Z wolnej stopy 43

Zbigniew Milewicz

Pofyrtany ten Śląsk

Kiedy urodziła się moja mama, dziadek Erwin ubrał się odświętnie i poszedł do chorzowskiego magistratu, żeby to zgłosić. Niemiecki urzędnik zapisał w swojej księdze datę, dane rodziców i oczywiście zapytał o imię córki.
– Janina – odparł petent.
– Czyli Johanna – stwierdził człowiek za biurkiem i zanurzył pióro w kałamarzu.
– Janina – powtórzył pogodnie Erwin, kładąc przed tamtym pistolet.

Dziadek Erwin lubił fotografować, ale sam niechętnie pozował do zdjęć.

Dziadek był na ogół spokojnym człowiekiem. Nie wiem natomiast, czy ten pistolet należał wcześniej do jego starszego brata Jorga, albo był zdobyczny, z powstania. Jorg czuł się Niemcem i służył w Grenzschutzu, kiedy dowiedział się, że Erwin idzie walczyć za polski Śląsk i ma na uzbrojeniu jakąś małokalibrową zabawkę, ironicznie to skomentował, ale dał mu dla pewności swoją broń. Pisałem o tym w czwartym odcinku W górę rzeki. Mama Nina urodziła się 14 czerwca 1921 roku, wtedy losy III Powstania Śląskiego jeszcze się ważyły. Od dwóch dni trwało zawieszenie broni, dziadek mógł więc przyjechać do domu i powitać swoją pierworodną córkę, ale czy był przy tym, jak jego Jadka rodziła tego również nie wiem. Nie poznałem też nigdy szczegółów dotyczących jego udziału w powstaniu, które mógł spędzić w okopach pod Anabergiem, albo w obsłudze nielicznych dział, którymi dysponowali Polacy, czego się nauczył w Wielkiej Wojnie, jako pruski artylerzysta, lub siedział w jakimś sztabie, przy telefonie, czy pisaniu meldunków, bo ładnie kaligrafował. Oczywiście moja chłopięca wyobraźnia kreśliła zawsze sceny batalistyczne, bohaterskie, a mogło być różnie, skoro nikt w domu nigdy mi na ten temat niczego nie powiedział. Zawsze się tylko powtarzało: jak będziesz duży, to się dowiesz. A kiedy dorosłem, zajęło mnie własne życie.

Oddział powstańczy na ulicach Królewskiej Huty po powrocie z walk. 1921 r. Fot. CAW

III Powstanie Śląskie, o którym zwykło się mówić, że było zwycięskie, w przeciwieństwie do poprzednich dwóch, przegranych, wybuchło w nocy z 2 na 3 maja 1921 roku, walki trwały dwa miesiące. Poprzedził je marcowy plebiscyt w sprawie przynależności państwowej Górnego Śląska; w głosowaniu dopuszczono udział osób, które wcześniej wyemigrowały ze Śląska. W tym celu z Niemiec przyjechało 182 tys. emigrantów, z Polski – 10 tysięcy. Jak łatwo zatem odgadnąć, większość uprawnionych do głosowania, stanęła za pozostawieniem tego regionu w dotychczasowych granicach Niemiec, za przyłączeniem do Polski opowiedziała się mniejszość – 40,3% głosujących. W miastach większość obywateli stanęła za Niemcami, wieś była za Polską.

Międzysojusznicza Komisja Rządząca i Plebiscytowa z siedzibą w Opolu, w skład której wchodzili przedstawiciele Anglii, Francji i Włoch zdecydowała o przyznaniu prawie całego obszaru Niemcom – Polska miała otrzymać tylko powiaty pszczyński i rybnicki. Na to dictum dotychczasowe pojedyncze strajki niezadowolonych z materialnej biedy i bezrobocia mieszkańców regionu przekształciły się w strajk generalny, a następnie w zbrojny zryw. Znany śląski działacz społeczny, Wojciech Korfanty, który ogłosił się dyktatorem III Powstania Śląskiego napisał w odezwie do rodaków:

„Zwycięstwo osiągniemy za wszelka cenę i nie ma takiego mocarza na świecie, który by mógł nas okuć ponownie w kajdany germańskie”.

Wcześniej, jako komisarz plebiscytowy z nadania komendanta Józefa Piłsudskiego, był gorącym zwolennikiem rozwiązania konfliktu na drodze dyplomatycznej. Kiedy jednak przekonał się, że angielscy i włoscy rozjemcy nie są bezstronni i trzymają stronę Niemiec (z Polakami sympatyzowali jednak Francuzi) – zmienił zdanie. Przyznał rację swojemu oponentowi, hrabiemu Maciejowi Mielżyńskiemu – z którym w kwietniu 1921, w bytomskim hotelu „Lomnitz“, toczył burzliwe spory o to, jak odzyskać Śląsk – że trzeba chwycić za broń. Datę wybuchu powstania, z 2 na 3 maja, wybrano starannie. Duże grupy Ślązaków, szykujących się w nocy do wymarszu na powstańcze pozycje, tłumaczyły przypadające nazajutrz rocznicowe obchody Konstytucji 3 Maja, na które trzeba było zawczasu dotrzeć to tu, to tam. Zaczęto od świetnie przygotowanej akcji „Mosty”. Grupa Destrukcyjna „Wawelberga”, pod dowództwem Tadeusza Puszczyńskiego, zniszczyła w zsynchronizowany sposób około 50 przepraw na Odrze, aby uniemożliwić przeciwnikom komunikację kolejową z resztą Niemiec, czyli odciąć ich od dostaw broni, amunicji, żywności i nowych kontyngentów wojska. Zaskoczenie było totalne, dzięki temu udało się uniknąć większych strat po własnej stronie.

Grupy powstańców na pozycjach nad Olzą.

Do walki stanęli przede wszystkim Polacy z Górnego Śląska, jednak nie brakowało wsparcia i spoza kordonu. Wojskami dowodził ppłk. Maciej Mielżyński, z Wielkopolski; później zastąpił go ppłk. Kazimierz Zenkteller, również Wielkopolanin. W ciągu tygodnia, wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, powstańcom udało się opanować cały teren plebiscytowy. Kiedy Niemcy się z grubsza pozbierali, rozpoczęli mobilizację sił samoobrony w rejonie Raciborza. Największą bitwą pierwszej fazy powstania były walki o Kędzierzyn oraz o pobliski port na Odrze, tzw. Przystań Kozielską. 10 maja 1921 roku Korfanty ogłosił zawieszenie broni, Niemcy zaś rozpoczęli mobilizację swych jednostek w rejonie Krapkowic i Kluczborka. Ich głównodowodzący, gen. Karl Hoefer, który wcześniej był komendantem straży granicznej na Górnym Śląsku, wydał rozkaz natarcia w kierunku Góry św. Anny. Ofensywa ruszyła w nocy z 20 na 21 maja. Po zaciętych walkach bataliony Freikorpsu „Oberland“ z Bawarii zajęły to ważne strategicznie wzgórze, skąd można było poprowadzić bezpośrednie natarcie w kierunku śląskiego rejonu przemysłowego.

Mimo kilkakrotnie podejmowanej kontrofensywy powstańcom nie udało się ponownie zdobyć Anabergu. Niemcy mieli przewagę w uzbrojeniu i wyszkoleniu bojowym, powstańcy rekompensowali to odwagą i sercem do walki, ale każda ofiara ma swoje granice. W maju i czerwcu toczyły się również walki o Kędzierzyn i Koźle, które ucichły po zawieszeniu broni 12 czerwca 1921 roku. Chociaż powstańcom udało się utrzymać ten strategiczny rejon, Korfanty wiedział, że Niemcy mają militarną przewagę i dalsza walka może pogorszyć sytuację jego wojsk na froncie. Rozpoczął więc negocjacje z przeciwnikiem. 26 czerwca Wojciech Korfanty i Karl Hoefer podpisali porozumienie o wycofaniu swoich wojsk z linii frontu, a 5 lipca zakończono ich ewakuację. Siły przeciwników rozdzielały oddziały alianckie. Zawarto rozejm z Niemcami, przy czym polska strona rządowa oficjalnie odcięła się od odpowiedzialności za powstanie. 12 października 1921 roku, po dyplomatycznych rozmowach, przeprowadzonych przez Korfantego z aliantami, Komisja Międzysojusznicza podjęła decyzję o korzystniejszym dla Polski podziale Górnego Śląska i to była główna wygrana tego powstania. Z obszaru plebiscytowego, czyli ponad 11 tys. km kw., zamieszkanego przez ponad 2 miliony ludzi, do Polski przyłączono 29% terenu i 46% ludności.

W Polsce znalazły się m.in. Katowice, Świętochłowice, Królewska Huta (obecny Chorzów), Rybnik, Lubliniec, Tarnowskie Góry i Pszczyna. Podział był też korzystny dla nas gospodarczo – na przyłączonym terenie znajdowały się 53 z 67 istniejących kopalni, 22 z 37 wielkich pieców oraz 9 z 14 stalowni.

„Cud nad Wisłą uratował Polskę od zguby, cud nad Odrą dał Polsce Śląsk. Cudu nad Wisłą i cudu nad Odrą nie stworzył żaden dyktator, żaden mocarz, który wziął odpowiedzialność za losy narodu, ale duch narodu, jego solidarność narodowa, duch obywatelski i poczucie odpowiedzialności każdego obywatela” – oceniał Korfanty efekty powstań.

W tym trzecim, według danych historycznych, wzięło udział około 60 tysięcy Polaków. 1218 spośród nich poległo a 794 odniosło rany. Niemieccy naziści nie darowali tym, którzy przeżyli. Kiedy we wrześniu 1939 roku Hitler napadł na Polskę, za udział w trzecim powstaniu i poprzednich karano śmiercią. Niemcy dysponowali spisami powstańców, sporządzonymi dla celów ewidencyjnych przez polską administrację i na ich podstawie docierali do kombatantów, których likwidowano później w obozach zagłady, albo zaraz po zatrzymaniu. Przykładem lista chorzowska, znajdująca się w zbiorach Muzeum Śląskiego. Widnieją na niej głównie ludzie, którzy należeli do Związku Powstańców Śląskich ; lista jest zdigitalizowana i dostępna w sieci, więc ją przeglądałem, szukając nazwiska mojego dziadka. Zrobiła na mnie ponure wrażenie, bo w rubrykach zapisanych odręcznie przez polskich urzędników, są późniejsze adnotacje ich niemieckich następców w magistracie. Pisali, kto zmienił miejsce zamieszkania, albo już zmarł śmiercią naturalną, przy niektórych nazwiskach stoją znaki zapytania, lub wykrzykniki. Na szczęście Seweryna Palucha nie znalazłem, bo w przeciwnym razie pewnie bym go nie poznał osobiście. Z tego co wiem, nigdy nie dał się namówić na oficjalne członkostwo w tym związku, bo mierziły go wewnętrzne spory między ludźmi Korfantego i zwolennikami jego największego wroga – Michała Grażyńskiego, który po powstaniu został wojewodą śląskim. Wolał nie mieć tych paru złotych dodatku kombatanckiego do emerytury, ale za to swój święty spokój. Poza tym zawsze był ostrożny, jak by znał rosyjski, to by pewnie mawiał: będziesz cichszy, to dalej pojedziesz…

Mama Nina (w kapelusiku – w wieku 19 lat)

Wczoraj minęło sto lat, jak urodziła mu się jego pierworodna córka, moja mama Nina. Może dlatego, że była powstańcza, zapamiętałem ją przede wszystkim, jako człowieka bez strachu, z wielkim sercem, zawsze gotowego spieszyć innym z pomocą. Zawsze pogodnie uśmiechnięta, miała piękny alt i lubiła śpiewać stare, harcerskie piosenki, albo te śląskie, powstańcze, a ja jej w tym chętnie towarzyszyłem. Na przykład : Już zachodzi czerwone słoneczko… Natomiast irytowało ją zawsze, jak jej siostra Irka, która bywała złośliwa, intonowała jako następny szlagier: Horst Wessel Lied. Po pierwsze bowiem była to pieśń SA, a po drugie ciocia okropnie fałszowała. Mama wykształciła się w dobrym, polskim liceum w Chorzowie, im. Marii Curie-Skłodowskiej a jej młodsza o siedem lat siostra, już w niemieckim, choć też dobrym. Mama była przedwojenną, polską harcerką, ciocia należała do Bund Deutscher Mädel i każda była przekonana, że to był najpiękniejszy czas w ich życiu. Nie pamiętam, żeby sprzeczały się między sobą o to, który był piękniejszy.

Siostry Janka i Irka, pewnie w ukochanej Bukowinie Tatrzańskiej

Kiedy ja znowu jadę z Monachium do tych swoich Tychów, wiem, że mój młodszy syn Mikołaj tylko się dziwi, bo to jest już czwarta, albo piąta podróż do Polski na przestrzeni roku, ale nic nie mówi. Tylko, żebym nie zasnął za kierownicą, bo już nie mam dwudziestu lat. Mikołaj, tak, jak ciotka Irka, lubi stare, niemieckie pieśni szturmowe i też mu tego nie mam za złe. Mieszka na bawarskiej wsi, niedaleko Glonn, gdzie po II wojnie żył ujek Jorg, starszy brat mojego dziadka, który za Hitlera służył w SA i pewnie nie raz sobie śpiewał: Die Fahne hoch… Zapamiętały to pewnie drzewa rosnące koło jego domu i kiedy mój syn pojechał tam, żeby zobaczyć, gdzie Jorg mieszkał, to mu pieśń powtórzyły i się młodemu spodobała. Taki jest pofyrtany ten Ślask i jego dzieci.

Chodzenie po mieście. Maciej Robert.

Maciej Robert (ur. 1977 w Łodzi) – polski poeta, krytyk literacki i filmowy, redaktor, dziennikarz. Doktor nauk humanistycznych, autor czterech książek poetyckich i jednej krytycznej. Jego wiersze tłumaczone były na wiele języków. Współpracuje z Polityką i Nowymi Książkami. Prowadzi poświęcony literaturze środkowoeuropejskiej blog Czytam Centralnie.

Spotkałam go w Berlinie, gdzie czytał swoje wiersze z tomu Nautilus i opowiadał, jak powstały, a powstały z chodzenia po mieście, chodzenia po mieście Łodzi.

Maciej szedł po mieście ruchem spiralnym, odtwarzającym skręty skorupy nautilusa, to ważne, bo nautilus, czyli żeglarek, to taka niezwykła muszla, która może płynąć samoistnie, nie zdaje się na wiatry, prądy i fale. Małż mieszkający w muszli wystawia część tułowia jak żagiel i potrafi sterować swoimi ruchami.

Ta właściwość nautilusa sprawiła, że pisarze i poeci wielokrotnie o nim pisali, gdyż był znakomitym wręcz symbolem wyższości woli ducha nad przeznaczeniem. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… Moje pokolenie pamięta to ze szkoły. Następne?

Młodości! ty nad poziomy
Wylatuj, a okiem słońca
Ludzkości całe ogromy
Przeniknij z końca do końca!

Patrz na dół — kędy wieczna mgła zaciemia
Obszar gnuśności zalany odmętem: To ziemia!
Patrz, jak nad jej wody trupie
Wzbił się jakiś płaz w skorupie.
Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem;
Goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu,
To się wzbija, to w głąb wali:
Nie lgnie do niego fala, ani on do fali;
A wtem jak bańka prysnął o szmat głazu!
Nikt nie znał jego życia, nie zna jego zguby:
To samoluby!

Mickiewicz, Oda do młodości. Czy ktoś to jeszcze czyta?

Wikimedia

Jakub Skurtys na stronie ArtPapier napisał:

Nautilus zabiera nas w stronę dna, w głąb, do symbolicznych źródeł, zaś przechadzający się bohater zatacza spiralne łuki. Spirala organizuje tom Roberta również na poziomie układu wierszy: kolejne utwory rozrastają się, a każdy za tytuł przyjmuje właściwą mu liczbę dystychów („1”, „1”, „2”, „5”, „8”, „13”, „21”, „34”…). To oczywiście ciąg Fibonacciego, zasada wpisana ‒ w dużym uogólnieniu i przy pewnych nadużyciach, z których poeta zdaje zresztą relację ‒ w rozwój wielu organizmów żywych, w ogólną „strukturę życia”, ale też w muzykę i w pewne idealistyczne myślenie o uniwersalnym porządku, ukrytym pod chaosem świata. Robert chce „pisać miasto”, ale też „pisać miastem”, stworzyć ekwiwalent rytmu kroków na łódzkiej ulicy, raczej prozy życia niż wzniosłego liryku.

5

Małe różowe trumny w pogrzebowym orszaku
sunącym spod murów fabryk na najpodlejsze

przedmieścia (film odebrał im kolor, pamięć
zabrała zmysły). Mur cmentarza jest niski,

łatwy do przeskoczenia, z tyłu zaległa łąka.
Na pokruszonych cegłach, znaczących środek

obejścia, mężczyzna ostrzy kosę. W obronie
przed szpaczym nalotem ktoś omotał czereśnię

firanką, wygląda jak panna młoda. To są
prawdziwe historie, o których nikt nie pisał.

Paulina Małochleb pisze, że poeta powraca w tym tomie do swoich ulubionych motywów: pamięci, dzieciństwa, melancholijnych prób zbliżenia się do przeszłości.

Robert swoim wyprawom w „miasto puste w środku jak wydrążony pień” nadaje bardzo misterną, porządkującą wszystko konstrukcję, a przez szereg odniesień literackich i filmowych buduje drugi i trzeci poziom skojarzeń, jednocześnie wyostrza realizm i wprowadza kulturowy kontekst. Tytułowy Nautilus to łodzik, skorupiak o regularnej budowie muszli, ale też odniesienie do statku podwodnego z powieści Juliusa Verne’a. Tak jak Nemo zgłębia oceany, tak Robert w swojej podróży penetruje rejony podmiejskiej zabudowy. Łódź-miasto jest też łodzią, która prowadzi przez pamięć, miejska wędrówka zamienia się w żeglugę, podróż w głąb, do dna pamięci, do kresu wspomnień.

Podróżowanie narzuca miastu fizycznemu cechy miasta zapisanego na mapie – jest jednocześnie czarno-białe, przetarte na rogach, z notatkami na marginesach. Poeta podąża tutaj przez strychy, piwnice, kina, dachy, podwórka, ulice. Porównuje Łódź do amonitu, skamieliny, ale też do składającej się z gruzów skorupy. „W nasze podmiejskie ulice nie warto inwestować, nasze podmiejskie ulice nie mają świetlanej przyszłości” – pisze przekornie, bo widać z tego tomu, że nie wyobraża sobie życia w jakiejkolwiek innej przestrzeni.

Świetna, gęsta książka. Doskonałe ćwiczenie z pamięci i utraty.

Nautilus, Nautilus!
Miasto progów spowalniających

narrację, miasto inwestorów, którzy wzięli i poszli
robić wałki gdzie indziej. Miasto hożych studentek

z międzynarodowej wymiany. Zaskorupiały w muszli,
zapatrzony w siebie. Groza! Groza! Odcisk zalany

wapnem w muzeum osobliwości. Syk gaszonego
diablego mięsa. Znamię, które się dopomina o pamięć.



Wspomnienia o Maryli (4)

Magdalena Ciechomska

Feministki

Gdy wyszłam za Tadeusza, Maryla już działała jako feministka. Nasze pierwsze rozmowy na ten temat, nie licząc dyskusji o tym, kto właściwie powinien sprzątać, gotować lub pozmywać naczynia (tu poglądy zmieniały się zależnie od okoliczności), miały związek z literaturą. Zaczęło się od pewnej książki dla młodzieży, którą wygrzebaliśmy wśród szpargałów, zalegających w jakimś zakamarku naszego starego, mokotowskiego domu. Była to powieść z gatunku science fiction, autorstwa Andrzeja Janickiego, pt. Porwany w przestrzeń, wydana w 1959 roku w Londynie, przez katolickie wydawnictwo Veritas. Dość atrakcyjnie skonstruowana rzeczywistość fantastycznego świata przedstawionego tworzy w niej kostium dla dydaktyzmu i moralizatorskiego przesłania, w duchu katolickiego wychowania młodzieży. Rzecz dzieje się na planecie Wenus, co niewątpliwie ma znaczenie symboliczne, ponieważ tematem utworu są miłosne perypetie głównego bohatera, młodego ziemianina i atrakcyjnych mieszkanek drugiej planety Układu Słonecznego. Wenusjanie również są przedstawicielami gatunku homo sapiens, więc darmo szukać tu problematyki konfrontacji z Obcym, jaką znamy ze Star Treka. Nas interesowało przede wszystkim operowanie damsko-męskimi stereotypami obyczajowymi i ogranym schematem romansu, który dla autora stanowił pretekst do przekazania umoralniających pouczeń na temat przyzwoitości, czystości przedmałżeńskiej, a także rycerskości w stosunku mężczyzn do kobiet oraz niewinności i czułości tychże. Odkrywanie i demaskowanie tych schematów tak nas rozbawiło, że zabrałyśmy się do dalszych poszukiwań. Dobrałyśmy się do naszej narodowej klasyki. Maryla przyjęła rolę inspirującą, powiedzmy, ideowo, ja, z racji mojego zawodu nauczycielki języka polskiego, zajęłam się wyszukiwaniem przykładów literackich. W ten sposób odkryłyśmy temat: kobieta w literaturze polskiej. Uwagę skierowałyśmy przede wszystkim na twórczość romantyków i pozytywistów. No i się zaczęło! Po pierwsze dość szybko okazało się, że najtrafniej całą prawdę na ten temat wyraził Cyprian Kamil Norwid: „(…) literatura nasza nie określiła jeszcze ani jednego skończonego typu kobiety (…)”*. Po drugie, zaczęłyśmy odkrywać mizoginizm naszej dziewiętnastowiecznej literatury narodowej i tę prawdę, że, wbrew pozorom, „Polska nie jest kobietą”. Najbardziej chyba pastwiłyśmy się nad Sienkiewiczem. I świetnie się przy tym bawiliśmy, we trójkę, bo i Tadeusz dał się w to wciągnąć. W końcu Maryla podsunęła mi pomysł spisania naszych odkrywczych interpretacji.

Niedługo potem zajęła się sprawą wyjazdu do Berlina. Kiedy pojechałam do niej, zabrałam ze sobą wszystkie notatki. Właściwie nie bardzo wiedząc jeszcze po co i dla kogo, raczej „sobie a Muzom”, zaczęłam składać z nich jakąś całość. Traktowałam to jako rodzaj intelektualnego fitnessu po całodziennym trudzie pracy w „sprzątalnictwie”. Polskie książki pożyczałam od Romana, znajomego Szwajcara, studenta polonistyki. Kolejne fragmenty dawałam Maryli do przeczytania i oceny. Udało nam się wyodrębnić kilka typów, którym dałyśmy nazwy od bohaterek literackich: „dziewica-bohater”, „Matka Polka”, „niewinna Zosia”, „anielska Marynia”, „niezłomna Oleńka”, „Hajduczek”, „Siłaczka”. Najbardziej interesująca wydała mi się postać Matki Polki. Napisałam na ten temat rodzaj szkicu krytycznego; później powstał na jego podstawie tekst, z którym wystąpiłam na kilku spotkaniach poświęconych tematyce feministycznej, w Krakowie i w Berlinie. Mój udział w tych spotkaniach zawdzięczam Maryli, która nie tylko mnie tam ściągnęła, ale także tłumaczyła na żywo to, co czytałam i mówiłam.

W 1993 roku urodziłam syna. Sama zostałam Matką Polką. To był czas wielu przemian w Polsce; z postkomunistycznego śmietnika wyłaniała się nowa rzeczywistość państwa, które wracało do Europy. Feminizm odbierany był wtedy jak coś zupełnie nowego, dziwnego, choć przecież miał już swoje miejsce w naszej historii, w pismach warszawskich pozytywistów, w wystąpieniach kobiet, które po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku upomniały się o swoje prawa. Ale w Polsce lat 90 budził często zdziwienie, obawy i niechęć, zwłaszcza ze strony kościoła katolickiego i środowisk z nim związanych. Przez same kobiety był postrzegany jako zjawisko niszowe, rodzaj dziwacznego hobby wielkomiejskich intelektualistek, niemających pojęcia, jak wyglądają prawdziwe problemy tzw. „zwykłych kobiet”. Coraz częściej w rozmowach z Marylą przyjmowałam też punkt widzenia takiej zwykłej kobiety. Stawałam się coraz bardziej krytyczna; irytowała mnie elitarność ruchu, który w trudnym czasie polskiej transformacji zdawał się reprezentować interesy tylko pewnej grupy kobiet, w dodatku tych, które już były samodzielne, wykształcone, miały dobrą pracę. Maryla, pryncypialna w swoich poglądach, starała się odpierać moje zarzuty. Później przekonałam się, że jednak uważnie słuchała.

cdn

Tango

Czego to człowiek nie znajdzie w Berlinie na ulicy. Ten rysunek piórkiem, pokolorowany farbami wodnymi, który znalazłam kiedyś pod płotem, nosi tytuł Romancero Criollo (Romancero Kreolskie) i został wykonany przez Argentyńczyka, Ricarda Moreno Blanco w roku 1995, a ja go znalazłam w roku 2004, albo 2005, czyli gdy dzieło było jeszcze całkiem młode. Dziś ma już swoje lata i nawet mi dość smutno, że przetrzymałam je od wtedy za szafą.

Wystarczy wpisać w googla imię i nazwisko artysty, a natychmiast pojawiają się jego dzieła, głównie malarstwo (akryl) z przyjemną adnotacją “sold”. Tematyka podobna do mojego znaleziska – tańczące tango pary. O proszę, na przykład tu: https://www.liveauctioneers.com/item/56257258_ricardo-moreno-blanco-acrylic-painting-couple-dancing

Ta sama strona zachwala autora jako najlepszego współczesnego surrealistę w Argentynie. Ricardo Moreno, wspaniały artysta, urodzony w 1943 roku, cieszy się zasłużoną sławą zarówno w Argentynie, jak i na świecie. Jego dzieła odznaczają się wyrazistym, mocnym konturem. Blanco nie zapożycza się u nikogo, jest wiernym sobie surrealistą.

Na blogu Marthy Jacqueline Iglesias Herrera (blog de literatura y arte) znajduję następną notkę:

Ricardo Moreno Blanco, nació el 17 de Mayo de 1943 en Pasteur, Argentina. Estudió en la Escuela de Bellas Artes Manuel Belgrano y dedicó varios años a la docencia. Tiene su atelier en la calle Magallanes, No 852, la Calle de los Artistas, a metros del punto más sensible del Barrio La Boca, donde se mezclan los colores del viejo barrio de inmigrantes, los paisajes que pintó Quinquella Martín y la melancolía de la tierra lejana. Sus obras, expuestas permanentemente en la calle Caminito, forman además parte de numerosas Colecciones Privadas en distintos países de todo el mundo.

Uzupełnijmy to, co pisze Martha, małą informacją, że szkoła znajduje się w Buenos Aires i że tam również mieszka (mieszkał?) Ricardo Moreno.

To wszystko, co udało mi się znaleźć na temat tego rysunku. Już chciałam na tym zakończyć ten wpis, jak przypomniałam sobie pewną sytuację sprzed 35 lat. Rok wcześniej przyjechałam do Berlina i wciąż jeszcze trudno mi się było oswoić z myślą, że już nie mieszkam w PRL i że świat stoi przede mną otworem. Spacerowałam sobie po Kudammie, czyli głównej ulicy Berlina Zachodniego, i oglądałam wystawy. W jakiejś niewielkiej galerii zobaczyłam akwarelę Marca Chagalla. Kosztowała, pamiętam jak dziś, 600 marek. Było to na moje ówczesne zarobki dużo, ale wiedziałam też, że nie jest to suma zawrotna. Nie kupiłam Chagalla, ale od tego czasu wiedziałam, że żyję w świecie, w którym niewiarygodne może się stać wiarygodne. Tak dalece, że gdy 15 lat później znalazłam na ulicy Dzieło, nawet nie chciało mi się sprawdzić, jak niewiarygodne jest to, że je znalazłam.

Oj, Ewuniu…

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (6)

Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz

W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar.
Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie.
Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej.
Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem:
– Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek.
Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.

Przodkowie i potomkowie

Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry.
Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała:
– Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych…
i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków.
Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział :
– Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…

Prawnicze myślenie

Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy.
Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“. Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział :
– Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia.
Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał:
– Za myślenie prawnicze.

Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.

Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.

Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.

Zwykli

O nas

K I M J E S T E Ś M Y ?

zwykli.pl

Na początku było nas 27. Był październik 2020 roku. Druga fala pandemii przybierała na sile, ulice polskich miast zapełniły się tłumami ludzi protestujących między innymi przeciwko postawie części duchowieństwa. Postanowiliśmy napisać krótki APEL ZWYKŁYCH KSIĘŻY – wyraz sprzeciwu wobec używania religii do celów politycznych, nierównego traktowania kobiet i mężczyzn, dyskryminacji i ksenofobii. Naszą intencją nie było rebelianckie godzenie w jedność Kościoła. Wręcz przeciwnie, wyraziliśmy nadzieję na oczyszczenie i odnowę naszej społeczności religijnej. Podkreśliliśmy wiarę w siłę dialogu, który w przeszłości niejednokrotnie spowodował przemianę sumień.

W naszej kapłańskiej aktywności już wcześniej dawaliśmy wyraz podobnym odczuciom dotyczącym kryzysu Kościoła. Ale czyniliśmy to indywidualnie – w środowiskach naszej pracy duszpasterskiej, naukowej, publicystycznej. Tym razem jednak po raz pierwszy postanowiliśmy zabrać głos wspólnie, wierząc, że będzie to miało swój szczególny wydźwięk! Szybko dołączyli do nas inni. Oprócz kolejnych ponad stu księży z kraju i zagranicy APEL podpisały również siostry zakonne. Pomogli nam bardzo świeccy chrześcijanie, którzy konsultowali tekst, kolportowali treść i opublikowali APEL najpierw na stronach internetowych WIĘZI a potem w wielu innych mediach. Zaprosiliśmy wszystkich zainteresowanych do otwartej dyskusji. Napłynęło prawie tysiąc maili z głosami poparcia ale i polemiki. Główny nurt wypowiedzi respondentów można by streścić tak: „Chcieliśmy już odejść z Kościoła, ale wasz głos, dający nadzieję na zmiany, zatrzymał nas na progu”.

Postanowiliśmy zatem kontynuować nasze spotkania w przestrzeni wirtualnych debat i roboczych narad. Ich owocem stały się kolejne wspólne stanowiska w sprawach dotyczących: skrzywdzonych przez ludzi Kościoła i stosunku wobec działań Fundacji Jerzego Owsiaka. Uznaliśmy za bardzo ważną kwestię sformułowanie naszego stanowiska w sprawie aborcji. Po wspólnej pracy nad tekstem przygotowanym przez ks. prof. Andrzeja Szostka postanowiliśmy go opublikować jako wyraz naszego chrześcijańskiego namysłu nad tym trudnym problemem budzącym wiele kontrowersji w przestrzeni publicznej.

Kolejnym krokiem podjętym wspólnie jest grupa uruchomiona na jednym z portali społecznościowych ZWYKŁY KOŚCIÓŁ oraz strona internetowa ZWYKLI.PL. Są to fora, na których będziemy szukali rozwiązań ważnych spraw dotyczących naszej społeczności religijnej.

Chwila poezji

Tibor Jagielski

lorberblatt2każdego dnia

nie czekaj na śmierć
wychodź jej naprzeciw
wychodź na spacer
z psem
kotem
albo z ptakami
o świcie

2 VI 2020

hund(fragment)

czas wielkich wakacji

na szkolnym dziedzińcu
leniwy wiatr toczy
kartonowy kubek
w te i we wte
powoli ale nieustannie
już trzeci tydzień

moen12sonnenaufgang

niebuszewo

tam co roku przyjeżdżała strzelnica
tam traciło się pierwsze zęby
(cios kija bejsbolowego albo kop w szczenę)
tam dziewczyny traciły dziewictwo
a potem kręciły się
na okrągło i za darmo
na karuzeli
niebuszewo
pot krew sperma śmierć
koniec dzieciństwa
niebuszewo!

dendrit2kronika sportowa
krew na śniegu

w polskim sezonie narciarskim 1981/82
wytyczono nowe wytyczne
dla nowej dyscypliny
zjazd bez tyczek i kijków
po grzbiecie historii
w okolice anus mundi

blindschleichen

niedotykalny

czy napisał ktoś wiersz
o człowieku
który chodzi od kosza do kosza
i szuka w nich czegoś jadalnego, wyciaga butelki i gazety
uważnie przesuwa sie po powierzchni poszukujac zgubionych przed supersamem drobniaków, a niedopałki wkłada do puszki
na uszach ma słuchawki
czego słucha? schuberta? madonny? szumu morza? śpiewu słowika?
idzie ciągnąc wózek za sobą
każdego dnia
na linii frontu

Amelie1

 

Wspomnienia o Maryli (3)

Magdalena Ciechomska

Żółte tulipany

Mam takie zdjęcie, zrobione w mieszkaniu Maryli na Nordufer; siedzę na sofie, przede mną, na stoliku stoi duży bukiet pięknych, żółtych tulipanów. Zdjęcie zrobiła Maryla, drugie, podobne, chyba ja zrobiłam jej. Te tulipany dostałyśmy od niemieckich feministek. To był rok 1996 lub 1997. Zostałam zaproszona na konferencję zorganizowaną w ramach kobiecej współpracy polsko-niemieckiej. Maryla, która już od paru lat aktywnie działała na tym polu, zaproponowała mi wygłoszenie referatu na temat pracy nauczyciela w liceum, mającym swój własny, autorski program nauczania. Od 1995 roku pracuję w warszawskim XIX LO im. Powstańców Warszawy, które wówczas realizowało taki program. Był to czas, kiedy w polskiej oświacie, uwolnionej od komunistycznej, ideologicznej cenzury, nastąpiła erupcja twórczej inwencji nauczycieli, głównie tych wcześniej związanych ze środowiskiem opozycji antykomunistycznej, teraz zrzeszonych w NSZZ Solidarność. Chodziło o to, żeby stworzyć szkołę wolną, otwartą na różne potrzeby i zainteresowania uczniów, kreatywną. Na tym spotkaniu opowiadałam właśnie o mojej szkole, która była tego przykładem. Mówiłam po polsku, Maryla tłumaczyła na żywo, na niemiecki. Na zakończenie dostałyśmy bukiet żółtych tulipanów. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że to był marzec, chyba nawet blisko Dnia Kobiet i może stąd te tulipany? Pisząc te wspomnienia podejmuję rodzaj gry z własną pamięcią. Nie zawsze jestem pewna, czy zdarzenia, które kojarzy moja wyobraźnia, w rzeczywistości miały ze sobą coś wspólnego?

Mieszkanie na Nordufer Maryla przejęła po moim kuzynie, Jurku i był to punkt zwrotny w historii jej pobytu w Berlinie. Znalazła wreszcie stałe lokum, miejsce dla siebie. Obie znałyśmy dobrze to mieszkanie, gdyż to właśnie Jurek pomógł Maryli w przyjeździe do Berlina Zachodniego (wtedy konieczne było tzw. zaproszenie). Pomógł też znaleźć na początku pracę, polegającą na sprzątaniu mieszkań po remontach wykonywanych przez firmę, w której on sam był zatrudniony. W tym jego mieszkaniu na Nordufer ja też wcześniej bywałam, bywałyśmy tam obie. Tego wieczora siedziałyśmy więc przy stoliku, na którym stał bukiet żółtych tulipanów, w pokoju mieszkania Maryli, z poczuciem, że jesteśmy tu, w tym mieście jakby u siebie, bo już można było wsiąść w pociąg na Dworcu Centralnym w Warszawie i pojechać do Berlina bez żadnych wiz itp., bo to w końcu przecież tylko trochę dalej niż do Poznania.

Po przyjęciu Polski do UE przestrzeń dzieląca kraje i miasta kurczyła się coraz bardziej. Maryla przyjeżdżała do Warszawy systematycznie, mniej więcej co miesiąc. Przede wszystkim na święta – Boże Narodzenie, Wielkanoc. To było tak oczywiste, jak to, że my też kiedyś wybierzemy się do niej, w odwiedziny… Później działo się dużo w naszej rodzinie i czas nie sprzyjał planowaniu wycieczek. Gdy już zdołaliśmy pozbierać się po większych i mniejszych dramatach, pomyśleliśmy, że warto byłoby znów odwiedzić Berlin, zwłaszcza, że Maryla miała już swoje naprawdę własne mieszkanie. I znów stało się oczywiste, że możemy pojechać tam kiedy przyjdzie na to ochota, więc nie trzeba było się spieszyć ….

W marcu 2019 roku uświadomiłam sobie, czego nie mogłam wiedzieć tego wieczora z bukietem żółtych tulipanów, że taki berliński wieczór już się nie powtórzy.

Co jedli on i ona, czyli jak…

…przegotowałyśmy nasz los

Ewa Maria Slaska

Prawie 10 lat temu napisałam (jeszcze na owym do znudzenia wspominanym, a już nieistniejącym blogu Jak udusić kurę…) o tym, co jedzą kobiety, a co mężczyźni.

Zacznijmy od zadania. Ona i on idą do restauracji. Ona zamawia golonkę i piwo, on pstrąga duszonego w maśle, szparagi i białe wino. Dania przynosi inny kelner, nie ten, który odbierał zamówienie. Gdzie stawia szparagi? A przed kim golonkę?

Gdy wykonamy to zadanie, to nagle uświadamiamy sobie, że istnieją kolosalne różnice pomiędzy tym, co jedzą mężczyźni, a tym, co jedzą kobiety. I że wszyscy to wiedzą, my też i zawsze to wiedzieliśmy, tylko nie budziło to naszego głębszego zastanowienia. Każdy kelner to wie i każdy sprzedawca, każda gospodyni domowa i każdy marketingowiec. Kobiety jedzą jarzyny, owoce i słodycze, mężczyźni mięso.

Georges Perec, francuski pisarz pochodzący z rodziny polskich Żydów, w książce Życie. Instrukcja obsługi. zamieścił między innymi na ośmiu stronach maczkiem, drobiazgową listę tego, co jadł przez cały rok. Ta powieść została napisana, a właściwie skonstruowana według specjalnej listy, nad którą autor pracował dwa lata, i składa się z setek spisów. Sam indeks końcowy zawiera 5000 pozycji. Powieść czyta się jako najważniejsze dzieło eksperymentalne w historii człowieka, rzadko przywiązując wagę do faktu, że Perec w swych powieściach żywił się przede wszystkim własnym życiem i że lista tego, co pewien młody mężczyzna jadł we Francji (zauważmy – we Francji!) jest skrupulatnym i prawdziwym zapisem jego jadłospisu. Na liście znalazły się trzy razy ślimaki, raz jeż morski, 56 razy Armagnac, 8 razy Calvados, 36 kieliszków wódki, jeden (słownie: jeden) talerz owoców, dwa razy truskawki, raz czarne porzeczki i jedna pomarańcza.

Perec zmarł w wieku 46 lat.

Niestety to nie ja jestem autorką tego genialnego i jak wszystkie genialne myśli banalnie prostego spostrzeżenia. Mężczyźni jedzą co innego. Kobiety też. Zrobili to Eva Gritzmann & Denis Scheck w książce “SIE & ER” (ONA & ON) – Der kleine Unterschied beim Essen und Trinken. Niewielka różnica w jedzeniu i piciu. Tytuł odwołuje się do kultowej książki czołowej niemieckiej feministki Alice Schwarzer z roku 1975: Der kleine Unterschied und seine großen Folgen. Tytułowa mała różnica dotyczyła… ach zresztą. Właśnie stwierdziłam, że w polskiej Wikipedii jest o Alice Schwarzer zaledwie jeden mały akapit o niczym, może zachęcona powodzeniem ulokowania u Cioci W. wpisu o Kaminskim, porwę się na dalsze zadania i rozszerzę wpis o Alice. No, w każdym razie tak czy owak chodzi o tę pozornie nieistotną, małą różnicę między mężczyzną a kobietą i jej niewiarygodne konsekwencje społeczne.

Człowiek jest jedyną istotą na świecie, która uczyniła z jedzenia zajęcie społeczne. Najważniejszą cechą odróżniającą człowieka od reszty świata jest umiejętność zdobywania pożywienia na później (nie chodzi o zapasy na zimę, tylko w ogóle o fakt, że przynosimy upolowane kuropatwy przytroczone do pasa i zbieramy jagody do wiaderka). Kobieta i mężczyzna połączyli się w pary, żeby… pilnować jedzenia. Seks jest pochodną ochrony żywności. Miłość pochodną wspólnego spożywania posiłków. Inteligencja ludzka rozwinęła się dzięki jedzeniu – to gotowanie potraw ułatwiło trawienie mięsa, zwolniło człowieka z konieczności leżenia godzinami po posiłku, dało mu czas i energię, by zacząć opanowywać świat. To gotowanie było motorem ewolucji! Gotowanie uczyniło z australopiteka homo sapiens. Mężczyźni przynosili mięso, ale to kobiety je gotowały! (Uwaga tu będzie komentarz – czytaj niżej) I zdarzyło się to kilka milionów lat temu!

Autorka jest lekarką, autor – pisarzem. Razem stworzyli fascynującą książkę, skrobiącą tak długo po powierzchni każdego naszego przekonania, aż się okaże, że nie mamy racji i jest zupełnie inaczej. Bawią się odkrywaniem różnych niewiarygodnych prawd. A ich potwierdzenia szukają wszędzie – w bajkach, w komiksach, filmach, powieściach. Cytują Prousta, Kafkę, Joyce’a, Pereca i Szekspira. Dzwonią do wielkich sieci handlowych i do słynnych kucharzy. Pytają, pytają, pytają. Skaczą od kwestii obrazoburczych do prościutkich pytań: są fryzjerzy damscy i męscy, są łaźnie i sauny dla pań i panów, baseny, godziny gimnastyki, krawcy i kosmetyczki. Konfekcja, torebki, buty. Wszystko ma płeć, prawdziwą albo gender, ale ma. A jedzenie nie.
Dlaczego nie ma zwyczaju, żeby gotować osobno dla kobiet i dla mężczyzn? Dlaczego nie ma restauracji dla pań i panów? Albo przynajmniej odrębnych jadłospisów. To zresztą ryzykowne pytanie. Kiedyś bowiem faktycznie były w restauracjach takie jadłospisy – w wersji żeńskiej potrawy… nie miały cen.

Kucharze uczyli się sztuki gotowania na zachciankach możnowładców. Kucharki na potrzebach swoich bliskich.

Lektura JEJ & JEGO przypomniała mi słynną książkę o bieganiu: Christopher McDougall Urodzeni biegacze. Jej autor twierdził – zupełnie od niechcenia i na marginesie głównego tematu – że nieprawdą jest, iż kobiety w epoce kamienia nie mogły polować, bo polowano biegając, a one były wiecznie w ciąży lub karmiły niemowlęta i biegać nie mogły. Otóż doświadczenia biegaczek na bardzo długich dystansach (takich, dla których 42 kilometry klasycznego maratonu to dopiero rozgrzewka) wykazują, że na tych bardzo długich dystansach kobiety spisują się równie dobrze jak mężczyźni, a może nawet lepiej, i że spokojnie mogą biegać, a w przerwach karmić dzieci.

Teraz zatem, po lekturze obu tych książek, możemy powiedzieć, że kobiety zbierały owoce i jarzyny, bo te im bardziej smakowały! Cóż za rewolucyjna teza! No, ale potem wymyśliły gotowanie i tak to przegotowały swoją wolność.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (5)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Do publikacji wybrał i opracował Zbigniew Milewicz

Okazanie

W czasach PRL-u handel dewizami był zakazany. Można je było wprawdzie posiadać, ale nie wolno ich było – cóż za paradoks – kupić, zaś odsprzedać można było tylko bankom. W tej sytuacji – wziętej żywcem z Mrożka – pokątny handel dewizami był dość powszechny, a milicja uganiała się za pośrednikami po całej Polsce. Na ich celowniku znalazł się też znany handlarz walutami Marian vel Moszek M.

Pewnego razu zrobiono mu zdjęcie na końskim targu, gdy rozmawia z innym hurtownikiem w „dewizowej branży“. Milicjanci w przekonaniu, że teraz uda im się zagonić handlarza w kozi róg, wezwali go do komisariatu, okazali mu zrobione zdjęcie i zapytali tryumfalnie:
– Kto to jest?
Moszek M. wziął zdjęcie do ręki, popatrzył na nie z bliska i z pewnej odległości, przekręcił w lewo i w prawo, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia i intelektualnego wysiłku. W końcu przemówił:
– Już go gdzieś widziałem, już gdzieś widziałem ten koński łeb.
W kadrze bowiem, na pierwszym planie znalazła się chłopska furmanka z koniem w zaprzęgu.
– Nie o konia chodzi, tylko o tego faceta, który obok pana stoi – zdenerwował się milicjant.
– A tego to nie znam, odpowiedział zdecydowanie Moszek M.

Poniżej dalsze opowieści prokuratora Ogórka. Przypominam, że wystarczy “kliknąć” w wybraną stronę, aby uzyskać łatwe w czytaniu powiększenie.