Krzysztof Maria Załuski
Albo płacisz, albo zdychasz!
reblog z Facebooka

Tak się ostatnio zastanawiałem, dlaczego polskie społeczeństwo jest w stanie zaakceptować wycenę pracy jednych ekspertów, a wiedzy innych nie widzi w ogóle?
Krzysztof Maria Załuski
Albo płacisz, albo zdychasz!
reblog z Facebooka

Tak się ostatnio zastanawiałem, dlaczego polskie społeczeństwo jest w stanie zaakceptować wycenę pracy jednych ekspertów, a wiedzy innych nie widzi w ogóle?
Ela Kargol
Między domem Greisera a cmentarzem żydowskim
Byłam w Poznaniu. Nie pierwszy raz i nie ostatni. Urodziłam się w tym mieście, tam dorastałam, tam przeżyłam swoje najpiękniejsze, bo młode lata.
Na Junikowie w Poznaniu mam już miejsce w grobie rodzinnym, choć o tym, czy będzie to ostatecznie moje miejsce, zadecyduje i tak rodzina. Mnie natomiast w zaświaty jeszcze się nie spieszy.
Berlin, w którym mieszkam od wielu lat i znacznie dłużej, niż mieszkałam w Poznaniu – jest dziś moim miastem. Jestem tu trochę z przypadku a teraz już z przyzwyczajenia, ze względu na rodzinę, na skromną emeryturę, na zasiedzenie i kilka innych powodów, które pewnie też by się znalazły. Na pewno jednak nie ze względu na sentymenty, korzenie czy groby przodków, bo te są gdzie indziej.
Continue reading “Byłam w Poznaniu”Czytam dziś w Polskiej Kafejce Językowej
Schulzestr. 1
Berlin-Pankow
Tuż przy stacji kolejki Wollankstrasse, po jej wschodniej stronie.
Godzina 19

Ludzie, którzy już czytali moją książkę, chwalą ją między innymi za to, że zwróciłam uwagę na “małe rzeczy”, jak to ostatnio określiła Dorota Danielewicz.
Zapraszając Was na dzisiejsze spotkanie, wybrałam kilka takich “małych rzeczy”.
Majtki
W życiorysie mamy nie było miejsca na wychowanie antyautorytarne i na Presleya, Basia nie mogła więc dostać zgody na noszenie mini spódniczki, rajstop i czarnego golfika. Nawet uczesanie się w gładki czarny hełm natapirowanych włosów, ze szpicami na policzkach i grzywką do brwi nie było proste, a zielono-czarny ciężki makijaż oczu Basia robiła po ciemku i bez lusterka na klatce schodowej. Tam też zdejmowała ciepłe majtki, bez których dziewczynki i dziewczyny nie mogły wyjść zimą z domu.
Ciepłe majtki były zmorą wszystkich dziewczyn urodzonych na przełomie lat 40. i 50. Były tak ohydne, że po prostu nie dało się ich nosić, szaroburoróżowe, szerokie, z grubego materiału, szorstkie. Zawsze spadały. Zdejmowało się je na półpiętrze, zwijało w kłębek i upychało w tornistrze, co jednak było ryzykowne, bo ktoś mógłby je w szkole zobaczyć. Ale na klatce nie bardzo było gdzie je schować. W końcu Basia nauczyła się, że najlepiej pobiec prędko do piwnicy i ukryć je na półce za słoikami weków, głęboko, tak żeby mama lub tata, gdyby akurat przyszli do piwnicy po wiaderko ziemniaków lub kompot na obiad, ich nie znaleźli. Na szczęście w szufladzie w kuchni było kilka kluczy do kłódki i Basia mogła sobie niepostrzeżenie przywłaszczyć jeden. W piwnicy było wstrętnie, śmierdziało gnijącymi kartoflami i sikami dzikich kotów, które dostawały się tu przez zawsze stłuczone okienko. Nie było światła, trzeba było zapalić stojącą na parapecie świeczkę, ale nie zawsze zapałki chciały się zapalić, wtedy ukrywanie majtek było jeszcze trudniejsze, bo mogło się zdarzyć, że po omacku dotknie się ręką czegoś wstrętnego, na przykład zdechłego szczura. Wprawdzie nic takiego nigdy się nie zdarzyło, ale już sama myśl o tym przyprawiała Basię o dreszcze.
Po szkole trzeba tu było wrócić, zabrać majtki i włożyć, bo mama nie była głupia i mogła sprawdzić, czy Basia ma te diabelne gacie na sobie.
Jeszcze gorzej było podczas okresu. Krew się lała, a twarda lignina, której najczęściej dziewczyny używały z braku podpasek, źle ją wchłaniała. Mogła też wypaść ze zwykłych majtek, co znaczyło, że siłą rzeczy zimą w dni, kiedy miała okres, Basia musiała iść do szkoły w tych cholernych galotach. A Basia miała okres często, czasem nawet co trzy tygodnie, i trwał on zawsze długo. To, że bolał ją przy tym brzuch, było właściwie najmniejszym problemem.
Pod koniec liceum Magda, koleżanka Basi, z którą od trzech lat siedziały w jednej ławce, pokazała Basi ciepłe majtki, które z Zachodu przywiózł jej tata, pływający jako mechanik na statkach handlowych. Majtki były czarne, obcisłe, w drobne niebieskie kwiatki.
– O matko, jęknęła Basia.
– Oni tam mają wszystko, powiedziała Magda.
Magda nosiła te majtki tak, że brzeżek wystawał spod krótkiej spódniczki, żeby je pokazać!
A Basia pomyślała, że kiedyś i ona tak będzie żyła, będzie miała wszystko, również takie cudowne ciepłe majtki w kwiatki.
Salceson
W Komunie mięso było codziennie na obiad, mimo że Kościół oczekiwał, że naród będzie pościł w piątki, a Komuna, że w poniedziałki. Mięso było nie tylko na talerzu jako nieodłączna część „drugiego” (zupa, drugie, deser), ale też na kolację i na kanapkach do pracy lub do szkoły. Być może nie w każdym domu na śniadanie i kolację były wędliny, ale było ich zawsze dużo. Wędliny to do dziś polska specjalność. Już nawet w czasach, gdy mięso przestało być symbolem awansu społecznego, polskie firmy prezentując się na targach żywieniowych na świecie, pokazują przede wszystkim góry kiełbas, baleronów i szynek. Kiełbasy, balerony, szynki, boczek, kabanosy, polędwice, rolady, galantyny, wędzonki, półgęski, golonki, pieczenie, rozbefy. Nigdy nie widziałam na takich wystawach kaszanki ani salcesonu. To były produkty zarezerwowane na użytek krajowy. Oczywiście salceson to była bieda, w lepszych domach jadło się lepsze wędliny. Stefan dobrze pamiętał wstrząs, gdy na pierwszą kolację, jaką zjadł u Basi, pani Gruba podała kanapki z białym salcesonem. Pani Gruba podała do kanapek cienką osłodzoną herbatę w szklankach na szklanych spodeczkach. Stefan bohatersko przełknął galaretę, chrząstki i skórę, z których składał się salceson. Być może to poświęcenie utrwaliło na wieki jego miłość do Basi.
(…) Marcel Proust był ulubionym autorem Basi, co sprawiało, że w szkole uważano ją za dziwaczkę. Ale czytała też Hessego, Manna, Joyce’a i Dostojewskiego. Czytała bez przerwy i potem twierdziła, że niczego nie nauczyła się w szkole ani na studiach (studiowała psychologię) i wszystko co wie, zawdzięcza książkom, a przede wszystkim Proustowi. Przez wiele lat fakt, że Basia była tak oczytana, zachwycał Stefana, ponieważ on sam raczej wolał chodzić niż czytać. Czasem, gdy siedzieli u Basi w kuchni przy stole przykrytym ceratą, w mieszkaniu, gdzie nie było książek, Stefan zastanawiał się nad tym, dlaczego to się tak ułożyło, że on, chłopak z dobrego domu, gdzie było wszystko, książki, koncerty, teatr, muzea i podróże, chętnie się dowiadywał, uczył, studiował, ale właściwie nie czytał, natomiast Basia, wychowana pod wielkim świętym obrazem, przedstawiającym dobrą Matkę Boską, osłaniającą płaszczem uciekające się pod jej opiekę dzieci, wyrastając w jednopokojowym mieszkaniu i jedząc kanapki z salcesonem, czytała bez przerwy.
Kiedyś, już w Nowym Jorku, Stefan pomyślał, że może to właśnie salceson stał się siłą napędową wszystkiego, co Basia w życiu osiągnęła i że Basia zrobiła wszystko, żeby wydostać się z życia, które każe człowiekowi jeść salceson.

Słoneczniki
W PRL-u sztuka na długo przed czasami sieci, Facebooka i Instagrama była popularna i popularność tę dawało się mierzyć na przykład ilością reprodukcji jakiegoś dzieła, wiszących w mieszkaniach i instytucjach w całej Polsce. Nie robiłam badań, bo to nie rola pisarki, dziennikarki czy blogerki, opieram się więc tylko na czymś tak niewymiernym jak “poczucie”, ale wydaje mi się, że niezaprzeczalnym Królem Malarzy był w PRL van Gogh, a Dziełem Numer 1 jego Słoneczniki.W dzisiejszych czasach wraz z takimi obrazami jak Mona Lisa Leonarda da Vinci oraz Krzyk Edwarda Muncha, Słoneczniki uznawane są za najbardziej rozpoznawalne arcydzieła malarstwa światowego. PRL i w tej sprawie był prekursorem. W epoce Gierka reprodukcja Słoneczników była jednym z podstawowych elementów klasycznego mieszkania peerelowskiego inteligenta: regał Kowalskich, pralka Frania, encyklopedia PWN, ceramika z Włocławka, palmy wielkanocne z Cepelii, obrus mereżkowany z Polskiego Lnu i van Gogh. Jedyny obcy wtręt w swojskim dostatku. Słoneczniki van Gogha na pewno były w PRL-u jednostką świadomości. Pozostaje pytanie – czego? Myślę, że świadomości awansu, świadomości, że dotarło się do punktu, którego przedtem nie dało się osiągnąć. Słoneczniki wisiały w mieszkaniu Basi tuż obok tego dużego świętego obrazu, przed którym mama i one obie, Asia i Basia, modliły się głośno wieczorem. Tata się nie modlił, siedział na kanapie w kuchni i palił papierosa. Potem, gdy mama i obie dziewczynki kładły się spać w pokoju, tata na tej samej kanapie spał. Nie mieli regału Kowalskich, ale w mieszkaniu Grubów były inne nieodłączne elementy peerelowskiego „dojścia do celu” – cerata na stole, kryształy i fikus. Jako autorka dodam, że sprawa ceraty nie daje mi ostatnio spokoju. Wydawało mi się, że nie pamiętam z domu ceraty na stole, ale teraz, gdy to piszę, zdaje mi się, że widzę kuchnię, gdzie jeszcze się zmywało w blaszanym cebrzyku, widzę w tej kuchni w głębi, po prawej stronie prostokątny stół nakryty ceratą w drobną brązową kratkę. Czy tak było, to jakież to było okropne dla kogoś, kto jak moja mama wyrastał przed wojną w wielkim pięknym mieszkaniu, pełnym eleganckich mebli, lamp i obrazów. Jakie to musiało być dziwne, a może nawet odrażające, siedzieć przy stole przykrytym ceratą zamiast białym cieniutkim lnem. Oczywiście, w międzyczasie była wojna i bieda, niedostatek, a być może nędza, i ukrywanie się, ale wojna to wojna, od wojny nie można wiele wymagać, natomiast bieda w normalnym pokojowym życiu musiała być czymś nie do zniesienia. Ta cerata w brązową krateczkę, wyszarzała, wytarta i bura woda w szafliku. Pomyje, mówiły mama i Karusia, kobiety z innego świata.
Bieda i braki, szarzyzna i tandeta życia w PRL-u. Bure książki, bure pończochy, bure szmaty do podłogi. Cerata, tak, ale były kryształy i fikus, i Słoneczniki.

Obraz z czasów komuny, po zmianach politycznych usunięty do piwnicy
Agenci SB
„Strój służbowy” ubeka pracującego w latach 80. wśród inteligencji i studentów w PRL-u był od kilku lat ustalony. Dżinsy, podniszczone, ale prawdziwe, nie jakieś szariki czy teksasy, koszula w kratę, też niezbyt nowa, mocne buty skórzane typu trapery, w zimne dni kurtka z kapturem lub wciągany przez głowę brezentowy skafander typu kangur z kieszenią z przodu. Strój agentki obejmował długą spódnicę, farbowaną domowym sposobem w białe koła, drewniaki i jakąś, też farbowaną bluzkę. Kilku tak ubranych osobników przyszło na pogrzeb i zapewne według instrukcji, takich właśnie posthippisów mieli również wypatrywać wśród gości. Nikogo nie znaleźli, za to sami zostali natychmiast rozpoznani jako ubecy, bo mężczyźni, z opozycji czy nie, przyszli na uroczystość ubrani w garnitury i pod krawatem, a kobiety miały na sobie czarne sukienki za kolana, rajstopy i czółenka.
Zocha i Zenek
Stefan wrócił ze szpitala do swojego mieszkania, do tych dawnych dwóch pokoi na Bronxie, nie ogrzewał ich, potem już siedział po ciemku, gotował makaron na palniku spirytusowym i jadł go z mielonką. Oczywiście dawno już nie płacił czynszu i wiedział, że prędzej czy później wygonią go z tego mieszkania. Zimę przetrwał w pokoju wynajmowanym „na łóżka” u Zochy, góralki, która cztery lata temu przyjechała do ciotki na wakacje i już została, a od roku „pomagała cioci w pracy”. Ciocia już w latach 60 kupiła za bezcen trzy mieszkania na „Greenpojncie”, umeblowała je byle jak i wynajmowała polskim rodzinom, które właśnie przyjechały. Ale od roku 1980, kiedy nagle zjechały do Nowego Jorku masy samotnych Polaków, ciocia wpadła na pomysł, wynajmowania ich „na łóżka”, a właściwie „na materace” i „na zmiany”. Każdy pokój zajmowało od trzech do pięciu „kawalerów” na poranną zmianę i drugie tyle na wieczorną. Ciepła woda była tylko raz w ciągu dnia od 5 do 8 rano, wtedy gdy poranna zmiana wychodziła do pracy, a nocna wracała. Ciepłą wodę włączała Zocha, ona też, gdy okazało się, że „kawalerowie” zużyli za dużo prądu, po prostu wykręcała korki. Przychodziła też o niespodziewanych porach w ciągu dnia i nocy, sprawdzać, czy „kawalerowie” jej przypadkiem nie oszukują, co nie było takie głupie, ponieważ każdy „Zenek” był w stanie kawałkiem drutu zastąpić korek i uruchomić wyłączonego junkersa. Zocha zarządzała tym wszystkim bardzo sprawnie, raz na tydzień kasowała z góry czynsz za materac, kontrolowała czystość w mieszkaniu i śmieci. Jeżeli znalazła gdzieś butelki po wódce, wyrzucała „na zbity pysk” całą aktualną obsadę mieszkania, czyli, bywało, 20 chłopa. Informowała o tym, że tak będzie każdego, kto się wprowadzał, ale właściwie nie musiała, bo koledzy współmieszkańcy sami pilnowali porządku i sami wyrzucali kogoś, kto się odważył przynieść do mieszkania alkohol. Niektórzy przemycali „na kwaterę” jakąś wódkę w butelkach po soku. Stefanowi przypomniało to czasy w „internacie” i popijanie ukradkiem bimbru z butelek po wodzie utlenionej lub puszek z ananasem. Zresztą w Nowym Jorku alkohol trzeba było ukrywać wszędzie. Na ulicy nie wolno było nawet wypić piwa, ci więc, którzy nie mogli pić w domu, pili piwo z puszek zapakowanych do papierowych torebek. To się tak spodobało młodym, zbuntowanym, że nawet jak pili na ulicy tylko wodę mineralną albo sok jabłkowy, też pakowali te legalne puszki do legalnych papierowych torebek, udając, że piją nielegalny trunek. U Zochy trzeba było mieć własny materac i własną żarówkę. Obie te rzeczy kupowało się „u żydka” i tam też można je było odsprzedać, gdy się człowiek wyprowadzał. Materac i żarówka były obowiązkowym wyposażeniem każdego, kto przychodził do Zochy. Trzeba też było mieć dość pieniędzy, żeby zapłacić z góry za tydzień.
Ośmioro polskich malarzy w Starej Galerii Narodowej (Alte Nationalgalerie)
Gdy w marcu 2026 roku zgodnie z planem zamknięto na wystawie Berlin Global w HumboldtForum tzw. wolną przestrzeń poświęconą Polsce, Freiheit, Gleichheit, Solidarność, wystawę Ewy Marii Slaskiej, Anny Krenz i Ziemka Nowaka, szkoda nam było nie tylko naszego własnego miejsca w centrum miasta, było nam też smutno, że z reprezentacyjnej ulicy w centrum Berlina zniknął polski element. Dobrze więc, że w 35-lecie podpisania traktatu polsko-niemieckiego o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie, Polska powróciła do centrum miasta. Stara Galeria Narodowa postanowiła prezentować muzea z różnych stolic świata, a zaczęła 18 czerwca prezentacją ośmiorga polskich malarzy ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Mam mieszane uczucia:
Continue reading “Matejko, Malczewski, Weiss, Ruszczyc, Krzyżanowski, Stryjeńska, Wróblewski, Modzelewski”Kochani, przypominam prawdę oczywistą – jeśli zachęcam tu do jakiejkolwiek zrzutki, to ją naprawdę wspieram i sama już zapłaciłam.

Tadeusz Rogala
Malarka Molly Bukowska w Cieszkowach
Starszym mieszkańcom Cieszków wciąż jeszcze zdarza się wspominać, jak w czasie II wojny światowej we dworze u Bukowskich przebywała malarka, którą widywano, gdy siadywała przy drodze i malowała stary, już ze starości pokrzywiony domek, przykryty strzechą. Nie wiadomo, dlaczego właśnie tę chatę artystka wybrała, choć we wsi było wiele domów znacznie ładniejszych i bogatszych. Można by rzec, że ta niewielka wieś na Ponidziu ma szczególne szczęście do artystów – nie była to bowiem jedyna twórczyni związana z Cieszkowami.
Continue reading “Historia niezwykłej artystki”Sergiusz Michalski
„Apel o Pokój” Wiktora Orbana
W swoim niedawnym artykule o próbach instrumentalizacji Kościołów węgierskich (Polityczny mesjasz znad Dunaju. Jak Orban wciąga kościoły do kampanii wyborczej GW, 22.1.2026) ksiądz Kazimierz Sowa opisuje podejmowane przez Wiktora Orbana próby uzyskania podpisu węgierskiego episkopatu, ale też i czołowych kalwińskich duchownych pod sformułowanym przez kierownictwo FIDESZ-u „Apelem o pokój”. W apelu tym wzywa się do zawarcia pokoju na Ukrainie i w związku z tym sugeruje się zaprzestanie pomocy finansowej i militarnej dla Kijowa. Wedle apelu Orbana, winę za wojnę ponosi nie tyle Rosja, co kraj napadnięty, a przede wszystkim Bruksela z jej „wojowniczymi planami”. W wyniku szeroko przeprowadzonej kampanii propagandowej, połączonej z naciskami politycznymi a takoż zwykłym przekupstwem, Orbanowi udało się uzyskać podpisy wielu węgierskich biskupów oraz szeregowych duchownych. Trudno oczywiście przewidzieć, czy ten dość prymitywny zabieg propagandowy pozwoli Orbanowi wygrać wiosenne wybory parlamentarne (nie pozwolił – przypis red.). Lecz nie o tym chciałbym tutaj szerzej dywagować.
Continue reading “Stalinowska tradycja „Sztokholmskiego apelu pokojowego””tporonSdse81e:6i0c 06tr5t6h098emYmtts159h03ud69h5ac8m0gy a9l ·
„Nigdy nie było nam po drodze i pewnie już nigdy nie będzie, ale powiedzmy sobie szczerze, ani ja nie będę z tego powodu płakał, ani Wy, smutni do lasu chodzić nie będziecie.
Continue reading “List Łukasza Litewki do myśliwych, czyli o cierpieniu zwierząt”Ela Kargol
Urodził się sto lat temu w Szopienicach, dziś kojarzonych przede wszystkim z netflixowym serialem Ołowiane dzieci. Ta niegdyś samodzielna, robotnicza dzielnica jest obecnie częścią Katowic.
Henryk Bereska wspominał swoje dzieciństwo z czułością. Dorastał wśród kochającej rodziny, niedzielnych obiadów i przydomowych ogrodów. Dzieciństwo biedne, ale szczęśliwe.
Continue reading “100 lat Henryka Bereski”Adminka: Dobre wieści dobiegają z Polski.
W Polsce można jednak zdobyć uznanie małżeństwa jednopłciowego zawartego za granicą. Uzyskanie tego nie było łatwe, dokonywało się z trudem. Polska jest konserwatywna i stawała okoniem, ale normy Unii Europejskiej muszą obowiązywać w każdym kraju członkowskim. I to się właśnie zdarzyło.
Polska długo się opierała, przez długi czas również Donald Tusk lawirował i nie chciał przyznać, że tak, że musimy się zgodzić na małżeństwa jednopłciowe.
Dokonało się 14 maja 2026 roku w Warszawie, ale zaczęło się już dwa tygodnie wcześniej w Lublinie:
Continue reading “A więc ślub”