SI u fryzjera

Ewa Maria Slaska

Poszłam do fryzjera. W czasie pandemii to jednak wielki ewenement. Wyszłam ostrzyżona na Andę Rottenberg.

Strzygła mnie wspaniała polska anarchistka i pankówa, świetna berlińska cheerleaderka, a na dodatek fantastyczna wizażystka, która w maju będzie zdawała egzamin fryzjerski.

W Berlinie zbierało się na pierwszą wiosenną burzę z piorunami. Widok za oknem przypominał jakiś nieznany obraz Magritte’a.

Naokoło mnie cicho poruszały się jakieś ludzkie i nieludzkie istoty. Wszystkie miały blade twarze i ciemne włosy, niektóre były żywe, miały ręce i nogi, inne miały tylko głowy. Sztuczna inteligencja, pomyślałam, oto jest przyszłość, która nas czeka.

W książce Yuvala Noaha Harariego 21 lekcji na XXI wiek jest rozdział poświęcony sztucznej inteligencji, która będzie lepiej niż my wiedziała, jakie mamy wybrać studia, z kim się ożenić (lub za kogo wyjść za mąż) i jakiej chcemy słuchać muzyki. Ba, będzie nam tę muzykę komponowała tak, by to, co słyszymy, najlepiej nam odpowiadało (i, jeśli tego potrzebujemy) optymalizowało nasze nastroje (tak, byśmy zamiast cierpieć po odejściu ukochanej osoby, w pełni sił umysłowych i duchowych mogli poświęcić się w naszym miejscu pracy – jeśli jeszcze będziemy je w ogóle mieli – produkcji czekoladek – to opcja dla inżynierów lub techników, lub systemom filozoficznym programującym samochody autonomiczne – opcja dla filozofów). Tak czy owak nie będziemy sobie zawracali głowy takimi sprawami jak leczenie raka lub wybór fryzury do trumny, bo SI (Sztuczna Inteligencja) zrobi to za nas znacznie lepiej i sprawniej. Już w tej chwili możemy zdać się na komputer, po to, by algorytm ocenił naszą twarz i jakość włosów i wybrał nam optymalną fryzurę. Ale oczywiście, wszyscy to wiemy z filmów science fiction, sztuczna inteligencja na tym nie poprzestanie.

W miarę jak naukowcy będą pogłębiali wiedzę na temat sposobu dokonywania wyborów przez ludzi, pisze Harari (s. 81), pokusa zdania się na algorytmy będzie przypuszczalnie coraz silniejsza. Zhakowanie ludzkiego procesu podejmowania decyzji nie tylko zwiększy niezawodność opartych na big data algorytmów, lecz zarazem doprowadzi do tego, że mniej niezawodne staną się ludzkie uczucia. Gdy rządom i korporacjom uda się zhakować ludzki system operacyjny, zostaniemy wystawieni na potok precyzyjnie kierowanej manipulacji, reklamy i propagadny. Wpływanie na nasze opinie i emocje może stać się tak proste, że będziemy zmuszeni zdać się na algorytmy – tak samo jak pilot, który w czasie lotu dostał akurat zawrotu głowy, musi więc całkowicie zignorować to, co mu mówią własne zmysły i całkowicie zaufać aparaturze.

Podobnie jak możemy już dzisiaj uzyskać opinię algorytmu na temat naszej fryzury, makijażu czy diety, również już dzisiaj możemy się przejechać samochodem autonomicznym, zrobić zdjęcia naszej posiadłości dronem (oczywiście, jeśli “posiadamy posiadłość”) lub polecieć na Majorkę, doskonale wiedząc, że piloci siedzą tylko w kokpicie i patrzą na ekrany, a samolot prowadzi system pilotażowy zwany autopilotem. Możemy więc powiedzieć, ach co tam, po prostu to, co już znamy, udoskonali się, niedługo każdy z nas będzie miał idealnie dopasowaną do oczu fryzurę i każdy autopilot bez problemów wyląduje awaryjnie na rzece Hudson, co jeszcze w roku 2009 było uważane za niezwykły kunszt pilota Chesleya Sullenbergera. Ale, pisze dalej Harari, w niektórych krajach i niektórych kwestiach ludzie mogą nie mieć zupełnie wyboru i zostaną zmuszeni do podporządkowania się decyzjom algorytmów opartych na big data. Nawet jednak w społeczeństwach uchodzących za wolne algorytmy mogą zdobyć władzę, ponieważ doświadczenie nauczy nas ufać im w coraz większej ilości sytuacji i stopniowo stracimy zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Znamy? Nic nas nie zaskoczy? To popatrzmy dokąd nas prowadzi przewidywanie Harariego. Z chwilą, gdy sztuczna inteligencja stanie się lepsza od nas w podejmowaniu decyzji w sprawie naszej kariery i naszych związków, będzie się musiało zmienić nasze pojęcie ludzkości, a nawet życia. Przywykliśmy myśleć o życiu jako o dramacie podejmowania decyzji. Demokracja liberalna i kapitalizm wolnorynkowy traktują jednostkę jako niezależny podmiot, który nieustannie dokonuje wyborów (…). Na dramacie podejmowania wyborów skupiona jest też teologia, która uzależnia wieczne zbawienie lub potępienie od naszych postępków, czyli wyborów. W świecie algorytmów to wszystko zostanie pozbawione sensu. Nawet nie będzie co czytać, bo stracimy rozeznanie, o co właściwie chodzi ludziom, o których czytamy, gdy targają nimi wątpliwości czy namiętności. Być, albo nie być? Co to za pytanie.

Ale i to jeszcze nie jest koniec wizji przedstawionej przez Harariego.

Już umiemy produkować samonaprowadzające się pociski i noktowizory, pozwalające odkryć ukryte w ciemnościach żywe istoty. Zabójcze roboty, skoro zostały wymyślone przez autorów SF, albo już naprawdę istnieją, albo zaraz zostaną stworzone, bo jak wiemy, wszystko, co człowiek pomyśli, inny człowiek może zrealizować. Uzbrojony w zabójcze roboty bezwzględny dyktator (s. 94) nie będzie musiał obawiać się, że jego żołnierze odmówią wykonania rozkazów. Roboty, twierdzi Harari, w zarodku zdusiłyby Rewolucję Francuską i Arabską Wiosnę Ludów. Jeszcze gorszy od zabijających maszyn będzie docierający wszędzie monitoring, czyli realizacja orwellowskiej powieści Rok 1984. Ale, ostrzega Harari, może się nam zdarzyć coś, czego nawet Orwell nie przewidział (s. 95) – reżim totalnej inwigilacji, który nie tylko śledzi nasze poczynania, ale będzie obserwował nasze wewnętrzne doznania. Bo np., co mógłby zrobić z użyciem takiej techniki reżim Kima w Korei Północnej. Każdy obywatel mógłby zostać zmuszony do noszenia bransoletki biometrycznej, kontrolującej wszystko, od kroku do toalety, po ciśnienie krwi. Jeśli więc u kogoś, kto spojrzy na zdjęcie dyktatora, czujniki wykryłyby charakterystyczne objawy złości – nazajutrz rano taki człowiek znalazłby się w obozie koncentracyjnym.

I tak dalej, jak w momentach, gdy wywód mógłby się stać rozwlekły i nudny, zwykł był pisać mój ulubiony autor, Kurt Vonnegut.

I tak dalej, kochani Czytelnicy.

Polka niepodległa

Anna Krenz (Dziewuchy Berlin)

List do polityków / Brief an die Politiker: 2021 bobowska list

Irena Bobowska – Die vergessene Heldin / Zapomniana bohaterka
11 March 2021
Przypominamy o brakującej połowie dziejów. Nadajemy twarz herstorii. 

W naszych działaniach mówimy często o kobietach zapomnianych, anonimowych bohaterkach, jako, że w cywilizacji opartej na patriarchacie, historia pisana jest przez zwycięzców – mężczyzn. Zapisana historia opiera się na ciągu wojen, konfliktów, przemocy, gdzie dominują bohaterowie – generałowie, przywódcy, żołnierze, papieże. Im stawia się pomniki, o nich pisze.
Dopiero od ok 100 lat kobiety są pełnoprawnymi obywatelkami, dopiero od ok 100 lat mogą studiować i pracować w zawodzie. Tym bardziej, by nadgonić stracone lata, należy pisać i mówić o bohaterkach, też tych dnia codziennego. Nikt za nas tego nie zrobi.

Przez ostatnie lata w Berlinie odbywała się debata na temat miejsc pamięci i możliwej lokalizacji pomnika polskich ofiar nazizmu. Debata była długa, toczyła się wśród mężczyzn na różnych stanowiskach, wśród polityków, w Bundestagu. Kobiety, szczególnie młode, nie brały w niej udziału.

Kiedy Bundestag debatował pod koniec października 2020 na temat miejsca pamięci polskich ofiar nazizmu, my odprawiłyśmy ceremonię Dziadów (1.11.2020) pod Pomnikiem Polskiego Żołnierza i Niemieckiego Antyfaszysty (Volkspark Friedrichshain), przypominając w spektaklu postaci kobiet w historii, polityce i kulturze: https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Natomiast 11 listopada, w Święto Niepodległości Polski, nieformalnie zmieniłyśmy nazwę pomnika na Pomnik Walczących o Naszą i Waszą Wolność, ujmjując i podkreślając brakującą połowę społeczeńswa – kobiety*, które również walczyły, również przyczyniły się do odzyskania niepodległości Polski, ale nie wspomina się o nich na kartach historii. Podobnie o wolność walczą kobiety w Polsce dziś. I im poświęcamy również symboliczną przestrzeń wolności.

Z powodów politycznych odmówiono nam (w ostatniej chwili) udziału w uroczystym zasadzeniu Drzewa Polonii w grudniu 2020, podczas którego planowałyśmy odczytać wiersze polskich migracyjnych poetek – w tym, Ireny Bobowskiej. Dla Biura Polonii poezja kobiet okazała się problematyczna. Dlatego…

Podczas performance, jaki zorganizowałyśmy 8 marca 2021 w Berlinie, przypomniałyśmy postać poznańskiej antyfaszystowskiej działaczki, Ireny Bobowskiej (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee). We wrześniu 1942 r. przed gilotyną w berlińskim więzieniu Plötzensee stanęła Irena Bobowska, młoda poznańska poetka, w wieku 22 lat skazana na karę śmierci za wydawanie niepodległościowej gazety Pobudka.

W wieku dwóch lat przeszła chorobę Heinego-Medina, w wyniku której do końca życia jeździła na wózku inwalidzkim. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Nenią. Po klęsce wrześniowej 1939 r., już w pierwszych tygodniach okupacji Irena Bobowska przystąpiła do działalności konspiracyjnej pod pseudonimem „Wydra”. Od listopada 1939 r. stała na czele redakcji podziemnego pisma pt. Pobudka. Irena zajmowała się także pisaniem artykułów oraz powielaniem i kolportażem gazet – do tego służył jej wózek inwalidzki. Przewoziła w nim także broń.

20 czerwca 1940 r. została aresztowana przez Niemców wraz z pozostałymi członkami redakcji Pobudki i osadzona w Forcie VII w Poznaniu. Wówczas mogła jeszcze przesyłać rodzinie paczki z brudną bielizną i otrzymywać je wypełnione tylko chlebem, kilkoma dekagramami tłuszczu, cebulą oraz cukrem bądź słodkim pieczywem. Irena chowała w tych opakowaniach krótkie grypsy, w których pisała rodzinie, że wszystko jest w porządku. W Forcie VII zarekwirowano jej wózek inwalidzki, mimo że przez chorobę nie umiała chodzić. Była tam bita, głodzona i torturowana.

Następnie przeniesiono ją do więzienia we Wronkach, potem w Spandau, a w końcu do szpitala więziennego w Alt-Moabit, w Berlinie. Tam 12 sierpnia 1942 r. stanęła przed sądem wojskowym. W trakcie rozprawy pozwolono jej zabrać głos. Wypowiedź trwała 30 minut i nie było w niej ani jednego słowa usprawiedliwienia, czy prośby o ułaskawianie. Bobowska mówiła o czasie zaborów, germanizacji, okrucieństwach trwającej wojny. Otrzymała wyrok śmierci, który wykonano przez ścięcie na gilotynie 26 września 1942 r. Pozostawiła po sobie więzienne wiersze i wiele rysunków.

Wiersz Bo ja się uczę…, napisany w Forcie VII w Poznaniu, na wolność wyniosła w bucie jej ciotka, zwolniona z więzienia we Wronkach. Wiersz ten, pełen bólu, ale i nadziei, krążył anonimowo po więzieniach i obozach koncentracyjnych. Czytały go więźniarki w Oświęcimiu, czytały go więźniarki w powojennym Fordonie.

Przypominamy. Bo była istotna. Bo jest istotna.

****************
Bo ja się uczę największej sztuki życia:

Uśmiechać się zawsze i wszędzie
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!
Poznałam smak głodu
I bezsennych nocy (to było dawno),
I wiem, jak kłuje zimno,
Gdy w kłębek chciałbyś skulony
Uchronić się od chłodu.
I wiem, co znaczy lać łzy niemocy
W niejeden dzień jasny,
Niejedną noc ciemną.
I nauczyłam się popędzać myślami
Czas, co bezlitośnie lubi się dłużyć,
I wiem, jak ciężko trzeba walczyć z sobą,
Aby nie upaść i nie dać się znużyć
Nie kończącą zda się drogą…
I dalej uczę się największej sztuki życia:
Uśmiechać się zawsze i wszędzie,
I bez rozpaczy znosić bóle,
I nie żałować tego, co przeszło,
I nie bać się tego, co będzie!

(Fort VII, Poznań)

Wir erinnern Sie an die fehlende Hälfte der Geschichte. Wir geben Herstory ein Gesicht.

In unseren Aktionen sprechen wir oft über vergessene Frauen*, anonyme Heldinnen, denn in einer Zivilisation, die auf dem Patriarchat basiert, wird die Geschichte von den Siegern – Männern – geschrieben. Die aufgezeichnete Geschichte basiert auf einer Abfolge von Kriegen, Konflikten, Gewalt, in der Helden dominieren – Generäle, Führer, Soldaten, Päpste. Ihnen werden Denkmäler errichtet, über sie wird geschrieben.

Erst seit etwa 100 Jahren sind Frauen* vollwertige Bürgerinnen, erst seit etwa 100 Jahren können sie studieren und in ihren Berufen arbeiten. Um die verlorenen Jahre aufzuholen, ist es umso wichtiger, über Heldinnen zu schreiben und zu sprechen, auch über Alltagsfrauen. Niemand wird das für uns tun.

In den letzten Jahren gab es in Berlin eine Debatte über Gedenkstätten und den möglichen Standort eines Denkmals für polnische Opfer des Nationalsozialismus. Die Debatte war lang, sie fand unter Männern in verschiedenen Positionen statt, unter Politikern, im Bundestag. Frauen*, insbesondere junge Frauen*, nahmen daran nicht teil.

Als der Bundestag Ende Oktober 2020 über die Gedenkstätte der polnischen Opfer des Nationalsozialismus debattierte, veranstalteten wir am Vorabend des polnischen Soldaten und deutschen Antifaschisten (Volkspark Friedrichshain) die “Totenfeier” (1.11.2020) und erinnerten an die Figuren von Frauen* in Geschichte, Politik und Kultur in der Aufführung. > https://www.dziewuchyberlin.org/2020/10/27/bloody-week-all-saints-dziady/

Am 11. November, dem Unabhängigkeitstag Polens, haben wir den Namen des Denkmals informell in Denkmal für den Kampf für unsere und Ihre Freiheit geändert, um die fehlende Hälfte der Gesellschaft einzufangen und hervorzuheben – Frauen*, die ebenfalls gekämpft haben, haben ebenfalls zur Wiedererlangung der Unabhängigkeit Polens beigetragen, aber Sie werden auf den Seiten der Geschichte nicht erwähnt. Frauen in Polen kämpfen heute auf ähnliche Weise für die Freiheit. Und wir widmen ihnen auch einen symbolischen Raum der Freiheit.

> https://www.dziewuchyberlin.org/2020/11/10/11-11-2020-za-nasza-i-wasza-wolnosc-fur-eure-und-unsere-freiheit/

Aus politischen Gründen wurde uns (in letzter Minute) die Teilnahme an der feierlichen Pflanzung des Polonia-Baumes im Dezember 2020 verweigert, bei der wir die Gedichte polnischer Migrantinnen Dichterinnen – darunter Irena Bobowska – lesen wollten. Für die Biuro Polonii Verein erwies sich die Poesie der Frauen* als problematisch. Deswegen…

Während der Aufführung, die wir am 8. März 2021 in Berlin organisierten, erinnerten wir an Irena Bobowska (*3.9.1920 Poznań, +26.9.1942 Berlin, Plötzensee), eine polnische Dichterin, die während der nationalsozialistischen Besatzung Mitgliederin von Untergrundorganisationen in Posen war.

Am 26. September 1942 stand Irena Bobowska, eine junge Dichterin aus Posen, im Alter von 22 Jahren wegen Veröffentlichung der Unabhängigkeitszeitung „Pobudka“ zum Tode verurteilt, vor der Guillotine im Berliner Gefängnis Plötzensee.

Im Alter von 2 Jahren litt sie an der Heine-Medina-Krankheit, wodurch sie bis zu ihrem Lebensende im Rollstuhl fuhr. Sie wurde von ihrer Familie und ihren Freunden Nenia genannt.

Nach der Niederlage im September 1939 begann sie in den ersten Besatzungswochen unter dem Pseudonym “Wydra” unterirdische Aktivitäten. Ab November 1939 leitete sie die Redaktion der Untergrundzeitschrift “Anreiz”. Irena schrieb auch Artikel sowie vervielfältigte und verteilte Zeitungen – dafür war ihr Rollstuhl gedacht. Sie trug auch Waffen darin.

Am 20. Juni 1940 wurde sie von den Deutschen zusammen mit anderen Mitgliedern der Redaktion von “Pobudka” festgenommen und in Fort VII in Posen inhaftiert. Zu dieser Zeit konnte sie noch Päckchen mit schmutziger Wäsche an ihre Familie senden und sie nur mit Brot, ein paar Dekagrammen Fett, Zwiebeln und Zucker oder süßem Brot gefüllt erhalten. In diesen Paketen hielt Irena kurze Nachrichten, in denen sie ihrer Familie schrieb, dass alles in Ordnung sei. In Fort VII wurde ihr Rollstuhl beschlagnahmt, obwohl sie wegen einer Kinderkrankheit nicht laufen konnte. Sie wurde dort geschlagen, verhungert und gefoltert.

Dann wurde sie in das Gefängnis in Wronki, dann in Spandau und schließlich in das Gefängniskrankenhaus in Alt-Moabit, Berlin, gebracht. Dort wurde sie am 12. August 1942 vor ein Militärgericht gebracht. Während der Anhörung durfte sie sprechen. Die Erklärung dauerte 30 Minuten und es gab kein einziges Wort der Entschuldigung oder der Bitte um Verzeihung. Bobowska sprach über die Zeit der Teilung, die Germanisierung und die Gräueltaten des andauernden Krieges. Sie wurde am 26. September 1942 durch Guillotine Schneiden zum Tode verurteilt. Sie hinterließ Gefängnis Gedichte und viele Zeichnungen.

Das Gedicht “Weil ich lerne …”, geschrieben in Fort VII in Posen, wurde von ihrer Tante, die aus dem Gefängnis in Wronki entlassen wurde, in einem Schuh aus dem Gefängnis gebracht. Dieses Gedicht, voller Schmerz und Hoffnung, verbreitete sich anonym in Gefängnissen und Konzentrationslagern. Es wurde von weiblichen Gefangenen in Oświęcim, von weiblichen Gefangenen im Nachkriegs-Fordon gelesen.

Wir erinnern an sie. Weil sie war und ist – relevant.

****************
… Weil ich die größte Kunst des Lebens lerne:

Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!
Ich kenne den Geschmack von Hunger
Und schlaflose Nächte (das ist lange her)
Und ich weiß, wie kalt es sticht
Wenn du dich zu einem Ball zusammenrollen möchtest
Dich vor Kälte schützen.
Und ich weiß, was es bedeutet, Tränen der Hilflosigkeit zu vergießen
An vielen hellen Tagen
Und einer dunklen Nacht.
Und ich habe gelernt, die Zeit voran zu treiben,
Die sich gnadenlos hinzieht,
Und ich weiß, wie hart man sich selbst bekämpfen muss
Um nicht zu fallen und nicht zu ermüden,
Dass der Weg endlos zu sein scheint…
Und ich lerne immer noch die größte Kunst des Lebens:
Jederzeit und überall zu lächeln
Und den Schmerz ohne Verzweiflung zu ertragen,
Und nicht zu bereuen, was vergangen ist,
Und keine Angst haben vor dem, was sein wird!

Übersetzung: Ewa Maria Slaska


Fotos: Gabriella Falana

Chodzenie po mieście. Paul Auster

Ewa Maria Slaska

Ten spacer odgrywa tu bardzo ważną rolę, spacer po Nowym Jorku, ale i po wyspie Baratarii. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła. Wybrałam tę książkę z uwagi na niezwykłe chodzenie po mieście. Ale skoro Wikipedia tak twierdzi, to możemy rzucić najpierw okiem na nawiązania intertekstualne do dzieła Cervantesa.
Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Quinn dostaje zadanie śledzenia Stillmana. Ten wychodził z hotelu nie później niż o ósmej, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, z dużym, staroświeckim sakwojażem. Powtarzało się to dzień w dzień przez dwa tygodnie. Krążył po okolicznych ulicach, bez pośpiechu, czasem tylko minimalnie posuwał się naprzód, przystawał, ruszał dalej, znowu przystawał, jakby musiał zważyć i zmierzyć każdy krok, zanim wyznaczy mu miejsce wśród sumy wszystkich kroków. Quinn źle to znosił. Przywykł chodzić szybko, więc całe to dreptanie, przystawanie, powłóczenie nogami zaczęło go w końcu męczyć, gwałciło jego naturalny rytm. Był zającem w pogoni za żółwiem i raz po raz musiał się hamować.

Dla Quinna pozostawało tajemnicą, co właściwie Stillman robi podczas tych spacerów. Oczywiście widział wszystko na własne oczy i sumiennie zapisywał w czerwonym notesie każdy drobny fakt. Ale ich sens wciąż mu się wymykał. Zawsze miał wrażenie, że Stillman zmierza donikąd i nie bardzo nawet wie, gdzie jest. A jednak – jakby z rozmysłem – trzymał się skąpo wytyczonego terenu, którego północną granicą była Sto Dziesiąta, południową Siedemdziesiąta Druga, zachodnią Riverside Park, a wschodnią Amsterdam Avenue. I choć wędrował na pozór całkiem przypadkową, co dzień inną trasą, nigdy tych granic nie przekraczał. Precyzja ta zbijała Quinna z tropu, bo pod każdym innym względem Stillman zdawał się nie mieć celu. (…) czasem się schylał, podnosił coś z ziemi i uważnie oglądał, obracając w palcach. (…) Niekiedy po długich badaniach ciskał przedmiot z powrotem na chodnik. Przeważnie jednak otwierał torbę i ostrożnie chował znalezisko. Potem sięgał do kieszeni płaszcza po czerwony notes – podobny do notatnika Quinna, choć mniejszy – i z wielkim skupieniem pisał w nim przez parę minut. Kończąc tę operację, wkładał notes z powrotem do kieszeni, brał sakwojaż i ruszał w dalszą drogę. Na oko sądząc, zbierał przedmioty bez żadnej wartości: popsute, wyrzucone drobiazgi, niechciane rupiecie. (…) Quinn postanowił notować możliwie najwięcej. (…) Opisywał każdy gest Stillmana, każdy przedmiot wrzucony do torby lub ciśnięty z powrotem na ziemię, prowadził szczegółowy grafik wszelkich zdarzeń, a w dodatku z pedantyczną drobiazgowością odnotowywał zygzakowatą marszrutę, zapisując każdą ulicę, skręt i postój. (…)

Quinn postanawia przestudiować notatki, jakie napisał podczas śledzenia Stillmana.

Szło mu jak po grudzie, zwłaszcza na pierwszych stronach. Tam, gdzie w ogóle zdołał odcyfrować poszczególne słowa, rzecz wydawała się niewarta zachodu. „W połowie drogi między przecznicami podnosi z ziemi ołówek. Ogląda, waha się, chowa do torby… Kupuje w sklepie sandwicza… Siada na ławce w parku i czyta czerwony notes”. Brzmiało to jak stek bzdur. Bez wyraźnego powodu Quinn przewrócił kartkę i na czystej stronie naszkicował mapkę terytorium Stillmana.

Potem uważnie przejrzał notatki i zaczął nanosić długopisem trasę, którą starzec przebył w ciągu jednego dnia – tego właśnie, gdy Quinn postanowił dokładnie odnotować wszystkie meandry jego wędrówki. Wynik był następujący:

Rysunek ten przypominał Quinnowi ptaka, być może drapieżnego, szybującego w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami. Lecz po chwili wydało mu się, że to nadinterpretacja. Ptak znikł i zostały tylko dwie abstrakcyjne figury, połączone mostkiem, który Stillman wstawił w środek, idąc na zachód Osiemdziesiątą Trzecią. Quinn zajął się kolejnym dniem, żeby zobaczyć, co to da. Otrzymał zupełnie inny wynik.

Diagram wyglądał trochę jak mapa urojonego stanu, który można by pewnie jakoś wklinować między dwa już istniejące na Środkowym Zachodzie. Tego dnia Stillman ruszył prosto do Riverside Drive, skręcił w stronę Harlemu, minąwszy jedenaście przecznic, zrobił w lewo zwrot i wszedł do parku, gdzie zaraz zawrócił na południe. Figura, którą nakreślił, byłaby prawie idealnym, wąskim prostokątem, gdyby pominąć nitkę między Broadwayem a Riverside Drive, parę lekkich zygzaków w parku oraz to, że kilkakrotnie okrążył pomnik żołnierzy i marynarzy, jakby stawiał kropkę nad – a raczej pod – I. Wrócił do hotelu prawym chodnikiem Riverside Drive.

Quinn oderwał się na chwilę od rysunku, żeby sobie uzmysłowić, co właściwie wyprawia. Bazgrze od niechcenia? Trwoni czas, jak pierwszy lepszy głupek, czy próbuje coś ustalić? Zrozumiał, że obie odpowiedzi są nie do przyjęcia. Jeśli po prostu zabija czas, to czemu w tak mozolny sposób? Czyżby do tego stopnia go zamroczyło, że nie ma już odwagi myśleć? A skoro nie gryzmoli dla zabawy, do czego naprawdę zmierza? Wydawało mu się, że szuka znaku, przedziera się przez chaotyczny labirynt wędrówek starca w poszukiwaniu iskry sensu. Wniosek mógł być tylko jeden: ten mianowicie, że Quinn uparcie nie wierzy w przypadkowość poczynań Stillmana. Chce nadać im sens, niechby najbardziej mętny. Już choćby to samo w sobie było nie do przyjęcia. Znaczyło bowiem, iż Quinn ośmiela się przeczyć faktom, a przecież dobrze wiedział, że nic gorszego detektyw zrobić nie może.

Postanowił jednak brnąć dalej. Nie było jeszcze późno, dochodziła dopiero jedenasta, a zresztą zaszkodzić te spekulacje na pewno nie mogły. Trzecia mapka ani trochę nie przypominała dwóch poprzednich.

Nagle Quinn wyzbył się wszelkich wątpliwości. Wydawało się jasne, że – pomijając wydreptane w parku esy-floresy – ma przed sobą literę E. Przyjąwszy, że drugi diagram to rzeczywiście litera I, można było bez wielkiego ryzyka uznać ptasie skrzydła z pierwszego za literę W. Nawet tylko te trzy ułożone w kolejności, w jakiej powstały, tworzyły już sensowne słowo, ale Quinn wolał wstrzymać się z wyciąganiem wniosków. Następny dzień zaowocował diagramem zbliżonym do litery Ż. Podobnie jak poprzednie, również i ten w części parkowej wzbogacały rozmaite nieregularności, przybliżenia i kunsztowne ozdobniki. Czepiając się resztek obiektywizmu, Quinn usiłował spojrzeć na rysunek tak, jakby wcale nie oczekiwał, że ujrzy literę alfabetu łacińskiego. Mówiąc uczciwie, niczego nie był pewien: diagram równie dobrze mógł być czystą abstrakcją. Może tylko zwidują mu się obrazki, tak jak w dzieciństwie, kiedy wpatrywał się w chmury? Lecz zbieżność była uderzająca. Gdyby kształt litery miała jedna mapka, a choćby i dwie, mógłby je zbagatelizować jako kaprys losu. Ale seria czterech takich przypadków? To już wydawało się mocno naciągane.

Kolejny dzień dał kanciaste A: podkowę przekreśloną w połowie, jak zwykle z całą masą rokokowych farfocli. Następnie pojawiło się B: dwa pudła stały krzywo jedno na drugim, a wierzchem sypały się wióry chroniące zawartość. Potem drugie A, trochę chwiejne, odrobinę drabiniaste, z malejącymi ku górze schodkami po bokach. I drugie B: w ryzykownym przechyle, perwersyjnie podparte w jednym tylko punkcie, niby piramida ustawiona na wierzchołku.

Quinn wypisał litery w porządku chronologicznym: WIEŻA BAB. Bawił się nimi przez pół godziny, dzielił je na różne sposoby, zmieniał szyk, aż wreszcie powrócił do pierwotnego i napisał: WIEŻA BAB. Rozwiązanie to trąciło taką groteską, że ledwie śmiał je uznać. Chociaż Stillman jeszcze nie skończył, odpowiedź wydawała się jasna: WIEŻA BABEL. (…)

A jednak istniały zarysy liter – nie na ulicach, na których powstały, lecz w czerwonym notatniku Quinna. Sam Quinn właśnie się zastanawiał, czy Stillman co wieczór obmyśla w swym pokoju marszrutę na następny dzień, czy też improwizuje w ruchu. Obie możliwości były prawdopodobne. (…) Myśl o literach przerażała Quinna. Wersja, zgodnie z którą Stillman wydeptywał właśnie litery, wydawała się tak pokrętna, pełna tak szatańskich niedomówień, że nie chciał jej uznać.

Postanowił się położyć; spał niespokojnie, zbudził się, przez pół godziny pisał w czerwonym notatniku, wrócił do łóżka. Tuż przed zaśnięciem zdążył pomyśleć, że ma pewnie jeszcze dwa dni, bo Stillman nie dokończył przesłania. Pozostały dwie ostatnie litery – E i L. Myśli Quinna rozbiegły się. Wylądował w urojonej krainie okruchów, ojczyźnie niesłownych rzeczy i niedorzecznych słów. Po raz ostatni pokonując senne odrętwienie, przypomniał sobie, że El po starohebrajsku znaczy Bóg.

Następnego dnia Quinn rozmawia wreszcie ze Stillmanem. Starzec przyznaje, że to, co robi, ma, jego zdaniem, doniosły sens.

– Codziennie wstaję skoro świt, mówi starzec. Muszę wychodzić bez względu na pogodę, stale być w ruchu, bez przerwy na nogach, co chwila pędzić z miejsca na miejsce. Niech mi pan wierzy, to człowieka po prostu wykańcza. (…) Widzi pan, świat rozpadł się na kawałki. A moja rola polega na tym, żeby go z powrotem poskładać. (…) szukam tylko najogólniejszej zasady, a to leży w zasięgu możliwości pojedynczego człowieka. Jeśli zdołam położyć podwaliny, samego dzieła odbudowy mogą dokonać inne ręce. Najważniejsza jest główna przesłanka, pierwszy krok w sferze teorii. A w tym niestety nikt mnie nie wyręczy. (…) Zrozumiałem, że muszę się ograniczyć. Pracować na terenie dość małym, żeby wszystkie wyniki były niepodważalne.

Stillman odtwarza spacerami tezy swojej pracy doktorskiej o tym, że Ameryka jest Nowym Światem i w swoich spacerach po Nowym Jorku, po tym małym wycinku miasta między Riverside a Amsterdam Avenue buduje ten świat jeszcze raz, tworzy jego dwie części, najpierw Raj, który był obietnicą szczęścia, a potem Wieżę Babel, która sprawiła, że raj się rozpadł. I jak Adam w Raju – podnosi pogubione przez przechodniow przedmioty i nadaje im nowe nazwy.

Spacer jako tworzenie świata, którego budulcem są wydeptane na ulicach słowa.

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

Odcinek 16

Mieczysław Bonisławski

znowu kartki maszynopisu,
przeszyte dziurkaczem i wpięte do segregatora

Wnętrza rozpoczętej budowy domu kultury na osiedlu Łużyckim. Surowe sklepienie z betonu. Półmrok hali bez pełnych ścian. Piach. Słońce między słupami konstrukcji nośnej.

Pomięty papier. Płachty gazetowe poskładane w przypadkowej kolejności i nierówno. Jedna wystaje z drugiej, trzecia z czwartej. Ta rozdarta w jednej trzeciej, tamta zabrudzona tłustą, żółknącą plamą po rozlanej śmietanie.

Część gazety została zgnieciona w nieregularną bryłę i rzucona na żółty piach. Artykuł o wypadku na przejeździe został wetknięty między filar i siedzisko z nieheblowanej, grubej deski, położonej na piasku na dwóch bloczkach betonu. Strona z artykułem zachowała się w połowie, drugiego, oddartego kawałka nie było nigdzie widać. Tak się jednak złożyło, że tekst artykułu był cały. Od początku do końca.

Gdy mężczyzna przylgnął do słupa, papier zaszeleścił. Chrenowicz syknął przestraszony, ale tworzący nowy świat młody demiurg niczego w tym swoim złotym kręgu nie dosłyszał. A przynajmniej nie zareagował. Może wiedział o obecności podglądającego go mężczyzny, a tylko udawał? Demiurg przecież miał takie nadprzyrodzone moce… A może obcy człowiek mu w ogóle nie przeszkadzał? Może dla demiurga był po prostu nikim, paprochem, który istota pokroju Kreatora w każdej chwili mogła zdmuchnąć w otchłań niebytu? Czymś nieważnym, tak mało istotnym, że niech by tam sobie stał za tym filarem. I tak nie miał na nic wpływu, nie mógł zagrozić niczemu, co demiurg zaplanował i kreował. Za to, w każdej chwili, gdyby tylko takiej nadprzyrodzonej istocie przyszła taka ochota lub wynikłaby dla kogokolwiek z jego nadświata taka potrzeba, można się go było, człowieka-paprocha, bez kłopotu pozbyć. Skutecznie i nieodwołanie. Raz na zawsze, bez śladu w pamięci, w czasoprzestrzeni, w historii.

– …zmiataj stąd… W try miga…
Obcy zesztywniał. Demiurg najwyraźniej przedstawiał na swojej scenie, na matrycy Kreacji Światów jego postać, Chrenowicza.
– Za długo masz nogi przy dupie?
Słysząc swoje charakterystyczne powiedzenia, padające z obcych ust, „Czarny koń” skulił się. Do tego wydawało mu się, że z tyłu, z zewnątrz tych betonowych katakumb, dobiegły go kroki skradających się ludzi. Zgrzytnął mu obcas na szynie po której jeździł dźwig „Marian”. Poturlał się po betonowej płycie odłamek cegły pchnięty czyimś butem.
„Pułapka!” – przeraził się Wojownik i wyobraził sobie dalej – „A to są odgłosy zbliżającej się, zacieśniającej się dookoła obławy…”
Poczuł ukłucie gdzieś w boku. Z żołądka wszystko cofnęło się do przełyku.
Mężczyzna należnej postury, bez wysiłku schylił się po zmięty kawałek gazety. Chciał ją jeszcze bardziej zgnieść i poszarpać a następnie przyłożyć do ust. Zbierało mu się na wymioty, a nie miał nic innego przy sobie, w co mógłby się wyrzygać lub czym obetrzeć twarz.
Wyrzucił papier.
Długie, napakowane (pod spodniami z panterki nie można było ocenić, czy sadłem, czy też masą mięśniową) nogi wyrastające z szerokiego, zaokrąglonego tyłka, zgięły się w kolanach tak, że cała wielka postać opadła. Wielkimi, miękkimi dłońmi, wieńczącymi długie i podobnie, jak nogi, napakowane ręce sięgnął po ten drugi fragment gazety, ten zatknięty za filar. Ujął go, rozłożył i podniósł do wysokości torsu.
Oczy, zagłębione w powierzchni twarzy tylko niewiele mniej niż u ludzi ras mongolskich, bystre i rozbiegane, odczytały tytuł artykułu Demianiuka.
Mężczyzna pochylił wielką, nadnaturalnie dużą, ale regularnie uformowaną, ostrzyżoną na zapałkę głowę nad tekstem. Czytał, a na jego twarzy można było odczytać niczym w diagnozie psychologicznej, targające nim emocje.
Czuł ucisk w skroniach i zawrót głowy. Przeżywał zaskoczenie i złość, zwątpienie i głęboką litość. W końcu wydało mu się, że odkrył jakąś ważną prawdę, że zrozumiał coś ważnego. Coś, w co został uwikłany, na co ma – lub może pozwolić sobie na to, aby mieć – wpływ. Przemożny wpływ. Kilka razy oderwał wzrok od gazety i spoglądał z troską na młodego, nic nie podejrzewającego, niczego nie spodziewającego się demiurga. Demiurga? Nic nie podejrzewającego?
A może to nie był demiurg, ten klęczący przed nim w kupie piachu mały chłopiec? Gadający sam do siebie, bawiący się zabawkami, jakie kupuje się dla maluchów, a nie dla czwarto- czy piątoklasisty. Gmerający w piasku, tu w mroku budowy, w jakimś opuszczonym, strasznym zakamarku, zamiast ganiać z rówieśnikami po boisku lub robić podchody do dziewcząt huśtających się lub skaczących na placu zabaw…
W kieszeni bluzy wymacał tę pocztówkę z polskimi i niemieckimi napisami. Podniósł ją, nie wiadomo po co, wtedy gdy był tam wczoraj wieczorem. Na tym przejeździe, na którym przedwczoraj… Pocztówka leżała w trawie, niedaleko od torów. Czy miała coś wspólnego z uczestnikami kraksy? Czy też może zgubił ją któryś z kibiców już dzień po niej?
Co oni tam wygadywali – że zginął ten trener? Nie, że ten sekretarz, który jechał od Barczyńskiej, że Barczyńska to jego kochanka. Gadali, że z nimi był Januszek, cóż oni tam zresztą jeszcze nie wygadywali wczoraj?!
„Ale Januszek jest tutaj” – skonstatował Wojownik. „Ale czy to tutaj, to może być matryca nowego świata, miejsce gdzie demiurg kreuje lepszą rzeczywistość, w której on, Chrenowicz, będzie legalnie nosić mundur, zatrudni się u swego ojca, który przyjmie go do służby… Czy tak wygląda warsztat demiurga?” – zastanawiał się dalej.
Wagony z cegłówek przejechały po szynach z drutu zbrojeniowego. Parowóz, czyli blok betonu, buchnął parą, której towarzyszyły dźwięki wyartykułowane przez chłopca. Maszynista, skaczące dzieciaki okazywały się tylko gałązkami w dłoniach brzdąca. Ten niby-demiurg zostawił ten niby-skład pociągu i obok usypał dwie kupki piasku. Po prostu – dwie kupki piasku. Połączył je potem na górze kolejnymi gałązkami, które ułożył ściśle jedną przy drugiej i posypał je po wierzchu, znowu, po prostu – piaskiem.
Z tornistra wyciągnął plastikowy modelik ciężarówki star. Delikatnie ustawił na przysypanych piaskiem gałązkach ponad imitacją toru kolejowego. Imitacja parowozu pociągnęła za sobą imitację wagonów, wjechała łukiem w imitację jaru. Nie przejechała pod imitacją wiaduktu, z której spadł model ciężarówki.
Imitacja kraksy.
„Czy gdyby demiurg był rzeczywiście demiurgiem, mógłby tak niedokładnie odtworzyć zderzenie sprzed dwóch dni? Przecież to się odbyło zupełnie inaczej, tak przynajmniej opisali to w gazecie. A może demiurg to jednak demiurg, ale nie pokazywał tego, co się już wydarzyło…? A jeśli on właśnie, tu, przed chwilą, przewidział, albo wręcz wykreował kolejną, tragedię na tych torach, która w rzeczywistości jeszcze się nie wydarzyła, a dopiero będzie miała miejsce? Nie, nie wolno nigdy w niego zwątpić! Za takie sprzeniewierzenie się, brak zaufania do losu, do Obietnicy, można zapłacić jej utratą”
– A może właśnie przestałem zasługiwać na swojego demiurga?! Czy naprawdę zostałem wybrany do tego, aby odwrócić ten los, czy zostałem powołany, czy mnie stworzono po to, abym pomógł ludziom i światu? Przecież nie było mnie przy śmierci Barczyńskiej, nie pomogłem jej, nie powstrzymałem, nie zapobiegłem… A jakby tak naprawdę był tam ten Januszek i zginął razem nią? Przeze mnie? – strwożył się nie na żarty Wojownik.

Ucieczka w podziemia była dla niego jakimś ratunkiem przed wcześniejszym życiem. Wierzył w swoje posłannictwo, ale rzeczywisty świat, który go otaczał, coraz bardziej go rozczarowywał. Był przekonany o tym, że ze znajomych mu osób, tylko on jeden zrozumiał mechanizmy funkcjonowania społeczeństwa. Całe jego dotychczasowe życie było poszukiwaniem innych ludzi, którzy by podzielali z nim tę wiedzę. Ludzi, którym nie musiałby niczego tłumaczyć, z którymi by uratował Polaków od zagłady, jaka nadciągała na Europę.
Jak dotąd nie odnalazł takich ludzi. Nie chował jednak dla siebie swojej wiedzy, daru jaki otrzymał od Boga lub Natury, odkryć, jakie mu zostały dane. Dzielił się nimi ze znajomymi i nieznajomymi, z tymi wszystkimi, z którymi miał tylko okazję dłużej i bardziej szczerze porozmawiać. Niestety, słuchacze – bo tylko na takich dotąd trafiał, o nikim nie mógł powiedzieć, że był rozmówcą czy partnerem – choć bywało, że na początku jego zwierzeń pozwalali żywić jakąś nadzieję, koniec końców, znudzeni jego prawdami, uciekali od swojej miałkości i głupoty własnej w nieprzychylne mu oceny. Prędzej czy później – a zauważał to zawsze od pierwszej chwili, choć ukrywał to przed nimi, że to wie, że to dostrzegł – wszyscy przestawali mu ufać, traktować poważnie jego samego i wszelkie jego wypowiedzi (oceny, obietnice, przewidywania). Najczęściej uważali go za lekko stukniętego. Lekko i nieszkodliwie, o ile tylko ktoś nie dawał mu się wciągnąć we wspólne interesy, działania, nie zaufał mu, nie powierzył ani tajemnicy, ani zadania do zrobienia. Zyskał powszechnie opinię nieodpowiedzialnego, bujającego w obłokach, nie kończącego żadnej powziętej sprawy.

Nic dziwnego, że nigdzie, w żadnym środowisku nie czuł się u siebie. Wszędzie był jak ten Przechodzień, na którego na żadnym odcinku szlaku nikt nie czekał. Nigdzie i do nikogo nie wracał, ani znikąd i od nikogo nie odchodził. Nie miał kogo opuszczać, ani do kogo podążać. Jego trasa ani się nie zaczynała, ani nie kończyła. I może dlatego, że ciągle, nieprzerwanie był w drodze, zawsze spoglądano nań tylko jak na Przechodnia. Obcego, który przypadkowo pojawia się na chwilę i w logicznie oczekiwany sposób znika, nic nie wnosząc do mijanej rzeczywistości, do życia napotkanych ludzi.

Można go było nawet zauważyć, ale można też było, będąc zajętym swoimi sprawami, w ogóle nie dostrzec. Tak jak to bywa w autobusie, w pociągu, czy zgoła na chodniku. Byli tam jacyś ludzie, ba, może nawet wielu. Ilu z nich zapamiętaliśmy? Jakąś świetną młodą dziewczynę oryginalnej urody, tak, ją na pewno. Kogoś oryginalnie ubranego. Ktoś coś powiedział i to nas zainteresowało. Zdarzyło się coś nieoczekiwanego i ktoś wziął w tym udział. Ale cała reszta?

Przeszliśmy chodnikiem. Było to na ulicy przed naszym domem, czy ogródkiem lub obok parku gdzie codziennie od lat popijamy sobie po pracy z kolegami piwko, gdzie przeszli też i inni, nieznani nam bliżej ludzie. Ktoś z nich nas szturchnął, potrącił przez pośpiech lub nieuwagę, komuś spadła siatka z zakupami i stukła się butelka z mlekiem. Dziewczyna miała wyjątkowo krótką spódnicę, spod której wystawały długie, zgrabne nogi. Statecznym krokiem przeszedł siwy matematyk, który swojego czasu nie chciał nas przepuścić w ostatniej klasie szkoły. Za nim piłkarz, który w tym sezonie strzelił najwięcej goli w trzeciej lidze. W drużynie, której kibicujesz. Ale tylko jesienią, bo od wiosny przeszedł do tych, tam…

Widzisz? Przechodnia można było zauważyć, albo i nie. Można go przez chwilę polubić, zainteresować się nim lub jego historią, albo zdenerwować się na niego. Wszystko to jednak ulotne, tylko na chwilę.
Do tego, dla tych innych, to ty byłeś Przechodniem. Przeszedłeś obok nich, nie zatrzymali się przy tobie ani na chwilę. Poczułeś to? Przechodzień jest zawsze obcy, często nie pożądany.
Zawsze daleko od domu, od siebie, od celu. Żadnego bezpieczeństwa. Ciągły imperatyw poruszania się dalej i dalej, bez zatrzymania – bo i gdzieżby, w którym miejscu, wśród jakich ludzi?! I tylko ciągle tam – dokąd? – po prostu tam, jeszcze dalej.

W tym biegu bez początku i końca Olek tracił zwyczajne, ludzkie potrzeby. To, co wokół widział, bezwiednie wyszydzał. Każdy normalny czyn, gest, powiązany z życiem w domu, obejściu, gospodarstwie, warsztacie. Zaczęły się dlań liczyć tylko czyny wielkie, majestatyczne, bohaterskie. Naprawa studni czy wrót od stodoły, okna w mieszkaniu czy zbicie półki okazywały się zbyt przyziemne, uniemożliwiały czyny „ważne dla ludzkości”. Zabawa z małym dzieckiem, zmierzenie mu temperatury, ukołysanie na rękach stanowiło więzienie dla kogoś, kto miał walczyć o Polskę. Zaglądanie pod maskę samochodu lub traktora? Naprawa kranu lub rynny? To dobre dla skapcaniałych nieudaczników, którzy poddali się szarzyźnie codzienności, spowszednieli w swym tchórzostwie przed wymaganiami Świata. Chrenowicz mógł ich tylko wyśmiać, szyderczo im współczuć, bo na rzeczywiste współczucie nie zasługiwali. Przestali być prawdziwymi mężczyznami. Praca, gospodarstwo, rodzina, wszystko stało się bzdurą, mrzonką, głupotą. To nie dla Przechodnia.

Jedyne, co się liczyło, to możliwość pomocy Polsce i Polakom. Powstrzymanie wrogich, niszczących sił, odwrócenie destrukcyjnych tendencji, zmiana zachowań i rozbudzenie czujności rodaków, gdyż nieuchronnie zmierzali oni ku samounicestwieniu. I skoro sam nie mógł odnaleźć tych, którzy myśleli tak samo jak on, którzy doznali takiego samego olśnienia, to albo mylił się uważając, że takich jak on jest wielu, albo musiały go wesprzeć w tych poszukiwaniach siły nadprzyrodzone. Z tym pierwszym nie chciał się pogodzić, nie chciał brać na swoje barki takiego wyróżnienia, jakim by mogło być to, że tylko on jeden został wybrany, że doznał tego olśnienia na zasadzie jednostkowego wyjątku. Nie zastanawiał się dlaczego nie chce takiego wyróżnienia. Może po prostu poczułby się lepiej, gdyby jednak okazało się prawdą – a w co mocno wierzył – że tacy rozsiani po kraju ludzie, których proroczo olśniło tworzą, może nieliczną, ale zwartą, wspierającą się nawzajem i uzupełniającą wspólnotę, prawdziwą Drużynę Czarnych Koni? Tylko trzeba ten siew zebrać razem, podać hasło, ogłosić alert, do zespolenia się, odnalezienia i rozpoczęcia działania. I on, Olek Chrenowicz, „Czarny koń” numer jeden, mógłby to zrobić. Do tego był zdolny. Po to przygotowywał się całe życie, w którym był dla wszystkich śpiących Polaków, zanurzonych w gnoju codzienności, tylko anonimowym, nic nie znaczącym Przechodniem. Ale, aby przejść przez ten punkt zwrotny, potrzebował dodatkowej broni. Nie takiej stworzonej ręką człowieka. To musiał być pojedynczy akt kreacji. Czyn pozamaterialny. Wymykający się spod kontroli umysłu bazującego na bodźcach zmysłowych: dotyku, wzroku, czy słuchu. Coś spoza tego świata. Tak, jak stamtąd pochodziło olśnienie, którego doznał i dany mu nakaz odnalezienia tych nielicznych olśnionych. Iskra Boża, która miała go zapłodnić czynem. Odpalić do działania, tak jak się odpala armatę, aby wystrzeliła.

Ostatnio Olek Chrenowicz zaniedbał nieco swoją misję. Po raz pierwszy, odkąd dzięki interwencji kolegów ojca, wojskowych i myśliwych, z trudem ukończył zawodówkę, dostał w końcu jakąś pracę. Nie chciał pracować za biurkiem, zresztą nie nadawał się do tego. Pracą na budowie lub przy taśmie w fabryce gardził. Pociągał go wyłącznie jakiś fach, który mógłby wykonywać ubrany w mundur, a jeszcze lepiej – z bronią u boku. Milicja, wojsko, straż pożarna – wobec luk w wykształcenia oraz braku badań lekarskich – odpadały. Zresztą najprawdopodobniej nie przeszedł by też testów psychologicznych. Dlatego długo błąkał się po Zielonej Górze, tworząc legendę o swoich kontaktach z tajemniczymi kręgami ludzi, prawdziwie czujących się odpowiedzialnymi za Naród. Nie pracował na etacie, bo cały czas „przygotowywał coś, co nie mogło, póki co, ujrzeć światła dziennego, a o czym nie można było mówić ani głośno, ani tym bardziej oficjalnie, publicznie. Była to robota nie na zwykłe osiem godzin dziennie. Dużo bardziej mozolna, wyczerpująca, nieporównywalnej z niczym innym skali poświęcenia się. Za dnia i w nocy. Niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę pracy lub gotowości do podjęcia natychmiast nowych obowiązków”. Niemniej wśród znajomych Chrenowicza utarła się o nim opinia lenia i obiboka, lesera bujającego w obłokach, opowiadającego niestworzone historie.

Dlatego, pomimo pełnego przekonania o swojej misji, Olek przyjął propozycję pracy w Straży Ochrony Kolei. Podrzędne stanowisko, jakie mu zaoferowano, umacniało go w przekonaniu o jego sekretnym powołaniu, gdyż stało się – w jego mniemaniu – elementem doskonałego kamuflażu. Oto ostatni w szeregu strażnik, na co dzień wykonujący najbardziej nieistotne obowiązki, tak naprawdę, w tajemnicy przed światem, przygotowywał się do podjęcia roli, najpierw zwiastuna, a potem – lidera odnowy całego Narodu. A czas na to, gdy ludzie otrzymali by możliwość poznania prawdy, miał dopiero nadejść…

Ale chwilami nachodziło go zwątpienie. Miewał wrażenie, że się sprzeniewierza temu, do czego został wybrany, że jednak powinien był zacisnąć zęby i nieść dalej ten swój garb, w ogóle nie zważając na piętrzące się i pogłębiające problemy z otoczeniem, generowane taką postawą. Jednak mundur, w jaki go ubrano, możliwość awansu, wiążącego się z ewentualnym otrzymaniem w bliskiej przyszłości przydziału służbowej broni, skutecznie niwelowała obiekcje. „Ostatecznie, dzięki zdobyciu tej pracy, nawiązałem nowe kontakty wśród ludzi żyjących potrzebą walki”, tłumaczył sobie. „Rozkochanych w militariach. A jednocześnie mogę od razu zacząć oczyszczać Polskę z łobuzów i miernot, ścigać chuligaństwo, wybryki, wandalizm. Zacząłem leczyć kraj i Naród, na razie na tym, jedynym dostępnym mi, najniższym poziomie, zaledwie z małych, drobnych dolegliwości”. Czas na leczenie głównej choroby miał dopiero nadejść.

Wiarę w to, że dobrze obrał swoją drogę i prawidłowo odczytał swój los, umocnił w nim pewien dziwny przypadek. Siły, które zaplanowały jego przyszłość, siły władające całym światem, sprowadziły mu do Zielonej Góry Przewodnika. To on miał go ostatecznie przygotować, przeprowadzić przez ostatni odcinek drogi ku spełnieniu. On miał zapalić iskrę, która spowoduje inicjację Chrenowicza – siewcy, a właściwie – zbieracza siewu, żeńca. I ten Przewodnik został mu pokazany! Ukazał się w realnym świecie, jako rzeczywista postać, co oznaczało, że czas kiedy Olek miał stać się żniwiarzem i zacząć żąć plony – zbierać do kupy rozsianych po różnych zakamarkach kraju „Olśnionych”, pozostałe Czarne Konie, był już bardzo bliski.

A niełatwo było rozpoznać w małym chłopcu Przewodnika. Ta prawda była też głęboko ukryta, tak głęboko, aby doszedł do niej tylko ktoś do tego specjalnie Wybrany. Nikt niepowołany nie byłby w stanie jej odkryć, nawet za pomocą największego przypadku. I to, że to właśnie on, Olek, prawidłowo rozpoznał dopiero co objawionego w tym mieście posłannika Sił Władców, było ostatecznym dowodem, utwierdziło go w tym, co miał zrobić, kim był. A czego domyślał się od dawna, co wiedział od jakiegoś czasu i w czym się właśnie teraz, już do końca, upewnił.

Strażnik kolejowy, Olek Chrenowicz, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego znalazł się zimą tego roku w Zielonej Górze przed blokiem przy ulicy Waszkiewcza? Nie pamiętał ani przyczyny (dlaczego?, skąd?), ani celu (po co?). Utkwiło mu w głowie tylko to, że ujrzał szary blok, nowy, zmontowany na szybko z betonowych płyt, w technologii zwanej „wielką płytą”. Niski, czteropiętrowy, ale bardzo długi.
Chrenowicz szedł poboczem niedokończonej, osiedlowej uliczki, i szedł, i szedł. I mijał kolejne, powtarzające się jeden obok drugiego, segmenty tego bloku, i mijał je, i mijał, i nie było widać ich końca. Droga była monotonna, krok za krokiem coraz nudniejsza, wręcz przyprawiająca o depresję. Ta jednostajność bez żadnej nadziei na zmianę nie zachęcała do życia.

Tak, strażnik sobie coś przypomniał – mógł tędy wracać z roboty! Mieszkał wraz z matką na rogu Anieli Krzywoń i Gwardii Ludowej, w takim małym, parterowym poniemieckim domku. Niemal naprzeciwko wylotu ulicy Wiśniowej i długiego, nowego (niespełna dziesięcioletniego) bloku nafciarzy. A pracował na torach między Walki Młodych i Traugutta, chociaż dyżurka SOK-u była w parterowym baraczku, bliżej samego dworca. Tam gdzie, zarówno za Niemca, czyli przed wojną, jak i teraz, w tym wyjątkowym, bo wyróżnionym do wielkiego spełnienia roku, spinano składy pociągów towarowych, które potem rozwoziły towary i materiały po zielonogórskich fabrykach.
Chrenowicz rzadko przesiadywał w ciepłym pomieszczeniu dyżurki, dla niego był śnieg, deszcz i wiatr hulający ponad bocznicami. Nie biurko, tylko teren.

Najbliższa droga z pracy do mieszkania wiodła torami dawnej kolei szprotawskiej, czyli tędy, którędy od czasu do czasu Olek jeździł towarowym, chroniąc go przed wandalami i młodzieżową łobuzerką. Od stacji kolejowej Zielona Góra, obok starego zakładu Lumelu, rzeźni, składu węgla, mleczarni, fabryki dywanów „Dekora”, w okolicy odlewni „Falubazu” i fabryki wódek „Polmos”, aż do przejazdu kolejowego przez ulicę Krośnieńską i potem do góry, do ulicy Waszkiewicza i wzdłuż bloków, szedł Olek dwa razy dziennie, do pracy i po pracy. Przechodził obok rozpapranej budowy (nie wiadomo czego) na drugą stronę ulicy, przez szeroką i ruchliwą Łużycką, pomiędzy punktowcami przy Sucharskiego (gdzie mieszkał Piotrek Pasternak z czwartej klasy tej nowej szkoły przy Gwardii Ludowej) i jeszcze do góry, a już na samej górze – obok podstawówki, aż wreszcie – na końcu zaczynającego się przy niej krótkiego odcinka dwujezdniówki – stał mały domek Olka i jego matki.

Tą drogą chodziła zresztą do pracy niemal połowa miasta. Torowisko dawnej kolei powiatowej, która tuż przed pierwszą wojną światową powstała po to, aby obsługiwać jak największą ilość miejscowych fabryk, dzięki temu właśnie łączyło miejsca pracy większości robotniczej Zielonej Góry z nowymi osiedlami-sypialniami. Tyle tylko, że niekoniecznie wszyscy wracali wzdłuż bloków osiedla Łużyckiego. Dalej, jeszcze za osiedlem Łużyckim, w przeciwną stronę co dworzec i tory rozrządowe (a zatem w odwrotnym kierunku niż ten, z którego chodził Olek) tory ówczesnej bocznicy biegły bowiem jeszcze do wytwórni win, fabryki mebli, „Polskiej Wełny”, browaru, tartaku. Wzdłuż nich, porozkładały się, nie korzystające z dostaw kolejowych, pomniejsze zakłady, składziki i magazyny, szczególnie tam, gdzie kończyła się ta właściwa Zielona Góra, a zaczynał Jędrzychów, wieś dołączona do miasta w poprzedniej dekadzie. Głębokim jarem między Krośnieńską a 1 Maja (łączącym osiedle Łużyckie z osiedlem Słonecznym), obok parku przy Jaskółczej (osiedle Piastowskie), mrocznym odcinkiem wzdłuż rozgłośni radiowej kończącym się wiaduktem nad ulicą Kożuchowską, tędy to chodzili do pracy zielonogórzanie, mieszkający na osiedlach, a pracujący w południowej części miasta. Jakkolwiek by to nie było, to na pewno nikomu, wracającemu do domu po ośmiu godzinach tyrania, nie przyszłoby do głowy, aby szukać jakichkolwiek inspiracji, wędrując wzdłuż szarego bloku z betonu. Nikomu poza świeżo upieczonym SOK-istą.

I podczas któregoś takiego przejścia (a może było to jedyne, pierwsze i zarazem ostatnie takie zdarzenie?) Olek zwrócił uwagę na balkony, a miały je wszystkie mieszkania. Między rozbabraną, błotnistą jezdnią Waszkiewicza a linią bloku z balkonami był pas piachu, szeroki na jakieś piętnaście metrów. W przyszłości miał to być, idący wzdłuż bloku, zieleniec, ale póki co na miałkim, pofałdowanym w wydmy piachu rosły tylko kępy ostu i rachitycznej trawy, która przetrzymała w szczątkowym stanie od jesieni. W połowie marca, gdy wyjątkowe nawet jak na luty mrozy ustąpiły, a śniegu akurat zabrakło, bo przygrzało nieco słońce, pojawiło się sporo błota, tworząc smętne pustkowie, po którym błąkał się samotnie, schludnie ubrany chłopiec. Chodził od balkonu do balkonu, przy niektórych się zatrzymywał, schylał, chyba coś podnosił i chował po kieszeniach zimowej kurtki, podszytej siwym misiem.

Chrenowicz dostrzegł małego na samym początku bloku i szedł za nim w pewnym oddaleniu, obserwując go z perspektywy ulicy. Nie wyprzedzał, nie podchodził w stronę bloku, podążając równolegle do ścieżki chłopca.

Przyglądał się przy tym balkonom. Był to pierwszy cieplejszy dzień po kilku zimowych tygodniach. Kobiety wyrzuciły na świeże powietrze różne dywaniki, makatki i narzuty. Niektóre odważyły się powiesić pranie. W głębi balkonów stały jakieś nie schowane na zimę stoliki, krzesełka, komódki. Większe zabawki, jak koniki, rowerki, jakieś traktorki.
Chłopiec coś zbierał. Gadał przy tym do siebie, tak jakby ktoś z kimś rozmawiał. Odgrywał scenki. Czasem przystawał, wyjmował coś z kieszeni, przyklękał i układał na piasku. Dochodziło do jakichś wydarzeń, po czym chłopiec szedł pod kolejne balkony.
– Posłuchaj, co ty robisz? – zawołał w końcu Olek.
Chłopiec spojrzał na niego nieufnie. Nerwowo odwrócił się plecami, skrywając w ten sposób przed Olkiem dłonie i kieszenie. Przygarbił się, skulił cały. Chciał uciekać, ale nie odważył się zrobić tego pierwszego, zawsze najważniejszego z punktu widzenia powodzenia, susa, który poderwał by go do biegu, jak najdalej od tego nieznajomego mężczyzny.
– Cześć, jestem Olek.
Bez reakcji.
Chrenowicz zszedł z ulicy, kierując się ku blokowi i balkonom. Gdy po kilku krokach zbliżył się do chłopca, ten w nagłym tiku otworzył zaciśniętą dłoń, z której wypadł plastikowy żołnierzyk. Olek nie zrobił tego, na co miał w tamtej chwili najbardziej ochotę – nie rzucił się, aby zebrać tego żołnierzyka, ale dostrzegając kolejną taką zabawkę między suchymi trawami, pod jednym z następnych balkonów, skierował się właśnie tam. Podniósł małą figurkę i podał chłopczykowi.
– Masz, zgubiłeś jeszcze jednego.
Chłopiec milczał, jakby zawstydzony. Czyżby odczuwał zażenowanie tym, że obcy mężczyzna zdybał go na samotnej zabawie w żołnierzyki?
– No masz, przecież nie chcę ci tego zabierać – próbował ośmielić go Chrenowicz.
Mały nie podnosząc na niego wzroku, półgębkiem, na odczepnego wymamrotał:
– Ten nie jest mój. Spadł z jakiegoś balkonu…
Chrenowicz zrozumiał, że chłopiec chodził i zbierał rzeczy, które wyleciały z balkonów na zewnątrz, w dół.
– Chodzisz i zbierasz to, co ludziom spadło?
Chłopiec milczał. Zaciął się znowu w sobie.
– No co ty! Spadają jakieś ciekawe rzeczy? – nic – Zbierasz swoją armię? – chłopiec podniósł wzrok. – Masz tylko takich, samą piechotę? – mały wsadził rękę do kieszeni, chwilę pogrzebał i wyciągnął w zaciśniętej piąstce coś, co podał mężczyźnie.
To był malutki modelik transportera bojowego, metalowy, oddany bardzo realistycznie, z najdrobniejszymi szczegółami. Pomalowany skrupulatnie, z kamuflażem. Takich precyzyjnych modeli nie produkowano wtedy ani w Polsce, ani w Związku Radzieckim. To był styl modelarstwa niemieckiego i to nie tego wschodniego, ale z zachodnich Niemiec. Któryś z mieszkańców bloku musiał przebywać w RFN lub mieć tam rodzinę albo znajomych a jego synowi zabawka z zagranicy wypadła przez balkon.
– Masz takich więcej?
Chłopiec pokręcił głową.
– To co to za armia z jednym tylko transporterem?
Mały wyciągnął z kieszeni ułożone na otwartej dłoni obłocone klamerki do wieszania prania.
– Co to?
Mały przyklęknął i ułożył klamerki na piasku tak jakby to były czołgi rozwinięte w szyku bojowym.
– To będą czołgi. Jak przyjdzie czas, na dany znak zamienią się w czołgi.
– Jaki znak?
– Ważny znak.
– Skąd?
– Przyjdzie. Wtedy, kiedy będzie trzeba, dokładnie na czas.
– Dla kogo będzie ten znak? Kto go ma odebrać, ty?
Chłopiec roześmiał się Olkowi prosto w twarz.
– Czy to ty będziesz dowodził tą armią?
Mały znowu zaprzeczył i znowu sięgnął do kieszeni.
– Odnalazłem w końcu generałów i marszałka – podał coś Chrenowiczowi. Ten spojrzał i aż podskoczył, jak oparzony.
– Przecież to jakaś lalka, jakiejś dziewczynki. Do tego popsuta! Też spadła, jak klamerki?
– Jak przyjdzie czas ona się przemieni. Spadnie promień i uderzy ją prosto w głowę a wtedy ożyje w niej wódz i będzie marszałkiem armii…
Chłopiec tylko ten jeden jedyny raz objawił się pod balkonami. A może Olek po prostu przechodził tamtędy potem już wyłącznie o takich porach, gdy mały był w szkole lub jadł w domu obiad z rodzicami? I dlatego go więcej nie spotkał, bo faktycznie natknął się nań tylko raz i poza tym nigdy więcej.

Ptakiem będąc

Teresa Rudolf

Wolność

Lot we śnie dziwnym,
pruję dziobem
powietrze jak ptak,
słysząc syczący wiatr…

Lecę bez lęku,
kręcę kółeczka
w górę, w dół tańcząc,
bo jestem ptakiem.

Nieraz byłam sama
tym pięknym snem,
na pamięć znam lot,
układ mego ciała,

Wolność oplata mnie
świeżością powietrza,
odurza jak opium,
szaleję na niebie…

…aż do dzisiaj,
ktoś do mnie strzelił…

Zobacz,
ptak wariuje
z radości, w swych
piruetach zawrotnych.

Zobacz,
wiosna biało-zielona,
przebiśniegiem się
wywierca do życia.

Zobacz,
ktoś uśmiecha się
do nikogo, ot tak,
prosto w życie.

Zobacz,
koło ciebie pełnia
wszystkich kolorów
świata, w tęczy.

A też czasem
smutek, strach,
ból, cierpienie?
…musi być lepiej,

to szansa dla życia…

Z wolnej stopy 38

Zbigniew Milewicz

Kto się boi szyderstwa…

W przeciwieństwie do swojego poprzednika, obecny miesiąc jest długi. Studencki Marzec 68 roku był jeszcze dłuższy, bo tarabaniliśmy w manifestacjach o polityczną wiosnę, a ona nie nadchodziła. Przepisując w krakowskim Żaku zabronione strofy Cichych i gęgaczy (wspominałem o tym we wpisie z 08.03.2013 r.), o ich autorze wiedziałem niewiele, ponad to, że ma na pieńku z komunistyczną władzą i za to siedzi. Janusz Szpotański był znany w Warszawie, w dysydenckich kręgach w Londynie i Paryżu, ale w Krakowie i na Śląsku jakoś się o nim mniej mówiło. Pisał także jako Władysław Gnomacki i Aleksander Oniegow, ale dla przyjaciół był to Szpot.

Spott po niemiecku znaczy szyderstwo, kpina i pseudonim pasował do człowieka. Był poetą, satyrykiem, krytykiem i teoretykiem literatury, tłumaczem niemieckiej i austriackiej literatury, szachistą z tytułem mistrza krajowego, trzykrotnym mistrzem Warszawy i drużynowym mistrzem Polski z 1959 roku. Urodził się 14 września 1929 roku w Warszawie, tam też zmarł 13 października 2001 roku. Dla ludzi, stojących w Marcu 68 przeciwko władzy, był on przede wszystkim autorem prześmiewczych poematów komicznych, w których bezpardonowo krytykował prominentnych działaczy partyjnych rządzących Polską. W pożegnaniu pisarza, zamieszczonym w Tygodniku Solidarność (nr 42/ 2001), Waldemar Żyszkiewicz pisze:

W rolę szydercy i kpiarza wtrąciła go niezgoda na peerelowską “małą stabilizację”, w której główną rolę za aprobatą najwyższych władz partyjnych odgrywali Cisi, czyli funkcjonariusze i współpracownicy najpierw Urzędu, potem Służby Bezpieczeństwa (…). Za rozpowszechnianą w recytacjach i śpiewach biesiadnych, a także w odpisach oraz nagraniach magnetofonowych, ułożoną z okazji dwudziestolecia PRL satyrę Cisi i gęgacze, która rozwścieczyła ośmieszonego w niej Gomułkę, w 1968 roku sąd skazał Szpotańskiego na trzy lata więzienia. Podczas odsiadki, ryzykując recydywę, ułożył satyry więzienne Ballada o Łupaszce i Rozmowy w kartoflarni, które znalazły się na wolności wcześniej niż ich autor, za sprawą dobrej pamięci odwiedzającego go adwokata. Dzięki swoistej ironii losu, amnestia z okazji 25-lecia PRL objęła też Szpotańskiego, ale i tak pisarz odsiedział (…) aż 31 miesięcy.

Miał niespokojną naturę i nigdzie nie zagrzewał długo miejsca. Po zakończeniu wojny poszedł do warszawskiego liceum, gdzie z nudów przysypiał w klasie i po roku, w tajemnicy przed rodzicami, opuścił szkołę. Zamiast na lekcje udawał się do siedziby YMCA (Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej) przy ul. Konopnickiej i tam rozwijał uprawianą od szóstego roku życia pasję – grę w szachy. Odwiedzał także biblioteki, w których pochłaniał stosy książek. Miał fenomenalną pamięć – raz przeczytany tekst pamiętał do końca życia. Bez trudu cytował całe partie utworów poznanych przed laty, co słuchających z reguły wprawiało w zachwyt. Czytał i obserwował szarą rzeczywistość socu. Wreszcie dla kaprysu, aby coś znowu zmienić w swoim życiu, postanowił zdobyć średnie wykształcenie. W ponad pół roku samodzielnie opanował wymagany program i najpierw zrobił tzw. małą, a później dużą maturę, jako ekstern.

Posiadając wiedzę na poziomie przewyższającym maturalne standardy, w 1950 r. zdał z wynikiem celującym wstępny egzamin na socjologię, tylko zaszkodziło mu pochodzenie. Kiedy w rozmowie podsumowującej padło pytanie o zawód ojca, zgodnie z prawdą odpowiedział, że jest on adwokatem. Nie wiedział, że mama, w rubryce kwestionariusza, wpisała mężowi „rolnik“, mając na względzie ich parcelę z sadem, w podwarszawskim Józefowie. Tak więc póki co pozostawały mu szachy i życie towarzyskie, a ono ma czasami wpływ na dalsze losy człowieka. Wtedy poznał grupę studentów i naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, m.in. Lecha Budreckiego, Janusza Wilhelmiego, Witolda Jedlickiego i Jana Józefa Lipskiego, którzy, wbrew stalinowskiej ideologii, całą swoją uwagę skupiali na „wstecznej“ literaturze, sztuce i filozofii Zachodu. Kiedy więc ponownie wystartował o miejsce na tej uczelni, tym razem na polonistyce, jego poglądy polityczne były już zdecydowanie „reakcyjne”.

Egzamin zdał bez trudu, opanowując kilka „uwłaczających godności ludzkiego umysłu”- jak to później sam określił – dogmatów marksistowsko-leninowskich. Z uwagi na jego bogatą wiedzę skierowano go jednak na rusycystykę. Na nic zdały się protesty; szybko więc postarał się, żeby stamtąd wylecieć. Za polityczną niepoprawność. Na tym samym roku co on studiowała dziewczyna o nazwisku Widerszpil, która wszystkim zatruwała życie nieustannymi donosami do władz uczelni i kolektywu Związku Młodzieży Polskiej. Pewnego dnia, po zajęciach, ku uciesze kolegów zebranych w jednej z kawiarń, Szpot zaimprowizował satyryczny utwór na jej temat:

Taką miała w sobie parę,
że drżał każdy przed nią, a re-
akcji zaplutego karła
niewątpliwie w proch by starła,
traf chciał jednak, że umarła.
Pochowano więc w mogile
zasłużoną Widerszpilę.

Pogrzeb miała jak się patrzy,
sierp i młot na grobie na krzyż,
mów zaś pięknych było tyle,
że spłakała się w mogile.

Lecz gdy się skończyła pompa,
cicho ktoś przez cmentarz stąpa
i przystaje tuż przed grobem.
Pewnie kochał tę osobę,
bo łza spływa mu po wargach,
pierś zaś targa cicha skarga.
To nad grobem Widerszpili
cicho kwili Dżugaszwili.

Traf chciał, że przy sąsiednim stoliku siedziała przyjaciółka bohaterki wiersza, z pochodzenia Rosjanka i ten numer nie mógł mu ujść bezkarnie. Warszawska filologia straciła rusycystę, ale narodził się satyryk. Kilka lat później stanął przed możliwością powrotu na uniwerek, od razu na drugi rok ukochanej polonistyki, i ją wykorzystał. Dziekanem wydziału był prof. Zdzisław Libera, który mu sprzyjał, mimo iż Szpotański natrząsał się ze współredagowanych przez dziekana podręczników. Do szczególnie pilnych studentów nie należał, często przekładał zaliczenia i egzaminy. Pociągała go krytyka literacka, rozpoczął pisanie pracy doktorskiej o Karolu Irzykowskim, ale jej nie skończył. Poznał go osobiście jako chłopiec, przy partii szachów. W 1965 r. Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował natomiast jego wybór recenzji teatralnych Irzykowskiego; Szpot był już wtedy znany z poematu, napisanego rok wcześniej, który przyniósł mu sławę i tak rozjuszył Gomułkę. I sekretarz występował w nim w roli Gnoma, a gęgali kolaborujący z władzą inteligenci.

Marek Nowakowski w Okopach Świętej Trójcy (Poznań 2014) napisał, że autor obnażył istotę systemu, ale też ostro potraktował tzw. twórczą inteligencję, dowodząc, że większość daje dupy systemowi, a udaje niezależną, szlachetną i wolną. Tę obłudę określił dosadnie. Nazwał gęgaczy “białymi gnidami na czerwonej szmacie”. (…) Szpot chętnie recytował fragmenty opery, kiedy zapraszano go na przyjęcia. Potrafił zmieniać głosy, świetnie naśladował Gomułkę. Sam organizowałem mu spotkania, za które dostawał honoraria do kapelusza. Jedno z nich odbywało się u jego przyjaciela Andrzeja Platera na Smolnej. Bezpieka jakąś drogą się dowiedziała. Przesłuchiwała obecnych tam ludzi. Paru się załamało i złożyło zeznania. Ponurą rolę odegrał Sandauer, który jako ekspert uznał utwór za grafomanię i wzmocnił oskarżenie.

W 1967 r., “za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa”, Szpotański poszedł do więzienia. W Marcu 68 roku, Gomułka z partyjnej mównicy osobiście go napiętnował. Odnosząc się do lutowego zebrania warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich, powiedział:

Kisielewski podjął także na tym zebraniu obronę niejakiego Szpotańskiego, który został skazany na trzy lata więzienia za reakcyjny paszkwil, ziejący sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii i do organów władzy państwowej. Utwór ten zawiera jednocześnie pornograficzne obrzydliwości, na jakie może się zdobyć tylko człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoka, człowiek o moralności alfonsa.

Trzeba przyznać ówczesnemu I sekretarzowi KC PZPR, że umiał wysławiać się dosadnie oraz barwnie i tak zareklamował satyryka, że on sam by tego lepiej nie zrobił. Jego wystąpienie, transmitowane przez radio i telewizję sprawiło, że nawet za bardzo nieuczeni w piśmie Polacy zainteresowali się, kto to taki Kisiel* i Szpot, a także o co chodzi z tą „dyktaturą ciemniaków”.

Podczas odsiadki napisał wspomnianą już Balladę o Łupaszce, dedykowaną Pawłowi Jasienicy. Wiersz ten jest parodią artykułów na temat spisku rewizjonistyczno-syjonistycznego, jakie masowo ukazywały się w polskiej prasie w marcu 1968 roku.

Już wieczór zapada,
usnęły już bory
i z borów wychodzą
reakcji upiory.
Straszliwych rezunów
zbierają się hordy,
by szerzyć dokoła
pożogi i mordy.
Na czele szwadronu
ataman ich gna –
Łupaszka, Łupaszka,
Łupaszka maja!

W 1974 r. powstała Caryca i zwierciadło, satyryczna wizja dziejów Rosji i ZSRR. Generalny sekretarz, Leonid Breżniew występuje w tytułowej roli:

Przed lustrem wdzięczy się caryca,
własna uroda ją zachwyca.
To gęstych brwi unosi chaszcze,
to swych podbródków sześć pogłaszcze,
to delikatnym ruchem dłoni
poprawi bujnych włosów sploty,
to w głaz swych niezgłębionej toni
zatopi wzor pełen tęsknoty,
to znów rozchyli ust pąkowie
i ticho: “Kak krasiwa!” powie.

Później pisze Towarzysza Szmaciaka, ironiczną apoteozę Polski Ludowej i niedokończoną Banię w Paryżu, utwór drwiący z lewackiej inteligencji Zachodu. Kiedy komunistyczna władza wprowadza w Polsce stan wojenny, satyryk trafia do ośrodka dla internowanych najpierw w Darłówku, a później w Jaworzu, przeznaczonych dla opozycyjnej elity. Siedzi w tzw. celi szyderców, m.in. z Jackiem Bierezinem i Stefanem Niesiołowskim. Nowy system polityczny rehabilituje Szpota; 27 maja 1999 roku siedmioosobowy skład Sądu Najwyższego uchylił PRL-owski wyrok i uniewinnił go, uznając, że miał konstytucyjne prawo do wolności słowa.

Czy był z tego uniewinnienia zadowolony? Ponoć i tak i nie. Bez piętna karalności miał prawo czuć się w pewnym sensie zdegradowany, bo z wroga publicznego nr. 1 stał się tylko ofiarą socjalistycznej niepraworządności. Z czego więc Szpot z kpiną i szyderstwem w nazwisku miał się cieszyć? Na wszelki wypadek, aby już złośliwie nie skomentował tego wydarzenia, dopiero pięć lat po jego śmierci przyznano mu komandorię Orderu Odrodzenia Polski.

* Stefan Kisielewski – polski prozaik, publicysta, kompozytor, krytyk muzyczny i pedagog (ur. 07. 03.1911 – zm. 27.10.1991)

P.S. We wpisie korzystałem z opracowania Janusza R. Kowalczyka , zamieszczonego w marcu 2018 r., w portalu Culture.pl.

Don Kichot jest wszędzie

Tego, co się nagromadziło w zakamarkach mieszkania i blogu nie da się w żaden sposób usystematyzować. Ale tak to już jest, że Don Kichot jest wszędzie.

Ewa Maria Slaska

Skolwin (dla tych, co nie wiedzą – dzielnica Szczecina, odległa, na peryferiach, obrzeżach i skrajach) jest dla nas, Eli Kargol i dla mnie, nieustannym źródłem donkichotowych inspiracji. O Don Kichocie w Domu Kultury “Klub Skolwin” już donosiłyśmy TU i TU, a zapewne i w innych miejscach, bo obie wiemy, że pracujący w tej instytucji pedagogicznej szczeciński poeta Marek Maj jest na pewno nowym wcieleniem Don Kichota.

Dodam jeszcze, że kubek ze Skolwina stoi na mojej baratarystycznej półce.

Z tyłu za kubkiem stoi butelka po winie z Finki de la Vega w La Manchy, produkującej  wina spod znaku Don Kichota.

A obok hiszpańskich pomarańczy i wina z La Manchy leży powieść angielskiej pisarki Jane Gardam Robinsons Tochter (Córka Robinsona), historia kobiety, która kocha Robinsona Cruzoe i która kilkakrotnie na kartkach książki przyrównuje swojego starego przyjaciela do Don Kichota.

I jak już jesteśmy przy książkach, to znalazłam Don Kichota i to nader okazałego w Trylogii nowojorskiej Paula Austera. O samej książce napiszę w którąś z sobót w ramach cyklu Chodzenie po mieście, tu poruszę tylko aspekt donkichotowski. W opisie książki przeczytałam bowiem, że pierwsza część trylogii, Szklane miasto, charakteryzuje sie intertekstualnymi nawiązaniami do Don Kichota. Przede wszystkim główny bohater tej części, Daniel Quinn ma inicjały swojego pierwowzoru. Ten aspekt oczywiście znika w tłumaczeniu, bo Quinn musiałby mieć po polsku nazwisko zaczynające się na K. Z drugiej jednak strony – czy rzeczywiście inicjały DQ na pewno muszą oznaczać nawiązanie do Don Kichota? No, ale z kolei jeden z bohaterów powieści, “Paul Auster pisarz” (nie mylić z Paulem Austerem autorem) pisze artykuł o tym, kto napisał Don Kichota, a pielęgniarka innego z bohaterów nazywa się Saavedra, nosi więc matrylinerane nazwisko Cervantesa, a jej mąż policjant w odległy sposób spełnia rolę boga z maszyny w tej opowieści.

Najciekawszy jest jednak fragment w którym “Paul Auster pisarz” opowiada Quinnowi, udającemu “Paula Austera detektywa”, czym się aktualnie zajmuje:

DonKichot-SzklaneMiasto-TrylogiaNowojorska

Cytaty z wydania Znaku (2012), przekład Michał Kłobukowski, rozdziały 8, 9

No i jak zatoczymy koło i z Nowego Jorku, wyspy Robinsona i starej wesołej Anglii wrócimy do Berlina przez Szczecin, to znajdziemy w Szczecinie w kawiarni-księgarni Kamienica w lesie taki o to pejzaż, zapewne raczej holenderski niż hiszpański, no ale cóż, wiatrak, to wiatrak, już na zawsze zrósł się nam z postacią Rycerza o Smętnym Obliczu.

Co wynika z prowadzenia bloga (3)

Ewa Maria Slaska

Kobiety z bloga

Od razu powiem i niech mi Bogini Matrona wybaczy – kobiety na blogu są mniej “wierne” niż mężczyźni. Każdy kiedyś odchodzi do innych zajęć, zapomina, nie ma czasu, odechciewa mu się, ale kobietom zdarza się to częściej. Ileż ich już tu było, stawały się ulubienicami Czytelników i nagle znikały. Nie będę ich wymieniać, nie należy rozdrapywać ran, ani ugryzień komara. Ostatnio naprawdę wiernymi autorkami są Ela Kargol i Teresa Rudolf, które na szczęście piszą w miarę często, oraz Krysia Koziewicz i Monika Wrzosek-Müller, które piszą rzadko.

Z Elą znamy sie od kilku lat i znajomość zaczęła sie od bloga. Widujemy się często, wciąż mamy jakieś wspólne projekty, chodzimy na spacery, w czym uczestniczy również Krysia. Z Moniką jestem zaprzyjaźniona od 35 lat i widujemy się niekiedy nawet raz na tydzień, z Teresą nigdy się nie spotkałyśmy. W zeszłym roku w marcu miałam do niej jechać do Wiednia, a stamtąd do Moniki do Pragi. Ale w grudniu ktoś w Wuhanie kupił na targu i zjadł ślicznego pancernika, a może zresztą nietoperza, a może nie zjadł, tylko wyprodukował i nie na targu tylko w laboratorium, w każdym razie wirus przeskoczył z probówki albo z zupy na człowieka i do marca następnego roku (czyli zeszłego) dowędrował i do Wiednia, i do Pragi, i nie mogłam odwiedzić obu moich wiernych autorek.

Z Moniką chodzimy ostatnio co najmniej dwa razy na miesiąc na spacery do parku przy pałacu Charlottenburg, o czym pisałam TU, natomiast z jej tekstów przywołam ten pierwszy, ten, w którym po raz pierwszy spotkałam się z oryginalną techniką narracyjną Moniki, polegającą na swobodnej zmianie tożsamości, przechodzeniu z osoby pierwszej na trzecią i z powrotem. Bardzo ciekawe.

Nawet nie pamiętam, skąd przyszła Teresa? Chyba tak jak kilka innych poetek, po prostu przysłała wiersze. Nie pamiętam również, jak to się stało, że Monika zaczęła pisać na bloga? Z Krysią widywałyśmy się “od zawsze” na jakichś imprezach polonijnych, ale naprawdę poznałyśmy się podczas wspólnego wyjazdu do Opola. Krysia wygrała wtedy konkurs na opowiadanie o Polaków losie własnym. Ela z kolei pojechała z nami, ludźmi ze Stowarzyszenia Partnerstwo Miast Szczecin-Kreuzberg/Friedrichshain, kilka lat temu na wycieczkę z okazji Dni Morza i gdy wracałyśmy już do Berlina, zapytała, czy opublikowałabym na blogu stary tekst jej taty z lat 60. Odpowiedziałam tak, jak zwykle odpowiada redaktor(ka), że nie wiem i nie mogę obiecać, ale niech przyśle… I tak to się zaczęło.

Wszystkie cztery autorki mogę dokładnie umiejscowić na blogowej osi czasu (ale już nie odtworzę, kiedy Krysia pisała do mojego poprzedniego bloga).
Krystyna, 25 maja 2013, 41 wpisów.
Monika, 21 lutego 2015 roku, 73 wpisy.
Ela, 24 czerwca 2016 roku, 69 wpisów.
Teresa, 13 listopada 2018 roku, 83 wpisy.

W pierwszym wpisie Teresy znajduję notatkę następującą:
Teresa Rudolf twierdzi, że do napisania tego wiersza zainspirował ją autoportret Fridy Kahlo z czarnym kotem i małpką, znaleziony u mnie na blogu
A potem już są wiersze. Wiersze Teresy zawsze przychodzą ze starannie dobranymi zdjęciami, albo muzyką, albo filmikami. Jak to piszę, najbardziej zdumiewam się faktem, że od pierwszej publikacji Teresy na blogu minęły niespełna trzy lata. A głowę bym dała, że jest tu już od lat co najmniej ośmiu, a może nawet dziesięciu. Teresa jest poetką, jej wpisy to często wiersze, ale publikowała już tu i prozę, i publicystykę, a poza tym jest wierną komentatorką. Bardzo dobrze jest, gdy ludzie komentują i przyznaję, że nieodmiennie mnie zdumiewa, że na tym blogu dyskusje są w większości takie niemrawe, bo w poprzednich moich blogach to właśnie w komentarzach kwitło bujne życie, nierzadko bujniejsze niż skończony wpis, złożony, jak wiadomo, ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. A w komentarzach nieważne są zasady kompozycji i nie trzeba się przejmować budową przestrzeni tekstu, dopuszczalne są pomyłki i powtórzenia, nieważna jest jedność czasu i miejsca. Teresa robi, co może, pomagają jej w tym Tibor i Zbychu, ale “dzieje się” w komentarzach, jak na moje potrzeby, stanowczo za mało.

Z różnorodnych tekstów Teresy wyszukuję jeden – ten, w którym Teresa najpierw mi przysłała piosenkę, a potem do tej piosenki dorobiła małe opowiadanko. Bardzo to było interesujące przeżycie. Oto ono: opowiadanko było zatytułowane Sąsiedzi – miało dwadzieścia odcinków, każdy zakończony kolejną piosenką. Pierwsza piosenka nosiła tytuł Otchłań czeka (Na cześć księdza Baki) i podśpiewuję ją pod nosem do dziś – Otchłań nie je, nie pije i nie daje mleka, otchłań – czeka.

Krysia zaczęła wpisem o laurkach na Dzień Matki, a ze wszystkich jej wpisów uwielbiam po prostu wpis, który na własny użytek nazwałam Chałupa, a który naprawdę zatytułowany jest Gdzie jest ten dom. Podobał mi się też “nadtytuł” pewnego jej, bardzo nieregularnego, cyklu: Z obserwatorium zwykłej baby.

Ten wpis z tekstem Taty był pierwszym wpisem Eli i myślę, że koniecznie muszę go TU przywołać. Ciekawe, że jest w nim też stara drewniana chałupa, tak (i taka) jak u Krysi Koziewicz. Podobnie jak Teresa, Ela też publikowała już na blogu bardzo różnorodne formy literackie – wiersze, reportaże, relacje, wspomnienia, opowieści. Niedawno wpisem Artystka z Turmstraße Ela osiągnęła jeden z najlepszych wyników w historii tego bloga, bo prawie tysiąc wejść pierwszego dnia.

Krysia i Ela chętnie fotografują, obie brały już też udział w różnych wystawach fotograficznych, w tym Krysia – w śmiesznej wystawie w Skolwinie (to dzielnica Szczecina), na płocie.

W roku 2020, w roku pandemii, wielokrotnie byłyśmy we trzy na spacerach, niekiedy któraś z nas o tym pisała, ale chyba najbardziej różnorodny jest wpis o Baratarii w berlińskiej dzielnicy Britz.

Były jeszcze dwie bardzo ważne autorki – Joanna Trümner i Viki Korb, ale obie umarły i nie mam siły o nich pisać.

Chodzenie po mieście. Wilsnacker Straße

Ela Kargol

Berlin, Moabit, więzienie, sąd, szkoła, kościół, cmentarze, lew, wąż i ubodzy poeci.

Lubię Berlin, teraz tym bardziej, gdy wiem, że nie mogę się z niego ruszyć, nie tylko ze względu na pandemię. Odkrywam nowe rzeczy, ulice, dzielnice. A klatka schodowa u mojego lekarza na Moabicie przy Rathenower Straße zachwyca mnie za każdym razem, kiedy po niej stąpam.

To tam przy tej ulicy, na rogu z Alt-Moabit kiedyś znajdował się budynek sądu karnego. Niestety nie przetrwał wojny, a imponująca wielkością i treścią rzeźba autorstwa Alberta Wolfa przedstawiająca lwa walczącego z wężem w obronie swoich lwiątek zmieniała kilka razy swoje miejsce i teraz stoi przy Wilsnacker Straße przed kompleksem budynków też sądu karnego, wybudowanych trochę później i rozbudowanych jeszcze później. Lwa odkryłam niedawno, spacerując po Moabicie, wokół więzienia, sądu, szkoły, kościoła, a więc instytycji stojących na straży prawa, moralności i sprawiedliwości. Lew ma symbolizować prawo i sprawiedliwość, a wąż nikczemność zło, kłamstwo i podstęp. Nie zawsze jednak to pierwsze jest prawe, a jeśli jest prawe, to nie zawsze zwycięża. Rozwścieczony lew z łapą uniesioną do góry, z rozwartą paszczą walczy z równie rozjuszonym wężem w obronie swoich lwiątek. Wąż trzyma już w uścisku jedno lwiątko, drugie schowane za tylnymi łapami lwa, nie bardzo wie o co chodzi i w jak wielkim jest niebezpieczeństwie.

Lew i wąż na cokole nie przerywają walki, a więc trudno przewidzieć, jak ona się skończy. Żal mi wprawdzie lwiątek, ale dlaczego miałabym stanąć po stronie lwa?

Ciekawe, że ten sam symbol walczącego z wężem lwa umieściło w swoim nagłówku, dzisiaj można byłoby powiedzieć, użyło jako loga jedno z pierwszych czasopism dla homoseksualistów, które pojawiło się w Niemczech w czasach Republiki Weimarskiej Die Freundschaft. Monatsschrift für den Befreiungskampf andersveranlagter Männer und Frauen.

Na przeciwko „lwa i węża” jest plac zabaw. Mało kto wie, że kiedyś w tym miejscu znajdował się budynek gimnazjum (Königliches Luisen-Gymnasium)

Gimnazjum, jedno z pierwszych w Prusach, gdzie kobiety mogły przystąpić do egzaminu dojrzałości. 29 marca 1896 roku maturę zdało tutaj 6 kobiet: Ethel Blume, Johanna Hutzelmann, Irma Klausner, Else von der Leyen, Margarete von der Leyen und Katharina Ziegler. Popiersie Wilhelma Schwartza, długoletniego dyrektora gimnazjum, a przedtem dyrektora gimnazjum w Poznaniu (Königliche Friedrich-Wilhelms-Gymnasium Posen, dzisiejsza „Trójka”, budynek stoi do dziś) stoi przed placem zabaw, w miejscu dawnej jego szkoły. Wyobrażam sobie, że wiosną i latem, wśród bujnej zieleni jeszcze trudniej będzie je dostrzec. Główny budynek szkolny nie przetrwal do dzisiejszych czasów. Można go tylko zobaczyć na starych widokówkach. Jednak po drugiej stronie Wilsnacker Straße, tuż za „lwem i wężem” zachował się jeden z budynków szkolnych przynależących do luizjańskiego gimazjum, w tej chwili przylegający do budynku wymiaru sprawiedliwości i przez ów wymiar użytkowany.



Gimazjum, a teraz plac zabaw od północnej strony sąsiaduje z cmentarzem przy kościele pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Jest to jeden z czterech kościołów zaprojektowanych dla przedmieść Berlina przez Karla Friedricha Schinkla. Kościół był kilka razy przebudowywany i rozbudowywany przez takie sławy jak Friedrich August Stüler i Max Spitta, a po zniszczeniach wojennych odbudowany według planów Ottona Bartninga.

 

Cmentarz przy kościele projektował Peter Joseph Lenné. Jedynie stare drzewa, których coraz mniej, wyznaczają dawne aleje cmentarne. Cmentarz zamknięto w roku 1904, nie niszcząc wszystkich grobów, w 1935 roku roku zlikwidowano jego część, graniczącą z Wilsnacker Straße. I właśnie tu pochowano ponad 300 osób, które zginęły krótko przed zakończeniem II wojny światowej, cywilów i żołnierzy, dzieci i starców, ofiary i katów. Tutaj spoczął również Albrecht Haushofer, antynazista, geograf, pisarz, autor Sonetów Moabickich (Moabiter Sonette), więziony w moabickim więzieniu przy Lehrter Strasse (w tej chwili w tym miejcu znajduje się park historyczny, a fragment sonetów Haushofera zapisany jest na murze więiennym).

Haushofer wraz kilkunastoma innymi więźniami został rozstrzelany krótko przed końcem wojny, 23 kwietnia 1945 roku w pobliżu więzienia, na zbombardowanym obszarze tzw. Ulap-Gelände (Universum Landes-Ausstellungs-Park). Obecnie na części tego dawnego terenu wystawienniczego znajduje się park. W kieszeni płaszcza zamordowanego Haushofera znajdowały się kartki z 80 sonetami. Grób Haushofera jest honorowym grobem miasta Berlina. Na tablicy na murze cmentarnym cytowany jest fragment jego Sonetów moabickich:

Der Wahn allein war Herr in diesem Land.
In Leichenfeldern schliesst sein stolzer Lauf,
Und Elend, unermessbar, steigt herauf.

(Sam obłęd w tym kraju panował.
Stos trupów jego dumny krok pokona,
I rozleje się nędza, niezmierzona.)

Z postacią Haushofera i z jego miejscem pochówku związana jest historia zmarłego w 2004 roku Rainera Hildebrandta, znanego przede wszystkim jako założyciel muzeum Muru Berlińskiego „Dom przy Checkpoint Charlie” (Mauermuseum – Museum Haus am Checkpoint Charlie). Hildebrandt był studentem Hauhofera, sam uważał się za jego przyjaciela, był związany z ruchem oporu, działającym w kręgu Hauhofera.

Życzeniem Hildebrandta było, aby po śmierci został pochowany na cmentarzu wojennym przy Wilsnacker Straße, obok Haushofera. Poniewaz jest to cmentarz dla ofiar wojny i jej terroru władze miasta nie dały zezwolenia wdowie po Hildebrandcie na pochowanie męża w tym miejscu. Do dziś urna z prochami Hildebrandta znajduje się w berlińskim krematorium w Ruhleben i czeka na pogrzeb.

Gdy stoję przed grobem Haushofera, twidzę, że miejsce dla jego studenta byłoby z każdej strony.

Na części cmentarza przy Kościele św. Jana Chrzciciela oprócz grobów najstarszych, między innymi rodziny Gericke oraz fabrykanta Pfluga, są dwa groby dość nowe, przy murze graniczącym z dawną szkołą powszechną, grób Ronalda Holloway’a i jego żony Dorothei. Oboje byli związani z filmem, z Berlinale, z filmem niemieckim i wschodnioeuropejskim, byli świadkami upadku Muru Berlińskiego i czasu przemian, co zarejestrowali na taśmie filmowej. Są autorami filmu Die Mauertänzerin.

Prawie naprzeciwko cmentarza mieszkała rodzina Wirpszów. Witold Wirpsza zapomniany poeta, prozaik, tłumacz literatury niemieckiej, którego przypomniała mi ostatnio adminka i zaprowadziła pod dom, w którym mieszkał wraz ze swoją żoną Marią Kurecką, również pisarką i tlumaczką. Maria Kurecka przeżyła męża kilka lat, ale nawet po jego śmierci, jak wspomina adminka, często z nim rozmawiała, częstując Ewę Marię zupą z homara, taką z proszku, za kilkadziesiąt fenigów. Na inną pewnie nie było Wirpszów nigdy stać, oboje byli biednymi poetami.

https://ewamaria.blog/2021/02/08/biedny-poeta-der-arme-poet-the-poor-poet/

Odcinek 15

Mieczysław Bonisławski

Pstryk. Taśma zatrzymuje się. Ile mam jeszcze czasu? No, niewiele minut minęło. Czy ten Sosiński nie zawaha się, nie zdrefi, czy pójdzie na całość, tak jak jest to umówione? Czy jakiś przypadek nie… Nie, nie mogę o tym myśleć, aż mnie ręce świerzbią, nogi mi podskakują, aby coś tylko robić. Nie mogę tak bezczynnie siedzieć. Jeszcze trochę narkotyku… Pstryk, PLAY:

– Mówiłem ci, to gość wychowany na KaBeWu, „Ogień” w Gorcach, „Bir” i „Stiach” w Bieszczadach… To jego żywioły, a mały do tego – to wnuk wojskowego prokuratora.
– Jeżeli chce zemsty…
– …chce.
– …a nie ma nic do mojej pracy, to można zrobić to jeszcze inaczej. Będzie miał zemstę, a mnie da spokój.
– Co masz na myśli?
– A mam! Napuszczę na tego jego małego takiego zboczeńca, Chrenowicza. On lubi podymać sobie młodych chłopców… A potem go wystawimy staremu Makarewiczowi… Taki gwałt, bardziej boli niż jakieś wygłupy kolegów z klasy. Będzie większy powód do zemsty dla kochającego ojca, a o mnie i o Teresce stary w takich okolicznościach zapomni…
– Nie, to potrwa za długo. To musi odbyć się jutro, pojutrze. Na dniach.

Tak, na dniach. Dzisiaj. Teraz.

Przez otwarte drzwi samochodu dochodzi stukot kół, torami zbliża się pociąg. Niestety, nie widać nic na drodze… Chociaż, ależ tak! Coś jedzie od strony CPN-u, zbliża się… Nie, to żuk, niebieski, blaszany furgon z plandeką z tyłu. Mija przejazd kolejowy, nie zatrzymując się, chociaż krzyż świętego Andrzeja i znak „STOP” nakazują inne zachowanie. Czy kierowca widzi czarny, średniej wielkości parowóz, który właśnie wyłonił się zza tego nowego, betonowego wiaduktu, pokonuje go i jest już tuż tuż… Łoskot hamulców, zgrzyt żelastwa, huk… Ze trzydzieści metrów za żukiem jedzie szarobrązowy wartburg nowego typu, podąża za furgonem krok w krok, dopasował do niego swoją prędkość, nie zmieniając odległości. Żuk przejeżdża dosłownie parę metrów przed nosem parowozu, ale osobówka jest za daleko z tyłu, aby zdążyć… Wartburg, szary wartburg, jakim jeździ Sosiński. Czyżby…?

Szybkie zdjęcia prosto z katastrofy. Wschodzące, nisko zawieszone słońce oślepia, przy złym ustawieniu się niewiele widać. Tylko złotą, pomarańczową poświatę.

Zbliżenia na wykolejony parowóz, na przerażoną twarz maszynisty. Panorama składu towarowego, w kadrze zza ostatniego wagonu biegną dwaj manewrowi, odpowiedzialni za bezpieczeństwo w czasie, gdy pociąg jedzie przez miasto. Na „kleinbahnie” nie było zapór, czyli szlabanów. Gdy towarowy zbliża się do przejazdu, dwóch ludzi w pomarańczowych kamizelkach, z chorągiewką i „lizakiem” schodzi na ziemię blokować ruch, ostrzec i zatrzymać kierowców. Tym razem nie zeskoczyli na czas ze stopni ostatniego wagonu, w kluczowym momencie wcale ich tam nie było. Do torów zbliżał się samochód, a oni nie zatrzymali go i dopuścili do zderzenia. Strach walczy na ich twarzach z grymasem wściekłości… Wiedzą, że ten poranek skończy się dla nich spotkaniem z prokuratorem, sądem, a kto wie – może więzieniem…

Panorama ulicy Krośnieńskiej, której koniec niknie w morzu zieleni. Zbliżenie pokiereszowanego wartburga Sosińskiego. Zbita przednia szyba, rozharatana maska po stronie kierowcy, leżące obok, pogięte drzwi. Zbliżenie na wgniecioną czaszkę kogoś, kto przyprowadził ten wóz prosto pod koła parowozu…

Zdjęcie żuka. Kierowca widząc we wstecznym lusterku co się dzieje, zatrzymał się po drugiej stronie przejazdu i biegnie do wraku wartburga. Coś krzyczy. Krzyczą też manewrowi z obsługi pociągu, krzyczy maszynista.

Ile trupów jest w środku? Jeden czy dwa? Na co zdecydował się w końcu Sosiński…? Nurtuje mnie ciekawość, ale i niepokój. Przypominam sobie dokładniej koniec naszej wczorajszej rozmowy:
– Mam zabić Teresę?
– Osłodzę ci to.
– Po co? Ja robiłem swoje, wszystko na rozkaz. Nie trzeba jej do tego mieszać…
– Rozkazy się zmieniają.
– Nie rozumiem.
– Popatrz na to z takiej strony. Obiektywnie rzecz ujmując, działanie twojej siostry wymknęło się spod czyjejkolwiek kontroli: twojej, mojej, Pułkownika. Poniosło ją. W sumie sama jest sobie winna. Przesadziła i to niech ona za to zapłaci. Ty sam, osobiście, nie musisz.
– Przecież to pan, Redaktorze, przyszedł do mnie z tym zadaniem. Siostra miała zapaskudzić życie temu orlikowi według waszych wskazówek. Nie wiem, co wy tam macie do tego starego Makarewicza, ale myślę, że chcieli go jakoś podejść poprzez problemy syna…
– Czyżby to nie było tak, że ty sam zgłosiłeś siostrę do wykonania tego zadania? Czy to ja ją w to wplątałem?
– No nie, ja.
– Sama się do tego paliła. Zobaczyła w tym szansę na swoją własną zemstę… Całą intrygę z wykorzystaniem kolektywu klasowego wymyśliła wasza dwójka, ale wykonywała Teresa. Jako wychowawczyni chłopaka w szkole wykorzystała swoją pozycję nauczycielki… A ty masz żal do ubecji?
– W tej sytuacji…
– No, to zaaranżuj jakiś wypadek, w którym zginą oboje: Teresa i Januszek.
– Chętnie, ale… Dwa trupy i ja mam za oba odpowiadać? Tyle krwi mieć na rękach? Nie… Nie zrobię tego…
– No to oddaj go temu pedofilowi. Siostra i tak musi zapłacić ubecji swoją cenę za to, że ją poniosło, za to, co sama zrobiła. Ty, faktycznie, nie jesteś temu winien, nie możesz odpowiadać za to, że ona straciła kontrolę nad samą sobą. Możesz dalej robić swoje, dalej żyć swoim życiem. A ubecja zapłaci ci jakoś za siostrę.
– Raczej za całe moje zakichane życie, które mi zmarnowali. Może to rzeczywiście jedyna ku temu okazja? Przecież nie jestem złym człowiekiem, to tylko te szuje mnie tak wplątały, że teraz nie wiadomo, jak z tego wyjść? Jeden głupi błąd, wybryk gówniarza, a oni cap! za szyję i – koniec. A Teresa… – fakt, przesadziła, ale sama chciała…
– Rób tę akcję z chłopcami i ich ojcami w tych klubach piłki ręcznej. To naprawdę wielka sprawa, dla miasta, dla Polski… A skoro nie chcesz, aby doszło do wielkiej sensacji, że nauczycielka ginie razem z uczniem, uruchom tego zboczeńca. Wybór należy do ciebie, ale sama akcja z Teresą – jutro z rana, tak?
– Tak.

Tymczasem wokół przejazdu kolejowego mam już grupkę gapiów. Ale niewielką. Ludzie jednak spieszą się do pracy, przystają, patrzą, rzucają parę zdań komentarza i odchodzą do swoich spraw. Rozgadają się dopiero w fabryce, urzędzie, sklepie, podadzą kolegom, interesantom, klientom masę sensacyjnych, choć nie mających wiele wspólnego z tym, co się naprawdę wydarzyło, wykreowanych szczegółów. Potem może jeszcze wieczorem, przy kolacji będą tymi, co najlepiej wiedzą, tymi co widzieli na własne oczy. Jutro, pojutrze zapomną, ich uwagę przykują następne wydarzenia, kolejne plotki albo nowe, codzienne kłopoty i troski.

Ktoś przechodzi, staje, rozgląda się, postoi i odchodzi. Takich przechodniów naliczyłem już pewno ze trzydziestu: byli, są, odeszli. Ale ciągle mam wokół wraku tak pięciu do ośmiu ludzi. Kobiet, mężczyzn, robotników i pracowników biurowych, sprzątaczki i sklepowe. Cały przekrój mieszkańców nowych osiedli powyżej przejazdu.

Ulica też nie jest ani zbyt pusta, ani zbyt zatłoczona. Nie liczę ich, ale do czasu przyjazdu radiowozu milicyjnego i karetki pogotowia, będzie tego nie więcej niż z dziesięć. Wszystko osobówki.

Pogotowie i milicję wezwał maszynista ze swojej kabiny w parowozie, korzystając z jakiejś wewnętrznej, kolejowej sieci łączności. Radiowóz tarasuje teraz ulicę, stoi w poprzek jezdni przed przejazdem kolejowym. Po drugiej stronie karetka. Milicjanci robią swoje, zabezpieczają i opisują ślady, a lekarz czeka, aż skończą oględziny wraku i trupa kobiety. Wtedy będzie mógł go zabrać. W wartburgu leży tylko ciało nauczycielki Barczyńskiej. Teresy. Januszek zatem żyje i przeżywa kolejne swoje porażki. Ich pasmo nie zniknie tak od razu, kwadrans po śmierci ich sprawczyni.

Nie ma już niebieskiego żuka, a obaj manewrowi spokojnie odpowiadają na pytania śledczego. Są przeze mnie przygotowani, podobnie jak kierowca żuka:

– Zaraz przyjedzie milicja.
– Zeznam co trzeba. Widziałem wszystko w lusterku.
– Ja byłem w samochodzie, jak pan przejechał przed nosem parowozu, nie zatrzymując się na znaku stopu…
– No, wie pan… Tu tak się jeździ… Ruch mały, prosta droga przez ogrody, a pociąg, pojawia się raz na ruski rok.
– Ale dzisiaj się pojawił. Ta kobieta, pojechała na pamięć za panem. Można powiedzieć, że wciągnął pan ja pod ten pociąg…
– Nie przesadza pan?
– Nic a nic.
– To co ja mam im powiedzieć…?
– Nic, znikaj pan stąd.

Patrzę jak odjeżdża. Zapisuję nazwę i adres firmy, do której należy furgon. Zbieram materiał do artykułu…

– Nie wyskoczyliście na czas na przejazd. Powinniście być na przejeździe przed parowozem i zatrzymać tę kobietę.
– Co pan gadasz! To bzdury!
– Siedziałem w samochodzie i wszystko widziałem. Najpierw przeleciał żuk, a was nie było…
– I coś pan jeszcze widział?
– Nie było was na wagonie. Biegliście za pociągiem. Nie mogliście więc na czas być na przejeździe… Coś was zatrzymało przed wiaduktem, opuściliście posterunek. Co to było? Albo kto to był?

Patrzą po sobie i trzęsą się, cali w strachu przede mną. Uspokajam ich.

– Możecie mi powiedzieć. Nie zakapuję was na mentownię, potrzebuję tego tylko do artykułu. A potem posłuchajcie co ja powiem śledczemu i mówcie mu to samo. Uratujecie tak swoje tyłki, tylko mnie powiedzcie całą prawdę…

Słucham ich opowieści i wszystko mi się układa w spójną całość. Jest tak, jak podejrzewałem. Sosiński wszystko perfekcyjnie przygotował, na tak wielu płaszczyznach, że aż zaczynam czuć do niego podziw.
– Witam redaktora! Katastrofa w tym mieście bez pana, to tylko sen. Nie mogłaby się zdarzyć naprawdę.
– Służba nie drużba, jak to mówią, droga milicjo.
– Dziennikarski dyżur? W takim miejscu? To chyba coś bardziej z obyczajówki… Winobranie, nocne powroty na osiedla i te sprawy…
– Niestety, obywatelu chorąży, niestety. Też tak bym chciał… Ale sprawy, które śledzę są naprawdę wokół nas. I to nie są problemy z żoną wywąchującą zapach obcych perfum, jak się przyjdzie w nocy po większej wódce. To zasrane gówno, rak toczący nasze społeczeństwo… Powiem wam, ale to na razie zupełna tajemnica. Tylko po starej znajomości…
– Ależ oczywiście, redaktorze. Ma się rozumieć.
– To poważna zagwozdka. Tu będą umoczeni prokurator, sędzia i – kto wie – może personel aresztu, albo ktoś jeszcze wyżej…?
– Mieliście nockę, tam? – śledczy wskazuje ręką przed siebie, w stronę aresztu na niewidocznym stąd końcu ulicy.

Kiwam potakująco głową i przykładam palec do ust.

– Cicho, cichuteńko. Nie trzeba nic więcej. I potem, w papierach też, ani słowa o tym… To zagadnienie znika. Byłem. Po prostu byłem, nie pytać po co, dlaczego? Pan, spec w swoim fachu, na pewno rozumie powagę tajemnicy śledztwa.

Chorąży kiwa ze zrozumieniem głową. Milknie, ale tylko na moment. Zaraz obraca się i podejmuje dalej swoje dochodzenie:

– A tu, w tej sprawie? Możecie być świadkiem?
– Właśnie wracałem, tam, stamtąd. Co to wiecie – robię to, co tacy funkcjonariusze cenią sobie najbardziej – dopuszczam go tymi niedopowiedzeniami do komitywy. – I nadjechałem, akurat, wtedy, gdy ona…
– Jak wy to widzicie? Tu nie ma żadnych śladów hamowania. Jakby w ogóle nie widziała przejazdu, nadjeżdżającego pociągu. Patrząc po rejestracji, to ktoś miejscowy, pewnie nie raz tędy jechała. Czy jest możliwe, aby nie wiedziała, że tu są tory, że o tej porze przetaczają skład z nocy?
– Albo…
– Albo co? Mogła zrobić to z premedytacją, samobójstwo, to macie na myśli?
– Było tuż po deszczu. Mogła wpaść w poślizg.
– A widzieliście manewrowych, no, tych z pociągu, od zatrzymywania ruchu? – pojawia się z nowym wątkiem sierżant z wózkiem do mierzenia odległości.
– Nie, nie, ja myślę o czymś innym. Tak teraz skojarzyłem, że tuż przed nią przeleciał jak szalony furgon… Tu często kierowcy lekceważą przepisy i nie zwalniają, pomimo tego przejazdu. Utarło się, że nie warto, że tu ten towarowy raz na ruski rok jedzie… Ja myślę, że ona zapatrzyła się na tego żuka i on ją pociągnął za sobą jak na sznurku.
– Czyli, zaufała, że jak wóz przed nią jedzie tak na pewniaka, to na pewno nie ma pociągu… – rozpoczyna swoją myśl chorąży, ale jej nie kończy.
– I pewnie nawet nie spojrzała na boki – wtóruje mu sierżant, który jednak wraca do swojej poprzedniej myśli – Mnie jednak nie daje spokoju to, dlaczego nie zatrzymali ich ludzie z regulacji ruchu? Nie było ich na miejscu, czy jak? Widział ich redaktor, czy nie?
– Miejsce, gdzie by stali, zasłaniał mi najpierw ten żuk, a potem już sam pociąg. Ale chodzą słuchy, że tam, za wiaduktem, gdzieś przy Krakusa, przy fabryce dywanów można dostać dobry bimber. Podobno instruktorzy z PZMot-u robią sobie przerwy i korzystają… Mówią, że kolejarze, obsługujący te składy towarowe na dawnej szprotawiance, też.
– Robiliście zdjęcia? – przerywa mi rzeczowo śledczy.
– Tak, kilka zdążyłem pstryknąć – chwalę się, nieudolnie, w widoczny dla nich sposób, skrywając dumę pod maską skrępowania.
– Zauważyliście, skąd był ten żuk? A może na zdjęciu będzie uchwycony napis na burcie?
– Nie, nie pamiętam, ale jak tylko wywołam zdjęcia, dam wam znać. Napiszę o tym w artykule, może ktoś się zgłosi?
– Dobrze, spróbujcie redaktorze. My też sprawdzimy we wszystkich bazach w mieście…
– Musimy sprawdzić dokładnie wrak – podchodzi do nas czymś wyraźnie zaaferowany technik milicyjny. – Nie daje mi spokoju ten brak śladów, żadnej reakcji. To tak, jakby miała uszkodzone hamulce, albo układ kierowniczy… Zero hamowania, żadnej próby skręcenia w bok, ucieczki spod lokomotywy. Przecież ani ona nie pędziła, ani pociąg nie jechał szybko. Był czas, mogła zrobić wszystko…
– Jeżeli się zagapiła…
– A jeżeli nie? Trzeba dokładnie sprawdzić.
– Zaleciłbym toksykologię – wtrąca lekarz. – Awarii mógł ulec samochód, ale i organizm nie jest od nich wolny. Może miała ograniczoną reakcję pod wpływem jakichś środków, leków? Jeżeli coś wzięła, badanie to wykaże…
– Moim zdaniem pojechała na pamięć za żukiem, a potem, w tym deszczu, na tej śliskiej kostce zawahała się, czy hamować, czy skręcać obawiając się poślizgu. I jeszcze dodam, że tak jak ja to widziałem, ani ona, ani żuk wcale nie jechali wolno. Pędzili co najmniej osiemdziesiątką, jak szaleni!
– Tutaj osiemdziesiątką?! – dziwi się śledczy.
– Tak tu jeżdżą, odcinek prostej drogi, same ogrody – popiera mnie sierżant. – Zgodziłbym się, że to możliwe.
– A wy jak to opiszecie, redaktorze? Znowu jako tajemnicze i gwałtowne wydarzenia bez wyjaśnienia, niczym w „Kobrze”, czy bardziej pod kronikę towarzyską…? – próbuje sobie podkpiwać ze mnie śledczy.

„Poczekaj, zobaczysz. Zrzednie ci jeszcze mina” – syczę jadem, odgrażając mu się w duchu. Irytuje mnie tym prześmiewczym tonem – „Zdziwisz się, tak ci to napiszę. A do prawdy i tak nawet się nie zbliżysz, choćbyś się i zesrał… „

Uśmiechając się od ucha, do ucha, pstrykam jeszcze tylko kilka zdjęć milicjantom. Przydadzą się do zilustrowania dłuższego reportażu w sobotnio-niedzielnym magazynie gazety. Bo na pierwszą stronę wydania codziennego dam, oczywiście, sam moment zderzenia wartburga Sosińskiego z parowozem! I duże litery tytułu tnącego jak brzytwa. Mam go już w głowie, dobry będzie, taki aby rzucili się na niego nawet robotnicy na budowie, ojcowie rodzin i tyrani domowi, różni pijacy, niewierni seksoholicy i pomniejsi zboczeńcy, o których nikt się nie dowie. Tytuł będzie brzmiał…

karta nr 140/ 203 / 314 (kilka nachodzących na siebie numerów, pisanych niebieskim długopisem, zielonym, skreślanych na czerwono itd.)

egzemplarz gazety, typowy papier gazetowy, nieco wymięty

CZY ŚMIERĆ NAUCZYCIELKI KRYJE TAJEMNICĘ?

Gdzie była obsługa ruchu? Czy tajemniczy furgon to ręka z zaświatów, która wciągnęła kobietę w okowy śmierci? Wypadek, samobójstwo, czy dobrze zaplanowane zabójstwo?
W dniu wczorajszym, w porze wzmożonych dojazdów mieszkańców Zielonej Góry do pracy, doszło do tragicznego, śmiertelnego wypadku. Osobowy samochód marki wartburg, wjechał pod lokomotywę pociągu towarowego, przetaczającego wagony do „Polskiej Wełny” i fabryki mebli „Zefam” po torach bocznicy tzw. kolei szprotawskiej. Do zdarzenia doszło na przejeździe kolejowym przy ulicy Krośnieńskiej.
Niestety, zawiadomione przez kolejarzy pogotowie ratunkowe, które przybyło wprawdzie niemal natychmiast, nie mogło już nic pomóc nieostrożnemu kierowcy samochodu. Lekarz stwierdził zgon na miejscu, na skutek rozległych i głębokich obrażeń, powstałych w wyniku zderzenia. Na zdjęciu widać skalę zniszczeń.
Czy ta tragedia to skutek nieostrożności i brawury? Zastanawiają się nad tym od wczoraj pracownicy Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej w Zielonej Górze. Wprawdzie niejednokrotnie na naszych łamach piętnowaliśmy naganne postawy kierowców, rozpędzających się do szaleńczych prędkości na niezabudowanej części ulicy Krośnieńskiej i ignorujących niestrzeżony przejazd kolejowy, to jednak prowadzący śledztwo nie są pewni, czy przyczyny tej tragedii są takie same, jak w większości podobnych przypadków.
– Musimy przeprowadzić analizę toksykologiczną ciała kierowcy oraz badania techniczne wraku samochodu – mówi szef grupy dochodzeniowej. – Wszystko pod kątem wykluczenia udziału osób trzecich.
Jak się dowiedzieliśmy, śledczych zastanawia brak śladów hamowania lub próby uniknięcia zderzenia ze strony kierowcy, poprzez nagły skręt. Do tragedii doszło w otwartym terenie, przy dobrej widoczności, co dawało czas na właściwą reakcję. Ślady na jezdni nie wskazują też na to, aby samochód wpadł w poślizg. Na zdjęciach obok prezentujemy moment zderzenia oraz funkcjonariuszy MO, badających ślady na ulicy.
Zastanawiające są zeznania nielicznych świadków. Podobno był dwa samochody, które pędziły ulicą wprost pod nadjeżdżający pociąg. Pierwszemu z nich, niebieskiej furgonetce, udało się przejechać, natomiast wartburg już nie zdążył. Czy obaj kierowcy byli ze sobą powiązani, czy jeden gonił drugiego? Może kryje się za tym zupełnie inne wydarzenie, o charakterze przestępczym? Milicja Obywatelska zwraca się z apelem do czytelników o przekazywanie informacji o każdym niebieskim furgonie marki żuk, z metalową skrzynią ładunkową, krytą plandeką, jaki był poza swoją bazą w nocy ze środy na czwartek lub wyjechał z bazy bądź wrócił na nią wczoraj wcześnie rano.

Innym tematem, jaki sprawdzają śledczy, jest właściwe zabezpieczenie przejazdu przez manewrowych, odpowiedzialnych za drogę pociągu przez miasto. Istnieje podejrzenie, że nie było ich we właściwym miejscu i we właściwej chwili, tak aby zatrzymać obu kierowców przed wtargnięciem na tory prosto pod rozpędzony pociąg.
Wątpliwości śledczych i dziwne zeznania świadków nakazują zadać pytanie, czy to był zwykły wypadek? Tajemniczy furgon, domniemane zaniedbanie służby organizacji ruchu. Nie wyklucza się też hipotezy, że mogło to być samobójstwo kierowcy. Gazeta będzie systematycznie sprawdzać postępy Milicji Obywatelskiej i informować czytelników o tej, być może najbardziej tajemniczej katastrofie, jaka wydarzyła się w Zielonej Górze w ostatnich latach.
Na zakończenie dodajmy, że samochód był własnością znanego trenera grup młodzieżowych piłki ręcznej, profesora S., w wypadku zaś zginęła nauczycielka szkoły podstawowej, Teresa B., która prowadziła jego samochód, będąc w nim jednak sama. Więcej o przebiegu wypadku, relacja z prac zespołu dochodzeniowego oraz informacje od naocznych świadków już w jutrzejszym wydaniu gazety. Być może odpowiemy na pytanie, dlaczego Teresa B. prowadziła nad ranem nie swój samochód i skąd jechała? Spróbujemy też porozmawiać z pracownikami PKP, obsługującymi przejazd feralnego składu przez zielonogórskie ulice. Czy na pewno jesteśmy bezpieczni na ulicach Zielonej Góry, tam, gdzie przechodzą tory bocznicy przemysłowej, czyli praktycznie w każdej dzielnicy miasta?