Z wolnej stopy 41

Zbigniew Milewicz

Ząb nadprzyrodzony

Zamiast przepowiadanego mi przez niektórych, dwuletniego urlopu, skończyłem się wałkonić już po dwóch tygodniach. Mój wewnętrzny leń odpuścił, kiedy ze świątecznej, białej kiełbasy wydłubałem złotego zęba i zacząłem dociekać, skąd mógł się tam znaleźć. Najpierw automatycznie zerknąłem w lustro, ale wszystko było na swoim miejscu – górne, jeszcze przeważnie swoje i dolna, sztuczna szuflada. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie wstawiano mi żadnych złotych zębów. A więc skąd u licha wziął się ten tutaj?

Przypomniała mi się archiwalna sprawa rzeźnika z Niebuszewa, zbyt ponura, żeby o niej pisać w czasie, kiedy jeszcze dobrze nie strawiliśmy wielkanocnych smakołyków. Ząb miał wygląd górnej trójki, czyli kła, ale do Londona nie należał, bo Jack napisał Białego Kła, a mój był dobrej próby, szczerozłoty. Kiełbasę przywiozła mi do Monachium stryjeczna ciotka szwagra siostry mojego kuzyna, pochodząca spod ukraińskiej granicy, w tamtych stronach stronach jeszcze ludzie miewają wysokokaratowy uśmiech. Ciotka Aldona gwarantowała, że wyrób jest w stu procentach wieprzowy, czyściutki, z zaprzyjaźnionego uboju i jak się do niego wychyli szklaneczkę dobrze zmrożonej wódki, to żaden covid człowieka nie zmoże. A jednak zmógł, może dlatego, że nie popiłem święconką i teraz siedzę w domu na kwarantannie. Wolnego czasu mam w związku z tym w bród i mogę w nieskończoność snuć domysły na temat pochodzenia mojego złotego znaleziska.

Nie wykluczone, że trop zaprowadzi mnie dalej na wschód, do Donbasu, gdzie zielone ludziki w zmowie z Kremlem znowu niepokoją międzynarodową opinię publiczną. Muszę koniecznie zobaczyć w telewizorze, jak aktualnie uśmiecha się Władimir Władimirowicz Putin – jak zwykle szczerze i otwarcie, a może tylko półgębkiem? Bo jeżeli półgębkiem, to teoretycznie owa złota trójka mogłaby być nawet jego własnością. Wszystko, co rosyjskie należy do Kremla. Oczywiście (choć bardziej pasowałoby mi tu dosadniejsze słowo „Oczywista!“), zaraz ktoś zapyta, w jakich okolicznościach świnia połknęła ten ząb. Proszę Państwa, gdybym nią był, to bym wiedział. To są pazerne stworzenia, zmiotą wszystko, niczym się nie brzydzą, o czym ludzie w swojej jeszcze większej żarłoczności często zapominają. Dlatego dziwią się wegetarianom i wcinają wieprzowinę, aż im się trzęsą uszy.

***

I na zakończenie coś na temat.

“Upload” i “Idiokracja”

czyli wybierając dziś, wybieramy przyszłość naszych wnuków

Oba te filmy należą do kategorii “inspiracje konradowskie” 🙂

Ewa Maria Slaska

Kwiecień 2021 roku. Niemcy znajdują się w ciekawym stanie przygotowań… do gorączki przedwyborczej. To taka staropolska “prolegomena do wstępu”. CDU szarpie się między Markusem trojga imion Thomasem Theodorem Söderem a Arminem jednoimiennym Laschetem. Söder się nie podoba, ale krążą pogłoski, że na tle Lascheta jest boski. Ale z kolei kanclerz z Bawarii, tego w Niemczech jeszcze nie było! Wprawdzie Ludwig Erhard, drugi kanclerz Niemiec, urodził się w Bawarii, ale nie był bawarskim politykiem. Studiował w Hesji, a szlify polityczne zdobywał w Badenii Wirtembergii.

Söder czy Laschet, cóż oni biedacy mogą, że nie są Angelą i że nie tylko wyborcy CDU, ale całe Niemcy, a może i świat boi się czasu, gdy Angela przestanie nami rządzić.

Muszę sprawdzić w sieci, kogoż to nam oferuje biedna niemiecka SPD, partia socjaldemokratyczna, bo nie pamiętam (Olaf Scholz). Ta partia jest obecnie strasznie i totalnie bez znaczenia. Od dawna się nad tym zastanawiam, jak to się stało, że taka świetna i prężna demokratyczna partia, jaką była kiedyś SPD, zmieniła się w pozbawiony znaczenia klubik polityczny. Czy naprawdę jest możliwe, że szkody jakie tej partii wyrządził Gerhard Schröder, i w czasie swej kadencji, i potem, były aż tak nieodwracalne?

No i Zieloni, partia, która w sondażach pędzi do góry jak stado kozic. Dziś się zadecyduje, które z dwojga szefów partii (Zieloni zawsze mają dwoje szefów) zostanie kandydat/em/ką: Annalena Baerbock czy Robert Habeck? Ona jest fajna i młoda, może za młoda nawet (ma 40 lat), on trochę przypomina Trzaskowskiego, ma 52 lata i urodził się 2 września. To mój dzień urodzin, ale to oczywiście bez znaczenia.

A więc: Scholz 62, Laschet 61, Söder 54, Habek 52 i Baerbock 40.

Które z nich ma szansę sprostać wyzwaniom, jakie niesie ze sobą świat po pandemii? Sercem skłaniam się ku jedynej kobiecie na tej liście, również dlatego, że jest taka młoda, ale rozum mówi mi, że to zadanie, które ją zniszczy.

Tu ciekawy artykuł z dzisiejszego Tagesspiegel nt. roweru (dziś Dzień Roweru), zilustrowany zdjęciem Annalene, jak jedzie do pracy na rowerze. A pracuje w końcu w niemieckim parlamencie. Dziękuję Christine Ziegler za “podrzucenie” tego artykułu do bloga. Niestety nie da się inaczej – trzeba sobie ten tekst otworzyć w folderze Downloads. Sorki.

Bo co czeka ją, czy jednego z tych pięciu mężczyzn?

Rozbite, zatomizowane społeczeństwo, od roku czynnie lub biernie sprawdzające, do jakich granic można bezkarnie wypróbowywać nieposłuszeństwo obywatelskie. Dzieci i młodzież, które się dowiedziały, że nikogo nie obchodzi, czego się uczą i czy w ogóle się uczą. Gospodarka, w której wszystkie stare struktury straciły sens, bo po co nam auta i autostrady, a rosną do potęgi zyski firm przewozowo-wysyłkowych, producentów maseczek FFP2 i laboratoriów chemicznych. Katastrofa klimatyczna, której nic już nie jest w stanie zatrzymać, mimo iż rok temu myśleliśmy, że przestaniemy śmiecić, latać samolotami i kupować auta, zbudujemy bikestrady, zostaniemy weganami i nie będzie nam żal pieniędzy na produkty powstające w sposób zrównoważony. Naprawdę w to wierzyliśmy? To to, co czeka nas już jutro, nazywa się rozczarowanie.

Dwa filmy, które obejrzałam w ostatnich tygodniach, a raczej jeden serial i jeden film, pokazują, że pojutrze będzie jeszcze gorzej. Upload opowiada historię człowieka, który z łaski bogatej narzeczonej zostaje po śmierci “załadowany” do wirtualnego raju. W raju czają się co najmniej trzy węże – pieniądze, brak wolnej woli i nuda na wieczność. Po kilku odcinkach wiemy, że bohatera uratuje tylko miłość (która jednak, przecież to też wiemy, nie będzie trwała wiecznie), ale dowiemy się i tego, że ludzki sen o nieśmiertelności jest głupi, a nic nie ma sensu, jeśli życie nie kończy się śmiercią. Wirtualny raj jest komercyjno-konsumpcyjnym piekłem. Ale nie możemy zbyć tego serialu i tego przesłania tylko machnięciem ręki – bo świat (nauka? technika? komercja?) podejmuje wysiłki w tym kierunku. Czy twórcy serialu świadomie traktują go jak ostrzeżenie, czy stworzyli historyjkę “ku uciesze gawiedzi”, a tymczasem okazała się ona kasandrycznym krzykiem?

Idiokracja to kolejne ostrzeżenie, tym razem jednak z całą pewnością świadome. Idiokracja to władza głupoty. W filmie świat zostanie powoli ale systematycznie ogarnięty potworną głupotą, głupienie będzie przebiegało równolegle do całkowitego zniszczenia środowiska, a proces ten będzie trwał 500 lat.

I otóż nie. Nie potrzebujemy 500 lat, żeby skutecznie zniszczyć i ludzi, i świat. Może tak się wydawało w roku 2005, kiedy Mike Judge i Etan Cohen pisali scenariusz Idiokracji (to film z roku 2006, ale scenariusz musiał być przecież choć trochę wcześniejszy). Dziś wiemy, że zniszczenie postępuje znacznie szybciej niż myśleliśmy jeszcze dziesięć lat temu. Bohater filmu zostaje zahibernowany w naszych czasach i budzi się po 500 latach, ale to, co pokazuje film, będzie miało miejsce nie za lat 500, lecz za co najwyżej 50. Joe próbuje przekazać w przeszłość przesłanie, które może uratuje naszą przyszłość od głupoty (“uczcie się i twórzcie sztukę”), ale nie zna przesłania, które uratowałoby nas od katastrofy klimatycznej.

Cezary Graf zrecenzował ten film na youtubie.

Obejrzyjcie koniecznie Idiokrację i zastanówcie się, czy mamy jakąś szansę, żeby Annalena Baerbock została dziś wybrana na kandydatkę Zielonych na kanclerkę, żeby 26 września została wybrana na kanclerkę i żeby w międzyczasie obejrzała ten film, bo wtedy zrozumie, co ją czeka jako kanclerkę.

***

PS. Nie przejmujcie się zakończeniem tego filmiku – ten facet prowadzi kanał o tym, jak zarabiać pieniądze i zawsze każe wszystkim myśleć o pieniądzach.

Odcinek 20

Mieczysław Bonisławski

– To fontanna, nie sadzawka. Z takim ozdobnym flamingiem, szkoda tylko, że z betonu. Dlaczego mama z tobą nie rozmawia? I czemu prowadza cię do psychologa – przeskrobałeś coś w szkole?
– A, tam, szkoła… – machnął lekceważąco ręką Januszek, ale Olek nie dał za wygraną:
– Czyli, że masz swoje pomysły, ale nauczyciele zamiast starać się cię zrozumieć, wolą mieć święty spokój? Czyli, że psycholog ma cię zbadać i napisać, że to ty jesteś nie w porządku, a nie oni, tak? Oni chcieliby, aby wszystkie dzieci były równe i myślały jak od sznurka…
– Szkoła, szkoła jest niedobra…
– A mama? Czemu z tobą nie rozmawia, nie walczy o ciebie z tą szkoła, z tą Ber…?
– Mama kiedyś była inna, ale teraz już z nikim w ogóle nie rozmawia. Chyba, że z panią – ciocią Ireną… O, popatrz…

Chłopiec podniósł się z pleców i zaczął układać patyczki – marionetki. Ułożył je w dwóch, równych rzędach, wzdłuż ulicy przebiegającej przez ”wiadukt” nad „torami”. Kilka ułożył, tak jakby z brzegu, większość wbił na stojąco, tak bardziej po środku. Od biedy, można było sobie tak wyobrażać siedzących i stojących ludzi wewnątrz miejskiego autobusu.

– Aua! Jezu, aaa…!
– O, Boże, coś się stało!
– Ludzie, ludzie spokojnie…
– Panie kierowco! Zabiło człowieka.
– Nie!, przytrzasnęło w drzwiach.
– Rękę, rękę mu złamało…
– Panie kierowco, drzwi. Drzwi!
– Otworzyć drzwi. Kierowca! Człowiek ranny, proszę otworzyć natychmiast drzwi!
– Co tam się dzieje?
– Drzwi przytrzasnęły gościowi rękę.
– Już otwieram. I co?
– Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
– Zaraz zemdleje, trzeba na pogotowie.
– Trzeba po karetkę! – mały poruszał energicznie większością ze stojących, tych powtykanych w piasek na sztorc, patyczków. „Przekrzykiwały się” nawzajem niemal wszystkie. Niemal…

Dwa „siedzące” patyczki „milczały”. Do czasu:
– Mamo, co się stało?
Nic, cisza.
– Mamo, co jest temu panu, popatrz…?
„Milczący” patyczek wykonał gest przypominający zapalanie papierosa.
– Mamo, czy jemu stało się coś złego? Dlaczego wszyscy tak strasznie krzyczą? Czemu ty nic mi nie mówisz?
– Alicja, w autobusie się nie pali. Spieszno ci na kolegium? – nad „siedzącymi” pochylił się jeden ze „stojących” patyczków.
– Ach, no tak. Zapomniałam się. – „Mama” szybko zgasiła papierosa i spojrzała w górę, na znajomą twarz – To ty, Irena? Dziękuję…
– Zobacz, samo rano, a ja muszę już lecieć do Komitetu. Szlag by trafił takie powitanie dnia, co nie? A do tego – tym przepełnionym autobusem. No, ale ty co? Z małym gdzieś jedziecie…?
– Mamo, mamo! Powiedz mi…
– Nie, nie. Bądźcie cicho, oboje! Bardzo was proszę – patyczek znowu wyjął papierosa, ale nie zapalił go, tylko przez chwilę trzymał go w dłoni, a za którymś z rzędu skrętem autobusu, po prostu, takiego nie zapalonego, zgniótł w palcach.

Autobus faktycznie skręcił raz, drugi i trzeci. Zatrzymał się na przystanku i pojechał dalej, aż w końcu wyjechał na szeroką, ruchliwą ulicę Bohaterów Westerplatte.
Irena cały czas coś gadała nad głową Mamy i jej synka:
– Cholera by wzięła te telefony. Nie masz w domu, kłopot jeden, ani z kim pogadać, jak akurat trzeba, ani zadzwonić do kina, czy teatru, spytać co grają, ani po taksówkę. A jak masz go już w domu – inny kłopot. Siódma rano i ci dzwonią, że w Komitecie jakaś konferencja, czy egzekutywa z Niemcami, Łotyszami albo jeszcze innymi Ukraińcami. Wyobrażasz to sobie? Rozumiesz? Nie wiem doprawdy, na diabła ja starałam się o ten telefon? I na cholerę mi go w końcu zainstalowali… A tak się cieszyłam… I tu masz, obudzili w środku nocy, no i chlust do wanny, ubrałam się raz dwa i na autobus. Po trzydziestu latach, zachciało im się wracać do „tych” spraw. Przecież to już dawno przebrzmiało… Ty wiesz, odgrzewają kwestię wysiedleń: Niemców stąd, a Łemków tutaj… Tak, to nie byli jednak Łotysze, tylko nasi, poczciwi Łemkowie, od nas i z Ukrainy… Ale, ja już wysiadam. Papatki, durne to jak te młode, które to sobie wymyślają…

Gdy autobus dojeżdżał do przystanku za Komitetem Wojewódzkim PZPR, kawałek za placem z Pomnikiem Bohaterów, stanął, a potem ruszył, liczne patyczki-marionetki znowu się ożywiły i „rozgadały”:
– Była już pani w tym nowym domu towarowym?
– W tym tu….? Nie, jeszcze nie.
– Ja byłam.
– Ta pani była…
– A, to pani, dzień dobry. I co warto tam zajrzeć?
– Sklepów dużo i towary takie lepsze, ale drogo, pani, drogo.
– Ja też słyszałem, że to nie dla nas. Może gdzieś w Poznaniu czy innym Wrocławiu, takie „Centrum” będzie miało wzięcie, ale nie u nas…
– Nie, no towary całkiem sobie. I poukładane tak, że wszystko człowiek widzi, co i jak. Nie jak gdzie indziej..
– Przestronnie jest i oświetlone jak trza… Ale to i w takim „Centrumie” musi bez to i swoje kosztować.
– Luksusy…
– Gdzie tam nam do nich…
– A pani sąsiadko? – jakiś głos znowu zaczepił cały czas zamyśloną, nie reagującą na nic wokół, milczącą Matkę – W tym tygodniu mam na pierwszą zmianę, ale po niedzieli wybiorę się w dzień na miasto… Może i pani…?
– Co, proszę? Przepraszam, nie dosłyszałam…
– To przez ten szum, takie głośne te stare autobusy w środku. Czy my jeszcze doczekamy jakichś nowocześniejszych? Synowa – mieszkają z synem we Wrocławiu – opowiadała mi, że u nich, w tym Wrocławiu, znaczy się…
– Tak, tak, to przez ten stary autobus. Ten hałas – podjęła Mama, błądząc jednak myślami zupełnie gdzie indziej.
– Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”. Była już sąsiadka?
Mama coś odburknęła, schylając głowę, co tamta zrozumiała po swojemu:
– Właśnie, ja też jeszcze nie. Może się sąsiadka wybierze ze mną, zawsze razem raźniej.
– A…
– Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie, ja już z nią nic… Czy wie pani, co ona powiedziała o…
– Tak? – wróciła do rzeczywistości Mama, ale jej nieobecny wzrok chyba podziałał i na tamtą:
– Nieważne. Stare próchno. Niech strzępi ten ozór gdzie indziej i inni niech się użerają z tym jej synalkiem… Ale co, wybierze się pani ze mną?

– Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami. Taaakie samochodziki…
– W szkole… – zawahała się Mama-patyczek – A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą! Mało mam przez nią kłopotów! – zakończyła w złości.
– Oho… – wycofała się tchórzliwie tamta kobieta, zostawiając synka sam na sam z nieprzejednaną, oziębłą Mamą Nie pomogła mu, chociaż przecież mogła…
– Mamo…! Czarek ze Sławkiem mają taki autobus, „jelcza” z przyczepą osobową. I z otwieranymi drzwiami. Ja takiego nigdy nie widziałem, a oni powiedzieli, że jak nie będę miał takiego samego, to mam do nich już nie przychodzić. Na pewno są takie w tym „Centrum”… Bo nigdzie indziej ich nie ma…

W tle dalej słychać było „rozgadane” ludziki-patyczki:
– I co, wybierasz się…
– Może na święta. Mam wesele w rodzinie. Prezent jaki może dostanę. Tam są takie bardziej eleganckie rzeczy.
– Ja tam pójdę tylko popatrzeć. Nie stać mnie, ale pooglądać lepszy świat przecież można. Chyba nie wyrzucą, nie ma takiego prawa, co?
– Weź pan choćby coś małego, na pamiątkę. Wtedy na pewno wpuszczą.
– To może być tak jak w knajpie, jak setka, to tylko z zakąską. A jak nie, to wywalą na zbity ryj… Nie zakropisz bez zagrychy.
– Słyszałam, że telewizory kolorowe mają.
– A jakże! A talon…
– Tu są bez zapisów. Córka dostała mieszkanie, to kupiłabym jej do tego mieszkania…

Znowu głosy tych dwóch „siedzących” gałązek:
– Słyszysz, mamo! Słyszałaś, tam na pewno będzie taki autobusik z przyczepą!
– Pokłóciłeś się z Czarkiem i Sławkiem?
– Mamo…
– Czasami nie dziwię się tym twoim kolegom. Czy ty nie możesz…? Czemu ty jesteś taki…? – ton beznamiętny, szorstki, pełen goryczy i żalu do całego świata.

Chrenowicz uciszył chłopca. „Dosyć, dosyć, to mi wystarczy. A ta twoja Matka…” – wymamrotał, nie wiedzieć czy do siebie, czy tak, aby Januszek go jednak usłyszał, pół mówiąc, pół głośno myśląc – „Może ona jest po prostu zmęczona? Matka, to matka, automatycznie cię kocha. Nawet się nad tym nie zastanawia. Tym się różni mężczyzna od kobiety. Posłuchaj mnie, ona kocha i ciebie, i twego braciszka, i siostrzyczkę. Ale jej też musi być ciężko. Kiedy ją widziałeś wypoczętą, śmiejącą się z niczego? Kiedy przyszła późno wieczorem od swoich koleżanek? A kiedy ostatni raz przeczytała ci artykuł, który napisała lub książkę, którą jej wydrukowali? Dawno, dawno temu. A może w ogóle tego nawet nie pamiętasz, co? Ona cię kocha, nie opuściła cię, ale pani psycholog pewnie o Mamę nie pytała, prawda? Tak myślałem.” A na cały głos poprosił:

– Co się działo w szkole? Opowiedz o swoich kłopotach w klasie: koledzy, nauczycielka?
Mały zaczął na nowo rozstawiać gałązki-ludziki, ale Olek i tym razem go powstrzymał:
– Dosyć tych teatrzyków. Chodź tu do mnie – usiadł po turecku po środku wyspy piasku, wziął za rękę chłopca i przyciągnął tak, że miał go przed sobą. – Mów, jak jest. Prosto, swoimi słowami.
Gdy Januszek opowiedział już o złośliwościach ze strony Kotlarskiego, o agresywnych atakach Szczepańskiego i Remiszewskiego, o zawstydlzającej go litości Beaty Dunaj, nieporozumieniach z Barczyńską i innymi nauczycielami, o strachu przed profesorem techniki, Linkowskim, aż w końcu przeszedł do kulminacyjnej sytuacji z zabitą bez skrupułów fasolką, znowu zaszkliły mu się oczy.

Ależ to jest mazgaj!”, pomyślał Olek.Co ja tu jeszcze z nim robię? Ten mały, zaszczuty beksa nigdy nie zostanie Wojownikiem! Nie nadaje się do żadnej walki… Tracę z nim tylko czas… Mój czas jest tak cenny, miałem tu spotkać posłanego do mnie Przewodnika, a co znalazłem? To miał być złoty chłopiec, po to naszukałem się tej Sceny Kreatorów, a co znalazłem? Znowu mnie ktoś wystrychnął na dudka! Straciłem wszystko…”

Olek podniósł się. Z niesmakiem wydął usta, odwrócił się tyłem do Januszka. Zrobił krok, drugi… Zatrzymał się. Spojrzał na małego przez ramię.

Co straciłem tak naprawdę? Trochę czasu, ale przecież nie mogę poddać się, przestać wierzyć w siebie. Jeżeli to wszystko nie było prawdą, to czym? Baśnią, ułudą, fantazją? Nie, to niemożliwe… To znowu, jakaś kolejna próba. To ONI próbują mnie zwieść, mieszając mi w głowie prawdę z fikcją. Ja nie żyłem bajką, ja naprawdę mam TO zrobić, do tego zostałem powołany. Gdyby nie wyrzucili mnie ze Straży Ochrony Kolei, dalej pałętałbym się między tymi nieudacznikami, niewolnikami regulaminów, tchórzami bojącymi się łobuzów… Gdyby mnie przyjęli do wojska, wypełniałbym teraz rozkazy jakiegoś półgłówka. Dobrze się stało, tak jak jest! Uratowałem sam siebie przed samym sobą! A ONI! Nie dali mi rady…

Popatrzył dłuższą chwilę na chłopca. Zastanawiał się w milczeniu, stojąc nieruchomo, zupełnie wyprostowany. Taksował siebie i jego. Dostrzegł dysproporcje – z jednej strony potężnie zbudowany, wyćwiczony mężczyzna-Wojownik, a z drugiej – zapłakany, mikry chłopaczek, przed którym dopiero cała jego droga.

A może zabawić się z NIMI? A jakbym z takiego mazgaja zrobił Wojownika, mściciela…? Ależ by się ONI zdziwili. Ależ bym ICH zaskoczył! Chcieli mnie, MNIE – mistrza walk, rozmontować, osłabić tymi ICH fikcjami, rozleniwić słodyczą baśni – to ja sprowadzę teraz do baśniowego życia tego nieszczęśliwego chłopca. Zostanę jego Przewodnikiem po jego krainie fantazji i szczęśliwości. Dokonam cudu i z tego zmarnowanego malca zrobię Wojownika. To on potrzebuje Przewodnika, nie ja! On faktycznie ma bardzo źle, a ja… Mnie się tylko wydawało, że cierpię. To było tą prawdziwą ułudą, której się domyślałem, ale nie mogłem jej właściwie wskazać. ONI chcieli mnie omamić i niemal IM się udało… Ale nie ze mną takie gry… Chodź mały do cudownego świata… Poprowadzę cię. To będzie moja kolejna próba. Może w końcu już ostania?

Uklęknął przy Januszku. Nawet na klęcząco miał głowę wyżej niż stojący chłopiec.

– A czy ty wiesz, co ja jeszcze innego robię w życiu? Prowadzę szkołę sztuk walki. Jestem mistrzem, wiesz. Czy słyszałeś o mistrzu „Czarny Koń”? To ja…
Januszek uśmiechnął się pełną buzią, ale w porywie szczerości, ufnie pokręcił przecząco głową.
– Każdy chłopak, jak wyrośnie na mężczyznę, musi być zdrowy i silny, aby bronić siebie i swojej rodziny przez wrogami, być zdrowym i silnym. Nie trzeba palić papierosów, ani pić alkoholu. Za to trzeba cały czas ćwiczyć ciało i umysł. Czy chcesz być taki?
Chłopak z zapałem, cały uśmiechnięty, pokiwał potakująco głową.
– Dla ćwiczenia ducha trzeba być wrażliwym i myśleć tylko pozytywnie o sobie i o innych. Nie można dokuczać innym jak Szczepański. Nie można być złośliwym jak Kotlarski, ani wywyższać się jak Pasternak. Oni nigdy nie zostaną prawdziwymi mężczyznami. Prawdziwi mężczyźni już wkrótce ich w życiu pokonają. – ciągnął dalej Chrenowicz – A dla sprawnego i żelaznego ciała trzeba ćwiczyć fizycznie. Chodź, pokażę ci kilka chwytów, których cię nauczę…
Zademonstrował jakieś elementy, ćwiczenia. Najpierw sam turlając się po piasku, padając, to znowu podnosząc się. W końcu złapał chłopca i delikatnie przewrócił go. Po chwili pokładali się razem. Mały turlał się w uściskach mężczyzny, to wydając jakieś nieartykułowane wrzaski, to śmiejąc się na cały głos.
Jak on się momentalnie zmienił…? Niech zaatakuje mnie, gdy postawię wysoki blok… Nie poddaje się, szuka, dąży do lepszego, do sukcesu. Troski i porażki nie zamknęły go w sobie, jest gotowy sięgać po zwycięstwa. Jak prawdziwy Wojownik… Spróbujemy z dźwignią na staw biodrowy… On pokona swoje słabości, te wszystkie utrapienia związane ze Szczepańskimi, Kotlarskimi, nauczycielami… To bohaterstwo tak przeciwstawiać się własnym lękom, grozie otoczenia… Ciekawe czy będzie się tak samo rzucał, jak go lekko podduszę? Ostrożnie, to tylko dla zabawy, dla sprawdzenia odruchów kandydata i jego charakteru… Prawdziwy Wojownik…

– Co tu się dzieje?!
Wysoka, szczupła blondynka wgramoliła się tyleż energicznie, co dosyć nieudolnie na wyspę złotego piasku. Nogi w modnych chodakach grzęzły jej w sypkim, nie dającym oparcia podłożu, stopy ślizgały się. Cała jej postawa była jeszcze jak u młodej, gibkiej dziewczyny, ale twarz nosiła już znamiona mijającego czasu. Niewątpliwie niegdyś intrygująco wystające kości policzkowe pod wysokim czołem i lekko skośnymi (do środka), głęboko osadzonymi, szerokimi oczami nie wystawały już tak ostro, rozpłynęły się w fałdach tłuszczu. A wąska, ale pełna żuchwa, z takimi dwoma, głębokimi przed laty bruzdami, idącymi po obu bokach zwężającej się brody, teraz tonęła już tylko wśród rozmnażających się z tygodnia na tydzień fal zmarszczek. Ostrości stały się opływowe, zagłębienia się wypełniły, to co było jędrne, nabrzmiało.
W końcu złapała chłopca za rękę, potrząsnęła nią i wyciągnęła spod mężczyzny.
– Czy ty wiesz, która jest godzina? Już dawno skończyłeś lekcje, czemu nie jesteś w domu?
Rozejrzała się wokół. Cała roztrzęsiona, nie kryła swojego niezadowolenia. Znowu krzyczała:
– Co to w ogóle jest?! Co ty tu wyprawiasz! Ja się martwię w domu, czy znowu ci czegoś nie zrobili… Już, marsz mi na obiad!
Nagle spojrzała jeszcze raz w stronę ciągle klęczącego w piasku Olka.
– A pan co tu robi?! Kim pan w ogóle jest!
I w tym momencie zaczęła coś kojarzyć…
– Zboczeniec… Co ty, do cholery, zrobiłeś mojemu synowi?!
Pociągnęła jeszcze mocniej Januszka, chowając go za sobą a sama, zasłaniając syna stanęła w wojowniczej pozycji tuż przed mężczyzną:
– Ty pedofilu… Ja cię zaraz, na milicję… Zgnijesz w więzieniu! Za to co tu robiłeś z moim chłopcem. Że też tacy muszą się rodzić, że też ziemia takich nosi…!
Chrenowicz podczas tej tyrady zdążył dojść do siebie. W pierwszej chwili zupełnie zdezorientowany, potem już spokojny, powstał z kolan, niemal dostojnie otrzepał się z piasku i tonem nietajonej wyższości replikował:
– Jestem mistrzem szkoły walki. „Czarny Koń”, najlepsza w Zielonej Górze, musiała pani o mnie słyszeć. I ja nie jestem żadnym zboczeńcem, za to pani Januszkowi potrzebny jest ktoś, kto mu w końcu pomoże. Te kłopoty w szkole, z łobuzami z klasy. Te nieporozumienia z panią, jako matką…
Alicja zbaraniała. Wyprostowała się jeszcze bardziej, zesztywniała, potrząsnęła głową i ryknęła:
– Co takiego?! Co ty, pedofilu, możesz mieć do powiedzenia na mój temat! Tobie to już zupełnie padło na tę chorą głowę, zboczeńcu…
– Nie jestem zboczeńcem. Prowadzę szkołę sztuk walki…
– „Czarny Koń” – wydęła wargi kobieta i prychnęła drwiąco. – A może czarna dupa konia, z ciebie taki rycerz, co to po zadzie wsiada na wierzchowca…? Pedał od małych chłopców…
Olka w końcu to trochę ruszyło:
– No tak, na pewno nie jestem matką, która na widok wypadku w autobusie ucieka od przerażonego syna i zamyka się w sobie, zamiast dać mu poczucie bezpieczeństwa. Ani taką, która nie zauważa, że syn potrzebuje zabawki, aby zaimponować rówieśnikom i zdobyć należną mu pozycję w grupie, a ona ruga go tylko i daje do zrozumienia, iż na nic nie zasługuje.
– O czym ty gadasz, padalcu? – zdziwiła się Alicja, przeplatając oznaki zmieszania ze spazmami śmiechu, bo aż tak niedorzeczne wydały jej się wywody tego „mistrza”.
– Czy pamiętasz, jak jechaliście na wizytę do psycholog Ber i drzwi autobusu przytrzasnęły palec temu robotnikowi? A czy pamiętasz, jak potem mały chciał w tym nowym domu towarowym kupić taki autobus z przyczepą, aby wkupić się w łaski Czarka i Sławka?
– Czy pamiętam? Ten przeklęty poranek…
– Tak, czy pamiętasz?
– Pamiętam. Z samego rana, mój stary gdzieś zniknął. Do pracy nigdy tak wcześnie nie chodził, gdzie więc mógł polecieć? Przed lekcjami Januszka mieliśmy jeszcze wizytę u tej Ber… Wsiedliśmy do autobusu…
Co to dzisiaj mąż tak wcześnie… – zagadnęła mnie zaraz przy wejściu sąsiadka z parteru, z tej drugiej klatki, przy wjeździe pod blokiem. Ona mieszka zaraz nad wjazdem… Nie chciało mi się z nią gadać. To strasznie zgryźliwa i złośliwa plotkara, najgorsza w bloku.
Poszedł do pracy.
Nie, no przecież w tym tygodniu, to od rana w kiosku siedzi ta młoda, jego zmienniczka, nie on – drwiąco zaoponowała tamta.
Tak, faktycznie – odganiałam się od niej, jak od natrętnej muchy. – To nie wiem, coś mu pewnie wypadło…
Plociuch znacząco zmrużył oczy. Wysilił się na taki protekcjonalny ton:
Nie wiem, czy sąsiadce mówić, bo może sąsiadka już wie…
Co niby mam wiedzieć?
… a może i nie. Bo to żona dowiaduje się zawsze ostatnia…
Niby o czym?! – zaczynała mnie już złościć.
Mówią, że on chadza do tej Barczyńskiej, nauczycielki Januszka…

Aua, Jezu, aaa….!
O Boże, coś się stało!
…zabiło człowieka…

Wzdrygnęłam się. Przerażona zakryłam ręką Januszkowi oczy i nieco uniosłam się z siedzenia, aby dojrzeć sytuację przy automatycznych drzwiach.

Nie, przytrzasnęło w drzwiach.
Ręka…, rękę…, ręką…
Człowiek ranny, proszę otworzyć drzwi.
Już otwieram. I co?
Żyje, ale ma całą rękę we krwi.
Trzeba by po karetkę.
Zaraz, zaraz, ja mam kurs. Żyje pan, jak się pan czuje? Da pan radę?
Wytrzymam, wytrzymam. Wysadź mnie pan przy pogotowiu. Tam mnie opatrzą. Nic mi nie będzie.
Widziała sąsiadka? W takim tłoku mus nam jeździć, to i wypadki co chwila…
Jakie co chwila, kiedy pani widziała coś podobnego? Poza tym, facet, sam powiedział, że wsiadał na ostatnią chwilę, wepchnął się w zamykające się już drzwi i nie zdążył schować ręki – gasił paplę ktoś z pasażerów.
A pan co, może też kierowca z MPK? – odgryzła się mu kobieta.
Zaraz, zaraz. To niby mój mąż, miałby z wychowawczynią naszego syna…?

Zanim ta baba zdążyła odpowiedzieć, autobus stanął na przystanku przy szkole ekonomicznej. Wysiadło trochę uczniów, sporo ludzi idących na targ, mimo tłoku pasażerowie będący w środku wielką falą przemieścili się do przodu. Dzięki temu stanęła nade mną Irena.
Słyszałaś? Ryndak ma dostać kolejną nagrodę.
I co z tego?
Jak to, przecież kiedyś byłaś lepsza od niego.
Kiedy to było? – rozmarzyłam się trochę, ale szybko stanęło mi przed oczyma zupełnie inne szczęście – Jeszcze przed Januszkiem…

I na co ci to było? A pamiętasz jak go obsobaczył Bereza w tych „Związkach naturalnych”? A Ryndak i tak, ma tego „Piętaka”, teraz dostanie „Lubuską”… Wiesz gdzie ty byś mogła być, gdyby nie…?
Ja moje powieści zatytułowałam „Januszek”, „Zbyszek” oraz „Tosia”… – uśmiechnęłamsię na samą myśl o nich.
Mamo, co jest temu panu, popatrz…

Ranny mężczyzna miał się całkiem dobrze. Zdaje się, że omawiał właśnie mecz żużlowy, zamachnął się tą przetrąconą łapą i zaczepił o kogoś, że aż syknął. On z bólu, a ten, którego potrącił zakrwawionym bandażem, z irytacji.
Sięgnęłam po papierosa.
Mamo, czy jemu…
Ja bym się tak nie poświęciła. O talent trzeba dbać, a nie tak go marnować. I co osiągnęłaś? Co ty masz z tego życia, nic.
Mamo, czemu ty nic do mnie nie mówisz?
Alicjo, w autobusie się nie pali…

Irena wysiadła. Miała jakąś redakcyjną robotę w Komitecie Wojewódzkim. Tegoroczna laureatka nagrody radiowej rzeczywiście nie marnowała talentu i szczęścia, jakie jej dopisywało. Właśnie dopiero co zdobyła to swoje pierwsze trofeum za ów reportaż o „Szczęśliwej miłości”, a czekało ją w przyszłości pewnie jeszcze wiele kolejnych laurów. Zdobywała znaczącą pozycję już na poziomie krajowym, nie tylko na naszym, zielonogórskim podwórku.

„Co osiągnęłam? Postarałam się o syna, który nie radził sobie z kolegami w klasie, a wychowawczyni robiła z niego na siłę niedorozwiniętego emocjonalnie, więc zaczęłam z nim jeździć do poradni psychologicznej. Miałam też męża, o którym sąsiadka mi właśnie doniosła, że wziął sobie za kochankę wychowawczynię mego synka, tę samą, która wysłała mnie i małego do wariatkowa… To mogła by być całkiem niezła powieść sensacyjno-obyczajowa. A może powinnam była zacząć ją pisać…?” – śmiałam się w duchu.

A pani sąsiadko?
Przepraszam, nie dosłyszałam…
Mówię, że w przyszłym tygodniu wybieram się na miasto, to zajrzę do tego nowego „Centrum”…
A…
Myśli pani o tej z trzeciej klatki… Nie, nie… Czy wie pani co ona powiedziała…

„Wiem co ty powiedziałaś, wiedźmo, o moim mężu”. To prawda, gdzieś ostatnio znikał. Prawdopodobnie nawet miało to jakiś związek z tą Barczyńską. Ale ona pochodziła z antysocjalistycznej rodziny, myślę, że ją rozpracowywał operacyjnie. To musiało być zainteresowanie o charakterze służbowym, wiedźmo z drugiej klatki!”
A ta Barczyńska. I co ona znowu zrobiła przeciwko Januszkowi? Ten Szczepański, ten Remiszewski. Klasowe łobuzy, czy to możliwe, aby byli takim zagrożeniem dla jednego z uczniów bez wiedzy nauczycieli? A jeżeli Barczyńska o wszystkim wiedziała, to czy to nie mogło się dziać za jej cichą aprobatą… Ta „jedynka”, to jednak cholerna szkoła…!

Mamo, mamo! Chłopaki mówili w szkole, że tam jest superowy sklep z modelami…
W szkole… A dajże mi już spokój z tą twoją szkołą!

Srakiś autobusik. Czarek ze Sławkiem. Jeden synalek majora milicji. Teraz jak wynikły te kłopoty, ojczulek zaczął się wynosić ponad mojego, że mój to niby „ubek”. A on, oficer milicji, niby że był zawsze w porządku. Lepszy… A matka zaczęła pracę w oddziale jakiegoś przedsiębiorstwa handlowego, „Otex” czy tak jakoś, oni chyba handlują ciuchami za granicę? Damessa się z niej zrobiła, że nie podejdziesz… A rodzice Czarka ukrywali cały czas kontakty z eReFeNem. Czarkowi z tych kontaktów przynajmniej skapywały dobre, zachodnie zabawki, ubrania, sprzęt sportowy. „Tu nie o autobusik poszło, synku. Ale nie zrozumiesz tego na razie nawet, jakby pani doktor Ber nie wiem jak się postarała. Ja też nie potrafiłabym ci tego wytłumaczyć, w taki sposób, aby ci nie sprawić przykrości…”

To może już lepiej tak:

The Room in Barataria

Ewa Maria Slaska (z inspiracji Konrada)

Tommy Wiseau. Słyszeliście o tym reżyserze? Słyszeliście o tym filmie? Słyszeliście, że można zrobić karierę, nakręcając najgorszy film na świecie?

No tak, można, tyle tylko, że trzeba mieć siedem milionów dolarów. Albo więcej. Nikt nie wie, ile, ale sam film kosztował 6,5 miliona.

Może zresztą słyszeliście o tym, że reżyser jest Polakiem, pochodzi z Poznania i nazywa się Tomasz Wieczór albo Wieczorkiewicz.

Tu jest link do filmu The Room: https://youtu.be/wOKW0PeHVDE (na youtubie został on okrojony o pięć scen seksu, w tym jedną – seksu oralnego)

Tu z kolei link do filmu o tym, jak powstał film The RoomThe Disaster Artist: My Life Inside The Room, the Greatest Bad Movie Ever Made: https://www.werstreamt.es/film/details/1126688/the-disaster-artist/ (choć nie wiem, czy nie trzeba będzie zapłacić za streaming); na youtubie można obejrzeć różne fragmenty filmu.

A tu jeszcze do fimu, który był, wydaje mi się inspiracją dla reżysera The Room, choć (chyba) nikt o tym nie wspomina: Okno na podwórze / The rear window; genialny film Alfreda Hitchcocka z Jamesem Stuartem i Grace Kelly; jeden ze stu najlepszych filmów na świecie: https://youtu.be/YEgpkHWECKs

Obejrzyjcie wstystkie te trzy filmy i wtedy tu wróćcie, to Wam powiem, co o tym myślę i dlaczego Tommy Wiseau chciał być (chyba) Don Kichotem, ale jak zaczął kręcić The Room, stał się Sancho Pansą własnej szalonej fantazji.

Bo tak to chyba jest, nie możesz być i marzycielem, i bezwzględnym egzekutorem obowiązków tych, których chciałeś porwać za sobą. Dlatego Marzyciel (podobnie zresztą jak arystokrata) zawsze MUSI mieć towarzysza, tego, który wykona za niego każdą robotę. I tę normalną (wyleje nocnik przez okno w gospodzie), i tę bardziej skomplikowaną (zarezerwuje bilety w Orient Expressie), i tę nużąco codzienną (ktoś przecież musi to wszystko trzymać w garści), i tę wreszcie najbardziej nieprzyjemną, czasem zwaną też brudną, bo przecież czasem trzeba zasztyletować Hoprynę i szlachetny szlachcic, np. Wołodyjowski, sam nie będzie tego robił, od tego ma Rzędziana, Zagłobę, Falstafa czy Sancho Pansę.

Te rozmyślania prowadzą mnie przez chwilę na manowce, przypominam sobie bowiem, że przez całe moje dorosłe życie z zainteresowaniem czytałam o tym, że ktoś komuś towarzyszył w podróżach i do jego obowiązków należało wylewanie nocników, rezerwowanie biletów lub wielbłądów, wykłócanie się z oberżystą, że w pokoju są pluskwy, a w śmietanie mysz. I zawsze wtedy myślałam, że ja też bardzo bym tak chciała. No i popatrzcie, jak pięknie się spełniają takie myśli. Od kilku lat towarzyszę czasem w podróżach mojej najbardziej hojnej i niezwykłej przyjaciółce, Iwonce. Dziękuję, Kochana!

I nie muszę wykonywać żadnych z tych czynności!

Bo naprawdę, marzenia się spełniają, trzeba tylko dokładnie wiedzieć, czego się chce, jeśli bowiem się ich nie sprecyzuje, to można wyjść na tym jak Eryk w powieści Terry Pratchetta Faust Eryk. Chłopak ma 14 lat i trzy standardowe marzenia – żyć wiecznie, panować nad światem, spotkać najpiękniejszą kobietę w historii. Przeczytajcie tę książkę i wtedy wróćcie do dalszej lektury tego tekstu.

Książka ukazała się po polsku w roku 1997 w tłumaczeniu Piotra Cholewy. Jest na portalu chomikuj jako epub i audiobook, znajdźcie ją tam sobie, albo kupcie na Merlinie.

***

Film The Room, zgodnie z moim własnymi przewidywaniami, nie podobał mi się, historia wydawała mi się prosta jak slogan na plakat, charaktery niczym nie zaskakiwały, gra aktorska była na poziomie teatrzyku szkolnego w Dąbrowie Leśnej. Natomiast bardzo podobał mi się film The Disaster Artist, opowiadający historię o tym, jak Tommy Wiseau nakręcił swój film. Jest to historia o przyjaźni dwóch mężczyzn, przyjaźni która przetrwała wiele lat, wiele kłótni, wiele porażek i sukcesów, ale przede wszystkim jest to niezwykła historia mistyfikacji, która praktycznie rzecz biorąc nigdy nie została wyjaśniona.

Tommy Wiseau jest prawdziwą postacią, ale jednocześnie pojawia się z nikąd i do dziś nikt nie wie, skąd się wziął on sam i skąd wziął pieniądze, żeby nakręcić swój pierwszy film? W Disaster Artist od początku ma pieniądze, ma drogi samochód, drogie mieszkanie, i jeszcze drugie mieszkanie w Hollywood.

Ma, a mimo to wydaje się biedny, niespełniony, rozpaczliwie samotny. Zakompleksiały, sfrustrowany.

W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają. Rosolina powszednia, z baraniny częściej niż z wołowiny wygotowana na obiad, bigosik z resztek obiadu prawie co wieczór na kolację, co piątek soczewica, co sobota jaja sadzone po hiszpańsku, a na niedzielę gołąbeczek jakiś w dodatku do codziennej strawy, zjadały mu corocznie trzy czwarte części całego dochodu. Reszta szła na przyodziewek: na opończę z sukna cienkiego, hajdawery aksamitne z takimiż łapciami i na świtkę z krajowego samodziału dobornego, którą się w powszednie dni tygodnia obchodził.

To początek Don Kichota. Nic o nim nie wiemy, ani co dotąd robił, ani jak żył, ani kto go rodził. Pojawia się znikąd i jest dziwakiem. Czyta książki, rycerskie romanse i to one go kształtują. Czasy się zmieniły. Minęło przecież 400 lat. Wiseau ogląda filmy i to one go kształtują.

Obu ich prowadzi marzenie. Don Kichot chce zażyć sławy, uwalniając uciśnionych, a zwłaszcza uciśnione, Wiseau – nakręcając film o miłości i zdradzie. I o sobie. Jego bohater jest kolejnym wcieleniem Don Kichota. Wierzą w Miłość tej Jedynej. W jej Piękność i Wierność. W Przyjaźń. Zostają okrutnie zdradzeni. Są Marzycielami-Nieudacznikami. Nic, co robią, im nie wychodzi. Nic nie jest takie, jak sobie zamarzyli. Wszystkim trzem się nie udaje, jednego odwożą w klatce do domu, drugi zabija się dramatycznie, trzeciego wyśmiewają. A jednak i Don Kichot, i Tom Wiseau dostąpili sławy, jakiej każdy może im pozazdrościć.

Zaimponował mi ten Wiseau.

Bez skrótów

Teresa Rudolf

Bez skrótów

Streszczenie 
książki w pigułce,
muzyka na smartfonie.

Język na skróty
w “spoko”, też”nara”, 
a opór w “olewam”.

Uznanie, to znana
łapka w górę, 
a rozwód przez online.

Seks przez telefon,
miłość… aż do następnej,
a sen po proszkach.

A tutaj proszę… Covid,
bardzo cierpliwy, 
nawet flegmatyczny,

twą skrótowatością
gra sobie jak piłeczką, 
czekając bez pośpiechu

na ważność rzeczy, 
bez skrótów, a ma
przecież dużo czasu!

A my ?…
“Spoko”
Już teraz też.

Bez-denne  roz-czarowanie

Odór rozkładu
wartości iluzyjnych,
kolorowych obrazów
wiary, nadziei, miłości.

Ból posiadacza
najdroższych dzieł sztuki,
gdy już wie,
wszystko fałszerstwem.

Katastrofa Greka Zorby, 
bez tańca, śpiewu, 
bezbrzeżnego śmiechu
i zielonego kamyka. 

Żałosna porażka
intuicji, zaufania w człowieka,
w niebo, w ziemię,
choć ona dalej…

… przecież się kręci.

Zapiski na mankietach / Notizen auf den Manchetten

śmierc jest jak stara kurwa na kudamie
                                                            (al)

jak staniesz na hermannplac, weźmiesz pomarańczę do ręki, zamkniesz oczy, kilka razy się obrócisz i tą pomarańczą rzucisz, to zawsze trafisz mewkę albo tajniaka
                                                                                      (k-c)

– też chciałbym mieć taki drut w głowie jak wujek, tato!
– nie narzekaj, polewaj!
                                   (l)

– a wiesz jak sie teraz ubana nazywa?
– ??
– corona express
                        (b) 

Wußtest Du schon…

…dass Weinbauern als Haustiere
   bevorzugt Lachtauben halten?
                                             (pg)



               Politikier

Steht auf meinen Zehen und
    behauptet, daß er den
           Schmerz fühlt.
                              (pg)

Gut gesagt!

Bei manchem ist Propfen
und Schmalz verloren.
                                  (pg)

Beim Sex:
sie – “Sag’ mir schmutzige Sachen!”
er  –  “Küche, Wohnzimmer…”
                                  (pg)

Aus der Vogelwelt

Eine Krähe hackt der anderen kein Auge aus,
es sei denn, es lohnt sich.
                                     (pg)

“Guten Tag” wird abgeschafft.
Dafür folgt “Smörebröd”.
                                    (pg)

Wusstest Du schon…

… dass Chemie und Wahnsinn nahe beieinander liegen?
                                                                                       (pg)

Tip für den Haushalt

Die Helligkeit der Wohnung
kann bedeutend verbessert werden.
wenn man statt Äpfel,
Birnen in die Lampe(n) schraubt
                                                     (pg)


“Warum können wir nicht alle am gleichen Strick ziehen?”
fragte der Delinquent seinen Henker
                                                       (pg)
——————————————-
(al) – adam legyel
(b) – berlinera (polski slang w berlinie zach.)
(l) – ludowe
(k-c) – kaziu – cwaniaczek
(pg) – peter gregor

——————————————

Rysunki Autor: Gekko, Halb&Voll, Troll; winieta: Fakty z kuchni


Chodzenie po mieście. Ciotka.

Ewa Maria Slaska

Poszłyśmy z Elą Kargol na cmentarz. Myślę, że wszyscy już wiedzą, że to nasza ulubiona rozrywka. W Wielką Sobotę był to cmentarz Wilmersdorf, gdzie jak wszędzie, kwitną kwiaty, skaczą wiewiórki, leżą obok siebie ofiary i sprawcy wojny, ale gdzie też, jak zawsze, każda z nas znajdzie coś dziwnego i niezwykłego. Tym razem znalazłam… Ciotkę.

To ona, jej rzeźbę nagrobną wykonał Thorsten Stegmann w grudniu 2005 roku. Napisał, że to nagrobek Tante Jenny, czyli Cioci Janki. Urodziła się 5 grudnia 1911 roku, umarła 11 marca 2004 roku. Miała 93 lata.

Jak mam sobie Ciebie przedstawić, pyta artysta. Z papierosem i koniaczkiem w drżącej ręce. Kiedyś, gdy dzieliła nas zasłona byłaś piękna, tak piękna jak kobieta o długich włosach na Twoim obrazie.

Wchodzę oczywiście na stronę Stegmanna. Urodził się w roku 1969 w Essen. Pracuje zarówno w Zagłębiu Ruhry, jak i w Berlinie. Maluje, rysuje, rzeźbi. Jest też kamieniarzem, na stronie można znaleźć wiele nagrobków, które wykonał. Jest i Ciotka. Ale tak jak na cmentarzu, tak i tu Zmarła nie ma imienia ani nazwiska, jest tylko Ciotką.

Bardzo lubię tę rodzinną funkcję. Z moim siostrzeńcem omówiliśmy nawet kiedyś dość dogłębnie rolę ciotki, która może, a nawet chyba powinna być nieco szurnięta lub dzika. Jeśli rodzice są solidni i uporządkowani, co zapewnia dziecku i młodemu człowiekowi pewność i bezpieczeństwo, szalona ciotka jest fantastyczną odskocznią – pokazuje inne perspektywy, trudne drogi, bagienne moczary, ale nie wciąga tam i nie kusi. Szalona ciotka może być uwodzicielką – vide Sto lat samotności Marqueza albo Ciotka Julia i skryba Vargas Llosy – ale nie musi i z reguły nie jest. Jest tylko odmienną możliwością. Po tych rozmowach zakupiłam pewną ilość książek o ciotkach – Sto lat samotności nie znalazło się na liście, bo ciotka musiała być w tytule.

Sama czytam teraz książkę, która wprawdzie też nie ma ciotki w tytule, ale o tym jest, o tym jak ciotka wychowuje osieroconego chłopczyka, który ma na imię Pax.

Zniosło mnie, przestałam spacerować, zaczęłam czytać, ale wrócę jeszcze na chwilę na spacer. Na cmentarzu fotografuję kaplicę, a po wyjściu jeszcze meczet i cerkiew.

Fajny spacer.

Odcinek 19

Mieczysław Bonisławski

Olek gwałtownie odwrócił się od Januszka. Odskoczył od lgnącego do niego chłopca, uciekł o dwa susy w bok, zatrzymując się nad imitacją torów pomiędzy kupkami piasku.
– Co tu zbudowałeś?
Januszek był zdziwiony zachowaniem Olka. Nie wiedział, jak ma zareagować. Przygniotła go ta sytuacja zmieniająca się od jednej skrajności w drugą. Nie mógł się zdecydować co zrobić? Milczeć czy uciekać?
Olek też czuł się niezręcznie. Spróbował zachęcić chłopca do nic nie znaczącej pogawędki:
– Czy to są te tory w jarze? Te za blokami?
Januszek mimo woli skinął głową.
– Pracowałem tu, na tych torach, tyle że prawdziwych. Miałem służbowy mundur. Nie taki jak ten teraz… Byłem Strażnikiem Ochrony Kolei. SOK. Wiesz, kim są SOKiści?
Chłopiec stał z otwartą buzią. Ciężko było poznać, czy słuchał mężczyzny, czy tylko tak patrzył? Zapewne nic nie rozumiał. Olek tymczasem puszył się już sam przed sobą:
– SOKiści są najważniejsi na całej kolei, ba, w całym transporcie. Wiesz, co się stanie, jak ciężarówką przywiozą towary i materiały, ale ich nie załadują do wagonów, bo złodzieje je rozkradną? Ale SOKiści pilnują. Pilnują i łapią złodziei! I wsadzają ich za kraty! Tak, gdyby nie my, cały transport by padł, bo nic by nie dochodziło do adresata. A wandale, którzy niszczą zwrotnice, linki, lampy, szybki sygnałowe? A łobuzy, co biegają po torach, wdrapują się na wagony? A my pilnujemy. Ilu ja takich łobuzów przegoniłem od towarowego jadącego tam, w górę, – pokazał ręką gdzieś poza wiadukt z gałęzi – ilu złapałem. Manewrowi zawsze się ich bali. Potrafili być ważni tylko wobec kierowców. Zeskakiwali ze stopni wagonu przez przejazdem i machali tymi swoimi chorągiewkami szoferakom przed szybą. Czuli, że mają władzę, bo mogli zatrzymać samochód, rozstawić ludzi po kątach. Ale jak widzieli łobuza, co się wieszał wagonu albo ustawiał jakieś przeszkody na torze, to nawet nosa nie wytknęli. Nie pogonili, nie nakopali do tyłka, nie huknęli po żebrach, gdzież tam! Tchórzem podszyci, a ja sam potrafiłem złapać za kark i potrząsnąć, a jak potrzeba, to i przyłożyć albo położyć na torach do przyjazdu milicji. I ani mi drgnęli! Bo niechby tylko spróbowali! Nikt się taki nie znalazł, co by chciał sprawdzić, ile mogą te ręce…!
Chrenowicz wymachiwał nogami i rękami, wykonał nawet gest, jakby się chciał posłużyć Januszkiem jako manekinem do demonstracji. Ale gdy zobaczył, że przestraszył chłopca, opamiętał się.
– No i to było bardzo często właśnie tutaj, w tym prawdziwym wąwozie na skraju osiedla, zaraz za blokami – szybko dokończył. – Jak ty jesteś z tego, tu, bloku, to pewnie i twoi starsi koledzy, sąsiedzi zaszli mi nie raz za skórę? A ty sam, czy nie chodziłeś czasem też czepiać się wagonów albo rzucać kamieniami w lokomotywkę?
Januszek obruszył się.
– Nie! – rzucił nieprzyjaźnie Olkowi – Nigdy tam nie broiłem!
– No, a tu – mężczyzna wskazał na plastikowy model stara, leżący przed „parowozem” – co tu się stało? Skąd pomysł z taką katastrofą? Ciężarówka spadła z wiaduktu? I to się zdarzyło tu na bocznicy kolei szprotawskiej? Kiedy to widziałeś?
Chłopiec nie odpowiadał. Chwilę trwało milczenie. Pierwszy przerwał je Olek, bo rolą mężczyzny w związku, czy to z dzieckiem, z kobietą, czy z kimś słabszym jest brać się za bary z problemami i je rozwiązywać. Tak to Olek rozumiał, intuicyjnie i w praktyce:
– A ci wszyscy ludzie? To aktorzy, a to – wskazał gestem dłoni na wyspę z piasku – czy to jest scena? Jak teatr albo cyrk?
Januszek żachnął się:
– To nie cyrk! Ani teatr. To ludzie, z życia.
– Z jakiego życia?
– No, stąd. Z życia Zielonej Góry…
– Kim oni są?
– To przewodniczący Mamak. To sekretarz Wytrykus – chłopiec zaczął na nowo rozkładać patyczki wzdłuż imitacji toru. Jeszcze chwilę trwała ta prezentacja, niczym z horroru. – To pani – ciocia Irena, sąsiadka, koleżanka Mamy z radia, a to wujek Giżejewski. To jest sam „Duch”, prawdziwy! A to chłopacy z osiedla, Zenek, Remik, Rafał… I panie z osiedla…
– Skąd oni tu przyszli?
– Różnie. Z życia.
– Zaprosiłeś ich? Ale dlaczego, po co?
Chłopiec zamilkł. Kręcił się, trochę gestykulował. Pokiwał głową, ale nic nie mówił.
– I co tu robili? – drążył Chrenowicz – Opowiedz.

Januszek wziął w ręce obie mieszkanki osiedla i koleżankę Mamy:
– Dzień dobry, a dokąd to tak rano?
– A do sklepu biegnę. Rzucili cielęcinę, muszę dostać dla mojego starego. Na ten jego żołądek, to tylko cielęcina…
Patyczek przeszedł obok „wiaduktu”, przepuścił przejeżdżający „ulicą Łużycką” niebieski autobus i doszedł do wieżowca na brzegu skarpy.
– Do „Moniki” rzucili?
– A gdzieżby indziej, przecież to jedyny sklep na osiedlu.
– Cholera by ich wzięła. Bloków nastawiali, ludzi naściągali, tylko o sklepach zapomnieli. Co to jest, żeby ludzie z tylu ulic, z tak daleka musieli wszyscy tutaj chodzić na zakupy. Co to jest jeden „SAM” na takie dwa osiedla…

Olek wskazał ręką na niebieskiego jelcza.

– Dziwny ten autobus. Dlaczego PKS stanął na przystanku linii „siódemki”? – rozejrzał się i podniósł leżący nieopodal czerwony model autosana. – O, takie są miejskie autobusy. Czerwone.

Chłopiec uruchomił trzy kolejne patyki, a rzecz się działa już na „przystanku”:

– Długo pan czeka?
– A, ze dwadzieścia minut będzie.
– „Siódemka” już jechała?
– A gdzież tam, droga pani! Oni jeżdżą jak chcą…
– Spóźnię się…
– Stadami jeżdżą. Pół godziny nic, a potem dwa, trzy na raz.
– Albo jak długo nie jadą, to ludzi się nazbiera, że taki tłok…
– Czasem nawet nie przystaje, bo taki pełny.
– I skąd to się bierze!
– A na pętli zbierają się kierowcy i w karty grają…
– Uwaga, jedzie!
– Gdzie?
– No, tam, widzi pani?
– Jasne, że widzę, ale to jest niebieski, nie czerwony.
– Z PKS-u wypożyczyli, bo te miejskie ciągle im się psuły, zostawały na zajezdni i nie miało co na miasto wyjechać…

Na przystanek zajechał niebieski jelcz. Nie miał jednak automatycznych drzwi, tylko zwyczajne.

– Panie, ładuj się! Na specjalnie zaproszenie pan czekasz?
– Kiedy drzwi się nie otworzyły.
– O, rany! Przesuń się pan. To autobus z PKS-u, samemu się otwiera drzwi, jak w PKS-ie…

Olek pokiwał ze zrozumieniem głową. Po czym wskazał na nieco większe patyczki, odłożone po drugiej stronie toru.

– A to kto? Czemu oni leżą osobno?

Januszek roześmiał się, ale nic nie odpowiedział, tylko energicznie przeskoczył w tamtą stronę i gałązki-ludziki jakby ożyły:

– Słyszałem, że aktyw kulturalny ostro zabalował ostatniej nocy. Gdzie to było, w „Topazie”? – „powiedział pan sekretarz Wytrykus” skomentował chłopiec, animujący gałązki.
– Tak, w „Topazie” – dopowiedział Januszek jako „artysta pan Giżejewski” , dziwnie zmęczonym i ponurym głosu, przypisanym znanemu aktorowi, urzędnikowi do spraw kultury, a teraz konferansjerowi na Winobraniu. Temu, który wyjechał do Wrocławia.
– Zmieniło się coś od twojego wyjazdu z Zielonej Góry? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Wódka podrożała, a dziewczyny, które się pod nią rozbierają, postarzały się… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Wszystko takie złe w tej naszej Zielonej Górze? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Nie, a ty Kaziu, co to za nowe muzeum wymyśliłeś? – „powiedział pan Giżejewski”.
– To już pomysł obecnych władz, ale z jednym masz rację: pomysł wyszedł jeszcze za mojej kadencji – „powiedział pan przewodniczący Mamak”.
– O czym mówisz? – „powiedział pan Wytrykus”.
– W Ochli otwieracie park etnograficzny… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Muzeum regionalne od dłuższego czasu borykało się z niedoborem miejsca. Zasugerowałem w swoim czasie, aby zbiory działu etnograficznego wydzielić z ogólnych zasobów do osobnej jednostki. No i powołano muzeum skansen na wolnym powietrzu w Ochli – „powiedział pan Mamak”.
– Gratulacje, to dosyć nowatorski pomysł na polskim gruncie – „powiedział pan Duch”.
– No tak, tak. Czy musieliście wybrać akurat taki lokal na imprezę dla organizatorów Winobrania? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Taki, to znaczy, jaki? Co złego jest w tym „Topazie”? – „powiedział pan Giżejewski”.
– Chodzi ci, Bolek, o to, że to miejsce, gdzie spotykają się żule i cinkciarze…? – „powiedział pan Duch”.
– Do tego zawsze tu jest dużo ludzi z miasta. A chodzi mi i o jedno, i o drugie. Po co mieszkańcy mają oglądać aktyw, bawiący się z gołymi panienkami w takim szemranym towarzystwie? Nie mogliście pójść normalnie do „Orła”? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Partia w osobie sekretarza, jak zwykle dba o dobre nastroje społeczeństwa Zielonej Góry… Psujemy ci ideologiczną robotę, co Bolek? – „powiedział pan Duch”.
– Dałbyś spokój takim gadkom. Dobrze wiesz o co mi chodzi – „powiedział pan Wytrykus”.
– Ale wy tu robicie się małomiasteczkowi. Ciemnogród i zacofanie. Pamiętasz mój artykuł o tym, jak kiedyś kolej szprotawska stanie się skansenem? Same skanseny, jeden za drugim z tego Winnego Grodu zrobicie… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Hola, hola, a w tym twoim Wrocławiu, to towarzysz Drożdż pozwala wam na takie rozpasanie? Byle gdzie i na oczach ludzi? Chyba, przy najbliższej okazji, sam spytam o to Ludwika… – „powiedział pan Wytrykus”.

Olek odszedł na dwa kroki. Schylił głowę, coś sobie przypominał, błądząc myślami daleko od Januszka i jego scenek. Schował dłonie w kieszeniach munduru. Przez tkaninę można było dostrzec, jak przebiera wewnątrz palcami. Chłopiec spojrzał raz i drugi na towarzysza i jakiś mars przebiegł mu przez czoło. Przerwał dialog miejskich osobistości. Nie takim energicznym skokiem, jak poprzednio, w bardziej wyważony sposób przekroczył swoje tory z powrotem, na tę stronę. Zamyślony ujął w ręce gałązki porozrzucane po tym tutaj, zwyczajnym świecie, a nie w strefie przeznaczonej dla gałązek-sekretarzy i gałązek-przewodniczących.

– Widzi pani ten balkon naprzeciwko?
– Który, gdzie?
– No, tu na wprost. Ozdobiony skrzyżowanymi młotkami górniczymi.

Marionetki z gałązek znowu czekały już na przystanku na miejski autobus.

– A czemuż to tak? Co to my, jakiś Śląsk, czy co?
– Tam, gdzie jest pętla „czwórki” i „szóstki” za Niemca, ba, jeszcze do niedawna, była elektrownia na węgiel, ale ten brunatny. Pracowała na naszym, zielonogórskim węglu. A kopalnie ciągnęły się po lasach, aż pod Słone…
Kobieta – patyczek nie okazała zbytniego zainteresowania tą historią. Paliły ją za to aktualne problemy. Zagadała do kolejnej osoby:
– Te autobusy tak się spóźniają. Czekamy całymi godzinami, ludzi tu dużo, bo idą z deptaka, a oni zagrodzili tymi dechami pół chodnika.
– Ma pani rację. I to miało być na krótko, a ten parkan stoi tu i stoi już ponad pół roku.
– A też pani mówi, dłużej…!
– Ludzie nie mają gdzie czekać na autobus…
– A co oni, za tym parkanem…? Wie kto?
– Fabrykę wódek rozbudowują.

To był przystanek po środku ulicy Jedności Robotniczej.

Januszek przerwał nagle w pół rozmowy. Spojrzał w górę na Olka. Zacisnął usta i z dosyć zaciętym wyrazem twarzy rzucił gałązki w piach. Leniwie wstał z kolan i na wpół zgięty poczynił dwa – trzy niezgrabne kroki, aż stanął przed mężczyzną. Ucapił go za szerokie rękawy bluzy.

– A ty znasz Wytrykusa, Ducha, Mamaka? Ja tu gadam, a ty co? Ty nic… Co to za przyjaciel…?

Chrenowicz nie wiedział, co powiedzieć. Zbierał myśli, ale szło mu to niesporo. Chłopak taranem wchodził w to milczenie:

– Skąd się tu wziąłeś? Czy na pewno chcesz zostać moim przyjacielem? Będziesz mi pomagał?
– Jestem w tym mieście Przechodniem, Przechodniem który tylko przeszedł tym osiedlem i z niego zniknął. Czy ty chcesz PRZECHODNIA za przyjaciela? Czy ty wiesz, co jest najlepsze w drodze? Teren, gdzie przechodzą tory kolejowe. Nie ma asfaltu ulicy, ani trawy, ani pola, ani piachu. Jest tylko pasmo pachnącego tłucznia. A na nim aromatycznie pachnące podkłady i przerdzewiałe sztaby szyn… Lubię położyć się cały i tak leżeć z głową przy szynach, na ostrych kamieniach. Wdycham wtedy ten zapach smołowanego drewna podkładów nagrzanych w słońcu. To mój ulubiony zapach.
Wyobrażam sobie wtedy, że jestem psem, wyrzuconym z pędzącego pociągu. Leżę tak z połamanymi łapami, z przetrąconym kręgosłupem i wiem, że już nie wstanę i nigdzie stąd nie pobiegnę. To koniec. Szczęśliwy koniec.
Rozkoszą napawa mnie ulubiony zapach, rozkoszą napawa mnie wspomnienie mojego pana, które jest moim ostatnim wspomnieniem przed śmiercią. Zanim zapadnie dla mnie niekończący się mrok, odchodzę w ten zapach, który pamiętam od szczenięcia i w to rozmazujące się wspomnienie chwil z człowiekiem, który był dla mnie wszystkim. Odchodzę pełen szczęścia, którego doświadczyłem będąc z nim, z jego rodziną. Umieram szczęśliwy, nie czując bólu połamanych kości i porwanych nerwów, gdyż nie gnębi mnie zmora samotności… Nawet zapamiętałem to, że to on sam wyrzucił mnie z tego pociągu…
Gdy leżę niczym wyrzucony na tory pies, mam wspomnienia, które sprawiają, że nie czuję się samotny, nie mam wrażenia, że moje życie było pozbawione sensu, myślę, że jednak cokolwiek dla kogoś znaczyłem.
A gdy stoję przy drodze lub idę przez te osiedla, sam, bez sensu, bez znaczenia. Przechodzień. Czy chcesz TAKIEGO przyjaciela?
Czy szedłeś kiedykolwiek drogą przez zupełnie ci obcą i wrogą wieś lub ulicę? Miejscowe wyrostki rzucają w ciebie tłuczniem, powyrywanym spomiędzy podkładów kolejowych. Trafiają w plecak, w czapkę – czapka ci spada. W buty, powyżej butów, czujesz ostry ból, zaczynasz kuleć. Z tyłu – śmiech. A jak pada deszcz lub idziesz w powietrzu świeżym, dopiero co po deszczu, łobuzy packają w ciebie kulami błota, wytoczonymi z kałuż na drodze. Trafiają raz, drugi.
Oblepia cię błoto, coraz więcej błota. Wiesz, nie cierpię tego błota. Boję się, że mnie oblepi tak, że mnie nikt nie pozna, nawet sam Bóg. Błoto zasłoni mnie światu, zakryje przed nim, przed ludźmi, nikt mnie nie rozpozna, ja – oślepiony błotem w oczach – nikogo nie znajdę, kto mógłby zakończyć moją samotność i bezcelowość.
Nikt mnie nie odnajdzie, ani ja nikogo nie odnajdę. Nawet samego siebie nie odnajdę pod tym błotem. Czy myślisz, że mnie jednak odnalazłeś? Po to, abym został twoim przyjacielem? czy chcesz MNIE za przyjaciela?
Tak dobrze zapadły ci w głowę te tory. Wydawało mi się, że ja tutaj, na nich pracowałem. Ale nie, nie zostałem człowiekiem stąd, kolejarzem. Tu też tylko przeszedłem się po torowisku, byłem tylko Przechodniem…

– Tędy codziennie chodzi bardzo wielu ludzi – wtrącił zupełnie poważnie Januszek.
– Czy tak, doprawdy? I dokąd oni tak chodzą?
– A do pracy. A potem – z pracy.
– To gdzie oni pracują?
– Tam, za szeroką ulicą, nad którą chodzi się górą, pracują w ciepłowni, w wytwórni lodów, w „Falubazie”, w mleczarni, w KPRB… Ale chodzą też w drugą stronę. Dołem, pod ulicą Łużycką – do weterynarii, milicjanci do komendy, dziennikarze do radia, strażacy, do domu kultury, do spółdzielni…
– Dużo wiesz. Skąd? Po co ci to?
Januszek wstrząsnął ramionami.
– Nie wiem. A ty po co chodzisz torami? Dokąd?
– Szukałem ciebie. Pracowałem na kolei i czasem jeździłem tutaj tymi towarowymi pociągami, aby je chronić przed twoimi kolegami-łobuzami.
– Ja nie mam kolegów…
– Kiedyś wyszedłem z tego wąwozu i cię spotkałem jak łaziłeś samotny pod tymi balkonami. Od razu cię polubiłem. Pomyślałem, że Bóg mi cię zesłał… Potem byłem u swojego starszego kolegi z pracy, w takim punktowcu przy Sucharskiego. Podsłuchałem twoją koleżankę i kolegę, jak o tobie mówili. Dziewczynka to była Beata, a chłopak – Piotr.
– Beata… Beata Dunaj i Piotrek Pasternak…
– Podsłuchałemich i jeszcze bardziej chciałem cię odszukać, ale wtedy poznałem dwóch niedobrych ludzi, którzy kazali mi wyrządzić ci krzywdę. Taki jeden Redaktor z gazety…
– Redaktor z gazety… Pani – ciocia Irena, najlepsza koleżanka mojej mamy też jest redaktorką.
– Nie, to nie o nią chodzi! A drugim był taki profesor od piłki ręcznej… Bardzo źli ludzie. Namawiali mnie do strasznych rzeczy… Ale ja tak nie chciałem. Niedoczekanie ich! Może i ja jestem tylko szarym Przechodniem, takim, którego nikt nie zauważa i nie potrzebuje. Może i ja przechodzę przez życie innych, zupełnie obcy i nic nikomu nie dając. Ale czy to oznacza, że muszę robić rzeczy, które uważam za złe? Czy komuś takiemu jak ja można bezkarnie i na pewniaka kazać robić takie rzeczy? Czy Przechodzień, którego porządni ludzie, wszyscy miejscowi uważają za nic niewartego włóczęgę albo w ogóle go nie zauważają, nie ma prawa do własnych wartości, do swojego zdania? Czy ja, ten nikt, którego mijasz idąc chodnikiem lub korytarzem w pociągu, o którego obijasz się w autobusie, jestem pozbawiony swojego „ja”, dlatego że ty nie widzisz we mnie człowieka? Czy tylko „tutejsi” mają prawo do godności? Ja jestem Przechodniem, tylko Przechodniem. Nie jestem stąd, miejscowym, tutejszym, nie jestem zatem w twoim obrazie świata człowiekiem tylko dlatego, że to ty odarłeś mnie z osobowości, uczuć, woli? Dlatego, że Przechodniowi można kazać zrobić najbardziej podłą rzecz, a on… Przechodzień przyjmie wszystko do wykonania, za kromkę chleba, za szklankę wody, nie pytając o nic. O dobro i zło, o szykany i o tego, kogo ma dopaść… Bo nikogo tu nie zna, z nikim nie czuje się związany, by odczuć jak go dręczy. Nie wyznaje tutejszych norm rozdzielających dobro od zła, a zanim inni go osądzą, pójdzie dalej… Czy naprawdę zaprzyjaźnił byś się z PRZECHODNIEM?
Nie wierzysz w to, że Przechodzień jest taki? Wierzysz w romantyczną wizję włóczęgi, który nikogo nie skrzywdzi, globtrotera, który jest uosobieniem wolności i tolerancji? A wieczna droga – ich kwintesencją?
Dobrze, skoro jesteśmy już przyjaciółmi, to pomóż mi i odpowiedz, jak przyjaciel, przyjacielowi na jedno pytanie. Dlaczego oni wszyscy, zamiast skorzystać z dobrodziejstwa bycia tutejszymi, wchodzą w moje buty? To ja jestem Przechodniem, z całą samotnością i brakiem celu w życiu. Śmietnik społeczny, chaszcze z ostami i perzem, opustoszałe zakamarki, gdzie śpią dzikie psy i koty, to moja domena, mój dom! Dlaczego oni mi się do niego wpychają…?
Nie rozumiesz mnie? Zapuszczony wąwóz kolei szprotawskiej to nie miejsce dla „tutejszych”, realizujących swoje role społeczne. Tu mogą przychodzić, by bezwstydnie wypłakiwać się, wszystkie wyrzutki, samotnicy, dziwadła, odszczepieńcy. Nawet normalny, porządny pijak ma swojego „Asa”, swój „Widok”, czy piwo z dystrybutora w „CePeeNie” przy parku. Ci pod krawatem mają „Topaz” albo „Ratuszową”. W tym wąwozie to ja mogę topić w dowolny sposób swój żal i do woli obrażać Pana Boga. A oni się tu pchają…
Zobacz, władze miasta pobudowały nowe drogi do stref fabrycznych. Uruchomiły nowe linie autobusów miejskich. Do „Novity”, do Zakładów Mięsnych w Przylepie na linii numer „9” jeżdżą nawet wozy przegubowe, jeden czy dwa, sprowadzone specjalnie do Zielonej Góry. Właśnie specjalnie dla tej linii, dla robotników zakładów mięsnych, tej nowej fabryki wykładzin dywanowych, chłodni, elektrociepłowni. W okolice „Polskiej Wełny”, „Zefamu”, browaru puszczono kolejne dwie linie. A ludzie wolą dalej łazić pieszo. Jak łaziki tak łażą, nie skorzystają z dobrodziejstw władzy! Odpowiedz mi, przyjacielu, dlaczego? Czy to jakiś bunt robotniczy przeciwko Partii?
Nie odpowiadasz… Taki z ciebie przyjaciel! Widzisz, tam gdzie ja, Przechodzień, mógłbym usiąść sobie przy torach, w krzakach i spokojnie, przez nikogo nie niepokojony przeżywać swoją traumę, lezą ci dobrzy tatusiowie, mężulkowie żoneczek, bracia i siostry. Leżą, aby mi odebrać spokój, zabrudzić błotem tę ostatnią i zarazem jedyną enklawę, jaką dla siebie w końcu odkryłem… A ty na to nic! Nawet nie kwapisz się do tego, aby mnie, swojego przyjaciela, pocieszyć…
Wiesz co ja myślę? To żaden bunt, nie ma żadnych robotniczych buntów. Aby jakakolwiek zbiorowość ludzi wyszła na ulice, postawiła się władzy, jakiejkolwiek innej zbiorowości, potrzebny byłby wspólny cel i jedno dla wszystkich zagrożenie. Ale ludzie tak nie myślą, stadnie, zbiorowo. Każdy przed oczami ma, tak naprawdę, tylko siebie. Tak zwane oddolne, robotnicze bunty, to akcje sterowane przez służby. Stoją za nimi ci, którzy mają pieniądze, a chcą mieć ich jeszcze więcej, albo ci, którzy mają władzę i chcą jej jeszcze więcej. Więcej władzy lub więcej pieniędzy kosztem innych bogaczy lub władców. Taki sterowany bunt to tylko inspiracja dla przepływu pieniędzy lub władzy. Nie ma autentycznych zbiorowych zrywów, autentyczny może być tylko poryw indywidualny. A i do tego człowiek, robotnik też musi trafić na swojego Inspiratora. Tak dla siebie, w swoich środowiskach, w małych grupach, w których funkcjonują na co dzień lub od święta ludzie różnie takiego zwą. Raz bywa Zbawicielem, innym razem liderem, rewolucjonistą, filozofem-kreatorem…
I wiesz co ja jeszcze myślę? Ty jesteś ich przyjacielem, a nie moim. Takim właśnie Inspiratorem, Zbawcą dla tych wszystkich, którym wydaje się, że wchodząc na mój teren, mogą stać się mną, Przechodniem, tak jak ja… Oni nie chcą pieniędzy, ani władzy. Oni tylko nie chcą bratać się z władzą, nie chcą do niej przynależeć. Nie chcą należeć do tego społeczeństwa, które jest poddańczo uległe i realizuje swoje szare życie. Oni chcą być niezależni i wolni jak Przechodnie… I dlatego chodzą pieszo, urągając w ten sposób dobrobytowi, którym próbuje ich niewolić władza. Dobrze myślę, przyjacielu?
Tylko, że to ja miałem ich obudzić z letargu, wyrwać ze snu poddaństwa! Zostałem do tego wybrany… A ty, przyjacielu, miałeś mi wskazać drogę, dać impuls. Tymczasem zamiast mnie, pobudziłeś ich przeciwko mnie…!
Im się wydaje, że dokonują samodzielnych wyborów, że odtrącając wygodny autobus i idąc pieszo, zachowują wolność jako Przechodnie… Ale każda wolność jednego człowieka, jest jednocześnie ograniczeniem wolności kogoś innego. Każdy wybór, dla jednego jest wyborem lepszego, a jednocześnie pozostawia to gorsze komuś drugiemu. Oni nie zbuntowali się przeciwko władzom, oni zbuntowali się przeciwko mnie! Przeciwko mojemu powołaniu do uratowania ich. A ty, chociaż sprowadzono cię dla mnie i tylko dla mnie, poparłeś tamtych, ich wszystkich a nie mnie!

Januszek wyrwał się z rąk Olka i rzucił się na piasek. Przywarł do niego całym swoim ciałem, rozciągniętym ile się tylko dało na płask. Rozłożył na boki ręce, skulił nogi a wszystkim nim targnęły konwulsje spazmów. Płakał, ryczał przerażony pełnym głosem. Trząsł się, zgarniał bezwiednie piasek pod siebie i rzucał się.
Zaskoczony Chrenowicz zamarł na dłuższą chwilę, by nagle rzucić się ku chłopcu. Porwał go w ręce, uniósł w górę. Obrócił twarzą do swojej twarzy.

– Co ci jest?! Już dobrze, mój przyjacielu…
– Nie chcesz… Ty nie chcesz być moim przyjacielem! – chłopiec spazmatycznie wyrzucał z siebie pojedyncze sylaby. – Ty krzyczysz na mnie! A ja ciebie nie rozumiem! Nie rozumiem, o czym ty w ogóle mówisz…
– Dobrze, już dobrze – mężczyzna odłożył z powrotem małego na piasek, tak jak leżał przedtem, plecami do góry. Pochylił się nad nim, pogłaskał po głowie. Przyklęknął obok. Objął – Niech już i tak będzie.

Rozmyślał chwilę, co miał zrobić dalej? W końcu podjął problem od typowej dla siebie strony:

– Co z tobą? Młody mężczyzna… – Chrenowicz odwrócił małego na plecy, tak by mogli patrzeć na siebie. – Młody mężczyzna – kontynuował – nie może się tak mazgaić. Mężczyzna powstrzymuje swoje emocje. Co z ciebie za chłopak? Musisz być gotowy do walki, mieć wyćwiczone ciało i umysł.
W pełni je kontrolować.
– A będziesz dalej moim przyjacielem? – wyszlochał Januszek.
Olek przyjrzał mu się uważniej. Musiał się głębiej nad tym zastanowić, ale zauważył, jak na to jego zastanawianie się mały zmarszczył czoło, otworzył usta gotowe do nowego wybuchu płaczu i szybko poprawił się:
– Cały czas byłem i nadal jestem.
Chłopiec uśmiechnął się.
– Czy ci, przyjacielu, coś aż tak dojadło w życiu, co to było? Dlaczego tak reagujesz?
– Mama ze mną w ogóle nie rozmawia. Tylko krzyczy i muszę chodzić do takiej pani doktor.
– Doktor, czy to chodzi o lekarza? Czy ty jesteś chory? Jak ona się nazywa, gdzie do niej chodzisz…?
– Nazywa się Ber. Chodzę do niej do takiej innej szkoły, za szpitalem. Tam jest taki duży ptak z betonu. On stoi w kamiennej sadzawce z rurami, z których wytryskuje woda. I idzie się obok niego, i jak ta woda leci, to tak fajowo na mnie pryska…
– Ta Ber, to psycholog. A naprzeciwko szpitala jest szkoła przy której działa taka przychodnia, do której chodzą na badania do psychologa dzieci i dorośli. Mnie tam też wysyłali…
– Też chodziłeś tam? – uradował się chłopiec. – Pryskała cię woda, gdy biegałeś po sadzawce…?

Four horsemen

Czterech jeźdźców

Wczoraj minęła rocznica śmierci Albrechta Dürera. Urodził się w maju 1479 roku w Norymberdze, umarł tam 6 kwietnia 1528 roku. Miał 49 lat.

Obok reprodukuję jeden z najsłynniejszych sztychów Dürera, Czterech jeźdźców Apokalipsy, czyli Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć. Ciekawe, że dziś czterech jeźdźców pojawia się przede wszystkim jako nowe pojęcie społeczno-filozoficzne: czterech jeźdźców ateizmu.

O tym jednak za chwilę, bo najpierw chciałabym oddać hołd jednemu z twórców, którzy pomagali (i pomagają) mi przetrwać najgorsze nawet czasy.  Wikipedia pisze, że był najwybitniejszym artystą niemieckiego renesansu, a ja mam poczucie, że był melancholiaDuerer1514najsłynniejszym artystą niemieckim wszechczasów.

W powieści Güntera Grassa, Z pamiętnika ślimaka, nauczyciel Zweifel (czyli… Wątpliwości), uciekając przed nazistami, zabiera ze sobą reprodukcję sztychu Melancholia. Sztych zainspirował też Edwarda Muncha (który stworzył kilka obrazów o tym samym tytule, wszystkie wzorowane na Dürerze), Jean-Paula Sartra (Mdłości), Thomasa Manna (Doktor Faustus), Dana Browna (Zaginiony symbol) i wreszcie Larsa von Triera, słynnego reżysera, założyciela ruchu Dogma 95, autora filmu… Melancholia.

Najprawdopodobniej jednak Czytelnicy (i Czytelniczki) najlepiej znają jeden ze słynnych autoportretów artysty – ten, który poświadomie uważamy za portret Jezusa. Nikt z nas się do tego oczywiście nie przyzna, bo dobrze wiemy, że Jezus musiał być żydowskim mężczyzną,selbstbildnis-im-pelzrockalbrecht-duerer-1509 miał ciemne oczy, śniadą cerę i czarne włosy, ale nic na to nie poradzimy, lata indoktrynacji zrobiły swoje i wdrukowały nam na zwasze portret Jezusa jako rudawego blondyna, z bródką i długimi lokami, a opowieści o portrecie Zbawiciela na całunie turyńskim tylko ten imprint wzmocniły. (Może zresztą akurat widzieliście wielkanocną transmisję z Katedry w Turynie – po raz drugi z rzędu całun został wystawiony  jako znak nadziei w czasach pandemii.)

Dürer piękny i genialny. Dürer Superstar.

W winecie wpisu umieściłam szkic artysty, ręce złożone do modlitwy, a tu przypomnę jeszcze dwa jego dzieła: Zająca i Nosorożca.

Ten Zając i te Ręce towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo, bo wisiały jako reprodukcje w mieszkaniu prababci, oglądałam je co niedzielę i do dziś zając Dürera kojarzy mi się z zapachem świeżo mielonej kawy, pieczonymi w domu herbatnikami, moją maleńką jak lalka prababcią i stołem nakrytym kilimem na werandzie, gdzie kwitły begonie. Prababcia była z domu Karpińska i jest naszym rodzinnym powodem do dumy, gdyż jej stryjecznym dziadkiem był Franciszek, autor Laury i Filona.

Nosorożca wybitnie lubię i zastanawia mnie, że Dürer nigdy go nie widział, a stworzył pierwszy “prawdziwy” portret tego dziwnego zwierzęcia, które wygląda jak żart, albo wprawki demiurga przed stworzeniem słonia.

***
Ci czterej mężczyni to Richard Dawkins, Christopher Hitchens, Sam Harris i Daniel Dennett, a nazywa się ich Czterema Jeźdźcami (Nowego) Ateizmu. Dowiedziałam się tego od Konrada, jak zresztą bardzo wielu innych rzeczy o świecie współczesnym.

Nowy ateizm, pisze Wikipedia, to ruch antyteistycznych pisarzy i naukowców XXI wieku, wyznających pogląd, że „religii nie powinno się jedynie tolerować, lecz należy jej przeciwdziałać, krytykować ją i poddawać racjonalnej argumentacji wszędzie tam, gdzie sięgają jej wpływy”. Nowy ateizm głosi, że współcześnie nauka wymaga mniej przyzwalającej postawy wobec religii, przesądów i religijnego fanatyzmu niż do tej pory. W trakcie dyskusji, która odbyła się w 2007 r. na temat krytyki religii, czterej dyskutanci zostali nazwani Czterema Jeźdźcami i ta nazwa do nich przylgnęła.
Do ruchu Nowego Ateizmu zalicza się też Victora J. Stengera, autora książki: Nowy ateizm: stanowisko wobec nauki i rozumu.

Jest taka książka zalecana przez Neuropę, polski portal “nowych Europejczyków”:

  • Bóg bez znaczenia, Janusz Majcherek
    Pozycja jest polskim wkładem w nurt „nowego ateizmu”, ale skupia się nie na dyskusji o (nie)istnieniu Boga, a na pytaniu, czy to zagadnienie ma współcześnie jeszcze jakieś znaczenie. Książka zawiera szeroki przegląd debaty o religii w anglosferze w ostatnich dekadach i nakierowuje na dalsze lektury. Na polskim rynku wydawniczym przeszła bez większego echa, ale polecamy ją jako rodzimą alternatywę dla książek „czterech jeźdźców nowego ateizmu”.

***
Ilustracje w tym wpisie, dzieła Albrechta Dürera, zostały wzięte z domeny publicznej: Czterech jeźdźców Apokalipsy, sztych, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork; Melancholia, sztych, National Gallery of Art, Waszyngton; Autoportret, obraz olejny, Nowa Pinakotheka w Monachium, Modlitwa (Ręce), szkic, Albertina, Wiedeń. Portret czterech współczesnych filozofów znalazłam w Wikipedii.

***

Oczywiście Czterech jeźdźców Apokalipsy można i bez różnych przenośni łączyć z panującą nam dziś miłościwie pandemią coronawirusa. W końcu jeden z jeźdźców to Zaraza. Ela Kargol po lekturze tego wpisu poszukała jeszcze trochę w sieci i znalazła zeszłoroczny artykuł nt. pandemii i tego, jak sobie z nią radzono. Ciekawe wydaje mi się, że o ile dawniej najlepszym sposobem na zarazę było zalecenie: Uciekaj, o tyle obecnie podstawowy nakaz głosi: Siedź w domu.

wyborcza pandemia

Barataria Wielkanocna & Ostern in Barataria

W Berlinie na święta wielkanocne 2021 pewien pan namówił sąsiadów, kupili wspólnie 6500 plastikowych jajek, wyjęli ze schowków różne ogrodowe ozdoby, jeże, owieczki, prosiaczki, dziadka i babcię na ławeczce, a także Buddę i udekorowali całą swoją ulicę i nawet sąsiednie narożniki.

Die Kunde über Osterallee fand ich in Facebook:
“Büsche und Bäume hängen voll von Tausenden Ostereiern, auf dem gepflegten Rasen sitzen frühlingshafte Tierfiguren. Ein buntes Treiben, über das sich der ganze Kiez freut. Dieser Berliner macht aus der Reußallee die Oster-Allee!
Dariush Dinarvandi (58) lebt dort seit zehn Jahren mit seiner Frau und der Tochter in einem Mehrfamilienhaus. Die Geschichte des Oster-Spektakels reicht fünf Jahre zurück.
„Eine Nachbarin, die mittlerweile weggezogen ist, hatte damals ein paar Eier auf dem Balkon und in den Bäumen“, sagt Dinarvandi, der als Taxifahrer arbeitet. „Als sie umzog, habe ich damit weitergemacht.“