§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka 3

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Wybrał i podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Generał

Katowicki Oddział Zrzeszenia Prawników Polskich jest od wielu lat najaktywniejszym oddziałem w Polsce. Oprócz działalności wydawniczo-odczytowej i popularyzatorskiej prawa preferuje też różne formy działalności sportowej i turystycznej. Dobrą tradycją od wielu lat stały się organizowane kilka razy w roku – przez wspaniałego i niestrudzonego w tym względzie sędziego Janusza Kiercza – zbiorowe wycieczki w Alpy. Wśród wielu wytrawnych narciarzy, szczególną elegancją ruchów i perfekcyjną sylwetką na stoku wyróżnia się pan mecenas Henryk Tomera.

Ostatnio, na stokach szwajcarskiego Matterhornu zadziwił ponadto niecodziennym nakryciem głowy, a mianowicie wysoką futrzaną czapą a la Czapajew, z „bolszą“ czerwoną gwiazdą. To iście atamańskie nakrycie głowy wzbudziło autentyczną ciekawość turystów.

– Wer ist dieser Mann ? – pytali spokojni zazwyczaj Szwajcarzy.
– Ein russischer General – odpowiadali żartobliwie chórem nasi.

W ten sposób część generalskiej sławy spłynęła również na nas, jego towarzyszy.

Następne opowieści przeczytamy już z zeskanowanych stron – przypominam, że wystarczy kliknąć w kolejną stronę, żeby ją powiększyć i wygodnie przeczytać.

Następne historyjki za tydzień

Zacznijmy od edukacji

Interview auf Deutsch:

Andrzej Grajewski rozmawia z profesorem Robertem Trabą o polsko-niemieckich podręcznikach do nauki historii

Andrzej Grajewski: Szefowa berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego Hanna Radziejowska zwróciła niedawno uwagę, że w ośmiu przeczytanych przez nią niemieckich podręcznikach do historii nie było słowa o terrorze i zbrodniach na polskiej inteligencji i ludności cywilnej, o powstaniu warszawskim, Polskim Państwie Podziemnym i rządzie na emigracji. Czy ten opis odpowiada prawdzie?

Prof. Robert Traba: Dziwi mnie, że zaczynamy rozmowę od wypowiedzi o faktach powszechnie znanych, pomijamy zaś milczeniem zamknięcie historycznego projektu pierwszego wspólnego polsko-niemieckiego podręcznika do nauczania historii. O mankamentach niemieckich podręczników publicznie mówiłem wielokrotnie, korzystając m.in. z analizy treści blisko 40 spośród nich. Wskazywaliśmy na brakujące w nich elementy opisu niemieckiej okupacji, eksterminacji polskich elit czy funkcjonowania Polskiego Państwa Podziemnego.

Wydarzeniem na skalę międzynarodową jest fakt, że wysiłkiem dwóch rządów przygotowywany był wspólny podręcznik. Zastanawiam się, dlaczego dzień po zakończeniu tego projektu PAP – główne medium informacyjne – wysyła do opinii publicznej wiadomość, że w sprawach podręcznikowych nic się nie zmieniło. Jakby komuś chodziło o sabotowanie naszej pracy, wykonanej, podkreślam, na zlecenie polskiego rządu.

Mówimy o podręczniku „Europa. Nasza historia/Europa – Unsere Geschichte”. W jakich okolicznościach powstał?

To wielki, realizowany od 12 lat projekt, którym kierowały ze strony państwa polskiego trzy ministerstwa oraz powołana do nadzoru merytorycznego Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa. Żaden z kolejnych rządów tego projektu nie przerwał, zapewniając biorącym w nim udział ekspertom pełną wolność i niezależność. Dodam, że w 2012 r. opracowaliśmy „Zalecenia”, które w sposób zasadniczy zmieniają sposób opowiadania dziejów Polski i Niemiec. Wszystkie zostały zrealizowane w tym wspólnym, wspieranym przez oba rządy podręczniku.

Jaki jest status tego podręcznika?

Został zatwierdzony do użytku przez konferencję ministrów oświaty Niemiec. Nie ma federalnego ministerstwa oświaty, gdyż to kompetencja poszczególnych landów. Podręcznik został uznany w 15 landach, poza Bawarią, która stwierdziła, że za mało jest w nim elementów bawarskich. Pozostawię to bez komentarza. Ponieważ IV tom został zamknięty dopiero w czerwcu br., w Polsce trwa proces recenzyjny wszystkich czterech tomów, aby dopuścić go oficjalnie do nauki historii w polskich szkołach. Osobiście wierzę w pozytywne jego zakończenie. Mam nadzieję, że władze w obu krajach wesprą jego używanie. Akceptację dokonaną przez nauczycieli będziemy mogli ocenić dopiero za rok, kiedy będzie miał szansę jako całość wejść do użytku w szkołach. Żaden nauczyciel nie podejmie się używania podręcznika, jeśli nie ma kompletu, a ten stan osiągnęliśmy dopiero teraz.

Dalej: https://www.gosc.pl/doc/6655132

***
Robert Traba, historyk i politolog. Od roku 2007 do grudnia br. był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej. W latach 2006–2018 kierował Centrum Badań Historycznych PAN w Berlinie. Obecnie profesor w Instytucie Studiów Politycznych PAN w Warszawie.

Wspólna Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa

Kommentarz profesora Michaela Müllera

Europa – unsere Geschichte. Ein Schulbuch für Deutsche, Polen und Europäer

Das in deutsch-polnischer Zusammenarbeit gerade fertiggestellte vierbändige Unterrichtswerk zur europäischen Geschichte ist das weltweit zweite in transnationaler Kooperation erarbeitete Schulbuch – und (hoffentlich!) das erste, das in der schulischen Unterrichtspraxis auch wirklich breit genutzt werden wird, in Polen, in Deutschland, vielleicht auch anderswo in Europa.

Das Projekt hat wiederum seine eigene Geschichte. Es geht zurück auf die langjährige Arbeit der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission der Historiker und Geographen. Im Blick auf deren Erfahrungen und Kompetenzen haben die Außenminister Polens und Deutschlands unserer Kommission 2007 den Auftrag erteilt, ein gemeinsames Schulbuch für Geschichte zu erarbeiten. Das geschah dann in mehreren Stufen. Bis 2012 untersuchten Expert*innengruppen, welche Anforderungen ein solches Schulbuch in beiden Ländern je erfüllen mussten, und sie erarbeiteten genaue Empfehlungen für die inhaltliche und didaktische Gestaltung. 2012 wurden aufgrund einer öffentlichen Ausschreibung zwei Verlage mit der Realisierung beauftragt – der deutsche Verlag Eduversum und der bekannte polnische Schulbuchverlag WSiP (Wydawnictwo Szkolne i Pedagogiczne). Dann begann die Arbeit der deutsch-polnischen Autor*innenteams, unterstützt vom Expertenrat unserer Kommission. So wurden zwischen 2016 und 2020 sukzessive die vier Bände fertiggestellt.

Unsere Ziele werden in der Ansprache an die Schülerinnen und Schüler auf der Auftaktseite zu Bd. 1 erklärt. Es geht darum, dass junge Menschen „die europäische Geschichte aus verschiedenen Blickwinkeln“ kennen lernen, Wichtiges über die Geschichte auch unserer Nachbarn erfahren – und dadurch eben ein Verständnis dafür entwickeln, dass die europäischen Gesellschaften sehr unterschiedliche historische Erfahrungen gemacht haben, diese Erfahrungen zugleich aber immer eng miteinander verflochten waren.

Geschichte ist nicht einfach ein Archiv gesicherten Wissens über die Vergangenheit, schon garnicht etwas, was man in einer authoritativen, „objektiven“ Erzählung über Europa darstellen könnte. Es gibt Tatsachen (Ereignisse, Strkturen, Wandlungsprozesse), die genau zu rekonstruieren und zu dokumentieren die Aufgabe der Historiker*innen ist; sie sind dabei dem Prinzip der Objektivität und Wahrhaftigkeit verpflichtet. Eine ganz andere Sache ist jedoch, wie einzelne europäische Gesellschaften/Nationen, einzelne regionale, kulturelle und soziale Gruppen, ja auch einzelne Menschen die „große“ Geschichte je erfahren haben bzw. sich daran erinnern.

Jene „große“ Geschichte stellte und stellt sich den Menschen in Europa in Erfahrung und Erinnerung auf sehr unterschiedliche Weise dar. Es macht zum Beispiel einen gewaltigen Unterschied aus, ob man den deutschen Eroberungs- und Vernichtungskrieg gegen Polen im Jahr 1939 aus der Perspektive der Tausende zählenden Opfer unter der polnischen Zivilbevölkerung und deren Nachkommen wahrnimmt oder aus der der damals noch kaum vom Krieg betroffenen deutschen Bevölkerung. Ebenso macht es aber einen gewaltigen Unterschied aus, ob man die Erfahrungen von Flucht, Vertreibung und Zwangsumsiedlung aus den ehemaligen deutschen Ostgebieten in den Jahren 1944/45 aus der Perspektive der betroffenen Deutschen oder aus der der polnischen Nachkriegsgesellschaft sieht. Dass Nationen, besondere Gruppen und auch Einzelne unterschiedliche historische Erinnerungen haben, ist legitim und sozusagen natürlich. Ebenso natürlich ist, dass sich an die jeweiligen kollektiven Erinnerungen sehr unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit knüpfen – wenn auch nicht alle dieser Deutungen „legitim“ erscheinen mögen oder zumindest kontrovers sind.

Lernen über Geschichte muss in jedem Fall aber auf selbständiger, kritischer Urteilsbildung beruhen. Dem entspricht das Angebot verschiedener didaktischer Bausteine in dem Schulbuch. Neben der konventionellen Fakteninformation (Ereignisse, Strukturen, Begriffserklärungen) werden unter dem Stichwort „Blickwinkel“ unterschiedliche Deutungen der Vergangenheit miteinander konfrontiert. Sogenannte Methodenseiten geben Anleitung zum kritischen Umgang mit Quellen und Sekundärinformationen. Unter der Rubrik „Vergangenheit in der Gegenwart“ wird auf Spuren der Geschichte in unserer heutigen Lebenswelt aufmerksam gemacht und zu deren kritischer Wahrnehmung angeregt.

Die Initiator*innen und Verfasser*innen des vierbändigen Schulbuchs wünschen sich sich, dass es einen Beitrag zur Entwicklung einer Kultur der dialogischen Erinnerung in Europa leisten kann. Damit es dazu kommen kann, braucht es aber – wie Robert Traba (polnischer Ko-Vorsitzender der Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission bzw. der Projektgruppe Schulbuch) zurecht angemerkt hat – nicht nur wechselseitige Empathie, sondern auch die Bereitschaft, die „Polyphonie der nationalen Erinnerungskulturen“ als „dialogbereichernd“ anzuerkennen.

***

Michael G. Müller, Professor für Geschichte an der Martin-Luther-Universität Halle, ehemaliger Ko-Vorsitzender der Gemeinsamen Deutsch-Polnischen Schulbuchkommission und Ko-Vorsitzender des Expertenrats für die Projektgruppe Deutsch-Polnisches Schulbuch

Filozofia praktyczna, odcinek kolejny

Tabor Regresywny

Kiedyś na Wdzydzach mieliśmy bardzo silny szkwał. Tak silny, że nawet Heniu, który dwa razy opłynął Horn, był wystraszony i mówił, że takiej wichury jeszcze nie widział.

Ciekawa dość sprawa.

Wtedy napisałem na facebooku, że po tej kolejnej odsłonie apokalipsy, organizuję ewakuację na Wyspy Szczęśliwe. Wyspy Szczęśliwe to moje przemyślenia o ewakuacji.

Oczywiście, że ewakuacja, ale DOKĄD?

Stwierdziłem, że najbardziej sensowne jest ewakuowanie się na Wyspy Szczęśliwe, bo wszelkie inne kierunki byłyby łatwe do skrytykowania.

Ale chyba nie ma Wysp Szczęśliwych. Może były, ale zostały zagospodarowane przez koncerny turystyczne; mnóstwo uciech kosztem wielu ludzkich nieszczęść.

Ale, za sprawą paru zbiegów okoliczności oraz Aguuli Marzycielki, która nadała zdjęciu mojego wozu tytuł: Kosmos, stwierdziłem, że jednak są Wyspy Szczęśliwe. Jest ich tysiące, może nawet miliony. Wystarczy wieczorem spojrzeć w rozgwieżdżone niebo, żeby je zobaczyć. Myślę, że tam są Wyspy Szczęśliwe. Na to, że tak może być, przytoczę argument z Biblii, który mi się bardzo podoba. Rzecz dzieje się na pustyni. Bóg mówi do Abrahama, żeby wyszedł przed namiot i popatrzył na niebo. Gdy Abraham zobaczył miliony gwiazd, usłyszał jak Bóg powiedział: zobacz tam rozmnożę twoje plemię. Ale najprawdopodobniej ten, kto spisywał biblię, coś pomieszał, albo Abraham był przygłuchawy, bo usłyszał: Tak rozmnożę twoje plemię.

Może tam jest ta ziemia obiecana (ta ziemia obiecana tu na Ziemi nigdy nie była taka obiecana, jak to było obiecane), przyjmijmy, że Wyspy Szczęśliwe są w kosmosie. Pytanie jakie się nasuwa to: Jak się Tam dostać? Ale to pytanie całkowicie zignoruję (odłożę). Postawię inne pytania, bardziej fundamentalne i ważniejsze: Dlaczego nas Tam jeszcze nie ma? Co my tutaj, na tym ziemskim padole jeszcze robimy? Jeżeli faktycznie są Wyspy Szczęśliwe i są nam pisane, to co my tu jeszcze robimy?

Moje doświadczenia z ostatnich lat i droga myślenia, na którą wszedłem, sugerują mi odpowiedź, na którą najłatwiej znowu odwołać się do tekstów biblijnych. Bo z tym jesteśmy obeznani. Otóż w zaleceniu, żebyśmy czynili ziemię sobie poddaną, zobaczyłem ciekawą sprawę. W Biblii tysiąclecia przetłumaczono to jako: ujarzmiajcie ziemię. Z kolei użyję drugiego motywu, w legendarnym ogrodzie, Edenie Bóg mówił do Adama: Będziesz sprawował ten ogród. Z moich doświadczeń wynika, że czynienie ziemi sobie poddaną można realizować na dwa zupełnie odmienne sposoby. Jeden to ujarzmianie i to jest to co ludzie robią z wiadomym skutkiem, a drugi to sprawowanie, które zostało zapomniane, zlekceważone, wyśmiane. Jeżeli w ogóle miało miejsce to zostało całkowicie zignorowane. Widzimy do czego doprowadziło ujarzmianie: wisi nad nami katastrofa klimatyczna, na każdym kroku toniemy w zwałach śmieci, szerzy się pandemia i grozi nam katastrofa gospodarcza.

Po co w to zostaliśmy wkręceni, na co nam to było? Tu pojawiła mi się taka hipoteza, (rozwinięcie tekstu pt. K-utopia), że zanim otworzy się nam droga na Wyspy Szczęśliwe, to mamy do bólu, do końca poznać skutki ujarzmiania, czyli takiego sposobu czynienia ziemi sobie poddanej, który jest bardzo niewłaściwy, ale jednocześnie niebywale kuszący i bardzo dobrze uzasadniony. Myślę, że teraz właśnie doświadczamy skutków tego ujarzmiania nazwanego Oświeceniem, które miało przynieść nam dobrobyt, a przyniosło nieszczęścia.

Teraz mam pytanie: czy jest ten inny sposób, czyli sprawowanie i wydaje mi się, że jest. Myślę, że teraz jest ostatni dzwonek, na spróbowanie tego sposobu. Skutki ujarzmiania ziemi poznaliśmy aż za dobrze. W świetle tego co powiedziałem, moja odpowiedź na pytanie, co my tu robimy, jest bardzo prosta. Przechodzimy tu na ziemi pewną kwarantannę, w czasie której mamy przechorować chorobę, o nazwie Oświecenie, by raz na zawsze zejść z drogi ujarzmiania, byśmy, ewakuując się na Wyspy Szczęśliwe, nie roznieśli tej zarazy po całym kosmosie.

Bronię się przed pokusą poprawiania, ale może powinienem ulec pokusie dedykowania. Dedykuję ten tekst czterem Kasiom, dwóm Jolom i jednej Basi.

O tęsknocie za polskim chlebem, pisaniu książek i morsowaniu

Aleksandra Puciłowska

Pandemia nie przyszła jakoś niespodziewanie. Pamiętam, jak wirus dopiero co pojawił się w Chinach, a u nas już mówiono – że prędzej czy później – przyjdzie do nas. I faktycznie stało się to dość szybko, by przyjąć potem formę lawiny, która powoli, ale bezustannie zaczęła zmieniać nasze życie na zupełnie inne, niż znaliśmy do tej pory. Całe to szaleństwo trwa już ponad rok, co skłoniło mnie do refleksji nad tym, co zmieniło się przez ten dziwny, trudny czas w moim życiu. Na ile koronawirus i to, że świat zmienił się nie do poznania, wpłynęło na mnie i moją codzienność? I czy negatywne doświadczenia można wykorzystać, przekuwając je w coś pozytywnego? Na ile mamy wpływ na to, co dzieje się wokół nas? Te i inne pytania pojawiają mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Myślę, że odpowiedzi na nie są ważne, bo mogą sporo powiedzieć nam o nas samych.

Ja dowiedziałam się na przykład, że kocham Polskę. Nawet z tym całym syfem, który się tam obecnie dzieje na tak wielu płaszczyznach. Boli, gdy na to patrzę i nie zachęca do powrotu, ale jednocześnie nie zagłusza tęsknoty. Choćby – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – za chrupiącą skórką polskiego, białego chleba. On, cholera!, faktycznie smakuje najlepiej. Od wybuchu pandemii moje wizyty w Polsce ograniczyły się do minimum. To wiąże się między innymi z brakiem ważnego dowodu osobistego. Nie mogę, z jakichś dziwnych, nie do końca dla mnie zrozumiałych powodów (po odpowiedzi odsyłam do Państwa Przyłębskich), złożyć wniosku o jego wyrobienie w Ambasadzie w Berlinie. A do Polski też nie bardzo mam jak pojechać. Mam więc nieważny dowód i liczę, że do lata gdy ważność traci też mój paszport, będę miała w ręku już obywatelstwo niemieckie z jakimś ważnym dowodem tożsamości.

O ile za dowodem polskim nie tęsknię, to uczucie tęsknoty tkwi w moim sercu. Chciałabym pochodzić po polskich chodnikach, posłuchać wokół siebie ludzi mówiących po polsku. Brakuje mi tego. To ładowało w jakiś magiczny sposób moje akumulatory. Zawsze wracam do Berlina, ale Polką się nie bywa, Polką się jest. Nawet z nieważnym dowodem tożsamości.

Na początku pandemii straciłam pracę. Zwolnili mnie z dnia na dzień. Z firmy, dla której zrobiłam tyle nadgodzin za friko, jak nigdy w całym życiu. Wkurzyłam się, poszliśmy na noże. Ja – która zazwyczaj unika konfrontacji. Ostatecznie wygrałam, co pokazało mi, że jestem silna. I że, jeśli się uprę, to potrafię osiągnąć swój cel, nawet jeśli po drodze nie będzie łatwo. Muszę mieć po prostu odpowiednią motywację. A wypowiedzenie z pracy, gdy świat właśnie ogarnia pandemia i nikt nie wie, czy jego firma to przetrwa – okazało się właśnie tym, czego potrzebowałam.

Poszłam więc za ciosem. Nagle miałam bardzo dużo wolnego czasu. Wysyłałam mejle z podaniem o pracę każdego poranka, a potem dzień stał przede mną otworem. Zajęłam się zatem tym, co zawsze wychodziło mi najlepiej: pisaniem. Czasem siedziałam do 4 nad ranem, nie mogąc się oderwać od historii, która jakoś tak nagle pojawiła mi się w głowie. Nie zrobiłam żadnego planu, usiadłam i zaczęłam pisać, by po kilku zaledwie tygodniach postawić ostatnią kropkę. W ten sposób spełniłam swoje największe marzenie: napisałam książkę. Próbowałam to zrobić wcześniej już wielokrotnie i nigdy nie dotrwałam do końca. Ale nie tym razem – teraz już wiedziałam, że chodzi tylko o motywację.

Tej nie zabrakło mi także potem – premiera książki jeszcze w tym roku, a ja w międzyczasie znalazłam nową, lepiej płatną pracę.

Mam fajnych przyjaciół. Nawet coraz to większe ograniczanie kontaktów społecznych nie przeszkodziło nam w pozostaniu w kontakcie ze sobą. Wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej doceniliśmy ten czas, który dany nam było spędzić ze sobą w realu. Powiem więcej – zaczęli odzywać się ludzie, z którymi kontakt wcześniej mi się urwał. Szukamy zatem, jako ludzie, kontaktu z drugim człowiekiem. To daje nadzieję na przyszłość. Poczucie wspólnoty – to może nas jedynie uratować.

Skończyłam w tym roku 34 lata. Dzień po moich urodzinach sprawiłam sobie sama prezent i poszłam morsować. Chciałam to zrobić od zawsze, ale wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Ale – sami wiecie – wszystko zależy od… motywacji. Mnie i Adrianowi, który mi towarzyszył, nie przeszkodził nawet lód na jeziorze. Było wspaniale.

Wnioski? Ten dziwny czas, który mamy namieszał sporo w moim życiu. Ale pokazał mi też, że otaczającą nas rzeczywistość, tworzymy my sami. I, że jeśli znajdziemy coś, co będzie nas napędzać, to w końcu osiągniemy to czego chcemy.

Dbajmy o siebie, pozostańcie zdrowi. I weźmy z tego trudnego czasu dla nas to, co najlepsze.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka… (2)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

znalezione dla nas przez Zbigniewa Milewicza

Beznadziejna sprawa

Przypominam – kliknijcie w kolejny obrazek i wtedy da się wygodnie poczytać…

Chuch świadka

Przez wiele lat po wojnie sądy nie nie dysponowały żadnymi urządzeniami do pomiaru alkoholu w organizmie ludzkim. Kiedy więc w latach 60 stający przed sądem w Mikołowie świadek zachowywał się bardzo dziwnie, sędzia Andrzej Josse powziął wątpliwość co do stanu jego trzeźwości. Poprosił świadka, by ten chuchnął w twarz woźnemu sądowemu. Woźny zapytany następnie, czy czuje zapach alkoholu od świadka, oświadczył, że wyczuł jedynie woń…bigosu.

Potem okazało się jednak, że świadek był długoletnim znajomym woźnego.

No to na drugą nóżkę, na zakończenie tego odcinka:

Czas trzeźwienia

W czasie rozprawy karnej, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Katowicach, oskarżony zakłóca tok rozprawy i zachowuje się skandalicznie.

Sędzia Michał M., zorientowawszy się, że oskarżony jest kompletnie pijany, poleca wezwać patrol milicyjny, aby zatrzymać oskarżonego, a następnie zarządza 10-minutową przerwę.

Oskarżony wychodząc z sali rozpraw mruczy pod nosem:
Czy on myśli, że ja przez 10 minut wytrzeźwieję?

Następne historyjki za tydzień

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (2)

Lech Milewski

dalszy ciąg wpisu z wczoraj

I mówił znowu Pan do Mojżesza: Powiedz Izraelitom, niech sobie zrobią frędzle na krajach swoich szat, oni i ich potomstwo, i do każdej frędzli użyją sznurka z fioletowej purpury (fringes of blue). Dla was będą te frędzle, a gdy na nie spojrzycie, przypomnicie sobie wszystkie przykazania Pana, aby je wypełnić, Księga Numerów 15:38-40.

Ostatnie spotkanie Kwakrów w Warszawie. 

Dr Hilda Clark, bardzo zasłużona działaczka charytatywna, pogratulowała efektów pracy Towarzystwa w Polsce i opowiedziała o kolejnym kraju potrzebującym pomocy – Grecja.
Grecja zachowała neutralność przez większość I Wojny, w 1917 roku dołączyła do Aliantów.
Gdy wojna się skończyła, Grecja, przy zachęcie Anglii, zaatakowała Turcję – zajęła Smyrnę i spore tereny na zachodzie kraju, planowała zajęcie stolicy kraju – Ankary.

W 1922r sytuacja diametralnie się zmieniła.
Upadło cesarstwo ottomańskie, do głosu doszły elementy postępowe pod przywództwem Kemala Ataturka. Jednocześnie okazało się, że Turcja nadal kontroluje wiele roponośnych terenów, co zyskało jej przychylność zarówno USA jak i ZSRR. Również i Anglii, która z dnia na dzień wycofała swe poparcie dla Grecji.

Dygresja na czasie – książe Andrzej, ojciec niedawno zmarłego księcia Filipa, służył podczas tej wojny w armii greckiej, w randze generała. Nie zgadzał się z agresywną strategią greckiej generalicji, za co obwiniono go o zdradę i aresztowano. Ostatecznie został skazany na wydalenie z kraju. Przezornie wcześniej przeniósł swoją rodzinę na wyspę Korfu i tam właśnie urodził się książe Filip.
Królem Anglii, która odegrała w tej wojnie dwuznaczną rolę, był Jerzy V, dziadek królowej Elżbiety II.

Rezultatem przegranej wojny była rzeź Greków. Ich ostatnią przystanią była Smyrna (obecnie Izmir) gdzie na ewakuację czekało 200 000 Greków i Ormian. Kilka dni po zajęciu miasta przez Turków, wybuchł pożar i rzeź. Ilość ofiar ocenia się na 180 000.

W porcie w Smyrnie zakotwiczonych było wiele statków, głównie angielskich, ale zasada zachowania neutralności nie pozwalała im na udzielenie pomocy, bezradnie oglądali masakrę.
Pierwszy z pomocą pospieszył statek japoński, gdyż Japonia nie miała żadnych interesów w tych okolicach.

W ramach traktatu pokojowego w Lozannie ustalono zasady ewakuacji (1 500 000 Greków z Turcji do Grecji i 400 0000 Turków w odwrotnym kierunku) i tu było pole do działania dla Towarzystwa Przyjaciół. 
Statki z uchodźcami dopływały do Salonik, Towarzystwo już zorganizowało tam obóz – czy jest ktoś chętny do pracy?
Joice podniosła rękę, Sydney poszedł jej śladem.

Na początku maja 1923 roku Joice przyjechała pociągiem do Salonik. Sydney miał dołączyć do niej za kilka miesięcy, po zakończeniu pracy nad projektem szkoły w Brześciu.

Pierwsze kroki były trudne.
Ze swojej pracy na wydziale historii klasycznej Uniwersytetu w Melbourne Joice znała sporo klasycznej greki, która, ku jej zaskoczeniu, okazała się teraz nieprzydatna.
Kwakrzy zaopatrzyli ją w nieco gotówki na pierwsze dni pobytu. Okazało się, że dwa dni przed jej przyjazdem dokonano wymiany pieniędzy i jej zasoby nie były wiele warte, przejazd konną taksówką do obozu uchodźców załatwił jej przyjazny portier w hotelu.
Podczas długiej jazdy taksówkarz rzucił nieco światła na obecną sytuację w Grecji.
– Cały świat będzie pomagał przybywającym tu uchodźcom, a kto pomoże nam, którzy też straciliśmy wszystko podczas wojny?
– Ale to przecież Grecy, wyznają waszą religię – mitygowała go Joice.
– Grecy, religia. Wielu z nich nie zna naszego języka, po latach życia wśród muzułmanów zapomnieli naszej wiary.

Dojechali wreszcie do terenów wojskowego lotniska, na którym piętrzyły się stosy zwłok – ofiary Blackwater Fever (odmiana malarii).

Kilka kilometrów dalej była tablica – Thesalloniki Agricultural Institute and Farm School – po obu stronach flagi – USA i Grecji.

Niebieskie paski – przypomniał jej się komentarz polskiego generała o przeznaczeniu do służby.

Spotkanie z amerykańską multimilionerką ubraną w strój roboczy poprawiło humor.
W magazynie czekano na kolejny pociąg z dostawami odzieży, koców, chininy i szczepionek.

Pierwszą noc spędziła w baraku.
Nastęnego dnia poznała doktora Johna House i jego żonę Susan. Ich motto – specjalizujemy się w rzeczach niemożliwych.
Zorganizowali Joice lekcje greckiego.
Jej główne zajęcia to rozdział odzieży, odwszanie, praca w kuchni i przy wydawaniu posiłków oraz pomoc przy szczepieniach.

W kuchni poznała gorzki smak chleba, do którego z braku mąki dodawano mąkę z żołędzi.
Do zupy z kolei dodawało się bardzo pożywny szarłat, który przypomniał Joice biedę na farmie w Australii.

Z pomocą tłumacza Joice zorganizowała dla przybywających wciąż sierot klasy, gdzie uczono je, jak żyć w Grecji. To była istotna umiejętność. Większość sierot to były dziewczynki, wiele ofiar gwałtu. W ich tradycji rodzinnej kobiety pełniły służebną rolę, nie miały nawet podstawowego wykształcenia, nie były przygotowane do żadnego zawodu. To wszystko musiało się zmienić.
Zaczęto od nauki gotowania, szycia, czytania i pisania, podstawowej opieki medycznej.,

Przy okazji Joice zorientowała się, jak istotne znaczenie dla ludzi w tak tragicznej sytuacji, miała ich tradycyjna wiara – liturgia pełna ceremoniałów i obrzędów, święte obrazy i rzeźby.
Joice musiała hamować zapędy reformatorskie swoich kolegów – surowych, minimalistycznych, protestantów.

Nadchodziła jesień, do Joice dołączył jej mąż, jednocześnie rozpoczęła się epidemia malarii.
Joice dowiedziała się o rybie – gambuzja pospolita, nazywana potocznie – mosquito fish, która masowo niszczyła komary. Dzięki jej staraniom założono liczne stawy hodowli tych ryb i w ciągu kilku lat malaria została wyeliminowana.

W ciągu dwóch lat praca i życie Joice i Sydney’a w Grecji ustabilizowały się, przyszedł czas na wakacje.
Po dwóch dniach podróży dotarli na półwysep Atos, nazwany tak na cześć syna Posejdona. W dali widzieli potężną sylwetkę Góry Atos.
Rozbili namiot w okolicach niewielkiego miasteczka Ouranopolis.
Tam spotkali mnichów z okolic świętej góry, którzy przyjeżdżali kupować kozie mleko.
W Monastycznej Republice Atos (obecnie uznanej oficjalnie przez Unię Europejską) istotom płci żeńskiej wstęp wzbroniony. Zakaz obejmuje więc również kozy. 
Jedyne wyjątki to koty niezbędne do kontroli szczurów i kury, których jajka są potrzebne do malowania ikon.
Wielu mnichów pochodziło z Rosji, skąd uciekli po rewolucji. Zaprosili Sydney’a do klasztoru i pokazali mu bibliotekę zaopatrzoną w księgi zarówno z Bizancjum jak i ze starożytnej Grecji i carskiej Rosji.

Sydney stał się regularnym gościem klasztorów na wyspie, gdzie zwiedzał biblioteki i skarbce.
Joice zaczęła pisać książki, na które nie miała czasu podczas pobytu w Polsce.
Pierwsza to – The fourteen thumbs of St Peter – sensacyjna opowieść inspirowana pobytem w ZSRR. 
Joice wykorzystała swoje wspomnienia z wystawy ateizmu w Moskwie, fakt aresztu przemytniczki relikwii oraz nowopowstały kult Lenina. Podobieństwo kultu boga i wodzów rewolucji było dla niej oczywiste.
Kolejna książka to River of hundred ways – relacja w pracy w Poworsku. Tytułowa rzeka to Prypeć.

Obie książki zainteresowały londyńskich wydawców i Joice otrzymała sporą zaliczkę, której znaczną część przeznaczyła na pomoc dla Ouranopolis – między innymi doprowadzenie wodociągu.

Wkrótce zorganizowała dostawy szczepionek i witamin dla dzieci chorych na malarię i krzywicę.

Nie minęło wiele czasu, a Joice stała się niezastąpionym członkiem miejscowej społeczności – pomoc medyczna, pisanie listów, załatwianie spraw urzędowych, organizacja szkół.
W Ouranopolis znajdowało się jeszcze coś, co zafascynowało Joice i Sydney’a – stara wieża.

Bardzo operatywny burmistrz miasta szybko zorientował się, że stała obecność osób takich jak małżeństwo Loch, to skarb i po krótkim czasie zaproponował im wieczystą dzierżawę wieży. Dzierżawa była poparta rządowym grantem.

Wkrótce małżonkowie doprowadzili wieżę do względnego porządku i przeprowadzili się. Z Salonik sprowadzili elektryka, który założył oświetlenie elektryczne, zasilane generatorem. Pierwszymi gośćmi w wieży byli mnisi z klasztorów na Górze Atos, głównie uciekinierzy z Rosji. Przyciągnęła ich informacja o dobrze wyposażonej bibliotece i dobra kawa. Inni goście to były zazwyczaj osoby proszące o lekarstwa i pomoc medyczną.
Zgłasiła się również do nich pani Zofia Topolska, wdowa po uciekinierze z Rosji, która zaoferowała prowadzenie domu w zamian za gościnę.
Wkrótce okazała się osobą nie do zastąpienia, a wieża w Ouranopolis stała się Instytucją.
Mieszkańcy wsi wiedzieli, że zawsze dostaną tu pomoc medyczną. Często w nocy budziło Joice stukanie do drzwi. Kyria (pani) Loch, doktorika! – dobiegało wołanie matki, która przyniosła chore dziecko.
Joice nawiązała współpracę z lokalnymi znachorkami-położnymi. Znajdowała wiele rozsądku w ludowej medycynie a ze swojej strony starała się wdrożyć zasady higieny i wykorzenić bezsensowne przesądy. 
Z drugiej strony wieża stała się popularnym miejsce urlopów dla licznych przyjaciół z Australii i Anglii. Odwiedził ją również Melchior Wańkowicz.

Jednak głównym wyzwaniem dla Joice była aktywizacja zawodowa kobiet, znalezienie im zajęcia, które podniesie ich pozycję społeczną, wyzwoli je z niewolniczej pracy w domu.
Znalazła – wiele przybyłych z Turcji kobiet wspominało jak spędzały tam wiele czasu na produkcji dywanów. Na początek zamówiła u lokalnego stolarza warsztat tkacki, wkrótce pierwszy, jedwabny, dywan o tureckim wzorze był gotowy. 

Wkrótceokazało się, że wiele kobiet chciałoby się podjąć takiej pracy. Potrzebna była wełna (jedwab był zbyt drogi), barwniki i krosna.

Joice wkrótce przełożyła to na konkretną akcję – znalazła misję Kwakrów, która zapewniła dostawy wełny, zorganizowała lokalną produkcję krosien. Miała wizję stworzenia rozpoznawalnej marki – Pirgos Rugs (woven in Macedonia).
Okazało się jednak, że jest pewien poważny problem – wzornictwo. Wszystkie jej podopieczne znały tylko motywy tureckie, perskie, muzułmańskie, które dla Greków były nie do przyjęcia
Zwróciła się o pomoc do Sydney’a, który miał dostęp do skarbów sztuki bizantyjskiej w klasztorach na Górze Atos. Razem opracowali unikalne wzory.
Przełamanie przesądów zabrało kilka lat, po których Pirgos Rugs zdobyły nagrodę na międzynarodowej wystawie. Za tym ruszyły zamówienia. Joice postarała się aby dotarły do Anglii, USA i Australii.

Lata mijały pracowicie i pogodnie aż nadeszła jesień 1939 – wybuch II Wojny Światowej. 
W Grecji panowała akceptowana przez obywateli dyktatura, która nie uległa naciskowi państw osi.
Pod koniec 1940 roku włoska armia zaatakowała Grecję. Napotkali niespodziewany opór i ostatecznie zostali przegonieni do Albanii. Było to pierwsze zwycięstwo Aliantów w tej wojnie.

Joice i Sydney’a nie było już wtedy w Grecji.
Już w sierpniu 1939 roku otrzymali list od Melchiora Wańkowicza, informujący o mobilizacji w Polsce.
Na Boże Narodzenie 1939 otrzymali telegram z nominacją Sydney’a na szefa Misji Kwakrów w Rumunii. Celem misji był ratunek uciekinierów z Polski.
Joice dostała zadanie zorganizowania opieki nad kobietami i dziećmi.

Pozostawili wieżę pod opieką pani Zofii Topolskiej, w Salonikach dostali bilety do Bukaresztu, gdzie mieli ściśle współpracować z poselstwem angielskim.

Sytuacja była następująca: uciekinierzy z Polski mieli dwie możliwości – zgłosić się do obozu dla internowanych, gdzie istniało ryzyko, że po inwazji Rumunii przez Niemcy lub ZSRR, ich los znacznie się pogorszy. Druga opcja – kupić na czarnym rynku wizy wyjazdowe z Rumunii, a wtedy poselstwo kupi im bilety do Francji. 

Dla odważnych, którzy gotowi byli zaryzykować ucieczkę do Jugosławii, Sydney organizował narty i odpowiednie ubrania.
Święta spędzili przy akompaniamencie polskich kolęd.

W ciągu następnych trzech miesięcy Kwakrzy zorganizowali w Anglii sporą pomoc finansową. Joice i Sydney przełożyli to na zorganizowanie mieszkania i wyżywienia.
Do pomocy dołączyło się wielu zamożnych i wpływowych Rumunów.
Dzięki nim działalność komitetu Save the Poles stała się na tyle widoczna, że król Karol II przyznał Joice Order Elżbiety, a Sydney’owi Order Gwiazdy.
W tej atmosferze zorganizowany został elegancki bal charytatywny, po którym Joice dostała ciekawą propozycję – z uzyskanych funduszy miała zorganizować drukarnię w obozie uchodźców. Propozycja wydawała się nieco ekstrawagancka, ale miała drugie dno – w obozie przebywa zawodowy fałszerz dokumentów, który potrafi wyprodukować wizy wyjazdowe. 
Doświadczenie Sydney’a z organizacji drukarni w Polsce okazało się bardzo przydatne.

Wiosna 1940 – w Bukareszcie pojawiły się bojówki faszystowskiej Żelaznej Gwardii, Hitler zażądał od Rumunii zwiększenia dostaw żywności i ropy naftowej.
Bułgaria i ZSRR zaanektowały rumuńskie tereny przygraniczne.
Ceny poszybowały do góry, dobroczynność Rumunów zmalała.

Trzeba wyprowadzić stąd tysiące polskich uciekinierów – TERAZ.

Sydney został szefem operacji Pied Piper (Flecista z Hamelinu, szczurołap, który z niemieckiego miasteczka Hameln wyprowadził dzieci, grając na flecie).
Cel – wywieźć Polaków na Cypr (Anglia wyraziła zgodę), a stamtąd na Bliski Wschód, głównie do brytyjskiej Palestyny.

We wrześniu pierwsza grupa opuściła pociągiem Bukareszt. Pierwszy przystanek – port Konstanca nad Morzem Czarnym, stamtąd prom do Konstantynopola, a kolejny prom – do Mersin w tureckiej Anatolii.
W Mersin trafiła się okazja – prom Warszawa, który został zakontraktowany przez brytyjską armię do transportu polskich żołnierzy do Palestyny, może zrobić mały skok w bok i przewieźć Joice i uciekinierów z Rumunii na pobliski Cypr.

Na Cyprze Joice spotkała Sydney’a, który przypłynął tu z grupą ponad 1 000 polskich uchodźców.
Pobyt na Cyprze nie trwał długo. Wiosną 1941 Niemcy zaatakowały Grecję, Cypr nie był bezpieczny. Anglia zorganizowała transfer uchodźców do Haify w Palestynie.
Bilans operacji Pied Piper – 2 500 osób uratowanych.

W Haifie Joice mogła zobaczyć na każdym kroku niebieskie paski wspomniane przez polskiego generała…

Star of David

W 1942 roku do Palestyny zaczęli napływać polscy uchodźcy z ZSRR, wyprowadzeni z Armią Andersa. 
Konieczne było założenie obozu Tel Avivie, gdzie było więcej przestrzeni.
Wśród uciekinierów było wiele dzieci – sierot lub odłączonych od rodziców. Wkrótce Joice miała pod opieką około 10 000 dzieci i wdów.
Pzy okazji udało jej się dopilnować istotnej sprawy – wpisania dzieciom do dokumentów statusu żołnierza. To przenosiło finansowy ciężar ich utrzymania na brytyjskie War Office.
Zaliczały się do tego mundury, nawet najmniejsze rozmiary wyglądały karykaturalnie na 12-letnich, wygłodzonych dzieciach

Istotnym problemem był tyfus. Na masowe szczepienia brakowało funduszy, na szczęście grupa polskich uciekinierów zorganizowała występy, dochody wystarczyły na stworzenie laboratorium, w którym znajdujący się w gronie uchodźców naukowcy wkrótce zaczęli produkować szczepionkę.

Od polskich żołnierzy Sydney dowiedział się o zbrodni katyńskiej. Napisał na tej podstawie szczegółowy raport do War Office, licząc, że żołnierska solidarność przełoży to na wymierną pomoc.
Raport zaginął bez śladu. To nie był wygodny dokument w klimacie militarnego sojuszu z ZSRR.

Wiele dzieci chorowało na szkorbut. Potrzebne były witaminy, co nie było proste do załatwienia przez biurokratyczną machinę brytyjskiej armii.
Sydney wymógł wypożyczenie wojskowego samochodu, za godzinę byli w Jaffie – krainie pomarańczy. Już w pierwszym sadzie udało im się kupić na pniu, za 25 funtów, całoroczny zbiór z 12 000 drzew.

Po kilku miesiącach w obozie pojawił się kolejny problem – wiele kobiet zaszło w ciążę, ale po porodzie nie były w stanie karmić swoich dzieci piersią. 
Armia miała proste rozwiązanie – wojskowy przydział mleka w proszku.
Joice zdołała przeforsować zakupy świeżego mleka na pierwsze dziewięć dni życia od lokalnych matek.

Rok 1944 dobiegał końca, krytyczna sytuacja w obozach w Palestynie unormowała się. Anglia uregulowała sprawę migracji uchodźców w obozach w swoich koloniach. Sydney i Joice chcieli dołączyć do tego Australię, ale restrykcyjna polityka migracyjna pozwoliła na to dopiero w 1947 roku.
Przed powrotem do “domu” Joice i Sydney zostali udekorowani przez Polski Rząd na Emigracji złotymi krzyżami zasługi.

Dom – znaczy Grecja.
Sydney dostał list od Towarzystwa Przyjaciół, mianujący go szefem Szkoły Rolniczej, Joice została trochę dłużej, żeby przekazać pracę nowoprzybyłym.
Sydney, na statku do Grecji spotkał reprezentantów nowej generacji pracowników społecznych – świetnie opłacanych i kapryśnych pracowników UNRRA.

U celu zastali kraj kompletnie zniszczony wojnami, tą z Niemcami i domową.
Podczas wojny pozytywnie wyróżnili się greccy partyzanci o przekonaniach komunistycznych i właśnie oni uzyskali główne poparcie militarne Anglii.
Po wojnie nastał nowy porządek – tereny starożytnej Macedonii zostały podzielone między komunistyczne Albanię, Bułgarię i Jugosławię.
Komuniści pozostali w Grecji rozpalali wojnę domową. Liczba greckich ofiar wolny domowej przekroczyła ilość ofiar podczas wojny.

Na gospodarczym froncie – komuniści spustoczyli gospodarstwa rolne.
To był pierwszy kierunek działania – skierować fundusze UNRRA na zakup ziarna i zwierząt hodowlanych.
Minęło wiele miesięcy zanim dotarli do Oraonoupolis.
Wieża stała, ale jej wnętrze było całkowicie rozgrabione i zniszczone. Komuniści zamodrowali panią Zofię, a także wielu osobistych przyjaciół Joice i Sydney’a.
Musiało minąć jeszcze kilka miesięcy, zanim bardzo groźne bojówki komunistyczne przeniosły się do Jugosławii.

Joice uzyskała nieco środków od Towarzystwa na odbudowę zaincjonanych przez nią ośrodków medycznych. Król Grecji osobiście poprosił Joice o aktywizowanie produkcji dywanów, ale nie dał na to żadnych pieniędzy.
Mimo to produkcja ruszyła, ale zbyt w zniszczonej wojną Europie był słaby. Joice i Sydney zaapelowali do przyjaciół na innych kontynentach.

Życie wracało do normy, niestety smutną tego stroną były starość i śmierć. W 1954 r zmarł Sydney, Joice zdała sobie lepiej sprawę, jak wielu jej starych przyjaciół zmarło.
Ogromną podporą dla niej było, że owoce jej pracy w lokalnej społeczności nigdy nie umrą, wciąż będą podejowane przez nowe generacje, które zapamiętają ich początki i twórców.

W ostatnich latach życia Joice dprowadziła do realizacji bardzo istotnej inicjatywy – doprowadzenia do Ouranoupolis szosy i wodociągu.
Jej ostatnie (bardzo popularne) dzieło literackie to Tales of Christopilos – zbiór lokalnych opowieści opowiedzianych przez młodego chłopca i jego osła.

W roku 1962 Joice odwiedziła Melchiora Wańkowicza w Warszawie.

Zmarła wczesną zimą 1982.

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Joice Nankivell, Kraina, której nie było (1)

Lech Milewski

This image has an empty alt attribute; its file name is cobwebladder.jpg

Pajęcza drabina

Chciałbym Państwu przedstawić Australijkę, której dziecięce życzenie, aby po pajęczej drabinie wspiąć się do Krainy, Której nie Było  – spełniło się i to z nawiązką.
Najpierw jednak ja sam musiałem pokonać skomplikowany labirynt covidowych restrykcji, aby wreszcie zostać doprowadzonym przez długi łańcuch bibliotecznych strażników do stołu, na którym, na poduszce, spoczywał pierwszy szczebel mojej wędrówki.

Skąd taka specjalna troska?
Książka wydana w 1915 roku.
Ja jestem odrobinę młodszy i nie potraktowano mnie tak luksusowo.
Zatem i ja będę traktować moich czytelników dość obcesowo i strzelę na początku z działa dużego kalibru – 

J. Nankivell-Loch – A Fringe of Blue.

Oficjalna wizyta generała Focha w Polsce?
To musiało chyba być w roku 1923 – KLIK.
A skąd tam ta osoba o rzadkim (kornwalijskim) nazwisku?
Mało tego, google podpowiedziało mi, że pani Nankivell została wtedy odznaczona Krzyżem Zasługi. 
To chyba uzasadnia moją ciekawość i chęć podzielenia się odkryciami.
Zacznę od początku…

Joice Nankivell urodziła się w 1887 roku w rodzinie właściciela plantacji trzcin cukrowej w Queensland. To zapowiadało początek bardzo wygodnego życia, jednak już po kilku latach nad plantacją zaczęły gromadzić się chmury.
Wujek Joice, który był posłem do parlamentu stanowego, ostrzegł jej ojca, że dyskutowany jest tam projekt zakazujący korzystania z niewolniczej siły roboczej. Na plantacjach trzciny cukrowej byli to Kanacy, mieszkańcy wysp Pacyfiku.

By Unknown photographer, Public Domain, Link

George Nankivell zignorował ostrzeżenie, zresztą nie miał wielkiego pola manewru. Jego, bardzo zamożny ojciec, nie dał synom żadnej finansowej odprawy lecz oddał pod ich zarząd swoje, mocno zadłużone, plantacje.

George nie posłuchał rad, żeby zdobyć jakieś kwalifikacje potrzebne do pracy urzędniczej, krewni i znajomi mogli pomóc znaleźć wygodną posadę, uważał jednak, że siłę czerpie się z ziemi.

W rezultacie plantacja trzciny zbankrutowała, komornik zabrał całe luksusowe wyposażenie rodzinnej rezydencji.
George pojechał do Zachodniej Australii szukać złota, żonę i dzieci (do Joice dołączył brat, Geoff) wysłał do swoich rodziców w Melbourne.

Nankivell seniorzy mieszkali w luksusowej rezydencji w Melbourne, ale była to tylko fasada. Bankructwo w Queensland było dla nich szokiem, wizytę synowej i wnucząt traktowali jak dopust boży.
Siedmioletnia Joice zapamiętała, że w sobotę wieczorem, jej matka, jak każdy ze służących, dostawała tygodniową rację zapałek – 8 sztuk.
Na domiar złego Joice podpatrzyła, że jej babcia jest łysa i nosi perukę. Oczywiście nie omieszkała obwieścić tego przy posiłku i od tego czasu, ilekroć w domu byli goście, wnuczka była wysyłana do swojego, zimnego, pokoju.
W rezultacie mama Edith zwróciła się o pomoc do swojej rodziny i wkrótce wraz z dziećmi przeniosła się do swojej siostry Lily w słonecznym Brisbane (stan Queensland).
To też życie nie była sielanką. Lily była dewotką i absolutnie nie akceptowała stylu życia i sposobu wychowywania dzieci przez swoją siostrę. 
Z tego pobytu Joice zapamiętała codzienne długie modlitwy i wyjścia do kościoła, w niedzielę dwukrotne.

Po roku George Nankivell stracił nadzieję na znalezienie złota i postanowił wrócić do pracy na roli. Kuzyn zaoferował mu pozycję managera na farmie owiec w stanie Wiktoria. Warunkiem było spłacenie długu ciążącego na tej farmie. 
George nie miał żadnego kapitału i nie mógł liczyć na wsparcie ojca. Zgodnie z ówczesnym prawem nie musiał pytać żony o zgodę, więc, bez jej wiedzy, przeznaczył na ten cel cały jej posag.

Dwudniowa podróż pociągiem i dwa dni pobytu w hotelu w Melbourne były ostatnim miłym akcentem tego roku.
Z Melbourne pojechali pociągiem w głąb rolniczego Gippsland, gdzie czekał na nich ojciec i bryczką zawiózł do ich nowej rezydencji.

Drewniana, trzypokojowa, podszyta wiatrem, budka.
Szpary w ścianach uszczelnione starymi gazetami i jutowymi workami. Na klepisku odchody myszy, które były tu głównymi lokatorami.
W dobudowanej do budki budce znajdowała się kuchnia. Tam Edith zorientowała się, że dom nie posiada zbiornika z wodą. Mąż z dumą pokazał jej usprawnienie – wodę czerpało się z rzeki spuszczanym tam na łańcuchu kubłem.
Była właśnie zima, deszczowo i przeraźliwie zimno.
George spędzał większość czasu w siodle, pilnując bydła i owiec. Do Edith należała opieka nad domem i dziećmi. O szkole nie było mowy. Mieszkali na zupełnym pustkowiu, nie mieli żadnych sąsiadów. 
Edith spędzała sporo czasu ucząc dzieci z przezornie przywiezionych starych podręczników.
Na domiar złego okazało się, że Geoff cierpi na astmę.

Jedynym miłym zajęciem dzieci były wyprawy do lasu, czasami połączone z przyrządzeniem posiłku na ognisku i nocowaniem w namiocie. 
To pewnie wtedy powstał pomysł przeniesienia się do Krainy, Której nie Było.

Lato przyniosło istotną zmianę, na gorsze – upały i suszę.
Joice zapamiętała do końca życia wycie umierających z głodu zwierząt i usuwanie ich zarobaczonych zwłok.
Szczęściem w nieszczęściu było sprowadzenie się na farmę również zbankrutowanego brata George’a. Wykazał on więcej troski o Edith i jej dzieci i doradził im aby przeniosły się w bardziej cywilizowane miejsce. Wróciły więc do niezbyt im przychylnej cioci Lily w Queensland.

Po roku George zdecydował się przenieść na mniejszą farmę, w nieco bardziej cywilizowane okolice. Najważniejsze, że w okolicy była szkoła.
Byli też sąsiedzi, towarzystwo dzieci.

Joice zapamiętała wizyty wędrownych kaznodziei przeróżnych denominacji religijnych. Największą atrakcją były wizyty Armii Zbawienia. Ich domem były wozy pokryte plandeką, a towarzyszyła im orkiesta. Z całej okolicy zbiegały się dzieci, biegły za wozem i śpiewały: 
There are no flies on Jeezus,
No flies on Jeezus.
There are no flies on Jeezus,
No bloody flies on him
.

Wyjaśniam, że muchy są wręcz legendarnym utrapieniem Australijczyków.

To może właściwe miejsce żeby wspomnieć, że Joice pisze również kilka razy o kontaktach z Aborygenami. Pisze równie otwarcie jak o tej piosence.
Jednak w obecnych czasach, to co ujdzie w odniesieniu do Jezusa, nie uszłoby w Australii w odniesieniu do Aborygenów, zamilknę więc, gdyż cytowanie tych wspomnień mogłoby spowodować ukrycie książek Joice w jakimś lochu.

Dygresja – z podobnego powodu wymazano z historii staromodną protektorkę Aborygenów, Daisy Bates, o której pisałem na tym blogu – KLIK.

Bardzo istotna dla Joice była kilkumiesięczna wizyta dalekiego kuzyna jej ojca – wybitnego lekarza. Postanowił on spędzić kilka miesięcy w terenie, badając stan zdrowia i poziom opieki lekarskiej w okolicy. Obejmowało to wiele interwencji medycznych, w tym operacje. Joice była jego asystentką i wkrótce zdobyła bardzo istotne kwalifikacje.
Zaczęła snuć marzenia o studiach medycznych, ale kuzyn był bardziej racjonalny – studia są długie i bardzo kosztowne, a status kobiety-lekarza, niski. Wątpi, aby to dało jej satysfakcję.

Atrakcją innego rodzaju było wprowadzenie Joice na arenę panien do wzięcia. Kolejna ciocia zaprosiła Joice na Tasmanię na okres karnawału. Świetna okazja, aby poznać stosownych kawalerów. Joice wzbudziła spore zainteresowanie, ale nie odwzajemniła go. Wprost przeciwnie, po wielu latach obserwacji zmarnowanego życia swojej matki, nie widziała się na ani na farmie, ani jako posłuszna żona.

W tej sytuacji pozostał tylko powrót do dziecięcych marzeń.
Joice napisała cytowaną na wstępie książkę dla dzieci – The Cobweb Ladder. Książka została wysoko oceniona przez wydawcę, który spodziewał się, że będzie ona przebojem na Boże Narodzenie.

To był rok 1914. W lipcu wybuchła wojna.
Nakład książki musiano zmniejszyć z powodu racjonowania papieru, zresztą  należało się spodziewać zmniejszenia popytu. Geoff zglosił się do służby w wojsku i wkrótce został wysłany na europejski front gdzie zginął w drugim roku wojny.

Ojciec Joice zorientował się, że nie ma sensu prowadzić dużej farmy z myślą o przyszłości swoich dzieci, a właściwie już tylko jednego, Joice nie potrzebowała posagu. W tej sytuacji George Nankivell sprzedał farmę hodowlaną i zakupił sady czereśniowe, których prowadzenie nie wymagało wiele wysiłku.

Joice zdecydowała się na przeprowadzkę do Melbourne, gdzie znalazła pracę jako sekretarka na Wydziale Historii Klasycznej tutejszego uniwersytetu. Równocześnie miała roboczy kontakt z redakcjami i wydawnictwami i dzięki temu poznała dobrze zapowiadającego się pisarza – Sydneya de Loghe, który uprościł swoje nazwisko na – Loch.

Sydney Loch pochodził ze szkockiej rodziny arystokratycznej, której z dawnej świetności pozostało tylko nazwisko. Kilka lat wcześniej emigrował do Australii, gdzie spróbował pracy na farmach bydła. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się do australijskiej armii i został ranny w bitwie pod Gallipoli. Do końca życia lekko utykał.
Po powrocie do Australii napisał książkę The Straits Impregnable (Cieśnina nie do przebycia), w której opisał wiele przypadków niekompetencji angielskiego dowództwa kampanii.
Przez kilka kilka miesięcy książka była sensacją. Gdy zauważyły ją władze, została natychmiast wycofana z rynku.

Nie minęło wiele czasu, a Joice i Sydney stwierdzili, że są stworzeni dla siebie. 22 lutego 1919 roku wzięli cichy ślub w Melbourne. Joice nie mogła się oprzeć pewnej kobiecej słabości i na świadectwie ślubu podała swój wiek 26 lat (miała już 32).

Miesiąc miodowy spędzili już w Europie, po czym osiedlili się w Anglii. Joice już w Australii nawiązała kontakt z kilkoma redakcjami w Londynie i wkrótce zaczęła publikować wiersze i artykuły o Australii. Sydney poszedł w jej ślady, ale rozglądał się za jakimś poważniejszym wyzwaniem.

Wkrótce je znalazł.
Rok 1920 – w Irlandii toczyła się już drugi rok wojna domowa między irlandzkimi republikanami IRA i Wielką Brytanią. 

Sydney znalazł bardzo wartościowy kontakt – Anglik pracujący dla brytyjskiego wywiadu – major X.
Ta znajomość pomogła w zdobyciu wielu cennych informacji, ale też naraziła Sydney’a i Joice na podejrzenia obu walczących stron. W rezultacie wrócali do Anglii, ale nawet tu dostali ostrzeżenie, że nie są bezpieczni.
Wymiernym efektem pobytu w Irlandii była książka – Ireland in Travail (Bóle przy porodzie Irlandii).

Dokąd teraz?
Oczywistym kierunkiem był Związek Radziecki.
Wszak tam działa się Historia.

Konkurencja na rynku dziennikarskim była jednak zbyt duża. Znajomi zasugerowali kontakt z organizacją charytatywną, konkretnie Society of Friends, bardziej znaną jako Kwakrzy.

Joice i Sydney zaprezentowali się na interview z najgorszej strony – Joice była ubrana modnie i swobodnie, nie byli praktykującymi protestantami, swoje małżeństwo traktowali jako przyjacielski związek.
Być może z tego powodu zaproponowano im mało popularny kierunek – Polskę.
Ich jedynym atutem były kontakty wśród londyńskich wydawców. Towarzystwo Przyjaciół liczyło, że korespondencje z Polski mogą przyciągnąć zamożnych darczyńców.

Na marginesie wspomnę, że świat intelektualny Wielkiej Brytani podczas toczącej się kilka miesięcy wcześniej (1920 rok) wojnie Polsko-Sowieckiej, opowiadał się zdecydowania po stronie ZSRR.
Joice odwiedziła znajomych wydawców w Londynie, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem.
Nikt nie chciał słuchać o polskich ofiarach sowieckiego komunizmu. Anglicy darzyli sympatią ludzi, którzy obalili cara. Komunizm z Leninem na czele miał załatwić wszystkie problemy ludzkości.

Wczesną wiosną 1922 roku Joice i Sydney dojechali pociągiem do Warszawy.

Pierwsze wrażenie – cerkiew w centrum miasta (prawdopodobnie ta na Placu Saskim).
Na dworcu przywitał ich wysoki, elegancki mężczyzna – książe Mieńszykow – emigrant z Rosji.
Książę zaprowadził ich do pałacu Radziwiłłów (obecnie pałac prezydencki lub pałac na Długiej – Instytut Sztuki PAN lub pałac na Miodowej – Ministerstwo Zdrowia), w którym znajdowały się kwatery dla mężczyzn.
Joice została zaprowadzona do znacznie skromniejszej kwatery dla kobiet.
Podczas kilku dni pobytu w Warszawie, Joice zawarła istotną znajomość, poznała Melchiora Wańkowicza.

Warunki pracy:
7 dni w tygodniu, nienormowany czas pracy, zapewnione mieszkanie i transport, niewielkie kieszonkowe. Wszelkie dochody z pracy dziennikarskiej mają oddawać Towarzystwu Przyjaciół

Docelowe miejsce pracy to gospodarstwa na Wschodzie, z których z powodu wojny i rewolucji uciekło kilka milionów ludzi. Teraz wracają, bez niczego, w fatalnym stanie zdrowia, wielu zmarło na tyfus.
Co miesiąc do Polski przyjeżdżał pociąg z pomocą – mleko skondensowane, odżywki dla niemowląt, koncentrat mięsny Bovril, sardynki w puszce.
Sydney został wkrótce wydelegowany na wschód (miejscowość Selecz?) gdzie miał zorganizować akcję wypożyczania koni. Rolnicy mogli wypożyczyć od armii konie do wykorzystania przy orce. Rezultat był taki, że po kilku dniach koń wracał zagłodzony i kompletnie wyczerpany. Sydney zaproponował aby dostarczać grupę koni dla całej wsi i aby im towarzyszył fachowy opiekun. Rezultaty były bardzo dobre.
Kolejny projekt to zaopatrzenie w drewno do odbudowy gospodarstwa. Rolnik miał prawo wycięcia 35m3 z państwowego lasu jednak zbiurokratyzowany system działał bardzo nieefektywnie. Sydney załatwił przejęcie całej biurokracji przez Kwakrów. Z Anglii sprowadzili maszyny drukarskie i wkrótce projekt ruszył do przodu.
W tym czasie Joice została zatrudniona w stacji odwszania (Powalski delousing station??).
Stacja przyjmowała uchodźców polskich, białoruskich, ukraińskich i żydowskich. Pracownicy ubrani byli w czarne kalosze i srebrne fartuchy, wyposażeni w nożyczki, brzytwy i butelki ze środkami do dezynfekcji. Całe dni spędzali w kłębach pary, otoczeni przez nagich, chudych jak szkielety pacjentów pokrytych “białą kurtyną wszy”.
Racja żywności dla personelu: rano – czarna herbata i kromka chleba, wieczorem – rzadki kapuśniak, kromka chleba, pół puszki sardynek.
Joice zrezygnowała z porannej kromki chleba na rzecz swoich podopiecznych, którzy odbywali tu kwarantannę.
Efektem tych doświadczeń była seria artykułów, która zaowocowała zorganizowaniem pociągu z dostawą żywności, leków i prezentów na Święta.

Co dwa miesiące odbywało się spotkanie w Warszawie, a to było okazją, by spotkać się z mężem.
Miejsce spotkań – sala balowa pałacu Radziwiłłów.
Relacjonowano postęp prac i dyskutowano nowe projekty.
Po obradach uczestnicy przechodzili do jadalni, gdzie ubrana w liberia służba podawała wodnistą zupę wzmocnioną koncentratem bovril oraz jarzyny w ryżem. Posiłek popijano wodą serwowaną w rodzinnych kryształach Radziwiłłów.

Jesienią Joice i Sydney zostali przeniesieni do misji w Poworsku (Wołyń, 30 km od Kowla) nad Prypecią. 

Sydney zajął się organizacją produkcji pługów, które będą potrzebne podczas wiosennej orki.
Joice została zatrudniona jako pomoc medyczna (felczerka?).
Początek listopada – stan zdrowia zarówno ochotników Towarzystwa Przyjaciół jak i miejscowej ludności był tragiczny. Również Joice zachorowała na dezynterię.

Właśnie wtedy Joice stwierdziła, że jest w ciąży. Przeniesiono ją do Warszawy, ale ciąży nie udało się uratować.

Swoją działalność w Poworsku opisali później w książce – The River of a hundred Ways.

Środek zimy, działalność Towarzystwa Przyjaciół zamarła.
Sydney i Joice dostali urlop i prezent – delegację do biura Towarzystwa w Moskwie.

Po opuszczeniu Mińska, ostatniej stacji na polskim terytorium, pociąg wyraźnie zwolnił, wreszcie stanął na bezkresnym stepie. Maszynista i konduktor przeszli po przedziałach zbierając pieniądze “na szybkość”.
W pociągu nie było wagonu restauracyjnego, tylko samowar. Jedzenie można było kupić na stacjach, gdzie pasażerów otoczały żebrzące, zagłodzone dzieci.
Dodatkowych emocji dostarczyło im wkroczenie do ich przedziału policji, która aresztowała podróżującą z Londynu młodą dziewczynę. Z uwag pasażerów zorientowali się, że była ona podejrzewana o przemyt relikwii z Rosji do Anglii.

Na dworcu w Moskwie czekała na nich przedstawicielka Towarzystwa Przyjaciół i zawiozła ich do hostelu, który znajdował się w zrujnowanym pałacu nieopodal Kremla.
Tu dowiedzieli się, że Towarzystwo współpracuje ściśle z międzynarodowym komitetem pomocy prowadzonym przez Fridtjofa Nansena, który zdołał zyskać poparcie wielu krajów europejskich.
Udało mu się zabezpieczyć duże dostawy kukurydzy, niestety bardzo zawodny transport spowodował, że wiele dostaw nie dotarło w terminie do celu i zmrożona kukurydza nie zakiełkowała na wiosnę.
Dowiedzieli się również, że spore ilości dostarczanej z Europy żywności są odsprzedawane przez komunistów, głównie do Niemiec, jako spłata pożyczki, z której finansowano Rewolucję.

W niedzielę ludzie, którzy nie otrzymywali kartek na żywność – arystokraci, kułacy – tłoczyli się na placach, próbując sprzedać pozostałości po dawnych czasach, niektórym nie pozostało już nic innego tylko żebrać. Jednocześnie całkiem dobrze funkcjonowały eleganckie restauracje, które wypełniali oficjele partyjni i “nepowcy” – beneficjenci Nowej Ekonomicznej Polityki (NEP). Dobrze funkcjonowały też instytucje kulturalne, energicznie działała kulturalna awangarda.

Joice i Sydney odwiedzili operę, gdzie wystawiano Lohengrina w nowoczesnej, kubistycznej, scenerii. Bilety były śmiesznie tanie, co miało zachęcać klasę robotniczą.
Dodatkowym punktem pobytu była wizyta w Buzułuk, gdzie Kwakrzy prowadzili zakład opiekuńczy dla 16.000 dzieci.
Sydney podzielił się swoimi pomysłami z Polski, Joice włączyła się do pomocy pielęgniarkom.

Po powrocie do Moskwy zdążyli jeszcze obejrzeć wystawę ateizmu, zorganizowaną przez gazetę Bezbożnik.
Na wystawie zgromadzono eksponaty demonstrujące bogactwo kościoła i jego zakłamanie – relikwie, wśród nich aż trzy całuny, w które zawinięte było ciało Jezusa, 14 kciuków św. Piotra.

Towarzystwo Przyjaciół poprosiło Joice i Sydneya, aby nie publikowali żadnych materiałów na temat warunków życia w ZSRR, gdyż poskutkują one likwidacją ich działalności.

Wrócili do Warszawy, gdzie na ulicach topniały resztki śniegu.
Wiosna spełniła wiele nadziei, program odbudowy gospodarstw zaowocował ponad tysiącem domów, do gospodarstw dostarczono pługi. Jesienne siewy zapowiadały dobry plon. 
Joice i Sydney otrzymali zaproszenia do Belwederu na ceremonię podziękowania Kwakrom za ich pracę w Polsce. Oboje otrzymali krzyże zasługi.

Oznaczało to również koniec ich działalności. Większość cieszyła się na myśl o powrocie do domów, do rodzin. Joice i Sydney zdali sobie sprawę, że nie mają do czego wracać.
Sydney potrzebował jeszcze kilku miesięcy, aby zakończyć projekt utworzenia szkoły rolniczej w pobliżu Brześcia nad Bugiem, Joice była wolna.
Melchior Wańkowicz poradził im, aby osiedlili się w Polsce, ale po ostatniej zimie tęsknili za cieplejszym klimatem.

W ostatnich dniach pobytu w Warszawie wzięli udział w spotkaniu Towarzystwa Przyjaciół podsumowującego działalność w Polsce.

Ciąg dalszy jutro

Źródła:

Joice Nankivell – The Cobweb Ladder
Joice Nankivell – Solitary Pedestrian
Joice Nankivell – A fringe of blue – autobiografia.
Susanna de Vries – Blue Ribbons, Bitter Bread – KLIK
Wikipedia – Joice Nankivell-Loch – KLIK
Kwakrzy – Wikipedia – KLIK

Zapiski na mankietach 2

Tibor Jagielski

Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany

A young reporter of NYT hear that in a famous Geriatric Clinic of Doctor Klaus von Strohsack, Black Forest, Germany, live more then one over hundred years and sexually active men.
She takes the plane and fly to Europe to make a good story.
At the place, wonderful, old castle in the mountains, she meet a group of old men
they work or walk in pretty, full of flowers and fruit trees, garden.
She go to the man looking very old and ask:
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 103 years old, my child
– Great! And can I ask you something very private?
– No matter, try…
– How long you are sexually active?
– 99
– Wow! Congratulations! And what is a secret of so successfully way of life?
– I try all the time gymnastics and drank only yoghurt.
– Thank you very much!, she leave the old man and go to the next
– Hello, can you say me how old you are?
– I’m 105 years old, drank yoghurt and try gymnastic.…
– And can I…
– 100!
– Marvellous!, she shakes the micro and went to the next one
– I’m 98, active till 96, gymnastic and yoghurt
– Very good!, she says and turns to the one, which looks much older, than the others and ask
– And how long stay you active, dear mister?
– I’m into.
– Amazing! And what is your secret?
– All the time beer.
– ???!!! And… how old are you, great master?
– 36.

Ten rysunek, dzieło Autora, został podpisany Haus Abo-Moen. A te na końcu wpisu: Krab i Rapperswill.

Sałatka wodnika

1 miska młodych wodorostów
1 bukiecik drobno pokrojonego koperku
do tego
4 dorodne pomidory, pokroić w dzwonka
2 cukinie pokrojone w plastry,
które przysmażyć na patelni z oliwą, tymiankiem, gałązką rozmarynu i szałwią
i odstawić na moment w ciepłe miejsce (przy ognisku – w popiele)
do miski wrzucić pomidory, posiekany koperek i sos:
2 ząbki czosnku rozdusić i wymieszać
z 4 łyżkami oliwy
dodać
2 łyżki stołowe ostrej musztardy
i wymieszać
1 cytryna (sok)
cukier, sól do smaku

wszystkim ostrożnie wstrząsnąć
i posypać przysmażoną cukinią

podawać najlepiej z prażonym nad ogniem pumperniklem
tudzież dobrze zmrożonym aquavitem i pinot noir najlepiej z alzacji

smacznego!

a na deser krokusy i przebiśniegi w sosie poziomkowym
(asti spumante, sambucca i espresso)

PS. zamiast wodorostów można użyc queller (solirody)
https://de.wikipedia.org/wiki/Queller
(w Anglii i Holandii do nabycia w supermarketach, właśnie zaczął się sezon)

Akurat niedawno pisał o tym faz:
https://www.faz.net/aktuell/rhein-main/region-und-hessen/kochen-mit-queller-gemuese-von-der-salzwiese-17292764.html

***
Autor sam mnie sprowokował do wtrącania mu się we wpis, bo przysłał mi kartkę z wiatrakiem. Dodaję więc dwa inne wiatraki znalezione w Berlinie oraz niebieską kartkę (z Dulcyneą?), którą przysłały Joanna i Tania, nasze blogowe autorki-podróżniczki. I informuję, że w mojej ulubionej książce kucharsko-literackiej Yummy books mówi się o pewnym (nieznanym mi zresztą) bohaterze literackim (Sprzysiężenie osłów Johna Kennedy’ego Toola), że był skrzyżowaniem szalonego Olivera Hardy, Don Kichota i Tomasza z Akwinu. I opychał się donatami.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (1)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Adwokat, ale nie rozbójnik…

W rubryce ozdobionej trzema paragrafami pisywałem kiedyś w Dzienniku Zachodnim swoje kryminałki, niech mi więc teraz wolno będzie znowu je sobie wypożyczyć na trochę. Dla uczczenia szczęśliwego finału poszukiwań książki Pana Zygmunta Ogórka, Orator Złotousty. Autora poznałem kiedyś na gruncie towarzyskim, to było jakieś przyjęcie w gronie katowickich prawników, na które zaprosił mnie Lolek Zahraj; obydwaj pracowali wtedy w Prokuraturze Wojewódzkiej. Prokurator był łatwy do zapamiętania: łysy jak kolano, z ujmującym uśmiechem i kulturą osobistą, zero pozy. Po wielu latach, kiedy wszyscy byliśmy już emerytami, odwiedziłem Lolka w jego ustrońskiej bacówce i wtedy podarował mi swoją książkę. Wyglądała, jakby ktoś ją próbował wyprać, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc oszczędziłem przyjacielowi ironicznego komentarza, że próbował coś usunąć o sobie.

Przeczytałem ją w jeden wieczór, z ogromną ciekawością i pomyślałem sobie, że koniecznie wrócę do niej w tym blogu. Niestety któregoś dnia gdzieś mi ją wcięło. Przewróciłem całe swoje tyskie mieszkanie do góry nogami, monachijskie również, gadałem z ludźmi, którzy mnie odwiedzili, czy aby im jej nie pożyczyłem, wszystko prowadziło do smutnego wniosku, że starość się Panu Bogu jednak nie udała. Kiedy w końcu dałem za wygraną i zdecydowałem zamówić w wydawnictwie nowy egzemplarz, nagle się znalazła – w kieszeni plecaka, który codziennie wszędzie noszę. To jest ukraiński plecak, który kupiłem w czasie jednej z wypraw na dawne, wschodnie Kresy. Ma on różne, zmyślne schowki, dobre na zmylenie złodzieja, albo gapowatego celnika i jak ich się często nie używa, to można zapomnieć, że w ogóle są. Zapraszam więc do książki, której poświęcę kilka kolejnych wpisów.

Oskarżyciel atakuje, obrońca broni, a sędzia rozstrzyga, po czyjej stronie leży racja, tak w bardzo prymitywnym skrócie wygląda przebieg sądowego procesu w społecznym odbiorze. Zygmunt Ogórek jest prokuratorem, choć w stanie spoczynku, to przecież wie, jak zacząć swoją orację, od zagrywki na nosie przeciwnika (proszę kliknąć w tekst i wtedy się da poczytać):

Następne historyjki za tydzień

Chodzenie po mieście. Tulipany.

Drugi rok pandemii i lockdownu. Drugi rok chodzimy we trzy po mieście, Ela Kargol, Krystyna Koziewicz i ja. Dziś:

Krystyna Koziewicz

Tulipanowy zawrót głowy

Parki miejskie, te wielkie otwarte przestrzenie, zielone oazy, miejsca wypoczynku i relaksu – niezwykłe, służące mieszkańcom miast. „Wszystko, co możesz sobie wyobrazić, Natura już stworzyła”, powiedział Albert Einstein. Zachwyt, patrzenie na piękno jest pierwszym krokiem do oczyszczenia umysłu z nagromadzonych emocji życia codziennego. Człowiek potrzebuje oderwania się od rzeczywistości, która ostatnimi czasy sporo namieszała nam w głowie i popsuła szyki. Obcowanie z pięknem wywołuje dobroczynne zmiany w sferze wewnętrznej człowieka.

„Wiosna, pięknieje wkoło świat”, śpiewali Skaldowie. „Wiosna, ach to ty” – Marek Grechuta. Ziemia zaczyna pokazywać swoje najpiękniejsze oblicze, którego cywilizowany świat chyba jednak nie potrafi docenić, trwoniąc dorobek minionych i niszcząc egzystencję przyszłych pokoleń. Wrrr…

Nasze spacery po mieście stały się sposobem nie tylko na wspólne pogawędki, ale także poznawania miasta, w którym żyjemy. Pandemia spowodowała konieczność przystosowania się do reguł, które wyznaczają obywatelom rządzący. Społeczeństwo niemieckie dość pokornie znosi wszelkie ograniczenia. My również nie załamałyśmy rąk i nie skazałyśmy się na siedzenie na kanapie przed telewizorem. We trzy udało nam się skrzyknąć do wspólnego spacerowania, początkowo po dzielnicach, w których mieszkamy. Potem szło już wszystko jak przysłowiowego płatka w całym Berlinie.

Kilka dni temu, pod koniec kwietnia, kiedy wreszcie słońce zaczęło mocniej przygrzewać, udałyśmy się do parku Britzer Garten, zobaczyć słynny pokaz kwitnących tulipanów. Nie było to takie znowu proste, przyjść ot tak sobie w dowolnym czasie, kupić bilet i zażywać wolności, swobody, jak to było jeszcze rok temu. Najpierw trzeba zgłosić się online i jeśli się miało szczęście, to trafiło się na dobry przedział czasu, jak to było w naszym przypadku. Godzina 11.00 do 11.50 to czas, jaki nam został przydzielony na zwiedzanie tulipanowego miejsca. Jednym słowem reglamentowana radość podziwiania tulipanów, w całej ich okazałości. Na pociechę dodam, że chodzenie po parku nie podlega żadnym ograniczeniom.

Tulipan – jego nazwa wywodzi się od perskiego słowa dolbend, którym określa się materiał na turban, noszony na głowie przez mężczyzn, a przypominający kształtem kwiat tulipana. Tulipany – te wiosenne kwiaty, jakże pełne wdzięku i uroku, od wieków budzą zachwyt, cieszą oko, wzbudzają natchnienie i ciekawość. Zajmują nie tylko ważne miejsce w świecie roślin, są naturalną dekoracją w naszych ogrodach, domach. Na kuli ziemskiej istnieje ok. 120 gatunków oraz 15 tysięcy odmian tulipanów. Tak wielka ich ilość wynika z faktu, iż od początku uprawy ogrodnicy, niewątpliwie zafascynowani urodą tych kwiatów, próbowali, poprzez krzyżowanie uzyskiwać kwiaty o nowych kształtach, wielkościach i barwach. Tulipan w naturze występuje głównie na terenie Azji – począwszy od Japonii, poprzez północno-wschodnie Chiny, Azję Środkową po Bliski Wschód, pojawia się też i dalej, choć w mniejszym nasileniu, na terenach północnej Afryki i południowej Europy.

Na początku XVII wieku Holandię ogarnęło szaleństwo zwane “tulipomanią”, cebulka kwiatu kosztowała tyle, co dom!

Znaczenie tulipanów jest zależne od barwy ich płatków. A zatem według mowy kwiatów żółte tulipany oznaczają radość, pogodę myśli i uśmiech, czerwone miłość, a czarne – niezwykły ogrodniczy kunszt, bo czarnych tulipanów w naturze nie ma.

Nie ma chyba dużego miasta w Europie, gdzie by się nie dało pójść wiosną na święto kwiatów, często właśnie tulipanów. Kwitnące tulipany w Britzer Garten to wspaniała uczta dla wzroku i węchu – piękne, naturalne niejako krajobrazy, łąki i łany kwiatów, nie tylko tulipanów, bo są też narcyzy, żonkile, szafirki, szachownice cesarskie, kwitną drzewa owocowe i krzaki forsycji, ale oczywiście najważniejsze są tulipany – na łąkach i kwiatowych dywanach, pojedynczo i układając się w kompozycje biało-zielone, czerwono-fioletowe, albo żółte i różowe. Jakaż to wspaniała wiosenna przyjemność, której nie odebrał nam żaden lockdown! Odpoczywamy na ławeczce, kładziemy się na trawie, jak wiosenne koty rozkoszujemy się barwami i aromatami. Niech całe piękno zamiast słów odda poniższa galeria zdjęć!
(zdjęcia są większe, niż to co widać, wystarczy kliknąć!)