Heute, czyli dziś

Ela Kargol & Ewa Maria Slaska

Zapraszamy na spacer po Zehlendorfie / Wir laden zu einem Spaziergang in Zehlendorf ein

Eine Blog-Veranstaltung in Zusammenarbeit mit Sprachcafé Polnisch / Spacer w ramach projektu My organizowanego przez ewamaria.blog i Polską Kafejkę Językową

Treffpunkt / Miejsce spotkania: Heimatmuseum Zehlendorf um /o godzinie 11:00 Uhr
Eintritt frei / Wejście za darmo

Clayallee 355
Historischer Winkel
14169 Berlin

S-Bahn S1 >>> Zehlendorf


Besuch im Historischen Winkel von Zehlendorf.

Alter Friedhof, alte Schule und alte Eiche. Die Hochzeitsvilla und ihre ehemalige Bewohnerin.

Zapraszamy na spacer do Historycznego Zakątka w Zehlendorfie. Odwiedzimy stary cmentarz i starą szkołę, w której obecnie mieści się lokalne muzeum (Heimatmuseum Zehlendorf). Dalej przejdziemy do willi znanej mieszkanki Zehlendorfu, zaangażowanej w życie społeczne dawnej wsi.


Ich sitze hier in Zehlendorf und warte auf den Bus
Ich will hier weg, das ist der Grund, warum ich warten muss
Der Bus kommt nich, wie könnt' es anders sein
Stattdessen kommt ein Schrank und haut mir eine rein

Ich sag: Du bist doch Proletarier, vereinig dich mit mir!
Doch er schnappt mich am Kragen und schleift mich zurück zu ihr
Vorbei am eig'nen Wasserfall, zum beheizten Swimmingpool
Dort sitzt sie und heult in 'nem antiken Schaukelstuhl

Ich sag: Zehlendorf-Mädchen, aus uns wird nie was werden
Ich träum nachts von Anarchie und du von deinen Pferden
Oh, Zehlendorf-Mädchen, wir hatten nur ne Nacht
Und, Ann-Kathrin, ich glaub, wir ha'm das Beste draus gemacht

***

Siedzę sobie w Zehlendorf, czekam na autobus
Chcę stąd zniknąć i dlatego czekać muszę ja tu
Autobus nie jedzie, wszak nie mogło być inaczej
Lecz przyszedł gostek, buch mnie w dziób i dlatego płaczę

Mówię mu, Proletariuszu, łączmy się w ucieczce!
On mnie za wszarz łaps, ciągnie k'niej, choć ja wcale nie chcę!
Nie chcę prywatnych wodospadów i słimmingpulu.
Gdzie ona płacze, siedząc w swoim antycznym fot'lu.

Dziewczyno z Zehlendorfu, zapomnij, nic nie będzie
Ja marzę o anarchii, ty konie swoje czeszesz.
Panno z Zehlendorf, tylko ta noc była nam dana
I wiesz, Anno-Kasiu, wierzę, nie była zmarnowana! 

                                                            Przetłumaczyła (na chybcika) Ewa Maria Slaska

Ein Tag in Berlin, Kafka

Ewa Maria Slaska

Ich schrieb schon Mal von Kafka in Berlin, HIER. Diesmal gingen wir mit Masha, die dort beschriebenen Orte uns selber anzugucken.

Wir sollten, so war der Plan, mit dem Hotel Askanischer Hof beginnen, wo Kafka immer Quartier bezog als er nach Berlin kam, um Felice Bauer zu besuchen.

Hotel Askanischer Hof

Das Hotel ist eine Mirage. Es hat eine Internetseite. Sehr schöne und authentisch wirkend.

http://askanischer-hof.ihotelsberlin.com/de/

Es gibt es jedoch NICHT. Glaubt mir. Wir waren da vor drei Tagen! Es gibt dort kein Hotel! Auch kein, das Mal da gewesen wäre. Und offiziell es gibt es nicht seit 1923!!!!

Was ist es also da auf dieser Internetseite!? Und woher stammt dann dieses Foto unten? Es ist doch ein neues Foto, keine Antiquität aus dem Jahre 1922.

Wohnung Nr. 1, Miquelstr. 8, Steglitz

Die Verlobung mit Felice Bauer wurde aufgelöst. Kafka zieht nach Berlin mit seiner neuen Freundin, Dora Diamant, ein. Ab September 1923 wohnen sie in der Miquelstr. 8 bei Moritz Hermann. Das Haus steht nicht mehr und heute gibt es da kein Zeichen, dass Kafka dort gewohnt hat.

Wohnung Nr. 2 Grunewaldstr. 13, Steglitz

Schon zwei Monate später, am 15. November 1923 ziehen Dora Diamant und Franz Kafka in eine neue Wohnung ein, ebenfalls in Steglitz: Grunewaldstr. 13 (bei Seifert). Die neue Wohnung, schreibt Kafka an seine Schwester, ist ausserordentlich schön. Hat zwei Zimmer, Zentralheizung, elektrisches Licht und Telefon.
Auf dem Haus gibt es zwei Gedenktafel. Eine marmorene mit einem typischen Erinnerungstexts und eine metallene mit einem Zitat von Kafka:
Die Guten gehen im gleichen Schritt .
Ohne von ihnen zu wissen tanzen die Anderen um sie
die Tänze der Zeit.

Wohnung Nr. 3, Heidestr 25-26 (heute Busseallee 7-9), Zehlendorf

Im Februar 1924 ziehen sie das letzte Mal um (auf der Tafel unten steht ein anderes Datum – ich beziehe mich auf die obige Tafel und das Buch von Reiner Stach, Kafka von Tag zu Tag). Kafka ist schon sehr krank: Kehlkopftuberkulose. Danach wird noch Herzschwäche diagnostiziert.


Am 17. März 1924 reist er aus Berlin nach Prag aus, um hierher nie mehr zurückzukommen. Im April 1924 wird er in ein kleines privates Sanatorium im Dorf Kierling geliefert, wo er weiterhin von Dora gepflegt wird.

Am 3. Juni 1924 starb er. Wir begaben uns drei Tage später auf die Spurensuche von ihm.

Mucha, czyli martwa natura z rękawicą

Ewa Maria Slaska

Moi kochani, postanowiłam, że przestanę się pastwić nad Kierkegaardem i już mu odpuszczę tę muchę, nad którą bezkarnie pozwalał się znęcać znudzonym chłopcom w szkole. Ale żebyście wiedzieli, że nadal kręcę się wokół tematu, jak wyglądał świat przed czasami internetu i jak dalece nasze pokolenie (“starych”) nie jest w stanie zrozumieć się z pokoleniem młodych, młodszych i najmłodszych (pokolenie “Z” – choć chyba powinni sobie zmienić oznaczenie, skoro od kilku tygodni litera Z oznacza zwolenników Putina – ciekawe, czy już zmienili?), usunęłam filozofa z nadtytułu i zostawiłam tylko “Muchę”. Teraz już tylko wtajemniczeni będą rozumieli, o co chodzi.

Mucha jest ważna. Znalazłam taki fragment u Canettiego w jego książce Über die Dichter (Hanser 2004, s. 28):

Welcher Dichter hat nicht zu seiner Fliege gesprochen?
Wen erkenne ich nicht an seiner Fliege?
Wer hält sich nicht eine Fliege, die für ihn trippelt?
*

Spacer po najgłębszej angielskiej prowincji

Idę na spacer po angielskim przedmieściu. Muszę podkreślić, że po angielskim, bo chyba ani w Niemczech, ani w Polsce taki przypadkowy spacer nie zaprowadził by mnie na pole golfowe. A tam na płocie taka czarna kompozycja.

Z tyłu za rękawicą jest jeszcze rodzaj uzdy czy kagańca, ale jakoś nie udało mi się tego sfotografować. Taśma, na której wisi ów kaganiec, ma napis Baskerville, więc może to wszystko wcale nie są atrybuty pola golfowego, tylko wybiegu dla psów. Dużych, czarnych, złych? Nie wiem, nie ma nikogo. Nikt nie gra w golfa, nikt nie wyprowadza psa. Jest wcześnie rano.

– Martwa natura, mówię, pokazując po powrocie to zdjęcie. Pierwsza martwa natura w historii sztuki.
– A czy martwa natura to nie jest obraz przedstawiający kwiaty i owoce?
Milknę, bo nie wiem, co powiedzieć. Co to jest martwa natura? Myślałam, że wiem, ale co to jest dzisiaj martwa natura?

Piszę w internecie “martwa natura” i zaiste, pojawiają się przede wszystkim kwiaty i owoce. Miły, kolorowy świat, nadający się do powieszenia w salonie. Dziś skromniejszy, na miarę naszych czasów, w Holandii (na obrazku poniżej) w XVII wieku bogatszy, ale przekazujący to samo uczucie – tak jest, tak ma być w szczęśliwym domu.

Owszem, na górnej ilustracji pojawia się Martwa natura z wędzidłem Herberta, ale na okładce są drzwi do domu, klucz, szczotka. Na dolnej z kolei jest czaszka, ale i koło niej jest kwiat, zresztą czaszka już chyba tak nie straszy jak kiedyś.

Zaczynam rozumieć pytanie, czarna rękawica i uzda na płocie to nie martwa natura. Wniosek jest jasny. Nie znam się.

Nie będę się upierać. W żadnej rozmowie w realu już się przy niczym nie upieram. Dopiero tu, blogu mój kochany, mogę jeszcze spróbować przypomnieć sobie i innym, co kiedyś znaczyła martwa natura.

Nie będę tu uprawiała profesorowania z zakresu historii sztuki. Każdy może sobie przeczytać wpis na Wikipedii, żeby zobaczyć, iż martwa natura (stil life, natura morta, Stilleben) wcale nie musiała służyć radosnemu upiększaniu szczęśliwego domu i mogła być alegorią, przestrogą, nauką, inwentaryzacją. Najsłynniejsze martwe natury, te pełne dorodnych kwiatów i owoców, potrafiły być, mimo to, przypomnieniem, że wszystko w życiu to marność (obrazy typu Vanitas) i że nie ciesz się człowieku, bo i tak umrzesz (obrazy typu Memento mori). Jak się przyjrzeć tym obrazom pełnym obfitości i bogactwa, można zauważyć, że niektóre kwiaty zwiędły, niektóre owoce nadgniły, chodzą po nich mrówki i gąsienice, latają muchy i ważki. Nic w życiu nie jest na zawsze, wszystko przeminie, wszystko przepadnie i zniszczeje.

Ale są też po prostu inne martwe natury, które przedstawiają coś innego, niż kwiaty i owoce.

Zacznę od tego, co było moim pierwszym skojarzeniem. Martwa natura z kuropatwą i żelaznymi rękawicami, pierwsza samodzielna martwa natura na świecie, bo były już wcześniej takie, które na przykład na jakimś portrecie zostały ustawione na stole, czy kredensie i często przedstawiały atrybuty portretowanej osoby: globus – astronoma, waga – kupca, pędzel i paleta – malarza. Jacopo der Barbari. Rok 1504.

***

Tytułowa martwa natura z książki Herberta, Martwa natura z wędzidłem, jest o ponad sto lat późniejsza (1614). Jej autorem był holenderski malarz Johannes van der Beeck, zwany Torrentiusem. Zarówno wędzidło, jak i znajdująca się na obrazie kartka z nutami utworu zwanego Temperance (Umiarkowanie) skłoniły historyków sztuki do uznania obrazu za Alegorię wstrzemięźliwości. Ale rzecz wcale nie jest taka pewna, bo mogło być zupełnie przeciwnie – w zapisie nut jest błąd, który wskazuje na przynależność artysty do różokrzyżowców i może sugerować, iż Torrentius, heretyk, bluźnierca, rozpustnik i awanturnik, malując pozornie obraz sławiący słynną holenderską powściągliwość, naprawdę sobie z niej zakpił.

Dodam jeszcze, że losy obrazu są nieznane. W XVII wieku należał do Karola I Stuarta, ale po śmierci króla obraz zniknął. Został odnaleziony w roku 1913 w mieście Enschede w Holandii, gdzie używany był jako wieko do beczki z rodzynkami. Od roku 1918 znajduje się w zbiorach Rijksmuseum w Amsterdamie.

***

Cornelis Norbertus Gysbrechts, malarz flamandzki (1660–1683) namalował ten świetny obraz zapewne około roku 1664. Gysbrechts był mistrzem takich właśnie martwych natur, które historycy sztuki nazywają bez większej inwencji Tablica na listy z… Ta jest z brzytwą i klepsydrą, ale może być z nożem, pędzlem i paletą, ważną deklaracją polityczną, narzędziami balwierskimi lub kieszonkowymi skrzypcami. Pełna inwentaryzacja martwych natur Gysbrechta, z których żadna nie jest tylko bukietem kwiatów lub paterą z owocami, znajduje się TU; zalicza się je do kategorii Trompe l’Oeil, czyli złudzenie optyczne.

***

Trwa wojna Putina przeciw Ukrainie. Jeszcze w miejscu, gdzie żyjemy, niebo jest niebieskie, a na zielonej murawie kwitną niewinne stokrotki. Ale trawę otacza płot, a czarne rękawice za chwilę mogą się nam zacisnąć na szyi, tak jak od wielu tygodni dławią Ukrainę.
Ewa Maria Slaska, Martwa natura z kagańcem i rękawicą do poskramiania psów, 2022.

*
Jakiż poeta nie rozmawiał ze swoją muchą?
Kogóż to nie rozpoznam po jego musze?
Któż nie trzyma muchy, by za niego dreptała?

Chodzenie po mieście: Hanami w Berlinie

Ela Kargol

Gałązka wiśni

Gdy ci się kiedyś przyśni
na przykład gałązka wiśni,
to wiedz,

że to znaczy szczęście –
bo wiśnia we śnie znaczy,
że koniec twej rozpaczy
i że będziesz szczęśliwy
coraz częściej. (…
)

Konstanty Ildefons Gałczyński

Gałązka kwitnącej wiśni nie musiała mi się przyśnić. Pewnego dnia wyszłam z domu i ją ujrzałam, wcale nie jedną, a kilkadziesiąt lub więcej, które wyrazistym różem przyciągnęły mój wzrok.

Do najbliższej alejki kwitnących wiśni mam kilkaset metrów. Franz-Cornelsen-Weg, ścieżka nazwana imieniem założyciela wydawnictwa podręczników szkolnych Cornelsen Verlag, łączy dwie większe ulice Dillenburger i Mecklenburgischer Straße, i graniczy z budynkiem wydawnictwa. Wiśnie kwitną między niekoszoną łąką i do niedawna małą kolonią ogródków działkowych. Ogródki działkowe zredukowano do kilkunastu, a w miejscu tych, których już nie ma, pną się mury do góry. Mam nadzieję, że balkony powstaną po wiśniowej stronie.

Berlin jest wiosną miastem kwitnącej wiśni. Oprócz znanej i licznie przez turystów odwiedzanej Alei Wiśniowej w Teltow właściwie w każdym zakątku miasta rozkwitają wiśniowe kwiaty. Hanami czyli oglądanie kwiatów japońskiej wiśni trwa w Berlinie od początku kwietnia do początku maja.

W Japonii kwiaty wiśni, zwane sakura, są nieodłącznym symbolem nadejścia wiosny. Mówi się, że przynoszą pokój i ukojenie w sercach ludzi. W 1990 roku po zjednoczeniu Niemiec, japońska stacja telewizyjna TV-Asahi zorganizowała zbiórkę pieniędzy na sadzenie japońskich drzew wiśniowych w Niemczech. Zebrano wystarczającą ilość pieniędzy na ponad 9000 drzewek, z których znaczna część trafiła do Berlina. Pierwsze drzewa posadzono w listopadzie 1990 r. przy moście Glienicke, symbolicznym miejscu podziału Niemiec. Dziś wiele drzew wiśniowych można znaleźć w dawnym pasie granicznym, ale także w parkach i przy instytucjach publicznych.

https://www.berlin.de/events/4375689-2229501-kirschbluetenfest-in-den-gaerten-der-wel.html

Pojechałam na Kreuzberg na konkretną ulicę, nazwaną na cześć komendanta miasta ulicą Komendacką (Kommandantenstraße). Komendant, Generalmajor Friedrich Wilhelm, Reichsgraf von Wylich und Lottum, mieszkał pod numerem 15. Pod numerem 63 mieszkał Fritz Flato, notariusz i prawnik zaangażowany i działający w Komitecie Naukowo-Humanitarnym (niem. Wissenschaftlich-humanitäres Komitee, WhK) – pierwszej na świecie organizacji działającej na rzecz poprawy sytuacji osób LGBT, założonej 15 maja 1897 roku przez Magnusa Hirschfelda. Z powodu żydowskiego pochodzenia Flato wyemigrował w roku 1935 do Nowego Jorku. Na emigracji nie mógł się odnaleźć i w roku 1949 popełnił samobójstwo. W miejscu, gdzie znajdował się dom rodzinny Flato, w roku 2011 stanęła stela upamiętniająca jego, jego rodzinę i miejsce. Wokół nie ma już przedwojennych domów, kamienic, wszystko zniszczyła wojna. Może dlatego widok kwitnących wiśni w tym miejscu jest próbą zadośćuczenienia za wojenne zniszczenia i zbrodnie.

Gdy dwa dni temu w bardzo miłej tureckiej kafejce przy Kommandantestrasse piłam drugie cappuccino, a płatki kwiatów wiśni wpadały mi prosto do kawy, pomyślałam jeszcze raz o słowach poety:

bo wiśnia we śnie znaczy, że koniec twej rozpaczy i że będziesz szczęśliwy coraz częściej

Myślałam też o przemijaniu, pamięci i niepamięci. Naprzeciwko kawiarni był kiedyś teatr, naprawdę ogromny, teraz w tym miejscu jest kamień upamiętniający, dość szary w swej szarości. Pierwszy raz przeszłam obojętnie obok niego, zapatrzona w róż kwitnących wiśni. Dopiero za drugi razem spojrzałam i z trudem przeczytałam szare litery na szarym tle.

Hier befand sich 1836 – 1941 das Theater des Jüdischen Kulturbundes.
Gezwungen durch das Berufsverbot, gründeten die Juden in Deutschland diese Selbsthilfeorganisation mit eigenen Orchestern und Ensembles für Oper und Operette, Schauspiel und Konzert.
Die Nazi-Behörden missbrauchten den kulturbund zur Überwachung der jüdischen Künstler und ihres Publikums, das nur aus Juden bestehen durfte. 1941 wurde der Kulturbund verboten. Fast alle, die hier arbeiteten, wurden in Konzentrationslagern ermordet.

W latach 1836-1941 mieścił się tu teatr Związku Kultury Żydowskiej.
Zmuszeni zakazem wykonywania zawodu, Żydzi w Niemczech założyli
tę samopomocową organizację z własną orkiestrą i zespołami operowym, operetkowym, dramatycznym i koncertowym.
Władze nazistowskie wykorzystywały organizację Kulturbund do kontrolowania żydowskich artystów i ich publiczności, która mogła składać się wyłącznie z Żydów. W 1941 roku Kulturbund został zdelegalizowany. Prawie wszyscy, którzy tu pracowali, zostali zamordowani w obozach koncentracyjnych.

https://de.wikipedia.org/wiki/Gebr%C3%BCder-Herrnfeld-Theater

Doszłam do Alte Jacobsstraße, dalej już wiśnie nie kwitną, choć to droga muru jeszcze trochę ponad 30 lat temu dzielącego miasto. Wróciłam do początku ulicy Komendanckiej, tam gdzie się styka z ulicą Aleksandry (Alexandrinenstraße) i z Waldeckpark. Zawsze myślałam, że nazwa parku ma coś wspólnego z leśnym zakątkiem (Wald-Eck), a tu się okazało, że to „Park Waldka”. Benedikt Waldeck był niemieckim politykiem i jest uważany za jednego z czołowych lewicowych liberałów w Prusach w czasie rewolucji 1848/49 roku. Był jednym z głównych rywali politycznych Ottona von Bismarcka. Jego pomnik na dość wyeksponowanym miejscu powoli niszczeje. Przeszło 400 lat temu w tym samym miejscu znajdował się cmentarz choleryczny. Do dnia dzisiejszego zachował się dużo późniejszy już grób, zmarłego w roku 1832 Ernsta Ferdinanda Ayrera.

Waldeck spogląda na park i na kwitnące wiśniowe drzewa, których z roku na rok przybywa.

Innym miejscem różowych kwiatów wiśni jest rejon dworca przy Wollankstraße i przebiegająca tamtędy droga muru.

Stacja kolejki podmiejskiej Bahnhof Wollankstraße ze względu na swoje położenie, po wybudowaniu muru była obiektem szczególnym: Należała ona do zachodniej sieci S-Bahny, ale znajdowała się w ówczesnej dzielnicy Berlina Wschodniego – Pankow. Wyjście do sektora zachodniego było otwarte i znajdowało się bezpośrednio na linii granicznej, mogło być wykorzystywane przez pasażerów z części zachodniej bez kontroli. Informował o tym przechodniów znak umieszczony obok wejścia. Mur przebiegał bezpośrednio na wschód od stacji, a wejścia do Berlina Wschodniego były zablokowane. Początkowo z dworca roztaczał się widok na mieszkania w Berlinie Wschodnim, później na tzw. pas śmierci. W 1962 r. wzbudził on sensację, gdy po obniżeniu powierzchni peronu odkryto tunel ewakuacyjny, który został wykopany przez wiadukt S-Bahn od strony zachodniej.
https://de.wikipedia.org/wiki/Bahnhof_Berlin_Wollankstra%C3%9Fe

Tak długo, jak stał mur, stacja kolei miejskiej, Wollankstraße była jedynym przystankiem na północnej linii Gesundbrunnen w kierunku Heiligensee i Frohnau. Bezpośrednio przed północno-wschodnim wyjściem przebiegała “Kolonnenweg” (droga do patrolowania i nadzoru granicy). Dziś i ona jest obsadzona drzewami wiśniowymi i oznaczona kamieniem pamiątkowym. Nie wiem, czy to, że Wollankstraße leży na północy Berlina, ma jakikolwiek wpływ na to, że tamtejsze drzewa zakwitają dwa, trzy dni później i później przekwitają, a może jest to inny gatunek drzew wiśniowych niż te z Kreuzbergu i Schmargendorfu. Dobrze wiedzieć, że w różnych miejscach wiśnie różnie kwitną, ale prawie zawsze na różowo.

A więc spieszmy się oglądać świat na różowo, dopóki można i to bez różowych okularów.

Chodzenie po Berlinie: Herb Ukrainy

Ela Kargol

Тризуб

Skąd wziął się herb Ukrainy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Herb nie jest aż tak stary, choć historia jego powstania sięga bardzo zamierzchłych czasów. Czy zawdzięczamy go dynastii Rurykowiczów, czy ma coś wspólnego z herbem księstwa Ruskiego i świętym Michałem na niebieskim polu, ubranym w złote szaty, dlaczego najpierw był dwuząb, czy może herb ma związek z pismem runicznym?

Слава Україні!

Tu kilka linków o „małym herbie Ukrainy“, bo taka jest prawidłowa jego nazwa:

https://ukrainamarcina.pl/tryzub/

https://pl.wikipedia.org/wiki/Herb_Ukrainy

https://www.polskieradio.pl/7/5098/Artykul/2918805,Tryzub-jak-sie-stal-symbolem-Ukrainy

***

Skąd wziął się na secesyjnej kamienicy przy Heidelberger Platz 1 w Berlinie? Nie wiem. Cały czas myślałam, że jest to jakiś secesyjny element zdobnictwa. Zresztą dawno już o nim zapomniałam. A tak naprawdę nigdy przedtem nie znałam i nie interesowałam się herbem Ukrainy. Prawdopodobnie jakby mnie ktoś zapytał o kolory flagi, też bym nie wiedziała. Gdy wybuchła wojna, niektórzy z nas, Polacy może mniej, spojrzeli na mapę, gdzie właściwie leży ta Ukraina i z kim graniczy, i jak daleko od Berlina?

Gdy Ksenia odbierała od nas gar zupy dla swoich rodaków przyjeżdżających z Ukrainy, mój mąż poradził jej pójść zamiast na stację metra od razu do kolejki podmiejskiej, S Bahny przy Heidelberger Platz, bo tam jest ten dom, dom z niemiecką restauracją na dole Heidelbeere, z ukraińskim herbem u góry.

W Heidelbeere byłam tylko raz. Niemiecka kuchnia jakoś nigdy mnie nie pociągała. Byłyśmy z przyjaciółką, zamówiłyśmy niemieckie piwo i Bockwurst z Kartoffelsalat. Dzisiaj weszłam tam drugi raz, jeszcze przed otwarciem. Miałam szczęście, spotkałam właściciela. Tyle co mi powiedział, potwierdziło nasze przypuszczenia, dom był budowany dla ukraińskiego przedsiębiorcy w roku 1910 i w latach dwudziestych lub później mieściło się tutaj coś w rodzaju przedstawicielstwa konsularnego Ukrainy. Kamienica dostojna, niedawno odrestaurowana. Teraz trwają prace remontowe od strony podwórza, Zajrzałam przez dwa identyczne wejścia do klatki schodowej. W spisie mieszkańców nie ma ukraińskobrzmiących nazwisk, ale to nic nie znaczy.

P.S.

Tekst pisałam kilka dni temu nie mając wiedzy, takiej, którą mam dzisiaj. Najpierw przyszedł mail od znajomego z dołączoną widokówką domu i z wiadomością, że kamienicę zbudowano w roku 1907, a w miejscu herbu był zupełnie inny znak, a dzisiaj wiem już dużo więcej i przyznaję się do niewiedzy na temat historii i herbu Ukrainy.

Niestety historia ma też swoje ciemne strony, o których w czasie agresji Rosji na Ukrainę prawie nie wypada pisać. Ale może jednak warto wiedzieć. Dociekliwszy okazał się w tym przypadku mój mąż, który też do teraz uważał ten herb za ukraiński. Pod tym linkiem wiele rzeczy jest wyjaśnionych.

Krótki fragment dotyczący kamienicy cytuję tutaj w tłumaczeniu:

Przy Heidelberger Platz w Wilmersdorfie znajduje się “Dom z Trójzębem”, który przyciąga uwagę emblematem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) na szczycie. W okresie międzywojennym był ważnym ukraińskim ośrodkiem emigracyjnym w Berlinie, a od 1923 r. mieściły się w nim różne organizacje, m.in. społeczność ukraińska, ukraińska służba prasowa i Związek Ukraińskich Oficerów. OUN, która rezydowała tu po 1931 r., miała przymocowany trójząb z mieczem, co laicy łatwo mogą pomylić z herbem Ukrainy (trójząb bez miecza). Historia OUN obejmuje również współpracę z narodowymi socjalistami, czego oczywiscie nie można przemilczeć. 

Chodzenie po mieście: brutalizm

Elżbieta Kargol

Werner Düttmann, „brutalny architekt“

Trzeba się dużo nachodzić po mieście, żeby odnaleźć i zobaczyć wszystkie architektoniczne ślady Wernera Düttmanna, jednego z najbardziej znaczących architektów powojennego modernizmu w Berlinie Zachodnim.
Dla mnie poszukiwanie jego śladów zaczęło się na Kreuzbergu, przy Alexandrinenstraße .
Gdyby adminka nie zwróciła swojej i mojej uwagi na betonową wieżę i gdyby w pobliżu nie mieszkała Krysia (Krystyna Koziewicz), nigdy nie poznałabym architektonicznych pomysłów Wernera Düttmanna.


Werner Düttmann (1921– 1983) urodził się sto lat temu w Berlinie. Miasto uczciło jego jubileusz wystawą Werner Düttmann. Berlin. Bau. Werk. w budynku, który sam zaprojektował, w Brücke-Museum w Berlinie i w wielu innych częściach miasta, po jego zachodniej stronie.
Białe tablice, na których można było przeczytać o budynku, projekcie i architekcie stały porozrzucane w mieście. Nie do wszystkich dotarłam, do niektórych przypadkowo.

Gdyby nie adminka, o której już wspomniałam i 100. rocznica urodzin Düttmanna, prawdopodobnie bym nigdy się o nim nie dowiedziała i nadal przechodziła obojętnie obok budynków przez niego zaprojektowanych. Werner Düttmmann był reprezentantem betonowego stylu w architekturze, zwanego brutalizmem, nie wzbudzającego u mnie ani trochę zachwytu. Zainteresowanie natomiast wzbudził ogromne. Przechodząc dzisiaj obok podobnych budowli, myślę sobie: „O, Düttmann”, choć to wcale nie Düttmann, może jakiś jego naśladowca, następca.


Budynek przy Alexandrinenstraße na Kreuzbergu w Berlinie, zaprojektowany przez Düttmanna, był planowany i przez 40 lat kościołem katolickim pod wezwaniem świętej Agnieszki. Powstał w późnych latach 60. Jest typowym przykładem architektonicznego brutalizmu. W 2005 roku poddano go desakralizacji, a w 2011 powstała tu galeria, KÖNIG GALERIE. Krystyna Koziewicz odwiedzała ten budynek jeszcze jako kościół, chyba tak samo często jak później, gdy w roku 2011 stał się już galerią. „Kościół nie miał stać na uboczu”, jak mówił Düttmann, „miał stać na drodze”. Do dzisiaj stoi.

„Powinien on wyróżniać się na tle budynków, które nad nim górują, a jednocześnie, jako dom wspólnotowy, witać ludzi z otwartymi ramionami. Powinien łączyć świecką gościnność z tym, co odrębne, święte, uświęcone”

Tak jest do dzisiaj. Ostatnia wystawa Refika Anadola opanowała cały kościół. Siedzieliśmy wszyscy przed ołtarzem sztuki, modląc się do Boga lub sztucznej inteligencji, a wieża kościelna zamiast dzwonów rozbrzmiewała wszystkimi kolorami tęczy.


Werner Düttmann przebudowywał, rozbudowywał, planował nie tylko na Kreuzbergu (Mehringplatz, wieżowce przy Wassertorplatz i przy Kottbusser Tor, bloki przy Hedemannstraße), dając zgodę na wyburzanie tysięcy przedwojennych kamienic i zmuszając mieszkańców do przymusowych przeprowadzek do nowo powstałych blokowisk na nowo powstałych osiedlach.

Jedno z tych osiedli, Märkisches Viertel też jest jego dziełem, z dala od centrum, w latach 60., gdy powstawało, było na peryferiach Berlina Zachodniego.

Wśród bloków stoi kościół Düttmanna, bardzo podobny do kościoła z Kreuzbergu. Jest jeszcze jest kościołem, katolickim pod wezwaniem św. Martina. Sam Düttmann tak o nim pisał: “inna przestrzeń, przestrzeń ciszy, refleksji, pusta przestrzeń, w którą można wejść wchodząc ze zgiełku, by spotkać to, czego nie można spotkać na zewnątrz, co można łatwo pominąć w hałasie miasta, przestrzeń, w której można pobyć kilka chwil ze samym sobą”.


Werner Düttmann, syn rzeźbiarza, pierwsze nauki rzeźby i rysunku pobierał u swojego ojca w jego pracowni. Architekturę zaczął studiować w roku 1939 na Wyższej Szkole Technicznej w Berlinie (dzisiaj TU, Uniwersytet Techniczny), przerwane studia skończył po wojnie. W latach 50. ubiegłego wieku pracował jako niezależny architekt, został też rządowym doradcą budowlanym. W tych latach realizowane są jego pierwsze projekty, a on zaczyna piąć się po szczeblach zawodowej kariery.

Na początku lat 50. powstaje Dom Seniora przy Schulstraße 97 na Weddingu. To jeszcze nie brutalizm, ale dzisiaj musi ustąpić innym planom urbanistycznym miasta. Być może, że kilka elementów, lub w najlepszym razie niektóre budynki nie zostaną wyburzone, o co walczy syn Düttmanna. Budynki stoją puste od 2018 roku, niszczeją.


W ramach Międzynarodowej Wystawy Budownictwa Interbau 1957 Werner Düttmann zaprojektował bibliotekę, która miała stać się centrum kulturalnym odbudowywanej właśnie dzielnicy Hansaviertel. Tym centrum jest do dziś. Przy Hanseatenweg, niedaleko biblioteki w roku 1960 powstają budynki zachodnio-berlińskiej Akademii Sztuki (Die Akademie der Künste). Düttmann zostaje dyrektorem wydziału architektury Akademii Sztuki, a od 1971 roku do śmierci w 1983 roku był jej rektorem.

Zachodnia Akademia Sztuki składa się z trzech bardzo różnych budynków. Główny budynek z centralnym wejściem jest w formie prostopadłościanu, tzw. Studio znajduje się pod sięgającym do ziemi geometrycznie powyginanym dachem z patynowanej miedzi, w Niebieskim Domu mieszczą się pracownie i pomieszczenia administracyjne.

Obok Brücke Museum, Akademie der Künste najbardziej ważnym, znanym i rozpoznawalnym budynkiem, przy którego realizacji pracował Werner Düttmann, jest berlińska Sala Kongresowa, obecnie Dom Kultur Świata (Haus der Kulturen der Welt). Autorem projektu był amerykański architekt Hugh Stubbins. Werner Düttmann i Franz Mocken byli odpowiedzialni za jego wykonanie w Berlinie.

Moja ulubiona budowla Düttmanna, którą pamiętam, a może jednak nie pamiętam, stoi w centrum Berlina Zachodniego. Prawie wszyscy nadal przechodzą obok niej obojętnie, nie zastanawiając się, czym była w latach 60. ubiegłego wieku. Nie wiem jak brzmi poprawna polska nazwa, być może, że właśnie tak: ambona do kierowania ruchem drogowym, po niemiecku Verkehrskanzel. Jest ostatnią zachowaną w Berlinie amboną drogową.


Podesty, ambony, wieże do kierowania ruchem drogowym miały swój początek w Londynie, później, pod koniec XIX wieku budowano je w Nowym Jorku. W 1924 roku przy Potsdamer Platz w Berlinie pojawiła się pierwsza berlińska wieża do kierowania ruchem drogowym, w roku 1937 została zdemontowana, w roku 1997 zrekonstruowana ponownie.

Dzieło Düttmanna znajduje się na skrzyżowaniu Kurfürstendamm i Joachimsthaler Straße w dzielnicy Charlottenburg. Ambona w kształcie oszklonej skrzynki umieszczona jest na wysokości ok. 4,5 m na betonowym słupie, który został architektonicznie zintegrowany z kioskiem handlowym, podziemnym wejściem do stacji metra Kurfürstendamm i toaletą publiczną. Oprócz ambony wszystkie inne obiekty spełniają nadal swoje pierwotne funkcje.

Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 r. powojenny modernizm określono jako “drugie zniszczenie miasta”. Nie tylko budynki Düttmanna wyburzano. Większość jednak została, czasem szpeci, czasem zadziwia, rzadziej zachwyca.

Zanim znikną z mapy miasta, by ustąpić miejsca innym, nowocześniejszym, warto na nie spojrzeć i zapamiętać je jako przedstawicieli kolejnego okresu w architekturze i urbanistyce miasta.

Chodzenie po mieście. Szczecin.

Ela Kargol

100 lat Wieży Bismarcka w Szczecinie

Wybudowano ich ponad 200, planowano dwa razy tyle. Wieże Bismarcka, które obok pomników mu poświęconych powstawały jeszcze za życia żelaznego kanclerza z woli ludu, z jego datków i z wdzięczności za zjednoczenie Niemiec. Rozproszone były po całym świecie, nie tylko na terenach ówczesnej Rzeszy, ale wszędzie tam, gdzie występowała społeczność niemiecka.

Spośród 240 oryginalnych wież i kolumn Bismarcka, 173 wieże nadal stoją na terenie Niemiec, Francji, Czech, Polski, Rosji, Austrii, Kamerunu, Tanzanii i Chile. W Niemczech zachowało się 146 z dawnych 184 wież.

W 1899 roku Związek Studentów Niemieckich ogłosił konkurs na projekt wieży, a właściwie kolumny z ogniową misą na szczycie, gdzie mógłby być rozpalany ogień ku czci Bismarcka. Konkurs wygrał drezdeński architekt Wilhelm Kreis. Według jego projektu nazwanego jak opera Wagnera „Zmierzch bogów” (Götterdämmerung) wybudowano 47 wież. Pozostałe budowano inaczej, projekty kreślili inni architekci. W Berlinie miały powstać trzy, zbudowano jedną, przekraczając budżet o jeszcze raz tyle, ile zaplanowano. Stanęła w Köpenick na wzniesieniu Müggelberge. W 1936 roku zapłonął na niej olimpijski ogień, przyniesiony tutaj przez uczniów z berlińskiego stadionu olimpijskiego. Gdy front radziecki nacierał na zachód burzono wieże Bismarcka. Taki los spotkał też berlińską wieżę, którą krótko przed końcem II wojny światowej wysadzono w powietrze. Podobno na północnych zboczach Müggelberge można natrafić na jej części.

Wieżom Bismarcka na terenie dzisiejszej Polski, których wycofujący się Wehrmacht nie zdążył zburzyć, nadawano inne nazwy.

Wieża Gocławska w Szczecinie, choć każdy dzisiaj używa znowu starej nazwy, była najdroższą z wybudowanych wież Bismarcka. 10 sierpnia 1921 roku odbyło się jej uroczyste otwarcie. Od projektu do realizacji minęło ponad 20 lat. Początkowo miała być usytuowana na Wyspie Grodzkiej, w końcu wybrano miejsce na Zielonym Wzgórzu, kiedyś zwanym Winnogórą (Weinberg), na terenie dzisiejszego Uroczyska Kupały w Szczecinie – Gocławiu, części Puszczy Wkrzańskiej (Ueckermünder Heide). Wieżę zaprojektował ten sam Wilhelm Kreis, który w roku 1899 wygrał konkurs na ujednoliconą wieżę Bismarcka. Tym razem okrągła forma budowli wzorowana była na mauzoleum Teodoryka w Rawennie, pierwszego germańskiego cesarza rzymskiego. Wnętrze przypominać miało rzymski panteon. W wieży umieszczono popiersie Bismarcka, które po II wojnie światowej usunięto. Usunięto również orły cesarskie z zewnętrznych przypór wieży. Podobno w usuwaniu orłów brały udział radzieckie czołgi, które za pomocą łańcuchów ściągnęły orły z postumentów. Leżą do dziś na zboczach Zielonego Wzgórza, dawnej Winnogóry, kiedyś porośniętej winnicami. Na starych pocztówkach te winnice są dobrze widoczne, a lasów też jakby mniej. W tej chwili buczyna porasta strome zbocza, gdzieniegdzie rosną stare dęby. Przez wzgórze przechodzi Szlak Gocławski. Gocław jest częścią osiedla Golęcino-Gocław, przed wojną: Frauendorf-Gotzlow.

Pod samo wzgórze można dotrzeć tramwajem linii nr 6. Trasa szóstki jest jedną z najdłuższych szczecińskich tras tramwajowych. Sto lat temu szóstka jeździła do Niebuszewa, później z Niebuszewa do Gocławia, a teraz lewobrzeżem z Pomorzan pod samą wieżę Bismarcka. Szóstka obrała kurs na północ, tak samo jak projekt mieszkańców północnego Szczecina, którzy mają w planie: „utworzenie parku Tilebeinów, zagospodarowanie parku przy wieży Bismarcka, stworzenie stanicy wodnej na Skolwinie, udoskonalenie szlaku widokowego po północnych osiedlach Szczecina. Są i inne pomysły, na przykład zagospodarowania Wodozbioru na Warszewie, spacerowa turystyka dla Alt Buchholz, powstanie rekreacyjnego Skweru Królewskiego – Krucza, czy zagospodarowanie polany przy Stawach Bliźniakach na Żelechowej” (Głos Szczeciński,19 maja 2021).

Wsiadając na Pomorzanach do szóstki, mijamy po drodze fabryczne zabudowania dawnego Szczecina, za którymi kryje się Szczecińska Wenecja, potem dworzec nad Odrą po lewej, pomnik kolejarza po prawej i Most Dworcowy, którego już nie ma, też po prawej. Wjeżdżamy na Most Długi, z lewej kościół św. Jana Ewangelisty, głębiej katedra św. Jakuba, po prawej kościół Świętej Trójcy, jedyny ewangelicki w Szczecinie. Mijamy Zamek Książąt Pomorskich, dojrzeć można tylko jego wieże. Czy widać z tramwaju tajemniczą Basztę Siedmiu Płaszczy, nie jestem pewna. Tramwaj jedzie wzdłuż Nadbrzeża Wieleckiego, pod Trasą Zamkową, której podpory stały się galerią dla artystów muralowych ze słynnym muralem „Iwaszkiewicza“ (ciągle zamalowywanym) i z wieloma innymi znanymi i nieznanymi malunkami, w tym Lumpa, cenionego szczecińskiego twórcy. Potem zaczynają się już słynne Wały i Bulwar Chrobrego (Hakenterrasse, nazwane na cześć burmistrza Hakena), zaprojektowane według koncepcji Wilhelma Meyera-Schwartau, a przy nich Muzeum Narodowe i Akademia Morska. Z przystanku Dworzec Morski można zejść do kapitanatu i, jak się ma szczęście, promem dotrzeć na Wyspę Grodzką. Prom przeznaczony jest dla działkowiczów z wyspy, ale działkowiczów można odwiedzać. Plaży na Wyspie Grodzkiej nie lubię, bo zajęła dużą część działek. Tramwaj jedzie dalej, oddala się nieco od Odry, by znów przy Stoczni Szczecińskiej się do niej przybliżyć. A potem zaczyna się już inny Szczecin, mniej turystyczno-pokazowy, ze starymi budynkami fabrycznymi, na murach których z trudnością, ale można jeszcze odczytać niemieckie słowa, Pałac Tilebeinów już nie istnieje, być może niedługo będzie można znowu pospacerować po parku przy pałacu z zachowanym starodrzewiem i odwiedzić miejsce dawnego rodzinnego mauzoleum. Na murach coraz częściej pojawiają się napisy kibiców piłkarskiego klubu Pogoni Szczecin, który to szczególnie na północy miasta ma swoich wielbicieli.

Tramwaj kończy trasę na pętli Gocław, by po chwili wrócić na Pomorzany. Warto wspomnieć o willi Strutza przy ulicy Lipowej, naprzeciwko pętli tramwajowej, znanej jako „willa z zegarem”, a od niedawna, gdy na nowo odkryto witraż z syrenką, zmieniła swój przydomek na „willę z syreną”.

Przechodzę pod bardzo niskim mostem kolejowym, mostem dla krótkich ludzi i fanów Pogoni Szczecin, o czym świadczą napisy po obu stronach mostu. Łagodnym zboczem idę w kierunku ulicy Narciarskiej, później mijam ulicę Górską. Czuję się, jak na górskim szlaku, jest drogowskaz: Wieża Bismarcka.

Wieża na pierwszy rzut oka jest w dość dobrym stanie, beton i wapień muszlowy mają się dobrze. Fani Pogoni dotarli też tutaj i zapisali na murach wieży nazwę swojego klubu.

Główne uroczystości z okazji setnych urodzin zaczną się o zmroku, wtedy jak za dawnych czasów wieża rozbłyśnie ogniem, takim z reflektorów. Na razie trwają harce na łące przed wieżą, dzieci łapią bańki mydlane, starsi zajęci są konsumpcją. Przechadzam się trochę po pobliskim lesie w którym porozrzucane są części obmurowań wieży oraz orły zwalone z wyższych partii budowli. Festyn zaczyna się rozkręcać.

Miejmy nadzieję, że nowy właściciel wieży przywróci jej dawny blask, niekoniecznie wielbiąc przy tym Bismarcka, lecz przypominając jego postać, historię miejsca i budowli.

Chodzenie po mieście. Spaziergänge in einer Stadt.

Ela Kargol

Stettin, Stadt an der Oder und fast am Meer.

Stadt, die segelt, wenn der richtige Wind weht. Und heute weht der Wind vom Meer her.

Das ideale Wetter für die Segler.

Aber die Yachten liegen vor Anker an den Stettiner Kais noch bis Montag und zeigen sich den Betrachtern von ihrer besten Seite. Auch andere Attraktionen locken überall in der Stadt. Noch bis Sonntag dauern die Meerestage in Stettin.

Die Züge Berlin – Szczecin fahren wieder.

Szczecin ist immer einer Reise wert!

Wenn jemand mehr Ruhe braucht und auch andere Eindrücke, würde ich “Stettiner Venedig” oder die Besichtigung der Lentz-Villa empfehlen und auch die wunderbare Ausstellung im Nationalmuseum Stettin mit dem (irreführenden Titel) Stettin / Szczecin – eine Geschichte.

Szczecin, miasto nad Odrą (i prawie nad morzem).

Gdy wieje odpowiedni wiatr, miasto żegluje. A dziś wieje wiatr od morza.

Wspaniała pogoda na żagle.

Ale do poniedziałku jachty będą jeszcze stały przy nabrzeżu, pokazując się widzom od najpiękniejszej strony. W mieście w ogóle mnóstwo atrakcji. Jeszcze do niedzieli będą trwały Dni Morza w Szczecinie.

Pociągi na trasie Berlin – Szczecin znowu kursują.

Szczecin jest zawsze wart podróży!

Gdy ktoś woli ciszę, znajdzie ją na pewno w “Szczecińskiej Wenecji” albo odwiedzając świeżo odrestaurowaną willę Lentz. Można też polecić wspaniałą wystawę (choć o mylącym tytule) w Muzeum Narodowym: Stettin / Szczecin – jedna historia.

Chodzenie po mieście. Skok zająca.

Ela Kargol

Hasensprungbrücke i kolonia milionerów, od willi Walthera do willi Walthera

Jest to jeden z najmniejszych mostów w Berlinie, może najmniejszy, bo rozpiętość jego to tylko skok zająca, Hasensprungbrücke, most zajęczego skoku w dosłownym tłumaczeniu, ale nazwa, jak inne nazwy w pobliżu, nie ma nic wspólnego z zającami, lecz z winnicami w Rheingau, regionie Niemiec słynącym z najlepszych winorośli i wspaniałych win. Hasensprung to malownicza ścieżka, lub, jak nazwa głosi – promenada, łącząca Koenigsallee z Winkler Straße w Berlinie, w dzielnicy Grunewald, w dzielnicy bogatych i reprezentacyjnych willi, prześcigających się w przepychu, wielkości i różnorodności stylów architektonicznych. O tej dzielnicy już w trakcie jej powstawania mówiono Millionärskolonie (kolonia milionerów).

Te wytworne wille w Grunewaldzie zawdzięcza Berlin Bismarckowi. Kanclerz po powrocie z Paryża w roku 1871 był tak zachwycony Aleją Pól Elizejskich, że zapragnął zbudować w Berlinie podobną reprezentacyjną aleję. Choć Kurfürstendamm nie była nigdy tak szeroka jak Champs Èlysées, to jednak połączyła centrum miasta z jego obrzeżami czyli z grunewaldzkim lasem, tak jak Pola Elizejskie połączyły środek Paryża z Laskiem Bulońskim.

Ani berliński magistrat, ani nadleśnictwo grunewaldzkie nie było przychylne planom Bismarcka. Jednak żelazny kanclerz pokonał trudności, skutecznie naciągając prawo i przepisy, nie zawsze zgodnie z wolą berlińczyków.

Zaczął się wyrąb lasu, a wyrąbano na ten cel 234 hektary. Już wtedy sprzeciwiano się pomniejszaniu terenów leśnych, a tym tym bardziej wycince drzew pod budowę okazałych willi dla bogaczy. Popularnym stał się szlagier: Im Grunewald ist Holzauktion (https://www.youtube.com/watch?v=yH3tgkZ8yjk).

Rozpoczęto osuszanie bagnistych terenów, w wyniku czego powstały cztery sztuczne jeziora: Hubertussee, Herthasee, Dianasee i Koenigssee. Krajobraz Grunewaldu zmieniał się „na korzyść” dla nabywców i sprzedawców gruntów, parceli z prywatnym dostępem do jezior, z własną przystanią i plażą, często z ogrodem, który mógł mieć wielkość parku.
Grunewald nazwano kolonią milionerów i ze zdziwieniem, zazdrością, pogardą, czy wręcz nienawiścią spoglądano na wille wielkie jak pałace, które powstawały dla fabrykantów, prawników, przedsiębiorców, lekarzy, mecenasów szeroko pojętej sztuki, polityków, wydawców, artystów…, budowane w różnych stylach, przez różnych architektów. Niektórzy właściciele nigdy w nich nie zamieszkali, niektórzy bankrutowali i niedokończone budowle odsprzedawali dalej. Ci, co zamieszkali, prowadzili domy otwarte, organizowali spotkania literackie, wystawy sztuki, koncerty…

Historyk Karl-Heinz Metzger pisze, że świadomi i zaangażowani mieszkańcy Grunewaldu, którzy otworzyli swoje wille i przekształcili je w miejsca spotkań, byli w gruncie rzeczy ustabilizowanym i zasymilowanym żydowskim mieszczaństwem Berlina. Jeśli gdziekolwiek można mówić o niemiecko-żydowskiej symbiozie, to właśnie w kolonii willowej Grunewald.

Z kolei Nicolaus Sombart, urodzony w roku 1923 w Berlinie Grunewald, pisze w swoich wspomnieniach Jugend in Berlin: Bogactwo, którego doświadczyłem, podziwiając cenne zbiory sztuki, uczestnicząc w towarzyskich spotkaniach, obserwując wytworny styl życia, to wszystko działo się w domach żydowskich rodzin, w których bywali moi rodzice i do których ja, jako bystry, przedwcześnie dojrzały chłopiec (…) znalazłem dostęp.

W tej dzielnicy jest dużo kamieni pamięci (Stolpersteine), niektórzy właściciele lub ich spadkobiercy nigdy już nie wrócili do swoich domów. Część budowli zniszczyła wojna, te nie do końca zniszczone wyburzono. Remonty okazałych willi ciągle trwają. Ogromne budynki dzielone są na apartamenty, mieszkania, których ceny normalny śmiertelnik nie jest w stanie zapłacić. Niektóre jeszcze do teraz czekają na inwestorów. Wielkie parcele podzielono na mniejsze, a na nich wybudowano bloki z małymi mieszkaniami lub domki jednorodzinne, nie pasujące do krajobrazu dzielnicy willowej. Częściowo przywrócono dostęp do jezior.
Ostatnio po „willowym spacerze” usiadłyśmy przy Jeziorze Diany i któraś z nas zanuciła: Gdybym był bogaczem Dejdel didel dejdel Digu digu didel, dejdel dum…
Spoglądałyśmy na zupełnie od nowa zbudowaną willę Hansa Ullsteina i zastanawiałyśmy się, czy kiedykolwiek byłoby nas stać na to, aby tutaj zamieszkać, tu, gdzie ceny sł z kosmosu, metraże też. Nie wrócą już czasy kolonii milionerów, tych sprzed ponad stu lat, dla których budowano domy jednorodzinne, nierzadko o powierzchni 1000m². Teraz inni milionerzy mieszkają w Grunewaldzie.

Wróćmy do promenady Hasensprung.

Stoję na na Koenigsallee, moście łączącym Herthasee z Koenigssee. Ulica i jezioro zawdzięczają swoją nazwę bankierowi Feliksowi Koenigsowi, jednemu z założycieli grunewadzkiej kolonii i jednemu z pierwszych jej mieszkańców. Do tej pory mylnie kojarzyłam nazwę ulicy i jeziora z królem, choć przecież po królewsku się tu żyło i mieszkało i tak jest po części do dziś.

Jednym z takich królewskich pałaców jest willa Walthera (Villa Walther), architekta, który uwielbiał łączyć style, był jednym z głównych przedstawicieli eklektyzmu w architekturze. Grunewald zawdzięcza mu wiele reprezentacyjnych willi i kamienic. Willa przy Koenigsallee 20 powstała w latach 1912-13, jest przykładem późno wilhelmińskiej architektury reprezentacyjnej. Z nie udokumentowanych źródeł wynika, że zleceniodawcą tej ogromnej rezydencji był rosyjski arystokrata. Po wybuchu I wojny światowej, zleceniodawca nie był w stanie zapłacić za prace, które architekt Wilhelm Walther wcześniej sfinansował. Wojna i długi doprowadziły architekta do finansowej ruiny. Jak podaje wikipedia, właśnie w tej gigantycznej jednorodzinnej willi Walther odebrał sobie życie. II wojna światowa zniszczyła budynek w 50%, w latach 60 XX wieku były plany jej wyburzenia, ale konserwator zabytków podjął inną decyzję. Niestety dobudowany fragment nie jest tak reprezentacyjny, ani pasujący do waltherowskiej całości, choć w dalszym ciągu jest na czym zawiesić wzrok: na dekoracjach fasady z reliefami, na mozaice szczytowej, na cytatach ze starożytnej klasyki, na rzeźbach od strony jeziora. Hertha, mylnie nazwana germańską boginią, dała nazwę jezioru, które rozpościera się u stóp willi i wąskim kanałem łączy się pod Koenigsallee z jeziorem Koenigsa lub „królewskim”, tak jak królewskie jest wszystko wokół. Przy osuszaniu terenu, wykopywaniu i zakładaniu sztucznych jezior pracowali polscy gastarbajterzy. Nad królewskim jeziorem rósł jeszcze do niedawna buk purpurowy, pomnik przyrody pamiętający polskich robotników, a może przez któregoś z nich posadzony, pamiętający też dawnych mieszkańców, a wśród nich Walthera Rathenaua (1867-1922), Engelberta Humperdincka (1854-1921), Artura „Atze“ Braunera (1918-2019), Liona Feuchtwangera (1884-1958), Gerharta Hauptmanna (1862-1946), Alfreda Kerra (1867-1948) Haralda Juhnke (1929-2005), Maxa Reinhardta (1873-1943), Raoula von Koczalskiego (1884-1948) i wielu innych, ale niestety też Josepha Goebbelsa, Hermanna Göringa, Heinricha Himmlera. Przy powalonym pniu buka wyrastają młode drzewa, może któremuś się z nich uda się dożyc tego wieku, co ich przodek.

Idąc dalej Koenigsallee, w kierunku południowo-zachodnim wzdłuż Jeziora Diany, kolejnej bogini, tym razem łowów, płodności i księżyca, dochodzę do promenady Zajęczego skoku. Na rogu Koenigsallee i Hasensprung mieszkała w latach 60 ubiegłego wieku ceniona poetka i pisarka, Ingeborg Bachmann, podobno w willi Hecht (villa Hecht), której nie mogę dostrzec zza gałęzi wysokich buków, inne źródła podają inny adres, ale na pewno przy Hasensprung.

Most Hasensprung istnieje już od początków istnienia kolonii milionerów. Ponieważ ogrody willowe miały często dostęp do jezior, tym samym utrudniały budowę krótkich połączeń między ulicami, jeziorami, willami, a w tym miejscu aż się o taki skrót prosiło, a więc powstała jednopasmowa droga dla pieszych i furmanek. Skaczące zające, odwrócone w przeciwne strony na betonowych balustradach mostu są dziełem rzeźbiarza Eberharda Encke. Tuż za mostem wchodzimy na Winkler Straße, gdzie ten sam architekt Wilhelm Walther starał się jak mógł, a ja nie mogę wyjść z podziwu i tej pozytywnej zazdrości. O ile dobrze pamiętam w jednej z jego wspaniałych rezydencji przy Winkler Straße przeznaczonej w latach 90 ubiegłego wieku na Dom Seniora zamieszkał jakiś czas nasz sąsiad Martin. Pamiętam jego ogromny pokój z zimowym ogrodem. Cóż, Martin, mimo że wychował się równie w okazałej willi w równie bogatej dzielnicy Berlina Dahlem, wytrzymał w tej senioralnej rezydencji tylko rok. Dom Martina w Dahlem został zbombardowany, on sam jako jeden z niewielu uczniów berlińskiego Arndt Gymnasium wrócił z wojny. W zniszczonej willi Martina ocalały niektóre meble. Martin do końca życia mieszkał w coraz mniejszych wynajętych mieszkaniach, oprócz epizodu w grunewaldzkiej willi Walthera.

PS od Adminki: dopiero wczoraj na wspólnym spacerze (tradycyjnie we trzy – Krysia, Ela i ja), odkryłyśmy, że na poniższej płaskorzeźbie pokazano Centaura i Centaurkę. Bardzo się to nam spodobało, choć na zdjęciu nie bardzo to widać. Ale na spacerze, jak już się wie, to widzi się wyraźnie że i koń, i jego ludzka głowa są po prawej żeńskie, a po lewej męskie.

Chodzenie po mieście. Maciej Robert.

Maciej Robert (ur. 1977 w Łodzi) – polski poeta, krytyk literacki i filmowy, redaktor, dziennikarz. Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek poetyckich i jednej krytycznej. Jego wiersze tłumaczone były na wiele języków. Współpracuje z Polityką i Nowymi Książkami. Prowadzi poświęcony literaturze środkowoeuropejskiej blog Czytam Centralnie.

Spotkałam go w Berlinie, gdzie czytał swoje wiersze z tomu Nautilus i opowiadał, jak powstały, a powstały z chodzenia po mieście, chodzenia po mieście Łodzi.

Maciej szedł po mieście ruchem spiralnym, odtwarzającym skręty skorupy nautilusa, to ważne, bo nautilus, czyli żeglarek, to taka niezwykła muszla, która może płynąć samoistnie, nie zdaje się na wiatry, prądy i fale. Małż mieszkający w muszli wystawia część tułowia jak żagiel i potrafi sterować swoimi ruchami.

Ta właściwość nautilusa sprawiła, że pisarze i poeci wielokrotnie o nim pisali, gdyż był znakomitym wręcz symbolem wyższości woli ducha nad przeznaczeniem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Moje pokolenie pamięta to ze szkoły. Następne?

Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca!

Patrz na dół — kędy wieczna mgła zaciemia
Obszar gnuśności zalany odmętem: To ziemia!
Patrz, jak nad jej wody trupie
Wzbił się jakiś płaz w skorupie.
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,
To się wzbija, to w głąb wali:
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu!
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:
To samoluby!

Mickiewicz, Oda do młodości. Czy ktoś to jeszcze czyta?

Wikimedia

Jakub Skurtys na stronie ArtPapier napisał:

Nautilus zabiera nas w stronę dna, w głąb, do symbolicznych źródeł, zaś przechadzający się bohater zatacza spiralne łuki. Spirala organizuje tom Roberta również na poziomie układu wierszy: kolejne utwory rozrastają się, a każdy za tytuł przyjmuje właściwą mu liczbę dystychów („1”, „1”, „2”, „5”, „8”, „13”, „21”, „34”…). To oczywiście ciąg Fibonacciego, zasada wpisana ‒ w dużym uogólnieniu i przy pewnych nadużyciach, z których poeta zdaje zresztą relację ‒ w rozwój wielu organizmów żywych, w ogólną „strukturę życia”, ale też w muzykę i w pewne idealistyczne myślenie o uniwersalnym porządku, ukrytym pod chaosem świata. Robert chce „pisać miasto”, ale też „pisać miastem”, stworzyć ekwiwalent rytmu kroków na łódzkiej ulicy, raczej prozy życia niż wzniosłego liryku.

5

Małe różowe trumny w pogrzebowym orszaku
sunącym spod murów fabryk na najpodlejsze

przedmieścia (film odebrał im kolor, pamięć
zabrała zmysły). Mur cmentarza jest niski,

łatwy do przeskoczenia, z tyłu zaległa łąka.
Na pokruszonych cegłach, znaczących środek

obejścia, mężczyzna ostrzy kosę. W obronie
przed szpaczym nalotem ktoś omotał czereśnię

firanką, wygląda jak panna młoda. To są
prawdziwe historie, o których nikt nie pisał.

Paulina Małochleb pisze, że poeta powraca w tym tomie do swoich ulubionych motywów: pamięci, dzieciństwa, melancholijnych prób zbliżenia się do przeszłości.

Robert swoim wyprawom w „miasto puste w środku jak wydrążony pień” nadaje bardzo misterną, porządkującą wszystko konstrukcję, a przez szereg odniesień literackich i filmowych buduje drugi i trzeci poziom skojarzeń, jednocześnie wyostrza realizm i wprowadza kulturowy kontekst. Tytułowy Nautilus to łodzik, skorupiak o regularnej budowie muszli, ale też odniesienie do statku podwodnego z powieści Juliusa Verne’a. Tak jak Nemo zgłębia oceany, tak Robert w swojej podróży penetruje rejony podmiejskiej zabudowy. Łódź-miasto jest też łodzią, która prowadzi przez pamięć, miejska wędrówka zamienia się w żeglugę, podróż w głąb, do dna pamięci, do kresu wspomnień.

Podróżowanie narzuca miastu fizycznemu cechy miasta zapisanego na mapie – jest jednocześnie czarno-białe, przetarte na rogach, z notatkami na marginesach. Poeta podąża tutaj przez strychy, piwnice, kina, dachy, podwórka, ulice. Porównuje Łódź do amonitu, skamieliny, ale też do składającej się z gruzów skorupy. „W nasze podmiejskie ulice nie warto inwestować, nasze podmiejskie ulice nie mają świetlanej przyszłości” – pisze przekornie, bo widać z tego tomu, że nie wyobraża sobie życia w jakiejkolwiek innej przestrzeni.

Świetna, gęsta książka. Doskonałe ćwiczenie z pamięci i utraty.

Nautilus, Nautilus!
Miasto progów spowalniających

narrację, miasto inwestorów, którzy wzięli i poszli
robić wałki gdzie indziej. Miasto hożych studentek

z międzynarodowej wymiany. Zaskorupiały w muszli,
zapatrzony w siebie. Groza! Groza! Odcisk zalany

wapnem w muzeum osobliwości. Syk gaszonego
diablego mięsa. Znamię, które się dopomina o pamięć.