17 września 1939 – nowa wersja wpisu po 10 latach

10 lat temu Tomasz Fetzki przygotował na 17 września wpis, który dziś proponuje w nieco zmienionej wersji:

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne (to, czego w ostatnich latach dowiedzieliśmy się na temat jego życia prywatnego, na ocenę twórczości nie wpływa). Pieśń, której za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstała w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Utwór mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarzało mi się niegdyś w różnych okolicznościach – bardziej lub mniej profesjonalnych – popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj miała tę historię w nosie. Rzecz nie w tym, iż zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, dlatego że nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!… Jak???!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego, osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty zaś to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża te emocje paradoksalnie: rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, lecz dzięki temu znacznie dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy swą polityczną działalność i agitację prowadzą pod hasłami: Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Złe i przewrotne potęgi niewolą nas! Polsko, wstań z kolan!… i takie tam różne, w ten deseń. Drą się na wiecach, śpiewają ochoczo po kościołach. Aż chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć: są w Ojczyźnie rachunki krzywd, czasem z wolności korzystamy głupio, naprawcie to, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, kiedy wolność naprawdę znajdzie się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, nie wydacie z siebie już nawet jęku. A taka chwila może przyjść: szczególnie ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowych, że tak powiem, „Sosów”: różnej skądinąd maści i barwy politycznej. I często – coraz częściej, zbyt często – ten casting wyłania zwycięzców. A kiedy oni naprawdę na mapie fajką strzałki ruszą, będzie już za późno docenić wolność, którą macie.

Tak by się chciało owym krzykaczom obłudnie (obłudnie, bo wolność zdeptana jedynie, gdy przeciwnik polityczny rządzi; gdy my władzę przejmiemy, ta wolność, rzecz jasna, zakwitnie) o los Ojczyzny zatroskanym, powiedzieć. Ale właściwie po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj. I doceń, że – póki co przynajmniej – treść pieśni Ciebie nie dotyczy. Że otrzymałeś łaskę urodzenia w dobrym czasie.

Leave a comment