Kasia Krenz
W Portugalii stacje kolejowe wciąż kryją w sobie dawną magię wyruszania w świat. Przywołują to wszystko, czego współczesne samochody już nie dają, ponieważ są zbyt… łatwe. Dostępne. Dlatego, chociaż i my również większość podróży odbywamy samochodem, ja nadal lubię zaglądać na stacje kolejowe, by poczuć tę zapomnianą atmosferę. Robię to również z poczucia reporterskiego obowiązku: w ostatnich latach w Portugalii wiele stacji poddaje się gruntownym remontom, i niestety równie wiele się zamyka, w związku z likwidacją coraz większej liczby połączeń. Pewnego dnia znikną ostatnie stare „stacyjki” z charakterem.
W Santarém przypomniała mi się opowieść dziadka o przedwojennej podróży pierwszym pociągiem na trasie Warszawa-Hel. Który to mógł być rok? Sprawdzam w Encyklopedii (takiej tradycyjnej, a nie internetowej Wikipedii, skoro mówimy o początkach kolejnictwa w Polsce): pierwszy pociąg Towarzystwa Akcyjnego „Droga Żelazna Warszawsko-Wiedeńska” wyruszył z Warszawy do Pruszkowa 28 listopada 1844 roku o godzinie 6.00 rano, wioząc namiestnika Królestwa Polskiego i zaproszonych gości. Droga zajęła 26 minut, powrót był o sześć minut krótszy. W Portugalii równie uroczysta inauguracja przypadła na 28 października 1856 roku, kiedy to punktualnie o godzinie 10.00 rano z lizbońskiej Estação Santa Apolónia wyruszył pociąg z królem D. Pedro V na pokładzie. Trasa z Lizbony do Carregado, długości 36,5 km, zajęła 40 minut.
Mój dziadek był oczywiście młodszy o co najmniej dwa pokolenia od kolei żelaznej, siłą rzeczy musiał wspominać czasy późniejsze, gdy kolej działała już pełną parą. Łączność z polskim wybrzeżem po odzyskaniu niepodległości, oprócz tego że dogodna dla letników wybierających się nad morze na wakacje, miała istotne znaczenie strategiczne, tak więc takie wydarzenie jak „dziewicza podróż” stanowiła wiadomość na pierwsze strony gazet. Nadal jednak nie mogę sobie przypomnieć nic więcej, dlatego w końcu piszę do Warszawy, do seniorki rodu. W odpowiedzi przychodzi opis, który nareszcie do moich mglistych wspomnień z dzieciństwa wnosi więcej szczegółów.
Ciotuchna (Janina Kowalska)
Moja Kochana,
Wiktor* jechał pociągiem na Hel**, który prowadziła pierwszy raz nowiuteńka parowa lokomotywa na węgiel, PT 45***, cud techniki tamtych czasów. Pociągiem jechali różni dostojnicy, ministrowie i inne ważne osobistości, no i Wasz dziadek jako dziennikarz-obserwator. I wyobraź sobie, że lokomotywa w drodze się zepsuła, i była wielka wpadka. O ile mnie pamięć nie myli, to tę lokomotywę wyprodukowały Zakłady Cegielskiego w Poznaniu.
Komunikacja z Warszawy na Hel, bez przesiadki w Gdyni, była przed wojną od zawsze, oczywiście w sezonie letnim. Poza sezonem nie wiem, pewnie nie było kogo wozić aż do kolejnych wakacji. Pociągi (oba nocne) chodziły dwiema drogami: jeden jechał przez Wolne Miasto Gdańsk (takie ono było wolne!) i była to jazda nieprzyjemna, bo przy przejeździe przez Gdańsk wagony zamykano na klucz, tak że nikt nie mógł ani wsiąść, ani wysiąść, a na stopniach jechała obstawa z niemieckiej policji kolejowej. Natomiast drugi pociąg jechał przez Bydgoszcz i dalej przez Karsznice, i dopiero przed Gdynią wracał na właściwą trasę. Pamiętam, jak rano staliśmy rozemocjonowani w oknie pociągu, żeby za Puckiem zobaczyć dochodzącą prawie do samych torów Zatokę Pucką i bardzo nam dzieciom się to podobało, nie tylko widok morza, ale i to, że nad Zatoką pasły się krowy, których my warszawiacy nie widywaliśmy przecież na co dzień.
Tak na marginesie to jeszcze Ci powiem, że pierwszy raz na Półwyspie byłam mając 9 miesięcy, a później jeździliśmy tam co roku, aż do 1938 roku włącznie. Podobno miałam się tam nałykać tyle jodu, żeby potem przez zimę nie chorować. Ale i tak chorowałam. Jeździliśmy zawsze we trójkę, Twoja Mama****, wuj Lutek***** i ja, oczywiście z naszymi mamami, ale było tam pełno znajomych i czas na plaży spędzaliśmy bardzo wesoło. Gdy przyszła wojna, wszystko się oczywiście skończyło. Tęskniłam za morzem i jak w lesie słyszałam szum drzew, który przypominał mi szum morza, to płakałam z tęsknoty.
Buźka, Janka
___
Przypisy: Ewa Maria Slaska
* Wiktor Ostrowski, 1895 – 1977, był ojcem Janki, czyli Ciotuchny, a naszymi, Kasi i moim, wujecznym dziadkiem (był bratem naszej babki Anieli)
** Opisywana podróż miała miejsce prawdopodobnie w roku 1937, kiedy do komunikacji kolejowej wprowadzono «Strzałę Bałtycką», specjalny Express Warszawa–Hel
*** Pamięć ludzka jest niestety zawodna; lokomotywa PT 45, a tak naprawdę TY45, była wprawdzie cudem techniki i rzeczywiście została wyprodukowana w Zakładach Cegielskiego, ale dopiero w roku 1945, jednak na bazie parowozu przedwojennego Ty37. Jej nazwę często mylnie podawano jako PT45.
**** Irena Kuran-Bogucka, 1925 – 1995, graficzka i tłumaczka poezji hiszpańskiej, nasza mama
***** Ludwik Michalski, 1927 – 2005, specjalista w dziedzinie elektrotermii, profesor Politechnikiw Łodzi; nasz wujek
