#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Reblog. Bardzo długi post.

Radek Wiśniewski

Ballada o dzielnych Czechach, Słowakach i jednym zdrajcy

“Odważnym wszystkim – pokłon niski, pogarda – dla kanalii”
(J.J.Kelus, “Jesień w pasiece”)

18 czerwca 1942 roku przed cerkwią św. Cyryla i Metodego kłębią się Niemcy w mundurach żandarmerii, policji i SS. Z częściowo zalanej wodą krypty wyciągnięte zostały zwłoki sześciu młodych ludzi w cywilnych ubraniach, siódmy z nich, ciężko ranny w walce, umiera nie odzyskawszy przytomności w sanitarce. Na miejscu jest dwóch wysokich funkcjonariuszy niemieckiego aparatu terroru w Pradze – Heinz Pannwitz, prowadzący śledztwo i Karl Hermann Frank, szef policji i SS w Protektoracie Czech i Moraw. Obok nich jest Czech, który identyfikuje zwłoki. To przyjaciel i towarzysz broni rannego, który umiera właśnie w sanitarce i sześciu, którzy wybrali samobójczą śmierć zamiast niewoli i tortur na Gestapo.

Tych sześciu to Adolf Opalka, Josef Bublik, Josef Gabčik, Jan Hruby, Josef Valčik i Jaroslav Svarč. Ten który umiera w sanitarce to Jan Kubis. Wszyscy są czeskimi cichociemnymi, dywersantami zrzuconymi na spadochronach z Anglii. Tak jak ten, który ich identyfikuje – Karel Čurda. Wyszkoleni w ośrodku treningowym SOE (Special Operations Executive) w Szkocji, zrzuceni w czasie kilku osobnych misji na terytorium Czech i Moraw w ramach operacji, których celem miało być przede wszystkim nawiązanie
i wzmocnienie ruchu oporu na miejscu, ale także wykonanie spektakularnych akcji bojowych. Rząd Czechosłowacji na wychodźstwie dramatycznie musi jakoś podbić swoje karty w rozgrywce wśród aliantów. Czuje, że nie są one mocne. Powszechna opinia jest taka, że Czesi nie stawiają oporu, a Słowacy w zasadzie kolaborują, albo na odwrót. Rzecz jest w tym, żeby zademonstrować wolę oporu w sposób, któremu nie da się zaprzeczyć.

Čurda został zrzucony w nocy z 27 na 28 marca 1942 roku w grupie Out Distance wraz z grupą Zinc. Spadochroniarze mieli między innymi przy pomocy radiolatarni naprowadzić alianckie bombowce na pracujące dla Niemców zakłady Skody w Pilznie. Zrzut odbył się poza planowanym miejscem, Adolf Opalka, dowódca grupy do której należał Čurda – odniósł obrażenia, a drugi towarzysz – Ivan Kolarik zgubił fałszywe dokumenty w które miał włożone zdjęcie swojej narzeczonej Milad Hrusakovej z dedykacją. Rozdzielili się, ustalili sposób spotkania, mieli sie umówić poprzez płatne ogłoszenie w prasie. Zostawili na miejscu ukrytą radiolatarnię. Niestety – desant został wykryty, radiolatarnia wpadła, Niemcy znaleźli też dokumenty Kolarika ze zdjęciem narzeczonej. On sam został osaczony 1 kwietnia i popełnił samobójstwo przegryzając kapsułkę z cyjankiem, aby nie narażać rodziny i współpracowników, gdyby nie wytrzymał w śledztwie.

Opalka i Čurda spotkali się w Pradze i mimo utraty radiolatarni próbowali wraz z członkami innych grup zrzuconych wcześniej naprowadzić alianckie bombowce przy pomocy sygnałów świetlnych – czyli ognisk – na owe zakłady Skody 25 kwietnia 1942 roku. Mimo ich wysiłków bomby nie trafiły w zakłady. Opalka przejął dowództwo nad wszystkimi ukrywającymi sie spadochroniarzami, jednak wkrótce rozwiązał grupę, w związku z tym, że kolejne zadania miała przejąć now ekipa skoczków o kryptonimie „Intransitive”. Čurda ukrywał się w Pradze a potem wyjechał do siostry i swojej dziewczyny, z którą (o czym nie wiedział) miał dziecko, do Kolina.

W tym czasie Valcik, Gabcik i Kubis pracowali nad przygotowaniem operacji, dla której zostali zrzuceni pod kryptonimem „Anthropoid” jeszcze w poprzednim roku. Chodziło o zamach na trzecią osobę w Rzeszy, ulubieńca Adolfa Hitlera, nadzorcę sławnych Einsatztruppen mordujących ludność cywilną, w szczególności Żydów na tyłach frontu, począwszy od 1939 roku szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, organizatora konferencji w willi nad Wansee, jak chcą niektórzy, także pisemnego opracowania „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, wreszcie okrutnego Protektora Czech i Moraw – Reinharda Heydricha. Co ciekawe – nie było to tak trudne zadanie jak którykolwiek z zamachów organizowanych w późniejszym czasie przez grupy Armii Krajowej w Polsce, na przykład na szefa policji i SS dystryktu warszawskiego Franza Kutscherę. Niemcy czuli się w Pradze bezpiecznie. Heydrich poruszał się po mieście stałymi trasami, znany był jego rysopis, zwyczaje, miejsca pracy i zamieszkania. Woził go codziennie ten sam samochód z rejestracją „SS-3” co miało oznaczać, że czuje się trzeci w hierarchii nadludzi – zaraz po Heinrchu Himmlerze i Adolfie Hitlerze. Nie miał ochrony. Jeździł z szoferem, otwartym wozem.

Dla pełnej jasności – główne dowództwo SOE nie było w tym czasie entuzjastycznie nastawione do tego typu spektakularnych, acz skrytobójczych operacji, uważając, skądinąd słusznie, że na tym etapie wojny wywoła to trudne do przewidzenia represje i straty wśród ludności cywilnej. Ale rząd Czechosłowacji na wychodźstwie był innego zdania. Potrzebował sukcesu. Właśnie spektakularnego. Według wspomnień szefa czeskiego wywiadu Franciszka Moravca – w sprawę zamachu na Heydricha wtajemniczony był sam prezydent Czechosłowacji na uchodźstwie Beneš, podobno sam żegnał spadochroniarzy słowami „sbohem”. Rzeczywiście – idącym na taką akcję nic innego w zasadzie nie da się powiedzieć.

27 maja 1942 roku wszyscy trzej zamachowcy czekali w miejscu gdzie jadący z Heydrichem samochód musiał zwolnić na zakręcie drogi koło szpitala Bulovce. Gabčik i Kubiš mieli wykonać wyrok, Valčik miał im dać znak małym ręcznym lusterkiem, że jedzie Heydrich bo ze swoich pozycji na skrzyżowaniu ulic V Holešovičkách i Kirchmayerstrasse mogli nie zorientować się w porę. Heydrich się spóźnił, ale kilka minut. Valcik dał znak lusterkiem. Kiedy Mercedes mijał Gabčika, ten odsłonił płaszcz i wyjął spod niego brytyjski pistolet maszynowy STEN. Był tak blisko, że nie mógł chybić, gdyby tylko mógł strzelić, ale pistolet w tym momencie się zaciął. Heydrich zamiast nakazać szoferowi dodać gazu i ratować własną skórę, kazał się zatrzymać i sięgnął po pistolet w kaburze, żeby zabić zamachowca. Wtedy ubezpieczający Gabčika Jan Kubiš wyjął z aktówki przeciwpancerny granat, odbezpieczył i rzucił w stronę samochodu Heydricha.

Porzucony sten. Poniżej: auto z rejestracją SS-3

Granat nie zawiódł. Eksplozja jednak nie zabiła Protektora. Połamała mu żebra, a połamane żebra i odłamki uszkodziły nerki i śledzionę. Był w stanie jeszcze ruszyć w pościg za Gabčikiem, zanim siły go opuściły i przewrócił się na ziemię. Zamachowcy oddalili się z miejsca walki z przeświadczeniem, że zamach się nie udał. Bo w zasadzie tak było. Heydrich przeżył. Tyle, że rany były na tyle poważne, że bez antybiotyków zakażenie i to poważne było nie do uniknięcia. A tak się składa, że penicylina została już wynaleziona, ale Niemcy jej nie mieli w użyciu. 4 czerwca , czyli po ośmiu dniach od zamachu mimo operacji i desperackich prób ratunku – Reinhard Heydrich zmarł w wyniku ogólnego zakażenia. Jego pogrzeb odbył się z niezwykłą pompą
9 czerwca w Berlinie. W jego trakcie szef policji i SS dla Czech i Moraw – Karl Herman Frank przedstawił Hitlerowi plan systematycznych represji i zastraszenia Czech i Moraw, w tym pacyfikacji wsi Lidice oraz Leżaky. Hitler się zgodził i wyraził entuzjazm dla wszelkich działań sił policji i SS. Wiadomo, że Frank miał nadzieję na przejęcie schedy po Heydrichu i chciał się pokazać jako ewentualny godny następca. Niezłomny i hardy.

10 czerwca 1942 roku SS i policja zablokowały wieś Lidice na Morawach. Pretekstem miał być list jednego z mieszkańców do dziewczyny z Lidic sugerujący, że jest członkiem ruchu oporu i wie więcej niż wie. Wieś otoczono i na dziedzińcu jednego z zabudowań urządzono ścianę straceń okładając ściany stodoły materacami i siennikami. Przyprowadzano mieszkańców najpierw po pięciu a następnie po dziesięciu. Rozstrzelano 173 mężczyzn i chłopców powyżej 14 roku życia. Ze 105 dzieci poniżej tego wieku, 23 wybrano po licznych badaniach rasowych do zniemczenia w lebensraumach, a 82 wysłano 2 lipca 1942 roku do obozu zagłady Khulmhof nad Nerem i tego samego dnia zagazowano. 26 mieszkańców Lidic którzy z różnych względów nie byli owego 10 czerwca we wsi wyłapano i stracono 16 czerwca w Pradze. 184 kobiety z Lidic wysłano do obozu w Ravensbruck, z czego 53 nie przeżyły. Łącznie z 506 mieszkańców wsi Lidice zamordowano w różny sposób nie mniej niż 340 osób. Po wojnie odnaleziono tylko trzynaścioro z 23 dzieci zabranych do lebensraumów. Samą wieś zrównano z ziemią. Podobny los dwa tygodnie później spotkał mniejszą wioskę Leżaky i jej mieszkańców. Dzieci ze wsi Leżaky podobnie wysłano do zagazowanie w Khulmhof nad Nerem.

Tymczasem trzej zamachowcy ukryli się najpierw w domu pielęgniarki Marii Moravcovej, która była zaangażowana w ruch oporu, a jej syn Vlastimil pełnił funkcje łącznika. Zdawali sobie jednak sprawę, że narażają całą rodzinę na niebezpieczeństwo i zdecydowali się dołączyć do czterech kolegów z innych grup zrzutowych już ukrywających się w krypcie zboru św. Cyryla i Metodego w Pradze.

W tym samym czasie, wiedząc, że po zamachu na Heydricha rozpęta się piekło – Čurda opuścił swoją narzeczoną i dziecko, zmienił kilka kryjówek i ostatecznie zamelinował się w domu swojej matki w Novej Hlinie. Tutaj doszły go wieści o pacyfikacji Lidic i represjach na ludności cywilnej. Napisał wówczas, być może pod wpływem przerażających wieści, pierwszy anonimowy donos wskazując Gabčika i Kubiša jako sprawców zamachu, który wysłał na adres posterunku żandarmerii w Benešovie, w którym pisał m.in.:

„Przestańcie szukać sprawców zamachu na Heydricha. Przestańcie aresztować i zabijać niewinnych ludzi. Nie mogę tego już wytrzymać. Zamach z całą pewnością przygotowali i przeprowadzili Gabčík ze Słowacji i Jan Kubiš, którego brat jest właścicielem gospody na Morawach”

Donos trafił jednak na czeskich patriotów, którzy tylko zamarkowali wszczęcie śledztwa na papierze, ale nie przekazali od razu donosu dalej, do Gestapo, tworząc sobie tylko wygodne alibi, na wszelki wypadek. Tymczasem Čurda zorientował się, że jego donos nie zadziałał i 16 czerwca udał się osobiście pociągiem do Pragi prosto do siedziby praskiego Gestapo. Przekazano go od razu prowadzącemu śledztwo w sprawie zamachu Heinzowi Pannwitzowi. Jednak podobno tak potwornie się jąkał, że nikt nie rozumiał o co mu chodzi. Dopiero kiedy rozpoznał wśród dwudziestu innych aktówkę Josefa Gabčika, prowadzący śledztwo zorientowali się, że mają do czynienia z bardzo wartościowym źródłem informacji, w dodatku człowiekiem, który sypie sam, nie trzeba go zanadto zmiękczać torturami. Kiedy Čurda na jakimś etapie śledztwa nie chciał sypać wszystkiego i wszystkich, Gestapo aresztowało jego matkę i siostrę. Čurda sypał tak skutecznie, że jeszcze w nocy z 16 na 17 czerwca Niemcy pojawili się w mieszkaniu Marii Moravcovej. Ta zażyła na oczach męża i syna kapsułkę z cyjankiem potasu. W związku z tym w nocy torturom poddani zostali Alois i Vlastimil. Ten ostatni załamał się i, jak wierzył, za cenę ocalenia siebie i ojca wskazał miejsce ukrywania się czeskich i słowackich spadochroniarzy.

18 czerwca cerkiew świętego Cyryla i Metodego została otoczona przez około 800 policjantów, żołnierzy SS i żandarmów. Siedmiu czeskich żołnierzy broniło się kilka godzin. Najpierw w nawie głównej, a potem w krypcie. Do krypty nie zszedł ciężko ranny od odłamków granatów Jan Kubiš, który ostrzeliwał się z chóru erkaemem. Niemcy wzięli go do niewoli i zapakowali do sanitarki. Zmarł nie odzyskawszy przytomności. Nie natrafiłem na informacje o stratach Niemców. Wiadomo, że Čurda kilkukrotnie wyzwał kolegów do poddania się. Za każdym razem odpowiadali, że są żołnierzami czechosłowackich sił zbrojnych i nigdy się nie poddadzą. Niemcy próbowali zalać wnętrze krypty wodą, żeby zmusić obrońców do poddania się, a następnie wymusić torturami zeznania i rozbić całkowicie siatkę. Uwięzieni w podziemiach próbowali w ostatniej chwili wykuć przejście z krypt do kanałów, ostrzeliwali się z małego okna wychodzącego na zewnątrz ulicy, w końcu kiedy poziom wody podniósł się zbyt wysoko a amunicja uległa wyczerpaniu – wszyscy popełnili samobójstwo.

Ich zwłoki zidentyfikował były kolega, wydając tym samym wyroki na ich rodziny. Niezależnie od tego w odwecie 18 czerwca 1942 roku Niemcy stracili 115 czeskich zakładników w tym byłego premiera kadłubowego rządu Czech i Moraw, Aloisa Eliaša.

Zwłoki Jozefa Gabčika i Jana Kubiša oraz ich towarzyszy zostały pochowane w zbiorowym grobie na praskim cmentarzu Dablice. Głowy obu zamachowców, odcięte od reszty ciała były podobno zachowane w słoikach z formaldehydem w Praskim Instytucie Nauk Medycznych. 20 kwietnia 1945 roku, zgodnie z ustaleniami dziennikarskiego śledztwa BBC, w ostatnie urodziny Hitlera, zostały wysyłane w nieznanym kierunku razem z wyprawionymi czaszkami pozostałych spadochroniarzy osaczonych w cerkwi Cyryla i Metodego w Pradze.

Ocenia się że represje po zamachu na Heydricha dotknęły około 6 tysięcy osób, z których zginęło lub zmarło ponad trzy tysiące. Do końca roku 1942 aresztowano i zamordowano w KL Mathausen między innymi 262 członków rodzin skoczków spadochronowych, którzy zginęli w cerkwi Cyryla i Metodego. Mordowano wszystkich bez różnicowania płci i wieku. 24 października 1942 w KL Flossenburg zamordowano też Aloisa Moravca i jego syna Vlastimila. Po „heyderichiadzie”, jak ludzie Czech i Moraw nazywali falę represji po śmierci Heydricha – ruch oporu praktycznie utracił ledwo zawiązującą się spoistość. Z czasem okazało się, że bez komunistów wspieranych z Moskwy organizacja oporu na szerszą skalę jest w zasadzie niemożliwa.

Na cześć Heydricha akcję masowego mordu na Żydach w Generalnym Gubernatorstwie prowadzoną latem, jesienią i zimą 1942 roku Niemcy nazwali „Aktion Reinhard”. Zamordowano w jej trakcie nie mniej niż 2 miliony Żydów. Gdyby Heydrich przeżył, akcja nazywałaby sie zapewne inaczej i sam Heydrich by ja nadzorował. Bo lubił zabijać.

Gestapo okazało się słowne w stosunku do Karela Čurdy. Matka i siostra zostały zwolnione z aresztu, on sam otrzymał nagrodę w wysokości 500.000 reichsmarek czyli około miliona ówczesnych koron. Drugie pół miliona reichsmarek otrzymał Viliam Gerik. Karl Čurda nie ożenił się z matką swojego dziecka, ale z Niemką, Marią Bauer. Dostał nową tożsamość jako Karl Jerhot. Pracował do końca wojny jako agent-prowokator pobierając pensję w wysokości 30.000 koron miesięcznie, otrzymał też służbowe mieszkanie na Vinohradach w Pradze. Jeździł po Czechach i Morawach, podawał się za cichociemnego, prosił o pomoc różnych ludzi, po czym denuncjował do gestapo, tych, którzy w dobrej wierze udzielili mu schronienia. Identyfikował ciała swoich kolegów z kolejnych grup zrzucanych z Anglii i tym samym wydawał wyrok na ich rodziny, przyjaciół i bliskich. Podobno do końca wojny wierzył w Hitlera. Wpadł 5 maja 1945 roku w rejonie Pilzna, kiedy próbował przedostać się do amerykańskiej strefy okupacyjnej z dużą ilością pieniędzy.

Początkowo zwolniony 15 maja, bo nikt się nie zorientował kim tak naprawdę był zatrzymany Karl Jerhot. Dopiero 17 maja 1945 roku został aresztowany ponownie. Sądzony za wielokrotną zdradę i spowodowanie śmierci co najmniej 254 osób, wiedział, że nie uniknie stryczka. Zachowywał się wyzywająco, butnie, na pytanie, jak mógł zdradzić kolegów, miał odpowiedzieć sędziemu – ”zrobiłby Pan to samo za milion marek”. Został powieszony 29 kwietnia 1947 roku na dziedzińcu więzienia Pankrac w Pradze, dwanaście minut po innym zdrajcy spośród grona Czechosłowackich Cichociemnych, Viliamie Geriku.

Karl Čurda alias Karl Jerhot

W czasie wojny zrzucono nad Czechosłowacją 153 z wyszkolonych około 300 cichociemnych. Do końca wojny dożyło 53. Zdradziło 3. Przy czym, żeby zrozumieć, na co się decydowali, warto w tym miejscu zaznaczyć, że w Polsce Cichociemny był zrzucany “na placówkę”, miejsca zrzutu były oznaczone sygnalizatorami świetlnymi, najczęściej ogniskami, zrzutowisko było obstawione zbrojnie przez placówkę przyjmującą. Po wylądowaniu zrzutkowie z Anglii mieli opiekę tzw. „ciotek”, które uczyły ich krok po kroku przez kilka tygodni okupacyjnych realiów. Czescy i słowaccy komandosi nie mieli takiego wsparcia na ziemi, a zdarzało się, że zrzut w wyniku pomyłki załogi polskiej, kanadyjskiej lub brytyjskiej odbywał się nawet wiele kilometrów od planowanego miejsca. Zrzucano ich w zespołach po trzy osoby i mogli liczyć tylko na siebie. Nikt na nich na dole nie czekał, nikt nie oświetlał ogniskami strefy zrzutu, nikt ich nie wprowadzał w realia. Jeżeli przed załadunkiem nie dostali kartek żywnościowych (a tak się zdarzyło), jakie obowiązywały na terenie Protektoratu Czech i Moraw – to nie mieli jak kupić jedzenia, mimo iż posiadali znaczne sumy pieniędzy. Musieli sobie radzić. Znawcy spraw wojny podziemnej wytykali im, że nawiązywali zakazane w tym fachu kontakty z rodzinami, dziewczynami zostawionymi w kraju, co narażało ich oraz ich bliskich na śmierć. Ale jakie mieli wyjście, kiedy lądowali w śniegu 200 kilometrów od najbliższego lokalu konspiracyjnego, który i tak często okazywał się spalony?

Bardzo żałuję, że nie jestem w stanie trafić na żadną książkę traktująca całościowo o wysiłku i odwadze tych chłopaków. Myślę, że są warci książki w każdym języku świata. A już po polsku zwłaszcza.

Z braku książek – na tę historię trafiłem w wieku może 10 lat w archiwalnym już wówczas drugim numerze kultowego magazynu komiksowego “Relaks”; narysował ją Jan Saudek. Tak jak nie jestem entuzjastą sztuki komiksowej – tamta wryła się we mnie całymi planszami, dotarczając wciąż nowych informacji, gdy zbierałem materiały do tej notatki – wiem, że wszystko układa się nieodmiennie na planszach tamtej rysunkowej opowieści. Pewnie dlatego nigdy nie bawiły mnie polskie żarty o czeskim ruchu oporu.

Dzisiaj, 18 czerwca w rocznicę bohaterskiej śmierci Opalki, Hrubego, Valcika, Gabcika, Kubisa i Skoverca wspominam zeszłoroczne, październikowe pijaństwo w schronisku na Markowych Szczawinach na zboczu Babiej Góry z trzema Czechami – Stanislavem, Georgim i tym trzecim, którego imienia już nie pamiętam. Pamiętam, że na zewnątrz zamkniętego baru została pipa od pipa, od której ktoś nie odłączył kega i obficie z tej nieuwagi korzystaliśmy do późna w nocy. Śpiewaliśmy, a ja ryczałem co któreś piwo “Sto lat Josef Gabcik!”, “Chwała Jan Kubis!” a oni odpowiadali “Nech zyje Polskou Armia Krajowa”. Mieliśmy się świetnie i upiliśmy się do nieprzytomności i heroicznie. Jak bracia.

#nie_takie_latwe_zwyciestwo


PS od Adminki – wiele lat temu jako towarzyszka Margit Miosgi i Freyi Klier zajmowałam się zbieraniem materiałów na temat Polek, które poddano w KL Ravensbrück eksperymentom medycznym. Eksperymenty te zarządzono w odpowiedzi na zamach na Heindricha, po to by wypróbować sulfamidy, co do których medycyna niemiecka żywiła nadzieję, że potrafią przeciwdziałać gangrenie wytwarzającej się w zakażonych ranach. Obie dziennikarki wydały książkę pt. Króliczki z Ravensbrück.

Lato 2019. Codziennie jeden wiersz (05). Wiśniewski

Radosław Wiśniewski

M.I.A.

„Nagi mężczyzna w oknie hotelu Piast”
(Karol Maliszewski w nieistniejącym już wierszu o tym samym tytule)
Nie ma tamtego wiersza i nie ma Hotelu “Piast”,
przy ulicy Piastowskiej. Hotel zamieniono na
dom spokojnej starości w mieście, w którym
burmistrz bez litości wyrżnął poniemieckie
drzewa odbierając im prawo do godnej jesieni.
A trzeba wiedzieć, że apetyt na rżnięcie rośnie
w miarę rżnięcia. Nagi mężczyzna w oknie Hotelu
“Piast” tyle zostało z wiersza, którego nie czytałem.
Karol mówił, że pisał w jakimś ciemnym uniesieniu,
że go wyśle, bo to taki ślad po poecie. I po mieście
którym obecnie rządzi burmistrz o nazwisku Wrębiak.
Co wiele wyjaśnia jeżeli chodzi los drzew. Został
jeden wers, jak kikut pozostawiony w skrajni drogi
wojewódzkiej na znak, że zaszła drobna zmiana.
Chciałbym go jeszcze raz przeczytać. Tak jakby coś
żyło we mnie z tamtej nocy, kiedy nagi mężczyzna
stanął w oknie Hotelu “Piast”. Pewnie palił papierosa,
bo wtedy w wierszach wszyscy palili. Ale równie dobrze
mógł palić papiery wygrzebane przez ostatni rocznik
prowadzony do wojska. Być może nawet były tam
jakieś wiersze. Na przykład o tym, że nagi mężczyzna
stoi w oknie Hotelu “Piast”. W pokoju za nim czuć było
potem, może tam spała naga kobieta, albo nagi mężczyzna.
W restauracji dwa piętra niżej przygrywał do Koheleta człowiek
– orkiestra na wielkim klawiszu z napisem „Korg” od czoła.
Mam ten wiersz na końcu języka, jak obce słowo,
które oznacza coś znajomego. Przede mną
ściana bez okien. Stoję oparty o nią czołem
i czuję się
nagi.

Listy do Tymoteusza

Radosław Wiśniewski

Requiem dla dzika 2019

Próbowałem prześledzić w jaki sposób w Twoim sercu, synku, zagościł na stałe dzik i wszystko co dzikie. Może to się wzięło z tego, że drażniły mnie te wszystkie durne bajki straszące wilkiem, dzikiem i próbowałem je równoważyć opowieściami o tym, jak to jest naprawdę. Ty mimo to uwielbiałeś piosenkę z Akademii Pana Kleksa o dziku, który jest dziki i jest zły i bywały długie okresy, że żądałeś tylko dzika i jeszcze raz dzika.

Szybko Dzik zaczął odgrywać sporą rolę w twoich zabawach. Głównie jako postrach. Bywało, że chowałeś się przed dzikiem za plastikową kuchenką w pokoiku i potrafiłeś tam przesiedzieć dobrych dwadzieścia minut, mówiąc coś do siebie szeptem. A dorośli myśleli, że ty się po prostu tak świetnie bawisz sam ze sobą. Nie. Ty się chowałeś przed groźnym, dzikim dzikiem. I był czas, że bałeś się go na równi z mokiem i wikiem.

Musiałem ci tłumaczyć, że o ile nie mam zdania co do smoków, bo nie występują one w naturze, o tyle dziki czy wilki z bajek i te prawdziwe nie mają wiele ze sobą wspólnego i ogólnie te żywe są okej. Szczególnie wilki – są szlachetne i piękne. O tym, że daleko więcej dzieci zginęło z rąk ludzi niż od kłów wilków, o ile w ogóle jakiekolwiek dziecko zginęło od wilków – nie, o tym ci jeszcze nie mam serca mówić. Świat jest okrutny, ale jakoś nie spieszę się oswajaniem Ciebie z tą myślą. I to mimo że Twoje zabawy dowodzą, że wiedza o tym, że świat jest urządzony dosyć paskudnie i amoralnie – nie jest ci obca.

Tak było, kiedy bawiłeś się z mamą w lepienie zwierzątek i mama ulepiła ci węża, a potem ponieważ było mało plasteliny, zaczęła lepić myszkę. I Ty zobaczyłeś, że to myszka się tworzy i powiedziałeś w imieniu węża:
– Cieść myśko, cieść, ja loluje na ciebie, loluje!
– Poczekaj, jeszcze nie ulepiłam tej myszy – warknęła mama
– Ja pociekam myśko… – odpowiedziałeś i przysunąłeś swojego węża do rąk Mamy, tak żeby myszka nie miała wątpliwości, co ją czeka, jak zostanie ulepiona i powtórzyłeś z zimnem w oczach – ja pociekam…
Szybko wiedziałeś też, że misio robi foce „am-am” i ogólnie zwierzątka dzielą się na te które robią innym „am-am” i te, którym ktoś robi „am-am”.

A jednak przekonywałem Ciebie, że można próbować się zaprzyjaźnić i pokazywałem ci, że krokodyl może pomóc hipciowi, a z kolei lisek nie musi zjadać kurczaczka.
A potem kupiłem ci dzika z plastiku, razem z jeleniem, wilkiem, lisem, danielem, łosiem i rysiem. I znowu ze wszystkich najważniejszy był dzik, ale już jako synonim siły i dzikości, bez zła w tle. Dzik był przede wszystkim duzi i silny. I tobie to imponowało.

Zatem, będąc z Twoją siostrą na wypadzie w Wilnie, kupiliśmy ci kolejnego dzika, tym razem struganego z drewna, pomalowanego na różowo i nakrapianego na żółto. Jednak w Twoim dzikim utożsamieniu nie było granic, kiedy zachorowałeś na szkarlatynę i tata siedział z Tobą w domu, na Twoje życzenie pewnego dnia, nie wiedzieć kiedy, tata ulepił około dziesięciu różnych dzików z plasteliny. Były one małe i duże, z szablami i bez, z oczami czerwonymi, zielonymi i niebieskimi. Jakoś przeszły ci strachy. Zażądałeś nawet ostatnio po kąpieli futra wilka, bo będziesz teraz wikiem, pomijając momenty kiedy jesteś małym mockiem, lewkiem i – oczywiście – małym dzickiem.

Nawet pewnego dnia pojechaliśmy do lasu, w którym – mówiłem Ci o tym lojalnie, można spotkać mojego kolegę Kondzia, ale także dzika i jelenia. Gwałtownie oprotestowałeś Kondzia, krzycząc, że nie chcesz Kondzia, mimo że go nigdy nie spotkałeś. Potem zrozumiałem, że Kondzia pomyliłeś z koniem i kiedy sam to pojąłeś, powiedziałeś, że może być Kondzio. Co do dzika – pokazywałem ci zbuchtowane w lesie i przy drodze miejsca gdzie zapewne nie jeden dzik rył za smacznymi żołędziami. I mówiłem ci, że nie znam przypadku, kiedy dzik zabił człowieka, natomiast w drugą stronę – niestety to nie działa. Chodziliśmy trochę, zakręciliśmy się wokół pustego paśnika i wróciliśmy.

Myślę o tym teraz intensywnie synku, bo jednym z najpiękniejszych dźwięków jakim poprawiam sobie nastrój, powtarzając go w myślach – a przez większość czasu ostatnio mam podły nastrój – jest twój zaśpiew-zapytanie:
– A dziiiik? Dzie jes dziiik?
Kiedy idziesz do babci na noc i nie ma ciebie kilkanaście godzin w domu, często na wszelkie pytania odpowiadam Twojej mamie w taki sposób, naśladując Twoją melodię i dziecięcy timbre i ona się śmieje, że ledwo ciebie oddaliśmy, żeby odsapnąć chwilę, a już znowu jesteś między nami.

Tymczasem jak się dowiedziałem, w drodze jest postanowienie o wybiciu 210 z 200 tysięcy dzików w naszym kraju. Jeszcze nie zapadł ostateczny wyrok, ale nikt nie ma wątpliwości, że to kwestia czasu. I nikt normalny nie ma na to wpływu, bo żyjemy w takich warunkach, że nawet jak milion ludzi powie nie, a grupa 120 tysięcy facetów ze sztucerami, dużo groźniejszych niż jakikolwiek wik czy mok, będzie chciała sobie postrzelać – to ona sobie postrzela, bo ma poustawianych kameradów w rządzie, sejmie, służbach państwa. I oni będą strzelać do dzików, synku, tych twoich ukochanych dzików, dlatego, że świnki w fermach chorują na pomór świń. Nie pytaj mnie, jaki w tym jest sens. Nie jestem do końca pewien – ale wydaje mi się, że nie ma. Eksterminacje rzadko kiedy mają sens. Pewne jest, że niedługo dzików już nie będzie, poza tymi twoimi z plastiku, drewna i plasteliny.

W każdym razie, kiedy znowu zapytasz mnie śpiewnie za jakiś czas:
– A jes dziiiik?
Być może powiem ci:
– Chodź synku do lasu, poszukamy – żeby nie ranić twoich uczuć, chociaż będę wiedział, że już niczego tam nie znajdziemy poza pustym paśnikiem i żadnej zbuchtowanej ziemi na leśnych traktach.

Pozostanie nadzieja, że nikt nas w tym lesie przypadkiem nie zastrzeli, zamiast ostatniego żywego dzika.

#listydotymoteusza
#savethedzik

P.S. Jest jakaś petycja do podpisania w sprawie? Chętnie ją podpiszę.

PS.2. Jest petycja, podpisałem, podpisz i Ty


Ja też podpisałam.

Niestety wszyscy wiemy, że decyzja już zapadła, od niedzieli już się na potęgę strzela do dzików, podobno nawet do prośnych macior. A na pociechę można sobie być może (ale tylko “być może”) powiedzieć z Adamem Wajrakiem:

Czasami jestem jednak fanem naszego państwa z tektury powiązanego sznurkiem do snopowiązałki. Tego naszego polskiego lelum polelum, które sprawia, że wielu rzeczy nie jesteśmy w stanie zrobić lub zrobić dobrze. Mam nadzieję, że przy akcji eksterminacyjnej dzików też to zadziała. Ktoś się upije, ktoś zaśpi, inny nie dojedzie, kolejny trafi w drzewo (broń Boże kolegę!), tu czegoś zapomną, tam przesadzą, zgubią się w lesie, albo pogubią sprzęt i niektóre dziki przetrwają, bo to mądre zwierzęta. No bo, kurcze na co mam liczyć jak żadne argumenty nie trafiają!

Madonna ze Stalingradu

Radosław Wiśniewski

Kolęda 1942. Madonna ze Stalingradu

Jest ciemna, mroźna noc 24 grudnia 1942 roku. Nad stepami na zachód od Wołgi wieje porywisty wiatr, który powoduje, że do ujemnej temperatury około minus dwudziestu – trzeba dodać kolejne minus dziesięć stopni. Do tego pada gęsty śnieg, który w połączeniu z wiatrem daje srogą zamieć.
W ziemiankach wykopanych jeszcze latem lub wczesną jesienią gromadzą się ludzkie kukły pozawijane w szmaty, które jeszcze jakiś czas temu były dumnymi żołnierzami III Rzeszy.
O północy Radio Berlin przed życzeniami wigilijnymi emituje audycję „Radio bez granic”
w której wzywa najdalej wysunięte frontowe posterunki Wielkich Niemiec: Spitzbergen, Afryka, Atlantyk, Petsamo, Nordkapp, Krym, Kaukaz. Rzesza będzie wielka. Spikerzy wywołują też Stalingrad.
Tymczasem pod Stalingradem – w mieście i w stepach, w kotle o rozmiarach mniej więcej 60 na 60 kilometrów pozostaje żywych około 300 tysięcy niemieckich, rumuńskich i węgierskich żołnierzy. Wśród nich są także ochotnicy różnych narodowości ZSRR, którzy zdecydowali się służyć w armii jednego szatana, przeciwko drugiemu szatanowi. Wybrali bycie żołnierzem Hitlera. Wszyscy są w potrzasku i wiedzą o tym. Tylko część z nich jest w stanie walczyć, większość próbuje przetrwać głód, mróz i choroby. Ocenia się, że w grudniu 1942 roku zdolnych do walki i noszenia broni był co czwarty żołnierz 6 niemieckiej armii dowodzonej przez generała von Paulusa. Przy czym ilość ich systematycznie spadała koło Bożego Narodzenia, dochodząc do liczby nie więcej niż 40 tysięcy zdolnych do walki.

Trzy tygodnie temu była jeszcze szansa, żeby się wycofać, kiedy na skrzydłach wojska sowieckie Rokossowskiego, Żukowa i Watutina pędziły w stronę mostu w Kałaczu nad Donem – von Paulus prosił kwaterę główną czyli Hitlera o zezwolenie na manewr odwrotowy około 100-160 kilometrów na zachód. Wiedział, co się dzieje, widział z samolotu, jak sowieckie czołgi dosłownie rozjeżdżają  w stepach broniące skrzydeł jego armii wojska rumuńskie, włoskie i węgierskie. Propozycję wstępnie zatwierdził szef sztabu OKW, gen. Zeiztler, ale ostateczną zgodę musiałby wyrazić sam nieomylny, wpadający już we wstępne stadium obłędu i samouwielbienia, Adolf Hitler. Ale on nie zezwala na odwrót z miasta noszącego imię jego odwiecznego rywala, o które kazał toczyć od lata walki o każdy dom, ulicę, piętro. Stalingrad jest teraz wprawdzie morzem ruin, pozbawionym realnego znaczenia, ale jest coś takiego jak prestiż dyktatora. Sowieccy żołnierze trzymają w rękach wąskie na kilkaset metrów skrawki miasta tuż nad Wołgą, poukrywani w głębokich nadrzecznych jarach, wspierani przez artylerię z drugiego brzegu, zaopatrywani jak desant na przyczółkach – łodziami, barkami i pontonami.
Historycy po latach przyznają, że zmagania o Stalingrad w jakimś momencie całkowicie utraciły sens, przypominając raczej tępe rzezie poprzedniej wojny, niż blitzkrieg, a żadna ze stron nie chciała ustąpić. Jak wiadomo – Wehrmacht się nie cofa, a armia czerwona nie gwałci.

W listopadzie zatem jeszcze, kiedy teoretycznie istniała droga odwrotu, Hitler wydaje rozkaz, że 6 Armia i resztki innych formacji ma się okopać, trwać i czekać na odsiecz, a zaopatrzenie bierze na siebie Luftwaffe. Sam Kesselring gwarantuje, że wszystko czego trzeba dostarczy most powietrzny, do którego ściąga wszystkie dostępne samoloty transportowe i bombowe. W jedną stronę paliwo, żywność, amunicja, ciepłe ubrania, w drugą – ranni i niezdolni do walki. Do zaopatrzenia takiej masy ludzi, pojazdów i zwierząt w polu, jaką posiada 6 Armia, potrzeba 500 ton zaopatrzenia dziennie. W najlepszym momencie istnienia mostu powietrznego do kotła Luftwaffe będzie przy bardzo ciężkich stratach własnych dostarczać ok. 100 ton, tylko dwa razy liczba zbliży się do zadeklarowanych przez Kesselringa 300 ton. Odbywa się to kosztem ściągnięcia zewsząd wszelkich samolotów, także z ośrodków szkolnych i jednostek zaangażowanych do tej pory w loty nad Atlantykiem. Tylko co z tego, skoro wśród tego zaopatrzenia znajdzie się między innymi 200 tysięcy egzemplarzy pism propagandowych albo 6 ton cukierków, czy 4 tony części zamiennych do sprzętu saperskiego, niezbędnych jak wiadomo głodującym żołnierzom. Do połowy grudnia 1942 roku zostaną zarżnięte konie w liczbie 4 tysięcy, należące do rumuńskiej dywizji kawalerii. Do Wigilii pod nóż pójdzie też większość koni pociągowych, taborowych. Armia, nawet gdyby chciała – bez koni nie ma szans wykonać większego marszu odwrotowego. W armii niemieckiej bowiem, wbrew obiegowej opinii, podstawowym środkiem logistyki jest nadal koń.

Generałowi von Paulusowi nie wystarcza siły charakteru na okazanie wodzowi niesubordynacji. Rezygnuje z planu wycofania 23 listopada, i tak spóźnionego, rezygnuje z planu przebijania się z 27 listopada – także spóźnionego i w praktyce nie do realizacji, zgadza się okopać i czekać. Okopać? Na zmarzniętym stepie? Z obroną, której nie ma o co oprzeć? Z dziesiątkami tysięcy głodujących żołnierzy, z których nie z powodu ran w walce, ale odmrożeń coraz mniejsza ilość jest zdolna do noszenia broni? Paulus we wspomnieniach jawi się jednak nie jako krewki dowódca frontowy, ale drobiazgowy sztabowiec, skromny i cichy, po wielokroć analizujący sytuację.

12 grudnia od południa, chociaż nie najkrótszą drogą, rusza odsiecz prowadzona przez mistrza sytuacji niemożliwych do rozwiązania – Ericha von Mansteina. Kilka wcześniej poturbowanych dywizji pancernych w ramach operacji „Wintergewitter” przez dziewięć dni przebija się mozolnie w śnieżycach w stronę Stalingradu i trzystu tysięcy towarzyszy broni. Manstein wybiera dłuższą o 80 kilometrów drogę do Stalingradu, przeczuwając, że na najkrótszej sowieci skoncentrowali większość swoich sił i, paradoksalnie – dłuższa droga może być dużo szybsza. Nie myli się. Sowieci są zaskoczeni i przez kilka dni się cofają. W eterze słychać krzyżujące się komunikaty wysyłane przez radiostacje dywizji Mansteina – „wytrwajcie”, „idziemy do was”, „do zobaczenia wkrótce”. Jednak dla pełnego sukcesu konieczne jest współdziałanie 6 Armii, a więc żołnierze von Paulusa muszą się zdobyć na ostatni szturm, żeby wyjść z okrążenia. Paulus domaga się jednak więcej zaopatrzenia, argumentując, że ostatnie czołgi, jakie ma, mają paliwa na rozruch silników i przejechanie nie więcej niż 20 kilometrów.

Nikt jednak nie wie, że Adolf Hitler wcale nie chce, aby Manstein umożliwił niemieckim żołnierzom odwrót. Dowiedziawszy się, że dywizje pancerne znajdują się tylko 40 kilometrów od kotła pod Stalingradem, Hitler już wydaje rozkazy, aby po przebiciu się do wojsk von Paulusa, utworzyć w stepach korytarz długości stu kilometrów, który posłuży do lepszego zaopatrzenia 6 Armii tak, aby ta mogła utrzymać miasto. Jeden z ostatnich jego rozkazów, w większości jednobrzmiących, do konających na mrozie żołnierzy i ich dowódców brzmi:

Zabraniam poddania się. 6 Armia będzie trwać na swoich pozycjach do ostatniego człowieka i do ostatniej kuli. Przez swój niezłomny opór wniesie niezapomniany wkład w ustanowienie obronnego frontu i zbawienie zachodniego świata.

Ale planu szaleńca, by utrzymać Stalingrad, nikt jednak nie wprowadzi w życie. W Wigilię Bożego Narodzenia żołnierze w kotle stalingradzkim słyszą nasilony huk armat od południa i zachodu. Nie wiedzą jednak, że to nie jest odgłos nadchodzącej odsieczy, ale sowieckiego kontrnatarcia. Tego dnia sowieckie czołgi wpadają m.in. na lotnisko Tacynska, skąd startowały samoloty z zaopatrzeniem dla Stalingradu. W ostatniej chwili, dosłownie pod lufami czołgów, podrywa się w powietrze ponad sto samolotów transportowych, ale składy i kilkadziesiąt innych samolotów, wpada w ręce Rosjan. Racja żywnościowa w kotle stalingradzkim zostaje zmniejszona do 100 gramów chleba na osobę. Czasem interpretowane to jest jako racja żywnościowa dla żołnierzy, którzy są zdolni do walki, dla rannych i niezdolnych do walki ta racja bywa obniżana do 50 gramów chleba dziennie i pół litra zupy, gotowanej na kilku paskach koniny. To jedyne mięso. Zdarza się, że strawienie wysokokalorycznego posiłku dostarczonego mostem powietrznym, np. tłustej konserwy – po wielu dniach głodówki powoduje taki wysiłek organizmu, że następuje niemal natychmiastowa śmierć.

Na okolicznych wzgórzach sowieci wystawiają udekorowane choinki, tak żeby widzieli je niemieccy żołnierze, przez megafony puszczają niemieckie kolędy, tak żeby było je dobrze słychać. W swoim bunkrze lekarz 16 dywizji pancernej, Kurt Reuber, w cywilu pastor i teolog, rysownik na prośbę żołnierzy zaczął szkicować jakiś obrazek na święta. Żołnierze wiedzieli, że umie rysować. Na szlaku bojowym jaki przeszedł z nimi, ciągle coś szkicował. Do dzisiaj zachowały się portrety dzieci, kobiet, starców spotkanych po drodze. Nie ma w tych obrazach cienia wyższości, poczucia bycia nadczłowiekiem, raczej próba wglądu, chciałoby się powiedzieć – empatycznego. W ramach swojej pracy Kurt Reuber leczył nie tylko rannych żołnierzy niemieckich, ale także jeńców wojennych, a w oblężonym już Stalingradzie – co potwierdzają relacje rosyjskie – udzielał pomocy chorym i rannym cywilom.

Kiedy zatem spiker Radia Berlin wśród licznych posterunków Tysiącletniej Rzeszy wzywa Stalingrad, Kurt Reuber siada w swojej ziemiance i na odwrotnej stronie sowieckiej mapy o rozmiarach 90 na 120 centymetrów zaczyna szkicować postać. Zachowały się jego listy pisane do żony, w których zapewniał ją i dzieci, że tata na pewno wróci, ale opisał także i ten moment:

 

Długo myślałem nad tym, co powinienem naszkicować i zdecydowałem się na Madonnę albo matkę i dziecko. Zamieniłem swoją dziurę w zmrożonym błocie w studio. Przestrzeń była zbyt mała, żebym mógł widzieć swój obraz dobrze, więc wchodziłem na stół i patrzyłem na niego góry, żeby zyskać właściwą perspektywę. […] Nie miałem dobrych materiałów, więc użyłem rosyjskiej mapy jako papieru. […] Obraz wygląda tak: głowa matki i dziecka są skierowane ku sobie a wielki koc otula ich oboje. Intencją było pokazanie „bezpieczeństwa” i „Miłości matki”. Pamiętałem słowa św. Jana “Światło, życie i miłość” . Co mógłbym więcej dodać?

Madonna ze Stalingradu jest otulona tylko tym kocem, ma bose stopy, z jednej strony ukazuje ciepło jaki otacza małego Nowonarodzonego, z drugiej potworny chłód (szalała zamieć, zmniejszono racje żywnościowe) wszędzie wokół.

Żołnierze zaczęli przychodzić sami do bunkra Reubera, siadali wokół, milczeli, wpatrywali się w stworzony przez niego obraz i wyglądało to tak, jakby medytowali. Kurt Reuber powiesił swój obraz na ścianie i zapalił przed nim świeczkę, jak przed prawosławną ikoną. Jego ziemianka zamieniła się w rodzaju ekumenicznego miejsca adoracji, kontemplacji i skupienia. Miejscem w którym synowie symbolicznie spotykali się z matką. Większość ostatni raz.

Obraz Reubera oraz jego listy zostały wywiezione z kotła przez jego dowódcę dr. Wilhelma Grosse, który opuścił Stalingrad ostatnim samolotem transportowym, jaki tworzył powietrzny most, 6 stycznia 1943 roku i po wojnie dostarczył jego rodzinie.

Kocioł w Stalingradzie ostatecznie upadł 2 lutego 1943 roku. Na polach wokół miasta i w samym mieście sowieckie służby znalazły prawie 150 tysięcy niepochowanych ciał ludzi, którzy zginęli z zimna i głodu. Niektóre leżały w stosach, jedne na drugich. Niektóre w pozycjach świadczących, że w ostatnich chwilach życia ludzie popadali w obłęd, na trzydziestostopniowym mrozie rozbierali się do naga. Sowieci wzięli do niewoli około 100 tysięcy jeńców różnych narodowości, głównie Niemców. Nie wiadomo, czy zaliczono do tej liczby wziętych do niewoli służących w Wehrmachcie żołnierzy narodowości ukraińskiej, rosyjskiej i innych. Tych bowiem najczęściej rozstrzeliwano na miejscu. Do rodzin po wojnie wróciło łącznie pięć tysięcy wziętych do niewoli Niemców, czyli co dwudziesty żołnierz niemiecki, który dożył kapitulacji 6 Armii. Kurta Reubera wśród nich nie było. Zmarł 20 stycznia 1944 roku w sowieckim łagrze Jełabuga w Tatarstanie.

Przed śmiercią, w święta Bożego Narodzenia 1943 roku, naszkicował na skrawku papieru swój ostatni obraz – Madonnę Uwięzionych.

Obraz Reubera został przekazany przez rodzinę w sierpniu 1983 roku w depozyt Kościoła Pamięci w Berlinie.

Oprócz Kościoła Pamięci w Berlinie kopie ikony Reubera przyjęły dwa inne miasta zrównane z ziemią przez wojnę jako symbol pojednania i pragnienia pokoju.

Kopie “Madonny ze Stalingradu” są wystawione w protestanckim kościele w Coventry i prawosławnej cerkwi w Wołgogradzie, dawnym Stalingradzie.


Od redakcji: Niemiecka Wikipedia podaje listę, która liczy 26 kopii Madonny w Niemczech, jedną w Anglii (w Coventry), cztery w Austrii i dwie w Rosji.

Reblog: Straż pożarna

Radosław Wiśniewski

[Rzecz o Ochotniczej Straży Pożarnej i urzędniku o policzkach jak jabłuszka]

Swego czasu, w co trudno mi teraz uwierzyć, byłem obiecującym urzędnikiem mianowanym R.P. i nawet przez jakiś okres w swoim życiu uwierzyłem, że nie pracuję tylko dla pieniędzy. Początki były trudne. Na przykład w 2003 roku trafiłem do pracy w Biurze Integracji Europejskiej w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu. Czasy były niespokojne, nowa administracja samorządowa układała się z rządową w terenie, troche współpracując trochę rywalizując o kolejne komptenecje. Jedną ze śmiesznostek tamtego okresu było na przykład Biuro Kontaktów Zagranicznych Wojewody tak jakby Wojewoda miał prowadzić swoją politykę zagraniczną. Trochę po prawdzie prowadził. I myśmy z Integracji Europejskiej, jako nieliczni urzędnicy znający języki tę politykę wspierali. Chociaż nie to było naszym głównym zajęciem. Głównie to mieliśmy prowadzić kampanię przed referendum akcesyjnym, które miało sprawdzić czy suweren (nikt wtedy tak nie mówił, ale o to chodziło), chce wstąpić do Unii Europejskiej. Naród się spierał, a u nas się mówiło, że w zasadzie nie mamy agitować, ale informować, wspierać samorządy, docierać do środowisk i takie tam. W praktyce wyglądało to bardzo różnie, a i tak do dzisiaj uważam, że najwięcej załatwił Jan Paweł II jednym bon motem „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej” po którym nawet Roman Giertych, wówczas przypomnę opiekun Młodzieży Wszechpolskiej lekko się zapowietrzył i wykrztusił z siebie, że nie zgadza się z papieżem. Z papieżem i to Polakiem-Papieżem. No wtedy było wiadomo, że Giertych może pomału się pakować do domu. No, w każdy razie tak się wówczas wydawało. To było 15 lat temu.

Przed wystąpieniem Papieża w sprawie wstąpienia bywało jednak bardzo różnie. Posyłani byliśmy przez naszych przełożonych jako owce między wilki, na wsie, do miasteczek i nie zawsze bywało miło czy zgoła bezpiecznie. Był to czas, przypomnę, kiedy to Marian Zagórny wpadł z chłopakami do urzędu ze świnią na postronku i nie niepokojony przez policję czy inne służby biegał z lagą w ręku po korytarzach jak chciał, aż wpadł do gabinetu Wojewody, gdzie świnia się zesrała ze strachu. Bo świnie, jak pewnie mało kto wie, to są bardzo wrażliwe zwierzęta i większość ma słabe serce i są emocjonalne. Pewnego razu wezwała mnie szefowa biura, którą bardzo szanowałem i szanuję do dzisiaj pamięć o niej i powiedziała:

– Panie Radku proszę sobie zmienić marynarkę na mniej elegancką, zdjąć krawat – tak, tak kilka tygodni chodziłem do pracy w krawacie i nawet polubiłem garnitur jak swoją drugą skórę – tutaj ma Pan materiały i ma Pan jakieś dwie godziny, żeby się przygotować…

Zamilkła i spojrzeniem wskazała stos papierów, teczek, plików, na oko jakieś trzy do pięciu kilogramów. Zaczekała, aż się oswoję i kontynuowała:

– Wicewojewoda ma dzisiaj spotkanie z komendantami ochotniczych Straży Pożarnych, więc wykorzystamy ten fakt i postawimy tam Pana, żeby Pan powiedział kilka zdań, odpowiedział na pytania, a tutaj ma Pan materiały o strażach pożarnych w całej Europie. Może okażą się Panu pomocne, gdyby były jakieś szczegółowe pytania.

Skinąłem głową, zgarnąłem stos papierów i udałem się do swojego pokoju. Zdjąłem posłusznie krawat i wyjąłem z szafy taką gorszą, sztruksową marynarkę. Rzuciłem papiery na biurko i zacząłem je kartkować w rosnącym poczuciu bezsilności. Niewiele z nich rozumiałem. Zagadnienie straży pożarnych w Unii Europejskiej wydało mi się czymś w rodzaju wielkiej, nieoświetlonej jaskini, której rozmiarów nie byłem w stanie się domyślić i brnąłem przez nią jedynie swoją myślą, potykając się co chwila, pragnąć dotrzeć do jakiejś ściany, znaleźć jakiś punkt oparcia. Daremne nadzieje, próżny trud. Im więcej wiedziałem, tym większy chaos panował w mojej głowie, tym więcej paniki się w nią wkradało. Zadzwonił telefon z dołu, że samochód już jest i żeby się zbierać bo Wicewojewoda w zasadzie czeka na młodszego referenta.

Jechaliśmy szparko, Wicewojewoda z PSL, któremu podlegały OSP nie odzywał się wiele, popatrywał na mnie jak nerwowo przerzucam papiery na rozłożone na kolanie. Raz tylko mruknął po jakichś czterdziestu minutach jazdy:
– No, szybciej Panie Tomku, spóźnimy się a ja muszę otworzyć to zebranie, druhowie nie lubią jak władza się spóźnia

Akurat ja tam wolałem, żeby Pan Tomek jechał jak najwolniej, chociaż z drugiej strony byłem świadomy, że potrzeba było nie minut, nie godzin, ale dni lektury, żeby ułożyć sobie jakiekolwiek wystąpienie przekonujące dla soli ziemi w tureckich sweterkach w serek i romby. Byłem bez szans. Dotarło to do mnie tuż przed miejscowością w której miało odbyć się spotkanie. Nie ważne co wiem, a czego nie wiem. Zginę. Więc lepiej po prostu przyjąć los z pogodą ducha, być może to pozwoli jakoś opanować salę.

Myliłem się.

Wicewojewoda wpadł na salę na piętrze zabytkowego, chociaż zrujnowanego pałacu stojącego nieco z boku głównej drogi, ściskając po drodze dziesiątki grubych jak bochny, spracowanych dłoni. Wlokłem się za nim jak cień człowieka. Dzień był pochmurny, na sali nie zapalono światła, był półmrok, długie stoły ustawione w podkowę a przy nich nie mniej niż stu, może stu kilkudziesięciu druhów. Twarze wydawały mi się w tym świetle ciemnoszare. Wicewojewoda nie mówił długo.
No, niebawem druhowie pogadamy sobie o naszych sprawach – zaczął kończyć, ledwie zaczął – ale zanim to nastąpi, pozwólcie, że kilka słów o Unii Europejskiej, nadchodzącym referendum i o wszystkim co się z tym wiąże powie Wam kilka słów mój młodszy kolega z Biura Integracji Europejskiej… no, ekhm to ja już przekazuję mikrofon i zostawiam Was sam na sam…
Podał mi bezprzewodowy mikrofon i wyszedł zamykając za sobą przezornie drzwi. Chyba udało mi się zacząć bez rytualnego chuchnięcia w kratkę mikrofonu, ale wiedziony instynktem mówiłem patrząc w blat względnie na swoją rękę, którą położyłem na teczce pełnej papierów. Nie patrzeć wściekłem zwierzęciu w oczy. A tutaj było wielogłowe zwierzę, które na mnie patrzyło, było tego pewien a im bardziej błądziłem, nie wiedząc co w zasadzie miałbym powiedzieć szefom Ochotniczych Straży Pożarnych z całego województwa, ani tego co oni by chcieli ode mnie usłyszeć – tym bardziej rosła jego wściekłość, na razie milcząca. Szybko jednak wielogłowe zwierzę wydało z siebie pierwsze warknięcie, ciche, ale słyszalne:

– Nie no co on pierdoli…
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– Nie, no kurwa, weź, co mi tutaj będzie…

Podniosłem wzrok, żeby zorientować się ewentualnie komu zaproponować zadanie pytania, opanować rodzącą się złość i skanalizować, ale tym samym przerwałem niezbyt przygotowany speech i dałem bestii oddech. Nie zdążyłem już nic powiedzieć, bo natychmiast z drugiego końca sali ktoś warknął głośniej:
– No i co, pierdu, pierdu, zatkało kakao..?!
– No mówiłem ci, szczeka, jak go nauczyli a nie ma nic do powiedzenia
– Daj spokój Waldek, niech skończy…
– No przecież skończył, te, powiedz mi kurwa jak ja mam gasić, jak mam na jednostce motopompę a nie mam jednostki transportowej, co? Co mi to Unia da?
– Daj spokój, przecież paniczyk po studiach nie wie nawet co to motopompa
– Pokażesz mu to zapyta czy to kombajn zbożowy
Tutaj wielogłowa bestia gruchnęła śmiechem tubalnym i donośnym, który zagłuszył narastający rwetes, kiedy kolejni druhowie wykrzykiwali swój ból, podczas gdy inni uciszali tych wykrzykujących, że dajcie spokój, co sobie o nas pomyślą, dajmy przykład kultury i jak Pan do nas przyjechał, niech mówi dalej, ale z kolei tamci dorzucali, że już niech mówili i spierdala skąd przyjechał, za swoje biurko, póki mu nikt nie przyjebał, bo ja zaraz nie wytrzymam, Unia chujnia, a na jednostkę transportową do motopompy od lat proszę i kurwa nie ma i nie ma.

Wyłączyłem mikrofon, bo to chyba nie miało już większego sensu, zapanował kompletny chaos, a chociażbym chciał, nie miałem już z kim rozmawiać i modliłem się tylko, żeby wrócił Wicewojewoda z PSL. Zamiast niego wstał milczący do tej pory Komendant OSP z Męcinki Dolnej. Jasne oczy kontrastowały z szarą, powleczoną lekkim zarostem twarzą, szarym swetrem spod którego wystawał postawiony kołnierzyk koloru écru, chociaż nie odważyłbym się go tak nazwać przy druhach. Oparł się pięściami o blat stołu, pochylił lekko do przodu i pomimo tego, że nie był wysoki, wydawał się ogromnieć z każdą chwilą, bowiem wzbierało w nim coś, co przerastało wszystko, całą te glątwę drgającą wokół niego. Wyrzucił przed siebie lewą rękę jakby chciał coś złapać, jakby właśnie się wspinał po stromej ścianie i chciał za wszelką cenę lewą, mięsistą dłonią znaleźć oparcie i zawołał. Nie krzyknął, ale z głębi swojego ducha zawołał głosem niskim, acz przenikliwy, tak że rozwibrowało się całe powietrze wokół niego:

– Druuuuhooooowieee!

Tamci wrzeszczący, gestykulujący, próbujący wstać zza stołu, widocznie po to żeby mi przyjebać przed powrotem za biurko zastygli tak jak ich zastało wołanie Komendanta z Męcinki Dolnej. A ten widząc, że opanował ich gestem i głosem proroka nabrał powietrza i powtórzył jeszcze raz:
– Druuuhowie! – powiódł wzrokiem, czy go słuchają – Uciszcie się! Nie wypada tak, nawet jeżeli się nie zgadzacie, nie kłóćmy się, druhowie… Przecież tutaj chodzi – znowu spauzował, żeby to, co miał do powiedzenia wybrzmiało dobitniej – tutaj chodzi o p o l s k ą r a c j ę s t a n u!!!!

Zapadła cisza, w której niczym sygnał na trąbce amerykańskiej kawalerii zabrzmiał dźwięk zamka i poruszyła się klamka. Wracał Wicewojewoda, uśmiechnięty, niczego nie świadom, podszedł i nie wiedząc co czyni przejął ode mnie mikrofon.

– No to widzę że już sobie porozmawialiście z moim młodszym kolegą, także ten, no powiem tyle, że ja jestem za wejściem do Unii, bo wprawdzie w każdym kraju unijnym straż pożarna jest inaczej zorganizowana i niby to dla nas nic tu specjalnie nowego nie wyniknie, ale wiecie druhowie, tak po gospodarsku wam powiem jak to jest, jak gminy będą bogatsze, bo część pieniędzy na oczyszczalnię, czy przepompownię dostaniemy z Unii, no to wiadomo, że łatwiej będzie znaleźć środki na nową motopompę czy jednostkę transportową dla niej, prawda. No.

Wicewojewoda mówił jeszcze kilka chwil, prosto, po gospodarsku. Wyszedłem zapalić papierosa. Drżały mi trochę ręce. Zrozumiałem błąd i ślepy zaułek w jaki niechcący wpuściła mnie szefowa zarzucając mnie kilogramami zbędnego papieru. Ale już nic nie dało się zrobić. Miałem z tej lekcji skorzystać za to kilka razy w przyszłości.

Nie wiem do dzisiaj jakie miał poglądy polityczne, geopolityczne Komendant OSP z Męcinki, ba, nie wiem czy Komendant OSP z Męcinki Dolnej jeszcze żyje (nazwa miejscowości została zmieniona), czy temu drugiemu gmina kupiła jednostkę transportową. Ale kiedy słucham jak wysoki urzędnik RP o policzkach jak jabłuszka po raz kolejny opowiada drydymały o tym, że Unia jest wspólnotą wyimaginowaną, chętnie poleciłbym mu, żeby się spotkał z Komendantem OSP z Męcinki Dolnej, bez ochrony, bez świadków, bez żony, kolegów partyjnych i bez marynarki. Może Komendant OSP z Męcinki Dolnej wyjaśniłby mu raz na zawsze, dobitnie na czym polega polska racja stanu, bo chyba ten urzędnik o policzkach jak jabłuszka kompletnie nie wie co to jest, a jeżeli wie to jej nie rozumie. Ale jest jeszcze czas, gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest, Panie Komendancie.

Bild könnte enthalten: Himmel und im Freien

Wiśniewski (Reblog z FB)

Radosław Wiśniewski

Zimą napisałem tekst. Miałem poczucie, że jest ważniejszy ode mnie i wszystkiego, co napisałem od lat. Długo szukał sobie miejsca na papierze, w sieci, gdziekolwiek. Sporo osób mówiło po lekturze, że warty jest publikacji, ale jakoś się nie mieścił to w tym to w tamtym formacie. Nie mnie sądzić dlaczego. Ale oto od kilku dni jest, ktoś dał mu miejsce i przestrzeń. Tekst, dodajmy, na tyle dla mnie i paru osób ważny, że założyliśmy nieformalny projekt “Laboratorium Empatii”, na razie tylko na FB (znajdziecie bez trudu).

A tekst idzie bez mała taką ścieżynką:

“[…]
Próbujesz opowiadać o zaangażowaniu poprzez zaprzeczenia, apofatycznie, na przykład, że daleko ci do „Krytyki Politycznej”, ale równie daleko do Wencla, a zarazem nie znaczy to, że interesuje ciebie wyłącznie prywatność albo wyłącznie historyczność. I właśnie od tego napięcia pomiędzy prywatnością, pojedynczością a historycznością trzeba zacząć rekonstrukcję twojego zaangażowania. Bo przecież to, co nie pozwala tobie stanąć ani po lewej i ani po prawej stronie, to wiara oraz ufność jaką pokładasz w jednostce. Dla ciebie nigdy nie ma i nie będzie sześciu, siedmiu, ośmiu milionów – jest osobowa pojedynczość i przemnożenie jej przez dowolna liczbę jej nie unieważnia. Nie ma zatem żadnego zastosowania zdanie, że system był dobry, tylko nie uwzględniał człowieka i tego że jest osoba obdarzona godnością, wolnością wyboru i sumienia. Taki system nie miał i nie ma racji bytu. Żaden system, który opowiada, że tylko odsuniemy, tę lub inną, mniejszość, która nam koła w szprychy postępu sadzi, a już, już jutrzenka wyzwolenia mas, narodu, rasy zabłyśnie nigdy nie zdobędzie twojego zaufania. To zapowiedź krwawych baśni eksterminacji, a do nich czujesz odrazę. Tę, która podpowiada gesty, za które można oberwać. I to całkiem na serio. Tak jak powiedziałem – z lewa i prawa lub z obu stron na raz – bez różnicy.

Spoiwem, które pozwala łączyć prywatność z historycznością jest empatia, czyli współodczuwanie, czasem sprowadzone tylko do próby wyobraźni. I nawet jeżeli jest to tylko wyobrażone współodczuwanie to ma fundament, który trudno podważyć. Każdy człowiek ma ciało, zdolne do odczuwania bólu i chce je przed tym bólem ocalić, na tyle, na ile to możliwe. Ciało oprócz odczuwania fizycznego bólu, potrafi także sprawić, że odczuwasz strach, lęk, niepokój. Owszem, wiele doświadczeń pozostaje na zawsze za murem, ale jeżeli pozwolić, by mówiło ciało, stają się bliższe niż można by sądzić, chociaż przez to wcale nie zrozumiałye. Empatia nie mówi o zrozumieniu, ale o współbyciu. Nie zakłada też gestów zbiorowych, ale pojedynczość, nawet jeżeli dla podjęcia tej próby trzeba uwzględnić szerszy kontekst, to w centrum zawsze pozostanie osoba, jedna, niepowtarzalna.

Empatia, szczególnie w kontekście historycznym, porzuca złudzenie neutralności, równego dystansu, drogi środka i zarazem – chociaż wydaje się to niemożliwe – nie dryfuje w stronę żadnego z biegunów politycznych, prawego, czy lewego. Powołując się w sposób bardzo ogólny na prawa antropologii przestrzennej Victora Frankla, można powiedzieć, że empatia wprowadza trzeci wymiar do dwuwymiarowego sporu. Frankl, tocząc zupełnie inny spór w obrębie psychologii i antropologii, w prosty sposób pokazał jak redukując formę przestrzenną – np. kulę lub stożek, do figury (lub figur) dwuwymiarowych uzyskujemy sprzeczne lub zadziwiająco zgodne obrazy tego samego przedmiotu. Stosując tę analogię do empatii w kontekście zaangażowania literackiego, trzeba było by powiedzieć, że nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, bo pomimo żarliwego zaangażowania nie gra w tę grę, jaką próbują jej narzucić ideologie i jej literackie mutacje. Empatia pracuje na zupełnie innym planie niż ideologie, które zawsze będą miały tendencje do redukowania jednostkowości, niepowtarzalności. Tu jest źródło niepodległości gestu – literackiego, poetyckiego – zakotwiczenie w tym, co jednostkowe. Tylko to pozwala skutecznie detonować przed czasem próby manipulacji, zawłaszczenia pojedynczego śpiewu, lamentu, inkorporowania go do wycia hordy.
[…]”

Gdyby kogoś interesował całokształt – to jest na stronie pozbawionego właśnie ministerialnych dotacji serwisu ArtPapier.pl, co samo w sobie staje się pomału czymś w rodzaju silnej rekomendacji:

Wiśniewski

Radosław Wiśniewski napisał, że jest nowy projekt i przysłał linka

Wydanie tomiku poetyckiego Juliusza Gabryela Lustrzane fikcje

O śmierci Juliusza Radek pisał już tu kilka tygodni temu.


21 marca 2018 w Światowy Dzień Poezji pochowaliśmy w Kluczborku naszego kolegę, przyjaciela, towarzysza wielu podróży i literackich przygód, poetę – Juliusza Gabryela. Julek wydał za życia trzy książki, ale u wydawcy czekała na druk czwarta, a piątą pisał, był w trakcie, w drodze, nasz kosmita, podróżnik.

Książki z wierszami często niesprawiedliwie długo czekają na druk, panuje opinia, że nikt ich nie potrzebuje albo mało kto. My, przyjaciele, znajomi, koledzy ze środowiska mamy przekonanie, że poezja Juliusza jest warta upowszechniania. Dlatego chcemy sprawić, żeby Julek był z nami i z Wami, wspierającymi ten projekt poprzez to, co było dla niego tak ważne, dlaczego żył bez reszty, do głębi, do końca – poprzez wiersze.

Książkę chce wydać Dom Literatury w Łodzi wraz z Oddziałem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich w Łodzi w serii “Czarne owce, białe kruki”, paronat nad zbiórką, promocją, za zgodą rodziny Juliusza objęło Stowarzyszenie Żywych Poetów z Brzegu, z którym Juliusz szczególnie w ostatnich latach życia był mocno związany.

Książka ma szanse ukazać się w tym roku, akurat przed serią festiwali literackich, co dałoby szansę organizacji serii spotkań wokół poezji Juliusza.

Juliusz Gabryel (1979-2018)




Wiśniewski

Radosław Wiśniewski

Myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście…

Ładnych dziesięć lat temu, ktoś zadzwonił do biura SPP we Wrocławiu z pytaniem, czy jest jeszcze dostępny debiutancki zbiór wierszy Juliusza Gabryela “Hemoglobina” (najlepszy debiut roku 2002 w konkursie SPP). Pani Hałasowa była wówczas sekretarzem na 1/4 etatu i odpowiedziała, że tak, że zostało, nawet sporo. I ten ktoś powiedział, że on chce kupić wszystko, bo Juliusz Gabryel umarł i teraz te książki będą na wagę złota. To była era sprzed fb, więc ładnych kilka dni zajęło uspokojenie nastrojów, potwierdzenie, że Julek żyje i na razie nie wybiera się na tamten świat. Nigdy nie zostało ustalone, kto sobie wówczas takie żarty stroił. Niewykluczone, że sam Julek. To było do niego podobne.

Jakiś czas potem, w dzień po zaduszkach w 2010 roku dostałem sms-a od Julka, że chciałbym przed śmiercią zobaczyć swoją trzecią książkę i może byśmy mu ją wydali w Brzegu przez Stowarzyszenie. Zapytałem co się stało, skąd pisze, napisał mi, że jest na nefrologii w Olesnie, że odpompowano z jego organizmu wiadro wody i jest źle. Pojechałem do niego następnego dnia po pracy, ucieszył się jak zawsze, żywiołowo, bo inaczej cieszyć się nie umiał, że ktoś go odwiedził. Zostawiłem mu swoją mp3, żeby nie zdechł z nudów w szpitalu, uzgodniliśmy szczegóły, powiedziałem coś, żeby się nie wygłupiał i nie umierał za szybko, bo wydanie w Polsce książki poetyckiej nie zajmuje miesięcy ale lata.

Całe lata potem pisaliśmy kolejne wnioski, a Julek wędrował ze swoją książką od nas do Dawida Junga i potem jeszcze gdzieś, aż wracał do nas, do Brzegu. W tym czasie finansowania odmówiło między innymi jego rodzime miasto Kluczbork w tym samym roku wspierając pokaźną sumą działalność lokalnej orkiestry dętej. Ostatecznie się udało dzięki pomocy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego, Darka Pado i Dawida Junga i jesienią 2016 roku wydaliśmy “Płyn lugola”, moim zdaniem bardzo dobrą książkę. Przeszła trochę bez echa, jak wiele innych.
Na druk czeka czwarta książka, o szczegółach wie Rafał Gawin, pewnie kilka jest na zahasłowanym laptopie Julka.

Bo od wczoraj wiem na pewno, że Julek naprawdę nie żyje. I to już całkiem na pewno, nie na żarty. W nocy z wtorku na środę. Nieznany szerzej za życia, nie stanie się legendą po śmierci mimo, że pisali którejś nocy palcami na szronie porastającym samochody we Wrocławiu z Łukaszem Łukasz Bax Bagiński “Poeci pogranicza”. I coś o tym, że zmartwychwstanie poematu zostanie ogłoszone (to z innego poety pogranicza).

Dzisiaj myślę, że wiele razy było nam dane zaznać szczęścia, ale nikt nam o tym nie mówił, że to jest właśnie szczęście, że trzeba to jakoś szczególnie celebrować. Nic o tym nie wiedzieliśmy leżąc nocą na ciepłym asfalcie na szosie między Rożnowem a Kluczborkiem i patrząc w gwiazdy, albo jadąc pociągiem cholera wie po co do Tarnowa, pijąc piwo w Pieniężnie, po którym wszyscy potem mieli kłopoty – myśmy też nie wiedzieli, że to jest właśnie szczęście.
Kiedyś żegnając się po jakiejś eskapadzie na dworcu Julek rzucił w drzwiach pociągu cytat z Tadeusza Stirmera: – poeci tak jak psy, idą prosto do nieba.
To było po śmierci Krzyśka Urbańskiego, który prowadził warsztaty dla więźniów w ZK w Kluczborku. To było o nim.
Tak, Julku. Poeci tak jak psy, idą prosto do nieba. Jeżeli ono jest.

Pogrzeb odbył się w Kluczborku wczoraj, w środę 21 marca, o godzinie 12:00 na cmentarzu komunalnym przy ulicy Opolskiej.

P.S. Teraz kiedy szukam zdjęć Julka widzę, że zawsze trafiał gdzieś w tło, na drugi plan, nigdy się nie pchał do pierwszego rzędu. Cały Julek “Archanioł” Gabryel. Mistrz drugiego planu. Jak mówi Małgorzata: “nasz kosmita”. I już taki nasz zostanie.

(4.11.1979-14.03.2018)

 

Reblog: Lato 1980.

Radek Wiśniewski

Trans. Między apatią a apostazją.

– Kto był na mszy w niedzielę, ręka w górę – wydał polecenie ksiądz Wania, nazywany tak chyba dlatego, że często dostawał kolorów na policzkach i wyglądał wtedy jak rasowy, rosyjski mużyk z wiechciem jasnych włosów na czubku czaszki oraz kwadratową szczęką. Wszyscy na wszelki wypadek podnieśli ręce poza Benkiem. Benek siedział nieporuszony i tylko tik lewego oka zdradzał, że bardzo, ale to bardzo się boi. Benek jednak bał się całymi dniami, banie się było jego podstawowym zajęciem, a lęk podstawową formą istnienia, od której czasem się uwalniał popijając z żulami piwo albo wino na placu zabaw nad Odrą, a robił to od kiedy odkrył kojącą moc bełta, czyli od połowy szóstej klasy. W szkole bał się bo nigdy nie był przygotowany na nic poza bitką, względnie odbieranie wpeirdolu gdy siły były wystarczająco nierówne, a nierówne były zazwyczaj, bo nikt nigdy nie stawał po jego stronie, a bicie jednego w raźnej grupie zawsze było fajniejsze niż stanie z boku. Po szkole bał się, bo czuł, wiedział, że nie zdoła się przygotować na kolejny dzień do szkoły, nawet gdyby przeszedł jakiś osobowościowy przełom i tu oraz teraz usiadł z mocnym postanowieniem by nadrobić wszystkie zaległości od pierwszej chwili, kiedy przekroczył próg szkoły. Zapewne było to niemożliwe, dlatego właśnie, że jego nieprzygotowanie do konkretnej lekcji sięgało wiele, wiele lat wstecz, prawdopodobnie właśnie do tej pierwszej chwili kiedy przekroczył próg szkoły. Ale i to nie było najgorsze. Najgorsi byli wszyscy kochankowie jego mamy, rodzącej co dwa-trzy lata kolejne rodzeństwo Benka, a mimo to zachowującej widać jakiś specyficzny powab i wdzięk dla kolejnych gachów, których wymieniała w tempie jednego na rok. Niestety wszyscy oni bili Benka i bili jego Mamę, więc pomimo tego, że ostatecznie od kolejnych kłopotliwych kochanków uwalniała się raz za razem, nic się nie zmieniało w świecie Benka. Był bity, a matka była zawsze zajęta kimś lub czymś innym co było zapewne w jej mniemaniu poszukiwaniem szczęścia, zaś jej szczęście jej samej wydawało się mocno sprzężone ze szczęściem jej syna i całej czeredy młodszego rodzeństwa. Była to oczywista nieprawda, bowiem było za późno by nawet największe szczęście na jakie mogli liczyć mogło zatrzymać Benka w jego powolnym, jednostajnym ruchu w kierunku życiowej przepaści, a jemu samemu zostawały huśtawki opodal plebanii nad Odrą, park wokół starej fosy, kolejne ławki wokół stadionu miejskiego i coraz więcej taniego, słodkiego wina. Benek czuł i wiedział, że w jego wypadku istnieje coś takiego jak przeznaczenie lub los i poddawał się mu bez oporu, aczkolwiek z rosnącym lękiem i bezradnością. Wiedział o tym Benek i wszyscy naokoło. Nikt zatem nie zdziwił się zatem, że brakowało tej jednej podniesionej ręki, ręki Benka. Tak samo jak nikt się nie zdziwił, że ten brak zwrócił uwagę księdza Wani.

– Chodź no tutaj Tomkowski – ksiądz Wania schylony do tej pory nad dziennikiem wyprostował się i oparł wygodnie na krześle. Widać to było wyraźnie, bo szerokie biurko katechety stało na niewielkim podwyższeniu na lewo od tablicy.
– Ale po co? – zapytał Benek zaczepnie jakby próbował jednak jakoś się obronić, przed tym co musiało nadejść nieuchronnie – bo co, bo nie podniosłem ręki? Nie podniosłem bo nie byłem, to przynajmniej nie kłamię.
– Pozwól no tutaj, pozwól – lodowato spokojnym głosem powtórzył polecenie ksiądz i oparł szerokie, mięsiste dłonie o krawędź stołu. Benek niechętnie podniósł się z ławki na końcu salki katechetycznej i powoli po trzeszczących deskach ruszył w stronę podestu z biurkiem. Kiedy stał już obok podestu ksiądz pokazał gestem, że ma wejść na podest. Nie było tam dużo miejsca, biurko zajmowało większość podestu, więc ktokolwiek by na nim stanął wisiał piętami poza podestem.
– Opowiesz nam wszystkim Tomkowski dlaczego to nie byłeś na mszy? – zapytał z wystudiowanym spokojem ksiądz Wania.
– Bo nie i już, nie zawsze mogę być, nawet jakby chciał być.
– Myślisz że Pan Bóg to jest chłopiec na posyłki?! – Wania mówił ciągle spokojnie, chociaż czuć było, że rośnie w nim wściekłość, wszyscy to czuli – a może to jest petent dla którego możesz, ale nie musisz znaleźć czasu? Nikt się ciebie gnoju nie pyta czy ty chcesz, czy możesz! Rozumiesz?! To obowiązek jest! I masz być co niedziela!

Twarz Benka nie wyrażała zrozumienia, tylko psią rezygnację, apatię zwierzęcia, które zna ciąg dalszy sekwencji zdarzeń. To najwidoczniej nie dało satysfakcji księdzu Wani, który pożądał zrozumienia, albo czegoś innego niż wyrażała pociągła, piegowata, okolona rudymi włosami twarz Benka.

– I czego się tak gapisz koniowale?!! – ryknął katecheta – Msza święta to twój zasrany obowiązek kurwi synu, nikt się ciebie nie pyta czy możesz czy nie, masz być i słuchać! Mamusia się puszcza, tatusia nie ma w domu? Bo tak samo jak ty, synu dziwki nie chodzili i nie zawsze mogli! I zamiast chodzić do kościoła uczyli się picia, pierdolenia i palenia i tak samo chowają ciebie! Rozumiesz czy nie?!
– Ksiądz się odczepi od mojej matki – wykrztusił Benek i zrobił się cały czerwony, przez co wydawało się że zanikają piegi na jego twarzy, ale że cała twarz zamienia się purpurowy owal.
– Tyyy psia jucho ty – ksiądz Wania w jednej chwili zamachnął się lewą ręką, która wydawała się wręcz przybita na stałe do stołu i uderzył Benka z całej siły w lewą część głowy, a zrobił to tak gwałtownie i z taką siłą, że Benek bezwładnie poleciał na tablicę, odbił się od niej wzniecając małą kurzawę pyłu kredowego, który podniósł się z korytka pod tablicą i wylądował ostatecznie przed pierwszym rzędem ławek zwyczajowo zajmowanym przez dziewczyny. Czerwony na twarzy a zarazem umorusany kredą leżał dłuższą chwilę na podłodze a dziewczyny z pierwszej ławki nie wiedzieć dlaczego zaczęły się chichrać i dławić udawany śmiech. Ale czujne oko księdza już błądziło gdzie indziej i złowiło natychmiast owalną twarz Piątka.
– Ty, Piątek, taki zadowolony jesteś, wstań no proszę i opowiedz nam jakie były czytania w niedzielę na mszy…

Piątek trafiony celnie zmartwiał, ale po chwili wstał, uśmiechnął się nieśmiało i zaczął:

– No więc było z proroka Izajasza…
– Jeremiasza – szepnął teatralnie Dryla z ławki obok
– Dryla! – wrzasnął ksiądz – chodź no tutaj i ty Piątek też!
Obaj zaczęli posłusznie przeciskać się przez wąskie przejście między ławkami mijając po drodze wracającego Benka rozcierającego sobie lewe ucho, które było napuchnięte i czerwone.
– Ale nas to ksiądz nie będzie bił, co? – zapytał z ironicznym uśmiechem Piątek
– Nieee – uśmiechnął się ksiądz – was nie, chcę tylko się dowiedzieć… bliżej, bliżej – wskazał im to samo miejsce na którym przed chwilą stał z piętami w powietrzu Benek – chciałbym się dowiedzieć, który z was tak naprawdę był na mszy w niedzielę, bo a pewno nie obaj, chociaż obaj podnieśliście ręce…

Odpowiedziało mu milczenie. Dryla stał ze spuszczoną głową, tak jak to miał wyćwiczone ze szkoły, a Piątek patrzył księdzu w oczy, jakby nie wiedział, że wściekłemu zwierzęciu nie wolno patrzyć w oczy bo to je prowokuje.

– Na pewno nie obaj – powtórzył przez zaciśnięte zęby ksiądz Wania – bo czytania były akurat z Koheleta psia wasza mać – i chwycił ich obu za koszulki a potem pchnął z całej siły tak, że wprawdzie nie odbili się od tablicy wiszącej na ścianie po prawej jak Benek ale lecieli po malowanych i wyświechtanych deskach dobre dwa lub trzy metry nie potrafiąc złapać równowagi by wyrżnąć z całej siły plecami i głowami w ścianę jaka była za ich plecami przy cichym ale wystarczająco donośnym chichocie dziewczyn z pierwszej ławki.
– Kto mi powie o czym było kazanie – ksiądz uśmiechnął się przebiegle i jego wzrok padł na ciebie.

Ale w tobie coś właśnie pękało do końca, coś co było już kiedyś mocno poruszone i zetlałe. Może od tego momentu kiedy śmietnik na podwórku nie chciał się mimo twoich gorących modlitw zamienić latem ani zimą w pojazd Załogi G. A może chodziło o coś jeszcze innego, czego sobie nie uświadamiałeś do tej pory. W każdym razie podniosłeś się, nie czekając na wezwanie księdza ale wydostawszy się spomiędzy ciasno zestawionych ławek skręciłeś w lewo, w stronę drzwi wyjściowych z salki, uświadamiając sobie nagle, że cały ten odpustowy stragan przemocy działa tylko dlatego, że ktoś uznaje, że musicie przystąpić do bierzmowania, że jakieś tam rzeczy wydają się niezbędne a wcale takimi nie są. Że oprawca ma w tym wypadku tylko tyle mocy ile sam mu oddasz.

– A ty gdzie?!!! – ryknął ksiądz Wania, tak że poczułeś mrowienie w okolicy pośladków. W pierwszej chwili myślałeś że wyrwie zza biurka i będzie chciał cię dopaść. Odwróciłeś się odruchowo w kierunku zagrożenia i zobaczyłeś, że istotnie uniósł się zza biurka i stał pochylony nad nim ale nie był w stanie cię dopaść. Dzieliło was ładnych kilka metrów, podczas gdy on tkwił za biurkiem i ubrany był w grubą sutannę. Nawet gdyby skoczył przez biurko, raczej by cię nie dogonił.
– A do domu… – odpowiedziałeś głośno i wyraźnie. Ksiądz Wania uniósł brwi a jego kanciasta twarz wyrażała bezbrzeżne zdziwienie.
– Jak stąd wyjdziesz to zapomnij gnoju o bierzmowaniu! – wycharczał – zapomnij o czymkolwiek!
– Tak zrobię – odpowiedziałeś i nacisnąłeś klamkę drzwi, które przecież nie były zamknięte na klucz.

I wyszedłeś, tak jak się wychodzi z kina, sklepu, przychodni lekarskiej, kiedy powód przebywania w danym miejscu przestał być istotny. Na zewnątrz było chłodno. Październik był, może początek listopada, pełno mokrych liści na bruku starego miasteczka, w parkach, niewielkie plamy światła latarni ulicznych, z których nie wszystkie świeciły.