono jednoznacznie pejoratywne. Osoba płci żeńskiej nazwana „kobietą” była sprowadzona do obiektu – służebnego i/lub seksualnego – oczywiście w ustach tych, którzy ją tak nazywali, owo sprowadzenie było nie ich dziełem, ale opisem jej obrzydliwej natury. Z czasem „kobieta” zaczęła być używana także jako nośnik innych cech („nikczemna, plugawa, wszeteczna” – jak podaje za autorami XVI- i XVII-wiecznymi „Etymologiczny słownik języka polskiego” Bańkowskiego). Od jakich słów pochodzi „kobieta” – wolę na łamach szacownego „Tygodnika” nie pisać.

Chociaż od XIX w. słowo „kobieta” stało się neutralne, to w mowie kościelnej ciągle unikano go w odniesieniu do Maryi. Była zbyt wyjątkowa, by nazywać ją tak, jak inne osoby płci żeńskiej? Swoją drogą także imię Maryja to wyjątek, jaki ostał się po wielkiej reformie ortograficznej z 1936 r. Wszelkie inne Marie należało od tamtej pory pisać przez „i”.

Słysząc o „cnotach niewieścich”, niezależnie od tego, czy cieszy nas, czy złości pomysł gruntowania ich u uczennic, wyczuwamy, że mowa o czymś innym niż „dzielności kobiece”, choć można by je uznać za synonimiczne.

Między Akatystem a porno

Wiele razy słyszałam, że „niewiasta” to ta, która „nie wie”; tymczasem zarówno protoplasta polskiej etymologii, Brückner, jak i młodszy o kilka pokoleń Bańkowski rekonstruują ten termin jako „nieznana” lub „obca”. Brückner dodaje do tej obcości ważne uwagi: „los jej bywał bardzo ciężki (prześladowano ją w zawody), póki porodzeniem syna (nie córki!) nie dowiodła, że wstąpiły w nią, poznały i uznały ją duchy przodków nowego ogniska”; wówczas z nieznanej stawała się pełnoprawną członkinią rodziny i wówczas nazywano ją już „snechą”, a nie „niewiastą”.

Bańkowski z kolei, znany ze swoich często bezkompromisowych ocen, w przypadku „niewiasty” zaznacza ostrożnie, że „nie przekonuje do końca żadna z 10 różnych prób objaśnienia”. Idąc drogą Brücknera, dodaje do aspektu bycia nieznaną także aspekt polityki plemiennej; według niego „niewiasta” może również oznaczać „nieradna”, to znaczy bez prawa głosu w radzie rodowej czy wiecu. Niewiasta byłaby zatem w słowiańskiej tradycji tą, która nie ma prawa głosu.

W haśle „niewiasta” wśród źródeł Bańkowski przywołuje dwa teksty kultury. Po pierwsze Akatyst i zawarte w nim główne wezwanie: cerkiewno-słowiańskie „radujsja, nevěsto nenevěstnaja”. W polskim tłumaczeniu główne pozdrowienie Maryi brzmi nie: „Niewiasto nieniewieścia”, ale „Oblubienico dziewicza”, co także wyraża pewien paradoks, ale natychmiast kieruje uwagę na konkretny aspekt maryjnej kobiecości, związany z jej relacją do mężczyzny i seksualności.

Zaraz po Akatyście Bańkowski przywołuje „Żywoty filozofów” (1535) autorstwa, jak to określa, „pierwszego polskiego pornografa (sensu stricto)” Marcina Bielskiego: „Niewiasta jest męskie zhańbienie, nienasycone źwierzę, ustawiczna praca, ustawiczna wojna, każdego dnia szkoda, dom kłopotu, zrządzenie psoty, młodzieńców zbłaźnienie, bestyja nigdy niestroczona, brzemię nieznoszone, jad niewyleczony, ludzkie zagubienie”. Ta antylitania także wiąże niewiastę z jej relacją do mężczyzny i do seksualności.

To nie incydentalne jedynie zestawienie tekstów: istota żeńska jest uosobieniem cnót albo „męskim zhańbieniem”. W najpoważniejszym i najbardziej poruszającym ze znanych mi stand-upów („Nanette”) podsumowuje to Hannah Gadsby, australijska komediantka, z wykształcenia historyczka sztuki: „Historia sztuki nauczyła mnie, że zawsze istnieją tylko dwa typy kobiet. Dziewica albo dziwka. Dla małej dziewczynki są tylko dwie opcje, kim może być, gdy dorośnie. (…) Gdy pójdziecie do galerii starych obrazów, znajdziecie mnóstwo dowodów, że kobiety istnieją od bardzo dawna. Dłużej niż ubrania”. Gadsby opowiada o zachodniej sztuce, w której mężczyźni przedstawiają kobiety jako „zrobione z ciała wazony” na swoje falliczne kwiaty, i zbiera owację.

Jeżeli osoba płci żeńskiej nie jest Madonną, to co jej pozostaje? I czy nie odnajdując się w tym, jak przez wieki przedstawiali ją mężczyźni, jest w ogóle kobietą? Gadsby mówi o wycieczce po galeriach sztuki i przedstawianych tam paniach: „Przyglądam się tym kobietom i nie wydaje mi się, byśmy należały do tego samego gatunku. (…) Nawet biologicznie nie należymy do tego samego gatunku. Po pierwsze, posiadam funkcjonujący szkielet. W galeriach zobaczycie, że jeśli tylko kobieta nie jest przyodziana w gorset i/lub błonę dziewiczą, całkowicie traci strukturę. Przelewa się z miejsca na miejsce, jakby mówiła: »Meble, do czego to?«. Pozycja na łyżeczkę. Rozpostarta z cyckami na wierzchu. (…) Nie jestem damą także dlatego, że codziennie udaje mi się dokończyć proces ubierania się. Codziennie. Wszystkie guziki, aż do samej góry. A jestem dość roztrzepana… Przychodzi mi to jednak całkiem łatwo. Zwłaszcza jeżeli wychodzę z domu po to, by namalowano mój portret”.

Amerykański franciszkanin Richard Rohr pisze w swojej (niestety niewydanej jeszcze po polsku) książce „The Universal Christ”: „Im bardziej maczystowska i patriarchalna dana kultura, tym większa w niej pobożność maryjna” i podpiera to twierdzenie wieloletnim doświadczeniem pracy z grupami mężczyzn. Rohr stara się znaleźć pozytywną interpretację tego fenomenu, ukazując ją jako nieświadomą i niekoniecznie skuteczną próbę zbalansowania tej kultury przez element żeński.

Tymczasem ks. Andrzej Stefański, który odpowiedział na zadane przeze mnie w różnych katolickich grupach w mediach społecznościowych pytanie o naśladowanie Maryi i jej cechy, pokazuje mniej optymistyczny obraz: „Maryja bywa w Kościele wykorzystywana jako wygodne alibi wobec kościelnych feministek: Co? W Kościele ktoś dyskryminuje kobiety? Ależ skąd, przecież to właśnie Kobietę Kościół wyniósł do najwyższych godności. Żeby wszyscy szanowali kobiety tak, jak my szanujemy! Po co nam dyskusja o kapłaństwie kobiet? Przecież Maryja była Matką samego Boga, a nie dopominała się kapłaństwa. Czy księża bywają mizoginami? Skądże znowu, przecież kapłan musi być maryjny, Maryja jest Matką Kapłanów! Nie jest możliwe, by jakikolwiek ksiądz patrzył z góry na kobiety, skoro ma przed oczyma, dzień i noc, model Tej Jedynej Kobiety”.

Czy odarta z realności, przybrana w wota i „ciężkie złote korony” (Małgorzata Cywińska, „List do Matki Bożej”) Maryja może być punktem odniesienia dla jakiejkolwiek dziewczyny czy kobiety?

Podobny wątek znajduję w artykule Zuzanny Radzik na Wniebowzięcie („Nasza siostra”, TP nr 34/2012), który rozpoczyna się następująco: „Najpierw trzeba zdjąć z niej te wszystkie zdobne, lecz pancerne koszulki i wota. Zapomnieć o pastelowych portretach dziewczyny o nieskalanej cerze, łagodnym spojrzeniu i delikatnym uśmiechu. Wśród chmur, aniołów, róż. Świetliście nieprawdziwej, aż nieludzkiej. Skromnej, smukłej, w niczym nieprzypominającej matczynych kształtów bogiń płodności. Wąska w biodrach, blada, o nieśmiałych, beznamiętnych ustach. Nowa Ewa, niemająca nic wspólnego z przywarami zwykłych kobiet. Dziewicza i czysta. Jak zdjąć z niej to wszystko i znaleźć coś krwistego?”

A jednak wszechobecnie bliska

Maryja, Matka Jezusa, pojawia się na kartach Nowego Testamentu kilkakrotnie, w tym w momentach kluczowych dla misji swojego Syna. Ale przyłożenie do tych fragmentów narzędzi współczesnej biblistyki nie pozostawia wiele złudzeń: nie dowiemy się, jaka z całą pewnością była. Jej postać występuje przede wszystkim w tych fragmentach Ewangelii, w których historia rozumiana jako wierne przedstawienie faktów ustępuje miejsca teologicznej historii zbawienia, bliższej symbolom, analogiom, dialogowi między Biblią hebrajską a doświadczeniami i wiarą pierwszych chrześcijan. W moich ustach teolożki to nie zarzut. Kocham teologię Łukasza, w której Maryja zostaje powołana podobnie jak Mojżesz czy prorocy; w której wyśpiewuje hymn o zbawieniu, jak jej imienniczka Miriam, siostra Mojżesza, po przejściu przez Morze Czerwone.

Wiele spośród pytanych przeze mnie o cechy Maryi osób podkreśla jako szczególnie istotną jej towarzyszenie Jezusowi i kontemplowanie zbawczych wydarzeń Jego historii, cierpliwość, uważność. To z pewnością postawa, która czyni Maryję wzorcem uczennicy, ale i ucznia Jezusa, przykładem dla każdej osoby chcącej podążać chrześcijańską drogą – niezależnie od płci. Nie dziwi fakt, że te aspekty są wydobywane w bardzo teologicznej Ewangelii dzieciństwa zawartej u Łukasza. Podobnie nie dziwi to, że Maryja na kartach teologicznego traktatu, jakim jest Ewangelia Jana, pojawia się zarówno u zarania ziemskiej misji Jezusa – w Kanie, jak i u jej kresu – pod krzyżem.

O macierzyńskim obliczu Maryi i o znaczeniu jej cierpienia, zwłaszcza z powodu męki i śmierci Jezusa, wspominają moje respondentki, często odwołując się do własnych przeżyć związanych z ciążą lub macierzyństwem i relacją z dzieckiem. Pieta jest niemal tak często obecna w sztuce sakralnej, jak Matka karmiąca Jezusa albo ukazująca Go światu. Co więcej, wątek matki cierpiącej z powodu śmierci syna przewija się także poza kontekstem chrześcijańskim czy w ogóle religijnym. Od razu myślę o trzech dziełach, coraz dalszych od naszego polskiego i katolickiego kontekstu: III symfonii Henryka Mikołaja Góreckiego (1976), berlińskiej rzeźbie „Nigdy więcej wojny” Käthe Kollwitz (1937) czy powieści amerykańsko-kanadyjskiej pisarki japońskiego pochodzenia Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu” (2013). W powieści tej pojawia się wątek bardzo starej zakonnicy buddyjskiej, w młodości anarchistki, feministki i pisarki, która wstąpiła do klasztoru zen po śmierci syna – pilota kamikaze. Jej misją staje się modlitwa za świat, w którym nikt nikogo nie będzie nienawidził, modlitwa o pokój. Nie wiem, czy napotkałam w XXI-wiecznej literaturze bardziej „maryjną” postać.

A co z naszą katolicką, kościelną rzeczywistością? W dziejach teologii, a zwłaszcza nauczania ze strony Magisterium Kościoła, papieże i biskupi ogłaszali różne twierdzenia, w których pojawiała się Maryja. W rozwoju dogmatów „maryjnych” widzę dwa zjawiska. Pierwsze to budowa solidnych podstaw teologii dotyczącej Chrystusa i Kościoła. Podstawowym celem dogmatów maryjnych z punktu widzenia teologii i doktryny kościelnej jest przekaz czy obrona pewnych twierdzeń dotyczących Jezusa. Elżbieta Adamiak wyjaśnia to w wywiadzie udzielonym „Tygodnikowi” („Maryja jest jedną z nas”, nr 50/2018), odnosząc się do dogmatu o Niepokalanym Poczęciu: „To rozumowanie jest potrzebne, by zabezpieczyć bezgrzeszność Jezusa. W kategoriach teologii św. Pawła Jezus jest bez grzechu nie ot tak, tylko po to, by jako bezgrzeszny mógł dokonać naszego zbawienia. Gdyby On sam był grzeszny, nie mógłby nas zbawić”.

Podobnie znacznie starszy dogmat o Bożej Rodzicielce (Theotokos) został ustanowiony przeciw nestorianom, którzy rozdzielali natury Boską i ludzką w Chrystusie. Mówiąc o Maryi jako Bożej Rodzicielce, tak naprawdę mówimy o tym, że Jezus Chrystus to prawdziwy Bóg, i głosimy zjednoczenie natur Boskiej i ludzkiej w jednej osobie.

Główne dogmaty maryjne są zatem dogmatami… chrystologicznymi. „Niewiasta” zyskuje miejsce przy wspólnym ognisku, gdyż urodziła syna, jest już swoja, a nie obca.

To jednak niecała historia. Dogmaty maryjne nie wynikają tylko ze sporów o Chrystusa, ale również – i to drugie istotne zjawisko – z tego, jak chrześcijanie rozumieli postać i znaczenie Maryi. Według Johna Henry’ego Newmana było tak już przy dogmacie o Theotokos. Wyraźnie widać to było także w XX w. Przed ogłoszeniem najnowszego (1950 r.) dogmatu – o Wniebowzięciu Maryi, Pius XII skierował pytanie do wszystkich biskupów, a za ich pośrednictwem do duchowieństwa i ludu, o to, czy życzą sobie takiego dogmatu. Zaśnięcie (pojęcie bardziej obecne we wschodnim chrześcijaństwie) lub Wniebowzięcie Maryi pojawiało się bowiem w liturgii i pobożności ludowej już od późnej starożytności.

Adamiak mówi także o „mariologii przywilejów, w której chodziło o to, by znajdować jak najwięcej powodów, by Ją czcić”. Teolożki i teolodzy akademiccy zwykli, zwłaszcza po II Soborze Watykańskim, dystansować się od nurtów szukających poparcia dla kolejnych orzeczeń dogmatycznych, np. o Maryi jako Współodkupicielce. Podkreślają, że „Maryja jest jedną z nas”. Dlaczego zatem w duchowości wielu katoliczek i katolików oraz w różnych przejawach nie tylko ludowej pobożności Maryja zajmuje ciągle tak wiele miejsca – nie tylko jako jedna z nas, ale jako obiekt religijnej czci?

Podwójnie nieznana

Podobne pytanie stawia Richard Rohr, który zastanawia się: „Dlaczego pierwsze czternaście wieków chrześcijaństwa [Rohr widzi istotną cezurę w reformacji], w Kościołach Wschodu i Zachodu, było po uszy zakochane w tej, zdawałoby się, całkiem zwyczajnej kobiecie?” Przywoławszy liczne tytuły i wezwania kościołów i sanktuariów maryjnych w Europie stwierdza: „Zdecydowanie mamy tu do czynienia nie z pojedynczą kobietą, ale z symbolem założycielskim – czy, zapożyczając terminologię od Carla Junga, »archetypem« – obrazem gromadzącym w sobie cały ogrom znaczeń, których nie da się logicznie zakomunikować. Nic nie może pojawiać się tak powszechnie i przez tak długi czas, jeśli nie jest w jakiś sposób ugruntowane w naszej kolektywnej ludzkiej nieświadomości”.

Rohr nie twierdzi, że Maryja jest Matką Ziemią czy Pierwszym Wcieleniem (wątek pierwszego Wcielenia w stworzeniu to jeden z kluczowych wątków „The Universal Christ”), ale wskazuje, że – zwłaszcza w sztuce – postać Maryi stała się ich symbolem. Co więcej, „Maryja jest głównym żeńskim archetypem misterium Chrystusa. Ten archetyp ukazał się wcześniej jako Sofia czy Święta Mądrość (zob. Prz 8, 1nn; Mdr 7, 7nn), a następnie w Apokalipsie (12, 1-7) w kosmicznym symbolu Niewiasty obleczonej w słońce i stojącej na księżycu. Ani Sofia, ani Niewiasta z Apokalipsy nie są dokładnie Maryją z Nazaretu, jednak na wiele sposobów obie są i każda z nich poszerza nasze rozumienie Boskiej Kobiecości”.

Szczególnie dogmat o Wniebowzięciu zdaje się przekraczać ramy teologii służebnej względem chrystologii. Mówi o Maryi owszem jako tej, która została do nieba wzięta (a nie wstąpiła sama), ale nie wydaje się nijak konieczny do wzmocnienia gmachu innych twierdzeń. Rohr podaje, że Carl Jung uznał ogłoszenie dogmatu o Wniebowzięciu za „najbardziej znaczący rozwój teologiczny w XX w.”, ponieważ ogłoszono, że w wieczności istnieje na zawsze ciało – ciało kobiety! Dla autora „The Universal Christ” Maryja – archetyp relacji świata z Bogiem, relacji człowieka z Bogiem – jest także symbolem niedwoistości. Zbliża do siebie dwa rozłączne światy: „materii i ducha, żeńskiej matki i męskiego dziecka, ziemi i nieba”.

Myślę o tej podwójnie nieznanej Maryi: nieznanej, bo jest niewiastą, i nieznanej, bo jest nieniewieścia. Wykracza poza to, co znamy z codzienności, jako ta, której ludzkie ciało i ludzkie życie pozwoliło na narodzenie się Chrystusa. Jestem przekonana, że świat, w którym coraz częściej słychać głos sprzeciwu względem wpisywania kobiet w ramy męskich fantazji i żądań, to także świat, w którym możemy dać więcej miejsca i więcej głosu tej Nieznanej. Niewieście. I jeśli stanie się dla kogoś wzorem cnót, to nie będzie to wpisany w podstawę programową punkt kształcenia dziewcząt, ale inspiracja dla osób dowolnej płci. Nie przeciwwaga dla kobiet rozumianych jako źródło męskiego grzechu. Nie próba załatania braku kobiet na kościelnych urzędach.

Witaj, Niewiasto nieniewieścia! ©

Autorka jest teolożką, religioznawczynią i anglistką. Współpracuje z „Magazynem Kontakt”.

Wspomnienia o Maryli (11)

Magdalena Ciechomska

Moje dyskusje z Marylą, nie licząc rozmów na tematy rodzinne, dotyczyły w zasadzie dwóch zagadnień: feminizmu i wiary w Boga. Tu od początku trwał proces uzgadniania zbieżności i rozbieżności poglądów. Pierwsza rozbieżność dotyczyła sprzątania i zmywania naczyń. Maryla początkowo traktowała te prozaiczne, codzienne czynności jak symbole kobiecej opresji i starała się je kontestować. Nie znaczy to, że uchylała się od sprzątania, ale prace te, zwłaszcza mycie naczyń (ręczne, bo zmywarki w końcu lat 90 ubiegłego wieku były w Polsce ciągle trudno dostępnym luksusem) traktowała z wyraźną niechęcią i starała się wykonywać je jak najrzadziej. Mieszkaliśmy wtedy wszyscy w jednym domu, ja z mężem i Maryla na parterze, moi teściowie – na piętrze. Były to dwa osobne mieszkania, jedno z nich dzieliliśmy, ja i Tadek, z Marylą. Oczywiście wszyscy troje uznaliśmy ten stan za przejściowy i szybko zaczęliśmy planować remonty, a także modernizację domu. Efektem tego było podjęcie decyzji o wyjeździe i pracy za granicą, co Maryla potraktowała w końcu jako sposób na życie, a ja tylko na zarobienie większych pieniędzy.

Moje i Maryli kryteria dotyczące porządku w domu znacznie się różniły. Podczas gdy ona nie przejmowała się tym zanadto, ja miałam poczucie obowiązku młodej gospodyni i pani domu. Nie znaczy to, że wszystko wzięłam na siebie, o nie, mój mąż nigdy nie uchylał się od prac domowych. Zresztą, często powtarzałam wtedy, że umiejętność radzenia sobie z utrzymaniem porządku jest naprawdę jedną z podstawowych, a jej brak świadczy nie tyle o wyzwoleniu z opresji, co o zwykłym życiowym kalectwie. Maryla prędko dostała możliwość zweryfikowania swoich teorii, gdyż w Berlinie, na początku, jedyną dostępną pracą okazało się sprzątanie, a poza tym przekonała się, że mieszkając u kogoś nie można pozwolić sobie na bałaganiarstwo. Jej marzeniem było samodzielne, własne mieszkanie, w którym będzie się czuła w pełni swobodnie. Gdy wreszcie wprowadziła się do tego mieszkania, sama wiedziała już, jak trzeba dbać o porządek. Bez ideologii.

Zagadnienie podziału obowiązków domowych rzecz jasna nie wyczerpywało tematyki feministycznej, wokół której toczyły się nasze dyskusje. Oczywiście dużo rozmawiałyśmy o problemie aborcji, antykoncepcji, ale też o macierzyństwie, o tym, czym jest ono dla kobiety. Maryla nie widziała siebie w roli matki, jej sprzeciw powodowała perspektywa podporządkowania się wymaganiom związanym z opieką nad dzieckiem. Widziała natomiast, na przykładzie swojej mamy oraz innych kobiet, których życie upłynęło w PRL-u, jak w praktyce wyglądało ówczesne „równouprawnienie”. Była w niej jakaś odraza do całej rzeczywistości tamtego życia. Myślę, że chciała uciec od niego jak najdalej. Tak, jakby ten kierat, w jaki wprzęgła kobiety socjalistyczna, zgrzebna rzeczywistość, uważała za istotę zniewolenia przez komunę. Chyba długo nie rozumiała kobiet, które rezygnowały z podejmowania innych ról życiowych, poświęcając się macierzyństwu i rodzinie. Zwykle dopiero po dłuższej dyskusji przyznawała, że to także może być uprawniony, wolny wybór, nie wymuszony okolicznościami. Nie potrafię do końca ocenić, jak wpłynęła na jej poglądy nasza sytuacja, rodziców niepełnosprawnego dziecka, pokazująca dobitnie, do jakiego stopnia rodzicielstwo może przeorganizować całe życie. Na pewno nie zmieniła swych poglądów zasadniczo. Maryla pozostała sobie wierna. Wiem jednak, że w ostatnim czasie bywała krytyczna wobec niektórych feministek, przede wszystkim tych dość radykalnie kwestionujących wartość macierzyństwa i rodziny.

Kolejny nasz ulubiony temat to problemy wiary w Boga, religii, Kościoła katolickiego. Oczywiście Maryla ostro przeciwstawiała się patriarchalnej, konserwatywnej i mizoginicznej postawie kleru. Wychowana w dość tradycyjnej, katolickiej rodzinie, buntowała się przeciwko wizerunkowi Boga, który przedstawili jej rodzice. Nigdy jednak nie przekroczyła granicy ateizmu, nie stała się obojętna. Tym, co nurtowało ją stale, było powracające pytanie: unde malum? Pamiętam, jak opowiadała mi o swojej pracy w berlińskim szpitalu neurologicznym. Pracowała w szpitalnej kartotece. Przez jej ręce przechodziła dokumentacja chorych na SM, nieraz ludzi młodych, dwudziesto- trzydziestoletnich. Ich los odbierała jako przykład jakiejś absurdalnej niesprawiedliwości. Gdy o tym mówiła, wyczuwałam w jej głosie silne emocje. W podobny sposób reagowała na historie dzieci umierających na choroby nowotworowe. Dla niej był to egzystencjalny absurd, który kazał wątpić w Boga, w Jego sprawiedliwość.

Nigdy nie nadawałam szczególnego znaczenia tak zwanym datom granicznym, ale teraz uświadamiam sobie, że dla naszej rodziny lata przełomu milenijnego były wyjątkowe. W 1998 roku zmarł mój teść, pół roku później, w lutym 1999, mój ojciec. W 2001 odeszła teściowa. Jednocześnie w tle tych wydarzeń, od roku 1997, trwało odkrywanie autyzmu naszego syna, diagnozowanie, poszukiwanie terapii, miejsca w przedszkolu integracyjnym, potem w szkole… Śmierć najbliższych pozostawia w nas ślady, rana goi się powoli, blizna zostaje na zawsze. Ja zaczęłam wtedy stawiać sobie pewne pytania od nowa. Czy Maryla robiła to samo, w tym samym czasie? Nasze rozmowy były coraz dłuższe. Wtedy Maryla zaczęła częściej chodzić do kościoła. Wiem, że to zdanie wygląda trochę naiwnie. Ale ona od tego czasu chodziła do kościoła systematycznie. I to była jej autentyczna potrzeba.

Wielce Szanowny Św. Tomaszu

Pewno wiesz, jak wielki wpływ wywarłeś na stosunek katolików do zwierząt i reszty pozaludzkiego stworzenia twierdząc, że natura jest po to, aby służyć człowiekowi; zwierzęta są nierozumne, a więc nie mają duszy nieśmiertelnej tylko zmysłową; że człowiek może je wykorzystywać, i, wprawdzie nie powinien krzywdzić, ale to tylko dlatego, że to niedobrze odbija się to na nim samym. Minęło ponad 750 lat, a Ty mówisz do nas nadal, z obowiązującego obecnie Katechizmu Kościoła Katolickiego. W nauce miałbyś największy ze wszystkich autorski impact factor. Szacunek!

Sprawa naszego stosunku do zwierząt mieści się w części Katechizmu omawiającej przykazanie 7, w odniesieniu do „poszanowania osób i ich dóbr”; są więc zwierzęta nadal, tak jak chciałeś, naszym dobrem i własnością. Trochę się dziwimy, gdyż w wielu miejscach Pisma Świętego czytamy, że należą do Boga — i w opisie stworzenia, i choćby tutaj, u Psalmisty: “Nie przyjmę cielców z twego domu ani kozłów ze stad twoich. Bo moje są wszystkie leśne zwierzęta, stada na górach i woły. Znam wszystkie ptaki powietrzne, a polna zwierzyna jest moja.”  (Ps 50, 10-15). A także tutaj: „Do Pana, Boga twojego, należą niebiosa najwyższe, ziemia i wszystko, co jest na niej” (Pwt 10, 14). 

Miejsca i sytuacji zwierząt w najnowszym wydaniu Katechizmu z 1992 roku nie zmienił, Tomaszu, nawet czuwający nad jego zawartością wybitny teolog naszych czasów — kardynał Józef Ratzinger. Choć potem, już jako Papież mówił, że: „[…] gdziekolwiek Słowo Stwórcy było właściwie rozumiane, gdziekolwiek życie było przeżywane z odkupieńczym Stwórcą, ludzie starali się ratować stworzenie, a nie je niszczyć. […] całe Stworzenie jęczy w bólach rodzenia z powodu niewoli, której zostało poddane, oczekując objawienia się synów Bożych: poczuje się wyzwolone, gdy stworzenia, mężczyźni i kobiety, którzy są dziećmi Bożymi, będą je traktować zgodnie z Bożą perspektywą. Wierzę, że właśnie to możemy dzisiaj ustalić, jako rzeczywistość.” Od prac nad Katechizmem minęło wiele lat; może wtedy nie poświęcił tej sprawie dość uwagi, a może jeszcze nie wiedział w pełni, co robi ze zwierzętami współczesny człowiek? Potem mówił przecież, że: „[…] produkcja przemysłowa – […] ta degradacja żywych istot, zamienionych w towar, rzeczywiście wydaje mi się sprzeczna ze stosunkiem człowieka do zwierzęcia, jaki przewija się w Biblii”.

Katechizm wymaga wprawdzie od nas, katolików, „poszanowania integralności stworzenia”, ale nie bardzo rozumiemy, co to słowo „integralność” ma znaczyć, skoro zaraz potem mówi za Tobą, Tomaszu, że zwierzęta „są z natury przeznaczone dla dobra wspólnego ludzkości”, a granice panowania człowieka nad stworzonym światem „określa troska o jakość życia bliźniego, także przyszłych pokoleń”. Integralność to według nas „nienaruszalność”, „spójność”. Jaka to integralność stworzenia, skoro można ją naruszać, i to tylko dla dobra człowieka? Co znaczy dziś „jakość życia bliźniego”?

Kilkaset lat po Tobie, rozumiemy coraz wyraźniej, że jesteśmy tylko częścią stworzonego świata — choć fakt, że częścią bardzo szczególną. Nie jesteśmy jednak ponad nim. Wiemy też, od podobnych do Ciebie wielkich uczonych, których rozumność jest darem Ducha Świętego, że my, ludzie, należymy do świata ożywionej natury, z którego według niepojętego planu Boga wyewoluowaliśmy. I to nie tylko nasze ciało, ale i umysł — a też, jak ostatnio zaczynamy rozumieć, zdolność empatii, moralnej refleksji, samoświadomość. Już minie niedługo 10 lat, jak uczeni z ważnego ośrodka nauki w Cambridge wydali deklarację o istnieniu świadomości u zwierząt, potwierdzając podobieństwo emocjonalnych i świadomych stanów wśród ptaków, ssaków, głowonogów i człowieka. 


św. Tomasz z Akwinu (zm. 1274) obraz Juana de Peñalosy (1579-1633)

Oczywiście, nie mogłeś o tym wiedzieć w XIII wieku, czytając opisy zwierząt w Fizjologu, w Liber de natura rerum Tomasza z Cantimpré, czy w De animalibus swojego wspaniałego nauczyciela Alberta Wielkiego. Może też przeglądałeś jakieś bestiariusze? Na obrazie Juana de Peñalosa widzę, że miałeś psa. Ale z pewnością, kiedy tworzyłeś swoje wielkie Dzieło mogło brakować Ci czasu, abyś mógł go lepiej poznać, zrozumieć.

Nie tylko teoria ewolucji, ale cała ogromna już dzisiaj wiedza o rozumności zwierząt — o ich psychice, o tym, jak się komunikują, że wiele z nich żyje społecznie, czyli kieruje się pewnymi zasadami i że nie są one tylko instynktem — nie była Ci dostępna. Żałuj. Za to Ciebie zachwycała hierarchia bytów Arystotelesa, myśl Świętego Augustyna.  Rozumiemy, nadal są w naszej opinii gigantami. 

Dziwi nas jednak, że postawiłeś zwierzęta poza moralnością człowieka, uznając właśnie rozumność jako kryterium. Czy nie było, Tomaszu, w Twoich czasach ludzi nierozumnych, umysłowo niepełnosprawnych, chorych na demencję, upośledzonych, ale i małych dzieci? Byli, i z całą pewnością podobnie jak zwierzęta nie rozeznawali swoich powinności, ani nie odpowiadali za swoje czyny — jeżeli to przyjmiemy za warunek zachowań moralnych. Czy ich nierozumność oznaczała, że można było się wobec nich zachowywać nieetycznie? Czy można było za Twoich czasów takich ludzi krzywdzić, zamknąć w klatkach, piłować im zęby, podcinać ścięgna, aby się nie ruszały, krępować, upokarzać, trzymać w ciemnościach, żywcem gotować, ćwiartować? Tego i teraz nie wolno robić człowiekowi, ale tych i innych okrucieństw doświadczają miliardy zwierząt. I my, Tomaszu, wprawdzie już wiemy, że są  r o z u m n e   i   c z u j ą, ale wciąż na to pozwalamy. Twierdziłeś, że rozumność jest tak naprawdę emanacją duszy. Cóż, nasza wiedza i wieki doświadczeń nie pozwalają nam zbyt łatwo wyrokować, co to jest dusza, jakie ma właściwości i jaki byt ją posiada. Im więcej się wie o świecie materialnym, tym trudniej o kategoryczność w sprawach metafizycznych.

W toku dziejów wymyśliliśmy natomiast, że to nie poziom rozumności żywych istot decyduje o tym, jak się wobec nich mamy zachowywać, ale to, czy można je skrzywdzić, zadać ból. A o bólu i jego rozmaitych rodzajach wiemy już tyle, że byś nie uwierzył! Wiemy też na pewno, że zwierzęta go czują.  

Ale, jeszcze o tej wyższości człowieka. Czy nie dał Ci, Tomaszu, do myślenia Kohelet, kiedy mówił: „…to samo tchnienie ożywia ludzi i zwierzęta. Człowiek więc nie przewyższa zwierzęcia, lecz wszystko jest marnością. Wszystko zmierza do tego samego miejsca: wszystko powstało z prochu i wszystko do prochu znów wraca. Skąd wiadomo, czy tchnienie istot ludzkich wznosi się do góry, a tchnienie zwierząt schodzi na dół, do ziemi?” (Koh 3, 19-21). Są i inne słowa, które mówią o podobnej kondycji ludzi i zwierząt, na przykład: „Ludzie i zwierzęta, bydło i trzoda, niech nic nie jedzą, niech się nie pasą i wody nie piją. Niech się obloką w wory i niech żarliwie wołają do Boga.” (Jon 7b-8a) Ciekawi nas, dlaczego uznałeś, że zwierzęta są gorsze, że bez reszty umierają? Skąd miałeś pewność, Tomaszu, że wymyślone, wyewoluowane przez Boga z takim „artyzmem” zwierzęta nie mają z Nim jakiejś komunikacji, nie dostąpią zbawienia, skoro Jezus wszystko pojednał ze sobą, a i Święty Jan w swojej wizji wszystko, co istnieje na ziemi i w niebie, widział wokół Tronu Baranka? (Ap 5,13). Ale tu muszę Cię pocieszyć. Nawet współcześnie niektórzy wybitni myśliciele mają podobną do Twojej pewność. Niestety, to się potem utrwala w potocznej percepcji i owocuje w niedobrych czynach ludzi.

Musisz wiedzieć, Tomaszu, że jednak niektórzy, wprawdzie wciąż nieliczni, współcześni nam teologowie, ale też nasz obecny papież Franciszek, podważają pogląd, jakobyśmy mogli robić ze zwierzętami, co chcemy. Wielu innych jednak próbuje ośmieszyć próby prawnej ochrony zwierząt, uzasadniane także wiarą, budując obronne mury. 

Nie, nie uważamy, że zwierzęta są podmiotem zachowań moralnych, ani że są w stanie budować z człowiekiem wspólnotę etyczną. Wystarczy, że będą przedmiotem naszej etyczności i solidarności. I nie jest też tak ważne, czy i jaką mają duszę, jaką dokładnie samoświadomość. Wystarczy nasza  świadomość, że cierpią przez człowieka, żeby stanąć w ich obronie. Wszystkich. Otwarcie i konkretnie. 

Niestety, Tomaszu, nasz Katechizm wciąż mówi Twoimi słowami: o służebności niemających duszy nieśmiertelnej zwierząt, i, jak to bywa ze słowami, tworzą one rzeczywistość, usprawiedliwiają. Zmieniło się wszystko: sytuacja zwierząt, nasza wiedza o nich, nasza duchowość, a Twoje słowa, zamrożone w doktrynie Kościoła, trwają. 

Wybacz, Tomaszu — z całym szacunkiem dla Twojego intelektu — przyszła pora, aby wyjąć moralność katolików w odniesieniu do zwierząt z teologicznej zamrażarki. Ogrzać współczuciem.
Z pewnością się nie obrazisz. 

Czekam z niecierpliwością na odpowiedź, a wraz ze mną wielka liczba, zwłaszcza młodych, szukających Boga ludzi.

Z wyrazami szacunku,

Barbara Niedźwiedzka z Grupy Kongresowej „Troska o stworzenie”

Wspomnienia o Maryli (5)

Magdalena Ciechomska

Rodzinnie

Nasz syn urodził się we wrześniu 1993 roku. Pamiętam, że był to czas pięknej, słonecznej pogody. Moja ulubiona pora roku – kiedy lato powoli przechyla się ku jesieni. Nasz stary ogród zaścielały żółto-złote liście włoskich orzechów, opadłe wcześnie, bo lato było suche i upalne.

Maryla przysłała mi z Berlina kartkę przedstawiającą posążek egipskiej bogini Izydy z małym Horusem na kolanach. Poprosiła o fotografię syna, którą zrobiono mu w szpitalu, bezpośrednio po porodzie. Na tym zdjęciu leży na szpitalnej wadze dla noworodków, kilka minut po tym, jak wyszedł z otchłani mrocznych wód. Istota z pogranicza dwóch światów, ziemno-wodna, amfibialna, która w niepojęty sposób powtarzając kolejne etapy ewolucji, od komórki do organizmu ludzkiego, w ostatnim akcie wydobyła się na stały ląd, oznajmiając początek nowego istnienia przenikliwym krzykiem, zsynchronizowanym z pierwszym oddechem. Tę fotografię Maryla umieściła na początku albumu, który później gromadził wykonane przez nią samą zdjęcia rodzinne. Fotografowała nas, naszego syna, swoich i moich rodziców, wtedy, gdy przyjeżdżała do Warszawy. Na kilku z nich widać nas w ogrodzie. Janek bawi się w bujnej trawie, kwitną peonie lub hortensje. Na innym drzewa są jeszcze bez liści, schodzimy z ganku w płaszczach, dziecko w kurtce i czapeczce. Idziemy ze święconką do kościoła, to Wielka Sobota, wczesnowiosenna, chyba marcowa Wielkanoc.

Sporo jest tych rodzinnych świąt sfotografowanych przez Marylę. Bardzo je lubiła. W ogóle była bardzo rodzinna. Może to się wydawać paradoksalne, że sama siebie nie widziała w roli żony i matki, a jednocześnie rodzina była dla niej tak ważna.

O ile dobrze pamiętam, od czasu, gdy wyjechała do Berlina , może dwa albo trzy razy nie było jej w Polsce na Wielkanoc i chyba raz na Boże Narodzenie. Z widocznym entuzjazmem przystępowała do świątecznych przygotowań, zwłaszcza kulinarnych; uwielbiała piec ciasta, za każdym razem przywoziła jakiś nowy, wyszperany skądś przepis. Chętnie ubierała choinkę, angażowała do pomocy Jaśka. A kiedy wszystko było już gotowe, z równym zapałem przystępowała do świątecznego obżarstwa, które uwielbiała. Mimo to udawało jej się zachować szczupłą sylwetkę. Ważnym tematem było kupowanie prezentów. Zwykle ustalaliśmy to wcześniej, tworząc katalog potrzeb i życzeń, ale zdarzały się niespodzianki.

Pamiętam, jak Maryla przywiozła dla Jasia prezent od naszej niemieckiej znajomej, Gudrun Koch: pluszową, bardzo kolorową papugę, mającą w brzuszku pozytywkę, która wygrywała melodię kołysanki. Janek ma tę zabawkę do dziś, choć nie wiem, czy pozytywka jeszcze działa. Często na Boże Narodzenie Maryla kupowała mu słodycze, np. czekoladowe figurki Mikołajów lub zwierzątek, bynajmniej nie te seryjne z hipermarketu, zdecydowanie z wyższej półki, starannie wykonane, w ładnych opakowaniach, z dobrej jakości czekolady, co było ważne, gdyż mały miał alergię na mleko krowie. Niestety, walory estetyczne tych cudeniek docenialiśmy tylko my, dorośli. Nasz synek błyskawicznie rozwijał mieniące się kolorami sreberka a zawartość, kawałek po kawałku, znikała w jego buzi.

Może niektórych zaskoczyć, że święta miały dla Maryli wymiar nie tylko rodzinny, ale także religijny. Była wierząca, jej uczestnictwo w bożonarodzeniowej czy wielkanocnej liturgii wcale nie sprowadzało się do tradycyjnego zwyczaju. W naszych rozmowach z nią, nie tylko tych odświętnych, problemy wiary, religii, relacji z Bogiem a zwłaszcza – wadzenia się z Nim, to był stały temat. Maryla celebrowała nabożeństwa Maryjne, zwłaszcza Nabożeństwo Majowe. Biblijne postacie kobiet interesowały ją w oczywisty sposób. Wyraźnie fascynowała ją Maryja, Miriam, Matka Jezusa, kult, który łączy Jej postać z przyrodą, charakterystyczny dla naszej ludowej pobożności, widoczne pokrewieństwo wizerunków Matki Bożej z pogańskimi bóstwami żeńskimi.

Postać Izydy z Horusem przy piersi wg religioznawców jest pierwowzorem obrazów Madonny z Dzieciątkiem – hodegetria – najbardziej znany typ ikonograficzny przedstawiający święte macierzyństwo. Matka Boża, Bogurodzica, Theotokos.

Nasze ostatnie spotkanie, to święta Bożego Narodzenia 2018 roku. Maryla była po operacji, w trakcie leczenia, mimo wszystko przyjechała. Choroba mocno nadwątliła jej organizm, patrząc na nią widziałam jej kruchość, delikatność, ale była zadowolona , ożywiona, radosna.

Nawet, swoim zwyczajem, upiekła kilka ciast. Stwierdziła, że bez tego nie poczułaby w pełni atmosfery świąt.

Zwykli

O nas

K I M J E S T E Ś M Y ?

zwykli.pl

Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.

W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.

Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.

Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.

Reblog+ (Matka Boska Solidarności 2)

Ewa Maria Slaska

Im Sommer 2018 erzählte mir Tibor Jagielski, dass sich in der Polnischen Kirche ein Bild befindet, das von den sog. Solidarność-Flüchtlinge in den 80ern bestellt und der Kirche übergeben wurde. Einer der Initiatoren dieser Spende waren seine Eltern, Frau Magdalena Jagielska und Herr Krzysztof Jagielski, dessen Memoiren aus der Streik-Zeiten in Stettin (August 1980) ich HIER publizierte (bitte auch vier weitere Posts lesen; jeweils eine Woche später). Wir gingen in die Kirche, um uns das Bild anzuschauen. Es gab es aber nicht. Die Büroangestellte in der Kirche wusste sogar nicht, wovon wir überhaupt reden. Erst Herr Priester, der bald kam, wusste Bescheid. Die polnisch-solidarische Mutter Gottes hing in der Garderobe, versteckt hinter einer Reihe der weißen Messdienerkleider.
Damals schrieb Tibor den folgenden Text:

Tibor Jagielski
Das Bild wurde von einer Vereinigung der polnischer Exilanten in Auftrag gegeben und in Westdeuschland, von einem Flüchtling aus, durch den Kriegszustand (1981-83) erschütterten, Polen gemalt. Wie die Ikone genau enstanden ist, weiss ich nicht zu berichten, ausser dass hier auch meine Mutter, Magdalena Jagielska, eine Rolle gespielt hat.
Die Einweihung fand (1985?) in der kleinen polnischen Kirchengemeinde in Mariendorf statt, und es hing dort, bis zum Mauerfall an der Wand und fand allgemeines gefallen sowie genoss Verehrung. Doch, vermutlich nach dem Umzug der Gemeinde in die geräumige Basilica in Kreuzberg verschwand es, wie ich und Frau Ewa Maria es neulich festellen mussten, in der Rumpelkammer.
Persönlich finde ich das Bild schön, harmonisch, sanft und milde, und vielleicht gerade deswegen passt
sie, diese Mutter der Hoffnung, nicht in die, ehrlich gesagt, grauenvolle und gruftartige Austattung der Kirche.

Ewa Maria Slaska:
Jetzt, als wir uns mit Tibor wieder trafen
, schmieden wir den Plan, wie wir das Bild aus der Vergessenheit holen sollen und wollen. Zeit wäre’s, dass es bald anders wird.


Tibor Jagielski

porca madonna!
krzyczy się zazwyczaj nie tylko w italii, gdy czas biegnie, a ty stoisz;
serio nie wiem, co zrobić: obraz matki boskiej “solidarności” jest nadal pod kluczem!
oczywiście kościół zdobią teraz imponujące witraże, ale serce jest nadal w szafie
– ponad ćwierć wieku!
wyrwijmy wreszcie to światło z  ciemności!

Reblog Rosh Hashana Mazel Tov

Konrad Sałagan

Akedat Jicchak

Jutro Rosz Haszana – żydowski Nowy Rok 5787. שנה טובה ומתוקה  schana tova u’metuka.

Rosz Haszana nawiązuje do narodzin i poświęcenia Izaaka (Akedat Jicchak), przede wszystkim jednak jest to święto upamiętniające zakończenie boskiego aktu stwórczego, jego szósty dzień, w którym stworzony został człowiek.

Nowy Rok obchodzony jest zupełnie inaczej niż Nowy Rok w większości kultur. Nie jest okazją do radosnej celebracji, alkoholu i zabawy. Jest Dniem Sądu. Przygotowania do tego dnia polegają na analizowaniu własnych uczynków, szczególnie tych złych – skierowanych przeciwko ludziom i Bogu. Celem etycznym Rosz Haszana i następującego po nim (dziesiątego dnia tiszri) Jom Kipur jest analizowanie własnego życia, dostrzeżenie win, okazanie skruchy, przebłaganie Boga i skrzywdzonych bliźnich. Jest szczególną cechą judaizmu, że Nowy Rok staje się okazją do rozliczenia swojego życia, ocenienia własnej postawy wobec Boga i ludzi.

Zadałam autorowi pytanie, co ostatnio pisze. Przyszła odpowiedź, a do niej jeszcze dwuczęściowe wyjaśnienie

Wyjaśnienie I

Ewo

ten tekst, czyli post, napisałem
dla Ciebie – może, by Cię trochę
zainspirować.

Ciebie da się tak inspirować, bo jesteś
człowiekiem księgi i książki. A takich
ludzi jest coraz mniej na świecie.

Jeśli tak uważasz, Ewo, opublikuj ten
tekst na twoim blogu.

Proszę tylko zachowaj formatowanie tego
tekstu – właśnie w smukłej kolumnie
w dół; tak, jak rozkładają się wersy poezji.
Zresztą, za tym tekstem, jak za zasłoną,
ukrywa się tchnienie poetyckiej inspiracji.

***

Co piszę?

Ewo

pisałem od końcowych dni lipca 2017 r.
poema o Powstańcach Warszawy 44 r.,
mając w zamiarze również pisanie
o Powstańcach Warszawy 43 r.
w Getcie (także o symbolu tego powstania,
symbolu wolności, rabinie Menachemie
Ziębie). Szukałem połączenia tych dwóch
Powstań Warszawy. Ale przerwałem.

W sierpniu 2017 r. w Warszawie na Żoliborzu
przypadkowo spotkałem Jerzego Maksymiuka.
Może to nie był przypadek. Między nami
wywiązała się rozmowa – między innymi
przestrzegł mnie przed “mitologizacją”
Powstania Warszawskiego. Dał przykład
z podobnego zamiaru twórczego
Krzysztofa Pendereckiego z końca lat 60
XX w. Przestrzegł, że pisząc poema
o Powstaniu Warszawskim 44 r.,
sprowadzę na siebie nieopacznie “sprawy
niezałatwione panoszącej się nad
Warszawą bestii, jeszcze teraz” – coś w tym
stylu. Penderecki w tamtych latach (latach 60)
ponoć popadł przy pisaniu takiej muzyki
w ciężką depresję. I nie napisał.

Nie posłuchałem od razu sugestii Jerzego Maksymiuka
i dalej pisałem poema we wspomnianym temacie.
No, ale gdy zacząłem “ostro odjeżdżać” jak przy
psychodelicznej grze komputerowej (np. przy
Morrowind), dałem spokój.

Z zasady jestem przeciwnikiem wszelkiego
mesjanizmu – więc dałem spokój. Pytanie
o człowieczeństwo. Ile istot ludzkich obchodzi
idea człowieka? Przedtem lub teraz w kręgach
Hadesu. Czytam opowiadanie Stanisława Lema
“Kongres Futurologiczny. Ze wspomnień Iliona Tichego”.
Taka powtórka z lektury.

Choć dalej marzy mi się posąg rabina Menachema Zięby
w Warszawie, w miejscu gdzie zginął, biegnący
ze Zwojami Tory. Bez naszywki żółtej gwiazdy tak,
jak zwykle się nosił rabin Menachem Zięba,
godny obywatel Rzeczpospolitej. A zarazem “mój”
symbol Wolności.

W te dni pospolite, gdy świat chybocze się nad
przepaścią (co jest chyba stałym elementem
gry – od zarania); wypijam oceany zielonej
herbaty tu w Warszawie, w lokum na Bielanach
warszawskich; na przełomie sierpnia a września
2017 r.

***

Wyjaśnienie II

Polacy i Polacy izraelskiego pochodzenia
nie wiedzą kim był rabin Menachem Zięba
– w ogóle nie znają tej osoby.

Angielski tekst biografii rabina Menachema Zięby
na Wikipedii, mówiąc delikatnie, ma zasadnicze
błędy. Ale dobrze, że jest.

Najwięcej i najsensowniej można poznać działalność
rabina Menachema Zięby w Żydowskim Instytucie
Historycznym w Warszawie (ul. Tłomackie 3/4)
– np. o jego zasadniczej roli w Powstaniu Getta
Warszawskiego 43 r. Piszę o tym na wszelki wypadek.

Nieprawdą jest, że Kościół Katolicki nie chciał
go wyciągnąć z Getta (ale naukowe organizacje
międzynarodowe również chciały go uchronić
wraz z rodziną od śmierci) – rabin Menachem Zięba
odmówił, a jego rodzina również. Odpowiadał wciąż
z uporem, że w takiej chwili musi zostać ze swoimi.

Właśnie rabin, jeden z największych rabinów w historii
Izraela, rabin i chasyd, zsakralizował walkę Żydów,
obywateli Rzeczpospolitej, o wolność i prawo do życia.

Niemcy podpalili budynek, gdzie rezydował (a nie
ukrywał się) – i rabin Menachem Zięba wybiegł
ratując swego wnuka i Zwoje Tory w drugiej ręce.
I Niemcy go zabili.

Wybacz długi post, ale musiałem kilka spraw wyjaśnić.
Dla mnie postawa rabina i chasyda Menachema Zięby
jest kluczowa wobec bestii – jakiejkolwiek nacji.
To był ten szczególny wyjątek od reguły ahinsy.

Mięliśmy jeszcze w miarę dobrą sytuację, lat 1981-1989,
że walczyliśmy metodą Mahatma Gandhiego – przede wszystkim
wolnym słowem i pomocą dla prześladowanych.

PS. Gdy postawią pomnik Menachema Zięby
w Warszawie, “dobiegną końca” Powstania: 43 i 44,
tam w górze nad Warszawą – jak mi się wydaje.
Ot, poetycka intuicja.