Ewa Maria Slaska
Sernik
Wyrastałam w domu, w którym nikt nie piekł ciast, nawet na święta tata robił mazurki i mnie tego nauczył. Robienie mazurków obejmowało również Boże Narodzenie i polegało na rozsmarowywaniu jakiejś masy czekoladowej lub krówkowej na waflach, które nazywały się andruty. Do dziś bardzo lubię posmarowane masą andruty. Wafelki ze sklepu się nie umywają. Według Leksykonu Sztuki Kulinarnej Macieja Halbańskiego andrut to cienki płat ciasta pieczony w specjalnych – okrągłych lub kwadratowych formach zwanych „żelazkami”. Samo słowo pochodzi prawdopodobnie od niemieckiego anblatt i oznacza opłatek.
Jedyne ciasto naprawdę pieczone piekła babcia, mama taty i obu wujków, było to ciasto czekoladowe, do którego na zmianę dosypywało się kakao i mąkę. Mi wolno było dosypywać, gdy sypałam mąkę, babcia mówiła, że idzie zima, a gdy ciasto było ciemne lub wsypywałam kakao, śpiewałyśmy obie, że przyszła wiosna, przyszła hoża, poszły rzeki aż do morza. To wiersz o wiośnie z Baśni o sierotce Marysi. Babcia umarła w 1953 roku, gdy nie miałam jeszcze czterech lat, ciekawe więc, że w ogóle zapamiętałam to ucieranie ciasta i śpiewanie w starej kuchni.
Gdy obaj wujowie, najpierw jako kawalerowie, a potem już z żonami, mieszkali razem z nami, była tylko stara kuchnia, bez ciepłej wody i z piecem węglowym. Wodę przynosiło się przez mały korytarz ze zlewu pod schodami. Dopiero jak obaj bracia ojca się wyprowadzili, a babcia i dziadek umarli, rodzice przerobili mieszkanie. Wtedy powstała nowa kuchnia wykrojona z szerokiego korytarza obok łazienki. Do tego czasu korytarz przez wiele lat był pomalowany przez dziadka bardzo ciemnymi farbami. Na ciemnogranatowych ścianach płynęła gdańska koga z rozpiętymi żaglami, otoczona chmurą herbów miast kaszubskich, w tym Gdańska, Sopotu i Gdyni. Dziadek, Jan Feliks Bogucki (1886-1955) pod koniec życia bardzo chorował i niemal nie wstawał już z łóżka. Pamiętam jednak, że namalował dla mnie na ścianie koło starej kuchni wielkiego misia. Miś pilnował, żebym solidnie codziennie połykała dużą łyżkę tranu i zagryzała ją chlebem z solą. Wydaje mi się, że chętnie piłam ten tran, choć dziś nie umiem już sobie tego wyobrazić. Portal art.info podaje, że Jan Feliks Bogucki był malarzem i grafikiem, związanym z warszawskim środowiskiem artystycznym. Kształcił się w Wyższej Szkole Przemysłowej w Krakowie. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne, grafikę, projektował kilimy. Uczył na kursach dla praktykantów drukarskich. W czasie II wojny został wywieziony do obozu pracy w Kassel. Od rodziców wiedziałam, że zaprojektował przed wojną buławę marszałka sejmu RP – berło z głowicą z akwamaryny, a po wojnie wędrował po wsiach i odnawiał wiejskie kościoły. Księża płacili mu często w naturze, a dziadek otrzymane dobra pakował w paczki i wysyłał do rodziny do Gdańska. Po drodze Poczta Polska, o której mawiano, że potrafiła rozbić nawet atom, rozbijała lub w inny sposób psuła zawartość tych paczek i listonosz przynosił do domu przesiąknięte, woniejące kartony. Podobno zatykał przy tym nos i mówił do babci „Pani Bogucka, mąż znowu paczkę przysłał”. Co tam było? Pamięć z dzieciństwa podsuwa słowa miód, jajka, kurczaki. Chociaż tak naprawdę chyba nic nie mogę pamiętać, skoro dziadek umarł, jak miałam 6 lat. Ale oboje, i dziadka, i babcię dobrze pamiętam, podobnie jak misia i pieczenie murzynka.
Babcia była z wykształcenia ogrodniczką, miała przed wojną ogród w Pruszkowie, w którym hodowała pomidory. Podobno chciała produkować keczup, ale niestety nie udało się jej dorobić na na tym najpopularniejszym sosie pomidorowym na świecie, choć w Ameryce z sosu powstało kilka fortun. Babcia z keczupu nawet nie dała rady porządnie utrzymać siebie i trzech synów, a musiała, bo dziadek na wiele lat zniknął i pojawił się dopiero w Gdańsku po wojnie. Babcia poszła więc do pracy, co potem okazało się zbawienne nie tylko dla niej. Pracowała w kuchni Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, gdzie 6 sierpnia 1944 roku został utworzony tzw. Dulag, Durchgangslager 121. Funkcjonował do połowy grudnia 1944, a w formie szczątkowej – do 16 stycznia 1945. Przez Dulag 121 przeszło w tym okresie ok. 400 tysięcy osób, byli to przede wszystkim mieszkańcy Warszawy wywiezieni i wypędzeni z miasta podczas Powstania Warszawskiego i po powstaniu, w tym wiele znamienitych osobistości z AK. Dziesiątki tysięcy zostały po krótkim pobycie wywiezione na roboty przymusowe do Rzeszy lub zesłane do obozów koncentracyjnych. W obozie poniosło śmierć kilka tysięcy więźniów. Ponad 30 tysięcy osób, w tym wielu ważnych Akowców, zdołało jednak opuścić obóz dzięki pomocy zatrudnionego tam polskiego personelu, a akcją tą z ramienia AK kierowała moja babcia, Maria Bogucka, pseudonim „Ewa”, co niestety w Wikipedii zostało zapisane jako Ewa Maria Bogucka. Próbowałam to uściślić sama w Wikipedii, zgłosiłam pisemnie i osobiście w muzeum, że Ewa Maria Bogucka to ja, a nie moja babcia. Niestety uporczywe błędy mają to do siebie, że są uporczywe.
W obozie jest obecnie muzeum.
Byli więc oboje, i babcia, i dziadek, nie lada osobistościami, w domu nic się jednak na ten temat nie mówiło. W ogóle wydaje mi się, że w domu nic się o niczym nie mówiło. Raz chyba poszliśmy całą rodziną na obiad do Restauracji Dworcowej na Dworcu Głównym w Gdańsku. Restaurację zdobiły freski dziadka. Ale z reguły rodzina spotykała się w komplecie w naszym mieszkaniu na I piętrze starej poniemieckiej willi przy ulicy Grunwaldzkiej 7 w Gdańsku Wrzeszczu. Mieszkało tam początkowo sporo ludzi, moi rodzice i my dwie oraz ciotka mojej mamy, Karusia i ciotka mojego ojca, Bronia, dziadek i babcia oraz obaj wujkowie z żonami, Jędrek z Basią i Jacek z Lilką. Dwanaście osób. Do jedzenia było zapewne byle co, wtedy wszyscy jadali byle co, ziemniaki, kiełbasa, kapusta, żurek albo barszcz, mielone, ale na pewno, jeśli była to ważna uroczystość, święta, imieniny, chrzest, wesele, to był też sernik.
Sernik pamiętam jak dziś i jeśli demencja mnie nie pokona, będę pamiętała do końca życia. Bielutki, wysoki, puszysty. Ten sernik przynosiła z pracy ciocia Basia. Była lekarką, pracowała w szpitalu reumatologicznym przy Łazienkach w Sopocie. W szpitalu pracowały siostry zakonne i to one piekły ten sernik.

Les souvenirs du passé
Mon pays, je les conserve
Mon coeur est empli d´histoires
Dalida, Helva Ya Baladi [Il est beau, mon pays]