Dziś jedno z jej kilkudziesięciu świąt, jakie się obchodzi – wspomnienie Matki Boskiej, która objawiła się małej Bernadetcie w grocie w Lourdes na południu Francji, w pobliżu granicy z Hiszpanią. Uczyniła to kilkanaście razy pomiędzy 11 lutego a 16 lipca 1858 roku.
Bernadetta była pasterką. Miała wtedy 14 lat. To delikatny wiek. Różności się marzą. Piękna dama w białej sukni, przepasana niebieską szarfą.
Tak naprawdę Matka Boska jest ok, jest w końcu jedną z niewielu kobiet w boskim panteonie starych brodatych facetów. Jest znacznie ważniejsza niż “zwykła” święta. Urodziła Boga. Mogłaby być naszą, kobiecą orędowniczką i patronką. Nie jest. Szkoda. W przeciwieństwie do Ewy, która się sprzeciwiła i Bogu, i mężowi, Maria potulnie się na wszystko zgadzała. Otom ja, służebnica Pańska.
Berthold Furthmeyr (1478-1489), Psałterz z Salzburga
Szkoda też, że polityka tak nią sobie wyciera pyski i łapy. To nie jej wina, ale przez to stała się współcześnie, jak wszyscy i wszystko, materiałem na mema. I nie jest to nawet szarganie świętości, raczej tylko pobłażliwe jej prześmiewanie.
O memach była tu już mowa. Konrad o nich napisał (koniecznie przeczytajcie, są tam bardzo ważne informacje), a ja przez kilka odcinków pokazywałam tu różne ciekawskie memy, Monę Lisę, van Gogha, śniadanie na trawie. Teraz przyszła kolej na nią, Matkę Boską Królową Polski.
Ta była chyba najważniejsza. Matka Boska Tęczochowska, skomponowana przez Elżbietę Podleśną.
Podleśna (ur. 1968) – polska psycholożka, psychoterapeutka, działaczka społeczna oraz aktywistka na rzecz praw człowieka; autorka przeróbki obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w tęczowej aureoli, za co została zatrzymana przez policję i oskarżona o obrazę uczuć religijnych. Matka Boska w Tęczowej Aureoli została umieszczona w kwietniu 2019 roku w Płocku – był to protest przeciwko kościelnej wystawie z okazji Wielkanocy, w której LGBT i gender przedstawione zostały jako grzechy.
Wikipedia pisze, że 13 stycznia 2021 odbyła się w Płocku rozprawa Elżbiety Podleśnej i dwóch innych aktywistek. 2 marca 2021 roku wszystkie trzy zostały uniewinnione. Sąd uznał, że kobiety nie miały zamiaru nikogo obrazić, a jedynie zwracały uwagę na dyskryminację osób LGBT. Ich protest mieści się, zdaniem sądu, w granicach wolności słowa. Sąd podkreślił, że osoby nieheteronormatywne mają swoje miejsce w Kościele. Sędzia przywołała też listy katolików, którzy pisali, że nie czują się obrażeni przez połączenie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej i tęczy.
Potem Marta Frey dodała jej do towarzystwa Matkę Boską od Czarnej Parasolki.
Jest Królową Polski i można powiedzieć, że ma pełne ręce roboty. Ciągle jej ktoś coś zawierza. Najdziwaczniejsze było zawierzenie jej w listopadzie 2021 roku zatruwającej środowisko kopalni Turów na granicy polsko-czeskiej. Z kolei 3 lutego 2022 roku marszałka Sejmu RP, Elżbieta Witek podczas pielgrzymki do Częstochowy zawierzyła opiece NMP sejm polski.
Na pociechę powiem, że nadal ostały się przyjemne wizerunki Maryi Królowej Polski. Przed Bożym Narodzeniem dość często przypomina się, że Matka Boska z Dzieciątkiem jest chrześcijańską wersją wizerunku Izydy piastującej Horusa.
Domena publiczna
2 lutego, w święto Matki Boskiej Gromnicznej facebookowicze przypomnieli, że jest to Matka Boska z Wilkami, czyli starożytna bogini, Pani Zwierząt; też o tym TU pisałam kilka lat temu.
A ostatnio znalazłam na Facebooku Matkę Boską, słynną pisarkę 🙂
PS, wiemy oczywiście, że tu chodzi o Boska, a Polską rządzi jego matka.
Tydzień temu zaprezentowałam Wam, kochanx Czytelnix, żarcik Konrada na temat berlińskiej zapowiedzi, że na stację wjechało metro i można wsiadać. Słychać wtedy cichy głos z głośnika, który mówi Einsteigen,bitte, proszę wsiadać. Ponieważ głos nie jest zbyt donośny, a na pewno, jak to w Berlinie, dykcja osoby mówiącej pozostawia co nieco do życzenia, cudzoziemcy i dzieci często słyszą tę zapowiedź jako “Einstein bitte”.
Oczywiście, “Einstein jaki jest, każdy wie”, ale pomyślałam, że może jednak napiszę tu o nim parę słów.
Gdy wpisuję słowa do wyszukiwarki – Einstein, Berlin – znajduję dziesiątki wpisów o kawiarniach z sieci Einstein. Trzeba dodać imię Albert, żeby Google przypomniał sobie, że był kiedyś taki człowiek, który mieszkał tu przez 19 lat, od 1914 do 1933 roku. Trochę to dziwne, bo jednak jest w Berlinie Nabrzeże Einsteina, są Podwórka Einsteina, jest jego dom z tablicą pamiątkową i, ale to już poza Berlinem, w miejscowości zwanej Caputh, letni dom.
Einsteinhöfe (Podwórka Einsteina) w Berlinie na Einsteinufer (Nabrzeżu Einsteina)
Einstein! Był ulubioną postacią w przedwojennym Berlinie, gdzie cieszył się zarówno sławą geniusza, jak i profesora dziwaka. Chodził potargany, grał chętnie ale fatalnie na skrzypcach, witał gości na bosaka. Tak właśnie zwykły człowiek wyobraża sobie szalonego profesora.
Albert Einstein w biurze na Uniwersytecie w Berlinie. Public domain image.
Urodził się w Niemczech 14 marca 1879 roku, umarł 18 kwietnia 1955 roku w USA. Studiował w Zurychu. W roku 1905 opublikował pierwszą wersję Teorię względności. Do Berlina przyjechał w 1914 roku na zaproszenie Maxa Plancka. Pracował w Akademii Nauk i na Uniwersytecie Berlińskim, był kierownikiem Instytutu Fizyki. Dzięki obserwacjom, jakich dokonał podczas całkowitego zaćmienia słońca w roku 1919, uzupełnił i rozszerzył Teorię względności. Był już w tym momencie największą światową sławą, nie tylko w zakresie nauk ścisłych. Był sławą jako on sam, Albert Einstein. W roku 1921 otrzymał nagrodę Nobla.
Był słynnym kobieciarzem, jego obie żony bardzo cierpiały z tego powodu. Z pierwszą żoną, Milewą miał troje dzieci, dwóch synów i córkę, która albo umarła, albo została oddana do adopcji, w każdym razie jej ślad zaginął. Wkrótce po przyjeździe do Berlina zaczął romans ze swoją kuzynką, Elsą Löwenstahl. Milewa zabrała dzieci i wróciła do Szwajcarii. Po rozwodzie Einstein ożenił się z Elsą i zamieszkał u jej rodziców na Schönebergu.
Gdy w latach 30. NSDAP coraz stawała się coraz groźniejsza, Einstein coraz częściej wyjeżdżał z wykładami do USA. W roku 1933, po przejęciu władzy przez Hitlera, nie wrócił do Europy. Pracował w Institute for Advanced Study w Princetonie, w stanie New Jersey, gdzie mieszkał z rodziną aż do śmierci.
W Berlinie upamiętniony został nader skromnie – na Haberlandstraße 5 umieszczono porcelanową tablicę pamiątkową (to taka berlińska specjalność te białe tablice), jest też nazwany jego imieniem mały park na Prenzlauerbergu.
O Pomniku przedstawiającym starego młodego Einsteina, rzeźbiarka, Anna Franziska Schwarzbach napisała wiersz:
Albert & Einstein auf einem Sockel?
Am Anfang war ein Stein, eine Straße und ein Wunsch Einstein aus einem Stein
nein: hieße: Einstein ›Steißbein‹ was dann?
I. Idee: Einstein zwischen zwei Steinen (relativ einfältiger Einfall)
II. Idee: Einstein mit Einstein: aber wie? (relativ guter Einfall)
III. Idee: Albert & Einstein (guter Einfall von Butzmann) Wie aber steht Albert zu Einstein? steht er neben ihm steht er hinter ihm
Wiersz gra ze słowem Einstein, które po niemiecku znaczy kamień, jeden kamień. Może Tibor go przetłumaczy. Ja nawet nie próbuję.
*** W Caputh nad jeziorem Templińskim, 6 kilometrów na południe od Poczdamu, nie na Waldstraße 7 można obejrzeć dom letni Einsteina. W zamyśle miał to być dar miasta Berlina dla wielkiego naukowca, ale proces obdarowywania był tak skomplikowany i ciągnął się tak długo, że Einstein po prostu sam sobie kupił działkę i zatrudnił architekta (Konrad Wachsmann), który mu wybudował dom. Po wyjeździe Einsteinów do USA dom zmieniał właścicieli, służył jako szkoła żydowska, był siedzibą Wehrmachtu i przez wiele lat budynkiem mieszkalnym. Od roku 2006 dom można zwiedzać, trzeba jednak ostrzec potencjalnych zwiedzających, że już za życia Einsteina dom był urządzony w prawdziwie spartańskim stylu, a i dziś wydaje się dość skromny.
***
W Poczdamie znajduje się Albert Einstein Science Park z ekspresjonistyczną wieżą – Einsteinturm – w której mieści się obserwatorium astrofizyczne, zaprojektowane przez wybitnego architekta, Ericha Mendelsohna. Wieża została wzniesiona dla Einsteina – uczony7 prowadził tutaj badania spektrum światła słonecznego, których celem było potwierdzenie teorii względności. Park Naukowy, dziś nazwany imieniem Alberta Einsteina,jest jednak starszy i został utworzony w połowie XIX wieku na tzw. Wzgórzu Telegraficznym (Telegrafenberg). Wg planów architekta Paula Emanuela Spiekera urządzono tu park angielski i wzniesiono obserwatoria astronomiczne, meteorologiczne i geodezyjne, stanowiące część Instytutu Astrofizyki. Dziś w budynkach w parku mieszczą się siedziby Niemieckiego Centrum Badań Geodezyjnych, Instytut Badań Polarnych i Morskich oraz Instytut Badań Następstw Klimatycznych. Najsłynniejszym budynkiem w parku jest tzw. Großer Refraktor z roku 1899, wyposażony w podwójny teleskop. Od roku 2006 refraktor jest znowu w użyciu.
Kilkakrotnie pisałam tu już o tym, że jakoś się nam ludziom wydaje, że gdy umrzemy, pójdziemy się przechadzać po łąkach, albo będziemy na nich siedzieć i słuchać tego, co nam wyszumią wierzby, albo opowiedzą mędrcy. Pola Elizejskie i Asfodelowe Łąki to obrazy zaświatów w mitologii greckiej. Z asfodelami będzie trudniej i poświęcimy im za chwilę więcej czasu, natomiast Pola Elizejskie są tak znane, że właściwie wcale nie pamiętamy, że to jest nie tylko luksusowa ulica w Paryżu, ale pewne wyobrażenie starożytnych Greków o tym, co nas czeka po śmierci.
Zacznijmy może jednak od ulicy, Avenue des Champs-Élysées, alei ciągnącej się od Placu Zgody do Placu (ongiś) Gwiazdy, który dziś nazywa się placem Charlesa De Gaulle’a, gdzie stoi słynny Łuk Tryumfalny. Jest to, jak twierdzą niektórzy, najpiękniejsza ulica na świecie, a stanie się niedługo po prostu niesamowita, gdyż burmistrzyni Paryża, Anne Hidalgo ogłosiła kilka dni temu, że ulica do roku 2030 zmieni się w „niezwykły ogród”. Inwestycja będzie kosztowała ok. 250 milionów euro, a zrealizuje ją architekt Philippe Chiambaretta.
To już zresztą zdarzyło się 12 lat temu, podczas festynu zorganizowanego na Polach Elizejskich z okazji Zielonych Świątek, choć trwało to wtedy tylko dwa dni. Na Polach Elizejskich posadzono 150 000 krzewów i 650 drzew, wśród których pasły się krowy, owce i kozy. Festyn został zorganizowany przez francuski Związek Młodych Rolników (Jeunes Agriculteurs), którzy chcieli w ten sposób zwrócić uwagę rodaków na głęboki kryzys, jaki przeżywa gospodarka rolna. (Ciekawe: gdy taki sam cel przyświeca rolnikom niemieckim, w Berlinie pojawiają się setki dudniących traktorów, a niekiedy przywożą one do miasta tony gnoju.)
Pola Elizejskie zostały założone w roku 1616 przez królową Marię Medycejską, która kazała tu poprowadzić wiodącą do Luwru drogę wysadzaną drzewami. W roku 1640 drogę przedłużono do Ogrodu Tuileries, a w roku 1724 do Placu Gwiazdy.
W XVIII wieku aleja stała się modnym deptakiem spacerowym i miejscem spotkań arystokracji. Maria Antonina chodziła tu na przechadzki z przyjaciółmi i brała lekcje muzyki w Hotelu Crillon. Pola Elizejskie zostały wchłonięte przez aglomerację Paryską dopiero w roku 1828. Aleja pozyskała wówczas chodniki, latarnie gazowe i fontanny.
Po tej miejskiej wycieczce wróćmy jednak na nasze łąki w zaświatach.
Starożytni Grecy wyobrażali sobie życie po śmierci jako mniej ciekawe niż na Ziemi. Dusza zmarłego po przepłynięciu rzeki Styks w łodzi starca Charona, stawała przed trzema sędziami. Kierowali oni zmarłych do jednego z trzech miejsc – Tartaru (piekła), Erebu (czyśćca czyli zwyczajnych zaświatów dla zwyczajnych ludzi) lub Elizjum (raju).
W Tartarze odbywali wieczną karę Syzyf, Tantal, Iksjon, Danaidy, Uranos.
Na Pola Elizejskie szli tylko Sprawiedliwi. Przekraczali rzekę zapomnienia – Lete i gdy napili się z niej wody, zapominali o ziemskim życiu. Czekał na nich kraj wiecznego spokoju i pośmiertnej szczęśliwości, a ich dusze, wyzbyte wszelkich cierpień i pragnień, przechadzały się po bladych łąkach, przysłuchując się muzyce niewidzialnych lir.
Na tych “bladych łąkach” rosnąć miały topole i asfodele.
O ile topola nie budzi w nas specjalnego zaciekawienia, o tyle asfodele owszem. Są to piękne białe kwiaty, zwane złotogłowiem lub, po francusku, berłem królewskim (le bâton royal).
Złotogłów wprawdzie symbolizuje śmierć, świat zmarłych, żal, smutek, melancholię, sentymentalizm, pokorę, wieczność, ale na grządkach prezentuje się bardzo pięknie i wspaniale pachnie. Na wyspach greckich wciąż są miejsca, gdzie rosną te kwiaty, czyli Asfodelowe Łąki (ἀσφόδελος λειμών asphódelos leimṓn). W starożytnej Grecji asfodele sadzono na cmentarzach jako pokarm dla dusz zmarłych.
Dodam tu, że uczeni indoeuropeiści widzą związek etymologiczny pomiędzy greckimi (W)ēlýsion pedíon, staronordyckim val-höll (Walhalla), ze słowiańskim Welesem, tocharskim(A)walu – „śmierć” i hetyckim wēllu – oznaczającym łąki w zaświatach.
Leon Bakst (1866-1924), Elizjum. zielone łąki w cieniu ciemnych drzew.
Jeszcze nie kwitną asfodele, Wiosna jest szaroprzezroczysta. Na razie jeszcze wrą tu fale, Wiatr w chroboczącym piasku śwista. Lecz już wstępuje moja dusza W taneczny krąg, jak Persefona, A kto w królestwie zmarłych widział Ręce po łokcie opalone?
A czemu łódce powierzamy Urnę, gdzie ciężki proch wsypano I święto czarnych róż święcimy Nad ametystów ciekłych pianą? Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
Jak szybko chmur łańcuchy płyną Przez ciemniejące nieboskłony I czarne róże lecą w strzępach Pod księżyc wiatrem opleciony. A ponad rufą cyprysową, Jak gołąb szlochu, ptak nagrobny, Ostatnich wspomnień wielka flaga Wstęgą rozwłóczy się żałobną.
I otwierają się szeleszcząc Smutne minionych lat wachlarze, Tam, gdzie amulet dygoczący Niegdyś się zarył w piasek plaży. Tam dusza moja lecieć chce, Za Meganomu mgliste skały, A w dniu pogrzebu wróci stamtąd Żagiel żałobnie poczerniały.
1917
Przełożył Jarosław Marek Rymkiewicz
Wiersz ten Mandelsztam napisał w sierpniu 1917 roku podczas pobytu w Ałuszcie. Miał wtedy dwadzieścia sześć lat i rozmyślał (jak świadczy Meganom) o śmierci. Żeby dobrze zrozumieć ten wiersz, trzeba wiedzieć, co następuje. Meganom to przylądek czy raczej górzysty cypel przylądka na południowym wybrzeżu Krymu, między Sudakiem i Koktebelem. Jak świadczą opowieści, wspomnienia i wiersze dziewiętnastowiecznych turystów (wśród nich – Adama Mickiewicza), wybrzeże to jest – lub raczej było – jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Słodkie krajobrazy południowego wybrzeża porównywano wielokrotnie do krajobrazów raju (lub raj – wyobrażano sobie na podobieństwo tego skrawka Półwyspu Krymskiego). Asfodele, wedle mitologii Greków, były kwiatami, które rosły w podziemnej krainie umarłych, na tamtejszych łąkach nad Styksem. Są to kwitnące biało byliny, o wąskich liściach i gęstych kwiatostanach, rzadkie w głębi kontynentu europejskiego, często zaś spotykane na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Również cyprysowa rufa (cyprys to w kulturze śródziemnomorskiej drzewo śmierci) wskazuje, że okręt, o którym mowa w wierszu, płynie do krainy zmarłych – albo z tej krainy. Czarny żagiel pochodzi prawdopodobnie z mitologii greckiej – pod takim właśnie żaglem płynął statek, na którym, po zabiciu na Krecie potwornego Minotaura i porzuceniu kreteńskiej księżniczki Ariadny na wybrzeżu wyspy Naxos, powracał do Aten książę Tezeusz. Miał on po zamordowaniu Minotaura, ale tylko w tym wypadku (tak się umówił ze swoim ojcem, królem Ajgeusem), wciągnąć na maszty swego statku biały żagiel, ale zapomniał o tym i Ajgeus, zobaczywszy zbliżający się do brzegu statek pod czarnym żaglem, popełnił samobójstwo – rzucił się ze skały w fale Morza Egejskiego. Warto tu może jeszcze wspomnieć, w związku z Tezeuszem i Ariadną, że Mandelsztam był miłośnikiem muzyki Richarda Straussa, autora modernistycznej (a może nawet już postmodernistycznej – choć ukończonej w latach pierwszej wojny światowej) opery Ariadna na Naxos. Jak się zdaje, Mandelsztamowi bardziej niż wyrafinowana Ariadna na Naxos podobała się jednak wcześniejsza opera Straussa – napisana w roku 1905 posępna Salome. Jakieś fragmenty z Salome (na pewno był wśród nich słynny Tanz der sieben Schleier) poeta usłyszał po raz pierwszy w czasie swojego pobytu w Paryżu w roku 1908 – w wykonaniu orkiestry pod dyrekcją samego Richarda Straussa.
Ewa Maria Slaska; pomysł opowiadania we wpisie – Konrad
Bardzo lubię znajdować na ulicy kartki książek i z kilku stron, albo zdań odgadywać, co to jest za publikacja. Najchętniej korzystając z własnych domysłów, ale, jak się nie da inaczej, wpisując jakieś słowa do wyszukiwarki.
Wielokrotnie bawiłam się tak sama ze sobą i z czytelnikami, wielokrotnie w konsekwencji takiej zabawy wypożyczałam zidentyfikowaną książkę z biblioteki lub ją kupowałam.
Zainteresowani mogą poszukać sobie na blogu takich moich zabaw. Jedna z nich jest TU. Tym razem jednak nie udało mi się odtworzyć, kto jest autorem tych kilku stroniczek. Znalazłam je na stacji metra. W przeciwieństwie do kartek znajdowanych na ulicy, te były czyściutkie, wręcz wyglądały tak, jakby nikt ich nigdy nie czytał, a tylko położył tu kilka kartek z książki. Podrzucił. A może nie podrzucił, lecz zrobił wizualizację bądź inscenizację. Może miała w ten sposób powstać fotografia na okładkę książki, która dopiero zostanie wydana. To by tłumaczyło, dlaczego nie ma jej jeszcze w sieci.
Albert Einstein na berlińskiej stacji metra – ilustracja wykonana przez sztuczną inteligencję, zachęconą do podjęcia takiego tematu przez Konrada
To krótkie opowiadanie, dzieje się w Berlinie w roku 2022. Nie wiadomo zatem, ani kim jest autor, ani kim jest narrator i dlaczego może zrobić to, co może.
Wylądowałem na szczycie Kolumny Zwycięstwa. Zostałem uprzedzony, że tak właśnie będzie, bo moi poprzednicy też tu zaczynali. Stałem na górze i patrzyłem na szary park, rozciągający się wokół skrzyżowania. Gdyby była pogoda, mógłbym zobaczyć wielbłądy i małpy w berlińskim Zoo, ale było mgliście i niewiele było widać.
Na szczęście nie marznę. W ogóle nie jestem typem pogodowca. Nie przeszkadza mi upał, ani mróz. Jednak czasem mam na sobie ciężki zimowy płaszcza, a czasem lekką marynarkę płócienną. Nie dlatego, żeby płaszcz był mi do czegokolwiek potrzebny, ale nie mam się rzucać w oczy. Poza tym moi poprzednicy też mieli na sobie takie płaszcze. Oczywiście wiecie, o co chodzi, o ten film Wima Wendersa, zatytułowany Niebo nad Berlinem. Kiedyś kultowy obraz, ale teraz to określenie się raczej zdewaluowało.
W zeszłym roku do ONZ nadszedł list, w którym zapowiedziano moje przybycie na ziemię. W zwięzłych słowach Ziemianie zostali poinformowani, że postanowiono przywrócić do życia jedną osobę, taką, co do której cała ludzkość nie będzie miała wątpliwości, że tak, to właśnie jego albo ją należy ożywić. W liście podano tryb składania propozycji oraz sposób ich weryfikacji.
Propozycje musiały być złożone do 31 grudnia 2021 roku.
Ogłoszenie werdyktu nastąpi 22.02.2022.
Okazało się, że wybór daty nie był szczególnie fortunny, bo ludzie widząc ten ciekawy palindrom, stawali się nieufni i zaczynali węszyć oszustwo. Ale nikogo to nie obchodziło. Nieufni nie musieli składać propozycji, nikt nikogo do niczego nie zmuszał. Była tylko wyraźna prośba, żeby nie proponować osób prywatnych, ukochanej babci albo słynnego pradziadka. Oczywiście liczyliśmy się z tym, że mnóstwo ludzi tego nie posłucha. Był to nieunikniony koszt.
Propozycje lokalne wrzucało się do lokalnych skrzynek na listy lub oddawało bezpośrednio listonoszowi czy w urzędzie pocztowym. Listy musiały mieć wyraźny napis na kopercie: 1 osoba, 1 person, 1 Mensch, 1人, 1 човек, 1 člověk, 1 persoon, 1 inimene, 1 henkilö, 1 personne, 1 άτομο, 1 személy, 1名, 1 asmuo, 1 pessoa, 1 persoană, 1 человек i tak dalej.
Administracje lokalne wyznaczały miejsce gromadzenia tych listów i kierowały pracowników do ich sortowania. To na nich spoczywał ciężar usunięcia listów żartobliwych, anonimów, listów z pogróżkami i wymysłami, próśb o dofinansowanie, oraz propozycji prywatnych. Prace przy sortowaniu były najtrudniejszą częścią projektu, ale tak, jak się spodziewaliśmy, okazało się, że w każdym kraju znalazły się setki i tysiące wolontariuszy, którzy z przyjemnością poświęcili czas na to zadanie.
W punktach zbiorczych szybko okazywało się, jakie są lokalne, a potem na kolejnych szczeblach regionalne i krajowe preferencje. Niekiedy z góry wiedzieliśmy, że w takiej na przykład Polsce obywatele będą masowo wybierali Jana Pawła II, a we Francji Charlesa de Gaulle’a. Ale niekiedy spotykało nas zaskoczenie. Otóż Szwedzi typowali wprawdzie Olofa Palme, ale większość opowiedziała się za… Gretą Garbo i Królową Krystyną. Oczywiście chodziło o jedną i tą samą osobę, wiedzieliśmy zatem, że gdy dojdzie do podejmowania ostatecznych decyzji, to statystyki zadecydują, która z tych kobiet miałaby zdaniem Szwedów zostać tą jedną przywróconą do życia osobą.
Ponieważ sortowanie listów przypominało procedury głosowania listownego, w krajach, które umożliwiały taką formę wyborów, znacznie szybciej doszło do wytypowania jednego kandydata krajowego.
Następny krok był jednak znacznie trudniejszy, bo przestały nas interesować liczby osób głosujących. Każdy kraj musiał w jakiś specjalny sposób zaznaczyć, jak ważne jest, by wybór światowy padł na lokalnego kandydata. Nigdzie nie wolno też było podać nazwiska ani sposobu reklamy swojego kandydata. Ja jako Wielki Juror musiałem się domyślić, o kogo chodzi i jak się go reklamuje.
W USA, gdzie wybrano Michela Jacksona, w drugiej turze wyborów wszędzie od świtu do nocy puszczano piosenkę I am bad.
W Polsce na każdym domu wisiały portrety papieża i biało-żółte flagi.
W Szwecji wyświetlano Królową Krystynę na wystawach sklepowych, nad Rosją unosiły się flotylle latawców, jak komety ciągnące za sobą napisy Ленин все еще жив.
Włosi wybrali w końcu Zofię Loren i we wszystkich restauracjach podawano fettucine, zeppole, frittata i inne smakołyki z jej słynnej książki kucharskiej, W kuchni z miłością.
W Hiszpanii gołębie na miejskich placach przypominać miały Krzysztofa Kolumba, w Chinach – bardzo nowocześnie – wyhodowano nowy rodzaj herbaty, niebieskiej, którą nazwano herbatą Mao Tse Tunga i którą rozdawano za darmo w całym kraju, zwłaszcza tam, dokąd przybywali turyści, zakładając, że ja też przybędę tą drogą.
I tu właśnie kryła się tajemnica tego, jak dokonany zostanie ostateczny wybór. Nikt nie wiedział, kto jest osobą oceniającą i decydującą, nikt nie wiedział skąd przybędzie główny Juror i na czym oprze swój werdykt.
Sposób zachęcania do wyboru musiał mu się spodobać, musiał być oryginalny i musiał udowadniać, że nawet zwykłych ludzi interesuje to, by ich kandydat został wybrany. W ten sposób 5000 mieszkańców wyspy Kiribati miało takie same szanse na wytypowanie “tej jednej osoby”, co miliard Chińczyków i miliard dwieście tysięcy Hindusów, którzy wybrali oczywiście Buddę.
Bardzo mi się podobała myśl, żeby rzeczywiście wybrać propozycję mieszkańców wyspy Kiribati. Wyspa jest pierwszym miejscem na świecie, które obchodzi nowy dzień i Nowy Rok i leży też na równiku – jest więc ulokowana na skrzyżowaniu dwóch najważniejszych nieistniejących linii na kuli ziemskiej. Jest to też największy atol i największa wyspa koralowa na świecie. Na wyspie nie ma żadnych miast, są tylko cztery wsie, główna z nich nazywa się Poland, ku czci Polaka, inżyniera Stanisława Pełczyńskiego, który okazał się zbawicielem wyspiarzy. Rozwiązał bowiem problem nawodnienia plantacji drzew palmowych w czasie suszy i ugruntował tym samym dostatek całego kraju. Karibatyjczycy wybrali go jako “tego jednego człowieka”, co zaświadczyli przyczepiając do każdego drzewa palmowego na wyspie historię o tym, jak Pełczyński uratował ich od głodu i nędzy. Była właśnie pora sucha, palmy nawodniano metodą Pełczyńskiego, a wieczorami przy ogniskach tańczyli Karibatyjczycy, śpiewając piosenkę o santapeczynskim.
I być może rzeczywiście zdecydowałbym się na Pełczyńskiego, gdyby nie Berlin, a właściwie jedno dziecko, pewna mała podobna do elfa dziewczynka w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku.
Gdy zszedłem na dół z Kolumny Zwycięstwa, poszedłem na piechotę przed siebie. Nigdzie nie widziałem żadnej reklamy. Po kilku godzinach wciąż jeszcze nie wiedziałem, na kogo Niemcy się w końcu zdecydowali. Wiedziałem tylko, że rozważali kandydaturę Marcina Lutra, Alberta Einsteina i Angeli Merkel, choć ta wciąż jeszcze żyła; ale rozumieliśmy intencje tych, którzy ją typowali. Gdyby umarła, to mielibyśmy ją ożywić. Po długim spacerze wsiadłem wreszcie do metra i usłyszałem z głośnika na stacji cichy głos, który mówił “Einstein, bitte”. Uznałem, że to bardzo ciekawa metoda zachwalania kandydata. Rzeczywiście, ilekroć wsiadało się do metra, zawsze i wszędzie jakiś głos mówił “Einstein, bitte”.
Bardzo przekonujące. Jeździłem metrem przez wiele godzin, przesiadałem się z jednej linii na drugą i wszędzie słyszałem ten głos, zachęcający mnie: “Einstein, bitte”. Było to ciekawe, ale wciąż jeszcze sercem byłem w Karibati. Pod wieczór, niemal już zatem zdecydowany, by jednak wybrać Pełczyńskiego, zobaczyłem nagle tę dziewczynkę w zielonej czapeczce i zielonym płaszczyku. Wsiadła z rodzicami i biegała pomiędzy nimi, wołając z przejęciem: “Einstein, bitte, Einstein, bitte, bitte, bitte” – proszę, proszę, wybierzcie Einsteina.
I tak to, proszę Państwa, dzięki tej małej tak przejętej dziewczynce, 22.02.2022 roku przywrócimy do życia Alberta Einsteina, autora Teorii Względności.
Wszyscy już zapewne wiedzą, że irysy to moje ulubione kwiaty, ale chyba nikt intensywniej o tym nie pamięta niż Danusia, pomysłodawczyni tego wpisu.
Dwa zdjęcia po prawej to secesyjne wazony, obraz po lewej, który wygląda jak fotografia, fotografią nie jest – to praca artystki brytyjskiej, która nazywa się Mia Tarney (ur. 1973) – obraz “Irysy, różowa magia” został namalowany w roku 2019; znajduje się w zbiorach prywatnych; reprodukcja za: #ArtPassionGallery. Wazon środkowy został zaprojektowany przez Emila Galle, który wymyślił taki sposób dekorowania szkła.
Ale fakt, że coś jest piękne, powoduje, że będzie naśladowane w nieskończoność, deprecjonując swoje piękno. Irysy też to spotkało. Bo czy obraz po lewej jest piękny, czy tylko z fotograficzną dokładnością naśladuje prawdziwe kwiaty? A szklane irysy poniżej – jeszcze są piękne, czy już są jarmarcznym kiczem?
Tego irysa po prawej (mem, irys na szkle) możecie sobie wziąć i użyć na TikToku albo na Instagramie, albo gdzie Wam się żywnie podoba. Artysta, który go udostępnił nazywa się Kytlruaa. Poniżej inne irysy, które się pojawiły, gdy napisałam w google “mem iris”I tak dalej
A zatem jest to jeszcze sztuka, czy już kicz?
Wikipedia tak określa kicz:
Jako pierwsi słowem „kicz”zaczęli posługiwać się krytycy sztuki z Monachium w latach 70. XIX wieku w odniesieniu do tandetnych pejzaży nieznanego autorstwa, sprzedawanych w wielkich złoconych ramach albo jako kolorowe obrazki, kupowane przez szybko bogacących się niemieckich fabrykantów, chcących zamanifestować swoją zamożność. Ta ówczesna burżuazja (ale także wszystkie następne nowobogackie klasy społeczne, np. amerykańska klasa średnia lat 50. XX w.), nie znając się na sztuce, wybierała zawsze sztukę „bezpieczną”, czyli taką, która nie urazi i nie będzie szokować gości; eksponowała w swoich salonach zwłaszcza przedmioty drogie i bezużyteczne.
To pojęcie na pewno nie określa tego zalewu kotków, sówek i irysów, które funkcjonują na portalach społecznościowych. Ale współczesna definicja określa to całkowicie odmienny:
Zjawisko kiczu to jednak coś więcej, niż tylko sztuka zdegradowana do roli towaru w społeczeństwie kapitalistycznym. Według Abrahama Moles’a kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym „złym guście”, ale przede wszystkim jest to „sztuka szczęścia” (jak ją nazywa autor), czyli „raj dla mało wymagających”. To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki.
Jest zimna, mokra, szara zima. Pokazałam Wam tu zatem kilkanaście kwiatów, które na pewno, czy tego chcemy czy nie, gdzieś w głębi ducha uważamy za piękne, i nawet jeśli jako świadomi nowocześni ludzie wolimy Francisa Bacona, to czekając na wiosnę możemy się na chwilę zanurzyć w „sztuce szczęścia”. Wy tym bardziej bezpiecznie, bo to ja, pokazuję Wam tu ten kicz.
Ale wiecie, że irys i iris – źrenica, to to samo słowo, a pochodzi stąd, że i kwiat, i tęczówka oka irydują, czyli mienią się jak skrzydła greckiej bogini Iris, Irydy – uosobienia tęczy i boskiej posłanki. Na zakończenie tych wywodów pokażę Wam tu jeszcze – oho, dzieło Francisa Giacobettiego (Francuz, urodzony w r. 1939) – Iris Francis Bacon (fotografia) – źrenica oka Francisa Bacona.
Ponieważ bardzo lubię myśl o tym, że możemy sobie kupić sztukę, o której tu rozprawiamy, powiem, że to zdjęcie, czyli “Bacon’s iris” ze zdjęciem samego Bacona obok, uzyskało na aukcji cenę 23 tysięcy dolarów.
Taaaak. To Søren Kierkegaard, ten nasz ulubieniec, młody, piękny, mądry człowiek. Utalentowany. Młodo umarł (1813–55). Każdy z nas w swoim najlepszym życiu chciałby być Kierkegaardem. Patrzę na ten fragment Albo – Albo i rozmyślania szarpią mną od “tak” do “nie” i z powrotem. I znowu. Zaprawdę, albo – albo. Wszystko mi się jak w soczewce skupia w tej nieszczęsnej musze, złapanej przez znudzonego chłopca w szkole.
To fragment rozdziału „Gospodarka przemienna”, czyli „Płodozmian” (tekst tłumaczył Jarosław Iwaszkiewicz i możliwe, że nie miał pojęcia, co to jest płodozmian, co to jest gospodarka przemienna, czyli jedno-, dwu- i trójpolówka).
Płodozmian jest w filozofii Kierkegaarda remedium na nudę życia. Nie staraj się żyć intensywnie, mówi młody filozof oświeceniowy, nie próbuj pokryć uprawami dorzecza Amazonki, uprawiaj swoją własną doniczkę, ale uprawiaj ją intensywnie, dziś ziemniaki, jutro orchidee. Interesuj się coraz to nowymi dziedzinami życia, intensyfikuj doznania.
Jeśli wciąż jeszcze pamiętamy to, czego nas uczono w szkole, to na pewno przypomnimy sobie, że takie właśnie remedium na nudę i znużenie życiem proponowali już dwa pokolenia wcześniej filozofowie społeczni, Charles Fourier (1772 – 1837) i Robert Owen (1771-1858), czyli tzw socjaliści utopijni.
Nie wiem jak Wy, ale ja ich pamiętam do dziś.
Nuda, nuda. Gdy myślimy o nudzie, najczęściej jednak myślimy o Charlesie Baudelaire (1821– 67), który jest prawie rówieśnikiem Kierkegaarda, urodził się kilka lat później, żył kilka lat dłużej. Jak na dzisiejsze czasy, obaj umarli młodo. Kierkegaard miał lat 32, Baudelaire – 46.
Nic w długości nie zrówna kulawego biegu, Mych dni, gdy pod ciężkimi całunami śniegu, Nuda…
Ch B, Kwiaty Zła
Na zajęciach filozofii młodzi adepci mieli w czasach współczesnych na podstawie owego wyżej przytoczonego fragmentu zapoznać się z koncepcją Kierkegaarda o tym, co to znaczy żyć intensywnie. Przykładem są tu więzień, który oswoił pająka, i chłopiec, który złapał muchę i znęca się nad nią. Kierkegaard nie ocenia tego chłopca, rozwodzi się raczej nad tym, że to, co chłopiec robi z muchą, pomaga mu rozproszyć nudę nieciekawej, nużącej lekcji. To jest, dla mnie, podstawowe przesłanie tego tekstu. Rób co chcesz, tylko się nie nudź.
Dworzec Główny (Hauptbahnhof) w Berlinie, 13 stycznia 2022 roku: reklama rbb, rozgłośni radiowo-telewizyjnej dla Berlina i Brandenburgii: Bloss nicht langweilen, czyli: Byle nie nudzić!
Problem w tym, że chłopiec, oczywiście, nie musi mieć żadnych oporów etycznych (choć może). Ale Kierkegaard, no, hallo! I nawet jeśli pisze o chłopcu, który tych oporów nie ma, bo nie zna, to jednak filozof musi je mieć i znać. On tymczasem nie pisze o tym ani słowa. Filozof doda jednak, że to nie takie proste, bo rozdział “Płodozmian” znajduje się w pierwszym tomie książki Albo – albo, a jej konstrukcja zasadza się na tym, że w tomie pierwszym Kierkegaard przedstawia styl życia estety i go odrzuca, a w tomie drugim przedstawia zasady życia etyka i jest to poniekąd bezpośrednia odpowiedź na wady życia estety.
Może tak jest, ale mnie ta mucha i tak prześladuje.
Mam wrażenie, że udręczona mucha w dziurze na zawsze pozostanie w swojej udręce i nie ujmie się za nią ani Kierkegaard, ani filozof współczesny, który ten tekst wybrał i dał studentom do analizy, ani wreszcie oni sami. Na całą wieczność już ten chłopiec będzie się znęcał nad tą nieszczęsną muchą.
No, ale może zostanie naukowcem.
I wtedy eksperymenty z muchą będą uprawnione i opłacone.
Czy jest on przy tym przeciwieństwem więźnia, który oswaja pająka? Czy przeciwnie – udomowienie świata i dręczenie go są sobie równoznaczne?
No, bo jeśli zostanie naukowcem.
Czy oznacza to, że nieważne, czy to co robimy jest etyczne, ważne, żeby spełniało swój cel, czyli intensyfikowało nasze doznania? Nawet jeśli mają to być najwznioślejsze doznania i myśli o Bogu? Czy możemy zaakceptować tę zasadę w ogóle? A wtedy, gdy wiemy, że intensyfikacja doznań ma rozproszyć nudę?
Czy ta mucha jest kwintesencją kapitalizmu? Czy niepohamowany rozwój zarabiania poprzez czynienie ziemi sobie poddaną (jak o tym pisze Marek Włodarczak) rozprasza nudę?
Siedzimy w tej dziurze, a chłopiec na nas patrzy i patrzy bez końca. I znikąd ratunku.
Za czasów Mao Tse Tunga Chiny dotknęła plaga much. Każdy Chińczyk musiał codziennie zabić co najmniej jedną muchę. Gdy zniknęły muchy, Chiny nawiedziła plaga wygłodniałych wróbli. Każdy Chińczyk musiał zabić codziennie jednego wróbla. Pewien podróżnik zapytany po podróży do Chin, jak tam jest, odpowiedział: W Chinach jest strasznie być muchą. Jest też strasznie być wróblem. I strasznie jest być Chińczykiem.
Damien Hirst, Barbecue z muchami
Willem Claesz Heda (1594-1680), Martwa natura z muchą
Ach, te muchy…
Będzie dalej… Może nawet dużo. Bo to jest ważne pytanie: jak mamy się ustosunkowywać do tego, co napisano lub stworzono kiedyś? Krytykować, jak ja tutaj, zmieniać na dzisiejszą modłę (netfliksyzacja), objaśniać i uprzedzać (o tym będzie za tydzień, ale tego też właściwie chciałabym i ja, przynajmniej tu w tym wpisie), usuwać całkowicie, a może po prostu zostawić w spokoju Kierkegaarda i jego muchę? Podpowiem, że zreblogowany wpis sprzed dwóch dni też jest na ten temat: TU
Poezja w czasach automatycznej korekty i inne wiersze
mija nowy rok mam napisać wiersz i choć wiem mimo to zapominam że mową naszą powszednią rządzi Wielki Korektor który mi wszystko poprawi monday na madonnę monady mondaminy macondo na mannę lub mcdonalda ale mantykorę zna i nie poprawia jej na manię a marihuany nie zamienia w mszę ma władzę wszystko wie lepiej.
Przyszedł tomik wierszy od poetki. Znam poetkę od dziecka. Pierwszy raz przyjechała do Berlina, gdy miała 14 lat. Miała brać udział w warsztatach translatorskich wraz gromadą studentów z Polski i Berlina. Do Berlina przyjechała z mamą, a jej wiersze były tak dojrzałe, że niektórzy młodzi zawistni poeci myśleli, że to mama jej te wiersze napisała. Potem już wiedzieli lepiej.
Czytam te wiersze w styczniową noc. Trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem.
Człowiek z papierosem na balkonie widział światło w moim uchylonym oknie w styczniu o trzeciej nad ranem
To, co sprawia, że czytam ten akurat wiersz trzeciego stycznia o trzeciej nad ranem nie może być ani intuicją ani telepatią. Nic nie wiem. Nic nie mogę wiedzieć lepiej. Ona też nie. Choć wszystko sprawdza i przymierza. Może być Hekate albo siostrą Tanatosa. Zna wszystkie wiodące w zaświaty istoty Może wybierać jak chce.
Wybiera Niefrasobliwą.
W tej przydrożnej kapliczce będzie Ci jak w domu, uszyję Ci sukienkę, wykarmię dzieciątko, a kiedyś może jeszcze zacznę od początku gdy Syn Twój już wyrośnie z mojego pokłonu.
Sprzątnęłam Wasz ogródek w którym krzyże zwiędły, a w czasie odpoczynku tłumaczyłam sobie – on nie chce być strażakiem, tylko Panem Bogiem, przecież każdy w dzieciństwie chciał być niepojęty.
Madonno, możesz tańczyć, wszak już zbawiony świat i chyba przyznasz sama, że wyszedł na ludzi Twój Syn, co o miłości tak wiecznie marudził.
Wam wszystkim świętym zawsze pomyślny wieje wiatr w oczy, co im głód nieba na sucho uchodzi. A mnie wciąż zbyt grzesznie i ciągle nie tak.
Dziwię się tym słowom, poukładanym tak, żeby się sobie dziwiły. Które sprawiają, że można zjeżdżać na sankach z Golgoty.
*** Nasza łódź jest z bambusa będziemy dobrze brzmieć pośród wód przynoszonych we wiadrach
jesień okadza nasz dom zapachem jabłek świętość na półeczce obok utartej bazylii
twarda pięta zna tajemnicę
ze zmarzliny glina nasze drzewa bujają w doniczce
Mały świat, w którym świętość stoi na półeczce obok utartej bazylii.
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że Wielki Korektor poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę
Wiecie o co chodzi bo w każdym bądź razie plany napięte czy róża w życie upięta nie jest na żarty?
Mały świat, w którym ktoś chce dokapać się własnej kałuży szczęścia.
Wielki Korektor nie chce dokapać się możemy okapać dokazać okazać dokopać i pokopać mały świat
Pieta
Tyle lat pięknych i przegadanych jak przegadane i piękne są niektóre frazy
Zamiast zbierać kwiaty pisałam o kwiatach
To odważne tak pisać wiersze żeby się nie bać że on poprawi nam pietę na piętę lub piętę na pietę a młodą poetkę na starą kobietę
***
Agnieszka Wesołowska, Niefrasobliwa
Wydawnictwo: Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział Warszawa
Opinie tych, którzy wiedzą lepiej niż ja:
Piotr Müldner-Nieckowski: Takich wierszy nie da się zaplanować. Kiedy autorce się zdarzały, były zapewne odkładane i czekały, aż zdecyduje się na nie jakaś szczególna książka. Okazały się traktatem o pewnym stanie psychiki, o niefrasobliwości. Ale nie beztrosce. Są czymś w rodzaju studium wolności
Krzysztof Bielecki: Ani to konstrukcja, ani dekonstrukcja świata. Agnieszkę Wesołowską pociąga świat rozproszony. Człowiek rozproszony. Ulegający baśni. Złudzeniu. Czemukolwiek, co mogłoby istnieć. W poetyckim rozmarzeniu nawet istnieć powinno, ale… nie istnieje.
Agnieszka Wesołowska urodziła się w 1984 roku. Związana była z pismem literackim Łabuź, wydawanym w Łobzie na Pomorzu Zachodnim. Tam też mieszkała od urodzenia, potem przez jakiś czas w Szczecinie, Krakowie i Poznaniu. Ukończyła Uniwersytet Pedagogiczny im. KEN w Krakowie, Wydział Pedagogiczny. Od kilku lat znowu mieszka w Łobzie. Autorka arkuszy i książek poetyckich, m.in. Ars vitae. Listy do nieszczęśliwych (Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2008); Dwuznaczny (Książnica Pomorska, Szczecin 2000; wyróżnienie im. K. Iłłakowiczówny za książkowy poetycki debiut roku); Zgubić pytania (Żebracza Inicjatywa Wydawnicza Klubu Literackiego Łabuź, Łobez 1999). Współpracowała z Polsko-Niemieckim Towarzystwem Literackim (Verein zur Förderung der Deutsch-Polnischen Literatur) WIR. Publikowała w różnych czasopismach (m.in. w „Pograniczach”, „Zeszytach Literackich”, „Dekadzie Literackiej”). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
Pisała też czasem u mnie na blogu. Ale nie tu. Dawno. Nieprawda. Na mitycznym blogu, zwanym Kura…
Uwaga – niebieskie fragmenty wpisu to wiersze i cytaty z tomiku Niefrasobliwa Agnieszki Wesołowskiej
Sen Trzech króli, 1120-30, fragment kapitelu z Katedry Saint-Lazare, Autun, Francja
Uwaga – wpis obrazoburczy. Czytacie na własną odpowiedzialność.
Ewa Maria Slaska
Mędrcy świata, monarchowie, gdzie śpiesznie dążycie? Powiedzcież nam Trzej Królowie, chcecie widzieć Dziecię? Ono w żłobie nie ma tronu, i berła nie dzierży, a proroctwo jego zgonu, już się w świecie szerzy.
Mędrcy świata, złość okrutna, Dziecię prześladuje, wieść okropna, wieść to smutna, Herod spiski knuje. Nic monarchów nie odstrasza, do Betlejem spieszą, gwiazda zbawcę im ogłasza, nadzieją się cieszą.
Przed Maryją stoją społem, Niosą Panu dary. Przed Jezusem biją czołem, składają ofiary. Trzykroć szczęśliwi królowie, Któż wam nie zazdrości? Cóż my damy, kto nam powie, pałając z miłości.
Oczywiście wszyscy wiemy, że Trzej Królowie to pozostałość po starożytnych triadach bogiń i bogów. W trójcy bogiń były zawsze Dziewica, Nimfa, czyli Matka i Starucha, Pani Piekieł. Trójca męskich bogów naśladowała triady kobiece i składała się z Boga Początku, Boga Życia i Boga Śmierci. Byli to trzej osobni bogowie. Dopiero chrześcijańska Trójca Święta, ta, którą dobrze znamy, a która składa się z Ojca, Syna i Ducha Świętego, uważa te trzy elementy triady za emanacje tej samej Istoty. W gruncie rzeczy ta stosunkowo niedawna interpretacja starożytnego prototypu, tylko nieznacznie przesuwa akcenty – najważniejszy staje się Bóg Ojciec, który i daje życie, i go pilnuje i może je odebrać. Syn i Duch są tylko pobocznym uzupełnieniem, ale teologowie nic na to nie mogą poradzić, że my, ludzie z jaskiń, wciąż jeszcze potrzebujemy trzech pradawnych bogów – Boga Piorunów, Boga Polowań i Boga Śmierci. I że, jak głębiej pogrzebiemy w naszych lękach i magicznych zabiegach, to okaże się, że są to starsze od Trzech Bogów Trzy Boginie – Kora, Potnia i Hekate.
Trzy księżniczki baktryjskie
Jedyną (chyba) religią, która konsekwentnie zlikwidowała starożytne triady był ustanowiony przez faraona rebelianta – Echnatona kult Jedynego Atona, przejęty przez Mojżesza i “wyprowadzony” z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Echnaton rządził zbyt krótko, by jego koncepcja Boga Jedynego zdążyła się ugruntować i przetrwać. Ale Żydzi mieli dość czasu i to tam właśnie, w Ziemi Obiecanej, utrwaliła się religia oparta na KONCEPCJI boga, który był jedyny i którego Prawo zostało zapisane w Księdze.
Izraelici czcili więc wymyślonego jednego Boga, jednoosobowego i jedynego, o którym mówili Jahwe, który był Obcy, Daleki, Bezimienny. Był on surowy i chyba nie mógł inaczej, musiał karać za odstępstwo, bo odstępstwo było łatwe, znajome, naturalne. Trzy Boginie lub Trzej Bogowie byli zawsze, Ten Jeden Bóg był Nieznany i Obcy, co gorsza jego pierwszą wersję ich przodkowie poznali w Egipcie, Kraju Niewoli. Ten Obcy Bóg groził karami za czczenie bogów okolicznych narodów.
Ja jestem Jahwe, Twój Bóg, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli.
Nie będziesz miał innych bogów obok mnie.
Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!
Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył, ponieważ Ja Jahwe, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą.
Okazuję zaś łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań.
Nie będziesz wzywał imienia Boga twego, Jahwe, do czczych rzeczy, gdyż Jahwe nie pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych rzeczy.
My to znamy na pamięć w wersji uproszczonej do nierozpoznania: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Ci cudzy bogowie często pojawiali się jako triady, trójce bogów.
Rzym: Trójca Kapitolińska Jowisz, Junona i Minerwa
Hinduizm: Brahma (Kriszna), Wisznu, Sziwa
Chiny: Fu Lu Shou (trójca bóstw gwiezdnych) Fuxing bóg szczęścia, Shouxing bóg długowieczności i Luxing bóg kariery
Niektóre triady zrastały się w jedną trójosobową postać, jak potrójna Hekate albo trójca prasłowiańska tzw. „Trzygłów” (Triglav)
Hekate Potrójna i Trzygław, rzeźba współczesna z Parku Słowiańskiego na Wolinie.
Chrześcijaństwo przywróciło więc tylko starożytną trójcę, tracąc tym samym cechę podstawową religii monoteistycznej – Jedynego Boga. I choćbyśmy się nie wiem jak zaklinali i bożyli, że jak “bonie dydy”, wierzymy w Jednego Boga, to przypomnijmy sobie Wyznanie Wiary, czyli Credo:
Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, Święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.
C.b.d.o.
***
We Włoszech z kolei… ale to niech już opisze znawca Włoch, czyli cytowany już tu wielokrotnie Jacek Pałasiński:
Jesteście, P.T. Czytelnicy gotowi? Nie? No to hajże po skarpetę! Dzisiejszej nocy odwiedzi Was pewna brzydka starucha. Upewni się, czy śpicie i wedrze się do waszego domu, a jak się okaże, że głosowaliście na szajkę (tak autor określa tych, co u władzy – przyp. EMS), to do skarpety nawrzuca wam węgla. Rosyjskiego, oczywiście, z Donbasu, oczywiście, bo szajka zasiarczony węgiel z Ludowych Republik Ługańskiej i Donieckiej przedkłada ponad inne. A jeśli byliście grzeczni, chodziliście na manifestacje, dezawuowaliście przestępstwa, machlojki i oszustwa szajki, to może starucha wrzuci wam do zawieszonej na kominku skarpety cukierka. Starucha ma na imię Befana. A „Befana”, to takie włoskie, ludowe przekoślawienie oryginału, czyli ἐπιφάνια, epifania, a epifania to objawienie. W tym wypadku objawienie boskiej natury dzieciątka Jeszua trzem mędrcom ze Wschodu, który, śledząc „gwiazdę” (Mt 2,1-12.16), przynieśli boskiemu Dziecięciu dary: złoto, kadzidło i mirrę, a kto nie wie do dziś, co zacz mirra, niech podłubie w źródłach. W suku w Damaszku straganiarze oferowali mirrę i D.O. oczywiście kupił, ale gdzieś mu się w licznych przeprowadzkach zadziała. Giotto przedstawił „gwiazdę” jako kometę, prowadzącą Trzech Mędrców (zupełnie niepoprawnie zwanych „królami”) do stajenki w Bet Lehem, co po hebrajsku oznacza dosłownie „Dom Chleba”, czyli po prostu piekarnię. No bo Giotto był w 1301 r. świadkiem „przebiegu” po nieboskłonie komety Haleya i tak mu się skojarzyło. Ale od tego czasu nikt inaczej owej „gwiazdy” betlejemskiej inaczej nie przedstawiał, jak tylko kometę, co jest bez sensu, bo gwiazda i kometa to są dwa zupełnie odmienne ciała niebieskie. Do dziś mędrcy (choć nie tamci trzej, ze Wschodu) zachodzą w głowę, cóż to mogło być za światło, które Trzech Mędrców prowadziło, bo, jakby tu powiedzieć, „gwiazda” na pewno nie. Może jakieś małe UFO? „Epifania” to termin, używany przez Kościoły zachodnie, te wschodnie, nieco mniej od zachodnich heretyckie, na objawienie boskiej natury Jeszuy, używają bardziej precyzyjnego terminu „Teofania”. Z kolei muzułmanie używają terminu „epifania” na pojawienie się na końcu czasów ludzi wezwanych przez Allaha, którzy położą kres niesprawiedliwościom i niedoskonałościom gatunku ludzkiego. Drodzy muzułmanie, co, wy gazet nie czytacie? Tacy ludzie już się objawili, nazywają się „szajka”, a jak nie wierzycie, to obejrzyjcie wiadomości w kurwizji (https://tvn24.pl/…/afera-mailowa-nowa-odslona-mail-z…). W każdym razie we Włoszech z „epifanii” najpierw zrobili „bifanię”, a potem „befanię”, skąd już tylko krok do Befany. Befana ma źródła mało chrześcijańskie, dlatego w Kościele łatwego życia nie miała. Wywodzi się z hellenistycznej odmiany mitraizmu, dla którego 12 dni po równonocy zimowej, w Saturnaliach jako Diem Natalis Solis Invicti, obchodzono w Cesarstwie Rzymskim równocześnie, jako święto śmierci oraz święto odrodzenia Matki Natury. Rzymianie wierzyli, że przez te 12 dni (a raczej nocy) kobiety latają nad polami, by dodać im siły rozrodczej. 12 dnia umierały dla Rzymian zeszłoroczne plony, a te, przygotowane pod wiosenny zasiew, nabierały ducha, który sprawi, że w ziemi się odrodzą i rozmnożą. I właśnie Befana była jedną z tych kobiet, latających nad polami, by dać im płodność. Bogiem a prawdą to zastąpiła Dianę, która wcześniej dokonywała tych nalotów. Befana odpoczywała w ludzkich domach i osądzała ich mieszkańców: dobrych nagradzała, złych karała. Aha: ten 6 stycznia, w którym mędrcy mieli dotrzeć do betlejemskiej stajenki, to nie jest wynalazek wczesnochrześcijański; datę tę zaproponował pod koniec IV w. święty Epifaniusz z Salaminy, przez Kościoły wschodnie uważany za ojca Kościoła. Dzisiaj by sprawiał mnóstwo kłopotów, bo energicznie przeciwstawiał się kultowi Maryi i równie energicznie zwalczał kult obrazów. (D.O. nieodmiennie namawia do przeczytania w Wikipedii hasła „Dekalog” i odbycia refleksji, jak też to się stało, że Kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza zachodni, spokojnie wyeliminowały sobie Drugie Przykazanie Boże i, żeby się liczba zgadzała, podzieliły na dwa Przykazanie Dziewiąte, każąc wiernym wierzyć, że Pan Bóg zstąpił na Ziemię, by dać rodzajowi ludzkiemu Przykazanie o treści „ani żadnej rzeczy, która jego jest”). Ufff… No, dobrze, możesz, Czytelniku, zapomnieć o skarpecie dla Befany, ale nie zapominaj, żeby się przyzwoicie zachowywać i nie sprzedawać ojczyzny za 500 srebrników.
***
O!, poważnie się zrobiło. Oczywiście nie sprzedamy. Obyśmy jednak nie zapomnieli, że święto to jednak święto, przypomnę tu dwa królewskie wypieki pieczone z okazji święta Trzech Króli – Ciasto Królewskie i Szczodraki:
Ten wypiek nieco przypomina rogale marcińskie – jest to ciasto francuskie nadziewane masą migdałową. Z kolei szczodraki to drożdżowe ciastka nadziewane kapustą, czyli coś w rodzaju kulebiaczków, albo czymś na słodko, np. dżemem albo masą sernikową. Czyli też jakaś odmiana rogali marcińskich.
I w szczodrakach i w cieście królewskim coś się zapieka – figurkę, migdał, ziarnko fasoli. Osoba, która znajdzie zapieczonego fanta, zostaje królem, fasolowym, migdałowym, karnawałowym. Królem. A ten król to wzór postaci Sancho Pansy i jego nadziei na gubernatorstwo wyspy. Pisałam już o tym kilkakrotnie (np. TU), ale nigdy nie zawadzi przypomnieć.
Jakob Jordaens, Fasolowy Król (1640 – 1645)
Pewien młody człowiek poinformował swoją mamę, a ona mnie, że obecnie w Berlinie pojawił się od dawna znany w Niemczech północnych nowy sposób wybierania króla karnawału: kupuje się pączki w cukierni i je się tak długo, aż się trafi na pączek nadziany musztardą. Tak się zostaje Musztardowym Królem.
***
Dodatki od Czytelniczek i Czytelników nadesłane w ciągu dnia:
Ela Kargol o naszej dzisiejszej wyprawie do malarza, Wiesława Fiszbacha – ma nas trzy sportretować, a my się postanowiłyśmy pokazać w naszej prawdziwej postaci:
Powiedzcież nam trzy królowe, gdzie spiesznie dążycie? do artysty, het na Neukölln umilić mu życie!!!
(Dodatek od Adminki: poszłyśmy do Wiesława Fiszbacha, a o nim będzie na samym dole)
ElaEwaKrysia
Mietek Węglewicz
Trzech Króli (kolęda)
Idą mędrcy wschodu, przez calutki świat dookoła globu dwa tysiące lat Czy pustynia, czy oaza mróz, czy żar się leje Kacper, Melchior i Baltazar idą do Betlejem Baltazara boli kostka Kacper łapie dech Melchior mówi ,,łaska boska że nie sam, we trzech” Idą trzej królowie, dwa tysiące lat i dziękują Bogu za ten piękny świat
Ewa Maria Slaska upiekła szczodraki, a Ela Kargol przypomniała poprzednie świętowania Trzech Króli
To jeszcze ja, Adminka: W szczodrakach zapiekłam słodkie nadzienie z makiem, orzechami i migdałami, po to by nam się dobrze wiodło. Był też jeden cały orzech. Królową Orzechową została Krysia!
*** Trzej Królowie to nie tylko koniec okresu świątecznego w chrześcijaństwie, ale praktycznie rzecz biorąc w każdej religii na świecie, która raczyła zauważyć zjawiska na niebie i ziemi, takie jak przesilenie zimowe, czy przybywanie dnia “na barani skok”. W tradycji słowiańskiej okres ten nazywał się Szczodre Gody. Stąd szczodraki. Niech się nam wszystkim szczodrze wiedzie! ***
A to nasz wczorajszy Karnawałowy Król, Wielki Gubernator Baratarii w Berlinie, artysta Wiesław Fiszbach:
According to a story widely held in Waltham Abbey, and repeated on many websites, the ‘wild bells’ in poem were the bells of the Abbey Church. Tennyson was staying at High Beach in the vicinity and heard the bells being rung on New Year’s Eve.
It is an accepted English custom to ring English Full circle bells to ring out the old year and ring in the new year over midnight on New Year’s Eve. Sometimes the bells are rung half-muffled for the death of the old year, then the muffles are removed to ring without muffling to mark the birth of the new year. In some versions of the story it was a particularly stormy night and the bells were being swung by the wind rather than by ringers, but this is highly unlikely given the method of ringing English full circle bells, which requires a considerable swinging arc before the clappers will strike the bell.
Ring out, wild bells, to the wild sky, The flying cloud, the frosty light: The year is dying in the night; Ring out, wild bells, and let him die.
Ring out the old, ring in the new, Ring, happy bells, across the snow: The year is going, let him go; Ring out the false, ring in the true.
Ring out the grief that saps the mind For those that here we see no more; Ring out the feud of rich and poor, Ring in redress to all mankind.
Ring out a slowly dying cause, And ancient forms of party strife; Ring in the nobler modes of life, With sweeter manners, purer laws
Ring out the want, the care, the sin, The faithless coldness of the times; Ring out, ring out my mournful rhymes But ring the fuller minstrel in.
Ring out false pride in place and blood, The civic slander and the spite; Ring in the love of truth and right, Ring in the common love of good.
Ring out old shapes of foul disease; Ring out the narrowing lust of gold; Ring out the thousand wars of old, Ring in the thousand years of peace.
Ring in the valiant man and free, The larger heart, the kindlier hand; Ring out the darkness of the land, Ring in the Christ that is to be.
A translation into Swedish by Edvard Fredin called ‘Nyårsklockan’ – ‘The New Year’s Bell’ – is recited just before the stroke of midnight at the annual New Year’s Eve festivities at Skansen in Stockholm. This tradition began in 1897 when the young Swedish actor Anders de Wahl was asked to recite the poem. De Wahl then performed the poem annually until his death in 1956. Since 1977 the Swedish national public TV broadcaster, SVT, has aired the event live, and the first to read the poem on television was the actor Georg Rydeberg. The show turned out to be a major success, and watching it on New Year’s Eve quickly became a nationwide tradition. Rydeberg recited the poem until his death in 1983. After that many famous Swedish actors and/or singers have recited the poem.
Georg Rydeberg 1977 – 1982
Jarl Kulle 1983 – 1996
Margaretha Krook 1997 – 2000
Jan Malmsjö 2001 – 2013
Loa Falkman – 2014
Malena Ernman – 2015
Pernilla August – 2016
Krister Henriksson – 2017
It should be noted that the Swedish translation differs significantly from the English original. Inspired by the Swedish tradition, auto manufacturer Volvo used the poem in a 2016 New Year’s Eve advertisement (TU).
***
Jaka piękna historia. Bardzo mnie kiedyś poruszyła i dlatego od kilku lat co roku publikuję na blogu wpis, w którym musi się znaleźć noworoczny poemat Alfreda Tennysona. Gdy zaczęłam tę “nową, świecką tradycję”, chciałam znaleźć polskie tłumaczenie wiersza, ale mi się nie udało. Przetłumaczyłam go więc sama i poprosiłam kilku przyjaciół o tłumaczenie. Oto nasze tłumaczenia
Dzikie dzwony
Lech Milewski
Dzwońcie dzikie dzwony, do dzikiego nieba, Do płynącej chmury, do mroźnego światła: Rok umiera tej nocy; Oddzwońcie to i dajcie mu umrzeć.
Oddzwońcie precz stare, zadzwońcie na nowe, Dzwońcie radośnie poprzez śnieg; Rok odchodzi, dajcie mu odejść; Oddzwońcie precz fałsz, zadzwońcie dla prawdy.
Oddzwońcie precz smutki, co zatruwają myśl o tych, których już nie zobaczymy. Oddzwońcie precz waśnie bogatych i biednych, Zadzwońcie na naprawę całej ludzkości.
Oddzwońcie precz zbyt wolno umierające przyczyny i stare formy plemiennych walk; Zadzwońcie oznajmiając szlachetny styl życia łagodniejsze obyczaje, czystsze prawa.
Oddzwońcie precz biedę, troskę, grzech, bezbożne zimno naszych czasów; Oddzwońcie precz me żałobne rymy Zadzwońcie na poetę wyższej próby.
Oddzwońcie precz fałszywą dumę i krew, Ludzkie oszczerstwa i złośliwości; Zadzwońcie na miłość prawdy i sprawiedliwości, na powszechną miłość dobra.
Oddzwońcie precz złośliwe choroby, Oddzwońcie precz żądzę złota, Oddzwońcie precz tysiąc lat wojen. Zadzwońcie na tysiąc lat pokoju.
Zadzwońcie na dzielnego, wolnego człowieka, Na wielkie serce i łagodną dłoń; Oddzwońcie precz ciemność świata, Zadzwońcie na nadejście Chrystusa.
Tibor Jagielski
Bijcie dzikie dzwony, w dzikie niebo, Mroźnego światła chmura mknie; Tej nocy rok kończy swój ostani dzień; Bijcie dzikie dzwony, na śmierc dzwońcie jego.
Bijcie w to stare, na nowe dzwońcie, Bijcie, szczęśliwe, poprzez śnieg Pozwólcie mu odejść, rok kończy bieg; Bijcie w fałsz a prawdę głoście.
Bijcie w zgryzoty siły niszczące Tak aby nigdy nie powróciły, Bijcie w walki bogatych z biednymi, Na pomoc całej ludzkości dzwońcie.
Bijcie w umierające wolno spory i walki partii starodawnych; Głoście szlachetne formy życia, Miłych idei, czystych praw.
Bijcie precz grzech, strapienie, nędzę, Niewierny i zdradziecki naszych czasów los I w moje smutne rymy uderzajcie, bijcie, Obudźcie lepszą w nich poezję.
Bijcie w fałszywą dumę z pochodzenia, Bijcie i w zawiść i w nikczemność; Dzwońcie miłości prawa z prawdą Dzwońcie powszechnej wierze w dobro.
Bijcie w te kształty starych plag i znoju, Bijcie w sknerstwo i w złota chuć; Bijcie w tysiące zakończonych wojen, Dzwońcie na tysiąc lat pokoju.
Dzwońcie odważnym, wolnym, prawym, O większym sercu, czulszej dłoni. Uderzcie w ciemność w kraju naszym, A Chrystusowi dzwońcie, aby zstąpił.
Ewa Maria Slaska
Dzwońcie dzwońcie dzikie dzwony Pędzą chmury mroźne światło Rok umiera rok miniony Dzwońcie, pozwólcie mu umrzeć
Dzwońcie rok stary dzwońcie nowy Dzwońcie radośnie w śnieżną dal Rok odszedł a my mu odejść zwolimy Dzwońcie prawdę dzwońcie precz fałsz
Dzwońcie precz smutek co ducha zżera I dla tych których nie ujrzeć nam Dzwońcie bogatym i dzwońcie biednym Dzwońcie bo nowy świat kładzie strój
Dzwońcie niech znikną więzy stare By starych kajdan gorset szczezł Dzwońcie na nowe szlachetne życie Obyczaj czysty i prawości wiek
Dzwońcie precz troski pragnienia żądze Bieg czasu bez wiary zimny jak lód Dzwońcie na zgubę mych smutnych rymów Dzwońcie by nowy narodził się bard
Dzwońcie na odwrót fałszywej dumy Przeciwko kłamstwu mściwych szuj Dzwońcie dla prawdy dzwońcie dla dobra Dzwońcie w imię powszechnej miłości
Dzwońcie aż zgniła zemrze zaraza Dzwońcie na przekór tym co złota chcą Dzwońcie na wieczny wojny pohybel Dzwońcie na pokój i spokój u wrót
Dzwońcie na wolność dzwońcie Hart ducha co serca otwiera i dłonie Dzwońcie by zginął na świecie mrok Dzwońcie by nadszedł Chrystus król
Dwukrotnie przed świętami spotkałam się z Don Kichotem w Berlinie – raz w operze i raz w teatrze, przypomniałam też słuchowisko i grafiki Czesława Tumielewicza. Jeśli myślicie, że to koniec, to zapewniam Was, że nie, to nie koniec.
W zakupach przedświątecznych znalazła się butelka białego hiszpańskiego wina La Mancha i wierzcie mi, nie szukałam specjalnie. Była w zwykłym sklepie.
Podczas świątecznej wizyty w muzeum zobaczyliśmy wiatrak van Gogha z roku 1886 (to ten słynny Wiatrak La Galette na Montmartrze, malowany również przez innych malarzy, w tym najsłynniejszy – Renoira) i obraz Honore Daumiera Don Kichot z Sancho Pansą z 1866 roku.
W świątecznej lekturze znalazła się natomiast taka oto informacja z Wikipedii:
Дон Кихот (Don Kichot) 4-aktowa sztuka teatralna wg Cervantesa autorstwa sowieckiego pisarza Michaiła Bułhakowa, autora kultowej powieści Mistrz i Małgorzata. Bułhakow ukończył pisanie Don Kichota 18 grudnia 1938 roku. Bułhakow znał hiszpański, czytał Cervantesa w oryginale i kochał Don Kichota. Jednak nie doczekał wystawienia swojej sztuki. Umarł 10 marca 1940 roku, a premiera odbyła się 15 marca 1941 roku w Teatrze Alexandrinskim w Leningradzie.
Jak każda współczesna wersja Don Kichota, również wersja Bułhakowa jest znacznie skrócona, zostaje oczywiście walka z wiatrakami, jeden lub dwa napady na podróżnych, które nieodmiennie kończą się wybatożeniem lub pobiciem błędnego rycerza i jego giermka oraz wizyta u księcia i księżnej, którzy mianują Sancho Pansę gubernatorem wyspy (остров Баратария). Podobnie jak u Cervantesa, giermek okazuje się sprawnym i sprawiedliwym sędzią i wyznającym ideały demokracji prawodawcą, rezygnuje jednak z funkcji i wraca do swojego pana. Natomiast oryginalnym pomysłem Bułhakowa jest wprowadzenie do akcji siostrzenicy rycerza, Antonii, która przebiera się za księżniczkę i udaje się na poszukiwanie wujaszka. Towarzyszy jej w tym przedsięwzięciu Szymon Carasko, bakałarz, który podaje się za rycerza i wyzywa Don Kichota na pojedynek. Don Kichot natychmiast się zgadza, Carasko głosi bowiem, że najpiękniejszą damą jest jego wybranka, księżniczka Antonia, podczas, gdy oczywiście tytuł ten należy się Dulcynei z Toboso. Carasko umawia się, że ten kto zwycięży, ma prawo zadecydować o dalszych losach pokonanego przeciwnika. Carasko zwycięża, Antonia zajmuje się wujem, zdradza mu, kim jest i zabiera go do domu. Po drodze Don Kichot przyznaje Antonii, że jest jednak ładniejsza niż Dulcynea.
***
No i ostatnia wiadomość przedświąteczna z Baratarii (tu):
Wyspa Piel (Poel) w Anglii (nieopodal wyspy Man) na morzu pomiędzy Anglią a Irlandią poszukuje nowego zarządcy, który musi również prowadzić pub i otrzyma tytuł… króla! Podczas intronizacji na głowę króla wylana zostanie beczka… piwa.
Wyspa ma 20 hektarów powierzchni i nikt na niej nie mieszka oprócz króla i turystów.