Notatnik niespiesznego cyklisty

Mal Content

czyli Z dziennika tetryka 14

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Święta minęły, za chwilę Nowy Rok, a śniegu jak nie ma, tak nie ma. Toteż nie przerywam swych rowerowych wypraw. Ale kończę prowadzenie notatnika.

Czemu? Nie dlatego, że koniec roku. To arbitralnie wybrany dzień, mógłby być każdy inny. Magia dat nie działa: życie wyprało mnie skutecznie ze słabości do symboliki.

Dlaczego więc? Może dlatego, że trzy tygodnie temu podczas jazdy doświadczyłem przeżycia niemal mistycznego, ale nie potrafiłem go opisać, mimo iż próbowałem? Po raz kolejny boleśnie uświadomiłem sobie (choć wiem to przecież świetnie od dawna), iż talentu „nie staje”. A że akurat tego dnia Olga Tokarczuk odbierała w Sztokholmie nagrodę? Tym dotkliwiej odczułem niedostatki swego warsztatu. To nie symbol, tylko koincydencja czasowa. Niech każdy robi, co potrafi. I chwała Pani Oldze!

Ale jeszcze bardziej dlatego, że chwilę temu zobaczyłem to, co zobaczyłem. Przypomnę, iż na początku Notatnika niespiesznego cyklisty stały konie. Teraz spotkałem je ponownie. To samo stado. Tak samo piękne. Ale ten entourage! No niech będzie, że to taki mały symbol.

Jak przeto pisać, gdy wszystko wokół tak przygnębia, że nawet wytrenowany i wytrawny Malkontent ma dość? A dodatkowo przyszłość rysuje się w naprawdę nieciekawych barwach? Nie sposób.

I mknę dalej polem-lasem ku zmierzchowi, machając Czytelnikom ręką na pożegnanie.

Aha, jeszcze jedno! Przecież obiecałem swego czasu. Jak to jest z mymi nadmiarowymi kilogramami? Pomogły przejażdżki? Odpowiem tak: jest nieźle, sporo zniknęło… za to obwisy skóry objawiły się w pełnej krasie! Produkcja żółci i goryczy nie jest więc zagrożona.

Pa pa! Może spotkamy się kiedyś na szlaku?

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 13

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez otwartą przestrzeń mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Przestrzeń otwarta, wiatr wieje, a ponadto chwycił mróz. Od kilku dni chwyta coraz częściej. Ale ostatecznie Jak jest zima, to musi być zimno. Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury! Czapka i rękawiczki załatwią sprawę. Czapka „bandytka”: piękna nie jest, ale doskonale chroni uszy. Rękawiczki: nie rowerowe, podgumowane, bez palców, tylko włóczkowe pełnopalczaste. Inaczej się nie da, bo mróz naprawdę siarczysty.

Chyba instynktownie kieruję się ku nieodległej wiosce. Kiedyś, zanim – nie bez przyczyny – znielubiłem ludzi i całkowicie straciłem do nich zaufanie, zdarzało mi się prowadzić po tej okolicy wycieczki, bo wieś ma nieszablonową historię. W zamierzchłych czasach nazywała się Płonice (dziś nosi zupełnie inne miano). Płonice, bo wówczas wokół aż gęsto było od wychodni węgla brunatnego, czyli miejsc, w których złoża kopaliny podchodzą do poziomu gruntu. Takie wychodnie od czasu do czasu doznawały samozapłonu. Ogień dniem i nocą, zapach siarki. Bramy piekieł, utrwalone w licznych miejscowych legendach. Potem mieszkańcy osady zaczęli rzecz traktować bardziej prozaicznie. Utylitarnie. Liczne małe kopalnie. I fabryczki ceramiki budowlanej oraz stołowej, wykorzystujące węgiel jako paliwo w piecach do wypału cegieł, kafli, butelek, talerzy, kubków… i na co tam jeszcze był zbyt.

Pokłady węgla są wyczerpane od pięćdziesięciu lat. Ostatni zakład upadł, w wyniku, jak to mówią, transformacji ustrojowej, nieco ponad dwie dwie dekady temu. Wychodnie się nie żarzą. Piece nie płoną. Mróz. Mróz siarczysty.

Nie ogrzeję się w Płonicach, ale przynajmniej trochę nacieszę oczy. Większość domów jest bowiem tutaj ozdobiona różnorodnymi ceramicznymi detalami, zaprawdę wartymi spojrzenia. Na murze starego, gotyckiego kościółka z polnego kamienia pyszni się wypalony z gliny orzeł. Bynajmniej nie piastowski, bo dziewiętnastowieczny.

Przed ruinami zakładu, po obu stronach drogi dojazdowej, stoją bliźniacze budynki, obłożone pięknymi, artystyczno-modernistycznymi kaflami. Domy fabrykantów? Wyższego personelu technicznego? Na każdym z nich ceramiczna, a jakże, rzeźba przedstawiająca… no właśnie. Kogo? Właścicieli? Fundatorów (ta kobieta z modelem domku w rękach, jakby żywcem wyjęta ze średniowiecznej ikonografii!)? Czy to ważne? Wystarczy, że są ładne.

Ale w Płonicach nie tylko kapitalista i pastor zdobił swą siedzibę figurami. Można takowe znaleźć i na zwykłych domach. Choćby ta płaskorzeźba z trzema uroczymi pacholętami: jedno gwiżdże na fleciku, drugie dmucha w rożek, trzecie z zapałem gra na gęśliczkach. Zapytałem kręcącego się na podwórku właściciela, czy mogę uwiecznić dziecięcy tercet ceramiczny. „A kto pan jest? A po co? Z gazety?” Nie okazał się zbyt miły. Właściwie był opryskliwy. Ale rozumiem go, to bratnia dusza: zapewne i on nie bez przyczyny stracił zaufanie do ludzi. Stanęło na tym, że fotkę wolno mi zrobić, ale na użytek prywatny. A że u mnie słowo droższe pieniędzy, musisz Czytelniku niestety obejść się smakiem.

I mknę dalej przez mroźne pustkowia, grzejąc się samozadowoleniem, iż mimo utraconej bezpowrotnie ufności, przynajmniej honor udało mi się ocalić.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 12

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie, przez monotonny jesienny krajobraz, mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Humor dopisuje mi nieszczególnie. Wszelako tetrykowi przystoi chandra.

W czym właściwie tkwi problem? Że trzecia dekada listopada? Zimno? Ciemno? Szaro? Gołe drzewa? Depresja? Oczywiście. Że budzą się nieuchronne skojarzenia z jesienią życia, przemijaniem, końcem? Zapewne. Banalne konstatacje. Zgrane metafory. Nie warto się w nie zagłębiać. A już broń boże nie ulec pokusie, by owe nastroje przekuwać w poezję.

Mam za sobą taki epizod. Jak chyba większość wrażliwych nastolatków. Czego tam nie było! Zmaganie z absolutem. Burza uczuć: tych infernalnych, rzecz jasna. Wiwisekcja zbolałej duszy. Wadzenie się ze złym i niesprawiedliwym światem – z pozycji mędrca życiem srodze doświadczonego. Toute la lyre! Gdy jakiś czas później przypadkiem wpadła mi w ręce ta produkcja, nie wiedziałem, co z oczami robić. Nie było takiej mysiej dziury, w której mógłbym się ukryć skutecznie przed swoim zażenowaniem.

Powinno mnie to trwale wyleczyć z wszelkich prób lirycznych. I prawie wyleczyło. Desperackie akty grafomaństwa zdarzają się co prawda, ale bardzo rzadko: raz na pół roku mniej więcej. Muszę bowiem nieco ulać goryczy i żółci, rozładować odrobinę żal za niezrealizowanymi literackimi marzeniami. Ulżę sobie i na kilka kolejnych miesięcy mam spokój. Kieruję się wszakże w tych momentach desperacji zasadą minimalizmu: poemat krótki, to i wstyd niewielki. Mój dziennik zawiera zresztą ślady owych emocjonalnych drgawek.

Tym razem nawet nie próbuję. Poezja nic tu nie pomoże, albowiem rzecz cała rozgrywa się na poziomie molekuł. Pogrążam się w spleenie, gdyż brak słońca hamuje syntezę witaminy D. Za to jazda rowerem wzmaga wydzielanie endorfin; telepię się przeto z uporem jak ten głupi na welocypedzie o zmroku, w zgniłej mgle i w mżawce.

Gorycz? Alkaloidy. Żółć? Fosfolipidy oraz bilirubina. Metabolizm, nie metafizyka. Chemia, nie liryka. Może lepiej niech tak już zostanie.

I mknę dalej przez szary krajobraz, dziwując się małemu paradoksowi mej biografii. Oto bowiem przez całe liceum raz jeden musiałem wziąć korepetycje, gdyż groziła mi lufa na koniec roku. Z chemii. Której nie umiałem i nie lubiłem. A której świadomość dziś pomaga mi zmagać się z bólem istnienia.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 11

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie – polami, lasami, wioskami – mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jesień hula. Duje mocno. A ja właśnie brnę pod wiatr, niestety. Droga płaska, nawierzchnia przyzwoita, gdyż trakt przecina akurat sporą osadę. Ale z powodu podmuchów lekko nie jest, toteż jadę powoli. Rozglądam się. Popatruję na prawo. W górę. Przed siebie. W górę. Za siebie. W górę. Na lewo. W górę. W górę. W górę. Coś mnie tam, do diaska, frapuje. Na tej górze. Takie coś nazywają bodajże dysonansem.

Ptak jak ptak. Leci sobie. Cóż to, ja ptaka w locie nie widziałem!? Zbliża się szybko z naprzeciwka. Już po chwili mogę w nim rozpoznać sierpówkę, czyli synogarlicę turecką. I już chyba wiem, czym przyciągnęła ona moją uwagę, co z nią nie tak.

Wiele rodzajów ptasiego lotu dane mi było w życiu obserwować. Bociany szybują majestatyczne. Jaskółki zręcznie wywijają arabeski. Myszołowy kołują złowrogo, lecz dostojnie. Mewy zastygają w bezruchu nad taflą wody. Wróble kotłują się wariacko w stadzie. Czasem jest to piękne, nieraz miłe, niekiedy zabawne. Ale wszystkie ptasie loty mają charakter utylitarny. Nieważne, czy chodzi o łowy, gody czy też o wędrówkę na zimowe leże.

Sierpówka leci, można by rzec, osobliwie. I niestety za szybko, by zrobić jej zdjęcie. To wznosi się, to szybuje, to w dół pikuje bezwładnie. Faluje na wietrze. Trochę jakby bez sensu. Wszak pokarmu tu brak. Wspólnika godów też nie widać. A i do ludzkich siedzib za blisko, żeby mogło jej chodzić o zmylenie patrolującego teren ptasiego drapieżcy, bo takowy w te rejony nie zalatuje. Czemu więc służy dziwaczna lewitacja?

Chwila! Ptaszyna po prostu… wygłupia się. Frunie dla przyjemności. Bawi się w latawca. A mówią: ptasi móżdżek.

I mknę dalej szosą. Ślad kół przestaje przypominać linię prostą.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 10

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie polem-lasem mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Jako się ostatnio rzekło (czy raczej „pisło”), dni są coraz krótsze. To rodzi pewne komplikacje, bo emigracja wewnętrzna wewnętrzną emigracją, ale w pocie oblicza mego muszę pożywać chleb, aż wrócę do ziemi, z której jestem wzięty, a ona, jak wiadomo, ciernie i osty rodzi mi jeno. Coś wspominałem ostatnio o konieczności powściągnięcia gadulstwa? To prościej: muszę chodzić do pracy. I spędzam tam sporą część dnia. Coraz, przypominam, krótszego. Żeby przeto wygospodarować czas na jazdę rowerem, wykorzystuję poranki. Ciemność jeszcze wokół panuje, a ja już zakładam kamizelkę odblaskową, włączam lampki rowerowe i… nie ma problemu.

Taki wyjazd wymaga jednak pewnego wysiłku i samozaparcia, a nawet – nie bójmy się tego słowa – bohaterstwa. Zdarzają się wszak ranki, gdy moje poświęcenie wynagrodzone bywa stokrotnie. Jak dziś: widowiskiem zatytułowanym Ta chwila mistyczna przed wschodem słońca.

Rewia kolorów dech w piersi zapierająca. Taka, że nawet najpotężniejsi czarnoksiężnicy wyczarowujący na swych obrazach barwy nieba – nawet Ajwazowski, Monet czy Van Gogh – tutaj wymiękają. Sorry Wienntou, ale trzeba to lojalnie przyznać: wymiękają.

A cały spektakl tylko dla mnie! Bo nikogo innego wśród porannych pól zamglonych nie widać.

I żeby człowiek mógł się chociaż zanurzyć niepodzielnie w kontemplacji! Gdzie tam, jedną z dolegliwości nadchodzącej starości jest to, że natychmiast coś się przypomina, coś kojarzy. Na przykład piosenka, którą oto zaczynam nucić zmarzniętymi wargami. Z tą właśnie melodią (bo są też inne). Z tym konkretnym wykonaniem tłukącym się w głowie. Stachura był świetnym poetą, ale gitarzystą słabym, zaś wokalistą… cóż, użyjmy litościwego eufemizmu: nieszczególnym. Kiedyś mnie to nie raziło, dziś oczywiście przeszkadza. Jeżeli więc mimo wszystko jego wykonanie, nie żadne inne, brzmi w zakamarkach mózgu, to dlatego, iż melodia powoduje dreszczyk metafizyczny. Ze względu na sentyment dla odległych czasów. Niezwykłych czasów.

Budził się człowiek nad ranem gdzieś w pociągu mknącym przez ciemność. Wyłaził ze śpiwora rozłożonego na korytarzu kolejowego wagonu. Obok wstawali przyjaciele. Patrzyliśmy wspólnie w świt rozlewający się za oknami, bez słowa chwytaliśmy gitary i śpiewaliśmy. Wolność, przyjaźń, podniecone czekanie na nowy dzień niosący nadzieję. Na przyszłość kryjącą tyle obietnic. Na rozpoczynającą się dorosłość. Sny podlotków pełne marzeń…

Teraz łatwo szydzić. Ale wtedy tak to wyglądało.

Wolność? Żarty!

Przyjaźń? He he…

Świetlana przyszłość? Nie mogę się powstrzymać, muszę przytoczyć ten żarcik. Z długą brodą (czyli mnie, jako młodemu staruszkowi, pasujący jak ulał), lecz nieodmiennie bawi: Czym różni się optymista od pesymisty? Optymista uważa, iż świat stoi przed nim otworem. Pesymista zasadniczo zgadza się z tym stwierdzeniem. Tyle tylko, że wie dokładnie, o jaki otwór chodzi.

Pesymista? Czemu zaraz pesymista! Realista. Zamiast ulewać goryczy i żółci, po prostu cieszy się z porannej zorzy, nie oczekując niczego ponadto.

I mknę dalej polem-lasem, po raz kolejny niezwyczajnie, jak na malkontenta, spokojny i odprężony. Czy to już powód do obaw? Coś chyba nie gra.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 9

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Nieuchronnie nadchodzi zima. Jeszcze nie dziś się zacznie, ani nie jutro. Ale pojutrze… Pogoda coraz gorsza, dni krótsze. Podjęcie decyzji o wybraniu się na przejażdżkę wymaga co dzień większej dawki samozaparcia. Ale będę jeździł, póki się da! Aż się zakopię w błocie albo zatańczę ryzykownie na oblodzonym asfalcie. Będę jeździł, gdyż stawka jest wysoka. Nie chodzi już nawet o cel doraźny, czyli pozbycie się utrapionego balastu nadwagi. Rzecz jest poważniejsza. Wsiadając wiosną na rower wspominałem, iż jestem w wieku, zwanym „młodością starości”. To nie kokieteria. Starość nadchodzi nieuchronnie. Jeszcze nie dziś się zacznie, ani nie jutro. Ale pojutrze… Warto, o ile możliwe, zapracować na to, by nie była zbyt dotkliwa swą niedołężnością. Przeto jeżdżę, póki się da.

Ale po co z równym uporem piszę te swoje małostki? Właściwie w tym samym celu. Mówią (a ja im wierzę), iż ćwiczony umysł dłużej trzyma formę. Zaś stworzenie małostki wymaga drobnej gimnastyki cerebralnej. Trzeba się zdyscyplinować, rozlazłe impresje ująć w karby formy i, ponad wszystko, powściągnąć gadulstwo. Mógłbym oczywiście chlusnąć w twarz Czytelnikowi nieskrępowanym strumieniem świadomości – jako Ulisses sui generis miałbym ku temu przesłanki – ale jednak nie. Wolę lakonicznie.

Na przykład tak. Pogoda co prawda się psuje, lecz ciągle jeszcze zdarzają się piękne dni.
Z niebiańskimi spektaklami światło-ruch.

Kiedyś, jako uczeń liceum, w wypracowaniu dotyczącym sztuki baroku zamieściłem refleksję, iż twórcy tamtego czasu musieli się chyba zapatrzyć na promienie słońca przenikające przez obłoki, bo „skąd inąd” wzięli by inspirację? Nauczyciel skomentował to kwaśną notką, iż refleksja jest niesamodzielna, że niby ponad możliwości licealisty. Znaczy – dobrze się zapowiadałem.

A dziś?

Dziś już jestem pewien, że przynajmniej Bernini, tworząc Tron Piotrowy w bazylice watykańskiej, tak się właśnie zapatrzył.

Dziś już się dobrze nie zapowiadam. W ogóle się nie zapowiadam!

Dziś już wiem, że te spektakle nie są niebiańskie. Nic, ani nikt, się za nimi nie kryje. Nie szkodzi: i tak zachwycają.

I mknę dalej przez las, osobliwie, jak na malkontenta, zadowolony. Przestałem karmić się złudzeniami.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 8

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las lub przez pola. Czasem leśnym duktem, nieraz drożyną polną. A niekiedy – rzadziej – asfaltową szosą. Zależnie od tego, jaką trasę wybiorę. Wszak zmieniam szlaki, aby uniknąć monotonii.
Ot, choćby ten trakt bitumiczny: meandruje od wioski do wioski, to łąkę minie, to pole przetnie, to bór sosnowy trawersuje. Pejzaże różnorodne, wymagania kondycyjne umiarkowanie wysokie. Ideał. Toteż często zeń korzystam. Ale teraz, w okolicach października, ciągnie mnie tu szczególnie. Nie dla piękna krajobrazu. Bynajmniej. Raczej po to, aby trochę podrapać duszę, pamięć, emocje. By, jak rzekł Klasyk, nie zarosły błoną podłości.
O fakcie, że to malownicze miejsce ma złą historię, dowiedziałam się właściwie niedawno. Rok temu. Niby znam dzieje moich okolic dobrze; przed udaniem się na emigrację wewnętrzną udzielałem się jako dość nawet zaangażowany regionalista. Niby orientuję się, że region ma długą, bo wojen napoleońskich sięgającą, tradycję obozów jenieckich. Niby wiedziałem, że podczas ostatniej wojny było ich tu szczególnie wiele: jeden z nich, stalag, który tak naprawdę stalagiem nie był (w rzeczywistości bowiem spełniał wszelkie kryteria oflagu), ma światową – ba, hollywoodzką! – sławę. Ale istnienia tego tu oto obozu stałem się świadom dopiero poprzedniej jesieni. Gdy przy szosie zainstalowano mały drogowskaz, zaś odrobinę w głąb lasu pojawił się pamiątkowy kamień, a przed nim kilka wieńców świeżych kwiatów. Drogowskazu już nie ma, nie przetrwał. Wieńce dawno usunięto. Kamień trwa, na szczęście. Więc zjeżdżam z trasy.


Dulag Kunau. Powstał pod koniec września 1939 roku, gdy jeszcze gdzieniegdzie w Polsce (tu były Niemcy) toczyły się ostatnie walki. Istniał do stycznia roku następnego, kiedy jeńców rozlokowano po okolicznych stalagach, bo też, w rzeczy samej, byli to głównie szeregowcy i podoficerowie.
Stoję przed kamieniem, a pamięć podsuwa mi jeden z najcelniejszych fragmentów mojego ukochanego Abecadła Kisiela. Podsuwa, bo znam go na pamięć. Pod hasłem Kardynał Stefan Wyszyński stoi, między innymi, napisane:
Mnie się podobało, że on miał poczucie humoru. Nie robił z tego dużego użytku, ale pamiętam kiedyś, jak zaprosił posłów koła „Znak” do Lasek, urządził takie rekolekcje swojego rodzaju. Potem przemawiał i mówi, że Polska jest od kilkuset lat pod specjalną opieką Matki Bożej, a ja się nachylam do Stommy i szepczę, że coś nie bardzo Polska wyszła na tej opiece. A on patrzy na mnie, już wiedział, co ja mówię. Mówi: „Pan chce żebym ja pana wyklął, a ja nie. Ja wiem, co pan powiedział”.
Nie dla humoru purpurata cenię sobie ów passus, tym bardziej nie dla nadchodzącej beatyfikacji Kardynała. Nie jest to postać z mojej bajki. W przeciwieństwie do Kisiela. No bo, ostatecznie, który z nich celniej zdiagnozował rzeczywistość?
Mistyczne interpretacje historii już sobie pozwoliłem kiedyś z przekąsem skomentować. Na miejscu dawnego dulagu ogarniają mnie zgoła inne emocje. Skąd one się biorą? Sam w żaden sposób nie mam prawa pamiętać tamtego czasu. Moi rodzice urodzili się w drugiej połowie wojny, już pod jej koniec właściwie, przeto i oni mi tego nie przekazali. Więc skąd? Nie mam pojęcia. Ale stojąc przed kamieniem czuję dotkliwy smutek i złość. Na to, że tak wielu młodych chłopaków skazano, bez żadnej winy z ich strony, na rozpacz klęski. Na strach o przyszłość. Na prawie sześcioletnią rozłąkę z rodziną. Na poniewierkę, na głód, na chłód spania zimą pod namiotami.


Na niewolnictwo i traktowanie jak bydło robocze. Na niepowetowaną utratę najlepszych lat beztroskiej młodości. Bo komuś, kurwa, zachciało się być nadczłowiekiem!
A problem jest uniwersalny. Nie dotyczy jedynie dulagu Kunau i Września owego pamiętnego. Uzurpatorscy nadludzie, którzy uważają, że mają prawo dla swych korzyści rozpieprzyć innym życie, byli, są i będą. Sam znam kilku.
Ach, ulało mi się znowu żółci i goryczy… Tylko spokojnie, pamiętaj Malu Contencie o nadciśnieniu. Posłuchaj kojącego szumu sosen nad głowami.


Te sosny też nie pamiętają obozu, są zbyt młode. Nie słyszały stłumionego wstydliwie płaczu mężczyzn, którzy pierwszy raz w życiu być może, w brutalnych okolicznościach, spędzali Wigilię z daleka od najbliższych. Te sosny i tak mają szczęście. Piją, co najwyżej, łzy i pot, jakie wsiąkły w ziemię osiemdziesiąt lat temu. Ale nie wyrosły na masowych grobach.
I mknę dalej asfaltowym traktem, coraz bardziej utwierdzając się w przekonaniu, że określenie polityka historyczna zawiera truciznę: gloryfikuje wojny, co z tego, że nawet i dla nas zwycięskie. Wojna to wojna. Zawsze jest zła. Pamięć historyczna? Już lepiej – jeśli rzetelną jest i uczciwą. Pamięć ofiar? O tak! Wszystkich.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

… Z dziennika tetryka 7

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy.

Zatrzymuję się w głębi tego lasu. To ważne, że właśnie w głębi. Obok krzaczek. Teraz niepozorny, ale co tu się działo na początku czerwca! Pośród zieloności różnych odcieni pysznił się kwitnący krzew dzikiej róży. Naprawdę dzikiej, bo w głębi lasu rosnącej, nie zaś udawanej, sadzonej w żywopłocie, odmiany hodowlanej. Kwitnął – to mało powiedziane. Gotował się. Kipiał wyzywającym i bezinteresownym (wszak w głębi lasu…) pięknem. A pośród, jak to fachowo określają, pręcikowia jego kwiatów, zanurzone w złotym pyłku tarzały się, turlały i kąpały pszczoły oraz trzmiele.

Było gorąco, duszno i wonnie. Było.

Na mojej emigracji wewnętrznej, odsunąwszy się od zaangażowania w pierdoły typu aktywność społeczna, mam wreszcie czas na to, o czym marzyłem od dawna, a czego nie udawało się osiągnąć. Chodzi o wtopienie w tok przemian przyrody. O spokojne, uważne uczestnictwo w jej cyklach. Moje rowerowe wyprawy dają ku temu asumpt wyborny. A informacje na wyciągnięcie ręki, dostępne dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu, pozwalają wszystko sobie nazwać i określić.

Kiedy naprawdę dzikie leśne róże kwitły w najlepsze, kwiaty na krzakach janowca apogeum świetności miały już za sobą, choć jeszcze się trzymały. A na polach malowanych zbożem rozmaitem, wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, właśnie zaczynały swe królowanie maki i chabry bławatki. Uwielbiam ich czerwono-błękitno-zielone kompozycje. Od dzieciństwa.

Przekwitły chabry i maki. Wśród łąk na kilka tygodni niepodzielnie zapanowała żółto-niebieska wspólnota dziurawca i wyki ptasiej. Nazwę dziurawca znałem od dziecka, ale że wyka jest wyką, ustaliłem dopiero teraz. Dzięki internetowi w smartfonie zaklętemu. Zszarzał dziurawiec, zwiędła wyka. Ich miejsce zajął pachnący kamforą wrotycz. TEN wrotycz. Z którym (mimo, że jego nazwy wówczas również nie znałem) takoż mam zabawne wspomnienie z dzieciństwa: zawsze myślałem, że to jakaś margerytka, czyli jastrun, z której opadły nie wiedzieć czemu płatki. I obiecywałem sobie, że w przyszłym roku przyjdę go zobaczyć, gdy płatki jeszcze będą. Co się nie udawało, bo wszak udać się nie mogło. Tych płatków nigdy nie ma.

Zbrązowiała i uschła intensywna żółć wrotycza. Godnym jego następcą okazała się nawłoć. TA nawłoć. Jednak i nawłoć zdążyła posiwieć dokumentnie, jakby spopielała. Ostatnią strażą, ariegardą lata, pozostały już tylko fioletowe gdzieniegdzie astry.

Po kilku miesiącach wracam w głąb lasu. Krzaczek dzikiej róży trwa niepozorny. Zważ Czytelniku, jak sprytnie przeskoczyłem przez kilkumiesięczny czas niepisania, by powrócić do tworzenia tych swoich małych drobnostek, czyli małostek: komu, jeśli nie „źle zadowolonemu”, przystoi małostka! Nie dość, że malkontent, to jeszcze leń i cynik. Słowem – swołocz.

A kwiat róży? Zapomnij o nim.

Dawna róża trwa w nazwie, nazwy jedynie mamy.
Pozostało imię róży.

I mknę dalej przez las, zażenowany tym, że znowu nadmierną uwagę poświęciłem takiemu banałowi, jak melancholia przemijania.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 6

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Przez las i przez pola. Na polach horyzont, ku któremu wzrok sięga, rzecz jasna – znacznie szerszy. Toteż już z daleka to dostrzegam. Bo i nie sposób tego nie dostrzec. Żółty zamek. Kanarkowo-cytrynowa poświata bije, jak mówią, po oczach.
Janowiec jest rośliną dosyć pospolitą. Przynajmniej w moich stronach rodzinno-bytowych. Jednak zazwyczaj spotyka się go w postaci rozproszonych, niewielkich krzewów. Takiego nagromadzenia jak tutaj nie spotkałem jeszcze nigdy. Ale może za krótko żyję?
Zdjęcie nie oddaje potęgi wału uformowanego z gęstych, wysokich zarośli, ani tym bardziej intensywności jego barw. Bo aparat, wiadomo, gówniany. Fotograf też nietęgi.


Pozostawiam rower na skraju polnej drogi i urzeczony brnę przez trawy, by z bliska przyjrzeć się zjawisku. Z każdym krokiem trans się nasila.

Że ulotne?
Że przeminie?
A mam wybór?
Nawet secundum nie datur
Że o tertium nie wspomnę
Ulotne
Przeminie
Wybieram
Wchodzę


I mknę dalej przez lasy-pola, zażenowany nieco tym, że znów odpuściłem sobie ścisłą
samokontrolę. Grafomania to trucizna. Szkodliwa nawet bardziej dla autora, niż dla
czytelnika.

Notatnik niespiesznego cyklisty czyli…

Mal Content

Z dziennika tetryka 5

Wirują, wirują, tysiące szprych w kole fortuny matuli…, a rower dzielnie niesie przez las mnie samego i moje znienawidzone nadmiarowe kilogramy. Akurat mam pod górkę, więc zgrzałem się nieco. Stanąłem (albowiem nie jestem obdarzony małpią zręcznością, pozwalającą mi sięgnąć do plecaczka w trakcie jazdy), wyciągam wodę mineralną. Piję, obserwując przydrożną zieleń.

Wspominam, iż stanąłem, dlatego że to istotna okoliczność. W trakcie jazdy przeoczyłbym bowiem niechybnie to, co zauważam stojąc. Ale zanim zauważam, doznaję poczucia dysonansu. Niezgodności. Coś mi w otoczeniu nie pasuje do kontekstu, ale nie od razu identyfikuję, co konkretnie.

Aha, już wiem! Buk. Młody buczek właściwie. Tyle, że w odmianie czerwonej. Czyli ozdobnej, hodowlanej. A las naturalny. No, może nie dziki, bo ręką ludzką sadzony. Jednak okazów parkowych w nim nie uświadczysz.

Skąd przeto ten cudak tutaj? Sam jeden. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dostrzegam podobnego, a na pewno by się na tle zielonych braciszków wyraźnie odcinał. Mutacja? Samosiejka – uciekinier? Ale jak uciekł? To naprawdę dzika gęstwina i do cywilizacji ludzkiej stąd daleko. Fakt: tuż obok, kilkanaście metrów dalej, w głębokim wąwozie przebiegają tory kolei żelaznej. Jako, że przebiegają w wąwozie, na zdjęciu ich nie widać, lecz wysokie sosny w tle, uwierzcie na słowo, porastają już drugi brzeg parowu. To niewątpliwie twór cywilizacji. Ale przecież nikt nie sieje umyślnie wokół torów kolejowych parkowych odmian buka. Raczej przeciwnie: rżnie się bezlitośnie i bezmyślnie wszystko, co wyrosło po brzegach. Zwłaszcza ostatnio. Pod topór kolejowych ekip trafiły w moich okolicach tysiące dorodnych, pomnikowych drzew.

Może i lepiej, że na zdjęciu nie widać wąwozu, bo to karczowisko nie napawa optymizmem.


Nieważne, jak tu trafił. Ważne, że jest malowniczy. Młode, świeże, wiosenne liście w głębokiej barwie zacnego burgunda, tak przeze mnie ukochanego. Już same w sobie są efektowne, a w kompozycji z zielenią sąsiednich buczków, tych naturalnej odmiany, prezentują się jeszcze piękniej.

Chciałoby się umieć opisać to piękno. Ale nic z tego, warsztat nie ten. O czym już zresztą, „źle zadowolony”, wspomniałem w pierwszym sprawozdaniu ze swych przejażdżek.

Z tego samego powodu nie poważę się, choć z żalu serce krwawi, a wątrobę gorzka żółć zalewa, na poważniejsze robótki literackie, choć inspiracja aż dudni!

Można by na przykład pokusić się o ulepienie liryku dumającego nad zagubieniem i alienacją tego drzewka samotnego-odmiennego w gęstym boru.

Albo machnąć kawałek chropawej, twardej prozy, prezentującej marne perspektywy „buka malowanego”, którego niechybnie czeka zagłuszenie przez pleniącą się wokół obficie zieleń.

Lub też skonstruować misterny esej, analizujący z wdziękiem i erudycją zagadnienie możliwości powrotu do natury po latach życia w pobliżu ludzkich siedzib. Czy wydelikacenie będące spuścizną wieloletniego zamieszkiwania parków i ogrodów pozwoli na readaptację w dziczy? I dalej w tym stylu.

Można by spróbować. Ale po co? Impotencję twórczą w takich chwilach czuję wyjątkowo dotkliwie. Efekt pracy byłby jeszcze bardziej karykaturalny, niż przedstawione wyżej projekty. Potraktuję je przeto jako „tematy do odstąpienia”.

Korzystajcie!

I mknę dalej przez las, sprytnie strząsnąwszy z ramion brzemię odpowiedzialności.