Wojenne rekreacje Mikołajka (2)

Tibor Jagielski

Jak to było z Ośrodkiem Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej.

Świetnieśmy się bawili. Nawet Alcest, straszny łakomczuch, dzielił się z nami kruchymi ciasteczkami swojej mamy, mówiąc, że jak jesteśmy internowani to wszystko jest teraz wspólne i dodał, że szwedzką czekoladę z orzechami, którą schował w kieszeni skafandra Maskencjusz też ma na myśli.

Siedzieliśmy więc w zrobionym przez dziewczyny igloo, a raczej w Ośrodku Internowania Klasy IV B Na Ulicy Topolowej i było bardzo fajnie. Dziewczyny uwijały się jak w ukropie, podtrzymując nas na duchu: przynosiły nam komiksy z  kapitanem Klossem oraz gume do żucia i przemycały grypsy do Rufina, który jest chory na świnkę i dlatego nie mógł się z nami internować.

W grypsach pisaliśmy, że się trzymamy i nie damy, choćbyśmy mieli siedzieć tutaj do wakacji.

Rufin odpisywał, że całe podwórko patrzy na nas z podziwem i sam chętnie by się do nas dołączyl, ale mu mama nie pozwala wyjść na dwór.

Ale wszystko co dobre nie trwa dłużej niż pacierz, jak mawia mój dziadek po niedzielnym obiedzie, bo przyszedł dozorca Libuda (ten z ORMO) z panią Roztropkową (to ta, która zezuje na lewe oko i ma sztuczną szczękę) i zaczeli rozbijać łopatami nasz internat, wołajac, że to skandal i hanba, i żebyśmy sie cieszyli, że nie wezwali milicji, a to ze względu na transparent “ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”, zawieszony na igloo.

Euzebiusz, który ma z nas największe doświadczenie, bo jego tata strajkowal w Fabryce Urządzeń Niesamowicie Ważnych, powiedział, żebyśmy stawiali bierny opór i abym natychmiast schował korkowiec, który wyciągnałem z plecaka. Trudno.

Wobec tego chwyciliśmy się za ręce i zaczeliśmy śpiewać słynną piosenkę opozycyjną “Bo w partyzantce nie jest źle”.

Dozorca Libuda zrobił się czerwony jak flaga naszego bratniego kraju i zaczął wrzeszczeć, że nam nogi z pup powyrywa. Natomiast pani Roztropkowa, która tym razem zapomniała sztucznej szczęki, sepleniła, że zawoła zaraz dzielnicowego (tego, który przychodzi do niej wieczorami z kwiatami, a czasami nawet i z bombonierką, budząc tym zawiść Alcesta).

Wobec tak jawnej przemocy, oświadczył Euzebiusz, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko z podniesionym czołem opuscić nasz ośrodek internowania IV B, co też natychmiast uczyniliśmy, tym bardziej, że i tak niewiele z niego pozostało – parę rozwalonych brył śniegu.

Ruszyliśmy więc do odwrotu ze zrobionym przez dziewczyny transparentem (“ZIMA WASZA – WIOSNA NASZA”) i nieśliśmy też Maskencjusza, który twierdził, że jest ranny, bo trafił go odłamek lodu. Całe szczęście jego mamy nie było w domu, ponieważ stała w kolejce do rzeźnika.

Alcest powiedział, że na ciężkie obrażenia najlepsze jest kakao z miodem i ruszył natychmiast do kuchni. Usiedliśmy wokół łóżka, do którego położyliśmy Maskencjusza i byliśmy w bardzo ponurych nastrojach .

Prawdopodobnie zaczelibyśmy nawet płakać, gdyby nie Euzebiusz, który powoli wyrasta na prawdziwego przywódcę, chociaż nie posiada jeszcze wąsa. Nawet jednego włoska!

Walka trwa nadal, stwierdził, i weźmy sie w garść, bo o przyszłości należy myśleć organicznie. Co to znaczy organicznie? Zapytaliśmy się chórem.

Euzebisz podniosł palec do góry (tak jak Rosół, dyrektor naszej szkoły, kiedy ma coś ważnego do powiedzenia) i wyjaśnił, że organicznie oznacza myśleć nie tylko o rzeczach wielkich, ale i małych, na przykład o naszym odwołanym przez wybuch wojny meczu hokejowym z piątą C.

Fakt, przyznałem mu rację, zwłaszcza, że po Rufinie, który jest chory na świnkę, wypada nam z drużyny ranny Maskencjusz. Ledwo skończyłem mówić, Maskencjusz zerwał się z łóżka, wołając, że czuje się już znakomicie i nie potrzebuje nawet kakao z miodem.

Alcest wracając z kuchni rzekł, że spodziewał się takiego obrotu sprawy, więc wypił kakao sam, bo po dzisiejszych przeżyciach czuł się jakoś nieszczególnie.

Zaczęło się ściemniać, więc podjeliśmy jednomyślną uchwałę o rozejściu się do domów na kolację.

Pokolenie Solidarności (16)

Ewa Maria Slaska

Eli

Blaszany bębenek (1979)

Nie do wiary, ale znali się już dziesięć lat. Poszli do klubu Kwadratowa na pokaz filmu Güntera Grassa Blaszany Bębenek.

Polska była takim dziwnym krajem, w którym zakazany film mógł jednak zostać pokazany w klubie studenckim. Takich imprez nie wolno było nigdzie zapowiadać, ani w prasie, ani w radio, na wszelki wypadek ludzie nie informowali się również telefonicznie, ale i tak, cokolwiek by to nie było – spektakl teatralny, recital piosenki zakazanej lub zakazanego piosenkarza, wieczór autorski czy pokaz filmowy, chętnych zawsze było więcej niż miejsc. Jeden z pisarzy opowiadał kiedyś, że po takim legalno nielegalnym wieczorze autorskim podszedł do niego młody człowiek i podał mu do podpisania wszystkie jego nielegalnie wydane książki – te z wydawnictwa zagranicznego zwanego trzecim obiegiem i te opublikowane w Polsce, w nielegalnym wydawnictwie czyli tzw. drugim obiegu. Zaintrygowany pisarz zapytał, jak to się stało, że chłopak miał przy sobie wszystkie jego książki – spotkanie zostało przecież zapowiedziane trzy godziny temu i nie podano, kto będzie czytał.

Ach, powiedział chłopak, zawsze jak usłyszę, że ktoś będzie, idę do domu, mieszkam na szczęście bardzo blisko i zabieram ze sobą wszystkie książki wszystkich pisarzy opozycyjnych.

I pokazał zdumionemu autorowi ogromny wypchany plecak. Na stosach nieprawomyślnych książek leżały… ziemniaki.

– Oczywiście, powiedział Stefan, bardzo prosta historia. Wszyscy to robiliśmy. Ten skryba był durniem, że tego nie wiedział. Tyle tylko, że chodzenie po mieście z wielkim plecakiem też nie było bezpieczne, nawet z ziemniakami na wierzchu. Lub czymkolwiek innym. Trzeba było wciąż zmieniać kamuflaż w zależności od pory roku, zimą mógł to być węgiel, wiosną makulatura lub puste butelki, a czasem nawet złom. O węgiel w komunie było trudno, można więc było udawać, że się właśnie “zdobyło” parę kilo, dla siebie, dla babci, dla starej sąsiadki. Makulaturę i butelki się sprzedawało i robili to wszyscy, również profesorowie Politechniki.

A więc poszli do Kwadratowej. Była jesień 1979 roku, Volker Schlöndorf nakręcił film Blaszany bębenek w roku 1978, film w maju 1979 roku wszedł na ekrany (odznaczono go Złotą Palmą na 32 festiwalu Cannes) i ktoś przeszmuglował taśmy z zagranicy. W Gdańsku nie takie rzeczy były możliwe. Film był po angielsku, został po części nakręcony w Gdańsku i we Wrzeszczu, ale powieść Grassa była zakazana, nie można więc było oczekiwać, że władze wydadzą bezwarunkową zgodę na kręcenie w Gdańsku filmu, w którym pokazane zostanie jak Sowieci wchodzą do Gdańska w marcu 1945 roku, palą, mordują i gwałcą, a po ich tryumfalnym przejściu z pięknego miasta zostaje kupa dymiących gruzów. O dziwo władze wydały zgodę, część scen filmowych nakręcono bezpośrednio w Gdańsku, ale na przykład sceny początku wojny i słynnej obrony Poczty Polskiej – zostały nakręcone w Zagrzebiu, w Jugosławii.

Książka była zakazana we wszystkich krajach Bloku Wschodniego, siłą rzeczy zakazano więc też pokazów filmu, choć grali w nim przecież Polacy, przede wszystkim Daniel Olbrychski, kochanek głównej bohaterki i być może ojciec Oskara.
Kwadratowa naprawdę nazywała się Akademicki Klub Politechniki Gdańskiej KWADRATOWA i mieściła się w siedzibie dawnej organizacji studenckiej „Bratniak”, zbudowanej w dwudziestoleciu międzywojennym. Od samego początku tworzono tu kulturę studencką, były występy chóru, orkiestry. Mimo że po wydaniu przez studentów tak zwanej Jednodniówki w roku 1948 władze odgórnie zlikwidowały „Bratnią Pomoc”, to nazwa budynku Bratniak pozostała. Od końca lat pięćdziesiątych klub w Bratniaku przyjął nazwę Kwadratowa. Organizowano tu występy jazzowe i festiwal teatrów studenckich. Gdy Juliette Greco w maju 1962 przyjechała do Polski, występowała w Kwadratowej. Na początku lat siedemdziesiątych powstał tu Decathlon Dixieland Jazz Band później znany jako Detko Band.

Duch Święty (1979)

“Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi.” Słowa Papieża Jana Pawła II padły w Warszawie w 1979 roku. Rok później Duch porwał Polaków, zjednoczył ich i dał im siłę, by umieli powiedzieć NIE! komunistycznej władzy. Powstał 10 milionowy ruch społeczny Solidarność. Związek odmienił Polskę, a konsekwencją tych zmian była środkowoeuropejska Jesień Ludów ’89 i upadek komunistycznego reżimu. Symbolicznie to Solidarność wyzwoliła Europę, choć na tak zwanym Zachodzie nie wszyscy o tym pamiętają, chcą pamiętać i lubią pamiętać.

O tym, jaki był naprawdę Jan Paweł II, o tym, że krył pedofilów i zlikwidował kościelną opozycję, dążącą do unowocześnienia Kościoła, nikt wtedy jeszcze nie wiedział. Papież, “nasz papież”, był Bogiem, tak, takim z dużej litery, bliższym przeciętnemu Polakowi niż ten jakiś abstrakcyjny Pan Bóg tam gdzieś na górze. Hierarchia wiary polskiej była jasna – Matka Boska Królowa Polska i Papież Polak, no może jeszcze święty Stanisław, biskup zamordowany w roku 1079 przez króla Bolesława Szczodrego. Był opozycjonistą, a zamordował go władca – to oczywiście powód, by Polacy widzieli w nim swojego patrona. Legenda głosi, że król własnoręcznie poćwiartował zbuntowangeo biskupa, choć historycy twierdzą, że zrobił to jednak kat. Tak czy owak król uznany został za bezbożnika a rozbicie dzielnicowe przez wieki uważano za karę boską za świętokradczy mord. Polska została poćwiartowana tak, jak Stanisław męczennik.

2 czerwca 1979 roku Jan Paweł II rozpoczął pierwszą pielgrzymkę do Polski. Odwiedził Warszawę, Gniezno, Częstochowę, Kraków, Oświęcim, Kalwarię Zebrzydowską i Wadowice. Stefan i Basia pojechali na mszę papieską do Gniezna. Mieli już wtedy dzieci i malucha. Jechali w towarzystwie innych samochodów, udekorowanych biało-żółtymi flagami. Basia i Stefan poczuli się bardzo głupio, bo nawet dzieci zauważyły, że trzeba było powiesić na antenie jakieś kokardy w kolorach papieskich. W końcu zatrzymali się na łące, żeby odpocząć i się wysikać, a Basia uplotła wianki z rumianków i rzepaku, dla siebie, dzieci i auta. Podczas mszy dzieci tak słodko wyglądały w tych wiankach z więdnących już kwiatów, że zostały sfotografowane przez jakichś zachodnich dziennikarzy. Ale oczywiście nie wiadomo, czy zdjęcie gdzieś się ukazało.

Podczas mszy dzieci nie mogły się wysikać na jakimś trawniku czy pod jakimś drzewem. Sikały więc, a i robiły kupy, do słoików, które się zakręcało i wkładało do plecaka. Wszyscy rodzice to robili. Msza Papieska, Wielkie Przeżycie dla Całego Narodu, była po gombrowiczowsku podszyta słoikami pełnymi gówna.

W sierpniu 1980 roku, już w czasie strajków, czyli właściwie w Sierpniu, Komitet Strajkowy na Politechnice poprosił Stefana o wizytę i spotkanie ze strajkującymi. Miał opowiedzieć o życiu opozycjonisty w PRL-u. Opowiedział więc o aresztowaniach na 48 godzin, podsłuchach, inwigilacji, obserwacji, marnych pracach na wypomóżki za marne pieniądze i o tym, że nikt z nich nigdy nie zrobi kariery. Basia wiedziała, że tak jest, sama tego doświadczała na własnej skórze, a jednak zawsze się jej wydawało, że to był jakiś inny świat, oddalony o lata świetlne od zwykłego życia. Stefan mówił, że opozycjoniści nie są sami, że są setki odważnych ludzi, żyjących w każdym zakątku kraju i świetnie zorganizowanych w walce o lepsze życie.

– A co będzie potem?, zapytała Basia, kiedy wracali z Politechniki do domu. Stefan chciał się jeszcze wykąpać, zanim wróci na Stocznię.
– Co potem?, zdziwił się Stefan.
– Kiedyś to się przecież skończy. I co, przypomnicie sobie wtedy o nas? Przecież większość z was ma rodziny, narażacie więc nie tylko siebie samych, lecz również wasze żony, dzieci, rodziców.
– Jak możesz? Przecież tu chodzi o wielką rzecz, o wolność, dla nas i dla naszych dzieci. Jak możesz być taka małoduszna?
– Mogę, powiedziała Basia. Wiesz, dziś w domu u mojej mamy widziałam taki napis namalowany szminką na lustrze w windzie: Kobiety! nie przeszkadzajcie nam! My walczymy o Polskę! To ty napisałeś?
– Nie, nie ja. Jakiś inny zezłoszczony facet. Jego baba przyszła pod Bramę Stoczni, przyniosła mu bułki i kiełbasę, ale marudziła, wrócił więc na noc do domu, pobył trochę z dzieciakami, przespał się z żoną, a jak rano wychodził, zabrał jej szminkę i przekazał jej to, co miał do powiedzenia.
– Bym ci odpisała, powiedziała Basia.
– A co byś napisała?, zapytał.
– Bohaterowie, odpowiedziała. Odpalantujcie się od nas, bo naprawdę mamy co robić, mamy pracę, dom, dzieci i jeszcze was do obsłużenia.
– Naprawdę?, zapytał Stefan. Tak byś napisała?
– Tak, bo wy wcale nas nie dopuszczacie do tej waszej Wielkiej Sprawy. Jak my się mamy poczuć integralną częścią tego wielkiego zrywu, skoro nawet ty, a ty nie zgrywasz bohatera, ale nawet ty właśnie powiedziałeś tam na zebraniu, że strajki sierpniowe robią trzydziestoletni mężczyźni z brodami.
– To był żart, powiedział Stefan.
– Nie sądzę, powiedziała Basia. Bo wiesz, jestem kobietą i nie mam brody.


Za inspiracje i przypomnienia dziękuję Eli Kargol, Krystynie Koziewicz, Dickowi Verkijk i Joannie Trümner. Ponadto kieruję treść tego rozdziału do Marty Dzido, którą zawiodłam, gdy powiedziałam jej, że odezwa do kobiet, była napisana na lustrze, a nie na… Murze Stoczni. Bardzo Cię przepraszam, Marto.

Gubałówka

Ela Kargol

Gubałówka, góra gór, góra kiczu, antysymbol Zakopanego, a może właśnie symbol? Wakacyjne wspomnienia

Góra gór może obrzydzić każdemu Tatry. Jeśli ktoś nie widział nic poza Gubałówką, a z Gubałówki na pewno nic nie zobaczył – bo nie ma jak – to nie będzie chciał tu wracać. Nie pokocha Tatr, jak ja je pokochałam, szwendając się po szlakach i poza nimi, po schroniskach, śpiąc na podłogach i w szałasach, z czasem szukając już wygodniejszych noclegów, po to, by wypoczęta wyruszyć na kolejne łazęgi, wędrówki, spacery. To nie były nigdy wyrypy, nie było zaliczania, zdobywania. Atmosfera Zakopanego i Tatr zawładnęła mną całkowicie.

Pępek Świata.

Witkacy i Tadziu Ferenc, Chałubiński i chłopaki z TOPRu, Rafał Malczewski i Kielo macie godzin, ojciec Leonard z Wiktorówek i babka z Rusinowej, Szymanowski i Tejka z Roztoki, w stronę Pysznej i w stronę Białej Wody, a przede wszystkim w stronę Roztoki.

Schronisko w Dolinie Roztoki stało się dla mnie na wiele lat domem, schronem, wszystkim, radością, miłością do ludzi i gór, do ludzi gór i gór, do Tatr, przede wszystkim do Tatr Wysokich, no bo o tych Zachodnich mówiło się z pogardą Kapuściane góry.

W tym roku po dwuletniej lub dłuższej przerwie siedzenia w domu wybrałam się znowu do Zakopanego, tym razem tylko na Gubałówkę. Nie pierwszy raz i chyba nie ostatni, choć miesiąc temu przysięgałam, że nigdy więcej.

Czas goi rany i łagodzi wspomnienia.

Latem pojechaliśmy do Lachowic. Lachowice to rozległa, malownicza wioska wśród wzgórz, gór i pagórków w paśmie Beskidu Makowskiego, gdzie rzadko zatrzymuje się już pociąg, choć to odcinek kolei transwersalnej, wioska, gdzie krzyże na cmentarzu parafialnym przy ponad dwustuletnim drewnianym kościele otoczonym sobotami, pamiętają czasy zaborów austriackich, gdzie prawie co sto metrów przydrożna kapliczka wita wędrowca… Lachowice, to miejsce, do którego wracam nie tylko latem. Latem, tak jak w piosence: pachnie miętą, jest koloru malin i zielonych lasów. Tu wcale diabeł nie mówi dobranoc, tu świerszcze nie pozwalają spać.

I kiedyś po takiej nieprzespanej nocy wybraliśmy się do Zakopanego, na Gubałówkę. Z Lachowic dwie godziny pociągiem. Wycieczka, przed którą się wzbraniałam, bo sierpień, bo tłok, bo dworzec kolejowy w przebudowie i słynna kolej, której początki sięgają końca XIX wieku, nie dojeżdża nawet Zakopanego, tylko do nieznanej nikomu Spyrkówki. Czasów Luxtorpedy już nikt nie pamięta.

Gaździna z Roztoki mnie ostrzegała, odradzała, wręcz wypraszała. I miała rację. Ale my pojechaliśmy. Całe szczęście, wiedzieliśmy, jadąc pociagiem, że nie dojedziemy do Zakopanego, tylko do tej wspomnianej już Spyrkówki. Przyznać trzeba, że taksiarze, ubery i nni przewoźnicy stanęli na wysokości zadania, a tak naprawdę stanęli przed prowizorycznym dworcem i kto się zorientował, ten od razu wsiadał, tak jak my i od razu jechał. Miły kierowca rodem ze środkowej Polski chciał nas wywieźć na samą Gubałówkę, ale wybraliśmy kolejkę, nie przejmując się ogólnie znaną śpiewką,

Kasprowy, Kasprowy,
wolę Pięci Stawy,
pier..lę kolejkę
przeciem nie kulawy.

Wjechaliśmy tłumnie i w ścisku na górę. Tłum wypchnął nas z kolejki. Dzieci stwierdziły, że są głodne. Zaczęło padać. Wszyscy ruszyli do baru Gubałówka, a może to restauracja była? Dania barowe. Pokrzepieni colą, kotletem i burgerem ruszyliśmy szczytem Gubałówki przed siebie. Minęliśmy smutne kucyki, duży koń właśnie robił kupę. Wszyscy zachwyceni spoglądali na woźnicę, który nie przerywając jazdy wozem, zbierał nawóz od razu do worka. Potem była wata cukrowa i kręcone lody i obowiązkowe zdjęcie z psem i owieczką. W tym miejscu rzeczywiście można było dostrzec Giewont, bo inne miejsca widokowe pozastawiane są budami. Piękne widoki rozpościerały się na fartuszkach ustawionych rzędem i przeznaczonych dla super cioć, córek, szwagierek… Ogólnopolski wzór ludowy, który rozpanoszył się kilkanaście lat temu po całej Polsce od morza do Tatr był bardzo silnie reprezentowany na wszystkim, co miało udawać ludowość.

Wnuczce kupiłam perukę, wnukowi po długim marudzeniu – nóż. Nie żadną finkę ani scyzoryk, tylko jakąś imitację samurajskiego noża. Córka kupiła sobie kolczyki, kuzynka pluszaka i tak co kawałek coś. Ja wypiłam kilka cappucino. Przy kościółku, w zasadzie samowolce budowlanej gazdów Bachledów, zastała nas burza. Kościółek zamknięty, schowaliśmy się w maleńkiej krypcie na tyłach świątyni, miejscu spoczynku fundatorów kaplicy. Grobowa cisza, wreszcie, gdyby nie pioruny.

Po burzy przyszło słońce i wszyscy znowu ruszyli na szlak. Zatrzymaliśmy się przy grze w pieniądze. Niestety kilka prób przebiegło bez sukcesu, chyba, że sukcesem nazwać można było pozbycie się bilonu. Potem były sztuczne ścianki wspinaczkowe, gofry wegańskie, chińskie (nie jestem pewna) ciupagi, kino 5 D, a może nawet 7 D max, świat wirtualny z ofertą przeróżnych gier, manekiny ubrane, przebrane w ludowe stroje, znowu burza, znowu lody, kubki z napisem Pozdrowienia z Tatr, meksykańskie kierpce i góralskie kapelusze.

Gubałówka nie jest wysoką górą. 1123 m n.p.m, leży w Pasmie Gubałowskim, nazwa pochodzi od polany o tej samej nazwie, a ta z kolei od właścicieli polany gazdów Gubałów. Nie wiem, ilu Gubałów zamieszkuje jeszcze Gubałówkę, ale wszystkim mieszkańcom bardzo współczuję, zwłaszcza w sezonie, choć może niesłusznie, bo właśnie w sezonie można najlepiej zarobić, sprzedając choć co byle komu. Nam – ceprom. Popyt nakręca podaż.

Pod Gubałowką to samo, albo jeszcze gorzej. Szczytem paskudztwa, żeby nie nazwać szczytowaniem, są otwieracze do butelek w kształcie członka. Gdy wysłałam zdjęcie z otwieraczami admince, przypomniała mi o świętym napletku, którego święto, obchodzone 1 stycznia, dość dawno już zniesiono.
– Jak wakacje?
– Super, byliśmy w górach, wpadliśmy nawet na trzy dni do Zakopanego
– O, Zakopane!!!?
– No wiesz jeden dzień Krupówki, drugi dzień w góry, a więc Morskie Oko, dzieciaki i tak nie doszły, pojechaliśmy wozem, w obie strony. Trzeci dzień Gubałówka, wiadomo na Gubałówkę trzeba było wjechać.

I tak niektórzy, a może większość pamięta Tatry.

Wróciliśmy do Lachowic, tu jeszcze nie dotarła globalna ludowość. Stąd wywodzą się prawdziwi ludowi twórcy koników i ptaszków. Takim był brat mojego dziadka, mój ojciec, który wnukom strugał fujarki, mój kuzyn, któremu ulegnie każde drewno. Warto zajrzeć do Stryszawy do Beskidzkiego Centrum Zabawki Drewnianej i w ciszy i spokoju wejść do ogrodu kolorowych koników, bryczek, ptaszków.

Niestety, nabyć można było tylko kilka wyrzeźbionych rajskich ptaszków. Reszta pojechała z właścicielami na jarmarki, targi, festiwale, może nawet do Zakopanego.

Wśród badziewia udającego ludowość, trudno byłoby je tam zauważyć.

Projekt Irena Bobowska. Więzienia. Gefängnisse.

Über Irena Bobowska findet man auf diesem Blog viele Beiträge. Zum Beisipiel HIER.

O Irenie Bobowskiej czytelnik znajdzie wiele wpisów na tym blogu – np. TU

Ela Kargol

Irena Bobowska widersetzte sich der Unterdrückung, welche für sie und viele andere am 1. September 1939, mit Hitlers Überfall auf Polen begann.

Seit ihrer Verhaftung bis zu ihrem Tode verbrachte sie über zwei Jahre in sieben Gefängnissen.

Das letzte war in Berlin-Plötzensee, wo sie hingerichtet wurde. Das erste war Gestapo-Gefängnis- Posen.

Fort VII, Wronki, Gefängnis Spandau, Moabit, Barnimstraße waren dazwischen.


Irena Bobowska stawiła opór zbrojnej przemocy, która dla niej i wielu innych osób rozpoczęła się 1 września 1939 roku, wraz z inwazją Hitlera na Polskę.

Od momentu aresztowania do śmierci spędziła ponad dwa lata w siedmiu więzieniach.

Ostatnim miejscem było więzienie w Berlinie-Plötzensee, gdzie została stracona. Pierwszym – więzienie Gestapo w Domu Żołnierza w Poznaniu.

Fort VII, Wronki, więzienie Spandau, Moabit, Barnimstraße były pomiędzy.

Sieben Gefängnisse oder Orte, wo sie früher waren / Siedem więzień albo miejsca, gdzie się przedtem znajdowały.

Projekt Irena Bobowska. Erinnerung. Pamięć.

4. ERINNERUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

WAS: 4. Event Projekt “Irena Bobowska”
WO: Städtischer Friedhof Altglienicke, Schönefelder Chaussee 100
WIE: U-Bahn Adlersfof / Bus 164 ==>> BER Stop: Dankmarsteig
WANN: Donnerstag / czwartek 22.09.2022 / 18:00 – 21:00

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska, die vergessene Heldin.
DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte
Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Viele von ihnen haben in Berlin gehandelt oder sind dort ermordet. In dem Projekt wollen wir an die Polinnen in Berlin erinnern, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.
Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy
Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Wiele z nich działało w Berlinie lub zostało tu zamordowanych. W tym projekcie chcemy przypomnieć o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.

Erinnerung
Erinnerungskultur, Erinnerungspolitik, Denkmäler, Frauen. Unsere Mütter, Großmütter, Tanten, Urgroßmütter. Kriegerinnen, Opfer. Wissenschaftlerinnen, Arbeiterinnen, Künstlerinnen, Hausfrauen. Anonyme Heldinnen. Was kann getan werden, um ihnen eine Stimme zu geben, um ihre Erinnerung in der kollektiven Kultur wiederherzustellen, insbesondere im Kontext der deutsch-polnischen Beziehungen?

Schirmherrschaft Herr Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Grüßwort: Oliver Igel, Bezirksbürgermeister von Berlin Treptow-Köpenick

Rede: Katharina Struber, Bildhauerin, zusammen mit Architekt Klaus Gruber Gestalterin der Begräbnisstätte und Erinnerungsort Friedhof Altglienicke

Rede: Klaus Leutner, Forscher, Autor, Initiator des Erinnerungsorts Friedhof Altglienicke

Rede: Wacława Małecka und Mitgliederinnen des Vereins der Freunde der Dabrówka-Schule, Poznań

Performance: Karen Kandzia

Anna Krenz bei der Veranstaltung in der Nikodemus Kirche am 15.09.2022; Foto: Krzysztof Rottermund

Diskussion mit:
Franziska Bruder / Lagergemeinschaft Ravensbrück Freundeskreis e.V.
dr Iwona Dadej / Instytut Historii PAN
Klaudyna Droske / Leiterin der Geschäftsstelle der Polonia
Nora Hogrefe / Leiterin der Koordinierungsstelle Historische Stadtmarkierungen im Verein Aktives Museum Faschismus und Widerstand in Berlin
Anja Witzel / Referentin der Berliner Landeszentrale für politische Bildung

Konzert: Warnfried Altmann | www.warnfried-altmann.de

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/
Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Liebe Besucher*innen,
laut Informationspflicht nach Art. 14 DSGVO weisen wir darauf hin, dass während dieser Veranstaltung Foto- und Videoaufnahmen angefertigt werden. Diese verwerten wir für Zwecke der Berichterstattung und der Öffentlichkeitsarbeit. Dazu werden die Aufnahmen in diversen lokalen und sozialen Medien, wie z.B. Internetauftritt (www.dziewuchyberlin) und unseren Facebook-Seiten veröffentlicht. Rechtsgrundlage für die Verarbeitung der Foto- und Videodaten von Ihnen ist Art. 6 Abs. 1 (f) DS-GVO, da ein berechtigtes Interesse daran besteht, die Öffentlichkeit über die Aktivitäten des Dziewuchy Berlin zu informieren und unsere Gruppenaktivitäten zu dokumentieren. Empfänger dieser Daten sind somit intern die mit Öffentlichkeitsarbeit betrauten Mitglieder*innen unserer Gruppe und extern die regionale Presse sowie Redaktionen und Redaktionssysteme von Printmedien, Onlinemedien und international operierende Social Media-Anbieter. Datenschutzrechtlich Verantwortlicher ist die Gruppe Dziewuchy Berlin.

Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.
In Kooperation mit: Regenbogenfabrik; Polonijna Rada Kobiet+
**************
Gefördert durch:
Senatsverwaltung für Kultur und Europa / https://www.berlin.de/sen/kultur/

#IrenaBobowska #DziewuchyBerlin #niewiederkrieg 
#Poznań #Berlin #Lenzen #historiakobiet #miejscapamięci 
#polnischesdenkmal #polkiwberlinie #Polkopedia 
#VergesseneHeldin #ZapomnianaBohaterka
#Herstoria #polnischdeutscheschwesternschaft 
#polskoniemieckesiostrzeństwo 
#feminizmponadgranicami #Ojczyzna #Heimat 
#Krieg #Wojna #Pomnik #ZaNaszaiWaszaWolnosc 
#poznanianka 

Wojenne rekreacje Mikołajka

Tibor Jagielski (René Niegościnny)

Odcinek 1: Jak wybuchła wojna.

Bardzośmy się wszyscy cieszyli, bo nareszcie spadł śnieg, a i mróz trzymał tak, że woźny przyrzekł zrobić ślizgawkę. Maskencjusz, który ma bogatego tatę, zaczął już paradować. W żółtym kasku z napisem SVERIGE i bardzo byliśmy wszyscy zazdrośni, kiedy chwalił się, że ma w domu, najprawdziwszy i zagraniczny kij hokejowy, a jemu można wierzyć.

Alcest oświadczył, że w tym roku stać na bramce nie będzie. Choćbyśmy mu przyrzekli wszystkie czekoladki świata. Na dodatek Rufin, nasz najlepszy napastnik był chory na świnkę. Kłopotów co niemiara. Kiedy wróciłem do domu, mama zapytała, czy wytarłem nogi. I co w szkole, odparłem, że wszystko w porządku, bo nie chciałem jej martwic widmem Maskencjusza w żółtym kasku z napisem SVERIGE, mającego dwie lewe nogi. I grającego na prawym skrzydle. Dorośli też mają swoje kłopoty.

Mama powiedziała, że zaraz siadamy do obiadu, gdyż tata wróci późno, bo po pracy ma jeszcze zebranie „Solidarności”. Oboje wiedzieliśmy, że to zły znak. Nastąpią niechybne przepytywania z biologii albo z matmy i narzekania, że zupa znowu przesolona. Tak było już od jesieni, bo przedtem tata wracał z zebrań wesoły jak skowronek, nawet z kwiatami dla mamy i gumą do żucia dla mnie. A czasami zabierał nas nawet na wieczorny spacer nad rzekę.

Potem zadzwonił Alcest i powiedział, że w ostateczności zgadza się na kilogram mieszanki wedlowskiej, a jak nie, to będziemy musieli postawić na bramce którąś z dziewczyn. Bardzo się zdenerwowałem.

Tato wrócił rzeczywiście bardzo późno i zamknął się z mamą w kuchni, a ja siedziałem przed telewizorem, bardzo zdziwiony tym, że nie wysłano mnie spać. W telewizji leciał właśnie jeden z filmów bułgarskich, które, nie wiem dlaczego, tak nie podobają się dorosłym. Uśmiałem się, bo jeden aktor, biorąc jakąś panią za rękę, robił takie miny jak Zenobiusz wywołany do tablicy. Niestety zabawa nie trwała długo, bo rodzice zgasili „to straszne pudło“ i kazali mi iść do łazienki.

Leżąc już w łóżku usłyszałem jeszcze słowa taty, że „jak ci w Gdańsku dzisiaj czegoś stanowczego nie uradzą, to…“

Zasnąłem. W środku nocy obudziło nas wszystkich natarczywe pukanie do drzwi. Tato narzucił szlafrok, wcisnął między zęby wygasłą fajkę i udał się do przedpokoju. Zapytał głośno – Kto tam? – Swój – usłyszeliśmy cichą odpowiedź. – Jaki swój?! – sapnął zirytowany tato, otwierając w międzyczasie drzwi. Do środka wtoczyła się ośnieżona, futrzana kula, która po pewnym czasie okazała się być Panem Ignacym, mieszkającym parę ulic dalej znajomym taty. – Aresztują – powiedział pan Ignacy, zrzucając futro. – Co?! Jak?! – krzyknęli chórem moi rodzice. – Ciii…cho – przyłożył palec do ust pan Ignacy – Aresztują, zamykają, wszystkich wyciąga z domów ubecja, istna noc świętego Bartłomieja, Sodoma i Gomora! Uciekłem ledwo co…- wskazał na swoje stojące na klatce schodowej zaśnieżone traktory. Ojciec zatrzasnął drzwi, a matka poszła do kuchni robić herbatę. Na kanapie  w pokoju gościnnym rozsiadł się, ubrany w strój harcerski i z finką u boku, pan Ignacy i zaczął opowiadać, że jego znajomych zaaresztowano przed godziną, a on sam, powiadomiony przez życzliwych, w ostatniej chwili rzucił się do ucieczki.

– Hmm… – mruknął tato, nalewając do kieliszka, który postawił przed uciekinierem na stole, wiśniową nalewkę, zrobioną przez babcię i, chociaż milczał, to ja dobrze wiedziałem, co ma na myśli – że choćby zamknęli pół miasta, to i tak między zatrzymanymi nie znalazłby się pan Ignacy.

Mama przyniosła herbatę i powiedziała, że telefon nie działa. Wobec tego wlaczylismy radio, ale leciała na wszystkich programach tylko muzyka. Na okrągło same marsze i marsze, aż tata stwierdził, że mu kiszki grać zaczynają. Po pewnym czasie usłyszeliśmy głos spikera, który powiedział, że jest wojna i że niczego nie wolno teraz  robić. Nawet chyba grać w hokeja.

Chciałem zapytać rodziców, ale mieli takie zmartwione miny, iż postanowiłem się nie odzywać. Pan Ignacy wypił herbatę z nalewką i powiedział, że czas mu w dalszą drogę, bo tu zaczyna się robić niebezpiecznie.
– Gdzie? Tutaj?! – spytała odrobinę nieprzytomnie mama.
– No u was – ruszył po swoje futro pan Ignacy – jestem tu  prawie godzinę i prawdopodobnie zdążyli już zrobić na mnie namiar i mogą się pojawić lada chwila.
– Tak, tak – przytaknął skwapliwie tato i z oddechem ulgi wypuscił go za drzwi.
– Co teraz będzie? – zapytała mama, gdy zostaliśmy sami. Tato wzruszył bezradnie ramionami.
Ja też mógłbym zadać to samo pytanie, w związku z naszym poniedziałkowym meczem z piątą C.

Projekt Irena Bobowska. Zniewolenie / Unterdrückung

3. UNTERDRÜCKUNG / Diskussion / Performance / Ausstellung / Konzert

KulturKirche Nikodemus
Nansenstr. 12
Berlin Neukölln

15.09.2022 18:00

Anna Krenz

Fehlende Hälfte der Geschichte. Irena Bobowska
, die vergessene Heldin.

DISKUSSIONEN / PERFORMANCE / AUSSTELLUNG / KONZERTE

4 Orte / 4 Termine / 4 Themen / 8 Gedichte

Die Veranstaltungsreihe „Fehlende Hälfte der Geschichte“ ist ein Versuch, die polnisch-deutsche Geschichte zu vervollständigen, indem es an Frauen erinnert – vergessene Heldinnen, die aus den Seiten der Geschichte gelöscht wurden, polnische Frauen, die vor 100 Jahre gemeinsam mit Frauen in Deutschland um ihre Rechte gekämpft haben, die später die Opfer des Krieges waren, aber auch für die Freiheit gekämpft haben. Wir erinnern an die Polinnen in Berlin, die von dem Verbrecher-Regime verfolgt, gefoltert, umgebracht und danach noch in die Vergessenheit gebannt wurden. Vor dem Hintergrund des Krieges in der Ukraine hat die Geschichte eine völlig neue Dimension, die sehr relevant und aktuell ist.

Brakująca część historii. Irena Bobowska, zapomniana bohaterka.

DYSKUSJE / PERFORMANCE / WYSTAWA / KONCERTY

4 Miejsca / 4 Terminy / 4 Tematy / 8 Wierszy

Projekt “Brakująca część historii” jest próbą uzupełnienia polsko-niemieckiej historii poprzez przypomnienie kobiet – zapomnianych bohaterek wymazanych z kart historii, Polek, które 100 lat temu walczyły o swoje prawa razem z kobietami w Niemczech, które później stały się ofiarami wojny, ale również walczyły o wolność. Przypominamy o polskich kobietach w Berlinie, które były prześladowane, torturowane i zabijane przez zbrodniczy reżim, a następnie wymazane z kart historii. W kontekście wojny na Ukrainie temat ten zyskuje zupełnie nowy i aktualny wymiar.


Unterdrückung

Räume der Gewalt, Räume der Unterdrückung und Räume der Freiheit: Bei der Unterdrückung geht es nicht nur um Gefängnisse, Mauern und Gitter. Die Unterdrückung findet in vielen Bereichen statt – kulturell, sozial, politisch, religiös. Was unterdrückt uns, Frauen, heute? Und wie gehen wir damit um?

15. September 2022 (Donnerstag),  18.00 Uhr | Kulturkirche Nikodemus, Nansenstraße 12, 12047 Berlin  (Neukölln)

Mehr: www.dziewuchyberlin.org/15-9-2022-unterdruckung/

Performance: Karen Kandzia

Karen Kandzia: Performance Alles wird gut / Denkmal des polnische Soldaten und deutschen Antifaschisten, Volkspark Friedriechshain, 13.09.2022. Foto: Ela Kargol

Diskussion mit:
Marta Ansilewska-Lehnstaedt / Historikerin, Gedenkstätte Deutscher Widerstand 
www.gdw-berlin.de
Zofia Nierodzińska 
/Kuratorin, Künstlerin, Autorin, Aktivistin. Stellvertretende Direktorin der Galerie Arsenal in Poznań znierodzinska.com
Marina Wesner 
/Architektin, Architekturhistorikerin, Autorin  www.marinawesner.de

Begleitende Ausstellung: “Frauengefängnis Barnimstraße“ von Marina Wesner

Konzert: Helmut Mittermaier | www.guruclub.de/mittermaier/
Musiker und Komponist. Studierte an der UdK Berlin Experimentelle Klanggestaltung. Kompositionen für Konzert, Theater, Radio und Film. Radioautor Hörspiel und Feature (SWR, Deutschlandfunk Kultur).


Ein Projekt von:
Dziewuchy Berlin www.dziewuchyberlin.org;
Polkopedia www.polkopedia.org;
Ambasada Polek e.V.i.G.

Konzeption und Durchführung:
Anna Krenz (Dziewuchy Berlin); Ewa Maria Slaska (ewamaria.blog)
Team: Miłosława Ryżczak, Karen Kandzia, Elżbieta Kargol, Jemek Jemowit
Texte: Anna Krenz, Ewa Maria Slaska
Grafik: Anna Krenz
Übersetzungen: Ewa Maria Slaska, Elżbieta Jagiełło, Dorota Cygan
Fotos: Maciej Soja (Soja Photography / facebook.com/SojaPhotography)
Video: Jasha Seibel

Projektwebsite: www.dziewuchyberlin.org/bobowska/
instagram.com/bobowska_berlin/

PRESSEBILDER:
https://www.dziewuchyberlin.org/media-pack/


Kontakt:
bobowskaberlin@gmail.com

Kooperation:

Pokolenie Solidarności (14)

Ewa Maria Slaska

Eli

Czterdziestolatek (1975)

W latach 20 w Ameryce ideałem była mała stabilizacja – każdy uczciwie pracujący człowiek miał mieć dom, samochód (czarnego Forda T!), radio, pralkę, wodę w domu i ogrzewanie.

Zamieniwszy słowo dom na mieszkanie zwane M z cyferką, a zatem M2, M3, M4, i dodawszy telewizor, Polacy w drugiej połowie lat 70 wyprodukowali marzenie, które wyglądało dokładnie tak, jak amerykańskie pół wieku wcześniej. Kultowy serial Czterdziestolatek był orgiastyczną pochwałą peerelowskiego dorabiania się, czego symbolem stał się słynny „łuk Karwowskiego”, czyli wycięty w ścianie mieszkania w bloku łuk, mający udawać, że znaleźliśmy się we wnętrzu szlacheckiego dworku, a może nawet arystokratycznego pałacu.

Dorabianie się jest wprawdzie ideałem drobnomieszczańskim, ale jednak niezaprzeczalnym. W roku 2022 media doniosły, że w Brazylii zmniejsza się gwałtownie ilość katolików. Brazylijczycy opuszczają kościół katolicki i przenoszą się do sekty zielonoświątkowców, ci bowiem głoszą pochwałę dorabiania się. Im więcej zarobiłeś, tym bardziej Bóg Cię kocha, mówią zielonoświątkowcy. Kościół Powszechny pod wodzą Franciszka postawił na reprezenztowanie interesów biednych, biedni zaś postawili na zielonoświątkowców.

Jakie więc było nasze życie według Karwowskich? Zacznijmy od prostego pytania, czy w Czterdziestolatku były kartki? Tak, macie rację, nie było, bo jednak Karwowscy, którzy byli parę lat starsi niż Stefek i Basia, niż ja i mój mąż, wstrzelili się w świat gierkowskiego dobrobytu. Mieli mieszkanie w blokach, na podwórku stał trzepak, młoda Karwowska miała więc gdzie wykonywać fikołki na trzepaku. Mieli samochód. Gdy zaangażowali się społecznie w rozwiązanie jakiegoś lokalnego problemu i przyszła dziennikarka nagrywać z nimi wywiad, Karwowski prezentuje się w garniturze plus modne baczki, a Karwowska wkłada luźną czarną sukienkę z elany i ma długie sztuczne perły na szyi. Oczywiście oboje mają pracę, a dzieci się dobrze uczą. Standard Polski gierkowskiej nie zakłada innych możliwości. Na obiad była pomidorowa, schabowy, tłuczone ziemniaki, ale już się nieśmiało zaczął czas udziwnionego jedzenia – na jakiś proszony obiad Karwowscy przygotowują indyka na słodko i wytrawny deser.

My już nie żyliśmy w idealnym raju PRL-u, my znaliśmy kartki od 76 roku, kiedy na dziesięć lat pojawiły się i ustabilizowały swój byt kartki na cukier. Mój syn, podobnie jak Małgosia Szarzyńska, córka Basi i Stefana, od urodzenia znali tylko cukier na kartki. I był to szarawobiały cukier w szarawo-granatowych torebkach. Jacek i Małgosia nawet nie wiedzieli, że istnieje cukier w kostkach. Kiedy Jacek zobaczył taki cukier w sklepie, prawie się rozpłakał z potrzeby dostania takiego cuda do zjedzenia. Wiedziałam, że nic z tego nie będzie, ale mimo to zapytałam, jak można by było „dostać” to coś i dowiedziałam się, że jest to towar reglamentowany, tylko dla cukrzyków, którzy mają na ten luksus specjalne kartki.

Potem to już w ogóle zaczęły się kartki w iście kubańskim stylu – w kraju cukru, ludzie dostawali cukier na kartki, kilogram miesięcznie, ale z wymaganej przez partię oszczędności cukru, tylko przez 11 miesięcy w roku.

Były kartki, a i tak się stało w kolejce. Był tłok, wszyscy się pchali na wszystkich, Jackowi kiedyś w takiej kolejce jakieś dziecko wyrwało z ręki bułkę z serem i ją zjadło. To wtedy właśnie mój ośmioletni syn powiedział, że można by poustawiać takie płoty z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Gdy w roku 1985 wyjechaliśmy do Niemiec, wszystkie kolejki w Policji dla Cudzoziemców były regulowane takimi metalowymi płotami z lewa na prawą i z prawa na lewą, żeby ludzie porządnie stali w kolejce.

Tak to się niekiedy spełniają nasze marzenia. Spełniają się, a Los wykrzywia przy tym gębę w ironicznym uśmiechu.

Chciałeś płoty?
No to masz!

Paryskie złudzenia (2)

Mieczysław Bonisławski

Dokończenie opowiadania, którego pierwsza część została opublikowana wczoraj.

Z pamiętnika Natalii:

Piątek
Znów nie doszło do spotkania z A. Jak żyć?
Było wiadome: katana dopiero po szesnastej – wspaniała wyszła: wzorowana na kowbojskich bluzach, ale nie z jeansu, z materiału – a wieczorem „Pod psa”. Pomiędzy czas na A.
Alu, musisz zrozumieć. Katana przedłużyła się. Została mi godzina. Lepiej było iść pod Instytut i zaczekać tam na niego, niż wpaść do Ciebie i zaraz lecieć. Hm, musisz aby…?
Zimnem i upokorzeniem płacisz za uchybienia wobec przyjaźni! Z. nie wychodził z zajęć, a tu deszcz, wiatr, mróz i pełno studentów, którzy nic nie rozumieli. Ach, chociaż Ty wybacz i zrozum, pociesz. W ciemnościach nie było widać pięknej, nowej katany, nikt nie mógł wiedzieć, kto ma wyjść z Instytutu, była tylko rozczochrana, zakatarzona cipa, przestępująca z nogi na nogę w zabłoconych czółenkach. Wyobrażasz sobie?!
Północ. Znów syreny na szosie. Czemu one brzmią tak łapczywie? We wtorek musi się znaleźć czas dla A.

Wtorek
A. dopytywała się jak było w piątek. Z. zachował się wspaniale, ale co to obchodzi A.? Pewne rzeczy są prywatną sprawą. No i skończyło się małą kłótnią:
N: Z. jest super męskim facetem, nie wciąga się w te płytkie dyskusje. A jak zgasił Renate!
A.: Nie widzę w tym męskości. Jest racjonalny. Zresztą co ty z tym całymudomowionym” [wyraz nieczytelny, mocno, kilkakrotnie przekreślony] masz za pojęcie o wolności?
N.: Wytłumacz mi co chciałaś powiedzieć przez to, że „udomowiony”? Dlaczego zresztą masz pretensje do kogoś, kogo nie znasz, co ty, zazdrosna jesteś?
A.: No wiesz! Dobra, przyjdź teraz koniecznie z gitarą, zaśpiewasz mi, wiesz, to…
N.: Nie, poczekaj Alu, ja cię proszę, wyjaśnij mi to, co powiedziałaś.
A.: Zastanów się kim jesteś? Robisz co chcesz, nie hamuje cię bieda, ani nieodpowiedni dom, z którego mogłabyś pochodzić. Skąd wiesz, co czuje robotnik? Ja otarłam się o niewolę…
N.: Sama ją wybrałaś!
A.: Nie przerywaj, co to ma do rzeczy?
N.: No mów, ale spłycasz to wszystko.
A.: Jak kogoś z was pozbawić wolności, to powie, że to nie teoria, że nie jest wszystko jedno. Dwie wolności? W reżimie człowiek przeskoczy barierę lojalności. W demokracji rynkowej pokonanie bariery kapitału jest nieosiągalne. Nie widzisz tej prostej rzeczy?
N.: A twój problem do czego się sprowadza?
A. zamilkła i obraziła się. Ale się narobiło. Tym bardziej w piątek nie mogę zawieść!

Piątek
A. w najgorszych snach nie jest w stanie oddać upadku tych studentów. I Z. z nimi!

[wtrącony zupełnie bez związku fragment, opatrzony dopiskiem, wskazującym na Alice (A.)]

Słuchaj. Usiadłabyś trochę na mym miejscu. Zrozum, ja się już duszę, zrobię wszystko, by tylko wyjść, co tylko mi zaproponują! Ja choć wiem skąd to wszystko, nic na siłę. Lojalność. Nie ma za wysokiej ceny, chcą jej, to ją mają. A co w tej rynkowej demokracji?

Pieniędzy z posłuszeństwa nie utoczysz. Nie, to nie wszystko jedno… Dać im zgodę, może każdy, mieć pieniądze, to przywilej wybranych, nie do przeskoczenia dla pozostałych. Czy ty choć trochę mnie rozumiesz?

[ciąg dalszy bieżącego wpisu]

Wpierw trzeba ten wczorajszy dzień ustawić po kolei.

Do obiadu zwyczajna szkoła. Sabine cały dzień tłumaczyła z polskiego na hiszpański wiersz o terrorze generała Franco. „Segur que tomba, tomba, tomba”. Dla tego jej „Poety”, ona teraz z nim śpiewa… A przecież dwa tygodnie temu była jeszcze nieugiętym filozofem rewolucji.

Tłumaczenie wierszy na lekcji nie sprzyja udzielaniu sensownych odpowiedzi nauczycielom – czy dwie „pały” jednego dnia to duża czy mała ofiara Sabiny? Swoją drogą mają rację ci co twierdzą, że likwidacja psychotronicznego, tego fajnego, zdalnego nauczania i wprowadzenie szkoły z fizycznym byciem w klasie, służy wyłącznie totalnej inwigilacji i kontroli.

Obiad. W domu nic do roboty, zatem spotkanie w klasztorze z A. – bez opóźnień. Następnym razem pamiętać o tej… gitarze!

Spotkanie „Pod psem” bez wyczekiwania pod uczelnią na najwspanialszych nawet facetów. Za to rozmowa z księdzem od A.

Jakie straszne rzeczy, lepiej by było marznąć pod Instytutem. Ponoć, a to pewna wiadomość, A. jest pod obserwacją, każdy jej krok, słowo są znane władzy. Do klasztoru nikt nie wnikł, ale przecież szczepiła się. Ma czipa. A poza tym „Pod psem” zbierają się różni. Pytanie o wiedzę na temat A. Tak, ukryła się, bo po śmierci swej mamy groziła z pistoletu jednemu facetowi.

[zbitek swobodnie, bez związku wpisanych zdań, opatrzonych uwagą: „Z. wykpiwa niepokój Natalii jak tylko zwierzyła się z rozmowy z księdzem. Pozostali studenci też”]

– Sabi, pisałaś piosenkę? Za dwie gały, no, łeb do góry, to konieczna ofiara. A gdzie was niesie, ty „Poeta”, próby, próbami, nie zabieraj jej. Cwaniak! To ciao, dzidzia, spraw się…
– Nata ma wieści od księdza. Cicho, sami swoi. Z., bzdury opowiadasz, tu wtyka? Gorąco tu, zmiana lokalu. Bekniemy, jeśli ktoś nas wrobił. No, pić się chce. Spiryt na koniec. Jak śmierć, to śmierć. Dżagi, szykujcie się, za murami tak dobrze nie będzie. Pofiglujemy po wolności…
– Ja z księżmi nic. Radziłem z dala od nich. Daj spokój, pogadasz i najdalej na trzeci czwartek tu wrócisz. Ale tylko dla wódeczki i dla pięknej Anetki, no [słowo nieczytelne], daj całuska…
– O czym, ty mówisz, dzidzia? Jaka wolność, to jest wolność, my to wolność. Szklanica i dziewica. Kto za nas umiera?! Masz wypij…

Natalia (do Sabine i Renate):

– …studentów z Zielonej Góry biorą na Chinoli. Pojutrze z artylerią z Czerwieńska jadą do Marsylii lub na Krym. Sami jeszcze nie wiedzą, gdzie ich rzucą? Co będą robić? Jako doświadczalny patrol biologiczny? Żywa tarcza chemiczna? No, tak, jak Ameryka zaatakuje na „Jedwabnym szlaku” ich karawany. Ta wojna za atak z Chin covidem w 2019 jest straszna. Z. mówił, że się boi. Reszta też. Nie dziwota, że tak piją. Nie tylko piją…

[luźno wrzucona między kartki strona ze „Strażnicy” Świadków Jehowy]

Zaraza to nie przypadek. Za dużo nas. W dni ostatnie wejdą tylko wybrani. Dzieci zrodzone w zarazie mają mutacje, dające nadludzką odporność nie na choroby, ale i na ból i na skażenia chemiczne. Część dzieci które miały 3 – 5 lat gdy wybuchała zaraza też to mają, a do tego są wybitnie inteligentne. To fakt nad którym głowią się lekarze, choć wyjaśnienie jest proste.

Widzimy, studenci to dziś tylko ci zmutowani przez covid. Reszta, chorowici, niedołężni są od prostych prac. Zaraza tak zwiastuje dni przedostanie. Pierwsi przejdą przez nie, reszta dzieci i starcy wymrą. A przedtem stoczą się na sługi, podludzi. Bo ich cel, służyć tym co przeżyją.

[odręczny komentarz (chyba) Natalii]

Z. i reszta, pierwszy rocznik. Odporni na wirusy, trucizny i ból, inteligentni. Idealni na front. Student to nie menel. Tamte świrusy by się same pozabijały. Dla nich tyrka w fabryce, magazynach sieci i sprzątanie miasta. Słyszałam, że chłopcy są odporniejsi na ból, dziewczynki poszły bardziej w rozum. Może to nie Bóg księdza i Alice, ale „Bunt kobiet” wywołał zarazę ? Chłopy do boju a baby będą rządzić.

Piątek

Alice zwariowała. Ma sny.

Nie wierzę – prawdziwe! Nie z generatora i anteny, ale urojone w głowie. Cofa się w tym klasztorze do jakiegoś zaprzeszłego stulecia!

A.: Męka całą noc. Stałam na górze, nogami na głowach ludzi. I cała płonęłam. Moje rude włosy, to były języki ognia. Ale od góry było mi zimno, za to parzyły mnie stopy.
N.: Co ty znowu?
A.: Co ja? Znów męczą mnie sny. Takie same jak wtedy. Ci ludzie coś krzyczą, gdzieś mnie ciągną. Oni chcą mnie spalić!
N.: Czekaj, jest chyba taki właśnie program od snów? Ale ty, tu za murem, nie masz przecież dostępu do sieci… To jakieś przebicie pola…? Prosto z bazy…?
A.: Ty jesteś po prostu głupia! Posłuchaj mnie w końcu!
N.: Co? Chcą cię spalić?
A.: A ja ciągle żyję. Nie wiem, nie wychodzi im, albo ja się odradzam…?

Co tu gadać. To nie to samo co standaryzowane wizje z systemu. Chyba jej zazdroszczę. Też tak bym chciała śnić.
***

Po kilkunastu miesiącach dobrowolnej izolacji Alice wyszła poza mury. Normalnie, drzwiami, trochę unikając sióstr i korzystając z tego, że wszyscy jedli obiad, wymknęła się na ulicę. Zaskoczyła mnie. Przez moment wahałem się, iść za nią, zostać przy obowiązkach?

Alice poruszała się, jak na nią, nienaturalnie energicznie. Była czymś wzburzona? Raczej ponosiło ją to co sobie postanowiła.

Było po 14. Zapadał wczesny, grudniowy zmrok. W świetle latarń wirowały płatki śniegu. Opadały na chodnik i jezdnię, a setki nóg mieszały je w zmrożone błoto. Setki spieszących prosto do domu ludzi, którzy po pięciu godzinach wyszli z fabryki masek i trefnych respiratorów senator Anity – wnuczki i z biur, niezbędnych dla ciągłości funkcjonowania państwa. Jak wśród nich czuje się 16-letnia dziewczyna, po tak długiej samotności, bez przepustki pracowniczej, gdy jedynym człowiekiem, jaki zechciałby ją zaczepić jest policjant z patrolu?

Dziewczyna łapie na rozpuszczone rude pukle białe płatki śniegu i pędzi przed siebie. Polubiłem tę zadziorę. Za to jak dawała w kość Natalii, że prowadziła uregulowane życie i niczym przykrym nie mogła zaskoczyć. Już nie mogła, bo ja wiedziałem i o tamtym. I dlatego byłem w stanie ją polubić. Żal mi jej włosów. Nie wiedziała w tym zamknięciu jaka dziś pogoda? Przecież zmarznie tak bez czapki! A może jej po prostu nie ma, może nie myślała idąc za furtę, że doczeka tam chwili, gdy będzie jej potrzebna zimowa czapka?

Stop. Alice przystanęła w kolejce do kontroli przy wejściu do supermarketu. Czyżby miała zamiar coś kupować? Ale skąd u niej nowe karty płatnicze, przecież co miesiąc stare nominały wymienia się na aktualne?

O, podeszła do automatu z kwiatami, kupuje bukiecik wrzosów. O co jej chodzi? Mija punkt szybkiej regeneracji. Pamiętam tu starego McDonalda, zapach frytek, piwo w parku. Kiedy to było? Wszyscy gadali na niezdrowe żarcie, co by rzekli teraz: kolorowe pastylki, wlewki, zastrzyki. Wygodne i kaloryczne uzupełnienie. Tylko czy to jest jedzenie?

I gdzie cię kieruje ruda głowa?! O chłopcach nie wiem. Natalia przestała przychodzić, ale to z powodu problemów z samą sobą. Nie kłóciłyście się o żadnego franta, wiedziałbym o tym. Kwiatki, jakaś ciotka, dalsza rodzina? Ale ty nie masz rodziny, Alice!

A gdzie my idziemy – Cygańskie Przedmieście? No, przecież, te kwiaty, takie same wrzosy i ta ulica przy końcu której jest…

***

Pamiętam ten dzień, kiedy wbiegłaś roztrzęsiona do kościoła. Niemal przewróciłaś konfesjonał. Nie musiałem pytać. Eksplodowałaś potokiem słów:

– Byłam u psycholog! Mówi, że te sny to trauma z dzieciństwa. Co było z moją matką?!
– Niewiele słyszałem…
– Ta płonąca głowa… Ktoś ją spalił? Przeze mnie?
– Tak ci powiedziała psycholog? Przecież to ty płoniesz.
– To przemieszczenie, z poczucia winy, za coś czego byłam świadkiem i sprawcą. Mamę spalili na stosie, przeze mnie?
– To taka przenośnia, stos, ogień, widowisko dla tłumu…
– …nagonka zdrowych na zarażonych, zaszczepionych na tych co czekają nadal w kolejce?
– Tłumy nie gonią dziś czarownic po Zielonej Górze…
– Ona mnie porzuciła, czy… umarła? Ma grób? Gdzie on jest, na cmentarzu, czy na wysypisku zarażonych?
– Nie rób z siebie Esmeraldy…
– Kogo?
– Takiej innej Cyganki, ją też spalili za czary.

***

A scenka z towarzyszami Alice? Skraj rozrytego parku, chłopaki wyciągają z ziemi piszczel. Ktoś kopie czaszkę niczym piłkę, inny łapie ją rzucając się w bramkarskiej paradzie.

– Jesteście naturalistami?
Spojrzeli zdziwieni po sobie.
– Nie gracie na konsoli, tylko kopiecie w realu…
Ten z brzegu kaszląc splunął celując w czubki moich butów. Drugi, garbaty, głośno beknął, odwrócił się i pierdnął. Wszystko zagłuszył gromki rechot.
– A ksiądz czego chce?
– To ludzkie kości.
– No i co? Czarownice tu zakopali. Spalili i zakopali. Przecież kościół nie lubi czarownic.
Z lubością wytargali spod ziemi kolejny szkielet. Zaczęli łamać.
– Każdy człowiek wymaga szacunku.
– Spierdalaj.
– Tylko pod tym murkiem chowali te nieszczęśnice. Tam dalej, między drzewami były już kwatery szanowanych obywateli. Cmentarz „Zielonego Krzyża”.
– Nie pierdol. Bawimy się. Czarami i chuj ci do tego.
– Nie boicie się?
– Czego?
– Czarów albo zarazy.
– Pieprz się. Każdy z nas jest zarażony. Każdemu już ktoś przez to zdechł w domu. Nie ma pracy, nie ma kościoła, nie ma szkoły. Nie boimy się niczego – stłumił kaszel i wyciągnął ku mnie zapalniczkę – Mogę i ciebie spalić, chcesz? Czy spierdalasz?

***

Nie posłuchałem. Nie spierdoliłem. Poszukałem Alice a nie widząc jej, spojrzałem na chłopaków. Byli starsi niż sądziłem z początku, dobrze po dwudziestce, bliżej trzydziestki. Cherlawi, bladzi, z wieloma, widocznymi zmianami nowotworowymi, które utrudniały życie, nie dając wytchnienia w śmierci. Pod maską zadziorności – zagubieni i wystraszeni. Jak większość ludzi, odkąd władze pogodziły się z tym, że wirus pozostanie już na zawsze. Uznały, że wirus to wyznacznik codzienności i odpuściły walkę z nim. Przynajmniej na terenach otwartych, poza zonami.

– Ty też? – tchnął mnie ich widok.
– Ja byłem – rzucił kulawy.
– To powikłania po covidzie? Przez chorobę jesteś Quasimodo. A ten, to Gavroche?
– Obrażasz nas?
– Nie! To kolesie z Paryża. Nie chciałbyś być teraz w Paryżu?
– A co to ten Paryż?
– Miasto.
– A bo mnie tu, w naszym miescie, źle? Na chuj mi jakieś Paryże, ja stąd. Księża i frajerzy niech jadą do tych Rzymów i Paryży, jak tu im co zawadza. Jak chłopaki stąd im śmierdzą.

Pojąłem czemu do lepszych parków, jak Piastowski czy Kolei Szprotawskiej wprowadzono drogie bilety. Elity mogły też wykupić abonament. Porządni ludzie mają prawo do rekreacji, opieki nad dzieckiem czy dziadkiem, do skorzystania z hostess na łonie natury w spokoju. Zaniedbany Park 1000-lecia był za darmo, to świat dla chłopaków stąd.

Ale Alice bym tu nie odnalazł. Ona już z nimi tutaj nie bywa.

***

Nie myliłem się. Ale nie mogłem jej wyprzedzić, przygotowany zaskoczyć. Wrócić? To jedyna okazja, by stanąć z Alice twarzą w twarz, tak jak wtedy – wrócić, to stracić tę okazję. Czy po to tak dobrze ją poznałem, by teraz zrezygnować z postawienia kropki nad i?

– Alice…
Widać ten szept zabrzmiał w ciszy cmentarza jak huk dzwonów, bo dziewczyna szarpnęła głowę i sztywno podniosła się z przyklęku. Spojrzałem na grób, w kubeczku był świeży bukiecik, obok leżał… pistolet. Odruchowo sięgnąłem za pazuchę.
– Zemsta?
Alice się uspokoiła, potrafiła kpić. Tylko czemu tak, czemu jedyne słowo, jakie od niej usłyszałem naprawdę, musiało być tak przyprawione żółcią?
– Teraz wyjmiesz spod pachy broń i – ciach! Nie pocieszysz mnie, że nic nie poczuję? Mama by się ucieszyła.
– Przecież nie będę do ciebie strzelał, durna smarkula!
– Durna? A po kim to mam?
Doszła do siebie, świetnie.
– Skończmy z tym strzelaniem, już wtedy narobiłaś kłopotów. Ja nie od razu uwierzyłem, że nie było w tym polityki, że to ty… No chodź…
Spróbowałem ją przytulić. Wyślizgnęła się. Zachwiało mną, co wykorzystała zabierając pistolet z mogiły. Miała przewagę, ja oparty o krzyż a ona kilka kroków za mną z bronią w ręku. Nie bałem się, że jej użyje, byłbym szybszy. Chodziło o nią, nie chciałem do niej strzelać. Wyprostowałem plecy, dłonie opuściłem wzdłuż ud, kładąc je na sutannie.
– Nie boisz się? – spytała.
– Nie.
Pokręciła głową i nie opuściła pistoletu. Siadłem z brzegu nieprzerwanego rzędu mogił niezaszczepionych. Byliśmy zwróceni do siebie bokiem, zapatrzeni w grób Anny a między naszą trójką – zimna czerń wczesnego wieczoru.
– Ten prawdziwy ksiądz Mateusz – zacząłem – Wiesz jaką naciągnął nieciekawą kartotekę, zanim go… Dobrze, że nie dałaś się wciągnąć… Słuchasz mnie ?
– Więc to prawda. Byłeś wtyką!
– Co ty wyprawiasz?!
Alice trzęsły się dłonie. W jednej trzymała tę niebezpieczną, przede wszystkim dla siebie, zabawkę…
– Podła wtyka. Świnia. – opuściła broń i krzyknęła – Po coś spotkał mamę! Czemu ty, czemu z tobą, z rudzielcem musiała… chciała… Czemu mi to zrobiła…?!
Nie wzruszył mnie jej szloch. Nawet nie spojrzałem w jej stronę.
– Nie jestem wtyką. Wykonuję legalnie mój zawód. Czasem polega to na takim przebraniu. To się nazywa działanie pod przykrywką. A to różnica. Wolisz prawdziwego księdza za ojca?
Rozbeczała się i dalej się odgryzała.
– Uraziłam dumę tajniaka?

Nie reagowałem. Co miałem powiedzieć, prawdę? Jeszcze bardziej by ją zdezorientowała. Nie było wtedy modne branie ślubu i posiadanie dzieci. Poznaliśmy się na Winobraniu, potem wspólne degustacje w piwnicy Seydela na wzgórzu. Ten poeta i winogrodnik, Fedorowicz pięknie opowiadał, a Bartek Gruszka, regionalista i fascynat, polewał miejscowe wino, które kręciło w głowie. Potem, z początku epidemii nas, funkcjonariuszy i nasze żony władze zaszczepiły w pierwszej kolejności. Ale Anna nie była żoną. Nieszczepiona a spotykająca się z funkcjonariuszem, stanowiła zagrożenie porządku publicznego. Wywieźli by ją z miasta. I gdy okazało się, że była w ciąży… Nie przetrzymała by warunków, jakie władze zapewniały takim jednostkom osobniczym. Musiałem pomóc wam uciec, rozstać się.

Długo nie siadałaś, nie raczkowałaś, mówić zaczęłaś dopiero… Bałem się, że zutylizują cię jako niemowlę opóźnione w rozwoju. Niepotrzebnie, pierwotny, cygański instynkt Anny kazał chronić dziecko przed zabraniem do programu pozyskiwania organów i komórek dla przemysłu. Naraziłem się pierwszy raz, gdy jej pomogłem ukryć cię przed policją genetyczną. A potem znów się narażałem, gdy robiliśmy z Markiem, w tajemnicy, tę mogiłę tutaj, niemal jak grób zbiorowy, a jednak z tabliczką i nazwiskiem. Jest gdzie przyjść, położyć wrzos.

A potem przeobraziłem się niemal w Jean Valjean`a, ale nie zrobiłem z Anny Fantyny a z ciebie Kozety. Tobie samej chyba bliżej do Esmeraldy… I choć mi daleko do Javerta,myśl już zatem lepiej o mnie, tak jak myślisz. A ja to opiszę. A tobie powiem tylko tyle:
– Porzuciłem Annę nim się dowiedziałem, że będzie miała dziecko. W moim wieku i zawodzie nie można dać kobiecie rodziny, szczęścia. Byłem na tyle odpowiedzialny by jej nie łudzić…
– To był przypadek, wypiliśmy za dużo na Winobraniu i się stało. Rano, jak wytrzeźwiałem nie miałem wątpliwości. Anna nie była w moim typie. Zresztą… Chyba tylko Marek nie uciekał od jej zalotów. W końcu kto jak nie Cygan, mógł coś w tej Cygance widzieć. Za to do mnie chciałaś wtedy strzelać, że twoja matka sama mi wpełzła do łóżka?!

***

Z nudów, w samotności (do czego nie mam już wątpliwości) piszę tę opowieść z czasów zarazy. O księdzu – przebierańcu i kochance, co zmarła, bo nikt jej nie pomógł, gdy się zaraziła. I o ich rudej córce, piekielnicy o ognistych włosach, co postrzeliła ojca. To jest motywacja tworzenia sztuki, prawda?! Ale nuda i samotność jest tak ludzka…

Jak sztuka. Wyobraźmy sobie ulice dużego miasta. Nie ma tu katedry Najświętszej Marii Panny, wystarczyć musi święta Jadwiga Śląska. Nie ma „dziedzińca cudów”, jest „Cygańskie Przedmieście”. Nie ma „Miejsca czaszki”, za to czasem ktoś odkopie czaszkę pośrodku parku. Są studenci Uniwersytetu, komisarze policji, szynkarze, piwnice z kontestacjami w oparach wina, ojczulkowie i mateczki wszelkiego autoramentu. Znajdzie się zatem w tej komedii ludzkiej i zbrodnia, i kara, i wielka literatura… Są tu też złudzenia. Złudzenia współczesnych nędzników. Stracone…?


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.

Paryskie złudzenia (1)

W środę był Balzak i jego Stracone złudzenia, bo tak już kilka dni temu wybrała środowa autorka, Ewa Karbowska. I co ciekawe, Stracone złudzenia wcale się jeszcze nie pojawiły, a dzisiejszy (i jutrzejszy ) autor, Mieczysław Bonisławski, przysłał Paryskie złudzenia. Dziś pierwszy odcinek, jutro drugi (zakończenie). Przenikanie światów. Czasem to złudzenie jest silniejsze, czasem słabsze. O dwóch wolnościach, o których tu dziś będzie mowa, też już pisałam, stały się nawet mottem mojej nowej powieści, zatytułowanej Amerykański sen. Na własny użytek zawsze ją nazywam Nowy Jork.
W dzisiejszym odcinku pojawia się czterech mężczyzn, Mateusz, Marek, Łukasz i Jan. Czy te imiona znaczą to, co myślę, że znaczą, czy to przypadek?
Autor milczy na ten temat, ale to przecież nic nie znaczy.

Mieczysław Bonisławski

Paryskie złudzenia

Czterdziesty miesiąc trzeciego już pandemicznego stanu wojennego. Z nudów piszę. Nieoczekiwana motywacja tworzenia sztuki, prawda? Ale nuda jest ludzka, tak jak sztuka. Lubię być człowiekiem, żyć tym życiem – a i sztuce z nudą do twarzy.

Wyobraźmy sobie główną ulicę dużego, pełniącego funkcję administracyjną miasta. Może być gdzieś w Europie, na wschód od Alp. Obudowana trzypiętrowymi kamienicami, gdzieś skryty kościół i były klasztor. Secesyjna fasada świątyni wyróżnia się kremową barwą tynków na tle szarej ulicy. Za kutymi drzwiami nie ma już mnichów, dziś jest tu plebania. Ksiądz, kilku wikarych, zakonnice.

Dzwonek domofonu.
– Tak, proszę?
– Ksiądz? Natalia.
Jasne, niech wejdzie.

Natalia, najbliższa przyjaciółka Alice. Przynosi jej nowiny z miasta i książki. Czytają je pewnie na zmianę, bo potem o nich dyskutują. Zamknięta w sobie Alice bardzo się przy tym ożywia, co wszystkich cieszy. Stąd Natalia jest tu mile widziana. Bywa, musi poczekać. Alice stała się religijna, dyskusje literackie już jej nie starczają. Modli się półgłosem, na tyle niewyraźnie, że trudno ją zrozumieć. Na tle kraty konfesjonału płonie rudo pukiel jej włosów.

– Z czym przychodzisz? Coś się zmieniło?
Cichy, cichutki szept. Niełatwo się domyślić o co jej chodzi?
– Nie chcesz mówić ? Czy może jeszcze nie masz nic do powiedzenia w tej sprawie?
– W której sprawie?
– Ty wiesz, masz ją jedną. I od niej musisz zacząć. To jak otwarcie furtki do łaski Pana.
Znów niewyraźny szept dziewczyny.
– Zduś bunt. Zawdzięczasz Mu największy dar, miłość. On uczył wybaczać, nie karać. Przeciw Niemu się buntujesz?
– Nie – jest w tym pełna rezygnacja, acz nie słychać zgody.
– Idź się teraz pomodlić.
Dziewczyna wstaje z klęcznika i odchodzi między ławki.
– Przyszła Natalia i daliśmy jej zupy. Poczeka na ciebie.

***

Obiad nie dał mi podsłuchać ich rozmowy. W końcu ja też coś muszę mieć z życia. Jak zechcę, to sobie doczytam stenogram z nagrania. Choć ciekawsze jest pogłówkować i samemu dojść po treści ich następnego spotkania, do tego, co działo się poprzednio.

W sztuce jest inaczej. Kiedyś, na kursach, uczyli nas o realizmie krytycznym, ale mnie pociąga naturalizm. Jest podobny do pracy – tylko rejestrować fakty i układać po kolei według instrukcji. Nie analizować przyczyn ani skutków, od tego są ci wyżej.

Bardzo trudno odnaleźć się w takim naturalizmie. Człowiek ma swój rozum, chciałby wykrzyczeć, co czuje, z czym się nie zgadza. Nie wolno. Na szczęście potrafię się w tym realizować, zaprzągłem sztukę jako ćwiczenie w lepszej służbie. Wyobraźcie sobie, co by na to powiedzieli ci spece od literatury?!

Alice to ruda, nad wiek fizycznie rozwinięta 16-latka. Nie cierpi swej cery, koloru włosów, chyba ma na tym punkcie kompleks. Ale nie dlatego izolowała się od świata.

Ja, cóż, chętnie bym brał w dłonie jej płonące pukle, a one przelewałyby się jak ogień między bierwionami gorejącego stosu.

Chętnie bym to robił, a Alice opuszczałaby oczy i brodę na odstające pod bluzką w kwiaty piersi, usta zaciskałaby w grymasie ni to drwiącego uśmiechu, ni pogardy. Ale służba mi na to nie pozwala. Mogę tylko rzucić tę marę na psychotroniczną plazmę.

W rzeczywistości to Natalia siada na brzegu jej łóżka. Obciąga sobie kusą spódnicę na chude nogi i obserwuje krzątaninę Alice.

Cele mają wyposażenie pochodzące z okresu budowy klasztoru, z początku tamtego wieku. Jedynie elektryczność zainstalowano później. Rudowłosa wróciła z półpiętra, gdzie na końcu korytarza mogła nalać w umywalni wodę. Postawiła blaszany dzban na ławie, obok miednicy i zanurzyła w środku kombinowaną z grubego drutu grzałkę. Wtyczkę zrobioną na drugim końcu sznura wcisnęła do kontaktu.

– Zioła ci zaparzę – ni to spytała, ni stwierdziła. Ujęła z parapetu metalowy kubek. Wsypała ze szklanego słoiczka świeżo naciętych pędów, zakręciła wieko i odstawiła słoik. Kubek podała Natalii i stanęła przed nią, nerwowo wygładzając spódnicę.
– Całkiem praktyczne.
– Co nie? Postawiłabym tu na środku w kubeczku kwiaty, przyniesiesz mi kilka?
– Nudzisz się tu, co?
Radosne podniecenie zniknęło z twarzy Alice. Kilka rudych kosmyków opada na śniade policzki, całkiem posępnie.
– Nie.
Dziewczyna uciekła ze spojrzeniem od Natalii, odwróciła się ku oknu, przez co nie zauważyła, że cofa się wprost na ławę. Trysnęła woda z przewróconego dzbanka.
– Zostaw to – Natalia powstrzymała niezdarnie zbliżającą się do kałuży Alice i zeskoczyła z łóżka. – Pomogę ci wytrzeć.
– Nie nudzę się. Wiesz, że czekam.

***

Na dworze zacinał deszcz. Wiosną byłaby to ulewa, latem burza z piorunami, dziś – beznadziejna plucha. Nie odświeża, nie daje ulgi ani przyjemności z tego, że wyschniesz zaraz na słońcu. Zresztą ono i tak nie wyjrzy zza chmur, a deszcz nie skończy się. Za parę dni zmieni się w śnieg – i tak aż do wiosny! Szczęście, że tego wszystkiego już tak dobrze nie widać – choć to jeszcze nie wieczór, to popołudnie, wyjątkowo ciemne. Szybko mrok ogarnął miasto. Skuliłem się pod płaszczem z postawionym kołnierzem. Twarz rozgrzewała szorstka tkanina, o którą pocierałem przy każdym ruchu wystające ponad koloratkę policzki.

Stałem tak po opuszczeniu Alice, Natalii i plebanii przed jakąś wystawą sklepową, rozmyślając, co robić. Z reguły po pracy ludzie idą do domu, a ja?

Tak pomyślałem, patrząc przez dużą, sklepową szybę i nic za nią nie widząc. Czy jednak taka myśl, zapisana w zdaniu, nie sugeruje nieprawdy? Każdy człowiek, w moim zawodzie też, ma swój dom, co by o nim nie mówić. Najwyżej raz bardziej, raz mniej chętnie do niego wraca.

Na ulicy deszcz zacinał mocniej niż przy ścianie budynku, ale z przyjemnością się od niego wreszcie oderwałem.

– Mateusz, to ty?! No, popatrz, wiesz, że ja nie wierzyłem Janowi, jak mi… Ty naprawdę jesteś księdzem! Ile to już żeśmy lat się nie tego?
Przystanąłem. Deszcz dalej siąpił. Nie mógł stać się przyjemniejszy, a jednak poczułem ożywczy dreszcz emocji.
Wysoki, krótko ostrzyżony blondyn przywitał się wylewnie. Czy to było hasło, czy faktycznie dawny znajomy?
– Czemu akurat ty dziwisz się memu powołaniu ?
– Czyżbym był wyjątkiem?
– Nie w wyrażaniu podobnych opinii.
– Sam widzisz. Jestem przekonany, że to z powodu wizerunku twej instytucji, jaki pokutuje w społeczeństwie. Przestarzały model, jak smartfon i przekaz wizualny, i tyle.

Przeszliśmy na drugą stronę ulicy, zachowując przepisowy dystans między sobą. Nie znałem człowieka, a to mógł być prowokator sanitarny! Deszcz rozpadał się, mimo to opuściłem kołnierz. Mimowolnie wsunąłem dłoń pod jedną z pół płaszcza, gdzie była obszerna, wewnętrzna kieszeń. Nic nie znaczący ruch nie mógł zwrócić jego uwagi.
– Nie mam racji, co?
– Oczywiście, że nie.
– Takim cię lubię! – jasnowłosy znajomy Jana przeszedł na bardziej familiarny ton. – Wiesz, chodźmy „Pod psa”!
Spojrzałem zdziwiony, na co on parsknął:
– Czego nie rozumiesz?

Czyżby to nie była zwyczajna rozmowa po latach? Zaniepokoiłem się. Za blisko się to kręci sprawy. „Pod psem” pracuje Marek. To o nim myślałem tam przed wystawą. Nie muszę ryzykować, a w tej sytuacji, wręcz powinienem zaraz zdać komuś z tego raport.

Iść „Pod psa”. Jakiż nieoczekiwany zwrot wydarzeń. I co za dziwaczna propozycja dla księdza? Podejrzewam, że można być świetnym duszpasterzem i nigdy nie dotrzeć „Pod psa”. Nawet pracując w tej parafii.

Nie było to daleko. Każde miasto o starym rodowodzie ma umowną granicę wiekowego śródmieścia: jakąś wodę lub ulicę idącą ciągiem byłych obwarowań. Tak jak i tu.

Po ferii barw i świateł reprezentacyjnego city, ciemnych, odrapanych uliczkach z oparami stęchlizny wokół, następowała krótka erupcja świateł i ruchu dwujezdniowego ringu, wieńcząc krzykliwie całą wielkomiejskość. Dalej już rozpoczynały się dawne przedmieścia.

Czemu „Dziadek” założył knajpkę właśnie tu, nie wiedziałem. Wgryzała się dawnymi lochami byłej poczty dyliżansowej w węglodajny grunt naniesiony przez lodowiec. Bodaj z urobku z tych piwnic wzniesiono dom na końcu brukowanej, wąskiej ulicy. Kłaniały się tu koślawo ku sobie, ku krzywym kocim łbom stojące naprzeciwko siebie jedno-, dwupiętrowe domy, ze sklepikami na parterze i balkonami na piętrze. Pobudowano je zaledwie niecały kilometr od rynku z ratuszem, przylegały od wewnątrz do ringu a otaczały je już od tyłu ogródki i sady.

Była to dzielnica Cyganów. Nie lubiano tu obcych, wieczorem można było stąd nie wrócić. Patrole wojskowe, mimo godziny policyjnej i powszechnego zakazu posiadania broni, nawet nie wychodziły tu ze swych pojazdów. Krążyła pogłoska, że z początku „Dziadek” miał do czynienia z mafią wymuszającą haracze. Przez jakiś czas notorycznie ginęły zaparkowane przed knajpą auta bardziej znaczących klientów. W końcu Cyganie unieśli się ambicją i pokazali, że na ich terenie nikt poza nimi nie ma prawa działać, wypłoszyli inkasentów, i więcej podobne nieprzyjemności przybywających „Pod psa” klientów już nie spotykały. To sprawiało, że „Pod psem” czuło się jak na wyspie, izolowanej od lądu żyjącego pod parasolem epidemii i stanu wojennego. Aby zaś Cyganie z przedmieścia pełnili dalej z oddaniem swą rolę, „Dziadek” zatrudnił Marka.

– Co tak ruszasz ustami, modlisz się? – szepnął blondyn, robiąc miejsce w drzwiach.
– Nie kpij tak prostacko.
W prawo była salka, gdzie upijali się miejscowi. Z lewej za barem uwijały się dorabiające do stypendium dziewczyny z Uniwersytetu. Na wprost schodziło się do piwnicy.
– Hej, jak to zima tego roku szybko przyszła.
– Co, śnieg pada? Mówiłem…
– Gówno nie śnieg, pingwiny przylatują, patrzaj se.
Dowcipowi odpowiedziała salwa śmiechu i zaraz paru pijaczków wyszło za nami na wąski korytarzyk.
– Księże plebanie, na dół to do „dziewczynek”.
– Zapraszamy tu, na wódeczkę, mniejszy grzech będzie.
– Duża gorzała, padnięta pała – posypały się rady zatroskanych kibiców.

Ku memu zaskoczeniu znajomy Jana skulił ramiona, pochylił cały do przodu i nie oglądając się za siebie, pospiesznie zniknął w piwnicy. Zdobyłem się na spory wysiłek, by nie stracić go z oczu.

Za kolejnymi drzwiami, już na dole, nie łamano przykazania z tablic Mojżesza. Dziewczynki, nieletnie gimnazjalistki i studentki traciły niewinność polityczną. Panowała tu moda na lekkie alkohole, hasz i trawkę oraz wegetarianizm. Sama dekadencja.

W oparach dymu dostrzegłem blondyna i Marka.
– Witam. Zachowujmy się naturalnie. Coś się stało, że po takim czasie?!
Ścisnąłem Marka za ramię i wskazałem skinieniem głowy w kierunku mego cicerone, gromko go strofując:
– Nie, nie! Posłuchajmy, Renate poruszyła bardzo ciekawą kwestię.

Blisko kominka, przy jednym ze stolików, skupiła na sobie uwagę obecnych, blondyna ostrzyżona „na zapałkę”. Była przyjemnie, po kobiecemu, zaokrąglona i mimo jej niskiego wzrostu, nawet ktoś nieprzychylny nie określiłby tego jako tuszy. Fryzurę i powłóczystą, prostą, tunikę, wzorowaną na mnisiej, wzięła z własnego wyobrażenia wyglądu wykreowanej przez Roidisa papieżycy Joanny. Pseudonim pochodził od imienia jednej z bardziej niezłomnych bojowniczek niemieckiej grupy terrorystycznej, o której ostatnio było głośno.

– A słyszeliście kiedyś o dwóch wolnościach?
– Do czego zmierzasz?
– A tak! Żebyś wiedział, już dawno przed nami ludzie rozgraniczyli dwa pojęcia wolności!
– To są czysto teoretyczne rozważania.
Renate, Anette, Sabine, też wybrały sobie formę gramatyczną! Pytanie, czy są tu teraz wszystkie? Rozejrzałem się.
– Ty, ksiądz. Ciekawe, chyba jeden z naszych? – doszedł gdzieś z boku czyjś szept.
– Jasne! Cały czas jesteśmy pod ich opieką.
– Dwie antynomiczne wolności. W systemie zwanym totalitarnym robotnik, niezasłużony politycznie nie wyjedzie za granicę. Nie dadzą mu paszportu immunologicznego! Nie ma wolności, zgoda. Ale w tak zwanej demokracji opartej nie na ideach, a na gospodarce rynkowej, robotnik też nie wyjedzie. Nie stać go na opłatę paszportową, ani na osobiste zabezpieczenia epidemiczne. Za pierwszym razem wolność ogranicza przynależność do grupy politycznej, za drugim – finansowej. Tam – zasługi i powiązania rodzinne, tu – pieniądz. Z punktu widzenia braku wolności, robotnikowi jest jednak wszystko jedno, dlaczego uwięziono go w jego kraju!
– Renate, wiemy, że idea walki z reżimem to utopia. Pojęcie wolności wysnuli intelektualiści, bo trzeba było się o coś spierać. To lep na robotnika, gdy go potrzebujesz, by wywalczył ci władzę. Do tego więcej wolności dla jednego człowieka, oznacza ograniczenie wolności kogoś drugiego…

Poczułem umówiony uścisk pod łokciem, jednocześnie Marek szepnął mi do ucha:
– Wychodzimy, uważaj na mnie.
Spróbowałem jeszcze zwrócić jego uwagę na blondyna, ale bezskutecznie. Szybko wyszliśmy jakimiś bocznymi drzwiami i znaleźliśmy się na powietrzu. Była już właściwie noc. Wyczuwało się świeżość, jaką zwykł dawać tylko mróz.
– Nie mogę słuchać tych wrogich dyskusji. Podżegacze…
– A tamten?
– Nie wiem, zwyczajny. To Łukasz, widuje się go czasem w towarzystwie Jana. Czyżby czymś specjalnie prosił się o uwagę ?
– Nie, nic. Była tu dziś Natalia, w ogóle bywa tu ostatnio?
– Oczywiście, jak zwykle.

Zamilkłem. Od tyłu posesja „Dziadka” przez zapuszczone ogrody graniczyła z maleńkim, starym cmentarzem, od czasu wprowadzenia repartycji na szczepienia preparatem na nowe mutacje, znowu użytkowanym. Gdy doszliśmy do przerwy w otaczającym go murze i stanęliśmy przed przerdzewiałą, wiszącą tylko na jednym zawiasie furtką, Marek wyjął z zanadrza świecę i zapałki.
– Przepraszam, ja tylko na chwilę – spróbował tłumaczyć. Przerwałem mu, unosząc i pchając opadłe drzwi.
– Przejdę się też.
Donośnie zaskrzypiało nieoliwione żelastwo. Nogi grzęzły to w nierównym żużlu, to w gliniastym błocie i kałużach. Wiedziałem, dokąd idziemy. Byłem świadomy tego celu, odkąd tylko, tam przed sklepem pomyślałem o Marku. Nie sposób było uniknąć właśnie dziś tego miejsca. To był obowiązkowy punkt rozkładu dnia, który trzeba „zaliczyć”, aby życie mogło iść utartym torem, zgodnie z resztą punktów tego rozkładu. Gdyby ominąć ten jeden, straciłyby sens wszystkie inne, i te poprzedzające, i te następne. Czy zawaliłby się wtedy cały świat?
– Zobacz!
Część skromnej tabliczki z nazwiskiem, nad jedną ze ściśniętych w zlewający się w kupę szereg mogił z żółtego piasku, przysłaniał bukiecik polnych kwiatów w kubeczku. Pochyliłem się, by odczytać dobrze mi znany napis.
– Więc to dziś.
– Tak, która to rocznica? – czy dwaj mężczyźni mogą zadawać bardziej banalne pytania nad grobem kobiety, której wspomnienie zabiera im co roku, obu o jednej porze spokój?
– Anna…

Marek postawił świecę. Popatrzyłem jeszcze raz na kubek z kwiatami. Wydał się mi znajomy. Ależ tak, to na pewno kubek z plebanii. Ten kształt i wzór, te kubki robiono jeszcze na zamówienie dla klasztoru.

Wokół była ciemna noc. Przyłożyłem zapałkę do świecy. W ciemności drgał maleńki płomyk.

Druga część (zakończenie) jutro


Opowiadanie zostało wyróżnione w 11 konkursie literackim “Fantazje zielonogórskie” organizowanym przez AdAstra w 2021 r., pod tytułem “Nędzne nadzieje” w nieco okrojonej formie.