Franz von Stuck

Ewa Maria Slaska

Moi drodzy Berlińczycy, wszyscy pewnie prędzej czy później dotrzecie do Starej Galerii Narodowej, żeby obejrzeć wystawę 8 polskich obrazów z warszawskiego Muzeum Narodowego i pokazać ją dzieciom, wnukom, gościom oraz wszystkim innym Krewnym-i-Znajomym-Królika. A wtedy pójdźcie dalej, aż dojdziecie do sali, w której wystawione są obrazy Franza von Stucka, a niektórzy z Was może po raz pierwszy uświadomią sobie, że istnieje taki malarz niemiecki i że jest dobry!

Polska Wikipedia go odnotowuje, ale nic więcej.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Franz_von_Stuck

Urodził się w roku 1863, zmarł w roku 1928, malarz i rzeźbiarz, przedstawiciel symbolizmu i ekspresjonizmu, od roku 1906 – uszlachcony. Studiował w Monachium. Założyciel Secesji Monachijskiej. Został pochowany na Cmentarzu Leśnym w Monachium.

Najsłynniejszym dziełem Stucka jest Grzech, namalowany w roku 1893. Ten pierwszy obraz znajduje się obecnie w monachijskiej Nowej Pinakotece, ale jest w kilku muzeach, bo artysta przez długi czas żył z tego, że malował kolejne wersje Grzechu. Namalował ich w sumie 11, jedna z nich znajduje się właśnie w Alte National Galerie w Berlinie.

Czy ten obraz wpłynął na polskiego malarza Władysława Podkowińskiego, rówieśnika Niemca – ur. 1866, tyle że zmarł bardzo młodo w wypadku, a zatem znacznie wcześniej, bo w roku 1885. W roku 1894 Podkowiński namalował Szał, obraz – szaleństwo, obraz przełomowy w polskim malarstwie.

Muzeum Narodowe w Krakowie; fot. Paweł Czernicki

Ciekawe, że o Stucku się pisze, że zapoczątkował symbolizm, a o Podkowińskim – że impresjonizm, a te dwa obrazy jakby spod jednej ręki wyszły i z jednej pracowni.
W dwa lata później, Polak już nie żył, francuski malarz Gustave Courbet poszedł jeszcze krok dalej i namalował Pochodzenie świata, którego nie pokażę tu, żeby nie urazić, bo dziś 160 lat później, nadal można nim kogoś urazić, choć znajduje się po prostu w Muzeum d’Orsay w Paryżu: https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/6/6a/L%27Origine_du_monde.jpeg/1280px-L%27Origine_du_monde.jpeg?utm_source=pl.wikipedia.org&utm_campaign=imageinfo&utm_content=thumbnail
Ale nie wiem, czy tak po prostu, bo bardzo lubię to muzeum i byłam tam kilkakrotnie, a obrazu nigdy nie widziałam. No ale może muzeum, podobnie jak wszyscy poprzedni jego właściciele, w tym słynny psychoanalityk Lacan, trzyma obraz w ukryciu.

Stuck, Podkowiński, Coubert. Inspiracje czy signum temporis?

W każdym razie Stuck (od roku 1906 von Stuck) był bardzo wziętym malarzem niemieckim. W Berlinie poza jedną z wersji Grzechu znajduje się kilka jego obrazów, w tym słynny portret aktorki Tilli Durieux jako Kirke.

Foto Jörg P. Anders

Ten mężczyzna na portrecie, to sam Franz von Stuck.

***

Zdarzyło się, że gdy już kilkakrotnie pokazałam moim gościom polską wystawę, a przy okazji obrazy von Stucka, zabrałam się w domu za porządki w starych walizkach, znalazłam tony starych papierów do wyrzucenia, ale też (niestety) tony takich, których wyrzucić się nie da. Zdjęcia, listy, pocztówki. Zasadniczo świetnie je pamiętam, wiem, że już raz, dwa, trzy razy, co parę lat, miałam je w ręku, przekładałam z miejsca na miejsce, zawsze szarpana dwoma sprzecznymi uczuciami – nie wyrzucać, nic nie wyrzucać, to papiery mamy, taty, babci, prababci, ciotek, wujków, a wszystkie nieprawdopodobnie wręcz ważne, i drugie – wyrzucać, wszystko wyrzucać, i tak po mojej śmierci całe to papierowe badziewie wyląduje na śmietniku.

I tak z każdą garstką papierków.

I nagle garstka, której, przysięgam, nigdy nie widziałam. Obrazki bez podpisów, czarno-białe, a właściwie szare, wycięte z jakiejś starej niemieckiej książki.


Oczywiście wiem, że to obrazki starannie wycinane z książek przez moją mamę. Mieszkali z tatą w Gdańsku, byli młodym małżeństwem, nawet nie na dorobku, po prostu bez niczego, w biedzie, nędzy. Kupowali książki za grosze, które odejmowali sobie od ust, bo wprawdzie komuna (chwała jej za to) wydawała zaraz po wojnie mnóstwo książek w cenie bułek, ale oni jednak musieli decydować, czy książka, czy bułka. A tymczasem w domach wszędzie walały się książki. Niemieckie. Nawet jak ktoś znał niemiecki, a wielu ludzi po wojnie znało, mama też, to nikt tych książek z reguły ani nie czytał, ani nie zbierał. Walały się. Tata i jego koledzy na prośbę profesorów z Politechniki, zbierali te, które miały się przydać inżynierom. Przy okazji tata wybierał książki dla mamy, która była artystką i łaknęła sztuki jak owa przysłowiowa kania dżdżu. Niektóre z nich trafiły na półki z książkami, pamiętam historię sztuki Hamanna i pamiętam kolorowe kwadratowe książki, w których zbierało się obrazki, dodawane do papierosów. Obrazki były różne, z dzieciństwa pamiętam malarstwo, kwiaty, zwierzęta, krajobrazy górskie, samochody. Po przyjeździe do Berlina kupiłam na pchlim targu dwie takie książki, obie o sztuce. O gotyku i renesansie. Z obu ich poprzedni właściciel wyrwał wszystkie obrazki, przedstawiające Wenus. Z pruderii lub z fetyszyzmu, kto go tam wie.


Te książki mama zbierała, ale najwyraźniej musiało być wiele książek, których nie chciała posiadać i tylko wycinała z nich obrazki. Z dzieciństwa pamiętałam plik obrazków z nimfami i syrenami Böcklina. Więc jak teraz pojawił się nieznany mi plik z nimfami i faunami, automatycznie przypisałam go Böcklinowi.

Weszłam do internetu i zaczęłam szukać. I otóż nie są to obrazy Böcklina. To Franz von Stuck!

Tak to się czasem dziwnie plecie.

Leave a comment