Odcinek 22 i ostatni

Mieczysław Bonisławski


Nastaje chwila ciszy. Choć ciąży wszystkim trzem kobietom, żadna nie kwapi się do jej przerwania. Bo i niby która z nich może coś tu powiedzieć bardziej mądrego, która pociągnąć to dalej?

– Wracamy do konkretów. Dochodzeniówka! Relacjonujcie jeszcze raz, co mamy w zeznaniach?
– Ale w których? Znaczy się, o jakie podłoże chodzi?
– Matka powiedziała…, że jak weszła na budowę…, to chłopiec leżał na wznak, a mężczyzna…, konkretnie nasz podejrzany…, kładł się na niego, czy tak?
– Tak… Zaraz… To tu… Proszę: „Próbował rozpiąć mu spodenki. Chciał go wziąć siłą”… Tylko jej szybka i zdecydowana reakcja uchroniła chłopca przed gwałtem… Według zeznania.
– Jesteście w stanie przedstawić zeznania innych świadków? Z tego co daliście w papierach, wynika, że to jest jedyna relacja jaką dysponujecie? Dochodzeniówka, nie śpijcie!
​Słychać jak ​Śledcza wzdycha, można sobie wyobrazić, jak tylko kiwa głową i zrezygnowana, po raz drugi, tym razem ostentacyjnie, klepie ręką w notatnik.
– Zastanawiacie się cały czas nad tym, co z tego co powiedział w hipnotycznym transie podejrzany jest prawdą, a co nie jest? Psychologia, jak to rozdzielacie?
– No, proszę, ani nie zastanawiam się, bo może na próżno, ani bezproduktywnie niczego nie rozdzielam… W tej sytuacji jesteśmy uprawnieni do szukania co najmniej trzech, nie, nawet czterech rodzajów „prawd”…
– Co proszę?
– A rodzaje tych „prawd” określalibyśmy przez różny stosunek emocjonalny pacjenta do jego przedstawień? Powiążmy to z charakterem motywacji…
– W najprostszym przypadku na przedstawienia badanego nie nakładają się żadne emocje ani motywacje z których by one płynęły. Jedynym ograniczeniem jest sama pamięć oraz obiektywna perspektywa, z której człowiek oglądał i zapamiętał opisywane zdarzenie. To nie jest nawet wspomnienie, ale zapis, kalka. Mamy z tym do czynienia, gdy pacjent mówi prawdę, w takim rozumieniu, jakie reprezentuje tutaj pion dochodzeniowy …
​Śledcza [głośne i dosadne prychnięcie]
Biegła [w reakcji na zachowanie Śledczej głos się lekko zmienia, oddech przestaje być miarowy]
– Ta prawda też jest oczywiście względna, ale w przydatnym dla postępowania przybliżeniu, sąd uznał by ją za podstawę do orzekania bez żadnych warunków ograniczających. Wszystkie pozostałe przypadki, zespół sędziowski oceniłby jako przeciwważne temu pierwszemu, czyli jako fałszywe świadectwo podejrzanego, mataczenie z jego strony, w celu uniknięcia odpowiedzialności…
​Śledcza [zajadle]
– Oczywiście dla psychologa zbrodniarz nie odwraca od siebie podejrzeń…? On w ogóle nie kłamie…
Biegła
– …niezupełnie…
​Śledcza [kpiąco]
– …a jak już mu się zdarzy, to nie z jego winy? Psycholog w każdej sytuacji znajdzie usprawiedliwienie, prawda…? Obiektywne… Nie związane ze złą wolą…. bandziora… Naukowe…
​Biegła [bierze się w garść]
– Może nie usprawiedliwienie, ale wytłumaczenie. Może nawet nie… Wyjaśnienie. Naukowe wyjaśnienie, które jest nota bene bardzo pomocne w prowadzeniu postępowania.
​Śledcza [z pozytywnym nastawieniem]
– Masz moja droga na myśli profilowanie…?
​Biegła [triumfuje; ucieszona, że wreszcie znajduje wspólny język ze Śledczą]
– No widzisz! Właśnie! Badany może przedstawiać jako wspomnienie swoje marzenia. Wspomnienie de facto zdeformowane, ale jednak wspomnienie. O ile tylko te marzenia inspirowane są jego doświadczeniem, wynikają z tego co naprawdę przeżył. I to przeżył mocno, głęboko.
Nie jest to działanie celowe, świadome, pacjent wspomina fakty, podświadomie poddane obróbce wynikającej z wrodzonego eudajmonizmu, ludyczności. Te wspomnienia, choć bazują na pamięci epizodycznej, zdecydowanie ukierunkowane są na to, co człowiek, który je uwalnia, chciałby, aby miało miejsce, zamiast tego, co zdarzyło się naprawdę.
Tyle tylko, że nie chodzi tu o same fakty, ale o ich ocenę i wzbudzane przez nie emocje. Podejrzany w takim przypadku może zmieniać kolejność rzeczywistych wydarzeń, a przede wszystkim ich znaczenie. Jednak trzyma się w zasadzie realnych doświadczeń za to chętnie zmienia związki przyczynowo-skutkowe.
Słowem, nie przeinacza niczego co jest związane z bytem czystej materii, nie mataczy też w celu osiągnięcia materialnych korzyści. Jego osobowość, niejako bez porozumienia z nim samym, dąży przede wszystkim do zadowolenia i osiągnięcia poczucia szczęścia.
Prawdą, w takim sądowym rozumieniu, są tu na pewno albo przyczyny, albo skutki. Rzadko i jedno, i drugie, a przynajmniej w niewielkiej części. Prawidłowo rozdzielając fakty od marzeń, możemy profilować motywy sprawcy.
​Śledcza [znudzona]
– Możesz krócej, za chwilę pierwsza gwiazdka…
​Biegła [lekceważąco; dalej swoim mentorskim tonem naukowca]
– Już, już.
Trzecią możliwością są fantazje, twory płynące z wyobraźni, czyli z nieświadomości, na które badany nie ma żadnego wpływu.
Ich powstawanie pozostaje w zasadzie poza pacjentem, nie tylko poza jego rozumem, ale nawet poza kontrolą jego własnej osobowości.
Fantazje pozostają też, niestety, poza wszelką kontrolą psychopatologa, nie dają się w żaden sposób sklasyfikować, poddać jakiejkolwiek logice. Dlatego bardzo rzadko bywają przydatne śledczym do opisu, czy oceny podejrzanego.
W konsekwencji, to najgorsza dla nas sytuacja, dotycząca tego, co uzyskaliśmy podczas transu hipnotycznego. W przypadku przestępcy takie wizje mogą być nieświadomą formą ucieczki od rzeczywistości, gdy sprawca sam jest przerażony ohydą tego, co uczynił.
Ale równoprawna jest sytuacja, gdy pojawienie się fantazji, może oznaczać, że badany symuluje tylko proces. Zdarza się to wtedy, kiedy hipnoza nie udaje się, a przestępca widzi swój cel w zwodzeniu badającego.
Oskarżyciel [z niedowierzaniem]
– Będziemy się przekonywać, że to jest w ogóle możliwe?
Biegła [z głębokim przekonaniem]
– Jeżeli powodem zbrodniczych zachowań jest choroba, to może ona chwilami ustępować, a wtedy chory powraca do racjonalnych zachowań i osądów.
Oskarżyciel [upewnia się]
– Powiedzcie, pedofilia jest taką chorobą?
Biegła [zmartwiona]
– Niestety niewiele jeszcze wiemy o pedofilii. Podobnie zresztą jak i o innych zaburzeniach seksualności. To jednak wstydliwy obszar chorobowy a badania nad tymi jednostkami nie mają takiej aprobaty społecznej, jak choćby laryngologia, czy zwykła okulistyka…
​Śledcza [zapalczywie przerywa obu kobietom; niemal wykrzykuje]
– Jest jeszcze jedna możliwość! Którą ignorujesz…!
Biegła [z niedowierzaniem]
– Tak? Jaka?
Śledcza [energicznie; wyrzuca z siebie zdanie po zdaniu, z przerwami]
– Kłamstwo… Przemyślana obrona przed zarzutem karnym… Zbrodniarz, dzięki niemu, przeczy swojemu udziałowi… I kieruje śledztwo na ślepy tor…
​Biegła [z ulgą; słychać odsuwane krzesło; wstaje; ma ochotę się roześmiać]
– No proszę ja ciebie, ale wtedy to nie są ani marzenia, ani fantazje, tylko przygotowane z premedytacją fałszywe świadectwo. Wspomniałam może już o tym? Jako o równoprawnym symulowaniu…
Oskarżyciel [niezadowolona]
– Dochodzeniówka, pofantazjujcie w końcu trochę o tym, co też nasz podejrzany powiedział?
​Biegła [z nową energią; słychać jej kroki wokół biurka]
– Jednak dla mnie bardzo mało wiarygodny jest opis wydarzeń, jaki nam przedstawiła Matka.
Oskarżyciel [zaskoczona; zdegustowana]
– No to, to już zakrawa na psychologiczne mrzonki! Opanujcie się biegły!
​Śledcza [niespodziewanie bierze w obronę biegłą; słychać odsuwane krzesło]
– A dlaczego nie? Bezstronny świadek… Za bardzo zaangażowana…
Oskarżyciel [głośne klapnięcie ręki o blat; odsuwane krzesło; ze złością]
– Dosyć! Jak matka może nie być mocno zaangażowana w takiej sytuacji?
​Śledcza [słychać kroki]
– Praktyka dochodzeniowa… Mówi… Wiarygodność takiego świadka… uznajemy za niewystarczającą.
Biegła [waha się; z zastanowieniem]
– Zatem, jest możliwe… Jednak tak, to jest nawet bardzo możliwe… Mój pacjent mógł zostać wmanewrowany w to wszystko. A co z tym zabójstwem nauczycielki…?
Oskarżyciel [obrusza się]
– Nie mówmy tu o zabójstwie! Ktokolwiek coś takiego w ogóle sugerował…?
​Biegła [przystaje, kroki milkną]
– Bardzo przepraszam – kilka osób: Dziennikarz, Ojciec, Trener, „Duch”…
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania i skrzyp krzesła; odwraca się ku biegłej]
– W szczególności ten „Duch”…! Przecież to nie muszą być nawet rzeczywiste osoby. Znamy je tylko z opowiadania…
​Biegła [z werwą; znowu słychać jej kroki; potem przystaje; z zastanowieniem]
– To może jednak spytajmy o nie podejrzanego! A właśnie, dlaczego nie ma go na tym podsumowaniu?
​Śledcza [w zamyśleniu; zastanawia się]
– Imaginacje… Może wsparte strachem przed odpowiedzialnością?
Oskarżyciel [słychać szelest ubrania, skrzyp krzesła]
– Właśnie tak!
​Biegła [nie daje za wygraną]
– Proszę, a czy ktoś w takim razie sprawdzał, czy takie osoby może istnieją?
​Śledcza [cedzi słowa, przerywa w zastanowieniu; przystaje, znowu robi krok]
– Prawda… Marzenia… Fantazje… Kłamstwa z premedytacją…. Jak do tego podejść?! Ja już nie wiem, jak oceniać te senne mary…
​Biegła [z entuzjazmem, też słychać jej kroki]
– Sprawdźcie te poszlaki może? Czy był taki wypadek? Czy są takie treningi w szkołach? Przyduście innych dziennikarzy śledczych z gazety, może? A co, sam ten Demianiuk, nic na niego nie macie? No proszę, na pewno ma pękatą teczkę…
Oskarżyciel [denerwuje się]
– Pójdziemy za daleko! Mamy prostą sprawę o pedofilię i nierozgarniętego, młodego mężczyznę, nigdzie nie pracującego, o podejrzanej opinii…
Biegła [oskarżycielsko]
– Ten nierozgarnięty mężczyzna o podejrzanej opinii bardzo by chciał przedstawicielom władzy osobiście objaśnić wszystkie wątpliwości w sprawie
O… Te na temat opinii o nim, również… Właśnie to mi, jako psychopatologowi, który go prowadzi, wyjawił.
Oskarżyciel [tonem nie znoszącym sprzeciwu]
– Nie komplikujmy tego o jakieś wątki związane z zabójstwem, czy działaniami operacyjnymi organów bezpieczeństwa. Koniec analizy!
Biegła [oschle, oskarżycielsko]
– Bez kontaktu z podejrzanym, bez jego ostatniego słowa, no proszę… Może to jest niemożliwe? Po co go tu ściągnięto z aresztu, może po to, aby postał za ścianą…?
​Śledcza [przystaje jak słychać z odgłosów z tyłu za siedzącym Oskarżycielem]
– Ci ludzie… Nie poszliśmy tym tropem w postępowaniu. A to jest ciekawe…
​Biegła [to samo]
– Ta Matka… A jeżeli ma jakiś ukryty motyw… Zatem, z psychologicznego punktu widzenia… proszę, mogła kłamać…
​Śledcza [z rosnącym zaangażowaniem powoli wylicza]
– Zeznania nie są jednoznaczne… Podejrzany przedstawia to inaczej… Mamy tylko słowa Matki… Żadnych dowodów… Ani jak to zweryfikować…
Biegła [emocjonalnie; odkrywczo]
– Może jednak są jakieś inne powiązania? Jednak podejrzany burzy zarysowany układ tego „Ducha”, pracowników operacyjnych i tej nauczycielki… Zatem i Matkę mogli wplątać przeciwko niemu…
Oskarżyciel [zdecydowanie]
– Psychologia! Dochodzeniówka! Skończyliśmy…
​Śledcza [tak samo; nie reaguje na ton Oskarżyciela]
– Zastanówmy się. Tutaj są dodatkowe powiązania… To może być przełom… Nowy kierunek postępowania…
​Biegła [prowokacyjnie; zacietrzewiona]
– Może ustalamy czy człowiek dokonał przestępstwa, czy nie? Czy jest coś, co pomoże ocenić, czy mamy do czynienia z chorym na pedofilię, czy też z zupełnie zdrowym człowiekiem, jest dla niego, może, bardzo ważne… Ten człowiek czeka za drzwiami… Czeka na to, co zrobimy. Może od tego zależy, czy wróci do celi, czy do domu? To chyba ważne, gdzie spędzi najbliższe dni, miesiące a może i lata? Bo o dzisiejszej Wigilii może, oczywiście, zapomnieć…
Oskarżyciel [z trzaskiem zamyka podręczną torbę, sarkastycznie]
– Ustalmy, że wszystko jest jasne! Stawiamy się po Nowym Roku na zamknięcie postępowania. A podejrzanego, póki co, wysyłamy z powrotem do celi… Zgodnie z tym, co zasugerowała nasza psychologia…

Prokurator spogląda na obie kobiety i nieoczekiwanie wybucha śmiechem. Aż trudno ją poznać, jeszcze przecież nie słyszeliśmy jej śmiechu.

– A my co? Pora do domu – i całkowicie rozluźniona, po prostu, szczebiocze – Za chwilę Wigilia… Zostały wam jeszcze jakieś ostatnie zakupy, czy już tylko końcówka gotowania, drogie panie? A właśnie, dostałyście karpia? To ta afera z zeszłego tygodnia, pamiętacie? Tu to dopiero nadałam tempo! Inaczej wszystkie kobitki w Zielonej Górze utłukły by na święta prokuraturę w miejsce tych ryb…

Teraz śmieją się wszystkie trzy. Śledcza szturcha pod ramię Psycholog, a ta lekko popycha Oskarżenie ku wyjściu. Po chwili, swobodnie rozmawiając, odchodzą z pola słyszenia. Ich głosy rozmywają się, w końcu nikną.

MINĘŁY ŚWIĘTA I SYLWESTER. JESTEŚMY JUŻ W PIERWSZYM MIESIĄCU NOWEGO ROKU


Piątek, 07 stycznia, przed pierwszą wolną sobotą karnawału

godz. 11:10

Święta, święta i po świętach. A przed nami pierwsza w tym roku wolna sobota. Pierwsza z dwunastu… I pierwsza w karnawale (wczoraj mieliśmy Trzech Króli). W taki tydzień nastrój w pracy psują mi przede wszystkim wszelkie niezałatwione sprawy sprzed Bożego Narodzenia, do których muszę teraz wracać… i je kończyć… Macie tak samo?

Są umówione na rano. Na rano, czyli po jedenastej. Prokurator już jest i krząta się po pokoju. Czeka, spogląda na zegarek, porządkuje papiery. Zbliża się koniec opowieści. Przyjrzyjcie się więc jeszcze raz głównym bohaterom. Oto Prokurator, Psycholog, Śledcza i Olek. Tu, w pokoju nikogo więcej nie spotkacie… Ale bądźcie pewni, że moja opowieść dla was tutaj się nie urwie. Nie w taki dzień. Póki co, posłuchajcie ich… A potem, już naprawdę na sam koniec, przeniesiecie się jeszcze w pewne przyjemne miejsce…

O pewnej niedzieli w Berlinie / Über einen Sonntag in Berlin

Anna Kuzio

Niedziela 25 kwietnia 2021

Wstałam dziś przed siódmą rano. Czemu? Sama nie wiem. Podeszłam do okna w kuchni i zobaczyłam krążące nad drzewami ptaszyska. Sześć wron i dwie sroki, z wrzaskiem okrążały lewy narożnik hali. Widzę ją z okien.
O, kuna, pomyślałam. Tym razem to nie one, tylko ktoś inny wyjada wronom małe.
Za chwilę zobaczyłam coś szarego, co sobie spokojnie szło trasą, którą normalnie o tej porze przemierza wiewiórka w wielkim pędzie. Tylko, że ona pokonuje tę odległość z prawej na lewą. A to coś szło z lewej strony. Coś co wyglądało z daleka na wielkiego kota, okazało się jednak szopem-praczem.

Wszystkie zdjęcia autorka

Tydzień temu, jak sroki zrobiły przelot i inspekcję drzew, to cały ptasi świat umilkł. Zapanowała śmiertelna cisza. Wszystkie stworzenia się pochowały, a dwie sroki w ogromnym tempie przelatywały po drzewach z lewej na prawo, latając od góry do dołu i szukając gniazd, z których mogłyby powybierać jajka i pisklaki. Ptasi świat zamarł z przerażenia. Dziś te paskudy połączyły się z wronami i w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa poszukały współpartnera w celu odstraszania wroga.

A szop-pracz, nic sobie z tych wrzeszczących nad jego głową ptaszydeł nie robiąc, powędrował dalej, na drugi koniec hali.

Po kilku minutach tam zrobiło się głośno. Ptaki przy innych drzewach wzbiły się w powietrze i krążyły nad głową napastnika, próbując go odgonić. Tymczasem wiewiórka, która zawsze o tej porze pokonuje dach z prawej na lewo, ostrzeżona tumultem, po cichutku przebiegła jezdnią.

Jak już się wszystko uspokoiło i natura wróciła do jako takiej równowagi, to zaniosłam wróblom ich śniadanie i dzień potoczył się jak co dzień.

Muszę przyznać, że mnie ten szop-pracz zaskoczył, wdrapując się na komin, bo nigdy nie widziałam żadnego ptaka, który by tam szukał schronienia, więc i gniazda tam nie podejrzewałam. A jednak coś tam musiało być fascynującego. W jego mniemaniu przynajmniej.

No tak, kto rano wstaje, ten… ogląda ciekawe zdarzenia.

Serdecznie pozdrawiam z centrum Berlina.

Gołąbek został przez autorkę nazwany gołąbkiem pokoju, te natomiast dostały tytuł fucking pigeons 🙂

***

Christine Ziegler

Sonntag, 25. April 2021. Handschuhwetter

Ende April – immer noch Handschuhwetter. Bin auf dem Weg zum Flughafen Tegel. Hier fliegen nur noch die Raben. Wir Menschen reihen uns still in die geschickt angelegte Schikane ein. Es ist erst mal gar nicht sichtbar, wie lang die Schlange ist. Ist aber auch nicht schlimm, es geht zügig voran. Seit der BVG-Bus uns fünf Passagiere an der ehemaligen Auskunftstafel ausgespuckt hat, sind wir perfekt betreut. Freundliche Securitymenschen schauen nach der Einladung, um sicherzugehen, dass wir zur rechten Zeit am rechten Ort sind. Die Maschine läuft von Anfang an perfekt geölt.

Wir besteigen einen kleinen Shuttlebus, der Flughafen ist nicht für Fußgänger*innen gemeint. Das Ziel ist der Terminal C.

Es ist Sonntag Morgen, kurz nach Aufstehen, so sind die Menschen still, keine Gespräche. Nächste Station ist Fiebermessen und der zweite Check der Einladung. Prima, ich Möchtegern-Perfektionistin hab jeden doofen Fragebogen dabei aber nicht das Einladungsschreiben mit dem Buchungscode. Doch das System läuft stabil und ohne Ausschlag. Sie finden mich in ihren Computern auch ohne den praktischen QR-Code. Ich werde weitergeschickt und mein Fragebogen wird neu ausgefüllt. Sogar Zeit ist noch für einen Schwatz über ALDI in der Markthalle Neun, weil ich unter all meinen Zetteln auch einen Aufruf zur Trauerkundgebung hab.

Check-in 13, mir scheint davon gibt es über einhundert. Kurze Frage, weshalb ich eigentlich schon dran bin in meinem Alter. Verrückt, dass da Nervosität ausbricht. Bitte kein Stoppschild so kurz vor dem Ziel!

Als ich meinen Laufzettel endlich habe, stehen gefühlt zwanzig Menschen bereit, dafür zu sorgen, dass ich mich im Labyrinth nicht verliere. Noch dreimal um die Ecke, dann der Wartebereich, sie werden platziert! First in, first out, es soll nicht sein wie an der Transitstrecke, wo du gefühlt IMMER in der langsamsten Schlange standest.

Und dann die Aufforderung zum Weitergehen. Jetzt hat der Staff schon andere Signaljacken an, wir nähern uns dem medizinischen Bereich. Vorhang auf, Kabine betreten, Laufzettel abgeben. Von der anderen Seite wird mir ein Arzt zugewiesen. Es ist wie in einer Fertigungsstraße, von links die Impflinge, von rechts das medizinische Personal. Ein routiniertes Aufklärungsgespräch, dabei werden schon alle Vorbereitungen getroffen. Aufkleberchen für den Impfpass, Stempel, Unterschrift, Impfstoff aufziehen, Ärmel hoch. Routiniert und trotzdem zugewandt. Fragen? Nein, nach Wochen von Infos aller Art hab ich keine Fragen mehr. Die mRNA kann kommen und ihren Job machen.

So viele Leute im Einsatz, unglaublich. Und alle sind überaus freundlich. Die eigentliche Sache also vielleicht fünf Minuten, dann geht es wieder auf gewundenen Wegen nach draußen. Vorher noch Gelegenheit, für ein Viertelstündchen auszuruhen und auch abzuwarten, ob die fiesen Nebenwirkungen schon jetzt kommen. Doch alle sitzen ruhig und zufrieden und schauen sich die Halle an. Ich bin erfreut, dass es nun geschafft ist!

Vom Flughafen ist nicht mehr viel zu bemerken. Doch die Halle hat den gleichen Zweck wie vorher: dafür sorgen, dass viele Menschen so schnell wie möglich von A nach B kommen. Nette junge Leute gehen durch die Reihen und fragen nochmal, ob alles in Ordnung ist und ob wir was zu trinken haben wollen. Seltsam, noch gar keinen Bekannten getroffen…

Und dann ab ins Freie. Zur Haltestelle. Wo ist die denn? Seltsam, wir sind entlassen aus der Maschine, plötzlich wieder die normale Welt. Kein Schild, kein wegweisender Mensch, erstaunlich.

Die Sonne wärmt, ich genieße das Gefühl der Hoffnung auf bessere Zeiten.

Z wolnej stopy 42

Zbigniew Milewicz

Rzeźnik z Niebuszewa

Kobieta na legitymacyjnym zdjęciu nazywa się Irena Jarosz, ma 20 lat. Spogląda z uśmiechem, zalotnie, świadoma swojej urody. Tak, jakby chciała powiedzieć mężowi, że kiedy przyjdzie z pracy, wtedy czymś dobrym go poczęstuje. To nic, że w domu nie ma mąki, pójdzie do sąsiada, pożyczy. Wiedziała, że podoba się Cyppkowi, powinien ją wspomóc…

Cyppek, a właściwie Zyppeck, podobnie, jak ojciec – Joseph, pochodził z Opola, z mieszanej niemiecko-polskiej rodziny i doskonale władał obydwoma językami. Rocznik 1895, podobnie, jak mój dziadek Erwin, nawet w tym samym miesiącu się urodzili, w sierpniu. Obydwaj byli niedużego wzrostu, skryci w sobie i mieli uzdolnienia techniczne. Joseph został ślusarzem na kolei, a kiedy wybuchła I wojna światowa poszedł na front; wykazywał się odwagą na polu bitwy, za co dwukrotnie go odznaczono. W 1917 został ciężko ranny, stracił prawą nogę, w związku z czym w 1939 roku nie przyjęto go do Wehrmachtu, co dotkliwie odczuł. Czuł się Niemcem, gotowym walczyć i umrzeć dla führera; ten patriotyczny dług spłacili jego dwaj synowie, których miał w związku małżeńskim i był z tego powodu dumny. Ich matka, podobnie, jak matka Josepha była Polką. Starszy syn poległ na froncie wschodnim, młodszy zaginął w czasie działań wojennych gdzieś na Śląsku. Niedługo później Joseph stracił również żonę, która w grudniu 1944 r. zginęła podczas alianckiego bombardowania Opola.

Osamotniony, w ostatnich dniach wojny trafił do Szczecina, z którego Niemcy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną, zostawiając cały swój dobytek. Wczesną wiosną 1945 roku w mieście pozostało już tylko około 6 tysięcy autochtonów, ale później zaczęła krążyć pogłoska, że los państwowości Szczecina nie jest jeszcze przesądzony i ci co opuścili swoje domostwa, zaczęli do nich wracać. Na początku lipca 1945 roku, kiedy miasto oficjalnie zostało przekazane Polsce, mieszkało w nim znowu około 90 tysięcy osób narodowości niemieckiej. Zaczęto więc wysiedlać Niemców, bo brakowało mieszkań dla Polaków; jednym z Niemców, którzy dobrowolnie zgłosili się na wyjazd, był Zyppeck, to miasto ze względu na swoją chaotyczność i wilgotny klimat mu nie odpowiadało. Odmówiono mu jednak wysiedlenia, bo miał częściowo polskie korzenie i zawodowe umiejętności, potrzebne nowej administracji do odbudowy infrastruktury.

Chcąc nie chcąc, musiał zmienić swoje nazwisko na Józef Cyppek, dostał pracę jako ślusarz w zajezdni tramwajowej i przydziałowe mieszkanie przy ulicy Wawrzyniaka. Ożenił się z miejscową prostytutką i sutenerką, Helgą, znaną w swoim środowisku, jako Margarita, Niemką, która także uniknęła wysiedlenia. Kiedy pewnego dnia Helga znalazła się za kratkami, znowu został sam. Przeniesiono go wtedy do mniejszego mieszkania, na Wilsona 7, dzisiaj jest to ulica Niemierzyńska, w dzielnicy Niebuszewo, cieszącej się złą sławą w Szczecinie. Tam kwaterowano drobnych przestępców, Niemców a także Żydów, przez co dzielnica zwana było Lejbuszewem.

Zamieszkał na parterze, pod numerem 3, a że od początku stronił od nowych sąsiadów i z nikim nie utrzymywał towarzyskich kontaktów, zdobył opinię dziwaka. Znikał na całe noce. Nikt nie wiedział, co robił i dokąd chodził. Przeszkadzały mu bawiące się na podwórzu dzieci i plotkujące pod jego oknami kobiety, czasami wykłócał się z nimi z tego powodu. Gdy Helga siedziała w więzieniu, któregoś dnia do mieszkania Józefa wprowadził się młody blondyn. Zaciekawionym sąsiadom Cyppek odpowiadał, że to jego zaginiony syn i na tym urywał wszelkie wyjaśnienia. Po pewnym czasie mężczyzna zniknął i już więcej się nie pojawił. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim naprawdę był ów młody mężczyzna. Od tamtego momentu stał się jeszcze bardziej gburowaty i zamknięty w sobie. Jego jedyną rozrywką były seanse filmowe w pobliskim kinie „Młoda Gwardia”. I pewnie już do końca swojego życia Józef pozostałby dla wszystkich niegroźnym dziwakiem, gdyby nie zbrodnia na Irenie Jarosz, którą mu udowodniono.

11 września 1952 roku mąż ofiary, także Józef, wrócił wcześniej z pracy. W domu zobaczył sąsiadkę, Zofię, która opiekowała się ich kilkumiesięcznym dzieckiem; była umówiona z Ireną, ale kiedy przyszła nie zastała jej w mieszkaniu, tylko płaczącego niemowlaka w łóżeczku. Józef stwierdził, że z mieszkania zginęła również pierzyna, koc, prześcieradło, garnitur i dwa męskie zegarki. Zaniepokojony rozpoczął obchód sąsiedztwa; przechodząc obok mieszkania Cyppka, zauważył przez okno ich pierzynę leżącą na podłodze. Próbował dostać się do środka, jednak zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte. Przerażony zawiadomił więc milicję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze postanowili poczekać na powrót Cyppka, który w tym czasie przebywał w kinie, na seansie filmu Wilhelm Tell. Gdy wrócił, spokojnie wpuścił milicjantów do środka. To, co zastali na miejscu i opisali w służbowym protokole, jest zbyt drastyczne, żebym opowiedział. Nieszczęsny mąż ofiary potwierdził, że rozkawałkowane szczątki, pozbawione głowy, należały do jego żony. Józef Cyppek został więc natychmiast zatrzymany i osadzony w areszcie.

Władze postanowiły bezwzględnie rozprawić się z mordercą i to jak najszybciej. Dwa dni po odkryciu zwłok ofiary, do szczecińskiego sądu wpłynął akt oskarżenia „rzeźnika”, który miał odpowiedzieć za dokonanie zbrodni na tle seksualnym. Mężczyzna do wszystkiego się przyznał, a podczas przesłuchań dokładnie opowiedział o szczegółach dokonanego morderstwa. Zeznał, że 20-letnia Irena Jarosz od dawna mu się podobała. Gdy feralnego dnia zapukała do jego drzwi, aby pożyczyć szklankę mąki, Cyppek postanowił wykorzystać sytuację. W zamian za mąkę, zaproponował sąsiadce odbycie stosunku płciowego. Gdy kobieta odmówiła, w gniewie zatłukł swoją ofiarę młotkiem. Po dokonaniu zbrodni rozczłonkował ciało, a odciętą głowę zatopił w pobliskim jeziorze zaporowym Rusałka. Resztę ciała zamierzał wynieść w częściach z domu i także zatopić. Pierwotnie planował zakopać ciało w lesie, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdyż nie posiadał łopaty.

Sąd zdecydował się utajnić proces ze względu na obawy, że pochodzenie oskarżonego może wywołać w Szczecinie antyniemieckie nastroje oraz doprowadzić do „niepokojów społecznych” i zamieszek, a nawet do pogromów mniejszości niemieckiej. Przynajmniej tak mówił sądowy protokół. Proces rozpoczął się 17 września 1952 roku i zakończył tego samego dnia. Przyznanie się Cyppka do popełnienia zbrodni sąd uznał za najmocniejszy dowód jego winy. Znaleziono także wytłumaczenie rozbieżności pomiędzy wynikami sekcji zwłok („zbrodni dokonała osoba doświadczona w porcjowaniu mięsa”), a umiejętnościami Cyppka (z zawodu był ślusarzem). Wykazano, że znaleziona w jego mieszkaniu niemiecka książka lekarska, wystarczyła, aby morderca uzyskał dostateczną wiedzę co do fachowego rozczłonkowania ciała.

Obciążające były również zeznania przesłuchiwanych w trakcie śledztwa sąsiadów, którzy opowiadali o dziwnym zachowaniu Cyppka zarówno przed, jak i po morderstwie. Jedna z kobiet opowiedziała milicjantom o tym, jak tuż po zaginięciu Ireny, Cyppek w sposób bardzo ironiczny ubolewał nad faktem, że Jaroszowa pozostawiła swoje dziecko na pastwę losu.  Józefa Cyppka uznano za winnego i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Będąc w więzieniu skazaniec poprosił ówczesnego Prezydenta RP Bolesława Bieruta o łaskę. Ta nigdy nie nadeszła i 3 listopada 1952 roku o godzinie 17:45 Cyppek został powieszony…

Wtedy zaczęła żyć legenda miejska o rzeźniku z Niebuszewa, okrutnym, seryjnym mordercy i kanibalu, który pod osłoną nocy mordował kobiety i dzieci, a z ich mięsa przyrządzał bigos, który sprzedawał później na miejskim targu. Nagle okazało się, że mieszkańcy okrytej złą sławą kamienicy przy Wilsona 7 wszystkiego się domyślali. Każdy czuł charakterystyczną woń, wydobywającą się z mieszkania nielubianego dziwaka i słyszał dziwne odgłosy. W Szczecinie, jak w całej Polsce w tamtym czasie, brakowało mięsa w oficjalnej sprzedaży i wszyscy szeptali o handlu ludzkimi ciałami, ale nikt nie miał odwagi mówić tego głośno. Według wspomnianej legendy, Cyppek pozostawał w dobrych stosunkach z rzeźnikami pracującymi w pobliskiej masarni przy ulicy 3 maja. I to właśnie im sprzedawał rozczłonkowane części ciał swoich ofiar, głównie dzieci. W historii tej znalazło się również miejsce dla wspólniczki rzeźnika – bileterki z kina „Młoda Gwardia”, która miała odsyłać do Cyppka niewinne ofiary – najczęściej dzieci, którym zabrakło kilku groszy na bilet do kina.

Nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy. Józefa Cyppka oskarżono i skazano wyłącznie za jedno morderstwo, dokonane na Irenie Jarosz. Akta procesowe nie zawierają żadnej wzmianki o zamordowanych dzieciach i handlu ludzkim mięsem. Kilka tygodni po egzekucji „rzeźnika” postanowiono osuszyć jezioro Rusałka. Na dnie zbiornika odnaleziono wtedy kilka ludzkich czaszek, głównie dziecięcych, niektóre źródła mówią nawet o kilkunastu. Nikt wtedy nie potrafił odpowiedzieć na pytanie do kogo one należały i jak się tam znalazły; znalezisko pasowało do kanibala Cyppka, więc legenda je przyjęła. W kolejnej wersji Cyppek był dawnym SS-manem. Pamięć o niedawnych niemieckich zbrodniach wojennych wzmacniała wrogość polskich mieszkańców Szczecina do wszystkiego co niemieckie. Nagle sprawca przestał był pół-Polakiem i stał się czystym Niemcem, w dodatku członkiem znienawidzonej formacji. Tylko ktoś taki mógł z zimną krwią mordować kobiety i dzieci. Mało kto zwracał uwagę na fakt, iż Józef Cyppek nie miał najmniejszych szans na przyjęcie do SS. Wykluczało go kalectwo jak i niski wzrost (158 cm).

Nic nie wskazuje na to, że Cyppek miał stragan na bazarze, gdzie niby handlował wyrobami z ludzkiego mięsa. Znał za to dobrze dwóch niemieckich rzeźników, Güntera i Hansa oraz ich pracownicę Johannę, którzy na szczecińskim bazarze sprzedawali robiony przez siebie bigos. Nie ma jednak żadnych dowodów, że bigos ten zawierał ludzkie mięso. Istnieje hipoteza mówiąca, że Cyppek sam był kanibalem, ale tutaj także brak dowodów. Wątpliwości mogą natomiast budzić niektóre jego zeznania złożone w śledztwie i w trakcie procesu. Świadkowie, którzy byli na sali rozpraw, opisywali oskarżonego jako człowieka o wyglądzie kogoś, kto został dotkliwie pobity. Czy zatem jego zeznania zostały wymuszone?

Istnieje historia, która przy zbrodni Józefa Cyppka stawia kolejne znaki zapytania. W 1952 roku, w nielegalnej masarni w Niebuszewie, została zamordowana klientka, która przypadkiem znalazła na stole do rozbiórki mięsa ludzkie, rozkawałkowane zwłoki. I jako niewygodny świadek podzieliła los wcześniejszej ofiary. Okoliczności przestępstwa do złudzenia przypominały scenariusz z Wilsona 7, obydwa zbiegały się w czasie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, wiadomo było, że milicja aresztowała rzeźników, ale, co się z nimi dalej stało, historia milczy. A może nieprzypadkowo te zbrodnie miały tyle podobieństw, może były dziełem tego samego sprawcy, albo sprawców? Istnieje teoria, która mówi wprost, że czyn Józefa Cyppka wykorzystało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego do zatuszowania wcześniejszych zbrodni, w które miał być zamieszany bardzo wpływowy żydowski gang rzeźników, sprzedający na szczecińskim targu ludzkie mięso. Cyppek jako nielubiany pół-Niemiec, pół-Polak, dziwak i samotnik mógł być idealnym kozłem ofiarnym, a celowo rozpowszechniane plotki zrobiły swoje… Dlaczego Kurier Szczecinski poświęcił sprawie Cyppka zaledwie niedużego szpunta i to dopiero dwa dni po procesie? Gazeta ta żyła z taniej sensacji, czy komuś więc zależało na milczeniu mediów?

W historii rzeźnika z Niebuszewa nic nie jest pewne.  Po śmierci Józefa Cyppka jego mieszkanie przy Wilsona 7 przez wiele lat stało puste. Nikt nie chciał się tam wprowadzić. Dopiero pewien szewc się odważył; kuchnia, w której odnaleziono zwłoki Ireny Jarosz, została przerobiona na schowek gospodarczy i toalety. Miejsce spoczynku sprawcy na szczecińskim Cmentarzu Centralnym figuruje w miejscowych archiwach, ale nie ma pewności, czy szczątki należą do Józefa Cyppka. Podobno jednak od niepamiętnych lat ktoś anonimowy stawia na zaniedbanej mogile zapalony znicz; nie zdziwiłbym się, gdyby dbały o to dyskretnie wnuki tamtych rzeźników.

Chodzenie po mieście. Trzy żonkile.

Ela Kargol

Były trzy dworce w Berlinie, z których deportowano Żydów między rokiem 1941 a 1945 na Wschód, do gett i obozów zagłady:

Bahnhof Grunewald – 10 137 ludzi,
Anhalter Bahnhof – 9 635 ludzi,
Güterbahnhof (dworzec towarowy) Moabit – 32 201 ludzi.

Skrupulatnie rozliczano ich z pozostawionego majątku ruchomego, bo nieruchomości, jeśli takie posiadali, odebrano im już wcześniej. Prowadzono drobiazgowe listy z oświadczeniami majątkowymi, a jeżeli ktoś nie zdążył spisać swojego stanu posiadania i znalazł się już w transporcie, urzędnik zaznaczał, że odpowiednie zaświadczenie będzie jeszcze dostarczone. Są też dokładne spisy tych, którzy wybrali sami dla siebie „osteczne rozwiązanie” jeszcze przed transportem do Auschwitz, Theresienstadt czy Treblinki. Majątki ich wszystkich przepadały na rzecz nazistowskiej Rzeszy. Deutsche Reichsbahn (Niemieckie Koleje Rzeszy) po targu z Himmlerem, który wynegocjował dobrą cenę, brały od dorosłego 4 reichspfennigi (fenigi rzeszy), od dziecka 2 fenigi. Małe dzieci jechały za darmo do Auschwitz, Bełżca, Rygi…

Odpowiedzialny za rolę Reichsbahny w deportacjach Żydów był Albert Ganzenmüller, sekretarz stanu w Ministerstwie Transportu III Rzeszy. Dożył sędziwego wieku 91 lat.

Z Anhalter Bahnhof dołączano do kursowych pociągów dalekobieżnych trzy wagony trzeciej klasy. Pasażerowie czekający w kierunku Drezna nie różnili się wiele od pasażerów, którzy jechali dalej do Theresienstadt, może tylko tym, że tych drugich otaczała grupa SS-manów, pilnująca porządku. Konduktor nie musiał sprawdzać kolejno biletów. Bilety były grupowe.

Miejsce pamięci Putlitzbrücke

W rocznicę wybuchu powstania w Getcie Warszawskim wybrałyśmy się (Ewa, Krysia i ja) na berliński dworzec Grunewald, do miejsca pamięci Gleis 17, z którego 18. X. 1941 wyruszył pierwszy pociąg z 1013 „pasażerami” do getta w Łodzi. Przyniosłyśmy świeże żonkile, papierowe przypięłyśmy do płaszczy i kurtek. Kilka dni później pojechałyśmy na były dworzec towarowy Moabit, skąd deportowano do gett i obozów zagłady ponad 30 tysięcy berlińskich Żydów.

Miejsce pamięci Gleis 17 na Grunewaldzie

Na moście Putlitzkim (Putlitzbrücke), który rozciąga się nad moabickim dworcem towarowym i przystankiem S-Bahny Westhafen, stanął w roku 1987 pomnik upamiętniający deportację tysięcy Żydów. Autorem pomnika jest Volkmar Haase. Pomnik jest miejscem częstych ataków grup antysemickich, nawet zamachu bombowego (sierpień 1992 roku). Wybuch zniszczył pomnik do tego stopnia, że musiał być zdemontowany i w następnym roku jeszcze raz ustawiony. Jesteśmy tu pierwszy raz. Częścią pomnika są zdeformowane schody, schody, które prowadzą do nieba i są tak nierzeczywiste, a jednocześnie wstrząsające, groźne, tragiczne. Daleko mi od krytyki idei artysty, a już na pewno idei upamiętnienia tego miejsca, ale gdy podeszłyśmy pod pomnik, oprócz kilku obligatoryjnych zdjęć i wymienianych przy tym uwag niewiele miałyśmy do powiedzenia. Całe otoczenie pomnika, hałas przejeżdzających po moście samochodów, a pod mostem kolejki miejskiej, nie dają możliwości cichej zadumy. Ale dobrze, że jest. Napis, który umieszczony jest na pomniku dość nisko, w całości jeszcze raz znajduję w internecie.

STUFEN
DIE KEINE
STUFEN
MEHR SIND.
EINE TREPPE
DIE KEINE TREPPE MEHR IST.
ABGEBROCHEN.
SYMBOL DES WEGES
DER KEIN WEG MEHR WAR
FUER DIE
DIE
UEBER RAMPEN
GLEISE
STUFEN
UND TREPPEN
DIESEN LETZTEN WEG GEHEN MUSSTEN.
VOM BAHNHOF PUTLITZSTRASSE
WURDEN IN DEN JAHREN
1941–1944
ZEHNTAUSENDE JUEDISCHER MITBUERGER BERLINS
IN VERNICHTUNGSLAGER
DEPORTIERT
UND
ERMORDET

Stopnie, które już nie są stopniami
Schody, które już nie są schodami
urwane
symbol drogi, która nie była już drogą
dla tych, którzy przez te rampy tory, stopnie i schody ostatnią drogę musieli przebyć

Z dworca Putlitzstraße (dworzec towarowy Moabit) w latach 1941 – 44 zostało deportowanych i zamordowanych w obozach zaglady dziesiatki tysięcy współmieszkańców Berlina pochodzenia żydowskiego, współobywateli tego miasta.

Miejsce pamięci peronu 69 na moabickim dworcu otwarto nie tak dawno, cztery lata temu. Trudno tu trafić. Trzeba zejść z głośnego mostu i ulicą Quitzowstraße kierować się na wschód, wypatrując Lidla i sklepu budowlanego Hellweg. Pomiędzy nimi znajduje się wybrukowana droga, podobno w urzędowych aktach zwana jeszcze Deportationsweg. Droga, która prowadziła prosto do dawnych torów tzw. militarnych 69, 81, 82.

Miejsce pamięci Deportationsbahnhof (Gleis 69) Moabit

Czytam wiele krytycznych uwag o tym miejscu, uwag, których nie podzielam. Może trafiłyśmy na spokojny słoneczny dzień, na dobrą porę dnia, może fakt, że wiedziałyśmy, po co tu przyszłyśmy, pozwolił nam się zatrzymać na chwilę. Sosnowy lasek, tory, rampa, wybrukowana droga, którą oni szli. Przy drodze rozkwitł właśnie żółty kwiatek, na drodze leży czapka, którą ktoś zgubił, wtedy też mogły leżeć tu czapki, a wiosną kwitło kwiecie.

34 transporty, transporty ludzi, ludzi, którzy ulicami Moabitu szli z synagogi przy Levetzowstrasse, przekształconej na punkt zborny (Sammellager). Często byli to sąsiedzi, przyjaciele, oznaczeni gwiazdą Dawida, całe rodziny, samotni, dzieci, jeszcze z walizkami w ręku, które musieli i tak zostawić, zanim weszli do wagonu.

Ellen-Epstein-Straße, nowo powstała ulica na terenie moabickiego dworca towarowego, upamiętnia wspaniałą pianistkę, która wraz z siostrą wsiadła tu w październiku 1942 roku do pociągu w kierunku Rygi. Był to 21 Berliner Osttransport i była to podróż w jedną stronę.

Zostawiamy nasze papierowe żonkile przy „torze 69”, a kilka dni później w miejscu, gdzie stała synagoga przy Levetzowstraße.

Miejsce pamięci Synagoga Levetzowstraße. Wszystkie zdjęcia – Elżbieta Kargol

***

Od Adminki: O miejscu pamięci na Grunewaldzie pisałyśmy już: TU wpis Eli, tu dwa moje TU i TU.

Odcinek 21

Mieczysław Bonisławski

To może już lepiej tak:

– Czasem nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz znaleźć sobie innych przyjaciół, może jakieś dziewczynki? Ta Dunajówna, mieszka w bloku naprzeciwko, kilka razy pytała o ciebie. Jest z twojej klasy…
– Mamo! Mam się bawić z dziewczyną?!
– Dlaczego ty jesteś taki dziwny? Przecież dziewczynki to też ludzie. A nie przeklinają, nie biją się. Po co ci taki Czarek ze Sławkiem? A Remiszewskich i Szczepańskich unikaj, to łobuzy i nic dobrego z nich nie wyrośnie…
– Co, mały na łobuzów trafił? W takiej szkole, to dopiero potrafią tak „wyuczyć”, że pożal się Panie Boże – „a ta jeszcze nie poszła sobie!” Cały czas tu stała? I czego ta wiedźma oczekuje, że co, że ja jej wszystko opowiem, jak na spowiedzi? „O, niedoczekanie twoje…!”
– A co to, droga sąsiadko, jeszcze pani nie wysiadła? Tak sąsiadka zamilkła, że myślałam… Bo to „Centrum”… Właśnie przejechaliśmy. Mój Boże, przegapiła pani! – udałam głupią.
– Nie, do mojego jeszcze dwa przystanki… Dzisiaj do roboty jadę, nie na miasto. To, dopiero w przyszłym tygodniu.
– Ach, no tak… Do pracy, sąsiadka, spieszy się…
– Tego Czarka i Sławka, to ja znam. Z tych dwóch klatek, chłopaki… A ten Remiszewski, Szczepański, to też z naszego osiedla…? Bo chyba o nich dotąd nie słyszałam…
– Nie, to chłopcy ze „Słonecznego”. Tam, po drugiej stronie Łużyckiej… Nieważne, nie ma o czym mówić, sąsiadko. To co z tymi zakupami w przyszłym tygodniu?
– Tak, „Słoneczne” też chodzi do tej nowej szkoły, do „jedynki”. To by się zgadzało.

Odwróciłam się. Niedobrze by było tak zupełnie zignorować to babsko, ale nie chciało mi się gadać, sięgnęłam po papierosa. Nie, no jasne, pamiętałam, że w autobusie się nie pali. Nie zamierzałam go zapalać, ale zaraz mieliśmy wysiadać. Była szansa, że w milczeniu przetrzymam tę szarżującą plotkarę. Ta jednak nie dawała za wygraną:

– I co Januszek, ma kłopoty w szkole, z chłopakami z innego osiedla? Biją go? czy odwrotnie, wciągają do swojego chuligaństwa?
„O tak! Tylko tego brakowało, abym ci się teraz zwierzyła z problemów szkolnych syna, z tą Barczyńską, z kolegami z klasy. Jutro, gdzież tam, jeszcze dzisiaj do wieczora, byłby to temat numer jeden po wszystkich klatkach w naszym bloku. Czy ty się nigdy nie odczepisz babo?!”
– Coś widzę, że nie chce o tym sąsiadka specjalnie mówić. Ale to chyba jakiś poważniejszy problem? Mówili w bloku, że szkoła wysłała syna do poradni psychicznej. I sąsiadka jeździ z nim chyba do jakiegoś psychologa, zdaje się, tak?
„No to pięknie! Baba jednak rozsierdziła się i teraz złośliwie rozgada naokoło Bóg wie co. Zrobi z Januszka jakiegoś psychopatę…”
– Sąsiadka ma takie duże zmartwienie, czy tylko ze mną nie chce gadać? Coś ja myślę, że to ze mną nie chce… Za prosta baba jestem dla pani byłej dziennikarki, tak? Za wysokie progi? Ale niech sąsiadka pamięta, kto zajdzie wysoko, dłużej spada. A w ten sposób gębów pani ludziom nie zamknie.
„Niech ją cholera weźmie…” Z nerwów wypadła mi z rąk paczka „Carmenów”. Pudełko było już prawie puste, więc niewiele się rozsypało pod siedzenia…
– Osiedle może i nowe, młode. Ludzie jeszcze się mało znają, ba, prawie w ogóle się nie znają. Ale i tak milczenie na nic się tu zda. Ludzie, czego mają się dowiedzieć, to i tak się dowiedzą. I będą gadać! A co będą gadać? Dobry Panie Boże, kto to wie? To co im ślina na język przyniesie. A i same języki bywają złe, oj, jak bardzo złe… Co to ja nie wiem?
„Ty sama masz najgorszy ozór z możliwych. Trajkoczesz nim o wszystkich, że aż głowa boli. A jakie głupoty… Czego ty babo nie wymyślisz, a czego sama nie pododajesz…?”
– A stara Majdrowa mogłaby po sąsiedzku ludziom objaśnić, złe słowo zamienić na dobre, podłe kłamstwo – na, trudną, bo trudną, ale prawdę. Każda prawda lepsza od złośliwego domysłu.
„Wiedźma!”
– Ale Majdrowej się nic nie mówi. Majdrową zbywa się milczeniem. Zamiast jej zawierzyć.
„Tylko tego mi jeszcze brakowało!”
– I to milczenie, jeszcze może się obrócić przeciwko.
„Co za złowieszcza Kasandra”. Aż sama roześmiałam się w duchu z tego porównania antycznej klasyki ze zwyczajną pleciugą, klekotką rodem z najbardziej złośliwego magla.
– Takie wywyższanie się nie skończy się dobrze. Tu w bloku żyjemy wszyscy równi, jak w jednej rodzinie…
„Musiała, musiała mieć to ostatnie słowo. I pewnie by ją skręciło, gdyby powiedziała coś mądrego, na poziomie?”
– Oho… – zabrzmiało to niezwykle złowróżbnie.

Autobus skręcił ze swojej trasy i podjechał pod pogotowie. Ranny wysiadł.

– Widzisz Januszku, nic strasznego się panu nie stało. Pójdzie na pogotowie, opatrzą go i… Niedługo wysiadamy. Przygotuj się.
„Te problemy z Januszkiem. Rzeczywiście, może poświęciłam mu w pewnym momencie całe swoje życie, może karierę” – uśmiechnęłam się sama do siebie – „Co się z nim dzieje? Czy to moja wina? Może jestem złą matką? Skoro przestałam pisać i pracować, po to by lepiej wychować syna i w efekcie, ani go dobrze nie wychowuję, ani nie piszę, nie pracuję…?”
„Powoli robię się stara. Zaczynają się problemy z przekwitaniem. Czy ja zmarnowałam całe swoje życie?”
Januszek wstał i zaczął przepychać się ku drzwiom. Przed oczami stanął mi jak żywy ten ranny z przetrąconą przez drzwi łapą. Krzyknęłam na syna, poleciałam za nim, złapałam. A w domu była przecież jeszcze Tosia i Zbyszek.

– Ty głupi padalcu, dzień był wtedy parszywy, ale moje życie nie było takie. Osiągnęłam wielki sukces, spotkało mnie przeogromne szczęście, o którym ty po prostu, zboku, nie możesz mieć żadnego, najmniejszego pojęcia, rozumiesz?!
Olek nie obraził się. Sprawiał wrażenie zatroskanego opowieścią Alicji. Zupełnie poważnym, takim analitycznym, profesorskim tonem podsumował:
– Barczyńska przedwczoraj zginęła w wypadku na Krośnieńskiej. Z samego rana wjechała samochodem brata pod parowóz składu towarowego. Powstała plotka, że jechała od kochanka, ale nie od pani męża. Ludzie mówią, że to był Wytrykus, ten sekretarz.
– Bzdury! – żachnęła się kobieta – Ludzie wygadują bzdury. Tak samo o tym Wytrykusie zresztą, jak i o moim mężu. Bolek z nią…? – wybuchnęła bardzo serdecznym śmiechem. I taka jeszcze, ubawiona, spróbowała zgasić Olka – Dzisiaj opowiedział mi o wszystkim znajomy dziennikarz, przyjaciel rodziny.
– Czy nie Demianiuk przypadkiem? – odgryzł się.
– Demianiuk. A ty skąd to wiesz…?
– On wszystkim dużo opowiada. Dużo ciekawych historii. A czego pani się od niego dowiedziała?
– Mąż odkrył, że ta Barczyńska rzeczywiście uwzięła się na Januszka. I zamiast mu pomóc, nic nie zrobiła, gdy koledzy z klasy mu zaczęli dokuczać… I on zbierał na to dowody, dokumentował całą aferę. I do tego, Demianiuk powiedział mi, jak Januszek to bardzo przeżywa, że skrywa się właśnie tutaj, na tej budowie. I żebym tu do niego przyszła, bo tu grozi mu wielkie niebezpieczeństwo…

Chrenowicz wyjął nieco już podniszczoną, zagniecioną w części widokówkę ze Schwiebus. Podetknął ją Alicji przed oczy.
– Znalazłem tę kartkę na miejscu śmierci Barczyńskiej. Chyba nie zgubił jej żaden z gapiów. Coś mi mówi, że zapomniał ją zabrać ktoś, kto był zamieszany w to zdarzenie. Bo to nie wygląda mi na zwyczajny wypadek… Widziałem tę pocztówkę… Pokazał mi ją…
Alicja wyrwała obrazek z rąk mężczyzny. Zachłannie rzuciła się na sztywny, kolorowy prostokącik.
– Tak… Przypominam sobie, sam ten widoczek i ten polski dopisek „Świebodzin”, pod skreślonym odręcznie „Schwiebus”… Tylko kto mi go pokazywał? Gdzie to było…?
Energicznie odsunęła Olka na bok. Popchnęła Januszka ku wyjściu i nie oglądając się, podążyła za chłopcem. Na odchodne rzuciła jeszcze tylko zbaraniałemu Chrenowiczowi, którego zaskoczenie zupełnie sparaliżowało, złowróżbne memento:
– Już wiem o jakim niebezpieczeństwie mówił ten Demianiuk. Idę na milicję pieprzony zboczeńcu. Ale jeżeli się okaże, że skrzywdziłeś mojego synka, że zdążyłeś mu coś zrobić, żadne więzienie nie ochroni cię przede mną!
Koniec z czekaniem na cud, sama zaczynam znowu pisać swoje życie. Drogi wujciu Świtała, zmieniam kartkę w maszynie mojego ojca na czystą i zaraz się przekonasz, co ja jeszcze potrafię…!
A ta widokówka będzie niezaprzeczalnym dowodem. Zobaczysz, pożałujesz chwili, w której mi ją pokazałeś w swoich ohydnych zboczonych łapskach. Ten las pod Broniszowem i ten deszcz… Nie trafił cię wtedy piorun, ale teraz ja miotam piorunami.
We wszystkich zboczeńców tego miasta!

ostatnia kartka maszynopisu w segregatorze

segregator ma zaklejony numer na grzbiecie, jest tylko napis „sygnatura akt”, ale też z zamazanym ołówkiem kopiowym numerem; brak opisu czy zestawienia stron, a karty nie są zszyte zalakowanym sznurkiem z odciskiem pieczęci, stąd nie sposób stwierdzić, czy jest to cały komplet dowodów, czy tylko ich część; czy jest to koniec zeznań i historii, której one dotyczą, czy też istnieje jeszcze dalszy ciąg?

czytanie zakończono 23 grudnia, godz. 12:50

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 9:30


Widzą się tam gdzie ostatnio.
Psycholog i Strażnik. Reszta ma pojawić się później. Tak zarządziła Psycholog. To spotkanie, sam na sam ze Strażnikiem, to jej osobista inicjatywa, o której nie wspomniała Prokurator.
Strażnik podaje jej przez stół pomięte kartki. Pozbywa się ich wręcz, z wyrazem głębokiej boleści na twarzy. Wywołuje to jej nagłe, pełne niezrozumienia spojrzenie.
Mężczyzna nawet nie udaje, że tego nie dostrzega. Nie, nie bawi go to, nie czuje też wobec kobiety zawiści. Jednak milczy, nie chce jej niczego ułatwiać.
Ona ujmuje kartki w dłonie. Rozpościera je, wygładza. Celebruje ten moment dłuższą chwilę.
W końcu pyta:
– Całe to będzie oznaczało coś, czego będę miała się domyślać?
Strażnik spogląda jej prosto w oczy. Twarz wykrzywia grymas niezrozumienia i zniecierpliwienia.
Psycholog nie ulega:
– Może jednak masz coś jeszcze do dodania?
– Czy ja mam jeszcze coś do dodania? To chyba jest oczywiste, że przekazałem władzom w pełni prawdziwy i rzeczywisty obraz sytuacji…?!
– Chciałbyś może coś jeszcze…?
Strażnik demonstracyjnie rozgląda się wokół. Ogarnia całe otoczenie gestem rozczarowania, że nikogo więcej z nimi nie ma. To samo przebija z jego pytania:
– Czy Śledcza i Prokurator nie czytały tego jeszcze lub nie będą czytać tego w ogóle…? Czy nie będzie ich dzisiaj?
– Czytały, no proszę. Może jednak rozmawialiśmy o tym? I będą o jedenastej. Najpierw jednak chciałam porozmawiać tylko z tobą. Może jeszcze coś dodasz, coś, czego nie chciałeś mówić przy tamtych…? Mamy jeszcze godzinę. Godzinę kiedy możemy bez nich pogadać, coś niecoś podciągnąć…
Strażnik spogląda z politowaniem. Nie obrusza się, nie okazuje pretensji. Chce pozostać łagodny, przyjazny, wyrozumiały. Tak, chce najwyraźniej okazać jej łagodną wyrozumiałość, dając jednocześnie do zrozumienia, jak bardzo ona sama nic nie rozumie.
– Ale ja nie mam żadnych tajemnic. Ani nic do ukrycia. Zwłaszcza teraz, kiedy jeszcze nie jest za późno, aby mnie dokładnie wysłuchać i coś zmienić.
– Tak? – kobiecie nie udaje się ukryć doznanego zawodu. – Sądziłam, że ci jeszcze jakoś pomogę, że uchronię przed nimi.
– Czy coś ma mi zagrażać ze strony władzy i jej organów?
– No, proszę… – obrusza się Psycholog. – Co to znowu za naiwne pytania? Chyba zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji?
– Ja? Jak najbardziej. I to lepiej niż obywatelka i te dwie funkcjonariuszki, powołane do sprawowania władzy w tym kraju. Na nieszczęście mieszkających tu obywateli…
Psycholog w lot pojmuje swoją pomyłkę. Z jednej strony nie chce stresować mężczyzny bez konieczności i ponad miarę, chce go ochronić przed zbędną mu w tamtej chwili przygniatającą prawdą, a z drugiej – odczuwa potrzebę jak najszybszego powrotu do swojej służbowej roli bezstronnego analityka. Próbuje pogodzić te dwa, przeciwstawne imperatywy:
– Niech i tak będzie…
Nie kończy, zdając sobie sprawę z irracjonalności i infantylności tego, co chce powiedzieć, zrobić.
Nie kończy, bo mężczyzna przerywa jej, wchodzi w słowo:
– Żadne „niech i tak będzie”. Czy obywatelka nie rozumie, że nikt lepiej ode mnie nie czuje powagi sytuacji!
– To twoja przyszłość, twoja sytuacja osobista…
– Czy ja wyglądam na kogoś, kto będzie potrzebował pomocy…
– Tak!
– …kobiet?
Psycholog zamiera. Na jej twarzy maluje się rozpacz przegranej. Rozumie swoją bezsilność. A Strażnik kończy rozpoczętą myśl:
– Czy Śledcza i Prokurator na pewno to przeczytały lub przeczytają? Czy na pewno tu przyjdą? Czy jak wszyscy inni i one chcą mnie oszukać!?
– Nie sadzę, trochę je znam, ostatecznie… Tylko, że, proszę, coś z nimi jest nie w porządku. Jakby nie były sobą… Kryją kogoś, ochraniają…?
– Boją się prawdy albo poznały ją na tyle, że chcą ją ukryć! Nie jest im na rękę! Bo one są właśnie takie…
– No proszę, czyli znacie się? Mają jakiś powód, aby ukręcić łeb sprawie, ale mi o nim nie powiedziały?
– Skądże znowu, drogi człowieku. Skąd by się miały wziąć u mnie takie znajomości…?
Zachłystuje się. Nabiera powietrza. Wypuszcza. Łapie oddech i kończy:
– Ja obywatelce już nic więcej nie powiem. I poczekajmy na tę milicjantkę i na tamtą drugą przedstawicielkę państwową. Bo wytłumaczę to wam wszystkim dokładnie jak już będziecie razem i w komplecie. I tak, aby w końcu każda z was zrozumiała. Bo obywatelka, gdy spisywała to wszystko, nie była w stanie pojąć tej całej prawdy, którą tylko ja potrafię wytłumaczyć, wydobyć na światło dzienne i objaśnić. A opowiadałem to, co opowiadałem, aby to zapisać, ale to był tylko taki wstęp do tego, co powiem. Bo ja zrobiłem sobie taki pretekst, abym mógł potem ja, osobiście i w bezpośredniej rozmowie wyjaśnić wątpliwości. Bo przecież rozbudziłem wątpliwości w was trzech. Ja, wojownik, „Czarny Koń”. I spełnię swoje powołanie, bo odpowiem na pytania, które ten, tak nieporadnie spisany tekst w was wyzwolił. Bo co taka kobieta jak ty, może sama, drodzy ludzie…?

Do przyjścia Prokurator i Śledczej pozostaje już niecałe półtorej godziny…

Piątek, 24 grudnia, Wigilia
godz. 11:10

Jak widzicie w ten dzień nie wyciągam was nigdzie z domu. Tak samo jak z samego rana, tak i teraz, przed południem, robicie sobie, co tam wam wypada, a ja opowiadam, co się dzieje. Możecie słuchać niczym radia, robiąc ostatnie porządki w mieszkaniu albo układając talerze na stole w pokoju z choinką. Albo siadacie sobie w kuchni i kroicie karpia i próbujecie, płynnej jeszcze w tej chwili, zalewy, a ja siedzę naprzeciwko, z drugiej strony stołu i gawędzę niczym wiekowa starowinka, sąsiadka lub baba ze wsi, co przywiozła szynkę i baleron na święta, a teraz rozgrzewa się gorącą herbatą z miodem i cytryną, popijając ją z trzymanego oburącz porcelanowego kubka. Chusta opada jej z czoła, poprawia ją wolną ręką, drugą trzymając ucho naczynia z tym gorącym, parującym płynem…
Albo siedzimy przy pustym jeszcze, ale już uroczystym stole wigilijnym, w pokoju gościnnym i gadamy sobie przy kawie lub lampce koniaku. Ubrani jesteśmy nie tak domowo, bardziej wizytowo, co dobrze oddaje nastrój tej towarzyskiej kawy. I w tym dalekim od domowej roboty czasie, ja opowiadam, opowiadam, opowiadam… A ty słuchasz i słuchasz, sięgając po każdym jakimś bardziej intrygującym zdaniu po filiżankę z kawą.
W każdym domu słuchacie mnie inaczej. A może nie jesteście w domu, tylko w pracy. Wigilia to przecież normalny dzień roboczy. Normalny? No, może jeszcze z rana. Ale tak już po dziesiątej, a na pewno przed dwunastą i u was pojawia się ktoś z rady zakładowej z jakąś paczką i życzeniem dla pracowników? A może nawet sam kierownik, szef, ktoś z dyrekcji? I nawet jak nie pracujecie w ten dzień o te dwie godziny krócej niż zwykle, tak jak w soboty, to i tak, im „starsza” godzina, tym mniej pracy, a więcej rozmyślań o rodzinie, o życiu, o Wigilii.
Czy ktoś jest samotny? No tak, dla was ta opowieść może być ratunkiem na te trzy puste dni, w których nagle przestajecie być komukolwiek potrzebni. Ale teraz, szczególnie was, muszę przeprosić. Bohaterowie mojej opowieści mają liczne rodziny i bliskich znajomych, z którymi prowadzą ożywione życie towarzyskie. Czy sprawi wam to przykrość, czy wzbudzi wasz smutek, żal…
U Makarewiczów już od dawna rodzinne życie toczy się normalnie. Duża żywa choinka to jak co roku domena i zadanie Majora, chociaż, szczególnie ta przyszywana ciotka Irena, cały czas jest napalona na enerdowskie, nowoczesne drzewko z plastiku. Ponieważ jednak Alicja nie jest jeszcze zdecydowana na zmiany, na razie jest tradycyjnie. Mimo że kolega Majora ze STASI ma ze sobą aż trzy takie iglaki do rozdania. Jednego bierze sobie Pułkownik, co do pozostałych jeszcze nic nie wiadomo.
Alicja i Irena razem przygotowują Wigilię. Mają swoje kresowe, domowe przepisy. Na przykład kutia. Januszek nie lubi maku, zatem tylko parsknął na jego widok. Zbyszek jednak wyjada z makutry słodką masę, a Tosia włącza się w gotowanie. Choć to jeszcze taki mały brzdąc, przygotowuje sałatkę warzywną.
Redaktor Demianiuk również dziś pracuje. Jego porozrzucana po wioskach między Kożuchowem a Szprotawą rodzina pielęgnuje tradycje łemkowskie, u nich święta są więc dwa tygodnie po katolickich. Wtedy to dopiero Redaktor rozpocznie Swiatyj Weczer, zajechawszy uprzednio z honorami ze stolicy województwa do Wichowa lub Broniszowa, czyli tam gdzie mu w tym roku rodzina zaplanuje miejsce przy stole. Demianiuk nie dorobił się jak dotąd „miastowej” żony ani rodziny w Zielonej Górze, toteż tradycyjny, polski wigilijny dzień spędza stawiając od rana aż do zmroku wódkę tym, którzy chcą się napić. Za dnia, z dala od uroczystego stołu, pod naturalnym drzewkiem, gdzieś na ławce w parku.
Po jedenastej jest już w swoim ulubionym, na wpół dzikim parczku u zbiegu Ogrodowej i Jaskółczej. Przy torach towarowych dawnej stacji kolei szprotawskiej. Tu gdzie niespełna rok temu edukował Olka. Jedna ćwiartka, druga ćwiartka i ma już kilka nowych tematów do swoich artykułów. Ma znacznie silniejszą głowę niż ci wszyscy menele tutaj, to i korzysta z tego daru. A dzisiaj, przy Wigilii rozmawia nawet z Trudą, z tą rudą Niemrą z jego Broniszowa…
Sosiński od rana porządkuje grób siostry na cmentarzu na Jędrzychowie. O jedenastej pojawia się tam i Wioletta, nauczycielka z Chynowa, koleżanka Teresy Barczyńskiej jeszcze z czasów Studium Nauczycielskiego. Gadają o życiu. O tym, jak nikt nie zna dnia, ani godziny. Wioletta nie jest już taka narwana, jak wtedy w Broniszowie, gdy naskoczyła w pałacu na młodego Sosińskiego z pretensjami o to, że nieomal zniszczył ten kolejowy wiadukt obok jej domu na Krakusa. Dlatego nie przyznaje się, że prosto z cmentarza wybiera się również, tak pogadać sobie w ten przedwigilijny czas, do Alicji Makarewicz. To z nią jadąc w tamtą „deszczową delegację”, zobaczyła wtedy po raz pierwszy i Sosińskiego, i Demianiuka. Jakież to dawne czasy! A dziś? Może gdyby pociągnęła ten temat, to razem z Trenerem odkryliby te jakieś dziwne i tajemnicze powiązania, które tak nie dają spokoju Psycholog. Te, o których zaczęła coś mówić przesłuchiwanemu przez nią strażnikowi, Chrenowiczowi. Może? Kto to wie?

Jest zatem jedenasta. Większość z was robi coś jeszcze w domu, a część jest jeszcze w pracy, ale powoli szykuje się do wyjścia do domu. Zrozumiecie więc poddenerwowanie kobiet prowadzących sprawę tego strażnika, które muszą jeszcze zrobić dzisiaj podsumowanie materiałów z ostatnich tygodni.
Nie, nie obawiajcie się. Nie zabiorę wam już dzisiaj dużo czasu. I może faktycznie zróbcie sobie małą przerwę. Na kawę lub po prostu usiądźcie na chwilę. Złapcie oddech, odpocznijcie. Poczujcie się niczym na widowni w teatrze, albo w kinie…
Nie będę was zbytnio absorbował. Odpuszczamy opisy scenerii, to jak kobiety są ubrane i cały ruch sceniczny. Wyobraźcie sobie, że kręcicie gałką radioodbiornika i w pewnej chwili zalewa was trójgłos trzech aktorek, na który podświadomie, w napięciu czekaliście. Dobrych aktorek, potrafiących swoim głosem pobudzić waszą wyobraźnię. Rysują przed wami tonem głosu, modulacją, oddechem emocje kobiet, o których wam opowiadają.
Siedzicie sobie wygodnie, nie myślicie o niczym więcej. Słuchacie rozleniwieni… Obowiązki od was gdzieś odpływają, co będzie potem staje się nieważne, dalekie. Z ciekawością słuchacie, co sobie powiedzą Psycholog, Śledcza i Prokurator po przeczytaniu materiałów, które Biegła im przygotowała na podstawie sesji z podejrzanym…

​Biegła [sucho; jakby prowadziła wykład; pod koniec głos jej zaczyna drgać]

– Nie, Poruczniku. To jest po prostu wbrew metodyce i nie powinno być stosowane. Takie spiętrzenie bodźców na podświadomość, takie drążenie we wspomnieniach, bez żadnego pohamowania, może powodować wtórne i niestety nieodwracalne automodyfikacje w pamięci epizodycznej.

Pacjent nie pozostaje zupełnie obojętny na hipnozę, szczególnie na – jakby to nazwać – zbyt intensywną hipnozę. Ja, prowadząc pacjenta w stanie transu, jeżeli będę zbyt długo lub zbyt często dotykać danego wspomnienia, jestem w stanie, niestety, wpłynąć w trwały sposób na jego zmianę, zainicjowaną nieświadomie przez samego właściciela wspomnienia „na moją modłę”, czyli według tego jak on sobie zaczyna wyobrażać moje – a nie jego lub zupełnie obiektywne – oczekiwania wobec tego wspomnienia. Zarówno wobec ich kontekstu, jak i treści.

Jest wielce prawdopodobne, że po trzech sesjach tygodniowo, po dwóch i pół tygodnia wentylowania tego samego w kółko, podejrzany na samym końcu opowiada mi już tylko takie historie, jakie według niego zespół śledczy chce usłyszeć…

I zamiast prawdy dostajemy świetnie pasującą nam bajeczkę…

Żaden specjalista nie będzie przytaczać uzyskanych w ten sposób informacji, ani wyciągać z nich wniosków. Ja zresztą też nie zamierzam konstruować standardowego raportu, ani pod niczym się podpisywać. Co najwyżej mogę wziąć odpowiedzialność za wyniki moich pierwszych, samodzielnych badań pacjenta…

Oskarżyciel [przerywa bezceremonialnie; słychać szelest przewracanych kartek]

– Dość już! Tak patrząc na to wszystko, też mam wątpliwości… A z drugiej strony, leży przed nami bardzo praktyczny materiał. Chyba nawet nie potrzeba nam już żadnej dodatkowej analizy, ani tym bardziej podpisu psychologa.

​Biegła [spokojnie; zasadniczo; ale to nie rezygnacja, to gra]

– To trochę oburzające. To co zamierza nasza prokuratura…

​Oskarżyciel [bez tej charakterystycznej pewności siebie; z nutą zastanowienia]

– Przepraszam za użyte sformułowania, ale z tych bredni i fantazji nikt się nie połapie, o co chodzi? Wykorzystajmy je jednak do wsparcia ostatecznej tezy postępowania.

​Biegła [kwituje to z sarkazmem, a nawet buntowniczo]

– No, proszę, rzeczywiście, jakież to może być praktyczne podejście… A oficer śledczy, chociaż nadążyłby za prokuraturą, dałby radę ogarnąć do której wersji śledczej ostatecznie będziemy dopasowywać zeznania tego biedaka?

​Śledcza [zgryźliwie]

– Mój pion ma się zupełnie dobrze, proszę biegłej. Za to tobie myli się ofiara ze sprawcą?

​Oskarżyciel [odsuwa krzesło, zatrzaskuje teczkę, wstaje, robi kilka kroków]

– Spokój w zespole! Porządkujemy to. Psychologia, co z tego wszystkiego uznajemy za realne z punktu widzenia rzeczywistego stanu rzeczy? Chodzi o wydarzenia, w których wziął udział podejrzany. Jego motywacje. Takie ogólne, obiektywne konteksty. Zostało coś pominięte?

​Biegła [wyraźnie dotknięta; urażonym tonem; szelest zwijanych papierów]

– Ja już swoje powiedziałam. Z profesjonalnego punktu widzenia, nie mogę być niczego pewna. Trzeba było poprzestać na jednej hipnozie, zgodnie z początkowym założeniem. Albo ponowić kolejne seanse, ale po upływie jakiegoś czasu, według obowiązujących standardów.

​Śledcza [z naiwną zapalczywością; zadziwiona]

– Naprawdę to takie ważne? Gdyby usypiać go tydzień po tygodniu, a nie raz za razem, to opowiadał by co innego?

​Biegła [oschle]

– Tak Poruczniku. Jest na to duża szansa.

​Oskarżyciel [bez entuzjazmu; z jakimś głębszym zastanowieniem; tonem podsumowania]

– Ale pewni też być nie możecie… Cóż, nasz eksperyment wypadł tak a nie inaczej…

Reblog o przyjaźni

Jacek Slaski w audycji standPUNKTwidzenia

Cosmo - Radio po polsku 

Emigrując, tracimy przyjaźnie

Na ten temat napisano mnóstwo powieści i nakręcono tysiące filmów. Miliony wierszy, piosenek i ballad opiewają tę wyjątkową więź, jaka łączy przyjaciół, uczucie, które tak naprawdę dopiero czyni nas ludźmi. Czasami myślę, że przyjaźń jest nawet wyższym uczuciem niż miłość, bo chce mniej, a może dać więcej. Nie ma w niej tylu oczekiwań, jest trwalsza, często bardziej szczera i nie krzywdzi tak, jak może skrzywdzić miłość.

Z drugiej strony przyjaźń może być wszystkim. Może być głęboka, pełna sympatii i zaufania, intrygująca i inspirująca lub błaha, małostkowa i fałszywa. Temat wielki. Dlatego pomyślmy tutaj nie o przyjaźni we wszystkich jej aspektach, lecz o przyjaźni i emigracji. I o tym, jaki wpływ na relacje z przyjaciółmi ma opuszczenie kraju.

Wpływ emigracji na przyjaźń w dużej mierze uzależniony jest od tego, w jakim wieku opuściło się kraj. Wyjechałem jako ośmiolatek, a jednak do dzisiaj pamiętam przyjaciół, których straciłem. Kolegów i koleżanki z podwórka, z klasy czy dzieci przyjaciół moich rodziców. Gdańsk i Berlin Zachodni dzieli 500 kilometrów. Marna telekomunikacja i rzeczywistość lat osiemdziesiątych zrobiły swoje, został mi jeden kolega z tamtego okresu. I tyle.

Ludzie, którzy wyjeżdżają z kraju już jako osoby dorosłe, mają pewnie trochę inaczej. Jednak również u rodziców i ich znajomych, przedstawicieli emigracji okresu Solidarności, obserwuje takie same zanikanie krajowych przyjaźni. I tak sobie myślę, że to chyba obojętne, czy się wyjeżdżało jako dziecko w czasach stanu wojennego, czy jako osoba w czasach Skype’a i Whatsapp’a. Przyjaźń i emigracja po prostu do siebie nie pasują.

Wydaje mi się, że emigracja to właśnie utrata przyjaźni. Ojczyzna to w dużej mierze konkretni ludzie. W momencie wyjazdu czas, który jesteśmy w stanie poświęcić naszemu otoczeniu znika. I to nagle. Co prawda wracamy regularnie, ale już tylko w pośpiechu, na parę dni i z konkretnych powodów. Bo dzieci mają wakacje, bo Wielkanoc czy Wigilia, bo ślub czy pogrzeb.

Uwagę skupiamy wtedy na najbliższych, głównie na rodzinie. Dla przyjaciół zostają krótkie chwile, wplecione w szybki rytm spraw, które trzeba załatwić, ludzi, których trzeba odwiedzić, kaw i piw, które trzeba wypić. Czas goni, a pieczętuje go data powrotu do własnego życia, tego prawdziwego.

Naturalnie na emigracji powstają nowe przyjaźnie z tubylcami, z innymi emigrantami, z ludźmi z innych krajów. I te nowe przyjaźnie wypierają stare, to one stają się ważne, czasem już jedyne. Z tymi ludźmi tworzymy naszą codzienność, z nimi spotykamy się nie od święta, a tak po prostu, wpadamy na nich na ulicy, widzimy się na godzinkę. Z tymi nowymi przyjaciółmi dzielimy doświadczenia, a nie opowiadamy o tym, co się zdarzyło przez ostatni rok. Nagle żyjemy inaczej niż nasi starzy przyjaciele, w innych realiach politycznych, kulturowych i ekonomicznych. Inny język, inne tematy, inne problemy stają się naszym nowym życiem. Ta wspólna sfera doświadczeń, którą się niegdyś dzieliło z przyjacielem, którą można było z nim przedyskutować, ponarzekać czy się pośmiać, przestaje istnieć.

Emigracja to utrata korzeni w kraju. Dotyczy to w mniejszej mierze powiązań z krewnymi, a właśnie relacji z przyjaciółmi. To one cierpią najbardziej, są bardziej wrażliwe. Te relacje wymagają więcej pracy i więcej troski. Z obu stron granicy.

***

Jacek Slaski – dziennikarz, publicysta, urodzony w Gdańsku w 1976 r. Do Niemiec przyjechał z rodzicami, którzy uzyskali tu azyl polityczny.
Od 1985 r. mieszka w Berlinie. Studiował etnologię i muzykologię europejską na Uniwersytecie Humboldtów. Pracuje jako dziennikarz w magazynie tip Berlin. Jego teksty ukazywały się m.in w Berliner Zeitung, Spex, Rolling Stone, Zitty, Galore. W latach 2003–2012 był współoperatorem przestrzeni artystycznej Zero Project na Kreuzbergu.

Z wolnej stopy 41

Zbigniew Milewicz

Ząb nadprzyrodzony

Zamiast przepowiadanego mi przez niektórych, dwuletniego urlopu, skończyłem się wałkonić już po dwóch tygodniach. Mój wewnętrzny leń odpuścił, kiedy ze świątecznej, białej kiełbasy wydłubałem złotego zęba i zacząłem dociekać, skąd mógł się tam znaleźć. Najpierw automatycznie zerknąłem w lustro, ale wszystko było na swoim miejscu – górne, jeszcze przeważnie swoje i dolna, sztuczna szuflada. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie wstawiano mi żadnych złotych zębów. A więc skąd u licha wziął się ten tutaj?

Przypomniała mi się archiwalna sprawa rzeźnika z Niebuszewa, zbyt ponura, żeby o niej pisać w czasie, kiedy jeszcze dobrze nie strawiliśmy wielkanocnych smakołyków. Ząb miał wygląd górnej trójki, czyli kła, ale do Londona nie należał, bo Jack napisał Białego Kła, a mój był dobrej próby, szczerozłoty. Kiełbasę przywiozła mi do Monachium stryjeczna ciotka szwagra siostry mojego kuzyna, pochodząca spod ukraińskiej granicy, w tamtych stronach stronach jeszcze ludzie miewają wysokokaratowy uśmiech. Ciotka Aldona gwarantowała, że wyrób jest w stu procentach wieprzowy, czyściutki, z zaprzyjaźnionego uboju i jak się do niego wychyli szklaneczkę dobrze zmrożonej wódki, to żaden covid człowieka nie zmoże. A jednak zmógł, może dlatego, że nie popiłem święconką i teraz siedzę w domu na kwarantannie. Wolnego czasu mam w związku z tym w bród i mogę w nieskończoność snuć domysły na temat pochodzenia mojego złotego znaleziska.

Nie wykluczone, że trop zaprowadzi mnie dalej na wschód, do Donbasu, gdzie zielone ludziki w zmowie z Kremlem znowu niepokoją międzynarodową opinię publiczną. Muszę koniecznie zobaczyć w telewizorze, jak aktualnie uśmiecha się Władimir Władimirowicz Putin – jak zwykle szczerze i otwarcie, a może tylko półgębkiem? Bo jeżeli półgębkiem, to teoretycznie owa złota trójka mogłaby być nawet jego własnością. Wszystko, co rosyjskie należy do Kremla. Oczywiście (choć bardziej pasowałoby mi tu dosadniejsze słowo „Oczywista!“), zaraz ktoś zapyta, w jakich okolicznościach świnia połknęła ten ząb. Proszę Państwa, gdybym nią był, to bym wiedział. To są pazerne stworzenia, zmiotą wszystko, niczym się nie brzydzą, o czym ludzie w swojej jeszcze większej żarłoczności często zapominają. Dlatego dziwią się wegetarianom i wcinają wieprzowinę, aż im się trzęsą uszy.

***

I na zakończenie coś na temat.

“Upload” i “Idiokracja”

czyli wybierając dziś, wybieramy przyszłość naszych wnuków

Oba te filmy należą do kategorii “inspiracje konradowskie” 🙂

Ewa Maria Slaska

Kwiecień 2021 roku. Niemcy znajdują się w ciekawym stanie przygotowań… do gorączki przedwyborczej. To taka staropolska “prolegomena do wstępu”. CDU szarpie się między Markusem trojga imion Thomasem Theodorem Söderem a Arminem jednoimiennym Laschetem. Söder się nie podoba, ale krążą pogłoski, że na tle Lascheta jest boski. Ale z kolei kanclerz z Bawarii, tego w Niemczech jeszcze nie było! Wprawdzie Ludwig Erhard, drugi kanclerz Niemiec, urodził się w Bawarii, ale nie był bawarskim politykiem. Studiował w Hesji, a szlify polityczne zdobywał w Badenii Wirtembergii.

Söder czy Laschet, cóż oni biedacy mogą, że nie są Angelą i że nie tylko wyborcy CDU, ale całe Niemcy, a może i świat boi się czasu, gdy Angela przestanie nami rządzić.

Muszę sprawdzić w sieci, kogoż to nam oferuje biedna niemiecka SPD, partia socjaldemokratyczna, bo nie pamiętam (Olaf Scholz). Ta partia jest obecnie strasznie i totalnie bez znaczenia. Od dawna się nad tym zastanawiam, jak to się stało, że taka świetna i prężna demokratyczna partia, jaką była kiedyś SPD, zmieniła się w pozbawiony znaczenia klubik polityczny. Czy naprawdę jest możliwe, że szkody jakie tej partii wyrządził Gerhard Schröder, i w czasie swej kadencji, i potem, były aż tak nieodwracalne?

No i Zieloni, partia, która w sondażach pędzi do góry jak stado kozic. Dziś się zadecyduje, które z dwojga szefów partii (Zieloni zawsze mają dwoje szefów) zostanie kandydat/em/ką: Annalena Baerbock czy Robert Habeck? Ona jest fajna i młoda, może za młoda nawet (ma 40 lat), on trochę przypomina Trzaskowskiego, ma 52 lata i urodził się 2 września. To mój dzień urodzin, ale to oczywiście bez znaczenia.

A więc: Scholz 62, Laschet 61, Söder 54, Habek 52 i Baerbock 40.

Które z nich ma szansę sprostać wyzwaniom, jakie niesie ze sobą świat po pandemii? Sercem skłaniam się ku jedynej kobiecie na tej liście, również dlatego, że jest taka młoda, ale rozum mówi mi, że to zadanie, które ją zniszczy.

Tu ciekawy artykuł z dzisiejszego Tagesspiegel nt. roweru (dziś Dzień Roweru), zilustrowany zdjęciem Annalene, jak jedzie do pracy na rowerze. A pracuje w końcu w niemieckim parlamencie. Dziękuję Christine Ziegler za “podrzucenie” tego artykułu do bloga. Niestety nie da się inaczej – trzeba sobie ten tekst otworzyć w folderze Downloads. Sorki.

Bo co czeka ją, czy jednego z tych pięciu mężczyzn?

Rozbite, zatomizowane społeczeństwo, od roku czynnie lub biernie sprawdzające, do jakich granic można bezkarnie wypróbowywać nieposłuszeństwo obywatelskie. Dzieci i młodzież, które się dowiedziały, że nikogo nie obchodzi, czego się uczą i czy w ogóle się uczą. Gospodarka, w której wszystkie stare struktury straciły sens, bo po co nam auta i autostrady, a rosną do potęgi zyski firm przewozowo-wysyłkowych, producentów maseczek FFP2 i laboratoriów chemicznych. Katastrofa klimatyczna, której nic już nie jest w stanie zatrzymać, mimo iż rok temu myśleliśmy, że przestaniemy śmiecić, latać samolotami i kupować auta, zbudujemy bikestrady, zostaniemy weganami i nie będzie nam żal pieniędzy na produkty powstające w sposób zrównoważony. Naprawdę w to wierzyliśmy? To to, co czeka nas już jutro, nazywa się rozczarowanie.

Dwa filmy, które obejrzałam w ostatnich tygodniach, a raczej jeden serial i jeden film, pokazują, że pojutrze będzie jeszcze gorzej. Upload opowiada historię człowieka, który z łaski bogatej narzeczonej zostaje po śmierci “załadowany” do wirtualnego raju. W raju czają się co najmniej trzy węże – pieniądze, brak wolnej woli i nuda na wieczność. Po kilku odcinkach wiemy, że bohatera uratuje tylko miłość (która jednak, przecież to też wiemy, nie będzie trwała wiecznie), ale dowiemy się i tego, że ludzki sen o nieśmiertelności jest głupi, a nic nie ma sensu, jeśli życie nie kończy się śmiercią. Wirtualny raj jest komercyjno-konsumpcyjnym piekłem. Ale nie możemy zbyć tego serialu i tego przesłania tylko machnięciem ręki – bo świat (nauka? technika? komercja?) podejmuje wysiłki w tym kierunku. Czy twórcy serialu świadomie traktują go jak ostrzeżenie, czy stworzyli historyjkę “ku uciesze gawiedzi”, a tymczasem okazała się ona kasandrycznym krzykiem?

Idiokracja to kolejne ostrzeżenie, tym razem jednak z całą pewnością świadome. Idiokracja to władza głupoty. W filmie świat zostanie powoli ale systematycznie ogarnięty potworną głupotą, głupienie będzie przebiegało równolegle do całkowitego zniszczenia środowiska, a proces ten będzie trwał 500 lat.

I otóż nie. Nie potrzebujemy 500 lat, żeby skutecznie zniszczyć i ludzi, i świat. Może tak się wydawało w roku 2005, kiedy Mike Judge i Etan Cohen pisali scenariusz Idiokracji (to film z roku 2006, ale scenariusz musiał być przecież choć trochę wcześniejszy). Dziś wiemy, że zniszczenie postępuje znacznie szybciej niż myśleliśmy jeszcze dziesięć lat temu. Bohater filmu zostaje zahibernowany w naszych czasach i budzi się po 500 latach, ale to, co pokazuje film, będzie miało miejsce nie za lat 500, lecz za co najwyżej 50. Joe próbuje przekazać w przeszłość przesłanie, które może uratuje naszą przyszłość od głupoty (“uczcie się i twórzcie sztukę”), ale nie zna przesłania, które uratowałoby nas od katastrofy klimatycznej.

Cezary Graf zrecenzował ten film na youtubie.

Obejrzyjcie koniecznie Idiokrację i zastanówcie się, czy mamy jakąś szansę, żeby Annalena Baerbock została dziś wybrana na kandydatkę Zielonych na kanclerkę, żeby 26 września została wybrana na kanclerkę i żeby w międzyczasie obejrzała ten film, bo wtedy zrozumie, co ją czeka jako kanclerkę.

***

PS. Nie przejmujcie się zakończeniem tego filmiku – ten facet prowadzi kanał o tym, jak zarabiać pieniądze i zawsze każe wszystkim myśleć o pieniądzach.

Odcinek 20

Mieczysław Bonisławski

– To fontanna, nie sadzawka. Z takim ozdobnym flamingiem, szkoda tylko, że z betonu. Dlaczego mama z tobą nie rozmawia? I czemu prowadza cię do psychologa – przeskrobałeś coś w szkole?
– A, tam, szkoła… – machnął lekceważąco ręką Januszek, ale Olek nie dał za wygraną:
– Czyli, że masz swoje pomysły, ale nauczyciele zamiast starać się cię zrozumieć, wolą mieć święty spokój? Czyli, że psycholog ma cię zbadać i napisać, że to ty jesteś nie w porządku, a nie oni, tak? Oni chcieliby, aby wszystkie dzieci były równe i myślały jak od sznurka…
– Szkoła, szkoła jest niedobra…
– A mama? Czemu z tobą nie rozmawia, nie walczy o ciebie z tą szkoła, z tą Ber…?
– Mama kiedyś była inna, ale teraz już z nikim w ogóle nie rozmawia. Chyba, że z panią – ciocią Ireną… O, popatrz…

Chłopiec podniósł się z pleców i zaczął układać patyczki – marionetki. Ułożył je w dwóch, równych rzędach, wzdłuż ulicy przebiegającej przez ”wiadukt” nad „torami”. Kilka ułożył, tak jakby z brzegu, większość wbił na stojąco, tak bardziej po środku. Od biedy, można było sobie tak wyobrażać siedzących i stojących ludzi wewnątrz miejskiego autobusu.

– Aua! Jezu, aaa…!
– O, Boże, coś się stało!
– Ludzie, ludzie spokojnie…
– Panie kierowco! Zabiło człowieka.
– Nie!, przytrzasnęło w drzwiach.
– Rękę, rękę mu złamało…
– Panie kierowco, drzwi. Drzwi!
– Otworzyć drzwi. Kierowca! Człowiek ranny, proszę otworzyć natychmiast drzwi!
– Co tam się dzieje?
– Drzwi przytrzasnęły gościowi rękę.
– Już otwieram. I co?
– Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
– Zaraz zemdleje, trzeba na pogotowie.
– Trzeba po karetkę! – mały poruszał energicznie większością ze stojących, tych powtykanych w piasek na sztorc, patyczków. „Przekrzykiwały się” nawzajem niemal wszystkie. Niemal…

Dwa „siedzące” patyczki „milczały”. Do czasu:
– Mamo, co się stało?
Nic, cisza.
– Mamo, co jest temu panu, popatrz…?
„Milczący” patyczek wykonał gest przypominający zapalanie papierosa.
– Mamo, czy jemu stało się coś złego? Dlaczego wszyscy tak strasznie krzyczą? Czemu ty nic mi nie mówisz?
– Alicja, w autobusie się nie pali. Spieszno ci na kolegium? – nad „siedzącymi” pochylił się jeden ze „stojących” patyczków.
– Ach, no tak. Zapomniałam się. – „Mama” szybko zgasiła papierosa i spojrzała w górę, na znajomą twarz – To ty, Irena? Dziękuję…
– Zobacz, samo rano, a ja muszę już lecieć do Komitetu. Szlag by trafił takie powitanie dnia, co nie? A do tego – tym przepełnionym autobusem. No, ale ty co? Z małym gdzieś jedziecie…?
– Mamo, mamo! Powiedz mi…
– Nie, nie. Bądźcie cicho, oboje! Bardzo was proszę – patyczek znowu wyjął papierosa, ale nie zapalił go, tylko przez chwilę trzymał go w dłoni, a za którymś z rzędu skrętem autobusu, po prostu, takiego nie zapalonego, zgniótł w palcach.

Autobus faktycznie skręcił raz, drugi i trzeci. Zatrzymał się na przystanku i pojechał dalej, aż w końcu wyjechał na szeroką, ruchliwą ulicę Bohaterów Westerplatte.
Irena cały czas coś gadała nad głową Mamy i jej synka:
– Cholera by wzięła te telefony. Nie masz w domu, kłopot jeden, ani z kim pogadać, jak akurat trzeba, ani zadzwonić do kina, czy teatru, spytać co grają, ani po taksówkę. A jak masz go już w domu – inny kłopot. Siódma rano i ci dzwonią, że w Komitecie jakaś konferencja, czy egzekutywa z Niemcami, Łotyszami albo jeszcze innymi Ukraińcami. Wyobrażasz to sobie? Rozumiesz? Nie wiem doprawdy, na diabła ja starałam się o ten telefon? I na cholerę mi go w końcu zainstalowali… A tak się cieszyłam… I tu masz, obudzili w środku nocy, no i chlust do wanny, ubrałam się raz dwa i na autobus. Po trzydziestu latach, zachciało im się wracać do „tych” spraw. Przecież to już dawno przebrzmiało… Ty wiesz, odgrzewają kwestię wysiedleń: Niemców stąd, a Łemków tutaj… Tak, to nie byli jednak Łotysze, tylko nasi, poczciwi Łemkowie, od nas i z Ukrainy… Ale, ja już wysiadam. Papatki, durne to jak te młode, które to sobie wymyślają…

Gdy autobus dojeżdżał do przystanku za Komitetem Wojewódzkim PZPR, kawałek za placem z Pomnikiem Bohaterów, stanął, a potem ruszył, liczne patyczki-marionetki znowu się ożywiły i „rozgadały”:
– Była już pani w tym nowym domu towarowym?
– W tym tu….? Nie, jeszcze nie.
– Ja byłam.
– Ta pani była…
– A, to pani, dzień dobry. I co warto tam zajrzeć?
– Sklepów dużo i towary takie lepsze, ale drogo, pani, drogo.
– Ja też słyszałem, że to nie dla nas. Może gdzieś w Poznaniu czy innym Wrocławiu, takie „Centrum” będzie miało wzięcie, ale nie u nas…
– Nie, no towary całkiem sobie. I poukładane tak, że wszystko człowiek widzi, co i jak. Nie jak gdzie indziej..
– Przestronnie jest i oświetlone jak trza… Ale to i w takim „Centrumie” musi bez to i swoje kosztować.
– Luksusy…
– Gdzie tam nam do nich…
– A pani sąsiadko? – jakiś głos znowu zaczepił cały czas zamyśloną, nie reagującą na nic wokół, milczącą Matkę – W tym tygodniu mam na pierwszą zmianę, ale po niedzieli wybiorę się w dzień na miasto… Może i pani…?
– Co, proszę? Przepraszam, nie dosłyszałam…
– To przez ten szum, takie głośne te stare autobusy w środku. Czy my jeszcze doczekamy jakichś nowocześniejszych? Synowa – mieszkają z synem we Wrocławiu – opowiadała mi, że u nich, w tym Wrocławiu, znaczy się…
– Tak, tak, to przez ten stary autobus. Ten hałas – podjęła Mama, błądząc jednak myślami zupełnie gdzie indziej.
– Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”. Była już sąsiadka?
Mama coś odburknęła, schylając głowę, co tamta zrozumiała po swojemu:
– Właśnie, ja też jeszcze nie. Może się sąsiadka wybierze ze mną, zawsze razem raźniej.
– A…
– Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie, ja już z nią nic… Czy wie pani, co ona powiedziała o…
– Tak? – wróciła do rzeczywistości Mama, ale jej nieobecny wzrok chyba podziałał i na tamtą:
– Nieważne. Stare próchno. Niech strzępi ten ozór gdzie indziej i inni niech się użerają z tym jej synalkiem… Ale co, wybierze się pani ze mną?

– Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami. Taaakie samochodziki…
– W szkole… – zawahała się Mama-patyczek – A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą! Mało mam przez nią kłopotów! – zakończyła w złości.
– Oho… – wycofała się tchórzliwie tamta kobieta, zostawiając synka sam na sam z nieprzejednaną, oziębłą Mamą Nie pomogła mu, chociaż przecież mogła…
– Mamo…! Czarek ze Sławkiem mają taki autobus, „jelcza” z przyczepą osobową. I z otwieranymi drzwiami. Ja takiego nigdy nie widziałem, a oni powiedzieli, że jak nie będę miał takiego samego, to mam do nich już nie przychodzić. Na pewno są takie w tym „Centrum”… Bo nigdzie indziej ich nie ma…

W tle dalej słychać było „rozgadane” ludziki-patyczki:
– I co, wybierasz się…
– Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent jaki może dostanę. Tam są takie bardziej eleganckie rzeczy.
– Ja tam pójdę tylko popatrzeć. Nie stać mnie, ale pooglądać lepszy świat przecież można. Chyba nie wyrzucą, nie ma takiego prawa, co?
– Weź pan choćby coś małego, na pamiątkę. Wtedy na pewno wpuszczą.
– To może być tak jak w knajpie, jak setka, to tylko z zakąską. A jak nie, to wywalą na zbity ryj… Nie zakropisz bez zagrychy.
– Słyszałam, że telewizory kolorowe mają.
– A jakże! A talon…
– Tu są bez zapisów. Córka dostała mieszkanie, to kupiłabym jej do tego mieszkania…

Znowu głosy tych dwóch „siedzących” gałązek:
– Słyszysz, mamo! Słyszałaś, tam na pewno będzie taki autobusik z przyczepą!
– Pokłóciłeś się z Czarkiem i Sławkiem?
– Mamo…
– Czasami nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz…? Czemu ty jesteś taki…? – ton beznamiętny, szorstki, pełen goryczy i żalu do całego świata.

Chrenowicz uciszył chłopca. „Dosyć, dosyć, to mi wystarczy. A ta twoja Matka…” – wymamrotał, nie wiedzieć czy do siebie, czy tak, aby Januszek go jednak usłyszał, pół mówiąc, pół głośno myśląc – „Może ona jest po prostu zmęczona? Matka, to matka, automatycznie cię kocha. Nawet się nad tym nie zastanawia. Tym się różni mężczyzna od kobiety. Posłuchaj mnie, ona kocha i ciebie, i twego braciszka, i siostrzyczkę. Ale jej też musi być ciężko. Kiedy ją widziałeś wypoczętą, śmiejącą się z niczego? Kiedy przyszła późno wieczorem od swoich koleżanek? A kiedy ostatni raz przeczytała ci artykuł, który napisała lub książkę, którą jej wydrukowali? Dawno, dawno temu. A może w ogóle tego nawet nie pamiętasz, co? Ona cię kocha, nie opuściła cię, ale pani psycholog pewnie o Mamę nie pytała, prawda? Tak myślałem.” A na cały głos poprosił:

– Co się działo w szkole? Opowiedz o swoich kłopotach w klasie: koledzy, nauczycielka?
Mały zaczął na nowo rozstawiać gałązki-ludziki, ale Olek i tym razem go powstrzymał:
– Dosyć tych teatrzyków. Chodź tu do mnie – usiadł po turecku po środku wyspy piasku, wziął za rękę chłopca i przyciągnął tak, że miał go przed sobą. – Mów, jak jest. Prosto, swoimi słowami.
Gdy Januszek opowiedział już o złośliwościach ze strony Kotlarskiego, o agresywnych atakach Szczepańskiego i Remiszewskiego, o zawstydlzającej go litości Beaty Dunaj, nieporozumieniach z Barczyńską i innymi nauczycielami, o strachu przed profesorem techniki, Linkowskim, aż w końcu przeszedł do kulminacyjnej sytuacji z zabitą bez skrupułów fasolką, znowu zaszkliły mu się oczy.

„Ależ to jest mazgaj!”, pomyślał Olek. „Co ja tu jeszcze z nim robię? Ten mały, zaszczuty beksa nigdy nie zostanie Wojownikiem! Nie nadaje się do żadnej walki… Tracę z nim tylko czas… Mój czas jest tak cenny, miałem tu spotkać posłanego do mnie Przewodnika, a co znalazłem? To miał być złoty chłopiec, po to naszukałem się tej Sceny Kreatorów, a co znalazłem? Znowu mnie ktoś wystrychnął na dudka! Straciłem wszystko…”

Olek podniósł się. Z niesmakiem wydął usta, odwrócił się tyłem do Januszka. Zrobił krok, drugi… Zatrzymał się. Spojrzał na małego przez ramię.

„Co straciłem tak naprawdę? Trochę czasu, ale przecież nie mogę poddać się, przestać wierzyć w siebie. Jeżeli to wszystko nie było prawdą, to czym? Baśnią, ułudą, fantazją? Nie, to niemożliwe… To znowu, jakaś kolejna próba. To ONI próbują mnie zwieść, mieszając mi w głowie prawdę z fikcją. Ja nie żyłem bajką, ja naprawdę mam TO zrobić, do tego zostałem powołany. Gdyby nie wyrzucili mnie ze Straży Ochrony Kolei, dalej pałętałbym się między tymi nieudacznikami, niewolnikami regulaminów, tchórzami bojącymi się łobuzów… Gdyby mnie przyjęli do wojska, wypełniałbym teraz rozkazy jakiegoś półgłówka. Dobrze się stało, tak jak jest! Uratowałem sam siebie przed samym sobą! A ONI! Nie dali mi rady…”

Popatrzył dłuższą chwilę na chłopca. Zastanawiał się w milczeniu, stojąc nieruchomo, zupełnie wyprostowany. Taksował siebie i jego. Dostrzegł dysproporcje – z jednej strony potężnie zbudowany, wyćwiczony mężczyzna-Wojownik, a z drugiej – zapłakany, mikry chłopaczek, przed którym dopiero cała jego droga.

„A może zabawić się z NIMI? A jakbym z takiego mazgaja zrobił Wojownika, mściciela…? Ależ by się ONI zdziwili. Ależ bym ICH zaskoczył! Chcieli mnie, MNIE – mistrza walk, rozmontować, osłabić tymi ICH fikcjami, rozleniwić słodyczą baśni – to ja sprowadzę teraz do baśniowego życia tego nieszczęśliwego chłopca. Zostanę jego Przewodnikiem po jego krainie fantazji i szczęśliwości. Dokonam cudu i z tego zmarnowanego malca zrobię Wojownika. To on potrzebuje Przewodnika, nie ja! On faktycznie ma bardzo źle, a ja… Mnie się tylko wydawało, że cierpię. To było tą prawdziwą ułudą, której się domyślałem, ale nie mogłem jej właściwie wskazać. ONI chcieli mnie omamić i niemal IM się udało… Ale nie ze mną takie gry… Chodź mały do cudownego świata… Poprowadzę cię. To będzie moja kolejna próba. Może w końcu już ostania?”

Uklęknął przy Januszku. Nawet na klęcząco miał głowę wyżej niż stojący chłopiec.

– A czy ty wiesz, co ja jeszcze innego robię w życiu? Prowadzę szkołę sztuk walki. Jestem mistrzem, wiesz. Czy słyszałeś o mistrzu „Czarny Koń”? To ja…
Januszek uśmiechnął się pełną buzią, ale w porywie szczerości, ufnie pokręcił przecząco głową.
– Każdy chłopak, jak wyrośnie na mężczyznę, musi być zdrowy i silny, aby bronić siebie i swojej rodziny przez wrogami, być zdrowym i silnym. Nie trzeba palić papierosów, ani pić alkoholu. Za to trzeba cały czas ćwiczyć ciało i umysł. Czy chcesz być taki?
Chłopak z zapałem, cały uśmiechnięty, pokiwał potakująco głową.
– Dla ćwiczenia ducha trzeba być wrażliwym i myśleć tylko pozytywnie o sobie i o innych. Nie można dokuczać innym jak Szczepański. Nie można być złośliwym jak Kotlarski, ani wywyższać się jak Pasternak. Oni nigdy nie zostaną prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwi mężczyźni już wkrótce ich w życiu pokonają. – ciągnął dalej Chrenowicz – A dla sprawnego i żelaznego ciała trzeba ćwiczyć fizycznie. Chodź, pokażę ci kilka chwytów, których cię nauczę…
Zademonstrował jakieś elementy, ćwiczenia. Najpierw sam turlając się po piasku, padając, to znowu podnosząc się. W końcu złapał chłopca i delikatnie przewrócił go. Po chwili pokładali się razem. Mały turlał się w uściskach mężczyzny, to wydając jakieś nieartykułowane wrzaski, to śmiejąc się na cały głos.
„Jak on się momentalnie zmienił…? Niech zaatakuje mnie, gdy postawię wysoki blok… Nie poddaje się, szuka, dąży do lepszego, do sukcesu. Troski i porażki nie zamknęły go w sobie, jest gotowy sięgać po zwycięstwa. Jak prawdziwy Wojownik… Spróbujemy z dźwignią na staw biodrowy… On pokona swoje słabości, te wszystkie utrapienia związane ze Szczepańskimi, Kotlarskimi, nauczycielami… To bohaterstwo tak przeciwstawiać się własnym lękom, grozie otoczenia… Ciekawe czy będzie się tak samo rzucał, jak go lekko podduszę? Ostrożnie, to tylko dla zabawy, dla sprawdzenia odruchów kandydata i jego charakteru… Prawdziwy Wojownik…”

– Co tu się dzieje?!
Wysoka, szczupła blondynka wgramoliła się tyleż energicznie, co dosyć nieudolnie na wyspę złotego piasku. Nogi w modnych chodakach grzęzły jej w sypkim, nie dającym oparcia podłożu, stopy ślizgały się. Cała jej postawa była jeszcze jak u młodej, gibkiej dziewczyny, ale twarz nosiła już znamiona mijającego czasu. Niewątpliwie niegdyś intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami nie wystawały już tak ostro, rozpłynęły się w fałdach tłuszczu. A wąska, ale pełna żuchwa, z takimi dwoma, głębokimi przed laty bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, teraz tonęła już tylko wśród rozmnażających się z tygodnia na tydzień fal zmarszczek. Ostrości stały się opływowe, zagłębienia się wypełniły, to co było jędrne, nabrzmiało.
W końcu złapała chłopca za rękę, potrząsnęła nią i wyciągnęła spod mężczyzny.
– Czy ty wiesz, która jest godzina? Już dawno skończyłeś lekcje, czemu nie jesteś w domu?
Rozejrzała się wokół. Cała roztrzęsiona, nie kryła swojego niezadowolenia. Znowu krzyczała:
– Co to w ogóle jest?! Co ty tu wyprawiasz! Ja się martwię w domu, czy znowu ci czegoś nie zrobili… Już, marsz mi na obiad!
Nagle spojrzała jeszcze raz w stronę ciągle klęczącego w piasku Olka.
– A pan co tu robi?! Kim pan w ogóle jest!
I w tym momencie zaczęła coś kojarzyć…
– Zboczeniec… Co ty, do cholery, zrobiłeś mojemu synowi?!
Pociągnęła jeszcze mocniej Januszka, chowając go za sobą a sama, zasłaniając syna stanęła w wojowniczej pozycji tuż przed mężczyzną:
– Ty pedofilu… Ja cię zaraz, na milicję… Zgnijesz w więzieniu! Za to co tu robiłeś z moim chłopcem. Że też tacy muszą się rodzić, że też ziemia takich nosi…!
Chrenowicz podczas tej tyrady zdążył dojść do siebie. W pierwszej chwili zupełnie zdezorientowany, potem już spokojny, powstał z kolan, niemal dostojnie otrzepał się z piasku i tonem nietajonej wyższości replikował:
– Jestem mistrzem szkoły walki. „Czarny Koń”, najlepsza w Zielonej Górze, musiała pani o mnie słyszeć. I ja nie jestem żadnym zboczeńcem, za to pani Januszkowi potrzebny jest ktoś, kto mu w końcu pomoże. Te kłopoty w szkole, z łobuzami z klasy. Te nieporozumienia z panią, jako matką…
Alicja zbaraniała. Wyprostowała się jeszcze bardziej, zesztywniała, potrząsnęła głową i ryknęła:
– Co takiego?! Co ty, pedofilu, możesz mieć do powiedzenia na mój temat! Tobie to już zupełnie padło na tę chorą głowę, zboczeńcu…
– Nie jestem zboczeńcem. Prowadzę szkołę sztuk walki…
– „Czarny Koń” – wydęła wargi kobieta i prychnęła drwiąco. – A może czarna dupa konia, z ciebie taki rycerz, co to po zadzie wsiada na wierzchowca…? Pedał od małych chłopców…
Olka w końcu to trochę ruszyło:
– No tak, na pewno nie jestem matką, która na widok wypadku w autobusie ucieka od przerażonego syna i zamyka się w sobie, zamiast dać mu poczucie bezpieczeństwa. Ani taką, która nie zauważa, że syn potrzebuje zabawki, aby zaimponować rówieśnikom i zdobyć należną mu pozycję w grupie, a ona ruga go tylko i daje do zrozumienia, iż na nic nie zasługuje.
– O czym ty gadasz, padalcu? – zdziwiła się Alicja, przeplatając oznaki zmieszania ze spazmami śmiechu, bo aż tak niedorzeczne wydały jej się wywody tego „mistrza”.
– Czy pamiętasz, jak jechaliście na wizytę do psycholog Ber i drzwi autobusu przytrzasnęły palec temu robotnikowi? A czy pamiętasz, jak potem mały chciał w tym nowym domu towarowym kupić taki autobus z przyczepą, aby wkupić się w łaski Czarka i Sławka?
– Czy pamiętam? Ten przeklęty poranek…
– Tak, czy pamiętasz?
– Pamiętam. Z samego rana, mój stary gdzieś zniknął. Do pracy nigdy tak wcześnie nie chodził, gdzie więc mógł polecieć? Przed lekcjami Januszka mieliśmy jeszcze wizytę u tej Ber… Wsiedliśmy do autobusu…
– Co to dzisiaj mąż tak wcześnie… – zagadnęła mnie zaraz przy wejściu sąsiadka z parteru, z tej drugiej klatki, przy wjeździe pod blokiem. Ona mieszka zaraz nad wjazdem… Nie chciało mi się z nią gadać. To strasznie zgryźliwa i złośliwa plotkara, najgorsza w bloku.
– Poszedł do pracy.
– Nie, no przecież w tym tygodniu, to od rana w kiosku siedzi ta młoda, jego zmienniczka, nie on – drwiąco zaoponowała tamta.
– Tak, faktycznie – odganiałam się od niej, jak od natrętnej muchy. – To nie wiem, coś mu pewnie wypadło…
Plociuch znacząco zmrużył oczy. Wysilił się na taki protekcjonalny ton:
– Nie wiem, czy sąsiadce mówić, bo może sąsiadka już wie…
– Co niby mam wiedzieć?
– … a może i nie. Bo to żona dowiaduje się zawsze ostatnia…
– Niby o czym?! – zaczynała mnie już złościć.
– Mówią, że on chadza do tej Barczyńskiej, nauczycielki Januszka…

– Aua, Jezu, aaa….!
– O Boże, coś się stało!
– …zabiło człowieka…

Wzdrygnęłam się. Przerażona zakryłam ręką Januszkowi oczy i nieco uniosłam się z siedzenia, aby dojrzeć sytuację przy automatycznych drzwiach.

– Nie, przytrzasnęło w drzwiach.
– Ręka…, rękę…, ręką…
– Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.
– Już otwieram. I co?
– Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
– Trzeba by po karetkę.
– Zaraz, zaraz, ja mam kurs. Żyje pan, jak się pan czuje? Da pan radę?
– Wytrzymam, wytrzymam. Wysadź mnie pan przy pogotowiu. Tam mnie opatrzą. Nic mi nie będzie.
– Widziała sąsiadka? W takim tłoku mus nam jeździć, to i wypadki co chwila…
– Jakie co chwila, kiedy pani widziała coś podobnego? Poza tym, facet, sam powiedział, że wsiadał na ostatnią chwilę, wepchnął się w zamykające się już drzwi i nie zdążył schować ręki – gasił paplę ktoś z pasażerów.
– A pan co, może też kierowca z MPK? – odgryzła się mu kobieta.
– Zaraz, zaraz. To niby mój mąż, miałby z wychowawczynią naszego syna…?

Zanim ta baba zdążyła odpowiedzieć, autobus stanął na przystanku przy szkole ekonomicznej. Wysiadło trochę uczniów, sporo ludzi idących na targ, mimo tłoku pasażerowie będący w środku wielką falą przemieścili się do przodu. Dzięki temu stanęła nade mną Irena.
– Słyszałaś? Ryndak ma dostać kolejną nagrodę.
– I co z tego?
– Jak to, przecież kiedyś byłaś lepsza od niego.
– Kiedy to było? – rozmarzyłam się trochę, ale szybko stanęło mi przed oczyma zupełnie inne szczęście – Jeszcze przed Januszkiem…

– I na co ci to było? A pamiętasz jak go obsobaczył Bereza w tych „Związkach naturalnych”? A Ryndak i tak, ma tego „Piętaka”, teraz dostanie „Lubuską”… Wiesz gdzie ty byś mogła być, gdyby nie…?
– Ja moje powieści zatytułowałam „Januszek”, „Zbyszek” oraz „Tosia”… – uśmiechnęłamsię na samą myśl o nich.
– Mamo, co jest temu panu, popatrz…

Ranny mężczyzna miał się całkiem dobrze. Zdaje się, że omawiał właśnie mecz żużlowy, zamachnął się tą przetrąconą łapą i zaczepił o kogoś, że aż syknął. On z bólu, a ten, którego potrącił zakrwawionym bandażem, z irytacji.
Sięgnęłam po papierosa.
– Mamo, czy jemu…
– Ja bym się tak nie poświęciła. O talent trzeba dbać, a nie tak go marnować. I co osiągnęłaś? Co ty masz z tego życia, nic.
– Mamo, czemu ty nic do mnie nie mówisz?
– Alicjo, w autobusie się nie pali…

Irena wysiadła. Miała jakąś redakcyjną robotę w Komitecie Wojewódzkim. Tegoroczna laureatka nagrody radiowej rzeczywiście nie marnowała talentu i szczęścia, jakie jej dopisywało. Właśnie dopiero co zdobyła to swoje pierwsze trofeum za ów reportaż o „Szczęśliwej miłości”, a czekało ją w przyszłości pewnie jeszcze wiele kolejnych laurów. Zdobywała znaczącą pozycję już na poziomie krajowym, nie tylko na naszym, zielonogórskim podwórku.

„Co osiągnęłam? Postarałam się o syna, który nie radził sobie z kolegami w klasie, a wychowawczyni robiła z niego na siłę niedorozwiniętego emocjonalnie, więc zaczęłam z nim jeździć do poradni psychologicznej. Miałam też męża, o którym sąsiadka mi właśnie doniosła, że wziął sobie za kochankę wychowawczynię mego synka, tę samą, która wysłała mnie i małego do wariatkowa… To mogła by być całkiem niezła powieść sensacyjno-obyczajowa. A może powinnam była zacząć ją pisać…?” – śmiałam się w duchu.

– A pani sąsiadko?
– Przepraszam, nie dosłyszałam…
– Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”…
– A…
– Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie… Czy wie pani co ona powiedziała…

„Wiem co ty powiedziałaś, wiedźmo, o moim mężu”. To prawda, gdzieś ostatnio znikał. Prawdopodobnie nawet miało to jakiś związek z tą Barczyńską. Ale ona pochodziła z antysocjalistycznej rodziny, myślę, że ją rozpracowywał operacyjnie. To musiało być zainteresowanie o charakterze służbowym, wiedźmo z drugiej klatki!”
A ta Barczyńska. I co ona znowu zrobiła przeciwko Januszkowi? Ten Szczepański, ten Remiszewski. Klasowe łobuzy, czy to możliwe, aby byli takim zagrożeniem dla jednego z uczniów bez wiedzy nauczycieli? A jeżeli Barczyńska o wszystkim wiedziała, to czy to nie mogło się dziać za jej cichą aprobatą… Ta „jedynka”, to jednak cholerna szkoła…!

– Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami…
– W szkole… A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą!

Srakiś autobusik. Czarek ze Sławkiem. Jeden synalek majora milicji. Teraz jak wynikły te kłopoty, ojczulek zaczął się wynosić ponad mojego, że mój to niby „ubek”. A on, oficer milicji, niby że był zawsze w porządku. Lepszy… A matka zaczęła pracę w oddziale jakiegoś przedsiębiorstwa handlowego, „Otex” czy tak jakoś, oni chyba handlują ciuchami za granicę? Damessa się z niej zrobiła, że nie podejdziesz… A rodzice Czarka ukrywali cały czas kontakty z eReFeNem. Czarkowi z tych kontaktów przynajmniej skapywały dobre, zachodnie zabawki, ubrania, sprzęt sportowy. „Tu nie o autobusik poszło, synku. Ale nie zrozumiesz tego na razie nawet, jakby pani doktor Ber nie wiem jak się postarała. Ja też nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć, w taki sposób, aby ci nie sprawić przykrości…”

To może już lepiej tak:

The Room in Barataria

Ewa Maria Slaska (z inspiracji Konrada)

Tommy Wiseau. Słyszeliście o tym reżyserze? Słyszeliście o tym filmie? Słyszeliście, że można zrobić karierę, nakręcając najgorszy film na świecie?

No tak, można, tyle tylko, że trzeba mieć siedem milionów dolarów. Albo więcej. Nikt nie wie, ile, ale sam film kosztował 6,5 miliona.

Może zresztą słyszeliście o tym, że reżyser jest Polakiem, pochodzi z Poznania i nazywa się Tomasz Wieczór albo Wieczorkiewicz.

Tu jest link do filmu The Room: https://youtu.be/wOKW0PeHVDE (na youtubie został on okrojony o pięć scen seksu, w tym jedną – seksu oralnego)

Tu z kolei link do filmu o tym, jak powstał film The Room – The Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made: https://www.werstreamt.es/film/details/1126688/the-disaster-artist/ (choć nie wiem, czy nie trzeba będzie zapłacić za streaming); na youtubie można obejrzeć różne fragmenty filmu.

A tu jeszcze do fimu, który był, wydaje mi się inspiracją dla reżysera The Room, choć (chyba) nikt o tym nie wspomina: Okno na podwórze / The rear window; genialny film Alfreda Hitchcocka z Jamesem Stuartem i Grace Kelly; jeden ze stu najlepszych filmów na świecie: https://youtu.be/YEgpkHWECKs

Obejrzyjcie wstystkie te trzy filmy i wtedy tu wróćcie, to Wam powiem, co o tym myślę i dlaczego Tommy Wiseau chciał być (chyba) Don Kichotem, ale jak zaczął kręcić The Room, stał się Sancho Pansą własnej szalonej fantazji.

Bo tak to chyba jest, nie możesz być i marzycielem, i bezwzględnym egzekutorem obowiązków tych, których chciałeś porwać za sobą. Dlatego Marzyciel (podobnie zresztą jak arystokrata) zawsze MUSI mieć towarzysza, tego, który wykona za niego każdą robotę. I tę normalną (wyleje nocnik przez okno w gospodzie), i tę bardziej skomplikowaną (zarezerwuje bilety w Orient Expressie), i tę nużąco codzienną (ktoś przecież musi to wszystko trzymać w garści), i tę wreszcie najbardziej nieprzyjemną, czasem zwaną też brudną, bo przecież czasem trzeba zasztyletować Hoprynę i szlachetny szlachcic, np. Wołodyjowski, sam nie będzie tego robił, od tego ma Rzędziana, Zagłobę, Falstafa czy Sancho Pansę.

Te rozmyślania prowadzą mnie przez chwilę na manowce, przypominam sobie bowiem, że przez całe moje dorosłe życie z zainteresowaniem czytałam o tym, że ktoś komuś towarzyszył w podróżach i do jego obowiązków należało wylewanie nocników, rezerwowanie biletów lub wielbłądów, wykłócanie się z oberżystą, że w pokoju są pluskwy, a w śmietanie mysz. I zawsze wtedy myślałam, że ja też bardzo bym tak chciała. No i popatrzcie, jak pięknie się spełniają takie myśli. Od kilku lat towarzyszę czasem w podróżach mojej najbardziej hojnej i niezwykłej przyjaciółce, Iwonce. Dziękuję, Kochana!

I nie muszę wykonywać żadnych z tych czynności!

Bo naprawdę, marzenia się spełniają, trzeba tylko dokładnie wiedzieć, czego się chce, jeśli bowiem się ich nie sprecyzuje, to można wyjść na tym jak Eryk w powieści Terry Pratchetta Faust Eryk. Chłopak ma 14 lat i trzy standardowe marzenia – żyć wiecznie, panować nad światem, spotkać najpiękniejszą kobietę w historii. Przeczytajcie tę książkę i wtedy wróćcie do dalszej lektury tego tekstu.

Książka ukazała się po polsku w roku 1997 w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Jest na portalu chomikuj jako epub i audiobook, znajdźcie ją tam sobie, albo kupcie na Merlinie.

***

Film The Room, zgodnie z moim własnymi przewidywaniami, nie podobał mi się, historia wydawała mi się prosta jak slogan na plakat, charaktery niczym nie zaskakiwały, gra aktorska była na poziomie teatrzyku szkolnego w Dąbrowie Leśnej. Natomiast bardzo podobał mi się film The Disaster Artist, opowiadający historię o tym, jak Tommy Wiseau nakręcił swój film. Jest to historia o przyjaźni dwóch mężczyzn, przyjaźni która przetrwała wiele lat, wiele kłótni, wiele porażek i sukcesów, ale przede wszystkim jest to niezwykła historia mistyfikacji, która praktycznie rzecz biorąc nigdy nie została wyjaśniona.

Tommy Wiseau jest prawdziwą postacią, ale jednocześnie pojawia się z nikąd i do dziś nikt nie wie, skąd się wziął on sam i skąd wziął pieniądze, żeby nakręcić swój pierwszy film? W Disaster Artist od początku ma pieniądze, ma drogi samochód, drogie mieszkanie, i jeszcze drugie mieszkanie w Hollywood.

Ma, a mimo to wydaje się biedny, niespełniony, rozpaczliwie samotny. Zakompleksiały, sfrustrowany.

W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził.

To początek Don Kichota. Nic o nim nie wiemy, ani co dotąd robił, ani jak żył, ani kto go rodził. Pojawia się znikąd i jest dziwakiem. Czyta książki, rycerskie romanse i to one go kształtują. Czasy się zmieniły. Minęło przecież 400 lat. Wiseau ogląda filmy i to one go kształtują.

Obu ich prowadzi marzenie. Don Kichot chce zażyć sławy, uwalniając uciśnionych, a zwłaszcza uciśnione, Wiseau – nakręcając film o miłości i zdradzie. I o sobie. Jego bohater jest kolejnym wcieleniem Don Kichota. Wierzą w Miłość tej Jedynej. W jej Piękność i Wierność. W Przyjaźń. Zostają okrutnie zdradzeni. Są Marzycielami-Nieudacznikami. Nic, co robią, im nie wychodzi. Nic nie jest takie, jak sobie zamarzyli. Wszystkim trzem się nie udaje, jednego odwożą w klatce do domu, drugi zabija się dramatycznie, trzeciego wyśmiewają. A jednak i Don Kichot, i Tom Wiseau dostąpili sławy, jakiej każdy może im pozazdrościć.

Zaimponował mi ten Wiseau.