Jawnogrzesznicy

Matylda Wikland

Czyli fragment o warszawskim cmentarzu na Okopowej i berlińskim Torze 17

Nie jest to noc, w której niczego nie widać, lecz noc, której nie widać, albo lepiej: noc, której niewidzialność jest widzialna wtedy, gdy na próżno usiłujemy coś zobaczyć.
Michał Paweł Markowski

Frei sein ist Knecht sein.
Niemieckie przysłowie

1. Notatki dla scenarzysty. Oddalone o kilka kilometrów od ówczesnej granicy polsko-niemieckiej Krzepice, województwo Kieleckie. Po powstaniu styczniowym odebrano miastu prawa miejskie, przywrócone za II RP. Najbliższym dużym ośrodkiem jest Częstochowa, gdyby kiedyś podjęto by się zwiezienia z miasta jakiejś grupy do dalszej wywózki, byłoby to tam. 40% ludności miasta stanowią Żydzi, w 1936 w mieście ,,doszło do ekscesów o podłożu antysemickim”; do interpretacji. Lokalny cmentarz żydowski stanowi jedno z największych europejskich skupisk żeliwnych macew.

Właśnie można było usłyszeć w radiu nagrane kilka dni wcześniej ,,a więc wojna”. Bądź właśnie będzie można je usłyszeć. Słowa puszczono w radiu koło 6.30. Nasza scena ma miejsce w okolicach 5-6. Wrześniowe słońce rzuca pierwsze promienie, niemieckie samoloty rzucają pierwsze bomby. Opieramy się na materiałach regionalisty, Romualda Cieśli.

2. Pierwszego września roku 1939 na cmentarz żydowski w Krzepicach wjeżdżają niemieckie czołgi. Burzą ogrodzenie.

Za nimi, przednią strażą hekatomby, przez zburzone ogrodzenie, zburzoną normalność, wpływa Historia*.

3. *termin tymczasowy.

*

4. Oszańcowani z jednej przez linię tramwajową a z drugiej przez czerwono-ceglany mur, maszerujemy przed siebie wąskim przesmykiem chodnika. Zerknęliśmy na mapę wcześniej, wiemy, że musimy trzymać się muru aż znajdziemy w nim bramę. Słońce kładzie się ciężkim woalem południowego powietrza. Stary tramwaj toczy się torami. Littell włożył w usta swojego narratora stwierdzenie, że “Polska nigdy nie będzie pięknym krajem, ale niektóre jej krajobrazy tchną pełnym melancholii urokiem”.

5. Na modernistycznej płycie Warszawy nie można posunąć się nawet do tego stwierdzenia.

6. Brama zamknięta. Czytamy z zadartymi głowami godziny wstępu, dostrzegamy, że wybraliśmy nieopatrznie zły dzień tygodnia. Dla spokoju ducha jednak naciskamy na klamkę, opieramy barkiem o ciężką bramę. Wzmożone duchotą bicie serca obija mi się po ciele echem trąb jerychońskich — otwieramy bramę bez problemu. Przez mur przekradamy się, o Warszawo (nie) ma, i jak pies z podkulonym ogonem wchodzimy na dziedziniec, powiedzmy. Spoglądam na Ojca, który wygląda na równie zagubionego. Naszym Tyrezjaszem okazuje się zachrypły z lekka głos, nawołujący z okienka w budynku, powiedzmy, stróżówko-podobnym. Następująca wymiana równoważników zdań nie zasługuje na miano dialogu, ale dochodzimy do tego, że za wstęp do zaświatów musimy zapłacić po dwadzieścia złotych. Cerber akceptuje karty płatnicze, płacimy jednak gotówką. Panienka z okienka podaje nam zwitki papieru, który chowamy do kieszeni, nie spojrzywszy, uznając za bilety. Później okaże się, że są to “cegiełki uprawniające do jednorazowego wstępu”. Uznam to za myk wcale fest. Odwracamy się w stronę właściwego terenu nekropolii. Jedną ręką odwiązuję chustkę z szyi, kontemplując sformułowanie tekstu na tablicy proszącej mężczyzn o zakrycie głów. Choć raz, myślę bezwiednie, ofiarując w stronę Ojca świeżo odwiązaną chustkę, choć raz to nie kobieta musi się poddawać rozkazom Pisma. Znajdujemy się na skraju terenu skrytego w cieniu grubego drzewostanu, ale zmianę w wadze powietrza już czuć. Pachnie lekkością. Susem pokonuję małe schodki na teren zazielenionego nasypu, na którym szarość nie bierze się z płyty betonu, a kamienia macewy.

7. I już, i właśnie. Jesteśmy na cmentarzu żydowskim na warszawskiej Woli.


8. Całość historii berlińskich Żydów zmieści się w przestrzeni między Rosenthaler Tor i Gleis 17. Dość arogancka to myśl, opętana absolutyzującą arogancją wszelkich generalizacji. Nie podpisałbym się pod nią. Ale pomyślałam ją, więc zapisuje ją tutaj dla klarowności. I wyjaśniam.

9. Nim Berlin był Berlinem, takim co jawi się w naszych głowach po wypowiedzeniu tego słowa, w każdym razie, w odległych otchłaniach XVIII wieku, gdy w Europie powszechną opinią o państwie pruskim i jego stolicy była opinia o zacofanych, ekscentrycznych dziwakach, a sam król Hohenzollern uważał niemiecki za język podły i bez reszty niższy od francuskiego, w tych otchłaniach wieku i czasu nomen omen oświecenia, nim Berlin był Berlinem, stała na Rosenthaler Platz brama. Nie była bramą obronną, wyrwą w militarnym wale obleczoną w kamień i wojów; była częścią Berliner Zoll- und Akzisemauer, aż do obalenie tegoż w XIX wieku. Nim jednak w Berlinie, który był już Berlinem, takim co jawi się w naszych głowach po wypowiedzeniu tego słowa, miastem, w który runął mur, runął Mauer, runął Zoll- und Akzisemauer, Rosenthaler Tor była jedyną bramą, jedynym miejscem, w którym Żyd mógł wkroczyć do Berlina. Jedyną, bądź główną, nie mam pewności, ale mam pewność co do tego — to Rosenthaler Tor do Berlina, który nie był jeszcze Berlinem, wkroczył Żyd nazywany później Niemieckim Sokratesem.

10. Far easier for a rich man/ to enter heaven, opisuje to wydarzenie Jean Nordhaus. New sun striking ancient stone, so bright/ it blinds. Now set a sentry/in your path, a sphinx (…). Nordhaus ewidentnie oddaje się prawom poetyki słowa i obrazu w tym fragmencie — Berlin nie jest starym miastem (starą osadą już szybciej), a Rosenthaler Tor wybudowano jak część Akzisemauer dopiero w pierwszej połowie XVIII wieku. Mendelssohn może i był nowym słońcem, i to nowym słońcem na polu obecności żydowskiej na ziemiach “niemieckich”, poświadczalnej od czasów rzymskich, ale na dosłownych murach berlińskich, dosłownym berlińskim starożytnym kamieniu nie może być, bo takiego najzwyczajniej nie ma.

11. And what to set above that portal/ on the doorpost of your story. How shall I enter, pyta poetka, a Jew — through words — the smallest/ opening? May they be/ acceptable. In the sentry/ book of 1743 is written:/ Today there passed through the Rosenthal Gate/ six oxen, seven swine and one Jew.

Mówi się, że wraz z tym momentem rozpoczęło się życie literackie w Berlinie. Przynajmniej przeczytałam, że tak się mówi; nie miałam okazji nigdy usłyszeć. Jednym otworem, poddani takiej samej statystyce i opłatom jak zwierzęta towarowe, ponura ironia od której się nie odpędzimy nawet na kilka zdań, przez Rosenthaler Tor musiał przejść każdy z berlińskich Żydów w pierwszych latach istnienia tam Miasta.


12. “Nie mogę zrobić zdjęcia, aby mi ten blok nie wchodził w kadr”, Ojciec narzeka, gdy dochodzimy do pomnika Korczaka.

I’m leaning into it, wzruszam ramionami, przyglądając się. Ten moloch bloku mnie przerażał odkąd dostałam rykoszetem słońcem z jego wielu okien, odkąd światło ukłuło mnie w oczy. “Jakoś pasuje mi to monstrum w tle nagrobków. Współczesność zbudowana na kościach. Może coś z myśli Baumana?”

13. Ojciec coś mruczy w ramach odpowiedzi i pokwitowania, a ja wpatruję się w pomnik, myśląc jak zwykle, gdy coś przypomina mi Korczaka, o jednym fragmencie z jego pamiętnika gettowego. Gettcianego? Chyba lepiej, kiedy w języku takie słowa, takie formacje brzmią obco, brzmią mniej jak zgrzytają. Pozostawiając za sobą tę dygresję jednak, przywołam fragment Pamiętnika, na który, okraszony niezobowiązującym “jest taki fragment z Korczaka…”, czasami się powołuję. Rzecz idzie: “A to wszystko nie, że jestem Żydem, ale że urodziłem się na Wschodzie…” Z powinności cytuję resztę fragmentu: “Smutna mogłaby być pociecha, że i pysznemu Zachodowi nie jest dobrze. Mogłaby być, ale nie jest. Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak to się robi.”

14. Nie było nigdy getta w Berlinie. Co myśleli ci Berlińczycy żydowskiej wiary, gdy wyładowywano ich na tych warszawskich ulicach, o których Weizmann już na początku wieku mówił, że gdy powstanie w końcu żydowskie państwo, to nie ma w nim być niczego podobnego do ich obrazu. Ci Berlińczycy żydowskiej wiary upchani w Osttransporte. Ost znaczy śmierć. Ost znaczy ostatni przystanek przed końcem. Wschód, oczywiście, zaczyna się tuż za ludźmi mówiącymi, że są ostatnim szańcem Zachodu, przedmurzem Cywilizacji.

15. Claude Lanzmann w swojej autobiografii dochodząc do pierwszego wyjazdu do Berlina wspomina, że “silnej emocji towarzyszył niekłamany strach – Berlin to był dla mnie Wschód, a Wschodu zawsze się bałem.” Dziwnie mi przyszło to czytać, mi, której stawiano zawsze wszystko za Odrą jako Wielką Europejską Cywilizację, która i może dokonała okrucieństwa, ale okrucieństwa fabrycznego, masowego, oddczłowieczonego. Nawet w mordzie i masakrze cywilizowani i nowocześni, tak ich mi się widziało, od czasów tego podstawówkowego seansu filmów obozowych, czy ekranizacji lektur, czy i wcześniej. Byli tak oświeceni, tak bardzo ważyli się znać siebie, że dokopali się aż do wnętrza człowieka, do jego samych zwierzęcych podstaw, i wywlekli te operujące dychotomią my-oni bebechy na światło nowego wieku.


16. Liberalny rabbe Walter Rothschild nazwał go SS-Bahnhof. Lokalny oddział Rewe umieścił go na swojej torbie zakupowej. Po chwili patrzenia na fasadę dworca przypominam sobie w końcu, gdzie go wcześniej widziałam — w sekwencji w “Shoah”. Wchodzę po schodach na peron przy Gleis 17, mijając tabliczkę pamięci ufundowaną przez Koleje Niemieckie. Gdzieś w tyle myśli, na krańcu marginesu notuję datę, lata dziewięćdziesiąte, co o tyle wywołuje jakiś wewnętrzne sardoniczne parsknięcie, że ukryć się nie da, że to prawie pół wieku spóźnienia. Sprawa nie ma się aż tak absurdalnie, dowiem się później, pierwsza tablica, w innym co prawda miejscu dworca, zamontowana została w roku 1953. Tablica była kradziona, zastępowana, ostatecznie pod egidą wzbogaconej na całym tym morderczym procederze DB przymocowana w pół schodów.

17. Uświadomiłam sobie, gdy tylko dobiegło moich uszu, że słyszę życie z sąsiednich peronów. Okłamuję się jednak, otumaniam, każę sobie myśleć, że to instalacja artystyczna, instalacja muzealnicza, etc. Że wyczytując kolejne transporty w głowie, obracając je w palcach myśli jak szklane kulki przed wrzuceniem do słoiczka, wyczytując te bezpardonowo dehumanizujące wtórnie liczby Juden, pomyślano za adekwatne wtłoczyć wizytującego w genius loci Pociągów, na których przecież to tyle z maszynerii Zagłady było oparte. Znowuż jednak, może fakt, że to dźwięk faktycznych, najnormalniejszych pociągów obsługujących faktyczne, najnormalniejsze kursy dodaje grozy do całej sytuacji. »Nie wieder darf ein Zug von Gleis 17 abfahren«, sagte Bundespräsident Frank-Walter Steinmeier, ale będą odjeżdżać z innych, odjeżdżają, z potomkami tych, co dbali, aby wtedy pociągi odjeżdżały. Javier Cercas stwierdził raz, że “ważniejsze zrozumieć rzeźnika niż ofiarę”, i co do zasady się z nim zgadzam, lecz to, czego zrozumieć nie mogę, to jest pewien absurd w tym, że z definicji ofiara o sobie nie opowie, ofiara nie wykuje sobie pomnika, i potomkowie ofiary nie staną nad nim w zadumie. Z definicji się to nie ma prawa stać.

18. Pozostaje więc ta robota potomkom rzeźnika. Gdy będziemy trzymać się tej dychotomii, oczywiście.


19. Gleis 17 jest w pewnym sensie cmentarzem, nawet jeżeli przyznaje się do tego z oporami. Miejsce kaźni jest czymś innym od miejsca transportu-ku-kaźni. Jest cmentarzem nie tyle tych ludzi, co ich losu. Ich człowieczeństwa w tym, że od tego miejsca byli Ofiarami. Nawet przypominając o nich, upamiętniając – nie będą liczeni z imienia i nazwiska, z zawodu i pasji. Będą liczeni z bycia żydowskimi mieszkańcami Berlina, których niemieccy mieszkańcy Berlina postanowili się pozbyć w towarowych wagonach. Weszliście do tego miasta liczeni jak trzoda, i jak trzoda z niego wyjedziecie.

20. Peron obrośnięty jest zielenią, drzewa wybijają z torów. Torów donikąd, podług zamysłu artystycznego. Banialuki. Tory szły na Wschód, czyli Nie-Tu. Czyli możemy podtrzymywać iluzję. Czyli można się was będzie pytać później, czy wiedzieliście. Bo widzieć, to widzieliście jak wpychano ich do wagonów. Co później — to już sprawa wschodnia, sprawa polska, sprawa białoruska, sprawa… no, w każdym razie nie niemiecka. Hitlerowska, nazistowska, jak już. Jak w tym albumie o historii Wielunia, który kiedyś mi wpadł w ręce, gdzie usilnie unikano określenia atakującego w ‘39 wojska jako niemieckiego. Samoloty były nazistowskie, bomby hitlerowskie. Nawet w angielskim tłumaczeniu na co drugiej stronie.


21. Zakochuję się od razu w cielesności pracy Karola Broniatowskiego. Poznaję imię artysty, który mnie nieprzyzwoicie urzekł (jaką przyzwoitość można przywdziać w obliczu tego cierpienia), wdrapawszy się na zalesiony nasyp, w którym osadzony jest pomnik, dojrzawszy w górnym rogu, tym dalszym od ulicy i właściwej materii rzeźby, wyryty podpis artysty. Z fascynacją dotykam dłonią wnętrza człekokształtnych wyrw w bryle, nie zważając na łapiące się palców pajęczyny. Ujmuje mnie mięsistość tych cieni, nieregularność zjaw, pozwalająca wręcz wyobrazić sobie, jak ludzkie dłonie brną i gną w miękkiej glinie, w twardej tkance.

22. Ofiara wyrywa się z narracji, swoim cierpieniem okupuje sobie uchylenie marginesu i niepowstrzymaną ucieczkę z Wydarzenia.

23. Ofiara również prześlizguje się spod kurateli Historii na terytorium Pamięci. Cercas rozróżnia je następująco: “pamięć jest indywidualna, częściowa i subiektywna; historia jest wspólnotowa, i aspiruje do bycia całościową i obiektywną.” Uważa je za koncepty komplementarne, lecz usilnie przeciwstawne. I podczas gdy Historia wymaga Prawdy, to Pamięć zbudowana jest na prawdach sytuacji, prawdach przeżycia, prawdach momentu. Prawda Ofiary rzadko jest Prawdą Historii, i jest w tym pewne oddanie zagarniętej wcześniej autonomii. Podczas gdy Sprawca odpowiada przed Historią, Ofiara odpowiada jedynie przed swoimi wspomnieniami.


24. Zastanawiam się, jak ich żegnano. Jak żegnano ich żandarmów. Czy przyciśnięty do okna, wzrokiem zabroczonym paniką i rozpaczą dosłyszał ktoś nie do niego, choć równocześnie właśnie do niego, kierowane auf wiedersehen, obiecujące złudzeniem codzienności przyszłość, której nie będzie, tak jak codzienności już nie będzie, już nie ma. Znacznie bardziej prawdopodobną nieprawdopodobnością jest, że w migoczącym białku rozwartego z zwierzęcego strachu oka odbiła się czyjaś dłoń, czyjaś ręka, przecinająca skołtunione powietrze w prostym hajl.

25. Nauczyłam się w gabinecie dentystycznym na Wita Stwosza 58 — moment znieczulenia jest momentem przejścia. Wcześniej musisz być ostrożny, ważyć słowa i czyny — po znieczuleniu, hulaj dusza, czucia nie ma.

Inaczej niż poddanym masowemu znieczuleniu trudno określić społeczeństwo niemieckie lat 30 XX wieku. W swoim pionierskim studium gestu ,,niemieckiego powitania” Tilman Allert wywodzi swój wykład z punktu zdziwienia. Z trzech wykrzykników, którymi Beckett w swoim dzienniku z podróży do Niemiec okrasił wpis z dnia, gdy zobaczył pokreślone na murze Gruess Gott, i zastępujące je Heil Hitler.

26. Coś tak codziennego, tak powszechnego i zarazem osobistego jak słowa przywitania i pożegnania. Oddane właściwie bez walki, jeszcze w raczkujących latach Reżimu. Nie potrafiłam tego nigdy zrozumieć. Zwykły akt inicjacji interakcji przemanglowany w oświadczenie lojalności Wodzowi. Choć może nie. Może w tym tkwił geniusz. To pozostało neutralne, nie wyznaczało prawdziwej, żarliwej lojalności. Opłukano rusztowanie “normalności’’/ “codzienności’’ i zarzucono nań nową tkaninę, czerwoną z wiadomym znakiem.


27. Na Szmulowszczyźnie mieszka Żydówka. Można ją spotkać w kilku miejscach, najczęściej wśród zieleni, Żydówka lubi zieleń. Nosi delikatnie błękitne szaty, choć czasem już zszedł z nich kolor, i spotyka się ją szaro-białą. Czasami w ramionach utula swojego synka, małego chłopca zrodzonego z starszego mężczyzny, z którym spółkowania nie ma wspomnienia. Wychowuje go wraz z mężem, stolarzem, który przyszywanego syna podobno kocha szczerze. Może tam właśnie synek jest, gdy spotykasz ją z dłońmi złożonymi jedna o drugą, a nie o synka, którego uczy gdzieś Ojczym, przyucza do zawodu wśród drewnianych wiórów. Miejsc, gdzie tak stoi, jest ponad setka, rozsianych po gankach i narożnikach kamienic. Najczęściej zaczęła wychodzić w roku 1943, czwartym okupacji. Alarm ogłoszono dla miasta Warszawa w ‘39, i niech trwa, niech trwa, trwa… Gromadzili się sąsiedzi wokół niej, za powiekami być może obrazy potopu, gdzie rola wody zastąpiona została bombami burzącymi, tym cierpko nazwanym ,,lanym poniedziałku”, a może obrazy codziennej nędzy, codziennej gehenny miasta okupowanego, miasta z organami wyrwanymi, zaszytymi na rachu-ciachu strzeżonymi murami. Zbierają się wokół niej, znają ją przecież, a tutaj kamienice obce, wyludnione i zaludnione jednym zdaniem, a tutaj strach ale i proza dnia codziennego. Matkowała im wszystkim, dając pod swoimi jasnymi spódnicami moment wytchnienia, moment spokoju i nadziei. Była handlarką jak wiele jej krajanek, tylko że ona handlowała rzeczami duszy, przymiotami duchowości. I może, i czasem w delikatnych rączkach skamieniałych oferowała placebo, lecz jeżeli wiara jest placebo, to czym jest jak nie domowej roboty magią. Zapędzam się, powróćmy do Żydówki na warszawskich cokołach.

28. W dniach Powstania przybywają do niej zmęczeni, głodni, jak w tym wierszu napisanym na drugim krańcu wielkiego morza (przez nomen omen, również Żydówkę, Emmę Lazarus). Być może opierają spocone czoła o jej wiecznie zimne ciało, a ona jakby pochylała się nad nimi, jakby przykładała spękane usta do ich straceńczych czół i mamrotała o Masadzie, która nigdy już nie padnie, o Reducie, której żaden Ordon nie będzie zmuszony porzucić, o powstańcach i powstańcach, i powstańcach, o tych co padli nad wodami Wisły dwadzieścia lat wcześniej, mamrocze o wszystkim i o wciąż jednym tym samym. Na Szmulowiznie spotkać można Żydówkę, weterankę służb medycznych, samozwańczą kapelankę samozwańczego wojska.

 29. Jest inny fragment z wspomnianego już Korczakowskiego Pamiętnika. “Ojcze nasz, który jesteś w niebiesiech… Modlitwę tę wyrzeźbiły głód i niedola.” 

30. Czy przed nią klękali, przed walką na cmentarzu na Okopowej? Czy myśleli, spoglądając na jej dziecko, w którego zmartwychwstanie wierzyli, czy myśleli — ta ziemia, ta polska ziemia, była dla nas tym podglebiem, co dla Jezusa, syna twojego, twoja macica, wydała nas na świat przesiąkniętych jej krwią, jak on twoją, jedynie po to, aby zginąć. Wypłynięte za nami z brzucha łożysko, jak Twojego syna, mogłoby równie dobrze być całunem pogrzebowym. Przynajmniej by się na coś przydało.

31. Sakre-błe. Drętwota. Aż rzygać własnym językiem mi się chce. Gdy po wojnie, w trakcie której działał w “Mieczu i Pługu” i za zgodą Dowództwa podpisał folkslistę i przekazywał aliantom informacje, mające stać się ich pierwszymi o Wunderwaffe V2, więc gdy po Wojnie Augustyn Träger starał się przed sądem o rehabilitację, bo taki los tych “z grupą’’, zwłaszcza jak on, drugą narodowościową, starał się przed sądem, to sąd oznajmił w uzasadnieniu pozytywnego rozpatrzenia jego wniosku, oznajmił “wartość czynów jego jest naprawdę wyjątkowa i one pozwalają mu powrócić w szeregi narodu polskiego”. Ofiara, która podejmuje działania, zrzeka się całości tego tytułu, zrzeka się automatyzmu jego nadania. Ofiara, która przeżyła, jest z automatu podejrzana.

32. Hej, ofiaro, twoje miejsce jest poza narracją. Co tutaj robisz? Co tutaj knujesz? Skoro ofiar nie ma w narracji, a ty tu jesteś, to coś ty za zwierz?

A w co wierzysz? W Polin wierzę. Ha!


33. W “Tryptyku Wileńskim” Żakiewicz, myślami swojego młodego narratora, zauważa, że “kogo Pan Bóg wybrał, ten nie ma życia. (…) A może i my, ta cała szlachta półherbowa i herbowa, jesteśmy również dotknięci, bo porzuciwszy swych prostodusznych bogów – Perkunów i Światowidów – na serio przyjęliśmy żydowskiego Krysta Zbawiciela i los żydowski w jakiś sposób został sprzężony z naszym losem? Ich przekleństwo i nasze wybraństwo, nasze przekleństwo i ich wybraństwo sprzężone ze sobą w jednym losie i w małżeństwie nieślubnym. (…) Wystarczy przyjrzeć się starzejącym się twarzom tych wszystkich panków, aby ujrzeć maskę Żyda Ahaswerusa – wiecznego tułacza, co się skrył między Słowianami, łapiąc się, niczym topielec brzytwy, przaśności słowiańskiej i nieświadomej swego ducha cielesności. Na próżno! Te baranie i te piwne, migdałowe i pałające oczy, te głębokie cienie pod oczami, te nosy baranie i garbate i ten wieczny niepokój ducha – zdradzają uciekiniera! I histeryk szlachciura, i chłopek roztropek zostają skazani na bycie człowiekiem. Wyroku tego wciąż dokonuje Historia, raz doświadczając ich – Jewrejów, raz cierpiętnicząc Lachów, pomieszanych na duchu i zhybrydziałych w ciele…”


34. Gdy na Okopowej powolnym, nieco spłoszonym krokiem rozpoczynaliśmy penetrację terenu cmentarzyska, wzrok nasz przykuł, bo jak mógł nie przykuć, plac z trochę neoklasycznego, trochę brutalistycznego ducha, otoczony quasi-kolumnadką. Dostanie się na nią wymaga lekkiego odbicia od kocich łbów ścieżki, i wspięcia się po niskich schodkach, przekroczenia zwartej jak wojenne szeregi zabudowy ścian, gdzie kolumienki stoją na baczność w wiecznej (tzn. aż do zburzenia) warcie. W centralnym miejscu nagiego muru przytwierdzony jak order wisi orzeł sans korona, lecz et gwiazda Dawida. Gdy podejdzie się bliżej, orzeł wygląda jakby miał oczy wydłubane, bądź rozdziawione do granic możliwości. Jest to tzw. orzeł legionowy. Patyna zaczyna odchodzić z koryta wyznaczonego przez dawidową gwiazdę. Zachodzimy z Ojcem w głowę, co to wszystko znaczy, to ogołocone mauzoleum, aż docieramy do prawdy, do wersji absurdalnej z perspektywy dnia dzisiejszego.

35. Budowę tego mauzoleum, z inicjatywy warszawskiej gminy żydowskiej, rozpoczęto w 1939 roku. Chciano upamiętnić, a może i unaocznić, swoich współwyznawców poległych w walkach o wolność, o kraj. Prace przerwano z oczywistych powodów. Z powodów mniej oczywistych, budowla przetrwała wręcz nietknięta do współczesności. W 2019 roku podjęto się wykończenia mauzoleum według pierwotnego projektu. W trakcie prac archeologicznych prowadzonych tam w okresie Pandemii, w najbliższej okolicy wschodnich ścian mauzoleum odnaleziono Browninga i zardzewiały bagnet (Lenarczyk i Kowarska 2023).

 36.Te wszystkie tablice, które sprawiają, że nie opuszczam prawie wzroku idąc warszawską ulicą. Tyle, że aż zaczynam myśleć, po cóż są te tablice. Żebyśmy pamiętali, i pamiętając—

37. Jaki jest cel pamięci, cel tego całego przypominania, myślę idąc Warszawą, waszą ulicą, z wzrokiem wbitym w nasze kamienice, w wasze tablice, nasze tablice, ich tablice. Besztam się. Pamięć nie wymaga celu. W pewnym sensie, jest celem samym w sobie — pamiętamy, aby pamiętać. Przypominamy, napominamy, aby oddalić w czasie (i znów, i właśnie) moment, gdy zapominamy.

38. Ta misja, aby ,,zobaczyć niewidzialne jako niewidzialne”, jak to ujął Critchley. Zobaczyć przestrzeń po Eurydyce, unaocznić przemoc, która sprawiła, że jest to przestrzeń po niej, a nie z nią. Wyczuć w powietrzu może rozpraszające się ostatnie molekuły zapachu jej ciała. Metafora mi ucieka. Pamięć wyzuta taka z martyrologii, pamięć będąca suchym przypomnieniem faktów, tutaj mieszkał ten a ten, ta kamienica była tego a tego, pamięć czyniąca nie bojownikiem czy petentem, a kustoszem. Pamięć otwierająca szerzej oczy. Otwierająca oczy na czas, który nie zdążył.


39. Czas, który nie zdążył. W tym czasie, który nie zdążył się wydarzyć, zawarta jest sine qua non żałoba. Żałoba, którą Magda Potorska określiła w artykule na porta-polonica.de, stronie której nie znam, ale na której znalazłam opracowanie o rzeźbie na Gleis 17, mianem ,,wiecznej’’, której świadomość uznaje za ,,obowiązek każdego Europejczyka”.

40. Nauczyłam się tego w gabinecie dentystycznym na Wita Stwosza 58 — o skrzep nad raną należy dbać. Ja tego nie robię, i po kilku dniach wypluwam z krwią szew. Wciąż zawiązany, ale ewidentnie nie w mym dziąśle. Wzruszam ramionami; dopóki nie leje się krew strumieniami, dopóty nie panikuję.


41. Na dolnej części drzwi odchylonych w przejście oddzielające kamienice na Ząbkowskiej od jezdni odczytuję precyzyjnie nałożone na drzwi bielą przesłanie. NIE SKRADAJ SIĘ. NIE DAJ SIĘ SKRA. Na dziedziniec kamienicy przyciągnęła nas rzucająca się w oczy już z ulicy, wciśnięta w róg Maryjka, jak i stwierdzenie na przytwierdzonej od ulicy tablicy, że od strony dziedzińca mieściła się ongiś szkoła religijna wyznania mojżeszowego. W przejściu Ojciec zwraca mi uwagę na nalepkę pomstującą o pamięć Wołynia. Chcę kucnąć, aby złapać lepszy kadr napisu, ale zapesza mnie przechodząca obok pewnym krokiem kobieta, ewidentna tutejsza mieszkanka. Codziennie, wychodząc do pracy, do trywialności, mija okupacyjną kapliczkę, mija układ architektoniczny Jahrmanna, i wsiąka w życie. Myślę tak, podążając za nią wzrokiem. Pozwalam sobie jedynie na szybkie ujęcie z góry i powracam na główną ulicę.

 *

42. Zygmunt Krebs, w specjalnym (z okazji szóstej rocznicy Powstania w Gettcie) numerze “Opinii” (“pismo syjonistyczno-demokratyczne’’, cokolwiek to za pies), przywołuje pieśń obozową z obozu na lwowskiej ul. Janowskiej. Kończyć się miała ona tak:

Spoczną bracia obozowcy
Pod śniegu białym pokrowcem.
Otulą ich piaski.
Chociaż los cię spotkał twardy
Ty pozostań dumny, hardy,
Życie było fiaskiem.

Leave a comment