Zima

Konrad

 

 

Śnieg

pośród kierzy
mróz się szerzy
leży pierze
rześkie, jeży
się na trawie
ją wykłuwa
jej pęcherze
mierzy ku nam

piana surczy
pierze spływa
czuję strach
i zimny wymaz
na paluchu
w lewym bucie
chcę się poddać
tej pokucie

skaczę w morze
haust już chełstem
tonę w chłodzie
mierzę się z tym
i to kocham
czemu? jestem
w tej wymianie
ciepło daję


Ela Kargol

Berlin, styczeń 2021

Na Moabicie zakwitła róża,
Z obietnicą na jeszcze,
ale czy zdąży?
Szansę ma dużą.

Bo choć Berlin i styczeń,
ocieplenie globalne,
jest bardzo nieprzewidywalne
i spełnia wiele bzdurnych życzeń.

Jakoś tak inaczej

Teresa Rudolf

Brak mi…

Brak takich słów,
by się nimi dzielić,
niech zostaną już
we mnie milczące.

Ubiorę je ciepło,
zimowo, przytulnie,
niech się wyśpią,
chrapiące niedźwiadki.

Zaśpiewam kołysankę,
z tych starych bajek,
o dobrych wróżkach,
i o kotach w butach.

A gdy się obudzą,
nie będą głosem,
ani literą, nauczone
we śnie mowy….
…głuchoniemych.

Wdzięczność 

No cóż,
jakoś tak wszystko,
inaczej?

No cóż,
chciałoby się jak
kiedyś normalnie?

A jak było?
A jak inaczej?
A jak normalnie?

Zostało to co jest,
dla niektórych jeszcze…
dla innych już nie.

Jestem
i Ty
i Ty
i To!
Dziękuję.

Odcinek 6

Mieczysław Bonisławski

– Ja nie rozumiem, mówię dokładnie to, co wtedy słyszałem. Czy nie takie było dla mnie polecenie? Czy nie właśnie to, będziecie chciały towarzyszki uzyskać ode mnie?
Przestańmy sobie wmawiać, że dziesięciolatek mamrotał grzebiąc w piaskownicy, używając takich złożonych wypowiedzi. Takich długich fraz myślowych!
Mężczyzna powoli dochodzi do siebie. Popatrując na nią spode łba, zaczyna coś sobie układać w głowie. Z jego zmieniającej się miny, widać, że dochodzi w końcu do czegoś, co według niego pozwoli mu osiągnąć założony cel.
– Czy ja dobrze rozumiem towarzyszkę, towarzyszka mi nie…
– Skończmy z tym, zanim na dobre zaczniecie. – Pozwala sobie tylko na takie żachnięcie się. Przesłuchiwany nie może być dla niej towarzyszem, to nie ten sort człowieka. To ją obraża. Towarzyszem jest tylko ktoś równy jej pozycji, z którym ma jakieś wspólne cele. A jeżeli nie wspólne, to chociaż jej własne. Drobne żachnięcie się i szybki powrót do przyjętej postawy – Przytaczajcie tylko to, co rzeczywiście usłyszeliście. Dokładnie, bez waszej interpretacji. A jeżeli nie pamiętacie, to przestańmy marnować nasz czas. Takie mamienie funkcjonariuszy, nic nie pomoże w waszej sytuacji.
– A przecież ja… Drodzy ludzie…
Tak to wszystko oceniacie? W taki prosty sposób? – decyduje się wtrącić ze swojego odosobnienia Psycholog.
– …Bo przecież… – próbuje w końcu coś przekazać od siebie mężczyzna, ale tym razem przerywa mu Śledcza. Odpowiada niejako obojgu. A nie proszona – również reprezentując to, co ma na myśli Prokurator:
– To psychologicznie niemożliwe. Dzieciak powtarzałby to, co zapamiętał z rozmów dorosłych, ale nie tak głową, rozumowo, ale emocjami. To co w nim utkwiło, ale przecież w dużych nerwach. Bo chłopiec był zdenerwowany. To wynika z zeznań, z całości relacji… Dlatego to mogłyby być tylko hasła, symbole. W postaci krótkich, znaczących tylko dla niego samego komunikatów.
– A my tu mamy samodzielną, złożoną kreację myśli, poglądów, konstruowanie złożonych relacji słownych, no proszę…
– ironizuje Psycholog – Chłopiec, zatem, to nie mały człowieczek, tylko jakaś małpka i musi jak małpka…. Ja jednak mam tego po dziurki w nosie.
– …no i ja… Czy niby co? Bo to ja sobie wymyśliłem?! A może to chłopiec ma bujną wyobraźnię? – mężczyzna już wraca do pełnej kontroli swoich wypowiedzi i rozpoczyna regularny spór ze Śledczą. Ta podejmuje rzucona jej rękawicę:
– Musiałby być małym geniuszem.
– Albo dzieckiem po przejściach…
Szybko ucina to jednak Prokurator:
– Racja! To nie mogą być tyrady, one są zupełnie niewiarygodne. Przestajemy konfabulować! Mówimy dokładnie to co usłyszeliśmy i zapamiętaliśmy. A jak nie, to wracajcie do celi!
– Robicie błąd, obie panie. To tkwi w tym chłopcu. To czego nie szukacie, nie dostrzegacie nawet… – nie poddaje się mężczyzna. – I jak wy, drodzy ludzie, tak dojdziecie do czegoś…?

Cała trójka powoli, krok za krokiem odchodzi w trakcie tej rozmowy od piaszczystej wsypy demiurga w stronę jasnej plamy wyjścia spod betonowego sklepienia. W stronę Psycholog, ale ta nadal ich unika. Im oni krok bliżej niej, tym ona krok od nich.
Nikt już nie patrzy na patyki, na samochodziki. Leżą porozrzucane na piasku, nikomu niepotrzebne, zapomniane.
Stalowoszary mundur Porucznik niemal dotyka teraz popielatego żakietu Prokurator. Kobiety idą, przystają, znowu przemieszczają się o krok, czy dwa, prawie twarzą w twarz. Oddziela je tylko odległość obficie napiętych pod materią obu strojów czterech piersi. Sterczącego spiczasto biustu jednej i nieco bardziej okrągłego, trochę już opadającego – drugiej.
Anemicznie gestykulują rękoma. Można chwilami odnieść wrażenie, że jedna powstrzymuje ręce drugiej, że dłońmi odpychają się od siebie, ale to tylko wrażenie.
Ale rzeczywiście są zaabsorbowane tylko sobą. Przestały dostrzegać mężczyznę, który wlecze się za nimi. Pozostaje jednak niejako na uboczu toczącej się rozmowy. Wygląda to tak, jakby on nachalnie następował krok w krok za nimi, ignorowany i niedostrzegany. Jakby kobiety chciały się pozbyć natręta.
– On nic nie pamięta, albo nawet nic nie słyszał, bo po prostu nic takiego nie było. On nas zwodzi. Czy naprawdę warto to ciągnąć dalej? – piekli się Śledcza.
– Czy chcecie usłyszeć prawdę, czy tylko to, co pasuje towarzyszce porucznik? Proszę bardzo, już opowiadam tak jak się należy. Nie, nie przerywajcie tego! Dajcie mi szansę, drodzy ludzie! – zawodzi z boku mężczyzna.
– Nie czas jeszcze na analizy! Teraz róbmy to, po co się tu znaleźliśmy. Trzeba wykorzystywać każdą możliwość, nawet taką… – odgania się przed napastliwością Śledczej Prokurator, a po chwili całkowicie zmienia ton: – No nie powiemy przecież że przyjeżdżałam tutaj na darmo… Słuchajcie no, to już nie jest etap wstępny!. Ja chyba nie rozumiem naszej dochodzeniówki… Przyznajcie się, cała dokumentacja zebrana dotąd, to stek bzdur! Nie potrafiliście wyciągnąć żadnych wniosków z sensem! – zawahała się, ale zakończyła nieskrywaną wcale groźbą – Odpowiadajcie, po co mnie tu dzisiaj ściągnięto i niech to będzie uzasadniony powód!
– Bardzo, bardzo pani dziękuję… Ta towarzyszka, to…
Prokurator odruchowo spogląda w stronę tego głosu. I bez przekonania rzuca w kierunku mężczyzny:
– Tylko nie błaznujemy. Konkretnie, zwięźle, tak jak było.
– Wyjął z tornistra mały czerwony samochodzik. Postawił na drodze. To był duży Fiat, 125 p.
Śledcza staje między nim a Prokurator. Wyraźnie chce przerwać, wchodzi mężczyźnie w słowo, zagłusza go:
– W tej sytuacji, to ja poproszę prokuraturę o przerwę. Potrzebuję coś sprawdzić. Parę szczegółów.
– Też taki plastikowy modelik z kiosku „Ruchu” – przebija się mężczyzna.
Prokurator nie reaguje. Spogląda teraz w twarz Śledczej.
– Gdzie, tutaj?
– Nie, muszę wrócić na komendę. I chciałabym też zabrać jego
– wskazuje na przesłuchiwanego – coś mu pokazać. Jeszcze raz przepytać na pewne okoliczności.
– Wolałbym… – próbuje zaoponować mężczyzna, ale nikt go nie słucha. Obie kobiety stoją już na zewnątrz budowli, Śledcza gotowa do wyjazdu. On, stojący z tyłu, za ich plecami, jakby przestał dla nich istnieć. Na chwilę, kiedy kończą ten wątek rozmowy.
– Dobrze. Godzina musi wystarczyć.
– Wolałabym trochę więcej czasu. Czy mogę prosić, może tak do wpół do pierwszej…?

Wtorek, w dalszym ciągu. Po przerwie.
Godz. 13:30

Co może zmienić taka przerwa? Dużo.
Jakie zmiany wprowadzą do życia czterech osób dwie i pół godziny? Zaledwie dwie i pół godziny.
Znaczące.
Śledcza jest mocno niepocieszona. I wcale tego nie kryje. Powrót z komendy okazuje się jej porażką. Prokurator po wysłuchaniu relacji z czynności, jakie wykonali razem z przesłuchiwanym przez te – ostatecznie – prawie sto pięćdziesiąt minut, ma teraz twarz jeszcze bardziej zamarłą niż podczas tej burzliwej wymiany zdań przed przerwą.
To co tężeje w wyrazie jej oczu, w zaciśnięciu ust, w podkuleniu do siebie warg, znów ktoś kto jej nie zna, mógłby mylnie przyjąć za nowy grymas zawodu, całkowitej dezaprobaty, poczucia porażki i poddania się jej.
Czy dałby się zwieść? Ta kobieta całe życie pracuje nad tym, aby jej twarz niczego wobec nikogo nie wyrażała. Nawet wbrew mimowolnym, niekontrolowanym dąsom…
I właśnie tę, pozornie nic nie wyrażającą twarz odwraca teraz od Śledczej. Porucznik już wie, że ją rozczarowała i że najgorsze co ją obecnie czeka, to lekceważący stosunek Prokurator do jej tez i wniosków. A przecież jest tak pewna swoich przemyśleń. Czuje, że toczy się tu jakaś gra. I jest niemal przekonana, że te niebezpieczne dla całego postępowania machinacje są sprawką właśnie tego mężczyzny. Nikt inny jej do tego nie pasuje. I dlatego potrzebuje wsparcia Prokurator dla uratowania tego śledztwa! Tak bardzo potrzebuje…
Prokurator odwraca jednak głowę od Porucznik i widzi przed sobą Psycholog. Też w zupełnie innym nastroju niż przed przerwą.

Kobieta w brązowej sukience, z równie zamarłą twarzą, asystuje szykującemu się do dalszej rekonstrukcji mężczyźnie. Pod maską obojętności kryje się zadowolenie. Psycholog, gdy jest w dobrym nastroju, potrafi go ukrywać po to, aby wykorzystać nieświadomość swoich oponentów. Przed przerwą, w tym odosobnieniu na granicy hali, na pewno jej twarz nie była taka spokojna… Tym odejściem na parę kroków od pozostałych maskowała wszystko, co wtedy można by było wyczytać z jej niezwykle ekspresywnej mimiki osoby, która zupełnie się emocjonalnie posypała. Teraz sytuacja się zmieniła. Zadowolona, w pełni panuje nad sobą.

W oku Prokurator przez krótki, nieuchwytny moment iskrzy diabelski błysk. Wie, że Śledcza, do której odwróciła się przecież plecami, nie może tego widzieć. Czy to szalbierstwo jest skierowane przeciwko niej? Czyżby porażka Porucznik i sprowadzenie śledztwa na manowce, były na rękę Prokurator?
Wszyscy czekają na jej decyzję o dalszym przebiegu tej wizji lokalnej. Każde z nich ze swoim własnym niepokojem.
Kobieta w garsonce wygląda teraz, jakby nie szukała już nowych rozwiązań. Podda się obowiązującej procedurze, aby jak najsprawniej zakończyć to, co zostało rozpoczęte. Najsprawniej, niekoniecznie modelowo czy nienagannie. Za to do samego końca. Na analizy przyjdzie czas. Później. Teraz niech mężczyzna mówi, mówi i przede wszystkim – kończy. Niech mówi, tak jak uważa i to, co uważa. One są na tyle doświadczone, aby sobie poradzić z tym, co od niego otrzymają. Poradzą sobie, tak jak wymagają od nich tego ich przełożeni i ogólna sytuacja. Tak, ważne aby dopowiedział i pokazał wszystko, wreszcie, do końca i potwierdził, że to rzeczywiście jest już całość, że to jest faktycznie ów koniec. A one z tym sobie poradzą, niezależnie od tego, co usłyszą. Ważny jest jego podpis na zakończenie, dowód, że już nic więcej nie może się pojawić nowego, niespodziewanego, a to co on powie… Ma małe znaczenie. W zasadzie nie ma znaczenia.

Zatem czeka na nie jego świat. Wykreowany podobno przez małego chłopca, a który on podejrzał. Nowe sceny, nowe dialogi
Mężczyzna znowu staje wyprostowany nad piaskownicą tego jakiegoś demiurga (co to za stwór? Czyj to wymysł?) Rozsstawia nogi, pochyla się nad rozłożonymi zabawkami. Klęka na piasku i mówi:

– Wyjął z tornistra dwa, czy trzy małe samochodziki i porozstawiał w piaskownicy na ulicy. To były takie plastikowe modele z kiosku „Ruchu”. Duży czerwony Fiat 125p i niebieski pick-up Syrena z białą plandeką, i czerwony Żuk, też z plandeką.
Głosy wokół Fiata:
– „Dobry zryw. Musieliście go robić, panie magister… /Jedźmy już, panowie, późno się zrobiło. /O, i o takich właśnie sprawach powinieneś pisać, Demianiuk. A wy robicie z siebie wielkiego redaktorka… /A macie jakiś cynk, panie Pułkownik? A może dostanę coś z odcinka sportu dzieci i młodzieży, moi drodzy panowie? /A żeby pan wiedział, redaktorze. Usłyszałem ostatnio parę ciekawych rzeczy, od moich chłopaków. Więźniowie zaczynają pracę na budowie osiedla rano i o dziesiątej mają drugie śniadanie. I potem, już po piętnastej, chłopcy z osiedla, na takiej pustej budowie, zbierają po nich butelki i sprzedają w skupie… Jakie to ma znaczenie w którym? Ale dobrze, w skupie, przy SAM-ie na Zubrzyckiego…”
Autko zatrzymuje się, przepuszcza jadącego główną ulicą Żuka. Potem z piskiem opon przyspiesza i wyprzedza furgon.
Głosy z Fiata:
– „Całe osiedle areszt zbudowawszy, he, he…. To nie są tematy dla mnie. Przekażę Ryndakowi, jak go znowu spotkam. /A dlaczego miały by nie być? Chłopcy znajdują różne rzeczy. /Tak w ich kieszeniach? Czyli co, grzebawszy w porciętach i gatkach, aż wygrzebawszy…. Ciekawość, cóż ta takie może być z tych gatek, he, he, he… /Chłopcy penetrują popołudniami nie pilnowane i nie domknięte baraki. Te, gdzie więźniowie się przebierają, jedzą. /I co tam znajdują, trenerze? /Najczęściej martwe myszy w butelkach po mleku. Robotnicy robią sobie w nich pułapki na te dokuczliwe gryzonie. Zdarzają się zakrwawione pakuły, obtłuczone szyjki po piwie. /Ty, magisterek, „tulipany” to dla kryminalnego. Jak znalazł dla redaktora. A właśnie, ty, redaktorek, gdzie uciekasz…? Do pióra… /Stare szpargały po Niemcach… /No, no! Przeglądał to trener, było coś faktycznie istotnego? Zaraz, zaraz… A czemu to my nic o tym nie wiemy? Ukrywasz takie informacje, ty magisterek? Chodźże no tu… /Skądże, szefie! Nie ukrywam – to tylko stare szpargały. Takie tam, sprzed trzydziestu lat…”
Fiat zwalnia, człapie za pick-upem.
– Moja siostra! Stanę tu na chwilę. Pozwolicie panowie…? – wykrzykuje mężczyzna imitując głos Trenera-Magistra.
Autko zamiera, przytrzymane jego dłonią.
Wstaje z klęczek. Otrzepuje spodnie z piachu. Zaczyna zbierać porozrzucane patyki. Odchodzi kawałek w stronę filaru. Zatrzymuje się tak, że dotyka go wyciągniętą przez siebie ręką.
Chwilę stoi sztywno, w milczeniu. Buduje napięcie.
I z nagła strzela całymi seriami słów, które mkną z szybkością i intensywnością pocisków uwolnionych przez erkaemistę z lufy szybkostrzelnego karabinu. Czyni to po mistrzowsku, sprawnie łącząc zmiany modulacji głosu z animacjami patyczków. Tak jak przed przerwą.
Tym razem kobiety jednak nie szukają w tym błędnych intencji i sprzecznych okoliczności. Dają się ponieść fascynacji tym osobliwym wyrazem artystycznym i mistrzostwem animatora.

Patyk numer 2: „Teresa!”
Patyk numer 5: „Cześć. A… Dzień dobry, redaktorze.”
Patyk numer 1: „Pozwólcie mi, panie Pułkownik. A oto i ona, pani Teresa Barczyńska. Ona uczywszy w tej nowej szkole, przy Gwardii Ludowej. Prywatnie, siostra magistra.”
Patyk numer 3: „A, miło poznać przedstawicielkę takiego odpowiedzialnego zawodu… A siostrę znakomitego trenera – tym bardziej…”
P5: „Pułkownik? To pan wojskowy?”
P1: „Uważajcie, panie Pułkownik. Siostra Sosińskiego wyjątkowo nie znosiwszy komuny.”
P3: „Dlaczego?”
P5: „Tylko ubecji. Za życie.”
P3: „Nauczycielka? Pani, zapewne, po studiach?”
P5: „A pan też, że jak po studiach, to z władzą było tylko po drodze?”
P3: „Uproszczenie?”
P5: „Zdecydowanie”
P3: „Mówi pani, zdecydowanie?”
P5: „A żeby pan wiedział, pułkowniku. Tak właśnie! Głupi, bardzo głupi stereotyp. Docent, profesor, prokurator – tacy na pewno na coś poszli, ale zwykła nauczycielka… Co wy wszyscy chcecie od nas, nauczycieli? Po swoich się porozglądajcie. Po urzędach, katedrach. Sądach. Kancelariach. A od szkoły, to proszę – wara! Wara wam wszystkim…”

Za filarem Śledcza otwiera teczkę i pokazuje Psycholog wyjęte z niej papiery. Pochylają się teraz nam nimi obie, zgodnie niczym duet łyżwiarek czy tancerek. O Barczyńskiej jest w nich tylko tyle, że uczy fizyki oraz informacja o tym, gdzie ukończyła uczelnię, gdzie należała. Trochę materiałów operacyjnych, o córeczce, o separacji z mężem przemocowcem i alkoholikiem.
Skąd u niej bierze się ta zadziorność? Tego próbuje dociekać Śledcza. Psycholog coś jej tłumaczy… Może działa w związku nauczycielstwa? Może w komisji socjalnej? Nie, to nie to…
Rozpatrują możliwości wynikające z jej osobowości, przeszłości… Podobnie jak kukiełki – gałązki, ożywiane przez mężczyznę:

P3: „No, to jak tam u was, wśród nauczycieli po studiach na komunistycznej uczelni jest z tą komuną?”
P5: „Naprawdę niewiele było trzeba, aby ubecja mi brata zabiła.”
P2: „Teresa, daj spokój!”
P5: „A dlaczego mam milczeć? To twoi znajomi przecież. Jak wojskowy, to niech wojsko też wie. Może na coś się przyda… Całe lata zmarnowałeś, gdy cię zesłali na tę wieś… A co zrobili z twoim najlepszym przyjacielem…?”
P2: „Teresa była narzeczoną Ostrowskiego. Gdy go wtedy skazali… Tak, tego samego, od sprawy wiaduktu na kolei szprotawskiej. Wiaduktu, dobre sobie…! Ruiny przy Krakusa, które sami niedawno zburzyliście, przy budowie tej nowej trasy, Wojska Polskiego…! Teresa długo była potem sama…”

Śledcza kiwa ręką na Prokurator. Ta niechętnie odrywa wzrok od animacji, podchodzi do porucznik. Chwilę szepczą. Prokurator przecząco kręci głową. Nie, nie zgadza się. Sprawa tego jakiegoś Ostrowskiego to już dawno zamknięty rozdział. Jakieś lata pięćdziesiąte, stalinowskie wypaczenia. Nie ma znaczenia to, do czego nawiązuje ta Barczyńska i jej brat, Trener-Magister. Sprawa nie będzie rozszerzana o te wątki. Prokuratura się nie zgadza. Koniec, kropka. Po temacie.
A matka chłopca? Córka tego wojskowego prokuratora… To jest przecież jakaś nić. Prokurator patrzy na Śledczą wzrokiem bazyliszka. Jakby chciała ją tu, na miejscu położyć trupem…
Jak to się skończy? Nijak. Nie skończy się. W ich konflikt wchodzi Psycholog i obie je ucisza, zwracając jednocześnie ich uwagę na kolejną sekwencję scenek. Kluczowych dla sprawy, jak podkreśla, po czym całkiem zgrabnie, a przede wszystkim skutecznie skupia całą ich uwagę na tej rozmowie Redaktora z Nauczycielką:

P1: „Poproszę na słówko, moja pani profesor… Odejdźmy. Tu, na bok… A oni wyjaśnią sobie, co mają wyjaśnić…”
P5: „Nawet dobrze się składa… Redaktorze… Ten chłopiec, który ma być z mojej klasy… Czy to Januszek? Oni sprowadzili się ostatnio na Waszkiewicza?”
P1: „Tak, to ten.”
P5: „To na pewno wnuk tego stalinowskiego prokuratora? On i sprawa… mojego…”
P1: „Ostrowskiego. Tak, to jest pewna informacja. Przecież pokazywałem tę starą gazetę, pani profesor… Tę z pięćdziesiątego…”
P5: „Ten artykuł…”
P1: „Spóźnione skrupuły, pani porfesorko?”
P5: „Żadnych! Jeśli to ubeckie szczenię, to wyrośnie z niego taki sam bandyta. To trzeba plenić do któregoś pokolenia… Dostanie to co mu się należy.”
P1: „Są i inni nauczyciele. Pomogą? Przeszkodzą? To są jednak ostateczne nauczyciele?”
P5: „Ja też jestem nauczycielką… Coś panu w tym nie pasuje, Redaktorze? Ja przecież też nią jestem.”
P1: „Nawet wychowawczynią tego Januszka. Zapamiętałem i trafiłem w sedno.”
P5: „Co proszę…? Ach tak… Wszyscy jesteśmy nauczycielami, wychowawcami, mamy swoją misję. Mamy własne posłannictwo wobec historii, wobec rodziny… To są moi koledzy, którzy tu żyją i widzą.”
P1: „Opowiadacie sobie takie rzeczy? Co takiego opowiedziała im pani, pani profesor? To były zwierzenia o sobie, o bracie, o tamtej historii? A o mnie, o mnie cokolwiek im pani powiedziała, moja droga Tereso?”
P5: „Skądże! Jak nauczyciel, to od razu musi być głupi? Iść na postronku, ześwinić się władzy…? Moi koledzy z pracy mają własne oczy. Nie ulegają propagandzie jak inne grupy… A co do szczeniaka, jest w mojej klasie. Komu uwierzą jak nie wychowawczyni klasy ”
P1: „Komu pomogą, pani, pani wychowawczyni klasy?”
P5: „Nie potrzeba. Klasa go zeżre.”
P1: „Czyli, o ile dobrze rozumiem, zaplanowała pani samosąd? A dobrze pani sobie wszystko rozważyła, moja droga Tereso? Tak? No, dobrze, ostatecznie to twoi wychowankowie, ty ich uczysz różnych rzeczy… Niech go pobiją. Masz odpowiednich łobuzów w swojej klasie, pani profesorko?”
P5: „Słucham?”
P1: „Stawiam jeden warunek. Chcę przy tym być!”
P5: „Nie rozumiem, redaktorze…!”
P1: „To jest oczywiste, ale wyjaśniam. To ja powiem kiedy i gdzie dojdzie do pobicia. To będzie temat dla mnie! Przemoc w szkole, pani profesor.”
P5: „Nie myślałam, że to tak. Chciałam sama… za swoje krzywdy… Ale skoro tak musi być – to niech i będzie!”

Wtorek, tuż przed końcem. Pierwszy zmierzch.

Zmęczenie…
Zapadał mglisty, listopadowy wieczór. Taki co to może przenosić między ludzi wszystkie ich wyobraźnie.
Zniechęcenie…
W gęstej mgle zawarczał silnik i z tej mgły ruszył Fiat.
– Brryy, brryy… Wziuuuu…!
To był na pewno tamten Fiat.
Wziął ostro zakręt. O mało nie wypadł z drogi. Ni stąd, ni zowąd niebieski Jelcz podniósł się z torów pod wiaduktem i wyskoczył na ulicę, którą właśnie szarżował plastikowy fiacik. Na skrzyżowaniu, z boku wyjechał pick-up. Nie wyhamował i uderzył w autobus. Jelczem obróciło, pękatym nosem zaczepił o Żuka.
W to wszystko wyrżnął z impetem czerwony Fiat. Aż go uniosło. Dachował.

Przed stojącymi obok kobietami nie było już mężczyzny w więziennym drelichu. Poniosła je ta ekspresja i osnowa jego wizji. Przed ich oczami był dziesięcioletni uczeń klasy 4c szkoły podstawowej przy Gwardii Ludowej. Widziały, że chłopcu nie wystarczyło to, co zrobił (stało się?) przed chwilą. Widziały jak znowu podniósł mały model i Fiat ponownie spadł z wysoka. Gruchnął głośno. I jeszcze raz, pośród krzyków miażdżonych pasażerów zarył głęboko w piasku, wyżłobił krater. Huk, zgrzyt, wycie syreny pogotowia ratunkowego, tumany piachu – szarpane małymi dłońmi – podnosiły się i opadały niczym podczas pustynnej burzy. Leciały na autko, zasypywały go.

I naraz znowu cisza.
Cisza.
Teraz chłopiec szybko, nerwowymi ruchami spakował wszystko do tornistra i wybiegł na budowę, pomiędzy sterty płyt stropowych a cielsko dźwigu „Marian”. Przebiegł przez szeroko rozstawione szyny, w kierunku bloku stojącego po drugiej stronie rozgrzebanej osiedlowej ulicy. Ulicy Generała Waszkiewicza.
Biegł z powrotem do domu.
Po szkole.
Na obiad?
Do piwnicy?

Mgła opadła na miasto. I pogrążyła je w letargu zapomnienia…

Jagielski na rok 2021

Tibor Jagielski

Kraj
Gdzie nawet umierający są szczęśliwi

Na krótko przed śmiercią
Idzie się do fryzjera
Lub na piwo

Ein Land
Wo sogar die sterbenden glücklich sind

Kurz vor dem tode
Wird noch frisiert
Oder man geht ein Bier trinken

11.10.2016

***

ród Zamyslidów
wyginął w zagadkowy sposób;
Zamysł, zwany Ostatnim,
wyszedł z siebie i nie wrócił.

Erdbeere

Pablo Neruda
Oda do pomidora

Tłumaczył Tibor Jagielski

ulica
pęczniała od pomidorów,
południe,
lato,
na dwie połówki pomidora
dzieli się
światło,
płynie
sok
przez ulice.

W grudniu
pomidor
spada
i ląduje w kuchniach
pojawia się przy śniadaniu
siada
spokojnie
wśród słoików
maselniczek
lazurowych solniczek
promienieje
własnym światłem,
łagodną wyniosłością.

Co za nieszczęście, musimy
go zabić:
nóż tnie
żywy miąższ,
krwistoczerwone
wnętrze,
świeże,
głębokie
niewyczerpane
słońce,
on to czyni
sałatę doskonałą,
święci wesele
z jasną cebulą,
aby to uczcić,
bierze się
oliwę
z oliwek
najczystszą esencję,
kropić
na w pół otwarte półkule
dodać pikantny
aromat pieprzu,
i magnetyzm soli:
To jest wesele
dnia,
pietruszka
potrząsa
zieloną buławą
a pyry
gotują się z całej mocy,
pieczeń
puka do drzwi zapachem
nadszedł czas!
zaczynajmy!
A na stole,
na ciele lata,
pomidor,
konstelacja ziemi
częsta
i płodna gwiazda,
objawia nam,
swoje krągłości
i kanały,
pyszną doskonałość
i pełnię,
bez kości,
bez pancerza
bez łusek i kolców,
przynosi nam dary,
ognistej farby
i świeżości.

Pablo Neruda (1904 -1973)

tales from black forest2

Rose Ausländer
Piernik

Tłumaczył Tibor Jagielski

przyjaciółka
piecze piernik

pachnie matką
smakuje dzieciństwem
które jeszcze we mnie kwitnie

pszczoły piją sok kwiatów
umarła matka
kołysze moje łóżko
i śpiewa strare dziecięce piosenki

plaster piernika
przeistacza świat

Rose Ausländer (1901- 1988)

Z wolnej stopy 28

Zbigniew Milewicz

W matni

Rozkaz Eisenhowera, wstrzymujący 3 Armię generała Pattona przed wejściem do Pragi, aby mogli to zrobić czerwonoarmiści, miał jeden zasadniczy plus. Pozwolił całkowicie niechcący na uratowanie polskich żołnierzy z antykomunistycznej Brygady Świętokrzyskiej, wycofujących się z kraju, aby połączyć się z naszymi siłami zbrojnymi na Zachodzie. Było ich około tysiąca, w pełnym uzbrojeniu, gotowych stawić czoła wrogom, którymi byli zarówno Niemcy, jak i Rosjanie. Z tymi drugimi nie mieliby jednak szansy wygrać – z powodu liczebnej przewagi. Gdyby nie osłona 3 Armii Amerykańskiej, doszłoby do konfrontacji z siłami rosyjskimi i w najlepszym razie czekałaby ich wywózka do łagrów. Gdy dotarli do zachodniego frontu pod Pilznem, nawiązali kontakt z gen. Pattonem i ten pozwolił im dołączyć do swojego wojska. Sowieci domagali się wydania Polaków, ale Patton odmówił. Polacy oddali mu swój „dług“ niebawem w boju, we wspólnej walce z 11 dywizją niemiecką. To był 6 maja 1945 roku.

Dwa dni później, na konferencji prasowej, zwołanej z okazji zakończenia II wojny światowej, George Patton otwarcie powiedział, co myśli o sowieckich sojusznikach:

„Ta wojna zakończyła się dokładnie tam, gdzie się zaczęła. Na podwórku Hunów. (…) Ale na tym nie koniec. (…) To, co zrobili dzisiaj politycy w Waszyngtonie i Paryżu, podobni do ołowianych żołnierzyków, to historia, o której będziecie pisać przez jakiś czas. (…) Pozwolili nam wykopać w cholerę jednego gnoja, a jednocześnie zmusili, żebyśmy pomogli usadowić się następnemu, równie złemu albo jeszcze gorszemu niż tamten. (…) Wygraliśmy tylko szereg bitew, nie wojnę o pokój. (…) Będziemy potrzebowali nieustającej pomocy Wszechmogącego, jeśli mamy żyć na jednym świecie ze Stalinem i jego morderczymi zbirami. (…) Niestety, niektórzy z naszych przywódców są po prostu cholernymi durniami i nie mają pojęcia o historii Rosji. Cholera, mam wątpliwości, czy wiedzieli chociaż tyle, że Rosja jeszcze niecałe sto lat temu zajmowała Finlandię, wyssała krew z Polski i zrobiła z Syberii więzienie dla własnego narodu. Wyobrażam sobie, jak szydził Stalin, kiedy uzyskał od nich wszystko podczas tych niby-konferencji”.

Generał Patton (po prawej) z generałem Andersem

Patton nie miał w sobie niczego z dyplomaty, był żołnierzem i formułował swoje poglądy wprost, bez owijania ich w bawełnę, a że rozmijały się one całkowicie z oficjalną, prosowiecką polityką prezydenta Roosvelta i godziły osobiście w Stalina, naraził się obydwóm. Miał natomiast słabość do Polaków, z generałem Władysławem Andersem znał się osobiście, chętnie wizytował 2 Korpus Polski i stawiał naszych żołnierzy za wzór swoim. W jego ustach była to nobilitacja.

Wróćmy jednak do głównego wątku. Teza o zamachu na życie generała Pattona nie jest nowa, historycy amerykańscy zgłębiali ją wielokrotnie i choć nie znaleziono nigdy wystarczających argumentów dowodowych, warta jest poznania.

Robert K. Wilcox, autor książki „Cel Patton“, przetłumaczonej w 2010 roku na język polski, za punkt wyjścia wybrał relację m.in. byłego agenta amerykańskiego Biura Służb Strategicznych (OSS – Office of Strategic Services), Douglasa Bazaty. Kiedy Pattonowi odebrano stanowisko wojskowego gubernatora Bawarii i równocześnie dowództwo jego ukochanej 3 Armii, odebrano mu też osobistą ochronę, która informowała go o różnych niebezpiecznych sytuacjach. Nadal natomiast pozostawał pod obserwacją agentów OSS oraz służb sowieckich, które posiadały w tej instytucji liczne wtyczki. Jego telefon był na podsłuchu, korespondencję otwierano i cenzurowano, o czym wiedział. W liście do żony z 15 października zapowiadał swoją rezygnację ze służby w armii w końcu grudnia. Był człowiekiem zamożnym, nie zależało mu na wojskowej emeryturze, ale nie ukrywał goryczy, że administracja Białego Domu go skreśla. Starzy przyjaciele informowali Pattona o nastrojach w Waszyngtonie. Generał Charles Summerall ostrzegał go w liście, w listopadzie 1945 roku: „Twój sukces wzbudził zazdrość i spowodował, ze masz wrogów w tych, którzy czerpali korzyści z Twoich zwycięstw. Nie potrzebują już Ciebie, więc teraz chcą Cię zniszczyć.”

Wcześniej Patton przeżył dwa tajemnicze wypadki. Do pierwszego doszło 20 kwietnia, gdy jego mały samolot, którym leciał na inspekcję swych oddziałów, został zaatakowany przez myśliwiec, podobny do spitfire’a. Natomiast 3 maja, gdy jechał odkrytym jeepem, prawie ucięła mu głowę kosa wystająca z chłopskiego wozu.

Douglas Bazata (na fotografii po lewej) był jednym z najlepszych agentów OSS, ówczesnej tajnej służby Stanów Zjednoczonych. Służył jako człowiek od mokrej roboty. Kiedy po żmudnych poszukiwaniach Wilcoxowi udało się go odnaleźć i nakłonić do rozmowy, ujawnił, że „zlecenie” na Pattona otrzymał osobiście od szefa OSS, Williama Donovana. Kazano mu upozorować wypadek. To on zaaranżował zderzenie samochodów, wynajmując kierowcę ciężarówki, kaprala Roberta Thompsona. W feralną niedzielę 9 grudnia 1945 roku Patton wyruszył na zaplanowane polowanie, nazajutrz miał opuścić Niemcy. Towarzyszył mu gen. Hobart Gay, jechali cadillakiem generała serii 75 z 1938 roku, dużą limuzyną, którą kierował starszy szeregowy Horace Woodring. Obaj pasażerowie siedzieli z tyłu, Patton po prawej stronie. W pogodny, niedzielny poranek na dwupasmowej szosie prawie nie było samochodów; kierujący limuzyną miał doskonałą widoczność, gdyż droga biegła prosto. W pewnym momencie ujrzał on wielką wojskową ciężarówkę o ładowności 2,5 tony, wolno nadjeżdżającą z przeciwka po drugim pasie. Patton wyglądał przez okno samochodu, na poboczu widać było stosy zniszczonego sprzętu wojskowego. Rzekł do Gay’a: „Jaka straszna jest wojna. Spójrz na te zdezelowane pojazdy, Hap”. Mimo zewnętrznej szorstkości był człowiekiem wrażliwym.


Samochód Pattona po wypadku

W tej samej chwili bez ostrzeżenia i sygnalizacji kierowca dużej ciężarówki skręcił gwałtownie i wjechał na przeciwny pas ruchu. Wielki pojazd znalazł się tuż przed nadjeżdżającym samochodem Pattona. Woodring wcisnął pedał hamulca, próbując jednocześnie zjechać na lewo. Nie udało mu się jednak ominąć przeszkody i doszło do czołowego zderzenia. Bazata leżał ukryty za stertą głazów na poboczu, wyposażony w specjalny karabin, wyrzucający z lufy zamiast kul kawałki żelaza i twardej gumy. Kiedy limuzynę, zgodnie z jego przewidywaniami, zarzuciło prawą stroną z otwartym oknem naprzeciw zajętej pozycji, nacisnął spust. Był jednym z najlepszych strzelców w całej USA Army i bez problemów trafił tam, gdzie celował. Pocisk zmasakrował Pattonowi twarz i odrzucił do tyłu głowę, łamiąc mu kark. Gdy potem oglądano wrak, pocisk nie zwrócił niczyjej uwagi, uznano go za fragment rozbitego samochodu.

Ważnym momentem tej aranżacji było otwarcie szyby samochodu, przez którą ofiara przed tym niby wypadkiem wyglądała na zewnątrz. Zrobił to sprawca, wykorzystując fascynację generała historią. Jadąc na polowanie, mijali po drodze jakieś starożytne ruiny, wtedy Patton polecił kierowcy się zatrzymać, bo chciał obejrzeć je z bliska i Bazacie, który skrycie podążał za nimi, wystarczyła chwila, że przy samochodzie nikogo nie było. Otwarł szybę i tak unieruchomił, że nie dała się już zamknąć. Tym sposobem strzelając do generała nie uszkodził jej i później, kiedy na miejsce zdarzenia przyjechała amerykańska żandarmeria, wszystko rzeczywiście wskazywało na wypadek.

Tylko jedno można było Bazacie zarzucić, że nie wykonał swojego zadania do końca, bo generał nie zginął od tamtego strzału. Był sparaliżowany, ale żył i kiedy przewieziono go do szpitala w Heidelbergu, po jakimś czasie stan jego zdrowia zaczął się poprawiać. Akcja serca i ciśnienie krwi nie budziły zastrzeżeń, więc najbliżsi generała wspólnie z lekarzami zdecydowali o przetransportowaniu go, pod koniec grudnia, samolotem do szpitala w stanie Massachusetts, niedaleko od jego domu. Robert K. Wilcox przypuszcza, że wtedy na „pomoc” amerykańskim kolegom z OSS pospieszyli specjaliści z NKWD. Ktoś dostał się do pokoju, w którym leżał Patton i przez wenflon wstrzyknął mu substancję, która spowodowała ostrą niewydolność płucną o charakterze zakrzepowym. 21 grudnia 1945 roku generał zmarł.

Oczywiście trudno oczekiwać, aby ktokolwiek z mocodawców tego dwuetapowego zamachu przyznał się do winy. Niemieccy specjaliści medycyny kryminalnej byli przygotowani do przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego, ale władze amerykańskie zakazały jej. Przekonano wdowę po generale, że sekcja tylko skomplikuje przekazanie bliskim jego szczątków i uzyskano cenny podpis pani Patton na dokumencie, zrzekającym się obdukcji. Zniknęły wszystkie znane raporty i protokoły sporządzone 9 grudnia na miejscu wypadku oraz zapisy późniejszych dochodzeń. Brakowało też wyjaśnień, skąd wzięła się głęboka rana na twarzy generała. W tajemniczych okolicznościach zniknął samochód Pattona, w jego muzeum znajduje się jedynie kopia generalskiego cadillaca. Thompsonowi, który kierował ciężarówką i spowodował zderzenie, nie przedstawiono jakichkolwiek zarzutów. Znaków zapytania w tej sprawie jest wiele.

W Historii Wojskowej, portalu historyczno-wojskowym, pod datą 21 sierpnia 2011 roku opublikowano materiał p.t. „Zagadkowa śmierć generała Pattona”, w którym czytam między innymi:

(…) Wielu Ukraińców – w tym Stefan Bandera oraz generał Pawło Szandruk, informowało na jesieni 1945 roku amerykańskiego oficera kontrwywiadu wojskowego (CIC) Stephena Skubika o sowieckich planach zamordowania Pattona. Gdy ten spotkał się z szefem OSS, Donovanem, ten nie tylko zlekceważył raport, ale oskarżył go o to, że jest ukraińskim agentem, a po śmierci Pattona zakazał prowadzenia dochodzenia w sprawie wypadku generała. Jego informatorzy twierdzili, że Robert Thompson, kierowca ciężarówki, z którą zderzył się samochód Pattona, był agentem NKWD.

Gdy Skubik przebywał w 1976 roku Europie, ktoś włamał się do jego domu w Waszyngtonie i ukradł dokumentację historyczną, w tym jego raporty dotyczące niebezpieczeństwa grożącego Pattonowi.

Odnalezione ostatnio dzienniki Douglasa Bazaty – zabójcy działającego na zlecenie OSS, wskazują, że szefowie wywiadu amerykańskiego postanowili zabić Pattona, ponieważ chciał wojny z Sowietami oraz groził wyjawieniem licznych wojennych tajemnic, które mogły zaszkodzić w karierach wielu wpływowym  politykom i dowódcom (…).


Generał Dwight Eisenhower i generał George Patton, lata 40

Mógł zaszkodzić między innymi przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych – Dwightowi Eisenhowerowi, swojemu przyjacielowi z czasów I wojny światowej, z którym w następnej wojnie miał często na pieńku. Czy dlatego musiał zginąć? „Zabójstwa w wypadku samochodowym albo w szpitalu były znanymi metodami stosowanymi przez morderców NKWD. W taki sposób zamordowano m.in. wieloletniego komisarza spraw zagranicznych, potem ambasadora ZSRS w USA – Maksyma Litwinowa, którego samochód uderzył w ciężarówkę stojącą w poprzek drogi. Wiele osób w Moskwie i Waszyngtonie zainteresowanych było w uciszeniu generała. Jego śmierć to jedna z niewyjaśnionych dotąd tajemnic czasów powojennych”. Tyle Historia Wojskowa, dodam tylko, że osobiście nie spodziewam się jej wyjaśnienia w bliższej, lub dalszej przyszłości. Zamachów politycznych dokonują dbali o precyzję profesjonaliści, a ich prominentni mocodawcy wiedzą, jak umiejętnie zamieść dowody pod dywan w salonie. Szybciej pałac pójdzie z dymem, niż się stamtąd wydostaną.

Grudzień w ogrodzie

Aru's avatardziennik niecodzienny czyli krótko o...

Miesiące zimowe to w ogrodzie czas odpoczynku. Kiedy jednak zacznie się w niego wgłębiać można dostrzec kilka ciekawych rzeczy. Bardzo podoba mi się ten spokój. W sumie to trochę zazdroszczę roślinom, które mogą przespać tych kilka mało przyjemnych miesięcy, zwłaszcza kiedy za oknem taka szarówa z deszczem jak dziś.

View original post

Mity nasze powszednie 3

Ewa Maria Slaska

Matrona

Tym razem młody człowiek, na którego prośbę mam czasem pisać o mitach greckich, wybrał temat wpisu nie posiłkując się Encyklopedią Kultury Antycznej: Matrona. Pomyślałam, że młodzian się naigrywa, ale nie, bo po chwili dodał, że feministki wprowadzają właśnie słowo matronat zamiast patronatu, a to przeniosło szacowną kobietę ze starożytnego Rzymu w zupełnie aktualne rejony.

Zdjęcie matrony i młodziana na tronie w sklepie Karstadt w Berlinie w grudniu 2020 roku, wieczorem ostatniego dnia przed lockdownem. Kupiliśmy marmoladę i herbatę, i tak to nas zmęczyło, że musieliśmy odpocząć. A że akurat stał tron…

Zacznijmy od tego, że matrona jest oczywiście pojęciem z historii kultury antycznej, ale w kulturze grecko-rzymskiej nie ma znaczenia mitologicznego. Znamy natomiast Deę Matronę, Boginię Matronę z mitologii celtyckiej. Była boginią rzeki Marne (Marny), boginią płodności i matką bogów. Również Normanowie czcili żeńskie boginie Matres i Matronae, czyli Matki i Panie. Występują jako boginki, boginie niższego rzędu, często potrójne, ale często jest ich znacznie więcej. W mitologii germańskiej, gdzie jest ich szczególnie dużo, nazywają się walkirie, norny i disy. Są spokrewnione z hinduskimi asparami i grecko-rzymskimi eryniami i furiami. Niektóre z nich są kochankami zmarłych wojowników (walkirie, hurysy, apsary), niektóre prowadzą ich w zaświaty, niektóre są matkami i im poświęcone było święto Przesilenia Zimowego, zwane Mōdraniht (Noc Matek), którego pamiątką jest również chrześcijańska opowieść wigilijna.

W kulturze rzymskiej matrona to była kobieta zamężna, żona, matka, córka, siostra sławnych i dzielnych mężczyzn, których wspiera i którym towarzyszy. Szacowna i szlachetna. Uosobienie rzymskich cnót. I tu, halo!, zaczynają się pierwsze schody. Jeśli kobietę określano jako matronę, to znaczy, że była to przedstawicielka jednego z wielkich i zamożnych rzymskich rodów. Praczka czy żona piekarza nie była matroną. Do bycia matroną potrzebne były bogactwo, obecność mężczyzny i silna struktura arystokratycznej rodziny. Dopiero wtedy można było być pustogłową kokietką albo szlachetną matką wojowników, nieważne, bo to ród był “właścicielem” matrony, a nie ona sama.Rzymska matrona jest zawsze kobietą z mężczyzną, dzięki któremu może zasłużyć na docenienie i stać się wzorem do naśladowania”, pisze Agnieszka Dziuba w książce o Klodii Metelli*. Przymioty matrony określają jednocześnie jej sytuację życiową: Matrona to istota zamknięta w czterech ścianach domostwa, czyli pałacu. Cechowały ją pietas, posłuszeństwo, pudicitia, skromność, castitas, czystość, parsimonia, oszczędność. Matrona rzymska była ponadto domiseda, “udomowiona” oraz lanifca – ta, która przędzie wełnę. Przeciwieństwem tej osaczonej przez codzienność nieszczęśnicy jest inny model arystokratycznej rzymianki: rozpustnica, intrygantka, ba, trucicielka. Często w źródłach literackich jest to jedna i ta sama osoba (tak właśnie było w przypadku Klodii Metelli), a wybór image’u zależy od stosunku pisarza do… mężczyzny stojącego za opisywaną kobietą.

Matrona ubierała się na biało, nosiła długą białą stolę i narzuconą na nią palię, a na gładko zaczesanych włosach zawiązywała białą wełnianą opaskę. Tak prezentowała się szacowna mater familias.

Starożytna Matrona była (bywała) obiektem podziwu, rzadko (a może nigdy) była jednak obiektem miłości, bo, jak twierdził Owidiusz, miłość i godność nie mieszkają pod jednym dachem. No i oczywiście, w czasach rzymskich, matrona nigdy nie była wojowniczką, mogła tylko zagrzewać mężczyzn do walki. Tak rola rzymskiej matrony stała się wzorem Matki Polki, rodzącej i wychowywującej synów w duchu patriotycznym, po to by stanęli do walki o wolność i niepodległość Ojczyzny. Patriotyzm Matki Polki był silniejszy niż jej miłość do dzieci, co sprawiało, że głosiła chwałę śmierci synów.

W starożytnym Rzymie co roku 1 marca odbywały się święta Matronalia. Obchodzono je w gaju Junony Lucyny (Niosącej Światło) na Eskwilinie. Kobiety modliły się do żony Jowisza o szczęście małżeńskie i składały bogini kwiaty w ofierze. Tego dnia mężowie ofirowywali im podarunki, one same zaś wyprawiały ucztę dla niewolników. Wydaje się jednak, że ten obyczaj nie ma naprawdę związku z matronami, lecz jest pozostałością starego święta noworocznego (1 marca był dniem Nowego Roku, dopóki rzymscy biurokraci nie przenieśli go na 1 stycznia). Było jeszcze święto Matralia (Święto Matki) obchodzone 11 czerwca w świątyni Mater Matuta, bogini poranku i urodzin, identyfikowaną z grecką Białą Boginią – Leukoteą, Ino.


Ino, opiekunka tonących. Grafika Ireny Kuran-Boguckiej (mojej mamy) z cyklu Odyseja. Ino rzuciła przepaskę i uratowała Odyseusza od niechybnej zguby**

W średniowieczu Matrona stała się imieniem i Kościół odnotowuje kilka świętych Matron, z których jedna, Matrona z Perge, zaliczana jest do tzw. świętych LGBT, a wspomina się ją w Kościele Prawosławnym 9 listopada. Była to kobieta z V wieku, pochodziła z zamożnej rodziny; w odpowiednim czasie wydano ją za mąż. Matrona urodziła córkę i prowadziła normalne życie małżeńskie, aż pewnego dnia poczuła, że chce poświęcić się służbie bożej. Opuściła męża i wstąpiła do klasztoru, żeby mąż jej jednak nie znalazł, przebrała się za mnicha i początkowo zamieszkała w klasztorze męskim. To właśnie życie w przebraniu sprawiło, że została zaliczona do świętych nie heteronormatywnych. Po  pewnym czasie opuściła jednak klasztor męski, przez jakiś czas żyła jako pustelnica, a potem zgromadziła wokół siebie inne kobiety, z którymi założyła klasztor najpierw w Bejrucie, a potem w Konstantynopolu. Przeżyła sto lat, z tego 25 lat jako kobieta świecka, a 75 lat w służbie bożej.

Matrona z Moskwy, Matrona z Perge, Matrona z Konstantynopola;
były jeszcze Matrona z Chios, Matrona z Barcelony i Matrona z Salonik.

Współcześnie matrona zmienia się nie do poznania. Pozostało oczywiście znaczenie matrony jako szanowanej kobiety, ale pojawiły się znaczenia całkiem nowe, typowe dla popkultury. W japońskiej grze z cyklu Anima: Siedem Grzechów Głównych, opowiadającej historię plemienia gigantów, Matrona jest Główną Wojowniczką i macochą-matką rodu wojowników***.

Inną Matronę – kobietę przechodzącą klimakterium – znaleźć można w filipińskim komiksie Pugad Baboy****, co w języku tagalog oznacza “stado świńskich grubasów”. Grubasy to manilska klasa średnia. Komiks istnieje od roku 1988, Matrona pojawiła się na okres 23 stripes (odcinków), które (wraz z innymi stripami) zostały zebrane w książce Pugad Baboy X w roku 1998. Matrona nosi przezwisko Girlie, bo mimo zaawansowanego wieku wciąż ubiera się jak dziewczynka i chodzi do klubów “na podryw”. Tym razem słowo matrona nie oznacza kobiety godnej szacunku – wręcz przeciwnie, jest to (nieudolny) wamp, flirciara i awanturnica, której moralność pozostawia z punktu widzenia norm klasy średniej – wiele do życzenia, ale i wśród przedstawicieli młodszego pokolenia nie cieszy się zainteresowaniem. W tych 23 komiksach Matrona przejdzie metamorfozę, zacznie się ubierać i zachowywać stosownie do wieku, spoważnieje, zrezygnuje z szalonych nocy w dyskotekach i nagannych miłostek, a żeby nocami nie było jej samej smutno, od jednego z bohaterów dostanie na pociechę tamagotchi. Czyli kolejna niezależna kobieta, którą społeczeństwo skutecznie przywołało do porządku.

Jest jeszcze ważka matrona, jedna z 17 odmian.

I jest matronat, najnowsze słowo polskie, tak nowe, że jeszcze niedopuszczalne w grach słownych, typu scrabble: patronat związany z działaniami prokobiecymi. W maju 2020 na portalu Do dzieła czytaliśmy:

Bardzo się cieszę, że 13 maja ukaże się kolejna książka z serii Wydawnictwa Wyszukanego, które udostępnia polskim czytelnikom tytuły wyróżnione Nagrodą Literacką UE. Podoba mi się koncept oficyny, żeby przybliżać te książki, ponieważ sądzę, że ich lektura może stanowić ciekawy klucz do odczytania współczesnej Europy. Więcej o unijnym konkursie przeczytacie tutaj. Do dzieła będzie dumnie matronować DENDRYTOM.

dendryty

Do dzieła, Kochane i Kochani, matronujmy, patronujmy i w ogóle coś zróbmy!

* Agnieszka Dziuba, Klodia Metelli. Literacki portret patrycjuszki, Wydawnictwo KUL, Lublin 2016, ss. 320
** Homer, Odyseja, pieśń V, linijka 333 nn (Wolne lektury), tłum. Lucjan Siemeński:

Widząc to, Leukotea nad nim się użali;
Jest nią Ino, Kadmosa pięknostopna dziewa,
Wpierw ludzką znała mowę, a teraz przebywa
W morskich toniach, gdzie cześć ją jak bóstwo otacza.
Otóż się użaliwszy biednego tułacza
W postaci wodnej kurki z topieli pomknęła,
Siadła na tratwie, ludzką mową mówić jęła:
„Biedny! Pewnieś obraził boga, Ziemiowstrzęscę
Opieka Posejdona, że klęskę zsyła ci po klęsce;
Jednak on cię nie zgubi, choć w zemście okropny.
Rób tylko, co ci powiem, jeśliś człek roztropny:
Ciśń te suknie, a tratwę zdaj na wolę burzy;
Potem skocz w wodę i płyń jak możesz najdłużej
Ku lądowi Feaków; tam pomoc ci dadzą.
Ot przepaska! Nią opasz piersi – pod jej władzą
Świętą możesz się nie bać śmierci, choć jak bliskiej;
A tak, kiedy rękoma namacasz brzeg niski,
Odwiąż ją i od brzegu podal rzuć tą szmatą
W toń morską, a twarz odwróć, byś nie patrzał na to”.
Rzekłszy, boginka dała mu przepaskę świętą.
Sama zaś odleciała znów na falę wzdętą
Podobna kurce wodnej i znikła pod wodą.

*** The Giant Clan & All Known Giants Explained! (Seven Deadly Sins /Nanatsu no Taizai Diane Matrona 2) https://youtu.be/Qrg9r-QdF0o
**** https://en.wikipedia.org/wiki/Pugad_Baboy

Pożegnanie z rokiem 2020

Teresa Rudolf
Co znaczy dla mnie ten trudny, ostatni rok?

Ważne było ciagle świadome  spostrzeganie każdego dnia, gdyż nikt nie wie, co jest mu dane, a co mu zabrane będzie… i kiedy.
Podam tutaj przemądry cytat:
 “Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Naucz się, jakbyś miał żyć wiecznie.”
Mahatma Gandhi
 
Ważne też było dla mnie potwiedzenie wartości przeróżnych form stosunków międzyludzkich, np. tak ważnej dla mnie przyjaźni.
I tu znów przepiękny tekst:
“Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem.”
Albert Camus

 
Janina Kowalska
Tak bym chciała przespać ten odchodzący rok.
 
 
 
 
 

Tabor Regresywny
W rok 2020 weszliśmy z widmem katastrofy klimatycznej i ekologicznej na horyzoncie i niemocą kolejnych szczytów klimatycznych. I wtedy pojawiła się pandemia. Gospodarka zaczęła się zatrzymywać, a przyroda odżywać. A wtedy pojawiło się widmo recesji. Rok się kończy mamy szczepionkę, Unia Europejska uchwaliła budżet odnowy gospodarczej. Ruszy budowa zbiorników retencyjnych, powstaną fermy wiatrowe, u mnie na wsi już pojawiło się ogłoszenie – wynajmę pole pod fotowoltaikę. Samochody wymienimy na elektryczne, zainstalujemy klimatyzację, powstaną nowe drogi, nowe lotniska i znów ruszymy na wakacje do egzotycznych krajów.
 
Tylko czy nie można by inaczej?
***
Ta pandemia może nie odpuścić, bo jak tylko trochę odpuszcza to premier od razu ogłasza, że wygraliśmy z pandemią i ona wtedy wraca. Owszem, premier może zmądrzeć, ale na to się nie zanosi. Jeśli pandemia nie odpuści, to czeka nas taka recesja gospodarcza, że nawet Fundusz Odbudowy nie pomoże. Co w tej sytuacji robić? Jeśli chodzi o mnie to idę do Ewy Marii zagrać w scrabble.
 

Tibor Jagielski

 

19/20
taka konstelacja
jowisz saturn
15
śmierć i śmiech
celtyckie pancerze
snute przez druidow
gazeta w rynsztoku
pozostaje
trans
form
akcja
fly!


Christine Ziegler

Hoffen wir drauf, dass uns dieses verflixte jahr 2020 genug an lehren um die ohren gehauen hat und wir gelassener ins neue jahr aufbrechen können.

Nehmen wir die ruhigen tage und schöpfen etwas kraft und füttern unsere geduld und unsere empathie, dann wird es uns schon gut ergehen, so hoffe ich.

Sham, my “very own news curator” hat mir was zu denken gegeben, was ich dir für den blog geben will: “today, I wanted us both to leave 2020 with the reminder that 2020 wasn’t special and that we need to think further ahead.” https://www.whathappenedlastweek.com/


Margaret (Małgorzata) Kowalska
25 grudnia 2020, Ottawa, Kanada

Ten dziwny rok dobiega już końca, czas na retrospekcje i podsumowanie. W sumie nie było tak źle, chociaż inaczej. Szybko przystosowaliśmy się do „social distancing”, maseczek i kolejek przed sklepami. Co prawda jak pierwszy raz włożyłam maseczkę, idąc do sklepu, pomyślałam, że wyglądam idiotycznie, ale w sklepie wszyscy mieli maseczki, więc przestałam się przejmować. Nauczyłam się również oceniać te przepisowe dwa metry odległości i czuję fizyczny niepokój, jak ktoś stoi za blisko.

Tuż przed wybuchem pandemii zdołaliśmy z rodziną mojej córki zaliczyć dziesięć dni na Florydzie. Wróciliśmy na tydzień przed zamknięciem granic. W mojej pracy zawodowej nic się nie zmieniło, ponieważ i tak pracowałam z domu i do biura jeździłam raz w tygodniu, żeby się pokazać. No to przestałam jeździć.

Z wnuczką najpierw widywałam się na odległość – ona na ganku, ja koło samochodu. Stopniowo, w miarę ocieplania się, zaczęłyśmy spotykać się u córki w ogródku. A pewnego dnia moja córka pozwoliła mi wejść do ich domu, ale tylko do jednego pokoju. No a potem stałam się częścią ich bąbla (buble) i już wszystko było w porządku. Zainicjowałam również czytanie książek na dobranoc przez video. Moja wnuczka to uwielbia.

W czerwcu miałam trochę nerwówki, bo dostałam gorączki i bolały mnie kości. Typowe objawy grypy, ale w tych czasach… Pognałam oczywiście zrobić wymaz (trzy godziny stania w kolejce na zewnątrz – miałam ze sobą składany stołeczek), potem dwa dni czekania na wynik i radość, że negatywny.

Zrobiłam się niestety nietolerancyjna – w stosunku do ludzi, którzy narzekają na niewygodę i obostrzenia, którzy twierdzą, że się nie zaszczepią. Wojuję z takimi wypowiedziami i na FB, i osobiście, tłumacząc, że w czasie wojny ludziom było znacznie gorzej i jakoś nikt nie protestował. Bo to jest przecież nasza mała wojna, która kiedyś się skończy i naprawdę nic się nikomu nie stanie, jak w tym roku nie pójdzie do knajpy czy na mecz. A te szczepionki nie zmienią nas w długłowe potwory czy roboty.

Patrzę z nadzieją na rok 2021, chociaż wiem, że daleka jeszcze droga przed nami.
A od córki dostałam pod choinkę taką oto zawieszkę, którą 1 stycznia powieszę na drzwiach mieszkania!


Maria Marucelli (Włoszczyzna)

Zdjęcie Ponte Vecchio we Florencji to najsmutniejsze, dla mnie, zdjęcie tego roku; wygląda jakby to była makieta, nie ma ludzi, a tak jak już pisałam – miasto musi żyć!

Zdjęcie Warszawy, to skrzyżowanie Alei Jerozolimskich z Marszałkowską podczas pierwszej manifestacji Strajku Kobiet! Zdjęcie które wypełnia serce nadzieją!

Krystyna Koziewicz
Goodbye Stary Roku

Rok 2020 sporo namieszał w naszym życiu codziennym, dopadła nas śmiercionośna pandemia, która wszystkim bez wyjątku zmieniła styl życia, także nasze nawyki, przyzwyczajenia. Pomimo problemów, jakie przysporzył wirus jestem wdzięczna losowi, że dane mi było przeżyć kolejny rok bez wielkich wstrząsów. Miałam cudowny czas z rodziną podczas świąt wielkanocnych, także urlopu w Małopolsce i Karkonoszach. Było wiele innych okazji do celebrowania życia doceniając każdą chwilę korzystając z dobrodziejstw kulturalnych Berlina. Tegoroczne święta Bożego Narodzenia wprawdzie bez fizycznej obecności najbliższych, pomimo tego nie brakowało mi bliskości za pomocą spotkań na Messengerze. No cóż, takie mamy czasy!

Rok 2020 obfitował w smutne wydarzenia, odeszła do wieczności wspaniała duchowa koleżanka Joanna, która służyła życzliwą radą, potrafiła szczerze pocieszyć i doradzić w trudnych sytuacjach. Co było bezcenne u Joanny – to skromność, takt i dyskrecja. Brakuje mi Jej ciepła, spokojnego dystansu, rozmów telefonicznych, smsów, postów na WhatsAppie.

Żegnaj Joanno!

Trudno mi było uwierzyć, że zmarła w zupełnym zaciszu Wiktoria Korb, która ze swoim talentem i dorobkiem publicystyczno-literackim należała niewątpliwie do grona berlińskiej bohemy. Wszędzie, gdzie pojawiała się, przyciągała wzrok, robiło się barwniej i weselej, świetnie się spędzało wspólny czas podczas rozmaitych spotkań polonijnych.

Cześć Jej pamięci!

Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, 22 grudnia 2020 odszedł w Warszawie Wojtek Borowik – prezes ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa, działacz opozycji antykomunistycznej, który wielokrotnie brał udział w polonijnych projektach w Berlinie. Wojtek łączył ludzi, nie dzielił, posiadał dobre umiejętności komunikacyjne.

Żegnaj Wojtku!

Koronowirus wywrócił do góry nogami nasze życie, całkowicie zdominował naszą codzienność. W internecie mamy zalew sprzecznych informacji, chaos zapanował wszędzie i w dużym natężeniu, nasza codzienność to plątanina spraw i emocji. To, co mnie wewnętrznie definiuje, to prawo życia w zgodzie z sobą i swoimi wartościami, a nie kogoś innego. Mam pełne zaufanie do profesjonalnych zaleceń medycznych, ufam wiedzy i ekspertyzom naukowców, tylko ich zalecenia mogą nas wszystkich uchronić przed nieszczęściem! Powszechnie dostępną szczepionkę przeciw Covid-19 traktuję jako dobro publiczne, z którego zamierzam naturalnie skorzystać.

Nie ubolewam specjalnie z powodu narzuconych ograniczeń w kontaktach społecznych, także braku bliskości z rodziną. Na szczęście media społecznościowe Facebook, WhatsApp czy Skype, czyli tzw. cyfrowa rzeczywistość umożliwia nam kontakt ze sobą. Sądzę, że ta sytuacja wzmocniła jeszcze bardziej nasze relacje interpersonalne, chociaż najważniejszą wartość stanowią jednak spotkania twarzą w twarz.

Prawdą jest, że na świecie nagromadziło się sporo zła, choć zawsze wydawało mi się, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów i dalej tak uważam. Świat potrzebuje od nas dobra, które tkwi w naszym sercu, musimy kierować się zasadami miłości, wiary i nadziei w stosunku do drugiego człowieka.

Nie skarżę się na los, wierzę mocno w to, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie normalnie. Cieszę się z faktu, że jestem zdrowa, że święta spędziłam w domowym ciepełku, a nie w szpitalu, pod respiratorem, w trumnie czy na cmentarzu. W sytuacji pandemicznej nic mi więcej nie potrzeba, żyję według własnego scenariusza w przyjaznym otoczeniu, uwielbiam to, co mnie otacza.

Często słucham refleksyjnej piosenki Johna Lennona „Wyobraź sobie”, którą Państwu dedykuję z okazji Nowego Roku 2021

WYOBRAŹ SOBIE (IMAGINE)

Pomyśl, że nie ma nieba
To przecież proste tak
Pod nami nie ma piekła
Nad głową – tysiące gwiazd.
Wyobraź sobie ludzi
Gdy pokój ogarnia świat
Pomyśl, że nie ma granic
To takie proste…wiesz
Nikt nie zabija za nic
Religii nie ma też.
Wyobraź sobie, że ludzie
Żyją dzisiejszym dniem
Powiesz że to marzenia
Lecz przecież nie jestem sam.
Któregoś dnia staniesz ze mną
Bo to jest nasz wspólny świat
Pomyśl, że nie ma głodu
To łatwe, przecież wiesz
Już nie ma żadnej biedy
Chciwości ani łez.
Wyobraź sobie ludzi
Dbających o cały świat
Powiesz, że to marzenia
Lecz przecież nie jesteś sam
Któregoś dnia staniesz ze mną
Jeden jest nasz wspólny świat.

tłum. Michał Worgacz


Ela Kargol
Ten rok był wyjątkowy, zaczął się dobrze, kończy mniej dobrze. W tym całym “mniej dobrze” jest dużo dobrego. Na wiele rzeczy pozwala inaczej spojrzeć, inne rzeczy docenić. W moim przypadku nie tylko pandemia namieszała.
Gdy zachodziło słońce na czerwono, moja babcia zawsze mówiła, że będzie wojna, albo coś gorszego. Nie zawsze spełniały się przepowiednie babci.
Ta czerwień powstaje z rozproszenia światła na zawieszonych pyłach. Nawet nie wiem, czy to o te smogowe pyły chodzi. Jakby tak było, to im gorzej tym piękniej?


Zbigniew Milewicz
Nie będzie to specjalnie odkrywcze, co napiszę, ale na przekór trendom starałem się nie myśleć za dużo o wirusie, tylko robiłem swoje, czyli żyłem. Jak corona człowiekowi spadnie z głowy, to żyje mu się lżej. Poza tym układałem nowe rymy, ale nawet totalnie niemuzyczne ucho do słowa Biontec dobrałoby “majątek”, a więc faktycznie nie był to dla mnie zbyt odkrywczy rok. Mam nadzieję, że pod tym względem Nowy będzie lepszy, czego i Państwu życzę.

 


Brigitte von Ungarn-Sternberg
Einen Gruß zur Jahreswende!
Das Video hat mich sehr fasziniert, wie man nämlich per Videokonferenz einen ‚Götterfunken‘ erzeugen kann, bzw. Freude.
Wie die das wohl gemacht haben!?!

Ein gesundes, frohes 2021 wünsche ich allen!
Brigitte

Da diese Melodie zur Europahymne geworden ist, kann mit ihrer Aufführung möglichst eine ‚Europabegeisterung‘ neu angefacht werden. Das hat unser Kontinent auch wirklich immer wieder nötig, nämlich dass wir unseren Zusammenhalt stärken.

Die Völker und Nationen in Europa werden immer sie selbst bleiben mit ihrer Sprache, Geschichte und Kultur. Man braucht keine Angst zu haben ein Schmelztiegel oder schlimmer noch ein Einheitsbrei zu werden. Außerdem gab es in allen Jahrhunderten der Geschichte ständig europaweite Entwicklungen zusammen oder auch gegeneinander. Wenn man mit offenen Augen durch europäische Städte geht, kann man das ablesen z.B. in Stadtplanung und Architektur.

Der Dirigent Christian Thielemann hat einmal gesagt, dass er an Beethoven besonders bewundert, dass er niemals aufgegeben hat trotz Taubheit und abnehmender Gesundheit.

Ich glaube, dass das als Energie zu uns über die Musik kommt:

Niemals aufgeben!


Ewa Maria Slaska
I na końcu życzenia i podziękowania ode mnie, Adminki i Redaktorki tego bloga. Dziękuję Wam wszystkim za Wasze teksty, ale jeszcze bardziej za przyjaźń, jaką od Was otrzymuję. Niech ten Nowy Rok 2021 pozwoli nam zachować to, co udało się nam ocalić w minionym roku, czyli właśnie Przyjaźń, Miłość i Solidarność.

Nie damy się!

Als Redakteurin und Administratorin dieses Blogs möchte ich mich bei Euch allen für Eure Texte bedanken, aber vielmehr sogar für die Freundschaft, die ich mit den Texten von Euch bekomme. Ich hoffe, dass das Neujahr 2021 uns erlaubt, dies zu bewahren, das wir vom vergangenen Jahr rübergerettet haben: Freundschaft, Liebe, Solidarität.

Niemals aufgeben!


Ciąg dalszy – Fortsetzung

Mur po raz kolejny, czyli początek nowych czasów

Ewa Maria Slaska

W listopadzie 2019 roku minęło trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Joanna Trümner i Elżbieta Kargol, dwie autorki od wielu lat związane z tym blogiem, postanowiły wspólnie napisać kilka(naście) wpisów pod wspólnym tytułem „30 lat temu upadł Mur Berliński”. Z czasem ich plany uległy pewnej zmianie, Joasia i Ela wybrały kilka fragmentów trasy i opowiedziały historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nie lokalizacji są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych, zaczynając projekt, nie wiedziały nic.

Z góry było wiadomo, że teksty zostaną opublikowane tu na blogu. Gdy w listopadzie 2020 roku, po śmierci Joanny, postanowiliśmy je również wydać jako książkę, okazało się, że dla potrzeb książki, która zapewne powędruje poza Berlin, musimy dodać to tego, co obie napisały, kilka innych miejsc i opowieści bardziej znanych. O dopowiedzenie historii o murze poprosiłam Krysię Koziewicz.

Książka ukaże się w najbliższych tygodniach, właśnie przygotowujemy ją do druku.
Jeśli ktoś zechce nas wesprzeć finansowo w tym przedsięwzięciu, bardzo proszę
– oto link
Każde 5 euro bardzo się przyda!


Krystyna Koziewicz

A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Słowa piosenki Lluisa Lllacha w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego zaczęły żyć własnym życiem w Polsce podczas Sierpnia 80, dziesięć lat później, w roku 1990 w sąsiadującym z Polską kraju – NRD, gdy 30 lat temu nadszedł czas przełomu: upadek Muru! Tak się złożyło, że od tego momentu datuje się mój pobyt w Berlinie, ba, to właśnie upadek Muru mój przyjazd tu sprowokował. Mur runął w listopadzie 1989 roku, połączenie Niemiec oznaczało dla mnie, jak i dla wielu Polaków koniec bezwizowej jazdy do Berlina. Geograficznie, politycznie i mentalnie Berlin roku 1990 nadal był podzielony na WEST i OST, choć formalnie należał do RFN czyli kraju, gdzie obowiązywać ruch wizowy. Wzięliśmy ślub, po to bym ja swobodnie mogła wjeżdżać do Berlina, a my oboje mogli równie swobodnie podróżować do Polski. I tak oficjalne Zjednoczenie Niemiec nastąpiło 3 października 1990 roku, ja z moim narzeczonym Bartkiem wzięliśmy ślub miesiąc później czyli 3 listopada 1990 roku.

Mój świeżo poślubiony małżonek zaraz po Zjednoczeniu oszalał na punkcie odnajdywania śladów przeszłości, w tym wypadku poznawania historii podzielonego Berlina, ekscytowała go nowa sytuacja po upadku muru. I ja połknęłam tego samego bakcyla, od tej pory dokumentowałam wszystko, co spotykałam na swej drodze. Ślady minionego czasu widoczne były na każdym kroku, warto było oczywiście zobaczyć życie mieszkańców zza muru. Teraz myślę nawet, że te wędrówki po byłych terenach NRD, zwłaszcza wzdłuż Muru zastąpiły nam podróż poślubną.

Pierwszą wycieczkę odbyliśmy do Wandlitz – leśnej rezydencji rządu Ericha Honeckera, strzeżonego osiedla dla kierownictwa NRD.

Osiedle składało się z 23 jedno- i dwupiętrowych domów jednorodzinnych z 7 i 15 pokojami, klubu z gabinetem lekarskim, basenu, sauny, kina i restauracji, strzelnicy, boiska sportowego, kortu tenisowego, kąpieliska nad pobliskim jeziorem Liepnitzsee, przychodni zdrowia, budynków mieszkalnych i socjalnych dla personelu obsługi (około 650 pracowników) i ochrony (140 żołnierzy), którą zabezpieczał Główny Zarząd Ochrony Osób. Pewien odcinek drogi do Wandlitz (F 273) prowadzącej w bok od autostrady Berlin – Szczecin był przystosowany do lądowań i startów samolotów. Byłam nieco zaskoczona wyposażeniem willi, nie było tam widać wielkich luksusów, jedyne co mnie zaszokowało to wykładziny dywanowe w garażach, a tak poza tym żadna rewelacja. Żałuję, ale z tego okresu nie posiadam żadnych zdjęć, ale, cóż, robienie tam zdjęć było zabronione! Taka pozostałość po minionych czasach.

Schyłek socjalizmu w Berlinie Wschodnim był pełen zaskakujących obrazów, z jakimi przyszło nam się konfrontować. Zazwyczaj był to świat niezwykle smutny, szary, ponury, pustki w sklepach, zwłaszcza ulice, które najbardziej utkwiły mi w pamięci. Dominowały na nich śmierdzące i wydające terkoczące dźwięki „trabiki” oraz Wartburgi – szczyt marzeń, luksusu i elegancji. Z jednej takiej wycieczki udało nam się zrobić fotkę parkujących aut na głównej ulicy Berlina – Unter den Linden.

Trabiki w miarę szybko popadły niełaskę, krótko po Zjednoczeniu porzucano je bezpańsko na ulicach, w lasach i na wolnych placach. Kto by pomyślał, że kiedyś wyśmiewany trabant, ma dzisiaj grono oddanych fanów.

Ciekawym śladem po komunie był wielki pomnik Marksa i Engelsa, usytuowany pomiędzy wieżą telewizyjną a Pałacem Republiki. Nowe władze Berlina chciały pomnik usunąć, gdyż ich zdaniem nie można było „honorować despoty i mordercy“. Dochodziły jednak również głosy samych mieszkańców wschodniej części miasta, którzy wiązali z tym miejscem konkretne wspomnienia. Ludzie uważali, że pomnik jest integralną częścią historii miasta, a jego usunięcie spowoduje zmianę charakteru tego fragmentu przestrzeni miejskiej i będzie pogwałceniem prawa mieszkańców do jej określania. Pomnik pozostawiono i dzisiaj stanowi ważną atrakcję turystyczną.

W samym centrum Berlina uwagę przykuwał Pałac Republiki – duma mieszkańców wschodniej części Berlina. Podczas jednej z wędrówek mieliśmy okazję wejść do środka. Mieszkańcy cenili ten prestiżowy obiekt głównie dlatego, że znajdowały się tam restauracje, odbywały się imprezy kulturalne i można było nawet bez problemu pograć w kręgle. Nam też się udało „bez żadnego trybu” znaleźć się w tym miejscu. W Pałacu Republiki występowali tacy artyści jak Harry Belafonte, Katja Ebstein i Udo Lindenberg. Myślałam, że to Bóg wie, jakie cudo, tymczasem „sklep z lampami Ericha Honeckera”, jak berlińczycy nazywali ten obiekt, wielkiego wrażenia na mnie nie zrobił, ani lampy, ani sala koncertowa. Do budowy Pałacu Republiki wykorzystano biały marmur, pod sufitem zawieszono ponad 10 tysięcy kulistych lamp. Ten kolos z betonu i szkła o długości 180 metrów i szerokości 86 metrów wybudowano w ciągu zaledwie 32 miesięcy. Do ochrony przeciwpożarowej zastosowano 5 tysięcy ton azbestu. Tuż po obaleniu muru właśnie z powodu azbestu Pałac Republiki zamknięto. Potem rozgorzała gwałtowna dyskusja na temat jego przyszłości.

W 2006 Bundestag zadecydował o rozbiórce Pałacu. Dla wielu Niemców wschodnich równała się to likwidacji części historii NRD. Skruszony w zgniatarce beton wykorzystano do budowy dróg. Z tego okresu zachowało się zdjęcie, gdzie widać na parkingu trabiki na tle Pałacu Republiki w pełnej jeszcze krasie. (Trabant jako dzieło sztuki to okres późniejszy – zdjęcie Ela Kargol)

 

Mieszkaliśmy na Kreuzbergu, około 100 metrów od muru, na Koethenerstrasse. Z balkonu rozpościerał się widok na Potsdamer Plac. Tak właśnie oglądaliśmy legendarny koncert „The Wall” 21 lipca 1990 roku ze sztandarową piosenką Pink Floyd „The Wall” (“Mur”) Rogera Watersa. W widowisku udział wzięły orkiestra dęta Armii Czerwonej i muzyczne znakomitości, takie jak Bryan Adams, Cyndi Lauper czy zespół Scorpions. I choć ten symboliczny mur składał się nie tylko z ran i pamięci, oferując szeroki wachlarz możliwych interpretacji, w Berlinie w 1990 roku dominowała ta jedna – mur jako symbol bolesnych wspomnień, rozdartych biografii i realiów życia, a także ideologicznej samoizolacji tej części Niemiec. Pod tym względem zakończenie koncertu może być również rozumiane jako historyczna terapia zbiorowa dla jednoczących się Niemiec. W tym gigantycznym rockowym spektaklu w obecności 350 tysięcy fanów na widowni i setek milionów widzów przed telewizorami, Berlin doświadczył wspólnie nowej formy porozumienia ponad wszelkimi podziałami.

W pobliżu naszego mieszkania znajdowała się słynna ulica Niederkirchnerstrasse, gdzie znajduje się dziś parlament Berlina – Abgeordnetenhaus. To ciekawy budynek o ciekawej, zmiennej historii, pamiętający pięć epok w dziejach miasta. Zbudowany został za czasów cesarstwa, w roku 1899 jako gmach drugiej izby parlamentu pruskiego. Gdy w roku 1918 w dniu zakończenia I wojny światowej cesarz abdykował, Niemcy przestały być monarchią, a gmach stał się siedzibą Parlamentu Republiki. Drugą fazę “życia” parlamentu zakończyło dojście Hitlera do władzy w 1933 roku. W maju tego roku odbywa się ostatnie posiedzenie domokratycznego parlamentu. Do roku 1941 w budynku mieściło się kasyno oficerskie, a przez ostatnie trzy lata wojny gmach został przemianowany na “Haus der Flieger” (Dom Lotników). Podczas walk o Berlin budynek został uszkodzony. Po koniecznej odbudowie przeprowadzonej przez Sowietów, od roku 1953, w gmachu zainstalował się I rząd NRD. Gdy rząd przeniósł się do innej siedziby, w gmachu działała Komisja Planowania i mieściły się biura osławionej enerdowskiej StaSi (Staatssicherheit, czyli mówiąc prosto: bezpieka). W piątej epoce swych dziejów, po Zjednoczeniu, budynek został ponownie odremontowany i od roku 1993 mieści się tu parlament Berlina.

Mur


     

Dawniej wokół parlamentu berlińskiego przebiegał MUR, gdzie turyści niczym dzięcioły stukali młotkami, zabierając kawałki muru na pamiątkę.

Niemal codziennie mijałam Niederkirchenstrasse idąc na zakupy do Aldika, który był bardzo popularny wśród Polaków w czasach transformacji ustrojowej. Na parkingi zjeżdżały dziesiątki autokarów z firankami w oknach, ale przyjeżdżali też drobni handlarze papierosów, którzy gromadzili się wokół metra Gleisdreieck na polskim targowisku (Polnischer Flohmarkt). Obciach był nieprzecięty, gdy się widziało handlarzy, którzy zza pazuchy pokazywali sztangi Marlboro. Niemcy pogardliwie spoglądali na Polaków (choć papierosy kupowali), rzeczywiście trzeba było kryć się z mową polską, choć ja osobiście nie miałam z tym problemu.

Dworzec kolejowy – Lichtenberg

To właśnie z tego dworca we Wschodnim Berlinie, w dzielnicy Lichtenberg jeździłam pociągami tam i z powrotem z Opola do Berlina. W początkowym okresie po upadku muru, w pobliżu dworca spotkać można było stacjonujące samochody wojskowe i żołnierzy rosyjskich, tak samo na całej długości Stresemannstrasse. Granicznicy pojawiali się dla postrachu, ale już nie mieli żadnych sił sprawczych. Armia Czerwona opuściła Niemcy 31 sierpnia 1994 roku.

Checkpoint Charlie i Muzeum Muru

Checkpoint Charlie – było to legendarne i najpopularniejsze przejście graniczne między Wschodem i Zachodem Berlina. Na zdjęciach widać ślady amerykańskiej strefy wojskowej, budkę celników, oraz symboliczny znak polskiej Solidarności. Tutaj turyści z całego świata z uśmiechem pozują do zdjęć, wiele elementów ówczesnej scenerii jeszcze istnieje, choć polski napis niestety zniknął. Mur od 13 sierpnia 1961 roku do 9 listopada 1989 roku odgradzał hermetycznie wschodnią część miasta od zachodniej. Tylko czerwono-brązowe kostki bruku przypominają o przebiegu muru w tym miejscu. Także charakterystyczna budka amerykańskich strażników została zlikwidowana krótko po obaleniu muru. Dziś na jej miejscu, na dawnym Checkpoint Charlie stoi kopia postawiona 13 sierpnia 2000 – biała budka z megafonem, reflektorami i tablicą z napisem “US Army Checkpoint” na dachu oraz barykadą worków z piaskiem przed drzwiami. Worki wypełnione są jednak tak naprawdę betonem, ponieważ prawie żaden turysta nie omieszka nie oprzeć się o nie pozując do zdjęcia. 

Jedno ze zdjęć wykonane zostało w Muzeum Muru gdzie oglądam auto, które posłużyło do ucieczki do lepszego świata.

Reichstag!

Zdjęcie zostało zrobione podczas naszego pierwszego spotkania z Bartkiem, czyli moim przyszłym mężem. Poszliśmy na spacer w pobliżu jego domu i zwiedziliśmy jedną z najsłynniejszych budowli Berlina, czyli Reichstag z ogromnym placem zieleni, na którym mieszkańcy grali w piłkę nożną. Zdziwił mnie ten widok, bo przecież w Polsce trawniki były miejscem świętym – z zakazem deptania, a tu proszę bardzo – teren do rekreacji. Ciekawiło mnie, że gmach został wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem znajdował się pałac polskiego arystokraty, dyplomaty pruskiego i historyka sztuki – Atanazego Raczyńskiego.

Ludzie przed Reichstagem gromadzili się tłumnie, kiedy Christo i Jeanne Claude w 1995 roku opakowali budynek srebrną ognioodporną folią związaną mocnym sznurem. Niezapomniane przeżycia towarzyszyły tej niezwykłej atrakcji, a wielu berlińczyków było zdania, że tak właśnie, zapakowany, Reichstag wygląda najlepiej i spokojnie może zostać w opakowaniu jeszcze długi czas.

PS. Jednak nie został. Został najpierw odpakowany, potem odrestaurowany, a wreszcie w roku 1999 stał się siedzibą rządu Niemieckiej Republiki Federalnej, a jednocześnie jednym z najczęściej zwiedzanych przez turystów miejsc w Berlinie.


W lustrach kolumny wspierającej kopułę Reichstagu odbija się nowe, beztroskie życie nowego demokratycznego Berlina, który na szczęście ma za sobą wszystkie epoki przemocy i tyranii.
I oby tak było dalej…

Odcinek 5

Mieczysław Bonisławski

Czwartek, dłuższa chwila po przerwie na obiad

– …Posłuchaj mnie teraz, proszę, uważnie. Przeczytałam to podczas obiadu i potem jeszcze raz, i nic mi się tu nie zgadza.
– Czy nie podoba się…?
Nie, to nie to… – kobieta z zastanowieniem w głosie urywa wypowiadane zdanie. By niemal w tej samej chwili niespodziewanie zacząć, jakiś zupełnie inny, nowy wątek – A, wiesz ty jednak co? Ale to już tak zupełnie na marginesieOd jakiegoś czasu rozmawiasz ze mną wreszcie normalnie. Bez tego napięcia. Też to widzisz?
– Czy co widzę? – mężczyzna po raz drugi w krótkim czasie daje się jej zaskoczyć.
To, że nie jesteś już spięty podczas naszej rozmowy. Staranniej niż jeszcze przed miesiącem budujesz zdania, ograniczasz te swoje natręctwa.
– Pani też teraz mówi do mnie inaczej. – zdezorientowany szuka sposobu sparowania tego, domniemanego przez niego, ciosu od kobiety.
Jak to inaczej?
– Inaczej niż na początku. Może to stąd? Czy nie sądzi pani? – z nieukrywaną satysfakcją znajduje ripostę.
Ja… zatem… Wiesz co myślę? Tak nie planuje dnia dziesięciolatek. To jednak musi być ktoś dorosły. Kto tak naprawdę budzi się rano w tej opowieści?
– Januszek.
Nie, proszę….
– Tak!
Ja jednak znam profesora Pasternaka. To jest stateczny, wręcz majestatyczny mężczyzna.
– Jaki?
Majestatyczny…?
– Ha, ha, ha…
Zatem, dobrze, nie musi być majestatyczny. Ale znam go osobiście, faktycznie mieszka w takim punktowcu, ale on nie naprawiałby samochodu przed blokiem i nie popijałby wódki w piwnicy… I nie prowadziłby takiej filozoficznej dyskusji na ławce, z przypadkowymi ludźmi.
– Akurat wtedy, w tej piwnicy, to było wino, a nie wódka.
Nie, po prostu wymyślasz to wszystko sobie i oszukujesz mnie.
– Nie. Jednak nie.
Tak. Pomyśl czemu to robisz, czemu musisz to robić i zrób z tym coś tak, abym ci uwierzyła. Musisz być wiarygodny dla mnie i dla siebie samego. Musisz zrozumieć do czego potrzebne ci są te kłamstwa? Masz czas do jutra. Inaczej… – kobieta zawiesza głos. Nie chce powiedzieć czegoś oczywistego w tej sytuacji. Czegoś, co pragnie, aby zostało niewypowiedziane. To coś, jeżeli nie przejdzie jej przez usta, może właśnie dzięki temu się nie stanie? Nie ziści?
– Czy co inaczej…?
Musisz być wiarygodny – powtarza się, jakby w tym jednym właśnie tkwiło coś ważnego, coś najważniejszego. – I nie chodzi już nawet o mnie. Mów prawdę, wtedy one tu nie przyjdą i nie dokończą sprawy po swojemu…
Składa w zamyśleniu papiery, chowa je do torby, wstaje i podchodzi do drzwi. Wskazuje je mężczyźnie jednoznacznym skinieniem głowy.
– Kończymy? Nie wiem, czy tego chcę…? – on próbuje oponować. Ale tak zupełnie bez przekonania. Jakby nie wierzył jeszcze w to, co się dzieje. W to, co ona mu robi.
Tym razem ja tego chcę! – rzuca mu sucho, beznamiętnie. Nie wiedzieć czy dla samej siebie, tak aby utwierdzić się w już podjętej decyzji, czy bardziej jeszcze dla niego, aby go otrzeźwić. – Potrzebuję prawdy. Jeżeli zechcesz, możesz przyjść, ale dopiero jutro rano… Z prawdą.
– To wszystko prawda…! – mężczyzna w końcu zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji. Zdeterminowany próbuje jakiejś ostatniej deski ratunku.
Do jutra. Oddziel kłamstwa.
– Kiedy to jest prawda… Co mam zrobić? – z jego głosu bije bezsilność, poczucie klęski, a co najgorsze, poczucie braku wpływu na bieg zdarzeń. Jakby rzeczywiście wszystko całkowicie wymykało mu się spod kontroli.

Piątek, godz. 8:30 rano

Przemyślałeś?
– Tak, drogi człowieku.
Nie jestem wcale drogim człowiekiem. Ani dobrym. Chcesz opowiedzieć dalej?
– Tak, bo wszystko to prawda. I jak pani da sobie z nią radę? Bo pani nie wierzy?
Nie wierzę. A ty znowu zaczynasz te swoje natręctwa.
– Czy co ja zaczynam? I jak uda się pani uwierzyć? Bo zacznie pani w końcu wierzyć!
Mów normalnie! Potrafisz rozwijać piękne zdania, gdy wyłazi z ciebie czaruś. Bo spotkamy się w pełnym gronie. Wiesz co to znaczy… – w powietrzu czuć ukrytą, niewypowiedzianą do końca groźbę. Groźbę czegoś, czego tak naprawdę żadne z nich nie chce, aby się ziściło.

Wtorek w następnym tygodniu
Godz. 9:00 rano

On jest jak zwykle w swoim beżowym, więziennym drelichu. Nadal, konsekwentnie nie chce korzystać z prawa osadzonego do prywatnego ubrania. Nawet sam Naczelnik tego nie rozumie. Dlaczego odmawia tego, o co dla niego, tak zapalczywie, walczyli ci profesorowie, zajmujący się etyką i wolnością? O co sami więźniowie jeszcze niedawno wznosili bunty?

Ona ma dzisiaj o wiele bardziej niż ostatnio stonowaną kreację: prostą ciemnobrązową rozkloszowaną sukienkę maxi, z rękawami niemal na całe ręce. Na nogach – ciemne kozaczki.
Prokurator zjawia się na tym pierwszym spotkaniu w popielatej garsonce. Żakiet prosty, lekko rozszerzający się u dołu, tylko poły fantazyjne, półokrągłe. Spódnica do połowy łydki. Nylonowe, popielate rajstopy.
Śledcza jakby nie pamięta o tym, że ma to być spotkanie kobiet, zaangażowanych do sprawy: ma na sobie po prostu swój mundur porucznika MO.

Mamy być pewni, że tak właśnie jest dobrze! Popatrzmy tutaj…!
– Czy jestem…? O, doskonale pewny. Do – sko – na – le, drogi człowieku. – mężczyzna nie widzi kobiet schowanych w cieniu surowej, XX-wiecznej „arkady” z betonu, epoki „wielkiej płyty”. Ale kieruje swoje wypowiedzi w kierunku, gdzie je zapamiętał. Zakłada, niemal z niepodważalną pewnością, że jego słowa docierają tam gdzie trzeba i tak jak trzeba.
Tylko bez eufemizmów. Stajecie, tam gdzie wtedy. – Prokurator wychodzi z cienia. Botki, mimo, że na niskim obcasie, nieco grzęzną, gdy podchodzi do łachy żółtego piachu i próbuje stanąć tak by mieć ją całą w zasięgu… ręki.
– Tu. Stałem tu, za tym filarem. – teraz on przechodzi dokładnie w odwrotnym kierunku i niknie nieco w cieniu – On bawił się w piasku. Na ułożonych torach, tak jak mówiłem poprzednio… A czy tak pani będzie to sobie wyobrażać?
Były ułożone tak jak teraz? – Śledcza próbuje przyśpieszyć akcję, nie bardzo zresztą wiedząc, o co dokładnie chodzi Prokurator. Czuje tylko, że musi coś zrobić, zaznaczyć swoją obecność.
– To był naprawdę bardzo pomysłowy chłopiec… – mężczyznę chyba bawi cała sytuacja. Odwraca wzrok od mundurowej, jakby jej tu w ogóle nie było i o nic go nie pytała.
Czy tak to wyglądało, człowieku!?! – porucznik daje się wyprowadzić z równowagi.
– Bo wiecie… – a on przerywa w końcu ten swój słowotok i udając troskę, pośpiesznie kończy – A tak, wiem, drogi człowieku… I będziesz chcieć usłyszeć, że dobrze wam to ułożyli.
Może jednak wszyscy podejdźmy. I proszę, wszystko odtwarzamy bardzo dokładnie. Po kolei, zdanie po zdaniu, już dobrze? A wy skończcie z tymi swoimi natręctwami!

Mężczyzna spogląda z tłumionym politowaniem na Psycholog. Ale powstrzymuje się przed kolejnym zagraniem przeciwko nim. Bierze w ręce porozrzucane po piasku patyczki. Zaczyna nimi manewrować ponad żółtą łachą, jednocześnie opowiadając:

– No więc bawił się takim małym modelem autobusu… – rozgląda się i nie znajdując na razie wokół siebie tej zabawki, próbuje ją opisywać – Niebieski „jelcz”, taki jaki można kupić w kiosku „Ruchu”…
Zanim go wyjął z tornistra i postawił na drodze nieopodal wiaduktu… – kopie lekko butem w niewielki pagórek z piasku, wznoszący się nad „torami” – Była rozmowa. Nie wiem gdzie, może w mieszkaniu, przed wyjściem z domu? A może już na przystanku autobusowym?
Ta większa postać mówiła głośno… – potrząsa patykiem – Ale takim wysokim, dźwięcznym głosem. To musiała być kobieta. A ten mniejszy patyczek mniejsza osoba… – druga ręka – To było jakieś dziecko, drodzy ludzie.
I patyczki zaczynają mówić do siebie. Jego głosem:
– „Pokaż jak wyglądasz? No i jak się ubrałeś! Przecież idziemy do pani psycholog…” – gderliwie pokrzykiwała kobieta.
Dziecko: „Nie chcę tam chodzić, nie chcę!”
Kobieta: „Nie mamy o czym rozmawiać. W nowej szkole miało być inaczej, i co? Sam tego chciałeś…”
Dziecko: „Nie chciałem!”
Kobieta: „Pamiętasz, jak pani psycholog się nazywa? Pani doktor Ber, powtórz… Gdzie ta przychodnia jest? Pamiętasz przy jakiej szkole?”
Dziecko: „Nic nie pamiętam!”
Kobieta: „To jest szkoła sportowa, numer dziesięć. Wysiądziemy na przystanku przy szpitalu, tam zaraz za parkiem. Pamiętasz co jest przed szkołą? Taki betonowy ptak w fontannie…”
Teraz do patyczków dobiera jeszcze małe, plastikowe zabawki a opowiadanie nabiera przez to nie tylko większej ekspresyjności, ale staje się też niezwykle dynamiczne. Mężczyzna dodaje też różne dźwięki, odgłosy, zwielokrotnione dialogi.
Autobus – zabawka, którą właśnie znalazł, postawiony jest już na ulicy, czyli na rozgarniętym bokiem buta śladzie na piasku. Popchnięty dłonią „podjeżdża” na przystanek. Długo „prycha” jego silnikiem, że niby, na wolnych obrotach, bo ludzi chcących jechać jest bardzo dużo i tłoczą się przy wsiadaniu.
– Pyr, pyr, pyr. Psik. Wry, wry, wrrrrrrrrryyy!
Imituje trzask zamykanych drzwi automatycznych. Wziuuu… Trach! I znowu, te głosy niby z autobusu:
– „Aua! Jezu, aaa…! /Boże, coś się stało! /Ludzie, spokojnie… /Panie kierowco! Zabiło człowieka. /Nie, przytrzasnęło w drzwiach. Ma złamaną rękę. /Panie kierowco, drzwi! Otworzyć drzwi. /Kierowco! Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.”
– Pyr, pyr, i – iiiich!
Autobus – zabawka stoi teraz już na wiadukcie, nad torami dawnej kolejki szprotawskiej.
Kierowca a potem inne głosy z wnętrza:
– „Co tam? /Drzwi przytrzasły rękę. /Otwieram! /I co? /Żyje, ale cała łapa we krwi. Mdleje, trza mu na pogotowie. /Mam kurs. Przed dworcem skręcę na pogotowie. Wytrzymasz pan?”
Plastikowy, niebieski jelcz znowu jest w ruchu.
– Pry, pyr, wryyyyyy. I – iiiich…. Wry, wry, wrrrrrryyy!
Hamuje na zakręcie, skręca w inną ulicę, potem na skrzyżowaniu znowu. Staje na przystanku, rusza. Hamuje, skręca w jeszcze innym kierunku. Raz, drugi, przyspiesza. Z wewnątrz dochodzą rozmowy:
– „Była już pani w nowym domu towarowym? Jeszcze nie… Ja byłam. /A, dzień dobry. Warto tam zajrzeć? Sklepów dużo, towary takie lepsze, ale drogo. /Może w Poznaniu to „Centrum” ma ludzi, ale nie u nas… /Poukładane tak, że wszystko widać. Przestronnie jest, oświetlone. Wybór, luksusy. Gdzie nam do nich… /I co, pójdzie pani? Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent kupię. /Ja pójdę, popatrzę. Wezmę coś małego, na pamiątkę. /Słyszałam, że telewizory kolorowe mają. Bez zapisów. Córka dostała mieszkanie. Kupiłabym jej…”
Autobusik znowu skręca, przystaje. Głos w środku:
– „No, idź pan na to pogotowie. Co on taki miękki, nie zemdlej mi tu pan! Może ktoś z nim pójdzie? Weźmie go pan? Ja nie mogę czekać, mam kurs. Dobrze, ale pięć minut i jadę.”
Zabawka kierowana pewną ręką jedzie dalej. Niedaleko, ledwie do parku, za którym, za zakrętem – według informacji matki chłopca – jest ten, jakiś tam, szpital. I nagle, w jakimś nieokiełznanym zrywie, autobus skręca w dokładnie przeciwnym kierunku, wjeżdża na wiadukt wznoszący się naprzeciwko parku, przerywa barierki, a prowadząca go dotąd tak pewnie po ulicach ręka, rzuca nim w dół. Tak że spada ze środka wiaduktu na jadący pod nim pociąg. Wybuchy, wrzaski ludzi, zgrzyt deformowanych blach, zawodzenie rannych. Samochodzik podrzucany trzy, cztery razy przez mężczyznę wylatuje w górę i opada bokiem na piasek.

Cisza.

Nadal wtorek
Kilka minut po godz. 10:00, bez przerwy

– Niezła bomba. O, przepraszam… Naprawdę, ja tak niechcący. – miarkuje się poniewczasie Śledcza, ale Prokurator nie zwraca na nią uwagi.
– No widzicie… I taka szokująca historia… – próbuje wzbudzić w nich przychylne politowanie Psycholog. Z równie miernym skutkiem.
– Rozumiem, że to wszystko nagrywamy! To teraz to, co było dalej! Opowiadamy po kolei.

Mężczyzna przełyka ślinę, aż mu chodzi grdyka. Prokurator sprawia jednak na nim silne wrażenie. Traci nawet chęć na te swoje gierki, których tak chętnie próbuje na Śledczej i Psycholog. Posłusznie wykonuje polecenie:

– Odszedł. I zostawił zabawkę na tym pobojowisku i odszedł tam w kąt, o tam. – przechodzi, pokazuje – I stanął tutaj przy filarze, a z czasem uklęknął w piasku. Bo przez ten czas rozmawiali ze sobą trzej mężczyźni. A przy tym pod koniec, doszedł tutaj jeszcze i czwarty.
Jacy znowu oni? Co znaczy to tutaj! Czyli gdzie konkretnie? – piekli się mundurowa, podejrzewając kolejny podstęp z jego strony – Co to za mężczyźni, skąd się wzięli? Jakieś nazwiska. Po co i do kogo przyszli?
Spokojnie, spokojnie… Jednak może posłuchajmy tego… – uspakaja ją Psycholog, dając do zrozumienia, iż wie znacznie więcej od nich, że ma już tę historię przepracowaną z pacjentem podczas ich spotkań. I że na pewno wniesie ona dużo do postępowania, które razem prowadzą.

Uzyskuje przynajmniej tyle, że Prokurator w milczeniu kiwa potakująco głową. I znaczącym spojrzeniem ponagla mężczyznę.

I on znowu łapie za porozrzucane na piasku patyki. A te, tak jak kobiety widziały to już poprzednio, przed godziną dziesiątą, ponownie nabierają życia. I gadają jego głosem:
Patyk numer 1: „Jak tam idą treningi, panie magister?”
Patyk numer 2: „Nie gorzej niż panu zbieranie nowin, redaktorze.”
P1: „Ale tak robiwszy w piłce ręcznej…? To ja by rozumiał, gdyby w footballu, w żużelu, no, w podrzucaniu gały do kosza, ostatecznie…”
P2: „Zobaczy pan po Olimpiadzie. Niechby tylko nasi zdobyli jakiś medal, to całkowicie zmieni się postrzeganie dyscypliny…”
P1: „No bo i co to za wyczynowce? Gałą rzuciwszy przed siebie… Bez pożytku. Ta, gdybyż to jeszcze była granata…”
P2: „O piłce ręcznej pisze się, że rozwija człowieka. Na świecie…”
Patyk numer 3: „A, tak swoją drogą, to sukcesy magistra wydają się zrozumiałe. Chodzi po tych wszystkich szkołach. Namawia na te pierwsze treningi całe klasy. To i ma pod sobą wszystkich chłopców. Niczym jakiś Sztamm czy Łasak. No, i widać co osiągnął. Matki chłopców szyją i farbują mu potem te koszulki, numerki naszywają… No, no, masz, Sosiński, potem z czego wybierać. A ty, redaktorek, jak wyglądasz na tle trenera? Tobie został chyba tylko układ z samym diabłem? I co wykorzystujesz siły pozamaterialne, Demianiuk? Bo z tego co melduje nam komendant miejski, to tylko tak można cię tłumaczyć, redaktorku.
P1: „Dlaczego, tam gdzie nie potrzeba, doszukujecie się sił nieczystych, mój drogi panie Pułkownik?”
P3: „Zawsze jak ktoś kogoś ma pobić albo się gdzieś włamać, ty, Demianiuk, jesteś z magnetofonem i fotoaparatem przed milicją. Komendant miejski raportuje nam do Wydziału, że odnosi czasem wrażenie, że nawet przed sprawcami. Jak ma być jakiś wypadek na drodze, czy w zakładzie, to ty Demianiuk, jesteś ustawiony już jakby wcześniej – jak, nie przymierzając, takie Wajdy, czy inne Petelskie do nagrania. I jak to wytłumaczysz? Ty, redaktorek, albo z diabłem, albo z przestępcami trzymasz. Co i tak na jedno wychodzi…”

Mężczyzna wydaje się być w swej szczytowej formie. Odchodzi, podchodzi, pochyla się cały ku powierzchni piasku, prostuje. Operuje to jedną ręką, to drugą, to oboma naraz. Gestykuluje szeroko, to znowu dyskretnie, ale znacząco. Jakby każde drgnienie mięśnia, pojedynczego palca, delikatna zmiana ułożenia dłoni przekazywały inną, nową treść. Pełną ukrytych znaczeń, symboli i istoty jakiejś konkretnej sprawy, czy zdarzenia, które widz ma właśnie odczytać.
Moduluje głos. Animuje kukiełki – patyczki, niczym mistrz lalkarstwa. I chociaż lalkarz w więziennym drelichu wygląda trochę nierealnie, wręcz sarkastycznie, Psycholog przychodzi do głowy, aby porównać go do jakiegoś aktora ze Sceny Lalkowej, jaka prężnie działa w Zielonej Górze przy Teatrze Lubuskim lub do pełnego elegancji ruchu mima. Ale Prokurator samym swoim spojrzeniem, w reakcji na tę, niewypowiedzianą nawet przecież na głos, uwagę wybija jej to z głowy.

Śledcza zastanawia się nad tym, kim mogą być, ten tajemniczy Trener, ten dziwny Redaktor? Gdy pada nazwisko tego ostatniego, kręci tylko z niedowierzaniem głową. To miałby być akurat TEN dziennikarz? Tworząca się właśnie legenda miejscowej gazety wojewódzkiej i może nawet przyszła gwiazda krajowego reportażu? A Trener? Mamy takiego w Zielonej Górze, którego można porównywać ze Stammem, Łasakiem?
A Pułkownik? Czy to może jakiś wojskowy? Kto to może być? Znacząca postać w miejscowym środowisku, to rzecz oczywista. Ale kto? Z WuKaeR-u? Ze sztabu wojewódzkiego? Z prokuratury wojskowej? I dlaczego w momencie pojawienia się tej postaci Prokurator zareagowała tak, jakby ją rozbolał ząb…?
Czy ona wie? Przeraża ją jego pojawienie się w tej scenerii, wśród TYCH ludzi, w takiej sytuacji…?

Psycholog gestem, półsłówkiem nie wypowiedzianym głośno, a tylko takim, które można zaledwie spijać z jej warg, uspakaja ją. Bez słów, w jakimś telepatycznym kontakcie. Niech okaże jeszcze trochę cierpliwości. Jeszcze chwila i wszystko się wyjaśni. Również i ta wątpliwość.

W taki oto właśnie sposób:
P2: „Ja tak myślę, panie Pułkowniku, że jak już bezpieka takich rzeczy nie wie, to ten kraj musi upaść.”
P3: „A ty co Sosiński, redaktorka bronisz? Za mało wam jeszcze dosrał?”
P1: „A skąd takie słowo wziął pan Pułkownik? Skąd to de…? Jaki diabeł? Co za przestępcy? Mam szczęście, że jestem zawsze na czas…”
P3: „A co, Demianiuk nie dosrał wam wtedy w Broniszowie? Nie ciekawe, skąd wiedział, ty magisterek?”
P2: „Na dobre mi to wyszło. Ta afera była jak trampolina, dzięki redaktorowi wyrwałem się z tej zapadłej wsi i wróciłem do Zielonej Góry. Przecież pan Pułkownik wie…”
P3: „A wiemy, wiemy… My wszystko wiemy. I to jakimi to było nićmi szyte, też. Komu ty mydlisz oczy, Sosiński? Chcesz powiedzieć, że samym talentem, pracą doszedłeś do czegoś? Zaraz tu z ambicją wyjedziesz, tak? Ech, ty, magisterek, gdybyś nie był przydatny dla nas, to byś dalej macał kury, albo bujał jajca bykom, gdzieś w jakimś PeGeeRze. To nie przypadek, taki awans z wiejskiego gryzipiórka na pana profesorka od wuefu w liceum!”
P2: „Ja nikogo, tam w Broniszowie, nie miałem wystawiać ani redaktorowi, ani milicji… To nie było tak ułożone…”
P1: „A oto i mistrz Ryndak, panie Pułkownik. Witam, Zbyszek. Jego proszę pytać o drobnomiasteczkowe źródła. O to jak pozyskiwać sygnały po wsi?”

Kobiety powoli zaczynają okazywać pierwsze oznaki znużenia. Śledcza z zazdrością spogląda na mały, zgrabny magnetofonik Psycholog. Sama musiała zostawić swojego MAK-a na komendzie. Raz, że nie sposób jest tachać się tutaj z takim gratem, dwa – jak go podłączyć na tej budowie do prądu…? Niby na tranzystorach, a jednak…
Prokurator skubie nerwowo poły żakietu. Gdy Śledcza zaciekawiona chętnie podpytała by dokładniej o istotę relacji Trenera z Pułkownikiem, ona odciąga Psycholog gdzieś na bok. Coś jej szepcze, peroruje, pochylona ku niej. Denerwuje się. Dwa, trzy gesty, które o tym świadczą, zmiana pozycji i ustawienia się obu kobiet względem siebie, pełne napięcia i aż buchające jakimś narastającym konfliktem, nagle nikną, tracą na znaczeniu.
Prokurator ze zdziwieniem konstatuje nazwisko znanego pisarza, które jak grom z jasnego nieba pada nagle w potoku wypowiadanych niesfornie i niedbale zdań. ON w tym gronie? Z niedowierzaniem kręci głową. Tak, teraz już nic nie pasuje do siebie, staje się niewiarygodne. Jak długo jeszcze to wytrzyma, kiedy przerwie to przedstawienie?
Mężczyzna nie obserwuje ich, do końca zaabsorbowany swoim występem. Nie śledzi zmian, jakie zachodzą w kobietach. Ich rozterki, emocje, nastawienia żyją bowiem swoim własnym życiem, wyłącznie w ich myślach, gestach, grymasach. To tylko gra ciała i do tego trudna do zauważenia, bo hamowana i skrywana, słabo dostrzegalna pod tym starannym kamuflażem.
Ani jednym słowem żadna z nich nie wychodzi ze swojej roli, poza służbową obojętność wobec treści przekazywanych w tak ekspresyjny sposób przez mężczyznę. Tak naprawdę przecież cały czas milczą, słuchają z raz mniej, raz bardziej udawanym skupieniem i zainteresowaniem, notują coś w swoich kajetach, nie mogą okazywać i nie okazują żadnego własnego nastawienia. To jest rekonstrukcja w miejscu zdarzenia, a nie spotkanie w kawiarni „Niger”, przy kremie sułtańskim kolorowo wypełniającym pucharki, ustawione na blacie wysokiego baru. A one nie siedzą na strzelistych taboretach i nie machają gołymi nogami, wyłaniającymi się miękkością ud z kusych spódnic, ze stopami nie sięgającymi podłogi. I nikt ich nie podgląda zza wielkiej szyby, z perspektywy szachownicy czarnych i białych płyt zielonogórskiego deptaka. Stoją w półmroku parteru rozpoczętej budowy, pomiędzy filarami dużej hali, pod sklepieniem, niosącym na sobie masywne piętro. Stoją na kupie żółtego, budowlanego piachu. I dlatego żaden gest, grymas nie może wyjść poza pewne granice nieczytelności…

Tylko mężczyzna może sobie folgować i wznosić się na coraz to wyższe poziomy ekspresji. I robi to.
P3: „To już mistrzami przychodzi ci strzelać, redaktorku… No, no… Dzień dobry, panie Ryndak.”
Patyk numer 4: „A w jakiż to spór wchodzę?”
P3: „A tak zastanawiamy się kto informuje naszego redaktora od nowinek, o tym, kto za chwilę włamie się, po pijaku da drugiemu obywatelowi po twarzy albo zajedzie drogę i zrobi czołówkę? Komendant MO żali się, że gdzie by nie zajechali na interwencję, to pierwsze kogo widzą, to naszego speca, który właśnie… odjeżdża z miejsca z gotowym nagraniem i aparatem pełnym zdjęć.”
P4: „Może to nie dziennikarz jest za szybki, ale milicjanci zbyt powolni?”
P3: „Doprawdy pan tak sądzi, panie Ryndak?”
P4: „Nie znam prawdy. Może mój kolega ma po prostu szczęście. Wszakże nie tylko ma nos do sensacji, ale i aspiruje w konkursach na najlepsze reportaże. Może jeszcze bez sukcesu, ale już blisko, blisko… Ja zbierałem materiały u siebie, tam gdzie mieszkałem, w Sulęcinie. Też sensacyjki, ale takie bardziej obyczajowe. A jedyne co osiągnąłem, to to, że potem, jak ludzie przeczytali moją książkę, nie mogłem się pokazać w miasteczku. Chociaż ostatecznie do postaci literackich wykorzystałem tylko obserwacje z życia różnych ludzi, każdy z bohaterów miał przemieszane cechy wielu pierwowzorów, to konkretni mieszkańcy Sulęcina zaczęli brać to zbyt osobiście… A to aptekarzowa obraziła się, że opisałem jej wielki biust. A to sędzia Jarosz i dyrektor szpitala Łukoszek – za sugestie o sutych, zakrapianych kolacyjkach i lewych sprawkach, na przykład skrobankach. A to Paprzycki… I tak dalej, nie miałem już tam życia.”
P3: „Ale nagródka wpadła, panie Ryndak.”
P1: „Jakie wpadła? Nie wpadła, ale należała się. W Zielonej Górze jesteśmy dobrzy w swoim fachu. Stąd sukcesy. Żadnych diabelskich sztuczek, panie Pułkownik.”

Psycholog zwiesza ze smutkiem głowę. Widzi jak Prokurator już się cała gotuje. Poły żakietu ma porządnie pomięte. Dłonie co rusz bądź to zaciskają się na ich brzegu, bądź suną,
jakby bezwiednie, wzdłuż ich krawędzi.
Nie ma potrzeby, aby wywoływany przez kukiełkę Pułkownika diabeł musiał się tu pojawić osobiście. Słoneczny blask piasku z wyspy demiurga pobladł. Mrok wokół jest jeszcze bardziej mroczny. A piekielna awantura wisi w gęstniejącym powietrzu, wypełniającym tę i tak duszną niszę.
Psycholog wie, że nic na to nie poradzi. Na pytanie o to, jak długo jeszcze wytrzyma Prokurator, ma w końcu jasną odpowiedź – niedługo! Zaraz, zaraz przerwie przedstawienie… Kobieta odsuwa się od reszty. Podchodzi do najbliższego filaru. Chowa się za nim. Stoi tu chwilę, ale to nie wystarcza. Wycofuje się jeszcze dalej, sunąc niczym zjawa w powłóczystej szacie ku wyjściu na zewnątrz, szukając bladego słonecznego światła. I rześkiego, listopadowego powietrza, które by ją orzeźwiło. Pozwoliło znowu myśleć w zdecydowany sposób. Jej długa i wąska, ciemnobrązowa suknia, oglądana teraz ze środka hali, pod to blade, późnojesienne słońce, zasłania niemal połowę jasnego tła – widoku na zewnątrz i zaczyna błyszczeć. Staje się jasna, nie jest już brązowa, ale złocista, przechodzi w żółcienie…
Prokurator odruchowo odwraca głowę i spogląda za odchodzącą kobietą. Patrzy przez chwilę, poddaje się temu optycznemu złudzeniu. I nagle nerwowo, bardzo nerwowo przeciera sobie dłonią oczy. Jej twarz wykrzywia coś, co ktoś nie znający jej, mógłby fałszywie wziąć za zapowiedź grymasu irytacji. Mieniąca się nierzeczywistą feerią barw postać Psycholog doprowadza ją do furii. Prokurator nie cierpi złudzeń, wszelkiej fatamorgany, szczególnie gdy sama staje się ich ofiarą. Rzeczowość i konkret! To jest jej domena. Z nimi czuje się najlepiej. Wyłącznie z nimi nie czuje się źle, nie odczuwa żadnego dyskomfortu.
Zachowując pełną kontrolę nad sobą, jednym susem doskakuje do mężczyzny. Nie musi się hamować, zawsze największą satysfakcję sprawia jej zachowanie powściągliwości. To przestępcy mają ulegać emocjom i robić głupie błędy. I w takim stanie odkrywać przed nią swoje słabości.
Nie wyrywa patyków z rąk rozgadanego mężczyzny, choć z jego reakcji można wnioskować iż przez moment przeraża go taka perspektywa. Cofa się przed nią odruchowo, jakby chcąc uniknąć fizycznej agresji z jej strony. Również Psycholog i Śledcza jakby na chwilę zamierają. Ale chyba bardziej ze zdziwienia, niż ze strachu, bo przecież znają Prokurator zbyt dobrze, aby podejrzewać ją o to, przed czym uchyla się mężczyzna.
Prokurator nie wyrywa patyków mężczyźnie, ale z marsową miną podnosi te, porozrzucane na piasku. Schyla się, bierze je w palce, prostuje plecy i wyciąga dłonie z patykami w jego stronę.

Skończmy już z tym teatrem, który tu odgrywacie! – rzuca oskarżycielskim tonem. – Dosyć tych jakichś wydumanych historii...