Z wolnej stopy 32

Zbigniew Milewicz

Salomon Morel, kat Zgody

Zima 1945 roku była mroźna, na Śląsku temperatury schodziły poniżej minus dwudziestu stopni, więc najważniejszy był dach nad głową i opał. Kiedy front wojenny się przewalił przez Katowice i przyszła nowa fala wielkiej wędrówki ludów, do mieszkań opuszczonych przez Niemców zaczęli wprowadzać się przybysze ze zrujnowanych terenów centralnej Polski, repatrianci zza Buga i osobnicy niewiadomego pochodzenia, którzy na tym exodusie robili złote interesy – szabrownicy, którzy zwykle pierwsi pojawiali się w bezpańskim lokalu i wynosili stamtąd wszystko, co tylko mieściło się w drzwiach. Poźniej te sprzęty można było kupić na bazarze i zdarzało się, że wracały pod stary adres z nowymi lokatorami. Wychodząc z mieszkania, człowiek zamykał drzwi na kłódkę, oklejał je papierem, na którym pisał, że to jego własność, a po powrocie często zastawał tam już inną rodzinę. Musiał więc sobie szukać nowego locum, a jak miał pecha, to kolejnego. Na szczęście pustostanów było wtedy sporo.

Węgiel na opał ludzie trzymali w piwnicach, ale nie było kłódki, która nie dałaby się wyłamać, gdy doskwierał mróz. Do pieca szły więc zastępczo meble, klepki z parkietu, książki, wiem to z opowieści familijnych. Moi rodzice po ślubie zamieszkali w Katowicach; mieszkanie na Starowiejskiej, pod piątką, w którym się urodziłem, było chyba trzecim z kolei, które udało im się wreszcie zatrzymać na dłużej. Wojna minęła, komunistyczny system kneblował ludziom usta, ale komu Urząd Bezpieczeństwa Publicznego nie miał, póki co, niczego do zarzucenia, ten był wolny, mógł żyć z kim chciał, gdzie mu się podobało, albo gdzie znalazł pracę, z czego ludzie – zwłaszcza młodzi – skwapliwie korzystali.

We Wspomnieniach śląskiego pisarza i poety Wilhelma Szewczyka czytamy, że w pierwszych dniach po wyzwoleniu Katowic całe życie koncentrowało się w Urzędzie Wojewódzkim. „Gdy wszedłem tam po raz pierwszy – pisze – ujrzałem jedno wielkie koczowisko. Przenikliwe zimno wiało przez korytarze. W pokojach urzędowali ludzie w paltach, przy elektrycznych piecykach”. Mówiło się, że wycofujący się Niemcy mogli zaminować gmach (w czasie wojny urzędowały tu władze Reichsgau Oberschlesien), ale skoro pułkownik Ziętek wciąż tkwił na swoim posterunku, nie mogło być aż tak źle. Pułkownik był jednym z wicewojewodów, drugim mianowano Stefana Wengierowa, a całością dowodził generał dywizji Aleksander Zawadzki. Struktury nowej władzy administracyjnej w Polsce tworzyły tzw. grupy operacyjne, które szły bezpośrednio za frontem i to ich członkowie stali na czele grupy “Śląsk”.

Pułkownik Jerzy Ziętek, Ślązak z krwi i kości, miał za sobą sanacyjną przeszłość, ale jako wychowanek szkoły oficerów polityczno-wychowawczych w Riazaniu, był dla radzieckiej komendantury “swoim człowiekiem”. Obdarzony organizacyjnym i gospodarskim talentem, umiał pokierować życiem Śląska i Zagłębia, region szybko stawał na nogi. Na przykład w Katowicach: dzięki temu, że pracowała elektrownia, część miasta miała prąd. Od 1 lutego działały wodociągi. Dwa dni później wznowiono ruch kolejowy z Katowic do Siemianowic i Ligoty. Kursowały po trzy pociągi dziennie, bo z taboru zostało tylko 55 wagonów. Pierwsze szkoły powszechne otwarto 11 lutego. Zasługą wicewojewody było również powołanie latem 1945 komisji, która sporządziła spis górników przymusowo wywiezionych do ZSRR, po zajęciu Górnego Śląska przez Armię Czerwoną. Zawierał on 9877 nazwisk. Podjęto działania zmierzające do zwolnienia deportowanych i ich powrotu do domu.

Generał Zawadzki był z kolei jeszcze przedwojennym komunistą i pochodził z Zagłębia. W akcję zwolnienia deportowanych ludzi angażował się z wielkim poświęceniem i emocjonalnie. Na posiedzeniu Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej w maju 1945 roku mówił: “Komitet Centralny winien zająć stanowisko wobec wywózek. Stanowisko to winno dojść do świadomości Związku Radzieckiego i Armii Czerwonej. Ludność na Śląsku była entuzjastycznie nastawiona wobec Związku Radzieckiego, dziś ludność ta jest zdecydowanie nieprzychylnie nastawiona, klnie. (…) Musi ustać wywózka”. Niestety starania o powrót wywiezionych nie dały spodziewanych rezultatów. Skuteczniejsze okazały się prośby o przerwanie wywózki. Po spotkaniu wojewody Zawadzkiego z marszałkiem Konstantym Rokossowskim zwolniono do domów ponad 600 internowanych osób, ale nadal wystarczyło jedno fałszywe słowo sąsiada, albo rzekomego przyjaciela, aby najpierw trafić do lochu UB, a później znaleźć się za drutami kolczastymi obozu pracy w świętochłowickiej Zgodzie.

W tej dawnej filii KL Auschwitz, obok członków organizacji nazistowskich, siedzieli podejrzani o kontakty z SS, SA, albo Gestapo, ludzie, których jedynym przestępstwem było podpisanie niemieckiej Volkslisty, żołnierze Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych oraz obywatele niechętni komunistycznej władzy. Powtórzę – wystarczyło domniemanie winy, lub donos, żeby się tam znaleźć.

Komendantem obozu był słynący z okrucieństwa Salomon Morel, który osobiście uczestniczył w przyjęciach nowych więźniów (dostarczanych także przez milicję i NKWD ) i ich przesłuchaniach. Na wstępie zawsze się im przedstawiał, że jest Żydem z Auschwitz, który stracił całą rodzinę w obozie, tylko on ocalał i teraz jego największym pragnieniem jest zemścić się na Niemcach. Kłamał z tym Oświęcimiem; do 1942 roku przeżył wojnę w ukryciu, w gospodarstwie Józefa Tkaczyka w Garbowie na Lubelszczyźnie (później uhonorowanego za to medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata), skąd pochodził. Kiedy granatowa policja zaaresztowała, a później zastrzeliła jego rodziców, jednego z braci i bratową, zorganizował z drugim bratem, Ickiem, przestępczą grupę, która rabowała mienie mieszkańców wsi w Lubelskiem i na Mazowszu. Wytropiła ich Gwardia Ludowa, uniknął egzekucji, zwalając wszystkie winy na brata, a w 1944 r. przyszła Armia Czerwona. Wtedy wstąpił do służby więziennej, podległej Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, odbył staż w katowni w osławionym lubelskim Zamku i wraz z sowietami znalazł się na Śląsku. Obóz, którym kierował, działał od lutego do listopada 1945 roku, więziono w nim co najmniej 5764 osób, z których niemal 1/3 nie przeżyła pobytu. To jest ta wspomniana już przeze mnie w poprzednim wpisie liczba udokumentowanych 1855 ofiar, których według IPN mogło być nawet 2,5 tysiąca.

Wśród osadzonych przeważali Niemcy i Polacy, ale byli również Ukraińcy, Austriacy, Rumuni a nawet Żydzi. Więźniowie umierali zakatowani w czasie przesłuchań, z wycieńczenia niskimi racjami żywnościowymi (strażnicy nagminnie kradli paczki żywnościowe, przysyłane przez rodziny) i pracą w okolicznych kopalniach i hutach, od kul konwoju w czasie próby ucieczki, na drutach kolczastych ogrodzenia baraków, przez które płynął prąd i w pętli na szyi. Wielu nie wytrzymywało psychicznie warunków obozowych. Inni umierali na czerwonkę, albo tyfus – wszystko było jak w hitlerowskim obozie zagłady Auschwitz-Birkenau.

Tylko komór gazowych i krematoriów jeszcze brakowało. Może pomysłowy Salomon Morel i z tym poradziłby sobie, gdyby nie tyfus, który w lipcu 1945 r. rozprzestrzenił się na cały obóz. Dowiedziała się o tym Warszawa, przyjechali oficjele i specjaliści, i w atmosferze skandalu podjęto różne radykalne środki zaradcze, a jesienią zlikwidowano obóz. Trzyosobowa komisja z prokuratorem Jerzym Rybakiewiczem na czele przeprowadziła w nim kontrolę, przejrzała akta, przesłuchała więźniów, po czym zwolniła prawie wszystkich do domu. Przedtem musieli oni tylko podpisać zobowiązanie, że pod groźbą kary więzienia nie będą z nikim rozmawiać o tym, co się tutaj działo. Wywiązali się z tego zobowiązania, bo kto z nas wiedział o Zgodzie?

A podporucznik Morel, jako dobry fachowiec ds. więziennictwa został przeniesiony na stanowisko komendanta do innego obozu i za swoje zasługi otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Karierę zawodową w PRL-u zrobił bogatą, same wzloty, żadnych upadków. Ukończył ją w 1968 roku, jako naczelnik Wojewódzkiego Aresztu Śledczego w Katowicach w stopniu pułkownika służby więziennej, obwieszony wszystkimi możliwymi odznaczeniami państwowymi i zawodowymi, z tytułem magistra prawa Uniwersytetu Warszawskiego (praca magisterska nosiła tytuł „Praca więźniów i jej znaczenie“) i dobrą emeryturą. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych Główna Komisja Badań Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu zainteresowała się tematem obozu pracy w Zgodzie, został przesłuchany w roli świadka. A kiedy rozpoczęto oficjalne śledztwo w tej sprawie, wyjechał do Izraela.

Prokuratura Wojewódzka w Katowicach postawiła Morelowi dziewięć zarzutów, w tym ludobójstwa. Oskarżony był m.in. o stosowanie wyszukanej metody tortur, tzw. „piramidy” (na polecenie komendanta strażnicy mieli rzucać więźniów jednego na drugiego, tworząc pięć, sześć warstw złożonych z ludzi). Zarzuty wobec Morela oparto przede wszystkim na zeznaniach ponad 100 świadków, spośród których pięćdziesięciu ośmiu było więźniami obozu w Świętochłowicach-Zgodzie. W pismach procesowych oskarżony swoje zachowanie uzasadniał wcześniejszymi przeżyciami z obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie miał przebywać jako więzień, co jednak nie znajdowało oparcia w faktach. 19 grudnia 2003 roku Sąd Rejonowy w Katowicach wydał w sprawie Morela postanowienie o tymczasowym aresztowaniu, zażądano jego ekstradycji, ale Izrael odmówił wydania oskarżonego polskim władzom. Morel zmarł w 2007 r., śmiercią naturalną w wieku 88 lat, w Tel Avivie; do końca pobierał apanaże z Biura Emerytalnego Służby Więziennej. Jak mówią Rosjanie: wojna wojnoj, a obied po rozpisanji…

Salomon Morel nie był jedynym Żydem w stalinowskim aparacie bezpieczeństwa. Perfidia systemu polegała na tym, że dając praktycznie nieograniczoną władzę ludziom, których życie w czasie hitlerowskiej okupacji ważyło mniej od puchu, zyskiwano ich bezgraniczną wierność i posłuszeństwo. Nikt nie rodzi się kanalią, zostaje się nią w sprzyjających warunkach, a powojenny komunizm je tworzył. Oczywiście nie każdy nadawał się na ubeka, do tej służby trzeba było mieć odpowiednie predyspozycje. Włodek Paźniewski, mój sarkastyczny druch z Dziennika Zachodniego, ilustrował je słowami: gdyby ci kazali nazajutrz zabić swojego ojca, to powinieneś stanąć na baczność i zapytać, czy można przyspieszyć wykonanie rozkazu… Salomon Morel już nie miał ojca, czy było mu łatwiej mordować innych?

P.S. Rokrocznie, w dniu 27 stycznia, Ruch Autonomii Śląska, dla upamiętnienia Tragedii Górnośląskiej odbywa dziesięciokilometrowy marsz z Katowic pod bramę dawnego obozu pracy w Świętochłowicach-Zgodzie. W tym roku, z powodu covidowych obostrzeń sanitarnych, marsz się nie odbył, ale ku czci ofiar pod bramą złożono jak zawsze kwiaty i wieńce (Zdjęcie w winiecie).

Mity nasze powszednie 4: Edyp i Elektra

Ewa Maria Slaska

Przypominam, że wpisy pod ogólnym tytułem Mity nasze powszednie pojawiają się na życzenie Konrada i są cyklem bardzo niergularnym. Możliwe, że gdybym miała pisać na tematy przypadkowe, tak jak to było, gdy układałam pierwszy wpis z serii, ten o Ajtrze, matce Tezeusza, to byłoby mi łatwiej i może nawet mógłby z tego powstać cykl postów cotygodniowych, tak jak to było np. z Baratarią. Ale po pierwszym losowaniu mitycznej osoby, Konrad nigdy już nie sięgnął po tę metodę, tylko “zadaje mi” tematy, które mam opracować. Tak pojawił się najpierw Szyzf, potem matrona, a teraz Edyp i Elektra. Tematy bardzo znane. Nigdy nie wiem, co ja bym jeszcze mogła do tych pojęć dołożyć. Przy Ajtrze, nikomu nieznanej greckiej królewnie (w Grecji Homera co drugi właściel większego stada był już królem), mogłam sobie buszować po gęstej materii mitu, jak mi się żywnie podobało. Ale przy Syzyfie i Edypie już nie mogę. To są takie obszerne, poważne tematy, tyle o nich już napisano, tak weszły w nasze życie codzienne, na tyle niespodziewanych sposobów. Gdy wpisałam wujkowi google’owi temat zadany na dzisiaj, natychmiast pojawiło się śmieszne hasło: edyp i elektra w zgranej parze krzyżówka. Kliknęłam, ale wcale nie znalazłam odpowiedzi na pytanie, co by to miało być? Zapewne rozwiązaniem jest słowo kompleks i jest to od razu wyjaśnienie, dlaczego tak mi ciężko zabrać się za ten temat. No bo właśnie kompleks. Ciężka odpowiedzialność za własne i cudze udane lub nieudane życia, za możność lub niemożność wejścia w trwały związek.

No ale nie ma wyjścia, trzeba przypomnieć tę zgraną parkę: Edyp, królewicz i Elektra, królewna.

Edyp, syn Lajosa i Jokasty, władców Teb.
Wyrocznia oznajmiła Lajosowi, że jego syn go zabije i poślubi własną matkę. Kiedy więc urodził mu się syn, Lajos nakazał służącemu porzucić go w górach. Ten jednak uratował dziecko, które przygarnął bezdzietny król Koryntu, Polibos.
Kiedy Edyp dorósł, udał się do wyroczni delfickiej, która wyjawiła mu, że zabije ojca i poślubi matkę. Przerażony Edyp uciekł. W drodze natknął się na jakiegoś starca. Doszło do bójki, w której starzec zginął. Nie wiedząc tego, Edyp zabił ojca. Edyp dotarł do Teb, gdzie po śmierci Lajosa władzę przejął Kreon. Grasował tu okrutny potwór – Sfinks, mordujący tych, którzy nie umieli rozwiązać jego zagadki. Dzięki wizji ze snu Edyp rozwiązał zagadkę i w nagrodę otrzymał rękę królowej wdowy, Jokasty. Czyli ożenił się z własną matką. Miał z nią dwóch synów i dwie córki (jedną z nich była Antygona). Jednak Teby zaczęły nawiedzać nieszczęścia, aż wreszcie Edyp dowiaduje się, że przepowiednia się wypełniła i ucieka.
Elektra, królewna mykeńska, córka Agamemnona i Klitajmestry, siostra Orestesa i Ifigenii. Kiedy jej ojciec powrócił do domu po zakończeniu wojny trojańskiej, został zabity przez matkę Elektry i jej kochanka Ajgistosa. Elektra uniknęła śmierci i uratowała też swego młodszego brata, Orestesa. Również w tej opowieści ważną rolę odgrywa Los, bo to wyrocznia delficka nakazała Orestesowi powrót do domu i pomszczenie śmierci ojca. Po ośmiu latach od morderstwa Elektra wspólnie z Orestesem opracowała plan zemsty. Rodzeństwo pomściło ojca i zabiło matkę i jej kochanka.
Z krwi Klitajmestry i Ajgistosa narodziły się Erynie, boginie zemsty, które prześladowały Orestesa i doprowadziły wreszcie do jego śmierci. Erynie nie mściły się jednak na Elektrze, która była motorem zabójstwa. W rozumieniu starożytnych Elektra miała prawo do pomsty za śmierć ojca. Natomiast Erynie są, jak się wydaje, boginiami z czasów matriarchatu, i mściły się na synach, którzy zabijali matki.

Oczywiście starożytność znała znacznie więcej takich opowieści i były one znacznie bardziej jednoznaczne, a spotykamy je wcale nie tylko w mitach greckich, bo również w Starym i Nowym Testamencie.

Myrra
Była córką Kinyrasa i Pafos. Tu oczywiście trzeba tu wiedzieć, że sama Pafos była córką Pigmaliona – króla Cypru i Galatei – kobiety wyrzeźbionej przez Pigmaliona z mleczno-białego marmuru, tak pięknej, że Pigmalion zakochał się w swym dziele i wybłagał u bogów, żeby je ożywili. Pafos chwaliła się często, że jej córka jest piękniejsza od samej Afrodyty. Bogini z zemsty sprawiła, że księżniczka zapałała kazirodczą miłością do ojca i zaszła z nim w ciążę. Ojciec się wściekł (ciekawe zresztą dlaczego, skoro jednak przespał się z córką co najmniej raz), a Myrra uciekając przed jego gniewem, wybłagała pomoc akurat u Afrodyty. Ta zamieniła ją w krzew mirtu. Brązowa żywica mirtu uważana była w starożytności za łzy Myrry. I nie zapominajmy, że stała się jednym z darów, które trzej królowie-monarchowie ofiarowali Jezusowi. Myrra, już jako krzew, urodziła ślicznego chłopca – Adonisa. Wielka miłość do Adonisa kosztowała potem Afrodytę wiele cierpienia. Tak Myrra zemściła się na Afrodycie.

Tanais
Lizyppe, jedna z Amazonek, córek boga wojny Aresa i bogini miłości, Afrodyty, urodziła syna Tanaisa, który wdał się w dziadka i przedkładał wojnę nad miłość. Rozzłoszczona Afrodyta (one się doprawdy dość często złościły, te greckie boginie) ukarała wnuka i sprawiła, że zakochał się we własnej matce. Chłopak przerażony tym, że własne uczucia skłaniają, ba, zmuszają go do kazirodztwa, popełnił samobójstwo. Utopił się we frygijskiej rzece, która przedtem nazywała się Amazonka, a po jego śmierci przemianowana została na Tanais. Dziś jest to rzeka Don.

Historia Tanaisa jest o tyle ciekawsza psychologicznie od opowieści o Edypie, że ten w końcu wcale nie wiedział, że zabił ojca i ożenił się z matką. Tymczasem w przypadku Myrry i Tanaisa związek dziecka z rodzicem płci przeciwnej był znacznie głębszy i, przede wszystkim, świadomy. Myrra spała czy sypiała z własnym ojcem, podobnie zresztą jak biblijne córki Lota, podczas gdy Elektra tylko go kochała. Tanais miał świadomość, że pożąda matki, podczas gdy Edyp był tylko świadomy tego, że sypia z kobietą w wieku swojej matki, ale tego, że jest ona matką musiał się dopiero dowiedzieć. Ciekawe, że za kazirodczą miłość Myrry do ojca i Tanaisa do matki odpowiadała Afrodyta. Czego to jednak miłość nie może? Ewidentnie może być kazirodcza.

Tego oczywiście XIX wiek, który stworzył psychoanalizę i nazywał wszystkie sytuacje uczuciowe kompleksami (oczywiście poza jedyną sytuacją dopuszczalną – tą heteronormatywną), nie mógł zaakceptować. Dlatego też Freud i Jung nie mogli / nie chcieli / a może w ogóle nie przyszło to im do głowy – no ale załóżmy, że nie mogli, bo ograniczały ich konwenanse, sięgnąć po przykłady tego, że syn naprawdę pożądał matki, a córka ojca. Dlatego na patronów kompleksów wybrano te królewskie dzieci, które wcale świadomie nie wiedziały o istnieniu swego “niesłusznego” pożądania.

***
Ciekawym aspektem wszystkich opowieści greckich jest bezwzględna rola Przeznaczenia, czyli Losu, czyli bogów, w ludzkim życiu. Wbrew temu co my, jako nowocześni ludzie, myślimy, starożytny Grek przez całe życie czuł nad sobą nieubłagany Los. To on powodował, że mogłeś się stać winny bez własnej winy, jak chociażby Edyp, w którego życiu dwukrotnie pojawiła się decyzja, żeby uniknąć Przeznaczenia – raz, gdy Lajos kazał wyrzucić dziecko w górach, i raz gdy Edyp ucieka od przybranych rodziców – a który nieświadomie musiał dopełnić wyroków bożych. Zabił ojca, żył w kazirodczym związku z własną matką, za co został ukarany, zresztą nie tylko on, bo całe jego miasto. W Tebach źle się działo, Edyp postradał królestwo, wyłupił sobie oczy i dobrowolnie poszedł na wygnanie.

Podobna jest sytuacja Judasza w Nowym Testamencie. Gdybyśmy byli gnostykami, moglibyśmy czcić Judasza jako aktywnego uczestnika Bożego planu zbawienia, bo bez zdrady Judasza nie doszłoby do ukrzyżowania Jezusa, a co za tym idzie, nie byłoby Zmartwychwstania, a zatem nie zostalibyśmy uwolnieni od zmazy grzechu pierworodnego. Ale nawet jeśli patrzymy na to mniej radykalnie, to jednak i Mateusz, i Łukasz, i Marek piszą to samo: Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził.

Jeden z apostołów musiał zdradzić Jezusa, żeby się wypełniło i Proroctwo, i Przeznaczenie. Padło na Judasza.

Takie dramatyczne sytuacje pojawiają się również u Szekspira i wszystkich jego następców, ale Szekspir jest już człowiekiem nowożytnym i jednak sprowadza przyczyny katastrof do naszych ludzkich postępków. Tragedii Romea i Julii nie powoduje Los, ale waśń dwóch władczych rodów. U Słowackiego za śmierć Aliny odpowiada Balladyna i jej nieposkromiona żądza władzy. W bajce za los dwóch złych sióstr Kopciuszka, które będą teraz musiały całe życie przeżyć z pokaleczonymi stopami, odpowiadają ich własne ambicje, wspierane przez ambicję ich matki. W starożytności, za wszystkie te sytuacje odpowiadaliby bogowie.

***

Nie jestem psycholożką ani psychoanalityczką, nie podejmuję się nawet opisać tego, czym naprawdę jest dla nas ta zgrana krzyżówkowa parka. Jaką rolę odegrali w naszym życiu Edyp i Elektra? Jak funkcjonują te kompleksy, jak bardzo są nieubłagane? Nie wiem. Potocznie niemal każdy z nas wie, że kompleks Edypa to odkrycie Freuda – nieuświadomiona dziecinna miłość syna do matki i niechęć lub nienawiść do ojca, jako rywala. Nienawiść, która mogła się objawić potrzebą zamordowania konkurenta. Prawie każdy syn przeszedł w życiu taką fazę, że chciał zabić tatę i ożenić się z mamą. O kompleksie Elektry wiemy znacznie mniej, często nawet nie wiemy, że taki istnieje. Wymyślił go uczeń Freuda, a potem jego oponent, Carl Gustav Jung. Per analogiam zakładamy, że chodzi o podobną sytuację, dziewczynki ogłaszają wszem i wobec, że jak dorosną, wyjdą za mąż za tatę i mają taki okres w życiu, że nie lubią swojej matki. Niektóre nie wyrastają z tego jeszcze długo albo nigdy, ale kompleks Elektry i nienawiść do matki są na pewno słabiej wykształcone niż kompleks Edypa. Socjologowie twierdzą, że więź córki z matką jest najsilniejszym związkiem społecznym na świecie. Gdy jeszcze nie było systemów społecznych i państwowych, podobnie jak wtedy, gdy ich w przyszłości zabraknie (a takie scenariusze znamy wszyscy z niezliczonych filmów, gier i powieści science-fiction), to wtedy się okaże, że nadal jako ludzkość funkcjonujemy bardzo dobrze, bo trzyma nas i prowadzi miłość matki i córki.

Dziękujemy, Mamo!

Serwis do kawy i inne wiersze

Mieczysław Węglewicz
z tajemniczego bloga o żywym morzu 🙂
Wolno mi tam było sięgnąć, dostałam nawet wiersz na zachętę:

zajrzyj tam,
weź co chcesz
kilka słów,
rosę z róż
z tego wiersz
jakiś złóż
i tę ciszę
tę ciszę
też weź

Z cyklu ,,serwis do kawy”

Para

Mówili piękno zaklęte
takie kruche i proste
Zachwycali się
dotykali… Mnie i siostrę
Czuję jeszcze to ciepło rąk
ślad mi został jej szminki
na ustach
odkąd poszli stąd
w nas jest pustka … Przyszły godziny zimne
za długie, za grudniowe
Ona z innym i on dla innej
… rozstali się Kochankowie
zostawili filiżanki romantyczne te zgrabne, te kruche, te śliczne

Fifi*

Kiedy oddała wszystko
została sama
Chłodna,
z rozmazaną szminką
Kochała czułe dłonie i
gorące usta
Słyszała jak ktoś mówił o niej
że jest piękna
ale pusta.

* Fifi – ulubiona filiżanka. Każdy może taką mieć. Choć nie każda może taką być.

Koniec świata?

Koniec świata?
Nie dla nas!
Wierzysz?
To nie koniec!
Będą się dłonie splatać
i usta ust chciwe
tysiac razy powtórzą
dwa słowa żarliwe
Czuły dotyk
Smak szminki
będą noce majowe
i my
porcelanowe
filiżanki
z kawą
takie kruche
jak miłość

Inne wiersze o miłości

Caffe Cuba

Wpada tutaj
czasami
liść jesienny
lub wietrzyk
przypadkowy przechodzień
co to chce się przewietrzyć
A dziewczyna
z lokami
zakręcona jak walczyk,
która z liściem
jesiennym
chciała sobie
potańczyć
jeszcze nie
jeszcze nie
niekoniecznie
Ale w końcu
się uda
Będzie cud
w Caffe Cuba
i zatańczy
bo przyjdzie
maj
ciepły, zdrowy, zielony
wyczekany, szczepiony
Boże,
daj taki maj
zakochanym

Ogłoszenie 1

Poszukuję
wiosennego nastroju
dla dwu osób
samemu nie sposób

Ogłoszenie 2

Potrzebne
wiosenne nastroje
dla dwu osób
– sam się boję

Wiem

ciągle piszę coś i coś skreślam
ciągle nie to,
ciagle nie tu,
tylko gdzieś tam
Ale wiem Muzo,
czekasz, jesteś
nocą słyszę, w dzień…
na niebie
nie jem, nie śpię
tylko piszę,
dla Ciebie tylko piszę
nie płaczę przecież
Inni mają gorzej
Ona gdzieś w świecie
On za morzem
szukają się i wołają
ale nie widać
nie słychać
lata mijają
maj za majem
jaśmin usycha

Szuka, ale chyba ją znalazł, skoro pisze, że

Jestem zazdrosny

o wodę
bo lubisz jak Cię fale niosą
o wiatr
bo lubisz
wiatr we włosach
o piasek
bo po piasku lubisz
boso
o ogień
bo lubisz ogień
jak płonie
o kubek
bo go ustami muskasz
a Ty…
masz
takie usta..
I dłonie
dlatego o rękawiczki
co Ci pieszczą
ręce..
i już nic więcej
już koniec…
bo tylko jeszcze
o sny Twoje…
zazdrosny jestem

Klucze do wszystkiego

Julita Bielak (z Facebooka, 28 stycznia 2021 roku)

Opublikowali jednak. Właśnie teraz. Przy smużce światła snuję snutkę, smutną nutkę, bo co mi, jak każdemu człowiekowi – epizodowi w życiu przedmiotu – pozostało. Do wykonania snutki potrzebne będą: białe płótno fabrycznego wyrobu średniej grubości, białe, silne nici nazywane atłaskiem, igła średniej grubości, przekłuwacz do dziurek, nożyczki i naparstek.
Snutka z Norwida
Ów lud krzywy już nie wie nie wie nie wie
– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –
Czas we warkocz skręcony
Twarz Europy i Świata obija,
W gniewie tylko wciąż mielą:
Jezus Maryja Jezus Maryja
Lecz nic nastaje nawet kropla chłodu
Nie wpadła do ogrodu
W kątku drzwi uchylonym
Uśmiechnięta jutrznia i bandyta
Rzecz Cyprianie tylko rzecz
Niedbale zbita tępa i pospolita.
*
Marian Grześczak.
Na fotografii obraz Aleksandra Volkova “Klucze do wszystkiego”.

Odcinek 9

Mieczysław Bonisławski

Poniedziałek, 13 grudnia
Godz. 8:30
VIII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„W końcu przełamanie – P. dopuszcza do siebie wspomnienie o kluczowych zdarzeniach z ofiarą. Zdarzeniach ze sobą w roli głównej.
Walczy jednak dalej. Kreuje tajemniczą i fantastyczną scenerię. Z kim walczy: z samym sobą? ze mną?
NADAL NIE MOGĘ TEGO ROZGRYŹĆ. Przed kim ucieka od świata?
CHOLERA, TO JEST ZASADNICZA SPRAWA. CZY P. JEST SCHIZOFRENIKIEM? CZY OGARNĘŁA GO PARANOJA? CZY MA PO PROSTU ZBOCZONĄ, PATALOGICZNĄ SEKSULANOŚĆ – HOMOSEKSUALISTA, DO TEGO O SKŁONNOŚCI PEDOFILSKIEJ?
CO TU JEST PRZYCZYNĄ, CO SKUTKIEM? A CO ILUZJĄ, BŁĘDEM OBSERWACJI?
P. wpisuje swoje zachowania w scenariusz złego świata, paskudnego otoczenia, wstrętnej rzeczywistości. ALE TO JUŻ PRZERABIALIŚMY.
Dalej miota się między rolą Wojownika i outsidera.
O, I TO JEST ZNACZNIE CIEKAWSZE. DOTRZEĆ TUTAJ DO GŁĘBI… TO BĘDZIE COŚ! I NAGŁE PRZYSPIESZENIE.
Nie wiadomo dokładnie, czemu przypisać, jaką nadać rolę bardzo realistycznym wspomnieniom z miasta, ze szkoły, z autobusu? Czy to są przebitki z życia samego P., z przeszłości? Z teraźniejszości? I co miały by oznaczać? czy brać je dosłownie, czy symbolicznie?
O BOŻE! A JAK TO JEST FAKTYCZNIE ZAPIS TEJ ZBRODNI, KTÓRA ZDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ? JEŻELI OKOLICZNOŚCI ZAMKNĘŁY TO, CO P. ZOBACZYŁ PRZED NIM SAMYM? I DOPIERO HIPNOZA POZWALA MU Z POWROTEM OTWORZYĆ TE WSPOMNIENIA PRZEDE MNĄ I PRZED SAMYM SOBĄ?
I CO WTEDY!?
NIE MOŻEMY TEGO POMINĄĆ!!
A może to są faktyczne obserwacje P., który od dawna bardzo dokładnie obserwuje swoją ofiarę?
ALE TO BY PRAKTYCZNIE PRZESĄDZAŁO CAŁĄ SPRAWĘ. TERAZ TRZEBA BY BYŁO TYLKO WZMOCNIĆ PROCES TAK, BY P. POCZYNIŁ OSTATNI KROK – ABY SIĘ PRZYZNAŁ.
Ewidentnie P. rozwija jeszcze jeden aspekt. Ten chłopiec, domniemana ofiara… Mężczyzna jest dla niego tym ratującym go Wojownikiem.
Ale czy można wywodzić z tego, że właściwą jest ocena samego P. jako tego, który odegrał jednak ostatecznie pozytywną rolę wobec ofiary, że oprócz czynów zbrodniczych, okazał chłopcu też tak potrzebne wsparcie, jakiego ofiara nie otrzymała od rodziny, szkoły i zawodowego psychologa?
P. opowiada tak, jakby te dwie postawy były nierozerwalnie ze sobą powiązane. Jakby jedno nie mogło zaistnieć bez drugiego.
Na studiach opowiadaliśmy sobie taki dowcip:
Czym się różni pedofil od nauczyciela? Pedofil naprawdę kocha dzieci!”

Środa, 15 grudnia
Godz. 8:30
IX SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM
„Znowu całkowita zmiana kierunku. Zupełnie inny temat, problematyka, pytania i osoby. Który to już raz? Co on jeszcze ma w swoim repertuarze? Co jeszcze wymyśli…?
Bardzo długa sekwencja wspomnień, opartych o postać Matki.
Mamy różne wariacje postaci Matki, wysnuwane na kanwie kolejnych zdarzeń, związanych ze sobą przyczynowo-skutkowo, w których Matka w zależności od wariacji (wersji) zachowuje się raz tak, a raz zupełnie inaczej.
Chyba nie należy tego interpretować całkiem realistycznie, ale jak?
Czy to są reminiscencje nawiązujące do zachowań i sytuacji Matki P.?
Czy to próba wytłumaczenia jej nagannej, patologicznej wobec niego postawy? Czy też P. jest próbuje rozliczyć się ze swoim nieudanym, nieszczęśliwym dzieciństwem?
Apogeum wspomnień związanych z Matką. CHOLERA, A TO CO?! – kuriozalna próba nadania sobie samemu roli Matki ofiary…. To już można interpretować naprawdę bardzo wielorako, z interpretacjami skrajnie przeciwstawnymi włącznie. Nawet nie wiem, jaką szkołę, jaką technikę interpretacji w ogóle zastosować…?
A już myślałam, że go mam. Wydawało mi się, że jestem o krok od zakończenia, od celu. To wyglądało tak, że jeszcze trochę go pocisnę i on się przyzna. Wszystko się wyjaśni.
A jesteśmy chyba znowu w punkcie wyjścia. Teorie o kompleksie matki, jakieś paranoje, deficyt miłości otrzymanej i tej, którą można oddać dalej, drugiej osobie.
I tylko żadnego punktu zaczepienia dla ewentualnych czynów zabronionych. Jak mam im z tego wywieść działania przestępcze, do cholery? Dwie marzycielki!
Niech się same męczą…
A P. znowu zasypuje mnie tymi szczegółami, mnóstwem danych. Skąd on to bierze? Dlaczego to jest takie realistyczne, wiarygodne, jakby to się rzeczywiście zdarzyło, a on przy tym był!?
Takie pospolite fakty, zwyczajne gesty, ruchy, rzeczy, które mogą się naprawdę każdemu przytrafić. Totalna przeciętność.
Fantazje bym rozgryzła, przypisała do jakiejś fobii, mechanizmu ucieczkowego, do jakiegoś patologicznego stanu, czy zachowania. Ale to? Tę zwyczajność, pospolitość? Przy takiej dokładności, szczegółowości, beznamiętności, jakby księgowy w zarękawkach wyliczał swoje słupki …
I znowu ta dwoistość, schizofreniczne światy wielokrotne. Kto tu jest Matką, a kto zagrażającym chłopcu złoczyńcą? Kto kogo i przed kim broni i tłumaczy?
Nie, mam tego dosyć!
Chyba już nic więcej z nim nie wskóram. To co mogłam zrobić, zrobiłam. Już się dalej nie da.
Może niech ktoś inny teraz spróbuje. Na podstawie tych materiałów, ze świeżym spojrzeniem… Z nowymi metodami i pomysłami na znalezienie prawdy, na rozwiązanie…?
Tak, ja już na tym zakończę.”

– Pięć… trzy… Obudziłeś się…
– Tak, widzę cię i słyszę. Czuję się świetnie. Tak świeżo. Jakbym przerzucił furmankę węgla.
– Proszę, co takiego?!
– Niewinna metafora. Przenośnia. Czy pani będzie teraz oburzać się na takie rzeczy? W takim razie zapytam tylko o to, czy moje sny wypadły należycie?
– Odpowiedź może brzmieć tak jak zwykle. Gdy tylko uda mi się opracować, będę mogła próbować oceniać…
– Czy może pani powiedzieć, że zbliżamy się do chwili, kiedy podda nas pani konfrontacji?
– Do czego, proszę?!
– Przecież to się nagrywa… Prokuratora zleciła… Czeka na to też milicja…
– Tak, faktycznie. Może czeka, rzeczywiście.
– To kiedy się z nimi spotkamy? Bo to jeszcze nie koniec, prawda?
– Może postarałabym się na te wszystkie twoje pytania odpowiedzieć pojutrze. Na dziś jednak wystarczy, wracasz na Łużycką, do celi.
– Drogi człowieku, ja czuję, że we mnie tkwi jeszcze wiele istotnych faktów do wyciągnięcia na światło dzienne. Jeszcze chcę to wydobywać i wam dawać. A musimy zdążyć przed spotkaniem z nimi. Rozumiesz mnie? Czy zgadzasz się ze mną?
– Przecież rozumiemy to! Nie martwmy się takimi rzeczami. Nie mamy o co!
– Nie będziemy musieli się o takie rzeczy martwić? Czy na pewno, drogi człowieku?
– Proszę, może czekają na ciebie? Zatem… zobaczylibyśmy się w piątek.

Piątek, 17 grudnia
zapowiada się mroźny, za to widny, słoneczny dzień
Niejako dla odprężenia, trochę sobie teraz poplotkujmy…
Piątek, na tydzień przed Wigilią wydaje się zupełnie zwyczajnym dniem. Za tydzień odpakujecie paczki spod choinki. Zastanawiacie się pewnie, czy najbliżsi rzeczywiście was znają, rozumieją wasze pragnienia? Co teraz kupują dla was, to co sprawi wam radość, da jakąś satysfakcję? Czy jak często to bywa, myślą bardziej o sobie i pakują właśnie to, o czym oni sami marzą od dzieciństwa, a czego dotąd nikt dla nich nie poświęcił, nie kupił, nie podarował?
Zatem dzień, jak co dzień. Może podczas tego zwyczajnego dnia, w niezwyczajnym okresie, porzucacie na moment swoje obowiązki i oddajecie się takiej właśnie, krótkotrwałej refleksji… Co jest w tej paczce przeznaczonej dla mnie, którą on / ona gdzieś dzisiaj owija arkuszem papieru? I nie starcza wam już czasu na zastanowienie się nad tym, o czym, równocześnie marzy dla samej siebie z kolei ta właśnie, najbliższa wam osoba. Bo akurat wzywa was praca. Wracacie więc z tej krótkiej podróży w głąb siebie, znowu odkładając na później odpowiedź na pytanie, o czym przez cały rok, bo od poprzedniej choinki marzy matka, mąż, wujek Kazik, córka (ta starsza, Tosia, która zaczyna właśnie swoje własne życie).
Matka. Córka. Syn…? Ale dość o tym, ja też wracam do pracy. Do mojej pracy. A żebym był wobec was tak zupełnie w porządku, to moja opowieść musi być ścisła i kompletna (wtedy dopiero wykonam swoją pracę rzetelnie). Dlatego, zanim dam wam jeszcze posłuchać, na powrót, naszej Psycholog i jej pana Olka, wpierw muszę opowiedzieć i o kilku, zupełnie innych wydarzeniach, o których wiem, a które miały miejsce w tym właśnie, kończącym się, tygodniu.
Od kilku dni zamknięta jest mała, prywatna pasmanteria w tym poniemieckim domku naprzeciwko bloku naftowców. Na rogu ulicy Gwardii Ludowej i Wiśniowej.
Właścicielka sklepiku przesiaduje całe dnie w holu gmachu przy Partyzantów. Nie może dostać się do pani prokurator, prowadzącej sprawę jej syna, Olka Chrenowicza. Musi z nią porozmawiać, chce ją osobiście przekonać, że matka powinna mieć w okresie świątecznym widzenie ze swoim, osadzonym w śledztwie, synem.
Jest prostą kobietą. Nie rozumie tego, że prokurator, choć też kobieta, też matka, to jednak nie może i nie przyjmie jej. Podpisana przez panią prokurator znacznie wcześniej decyzja, na którą czeka matka Olka, jest negatywna. Ta odpowiedź na kolejną, błagalną prośbę stroskanej kobiety, napisana na opieczętowanej kartce i umieszczona w niebieskiej kopercie, jest już w drodze do niej. Listonosz ma ją już od kilku godzin w torbie na listy. I innej odpowiedzi nie będzie. Zresztą pod egzemplarzem jednej z kopii tej decyzji, rzuconym niedbale na jedno z wielu biurek, jakie są w gmachu przy ulicy Partyzantów, leży jeszcze drugi dokument. Inny, ale powiązany, o przedłużeniu aresztu tymczasowego o kolejny miesiąc. Pod kilkoma liniami maszynopisu widnieje krótki, „zgrabny i zwarty” odręczny podpis tejże samej pani prokurator.
Prosta kobieta, prowadząca mały jednobranżowy sklepik nie jest w stanie zrozumieć, że o takie postanowienie, po raz kolejny osobiście poprosił panią prokurator sam Pułkownik, tutejszy zastępca komendanta do spraw Służby Bezpieczeństwa. Tym bardziej nie zrozumie, dlaczego Pułkownikowi zasugerował tę prośbę major Makarewicz, w ogóle nie związany z postępowaniem prokuratorskim przeciwko Olkowi. Powiedzmy sobie przy tym szczerze, że Major od dekady działa pod przykrywką na mieście i nie zajmuje się końcowymi etapami śledztw, poprzedzającymi już samo wydanie aktu oskarżenia. A jako człowiek, prywatnie, jest ojcem trojga drobiazgu, Januszka, Zbyszka i Tosi. Dlaczego więc ten rodzic występuje przeciwko drugiemu rodzicowi, choć jak się wydaje nie ma ku temu żadnych powodów?
Właścicielka pasmanterii, nieskuteczna w swej troskliwości Matka, wymienia też jeszcze kilka zdań z innym ojcem. Wojskowym, z którym przed laty połączyła ją typowo człowiecza namiętność. Ten niegdyś drogi jej człowiek, zanim cokolwiek wymyśli lub doradzi niknie, ucieka. Niestety połączenia telefoniczne mamy takie, jakie mamy, a Sulęcin, niewielkie garnizonowe miasteczko pośrodku lubuskich lasów, to nie Warszawa. Na międzymiastową z Sulęcinem czeka się czasem i pół dnia, a i nie zawsze z pożądanym skutkiem. Tym razem jest tak samo. Przerwanego połączenia już się nie da uzyskać. Problem z Olkiem nie zostaje do końca przekazany jego ojcu. I na razie nie wiadomo, czy on coś pomoże w tej sprawie?
Środa, 15 grudnia, to z kolei dzień urodzin zmarłej tragicznie we wrześniu wychowawczyni ze szkoły Januszka Makarewicza. Wyobraźcie sobie ten mroźny, środowy poranek na małym, zielonogórskim cmentarzu w podmiejskiej dzielnicy Jędrzychów. Nad świeżym jeszcze, żółtym od piachu pagórkiem kwatery Barczyńskiej stoi major Makarewicz, jego berliński kolega – filatelista, oficer STASI i przyjaciel majora z Warszawy, poruszający się po kraju czarną wołgą starego typu. Jego wóz parkuje nieopodal, w miejscu gdzie dawniej stały zabudowania stacyjne przystanku kolejowego Jędrzychów. Obok – szary wartburg na niemieckich numerach.
Makarewicz stoi naprzeciwko tych dwóch. Nogę opiera o piaszczystą mogiłę. Mówi ze spuszczoną głową, patrząc gdzieś w ziemię. Niemiec, ze wzrokiem nabożnie utkwionym w człowieku z Warszawy, tylko kiwa głową i potakuje. Z rzadka coś dodaje od siebie. „Duch”, trzeci z nich, rozmawia z majorem, kładzie na grobie wiązankę różowych goździków, rozmawia z Niemcem, odbiera od niego duży znicz. Zapala. Kładzie obok kwiatów.
Nazwisko Barczyńskiej pada bodaj trzy razy. Imię Olka tylko dwa razy. W międzyczasie rozmawiają o niedawnej katastrofie lotniczej pod Goleniowem, o zakończeniu operacji specjalnej, w której zginął szef polskiej bezpieki. Niemiec gratuluje „Duchowi” wylansowania plotek o tym, że Ociepka nie był lubiany w resorcie i jako człowiek z zewnątrz, i jako wtyczka Kani i krajan Gierka… Major zwraca uwagę na to, że „Pierwszy” wziął na to miejsce kolejnego człowieka z zewnątrz. „Duch” uspakaja, mówi że sytuacja jest pod kontrolą. Pyta Niemca, czy szczeciński odcinek granicy po ich stronie, ten na który nie dotarł wtedy zabity, jest już wyczyszczony? I żartując, żałuje straconego wówczas bankietu w „Kaskadzie”… Major smutno przyznaje, iż nieżyjący dygnitarz zaskarbił sobie ludzką wdzięczność wyłącznie tym, że ściągnął na trenera piłkarskiej kadry Górskiego… Niemiec nie rozumie o co Makarewiczowi chodzi. Wyciąga z teczki i wręcza „Duchowi” plik starych pocztówek z lat trzydziestych. Wymienia nazwy miejscowości „Schwiebus”, „Sorau”, „Sagan”, „Sprottau”… Pokazuje pisane drobnym maczkiem zdania na ich odwrocie, czyta po niemiecku, bardziej pikantne jego zdaniem fragmenty tych tekstów, z których zaraz obaj się śmieją. Makarewicz boczy się trochę na Niemca, bo chciałby znaczki a nie pocztówki. „Duch” ucisza go rubasznym, żołnierskich żartem.
Spotkanie nad grobem Barczyńskiej dobiega końca. Odchodzą w kierunku dawnej stacji kolejki szprotawskiej, ku swoim samochodom.
Niemiec po drodze dopytuje się jeszcze o Olka. Nie bardzo kojarzy to imię, dziwi się skąd się wzięło w tej sprawie, dla której tu się spotykają. Jednocześnie chwali wybór miejsca spotkania, mały, dawny cmentarzyk wiejski, niemal pośrodku lasu, mroźnym, oszronionym porankiem… Napomyka coś o tym, że tutaj odnajduje ducha dawnego miasta Grünberg, dusze swoich przodków, o których kazano mu zapomnieć. Zarzeka się przy tym od razu, że nie ma w tym ani śladu rewizjonizmu. Gdzieżby znowu! Ale teraz, po polskiej ekshumacji wszystkich Niemców z dawnego miejskiego cmentarza Zielonego Krzyża w centrum Zielonej Góry na tę podmiejską nekropolię, myśli, że im się tu leży dużo spokojniej. Te oszronione świerki zimą i zapach faulujących na wietrze pól i łąk wiosną… Wyobraża sobie jak w sierpniową niedzielę wstaje cały tłum duchów dawnych mieszkańców miasta Grünberg i w milczeniu, w lepkim od zapachu dojrzałych malin i borówek słońcu, przemieszcza się te kilkadziesiąt metrów z cmentarza, na miejsce dawnego przystanku kolejki szprotawskiej Heinersdorf. I jak korowód tych upiorów, wsiada jeden za drugim do widma trzech niedużych wagonów osobowych z otwartymi pomostami na obu końcach każdego z nich i ze świetlikami na dachu, ciągniętych przez widmo małego parowozu na trzech osiach i z trzema kominami. I ta mara pociągu wiezie ich znowu, po latach na jagody do Brunzelwaldauer Forst…
Jakby zupełnie zapominając o swoim poprzednim pytaniu, rozmarza się i nie pytany przez nikogo, przyznaje się do tego, że pamięta z dzieciństwa te wyprawy kleinbahnem na jagody z wujostwem i dziadkami, gdy przyjeżdżał, jako uczniak, do Grünberg na wakacje. Jak ganiał bo pagórkach Lasu Broniszowskiego w mundurku Deutsches Jungvolk (oczywiście zaciągnięty tam siłą, a do dziadków uciekał z obowiązkowych zajęć swojego szczepu…).
I tylko major wraca do pytania o Olka, gubiąc się jednak w wyjaśnieniach. „Duch” szybko ucina temat. Znowu pada przy tym po dwakroć imię Chrenowicza i ze trzy razy nazwisko miejscowego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, Wytrykusa. Olkiem nikz już się więcej nie interesuje. Jest nic nie znaczącym pionkiem, przypadkowo zaplątanym w te historie. Ma do odegrania jakąś mało znaczącą, trzecioplanową rolę, jego obecność stanowi tylko tło dla innej, ważniejszej osobistości. Tło o tyle istotne, że niezbędne, aby tamten „ważny” ukazał się w całym swym blasku, aby uwypuklić w nim to, co ci trzej planują. Tłem jednak nikt się nie interesuje. Nikt, poza może niektórymi malarzami, abstrakcjonistami. Ale nawet im nie przychodzi do głowy, aby posądzać tło o jakąś psychologiczną głębię, jakiekolwiek ego. Te przymioty nawet malarz rezerwuje wyłącznie dla postaci pierwszoplanowych na obrazie. Tym bardziej przeżyć i przyszłości Olka, bezosobowego elementu tła nawet nie dostrzegają (nie mówiąc o ich roztrząsaniu) bohaterowie reprezentujący tu służby specjalne…
Nie pogubiliście się jeszcze w tym wszystkim? Bo, mówiąc szczerze, zrobiło się nieco chaotycznie. No, ale tym bardziej wracajmy na nasze miejsca na widowni. Zapytacie, czy ten tydzień przynosi jeszcze coś istotnego dla sprawy, której rozwój oglądamy i śledzimy? Odpowiedź brzmi: chyba już nie. Natomiast jak sami widzicie, Olek pozostaje ze swoimi problemami, póki co, sam. Zobaczcie zatem jak próbuje sobie z nimi radzić…

Piątek, nadal
godz. 9:30
Mężczyzna nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, jak komicznie wygląda, gdy wchodzi do tego ciepłego, urządzonego ze smakiem pomieszczenia i w tym swoim więziennym sfatygowanym drelichu, długimi krokami, sztywnym chodem przecinając na skos wolną przestrzeń, prosto od drzwi idzie w bok i siada na wyściełanym kolorowym fotelu. Mebel obszyty jest miękkim, mechacącym się materiałem w żywych barwach. Kształty ma opływowe, zachęca do przytulania się, do snucia ciepłych wspomnień lub dawania obietnic. Zaprasza do łagodnego zapadania się, a nie rzucania się niczym furman, mierzący workiem kartofli w okienko od piwnicy.
Kobieta w jaskrawoczerwonym golfie, ozdobionym grubymi warkoczami, z rozpuszczonymi na ramiona blond włosami patrzy na niego z nietajoną dezaprobatą. Dopiero teraz uświadamia sobie, co nie daje jej spokoju od wielu dni. Ten dysonans między jej wyobrażeniami a rzeczywistym obrazem mężczyzny.
Ma na sobie ten czerwony sweter i czarne dzwony z miękkiego sztruksu. Siada za biurkem.
– Dzisiaj nie będę cię usypiać. Najlepiej jeśli zakończylibyśmy już te nasze sesje.
– Czy sugerujesz, że nie osiągniemy postawionych nam celów? Naprawdę jestem przekonany…
Mężczyzna z wielkim poczuciem swobody wypełnia całym sobą wnętrze fotelowego siedziska. W charakterystyczny sposób rozciąga słowa, mówiąc z tą swoją manierą osoby pewnej swego, a znudzoną wątpliwościami rozmówcy. Człowieka, dla której wszelka dyskusja, to strata czasu, ale reaguje na nią nie agresją tylko lekceważeniem. Nie spogląda na kobietę, rozparty, z głową podniesioną, ze wzrokiem skierowanym gdzieś w sufit. Można odnieść wrażenie, że nie przywiązuje najmniejszej wagi do wypowiadanych przez nich oboje zdań, że całą uwagę skupia na delektowaniu się tym wygodnym rozwalaniem się w fotelu.
– Nie, nie, uspokój się. Uspokój. Nie mamy żadnych powodów do obaw, co do naszych spotkań.
– Czy dobrze rozumiem: to ja nie mam żadnych powodów do obaw?
Postawa mężczyzny zaczyna być irytująca.
A kobietę też stać na jadowitość i zgryźliwość:
– Powiedziałam, żadnych…? No, jednak… Zatem przynajmniej w kwestii naszych seansów hipnotycznych. Są tak doskonałe! I dlatego uważam, że już je zakończymy. Wystarczy… – kończy, jednoznacznym gestem ręki każe mężczyźnie opuścić fotel i usiąść na krześle przy biurku.
– … wystarczy? Co według pani wystarczy? I czego ma nam wystarczyć? – mężczyzna nie rusza się ze swojego miejsca. Opuszcza tylko głowę. Nie spogląda już tępo w sufit, a ich oczy spotykają się.
– Ha, ha, ha, wystarczy tego co sobie przypomniałeś. Tego, co wydobyłeś na zewnątrz. Wystarczy twoich opowieści – ponawia swój gest, a wyraz jej twarzy powoduje, iż mężczyzna w końcu przestaje się zachowywać protekcjonalnie. Obraca się w jej stronę.
Kobieta milczy. Ponagla go do przejścia na krzesło. On ociąga się, ale ona jest nieprzejednana. I ta nieugiętość, nawet bez słów, a może właśnie szczególnie nieugiętość bez słów, powoduje, że mężczyzna energicznie, ze złością, wręcz impertynencko wstaje, wykonuje jeden sus i z rumorem zajmuje wskazane mu przez kobietę miejsce.
– Do czego pani wystarczy? – rzuca nieprzyjaźnie.
– I po co ten sarkazm? – w nagrodę za to, że był posłuszny, znowu się do niego odzywa.
Teraz siedzą naprzeciwko siebie, zupełnie blisko. Mogą zacząć przerzucać się słowami ponad blatem biurka.
– Nie rozumie pani, po co?
– Nie, sam sarkazm, chyba rozumiem. Chcę powiedzieć, że nikomu nie jest on tu potrzebny.
– Tu? Nikomu, czyli pani i mnie?
– Tak. Nam.
– Skoro nie planuje już pani więcej hipnozy, to co my tu sami będziemy robić? Czy nasze zadanie nie zostało już wykonane?
– Pozwól, że skończę… Pytasz, do czego mają wystarczyć twoje opowieści ze snów? A przecież chyba znasz swoją sytuację? Wiesz z kim się tu spotykasz? Tłumaczyłam ci już potrzebę tej hipnozy, sam wymyśliłeś, aby powtarzać ten pierwszy seans kolejne razy. Myślałam przez te wszystkie dni, że zrozumiałeś…?
– Tak, to prawda, pozwoliłem. Teraz powinniśmy jednak pójść dalej. Przecież są kolejne etapy, o których pani doskonale wie. Przygotowali panią do tego. A pani wpasowała się w ten ich system.
– Co ty chciałbyś przez to powiedzieć? – kobieta jest wyraźnie poruszona. Nie oczekuje jednak odpowiedzi, ani tym bardziej tego, aby mężczyzna jej się tłumaczył. Wysyła mu tylko czytelny sygnał, że przekracza granice. Jest opanowana, realizuje obowiązki.
– Uważam, że hipnozy już nic nowego nie wniosą, ale chcę znaleźć jeszcze odpowiedź na jedno, ważne pytanie. Ono mi się nasunęło po tej opowieści Matki…
– Matki? – mężczyzna śmieje się.
– Ach, śmiejesz się? Ze mnie, czy z Matki?
– Czy pokłonił się pani sam Freud, drogi człowieku?
– Ach, to stąd ten kpiący uśmieszek… Myśl co chcesz…
– Dobrze, myślę co chcę. – krótko ucina mężczyzna.
– …a ja ci puszczę nagrane fragmenty tego, co wczoraj powiedziałeś i …
On znowu jej przerywa, w przykry i sarkastyczny sposób.
– Czyli posłucham sobie tego, jak opowiadam kobietom różne historie przez sen…?
– Niezupełnie. Jednak sesja hipnotyczna to coś innego, niż zwyczajny sen… – odruchowo oponuje Psycholog, ale w mig się orientuje, że to nie ten czas i nie to audytorium, zarówno na jej naiwną sympatię jak i fachowe rozstrzygnięcia. – W każdym razie – puszczam nagranie – i szybko dodaje widząc grymas na jego twarzy – Zwróć uwagę: ja, pytam a ty próbujesz odpowiedzieć. Uwaga, zaczynam…
Olek Chrenowicz dopiero teraz zauważa na biurku mały magneton. Gdyby miał głębiej rozbudowany i bardziej intuicyjny stosunek do kobiet, zwróciłby zapewne uwagę na to, jak ten niewielki aparat wcina się w pękatą, czerwoną objętość jej piersi, przytłoczony wypukłością wełnianego swetra. Tej intuicji w swoim czasie nie zabrakło pewnemu Holendrowi, z tamtej strony żelaznej kurtyny podczas jej zagranicznej praktyki, na którą wysłali ją odpowiedni ludzie, powiązani z organami Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.
To wtedy i właśnie od niego dostała w prezencie to nieosiągalne jeszcze w Polsce urządzenie. Podarunek przyjęła tylko dlatego, że od razu, gdy tylko zobaczyła je na wystawie, wiedziała już, w jaki sposób ten magnetofon usprawni jej pracę, jaką sobie wybrała po studiach. Żaden szpital, czy oddział zamknięty, ale resort spraw wewnętrznych i wprawdzie nowatorskie, dopiero raczkujące w resorcie, ale tak ekscytujące, pobudzające krew w żyłach śledztwa, szukanie dowodów w meandrach osobowości zwyrodniałych zbrodniarzy. Grzebanie w otchłaniach morderczych umysłów, nagrywanie, a potem odtwarzanie nagranych wyznań. I długie, niekończące się analizy, profilowanie, odkrywanie równoległych światów w chorych psychikach. I wyciągane na światło dzienne – jako efekt prowadzonych badań i dokonanych odkryć – sensacyjne, niewiarygodne na pierwszy rzut oka, ciągi przyczyno-skutkowe, wielopiętrowe struktury motywacji i ulegania. Przedkładanie egzaltacji i doznań, namiętności i lęków ponad narzucane z zewnątrz, przez społeczeństwo i prawo, normy postępowania. Przekraczanie granic człowieczeństwa. Przesuwanie tych granic…

„Zabrała mi tę widokówkę, podła kobieta. Jedyny ślad łączący mnie z Reinhardem. Zabrała, niemal porwała z moich ramion Januszka, podła…”

Ciąg dalszy za tydzień

Z wolnej stopy 31

Zbigniew Milewicz

Tragedia Górnośląska

W historii nic nie jest jednoznaczne. Dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu, związany z rocznicą oswobodzenia największego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, w którym poddano ludobójstwu 1,1 miliona Żydów z całej Europy, do 150 tysięcy Polaków, około 23 tysięcy Romów, około 12 tysięcy jeńców radzieckich oraz ponad 30 tysięcy osób innych narodowości. Piekło oświęcimskiej zagłady przeżyło zaledwie około 200 tysięcy ofiar.

Obóz wyzwolili żołnierze Armii Czerwonej, która tego samego dnia, 27 stycznia 1945 wkroczyła do Katowic i innych miejscowości regionu śląsko-zagłębiowskiego. To były jednostki I i IV Frontu Ukraińskiego; witano czerwonoarmistów na ogół przyjaźnie, ich przybycie równało się dla mieszkańców z końcem hitlerowskiej gehenny, a o tym, że rozpoczyna się nowa okupacja nie wiedzieli. Kto mieszkał w Katowicach, Chorzowie, albo innej miejscowości, która przed wojną należała do Polski, miał więcej szczęścia od bytomian, zabrzan, czy gliwiczan, przypisanych po 20 marca 1921 r. plebiscytem do Niemiec. Na mocy porozumienia zawartego przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego z Moskwą, na terenach nieobjętych już działaniami wojennymi, powstawała polska administracja, wprawdzie politycznie lojalna wobec sowietów, ale i mająca decydujący głos w sprawie życia i mienia obywateli oraz zasobów publicznych. W miejscowościach, które przed 1939 rokiem należały do III Rzeszy, niepodzielnie rządziły radzieckie komendantury wojenne, współpracujące doraźnie z niemieckimi komunistami z organizacji „Wolne Niemcy”, wrogo nastawionymi do tworzącej się polskiej administracji. Jeszcze nie było wiadomo, jak zostanie podzielona Europa; niemieccy towarzysze wierzyli, że granice ich państwa nie ulegną zmianie i oni odegrają w nim kluczową rolę (co później częściowo się spełniło, kiedy powstało NRD, a w nim Stasi). Mieli ciekawe życiorysy – wpierw komuniści, następnie często w służbie SS, albo Gestapo, po przejściu kolejnych szlifów w NKWD zaciągali się do Polskiej Partii Robotniczej czy Urzędu Bezpieczeństwa i tam robili kariery. Panami życia i śmierci w dawnej III Rzeszy byli jednak Rosjanie.

“Dobijemy wroga w jego barłogu.” Armia Czerwona na Górnym Śląsku

Podobnie, jak dla Hitlera, tak i dla Stalina bogaty Śląsk był łakomym kąskiem.
Z danych Instytutu Pamięci Narodowej, który prowadzi badania dotyczące najnowszej historii Śląska, wynika, że już 31 stycznia 1945 roku Józef Stalin wydał rozkaz, by dokonano ewidencji wszystkich urządzeń i surowców, jakie można by wywieźć do Związku Radzieckiego. Górny Śląsk potraktowano jako zdobycz wojenną. Wywieziono stąd tysiące ton stali, ogołocono walcownie, zakłady przemysłowe Gliwic, Łabęd, Katowic, a także miast zagłębiowskich. Znikały demontowane szyny i tory kolejowe, ale największe ofiary ponieśli ludzie.


27 stycznia 1945 roku. Wyzwolenie Katowic. “Działy się straszne rzeczy, płonęło śródmieście”

„W Gliwicach 20 procent budynków (prawie tysiąc) legło w gruzach lub poszło z dymem, w tym starówka, kino i teatr – pisze Teresa Semik z Dziennika Zachodniego*. – Masowe rozstrzeliwania dotknęły mieszkańców Śródmieścia, Sośnicy, Sobiszowic, Żernik. Zginęło ponad 800 osób. W Gliwicach przebywało około 17 tysięcy żołnierzy radzieckich. Zajęli dwa szpitale oraz 11 szkół, które też zamienili na szpitale. W dzień chodzili po ulicach w piżamach, napadali na przechodniów, wyrywali im torebki, zabierali zegarki.

Gehennę przeżyły Miechowice, dziś dzielnica Bytomia. Sowieci zamordowali tam 380 mieszkańców, idąc od domu do domu. Spalili zamek Thiele-Wincklera i wiele okazałych kamienic. Miechowice w wyniku podziału Górnego Śląska pozostały w Niemczech, ale w czasie plebiscytu w 1921 roku prawie trzy czwarte, spośród ponad sześciu tysięcy głosujących, opowiedziało się za przyłączeniem do Polski.

W Przyszowicach koło Gliwic, które do 1939 roku pozostawały po polskiej stronie, czerwonoarmiści zamordowali co najmniej 69 osób w wieku od 10 do 78 lat, w tym kilku więźniów Auschwitz, którzy uciekli z marszu śmierci. Żołnierze radzieccy myśleli, że są już na terytorium niemieckim, więc na ludności cywilnej też mogą brać odwet za zbrodnie popełnione przez Niemców na ich ziemi.

W Zabrzu pretekstem do pogromu ludności było zabicie radzieckiego oficera przez młodego Niemca. W odwecie żołnierze radzieccy spalili kościół św. Ducha i okoliczne zabudowania, rozstrzelali ludzi.”

Historycy z IPN potwierdzają, że działania Armii Czerwonej wobec ludności Górnego Śląska zamieszkującej tereny dawnej III Rzeszy miały charakter represyjny. Gwałty na kobietach były zjawiskiem masowym, wśród ofiar znajdowały się nawet kilkuletnie dziewczynki i staruszki .„Po przejściu frontu przez Górny Śląsk władze sowieckie i polskie w poniemieckich obozach umieszczały osoby narodowości niemieckiej, folksdojczów oraz podejrzanych o wrogi stosunek do nowego ustroju – czytamy w innym materiale DZ**. – Na przykład w oświęcimskim obozie koncentracyjnym osadzono wielu Górnoślązaków przed wywiezieniem do ZSRR. Do dużych obozów – dawniej filii KL Auschwitz – w Jaworznie, Mysłowicach i Świętochłowicach kierowano setki zatrzymanych mieszkańców Górnego Śląska, których “winą” często było jedynie posiadanie II grupy volkslisty. W atmosferze nagonki na Niemców rolę kozła ofiarnego odgrywały nawet kobiety z dziećmi czy kilkunastoletni chłopcy”. Niestety wiele osób padło ofiarą donosów, wynikających z zatargów sąsiedzkich, rodzinnych czy też chęci zagarnięcia czyjegoś majątku. Oficjalnie w świętochłowickim obozie zmarło, zginęło lub popełniło samobójstwo 1855 osób. Wiele ofiar pochłonęła epidemia tyfusu.

Podobnie jak hitlerowcy po wkroczeniu na Śląsk w 1939 r., również NKWD dysponowało dokładnymi spisami mieszkańców, z wyszczególnieniem ich narodowości. Tym sposobem, za podpisanie II grupy niemieckiej volkslisty, mój dziadek Erwin stanął pod murem swojego domu na osiedlu Ruch w Chorzowie. Przed rozstrzelaniem uchroniła go interwencja sąsiada, pana Kruzla, który służył w pierwszej dywizji kościuszkowskiej i akurat był w domu na jednodniowym urlopie, o czym wspominałem już kiedyś. Ten zacny człowiek zaświadczył, że mój dziadek był śląskim powstańcem i czerwonoarmista, który miał wykonać wyrok, dał mojej mamie w ramach przeprosin puszkę tuszonki. Zdarzały się wtedy również cuda i można było spotkać dobrych ludzi w sowieckich mundurach. O tej tuszonce nie raz w domu słyszałem, podobno była smaczna, ale w jakich okolicznościach znalazła się w naszej kuchni, o tym dowiedziałem się dopiero po śmierci mamy. Myślę zresztą, że gdyby opowiedziano mi historię dziadka, który miał zginąć od sowieckiej kuli, kiedy byłem dzieckiem, to bym nie uwierzył. Tak mocno miałem wyprany mózg w szkole komunistyczną propagandą, że wycinałem z różnych czasopism zdjęcia bohaterskich bojców, ich czołgów, katiusz i samolotów, kleiłem je na tekturze i wieszałem w swoim pokoiku na ścianach, jak święte obrazki.

Ulica 27 stycznia, biegnąca równolegle do pobliskich torów kolejowych linii Wrocław-Kraków, jedna z główniejszych w katowickim śródmieściu, dopiero w 1991 r. wróciła do przedwojennej nazwy Wojewódzka. Od dnia wkroczenia Armii Czerwonej do Katowic, przez 36 lat pamiętała, ile dobrego jej Śląsk zawdzięcza. O tym, ile złego sowieci wyrządzili, zaczęto otwarcie mówić dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Np. o deportacjach śląskich górników do kopalń w Związku Radzieckim; do Donbasu wyjeżdżały niekiedy całe sterroryzowane szychty. Według szacunkowych danych, los ten spotkał co najmniej 20 tysięcy osób, choć niektórzy twierdzą, że było ich znacznie więcej.

Pomnik poświęcony pamięci górników deportowanych w 1945 r. do kopalń ZSRR

„Mieszkańcy Śląska roku 1945 to społeczność kobiet, starców i dzieci – podsumowuje red. Semik. – W Gliwicach mężczyźni w wieku 17-50 lat stanowili zaledwie 17 proc. Jeszcze nie wrócili z wojny lub zginęli na froncie, albo już zostali zesłani do roboty na teren Związku Radzieckiego. Internowania, a potem deportacje na Wschód ruszyły 12 lutego 1945, dzień po zakończeniu konferencji w Jałcie. Stalin otrzymał tam zgodę koalicji antyhitlerowskiej na pobór niemieckiej ludności cywilnej do pracy przymusowej. Były to tzw. żywe reperacje. Z Górnego Śląska pierwszy transport ruszył 5 marca 1945 roku z Pyskowic.”


Plakat propagandowy z 1945 roku

Ilu z nich wróciło z powrotem do domu, nie wiemy. Ilu mieszkańców w sumie straciło życie w czasie pacyfikacji Górnego Śląska przez Armię Czerwoną, tego również nie podają żadne oficjalne dane. Temat Tragedii Górnośląskiej w szeroko rozumianej pamięci narodowej Polaków praktycznie nie istnieje, nie ma go w literaturze, mediach – jeżeli nie liczyć Dziennika Zachodniego i paru innych tytułów, w programach szkolnych. Owszem, są historycy, którzy go drążą, na Śląsku budzi on nadal emocje, ale walec czasu jest nieubłagany, minie pokolenie rocznika wnuków ofiar i wszystko wyrówna. Dlatego proponuję wrócić do PRL-owskiej nazwy tej ulicy, wtedy przynajmniej od czasu do czasu jakiś przytomny przechodzień zastanowi się nad tym, co u licha wydarzyło się 27 stycznia?


* 1945 rok na Górnym Śląsku. 25.01.2020, Katowice nasze miasto.

** Wyzwolenie i gehenna. Co zdarzyło się w 1945 r.? Agata Pustułka, 22.01.2010,

Bajka o młodości i starości

Powinnam była opublikować tę bajkę w ubiegły czwartek, kiedy w Polsce obchodziliśmy Dzień Babci, ale czwartek zaanektowała Agnieszka, bo “jej się należało”, piątek był zajęty przez Amandę Gorman i historię Januszka (dwa wpisy jednego dnia, tak!), w sobotę był dzień Lucy, Wielkiej Mistrzyni, w niedzielę musiały się ukazać Dziewuchy i tak to bajka o młodości i starości ukazuje się dziś. Ale przecież nie jesteśmy drobiazgowi, prawda?
Wasza Adminka

Teresa Rudolf

Clausyndia

Był sobie kraj zwany Clausyndią, a po naszemu Czekoladową Krainą. I nazwa ta nie ma nic wspólnego z czekoladą i słodyczami, ale pochodzi od pięknego czekoladowego koloru skóry jej mieszkańców. Skóra ich była tak nieziemsko lśniąca, że w tym kraju nie stosowano w ogóle luster, gdyż ludzie przeglądali się po prostu w innych osobach jak w lustrze.  Jak przystało na taki kraj, był też dwór i para królewska z córką królewną, która była pięknym i niezwykle próżnym dzieckiem. Ciągle słyszała w szeptach ludzi dworu i mieszkańców Clausyndii, że jest „przepiękna, aż do utraty tchu“. I tresowano również papugi, by głośno wykrzykiwały na jej powitanie: „Och, ty przepiękna aż do utraty tchu!”

Codziennie rano odbywały się apele, gdzie księżniczka mogła się przeglądać w lśniących ciałach swych poddanych, odzianych w kolorowe, skąpe szaty i podziwiać samą siebie: „Ach, jestem piękna, aż do utraty tchu”.

Któregoś dnia księżniczka zauważyła (z wrodzonej próżności dłużej się sobie przyglądając), że w ciałach ludzi starszych widzi swój obraz jakiś inny, widzi siebie pomarszczoną, bez tego połysku, który tak wspaniale odbija jej postać. Niejednokrotnie stawała przed mieszkańcami na apelu porannym i porównywała swe różne odbicia, złoszcząc się, gdy widziała tę inność kojarzącą się jej ze starszym wiekiem. Stwierdziła, że ludzie ci ze swoimi niekorzystnymi zmianami burzą tę harmonię, najważniejszą dla jej poczucia wartości.

Gdy miała piętnaście lat, zmusiła swych rodziców, by odizolowano wszystkie starsze osoby od młodych, w których teraz mogła się przeglądać przy każdej okazji, wsłuchując się w ich szepty i krzyki papug: „Piękna, aż do utraty tchu”. Młode dziewczęta zaczęły naśladować ją we wszystkim, również powielając jej skąpy, kolorowy strój, fryzurę, makijaż.

Nagle, któregoś dnia rano po obudzeniu, popatrzyła na swoją rękę i z przerażeniem zobaczyła na niej starą, pomarszczoną skórę… Ona, „piękna, aż do utraty tchu” piętnastolatka, miała bardzo starą rękę… To niemożliwe!!!  To niemożliwe!!!

Rodzice zaczęli poszukiwać najlepszych lekarzy, dermatologów z kraju i zagranicy (szczególnie z Polski), bojąc się również nieznanej i postępującej choroby. Dziewczyna marniała w oczach, codziennie patrząc i rejestrując każdą nową zmarszczkę, nie mogąc się niczym innym zająć, nic ją bowiem innego nie interesowało. Nie pokazywała się więcej na apelach porannych i zaczęła z zazdrości nienawidzić młodych i ich młodość.  Żaden młody lekarz nie znajdował jednak jakiejkolwiek rady. Ściągnięto jednego ze starszych lekarzy, który od roku wraz z innymi żył akurat w izolacji, będącej wynikiem nowej ustawy, wprowadzonej na usilne wymaganie królewny.

Zobaczył ją i ze smutkiem stwierdził głośno: „Tu się nie da nic zrobić, bo to nie jest choroba skóry, ale psychiki, tak zwany »syndrom przedwczesnego starzenia się u osób pięknych, aż do utraty tchu«. To jest fobia przed starzeniem się, może być tylko wyleczona przez konfrontację z tym, co się omija, to znaczy ze starszymi ludźmi. Królewnie może tylko pomóc przebywanie cały rok również w izolacji z jakąś starszą kobietą, którą przepiszę zaraz na receptę”.

I tak oto królewna zamieszkała w ogromnym, wspaniałym królewskim pokoju z dziewięćdziesięcioletnią kobietą, która na ogół milczała niepytana, często patrzyła rozmarzona przez okno, wsłuchiwała się w śpiewy ptaków, miedzy innymi papug, mówiących z zachwytem: „Ach, jakaż przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”. A mówiły to pięknymi, zachwyconymi głosami, których królewna nigdy wcześniej nie słyszała. Oczywiście była zazdrosna o wiosnę i wszystko inne, co wzbudzało zachwyt.

Księżniczka zaczęła się potwornie nudzić, nigdy nie patrzyła na starszą kobietę, by się w niej nie odbić, obrażała ją, poszturchiwała, dokuczała, gdzie i kiedy tylko mogła. Jej zdrowie się nie poprawiało, więc znów odesłano lekarza. Aż któregoś dnia zniecierpliwiona kobieta, chociaż niepytana, powiedziała: „Mogę ci pomóc, po to tu jestem, ale pod jednym warunkiem. Przestań omijać swoje odbicie, a raz popatrz na zmarszczki na mojej skórze, które teraz nie różnią się akurat niczym od twoich. One opowiadają historię, są książkami, szczególnie jeśli przestaniesz się ich tak bać. Żebyś mogła być zdrowa, spróbuj mnie dotknąć z ciekawością, co cię dalej czeka”.

Królewna wpadła w szał, pobiła  kobietę za odwagę, że coś takiego mogła zaproponować. Ona miałaby dotykać tego starczego ciała! To niemożliwe!  Następnego dnia obudziła się ze skórą starszą od najstarszej staruszki, jaką w życiu widziała. Na parapecie siadła papuga mówiąca znów coś całkiem innego niż dotąd: „Próżna, próżna, aż do utraty tchu”. Po raz pierwszy dziewczyna zapytała z pokorą: „Dlaczego tak do mnie mówisz?” Papuga odparła: „A czyż tak nie jest? Nie widzisz nic, nie słyszysz nic, przerażona skupiasz się tylko na swojej przemijającej urodzie, nie słuchasz nawet rad, które mogłyby ci pomóc, byś wróciła do swego wieku, do twoich szesnastu lat”. Księżniczka spytała: „A co mam zrobić?” Usłyszała odpowiedź: „Tylko tyle: dotknij ciała tej kobiety bez lęku, z ciekawością, co może to zmienić w twoim życiu”. Dziewczyna przerażona swą sytuacją, podeszła niepewnie do kobiety i nieśmiało dotknęła jej ręki.

I nagle jedna ze zmarszczek otwarła się i zaczęła rozszerzać do ogromnych rozmiarów, ogarnęła cały jej świat, pokazując jakiś inny kraj, z inną roślinnością, z innymi ludźmi, wspaniałym zapachem róż i piwonii… „Co to wszystko znaczy?” – krzyknęła królewna. „Co to jest?” „To jest kraj z moich podróży, przepiękny, kolorowy, już nawet nie wiem, jak się nazywał. To moje wspomnienie… Wszystko się zapisuje w człowieku – to co dobre i złe, piękne i brzydkie” – odparła stara kobieta.

Królewna z ciekawością dotykała zdumiona różnych miejsc na ciele kobiety, dziwiąc się różnorodnością obrazów i historii, które widziała. Aż któregoś dnia dotknęła bardzo głębokiej bruzdy na jej czole i nagle zobaczyła sama siebie, jak na nią krzyczy, jak ją poniża, tupie nogami i ze złości ma całą twarz pokrytą niesympatycznymi, brzydkimi zmarszczkami. Ujrzała, że właśnie tę kobietę kiedyś prawie pobiła na apelu porannym i z jej powodu zmusiła swój kraj do przestrzegania absurdalnej ustawy o izolacji starszych ludzi. Zdziwiła się ogromnie, że nawet jej później nie rozpoznała. I wtedy doszło do niej, że przecież nie znała twarzy swych poddanych, gdyż używała ich jedynie jako luster, w których się przeglądała. Zrobiło jej się bardzo nieswojo, szybko zmieniła zmarszczkę, dotknęła jej i zobaczyła nagle ogrody ze wspaniałymi jabłoniami, z kwiatami nieznanymi, śpiewem ptaków: „Przepiękna wiosna, aż do utraty tchu”.

Przypomniało jej się, że znała przecież ten tekst od papug domowych, ale nie zwracała na niego uwagi, a jeśli nawet, to była wtedy raczej oburzona niż ciekawa, co by miał znaczyć. Teraz zrozumiała, że życie jej było puste, bo się nim w ogóle nie interesowała. Następnego ranka znów z lękiem spojrzała na swą rękę i spostrzegła ze zdumieniem gładką, młodą, lśniącą, czekoladową skórę szesnastolatki. Z wdzięcznością podeszła do kobiety i podziękowała za pomoc, przyznała, że wstydzi się tego, jaka była. Ta powiedziała z uśmiechem: „Najważniejsze uczyć się na błędach, bo na ogół można jeszcze coś naprawić, jeśli tylko wyjdzie się poza swą osobę, i wtedy można wszystko widzieć, starać się zrozumieć, słuchając z ciekawością historii, wspomnień, które noszą w sobie inni ludzie. Z wiekiem sami stajemy się skarbnicą różnych doświadczeń i historii, może nimi również ktoś się zaciekawi”.

Uzdrowiona królewna pokazała się znowu na apelu porannym, przemaszerowała między rzędami młodych mężczyzn i kobiet, zobaczyła z zadowoleniem swe dawno niewidziane odbicie, ale poczuła jakiś smutek w sobie, pustkę, niedosyt wrażeń, uczucie nudy, jakiego przed chorobą nigdy nie znała. I zrozumiała, że to, czego jej brakuje, to ludzie, którzy coś więcej znaczą niż młodość i uroda. Kazała z powrotem sprowadzić starsze pokolenie i znów znalazło ono swe miejsce na apelu porannym. Niejednokrotnie, patrząc w czekoladowe, pomarszczone twarze, miała ochotę podejść i dotknąć zmarszczek, by zobaczyć jakąś nieznaną historię, obrazy przepiękne, ale czasem i smutne. Nie robiła tego jednak publicznie, czując, że istnieją tajemnice, na których poznanie potrzeba specjalnego, cichego pozwolenia od tych mądrych, doświadczonych ludzi.

Królewna żyła długo i szczęśliwie. Nie bała się starości. Zapomniała dawno o swoim odbiciu i cieszyła się bardzo, gdy papugi głośno wykrzykiwały: „Mądra, mądra i piękna, aż do utraty tchu”. A i ludzie, czyli poddani, mimo jej podeszłego wieku nie przestali o niej szeptać: „Piękna, piękna i mądra, aż do utraty tchu”.

Uśmiechała się wtedy ciepło, ona, KRÓLOWA, „Piękna, piękna, aż do utraty tchu”…


Przedruk za: Teresa Rudolf, Labirynty, Wydawnictwo Poligraf, 2019, ISBN 8381590841, 9788381590846

Dziewuchy Berlin Oświadczenie Stellungnahme Statement

Ruchy emancypacyjne od samego początku cechuje wielka dynamika, emocje i …

Kolejne fale zmieniają i rozwijają feminizm w różnych kierunkach. I to jest jego bogactwem. Czasem niedocenianym. Nie ma bowiem jednego słusznego nurtu feminizmu. Wielość i różnorodność poszerza pole naszej walki o prawa kobiet*, prawa LGBT+, prawa człowieka ogólnie. I nawet różnice ideowe, które tak bardzo obecne są na niemieckiej scenie feministycznej, w polskiej już powoli też, nie muszą stanowić barykady ani dzielącego nas muru. Możemy ze sobą rozmawiać, wymieniać się poglądami, przekonywać (lub nie), uczyć się wzajemnie od siebie. Możemy się też kłócić, jeśli potrafimy radzić sobie z konfliktami. Tego co prawda w tradycyjnych społeczeństwach nie uczono ani w szkole, ani w domu.

Szacunek do herstorii, do kultury, a tym samym do nas samych. 

Ale bardziej nam zależy na wspólnych ważnych działaniach, niż na zajmowaniu się pretensjami osób, które tak haniebnie się zachowały wobec nas. Działamy dalej! Co nas nie zniszczy, to nas wzmocni. Wiele się nauczyłyśmy dzięki temu doświadczeniu, szkoda tylko naszej pracy, z której nas obrabowano, którą straciłyśmy. Na szczęście mamy dużo energii i chęci i będziemy tworzyć, działać i organizować dalej. 

Oświadczenie
W sprawie kanału na Instagramie i Twitterze Dziewuchy Berlin

13.1.2021

Kolektyw Dziewuchy Berlin utworzony został 2 kwietnia 2016 roku, jako berliński oddział ruchu społecznego Dziewuchy Dziewuchom. Najpierw jako grupa na Facebooku, a w stałym składzie działałyśmy od 2017 roku. Przez te 4 lata pracowałyśmy na rzecz praw kobiet* i LGBT+ w Polsce i  Niemczech. Organizowałyśmy różne akcje solidarności, np. artystyczne czy protesty. Brałyśmy udział w niezliczonych debatach i dyskusjach, podpisywałyśmy listy i petycje. Naszym celem było, jest i będzie wspieranie kobiet*, społeczności LGBT+ w walce o prawa zarówno w Polsce, Niemczech i innych krajach.

Dziewuchy Berlin to osoby o różnych poglądach, płci, wieku, profesji – zawsze widziałyśmy to jako wzbogacenie, uzupełnienie i możliwość poznania się i wzajemnej nauki. Łączy nas wspólny cel, drogi mamy zbliżone, czasem wspólne. Jednak różnice są ważne i je doceniamy. Można mieć różne widzenie feminizmu, dyskutować, sprzeczać się i wymieniać argumenty, przekonywać lub nie. Dopóki są to merytoryczne rozmowy o sprawie, a nie awantury na poziomie personalnym, to wszystko jest OK. Feminizm, jego fale i nurty – jak wszystko w życiu – jest zróżnicowany. Różnorodność naszą siłą. Tak przynajmniej myślała część z nas. Niestety nie wszystkie osoby.

W kwietniu coś zaczęło się psuć, nasze drogi zaczęły się rozchodzić w różnych kierunkach. Od października do grudnia, podczas organizowania “Krwawych Tygodni” stało się to jeszcze bardziej zauważalne. W naszą przestrzeń, która miała być bezpieczna, solidarna, przyjazna, wkradły się obelgi, pogarda, brak szacunku i agresywna krytyka na każdym kroku ze strony części grupy. Tej, która już od pewnego czasu działała poza naszym kolektywem i formowała się w nową jakość, korzystając z dorobku, kontaktów i wspólnej pracy Dziewuchy Berlin.
Byłoby uczciwe, gdyby te kilka osób, dla których główny cel Dziewuchy Berlin (czyli działanie na rzecz Polski i Polek), nie jest interesujący, po prostu podziękowały za wspólny czas, kontakty, możliwość zaistnienia w mediach i brania udziału w akcjach na rzecz praw kobiet* w Berlinie, z godnością odeszły i założyły swoją inicjatywę.

Jednak one, te którym ufałyśmy, wybrały inną metodę odejścia i założenia nowej inicjatywy  – najpierw poprzez wywołanie sztucznych konfliktów, szantaży, oskarżeń – by budować coś nowego na cudzym dorobku. Mianowicie: utraciłyśmy dostęp do naszych grupowych kanałów na Instagramie i Twitterze. Po niezwykle chamskim i ohydnym szantażu, osoby te stwierdziły, że odchodzą z grupy i zabierają ze sobą te 2 kanały social media, bo im się to należy (!). Zmieniono hasła, maile i numery telefonów. Usunięto wszystkie grafiki i zdjęcia z ostatnich kilku lat, które wstawiałyśmy lub były na nich inne członkinie. Oczywiście, nasze kanały uzyskały ogromną ilość obserwujących po “Krwawych Tygodniach” i stały się “smakowitym kąskiem”. Po zmianie haseł, wyrzuceniu naszego grupowego dorobku Dziewuchowego do kosza, przyszedł czas na zmianę nazwy tych kont. Czyli dokonania Dziewuchy Berlin zostały wymazane z przestrzeni Instagrama i Twittera.

Ponadto przywłaszczono część wspólnych funduszy, zebrane podczas zrzutek. Zawłaszczono część wspólnych transparentów. To wszystko jest własnością Dziewuchy Berlin. Nie pojedynczej osoby czy dwóch, bo mają taką chęć.

Dla tych osób feminizm to tylko hasła na transparentach. To tylko mikrofon, scena i okrzyki. A przecież feminizm to także wspólne działania i wzajemne traktowanie się z szacunkiem. Jego brak, przemoc słowna, hipokryzja, kłamstwa i tak nikczemne “zabieranie” wspólnej własności nie było, nie jest i nie będzie częścią filozofii ani metodologii działania Dziewuchy Berlin.

Czujemy się (bo jesteśmy) okradzione. Bo tak się stało. Najbardziej z poczucia godności i tego, że zaufałyśmy. Był to błąd. Czegoś takiego się nie spodziewałyśmy. My działać będziemy nadal, oczywiście, choć obrabowane z naszej własności, części naszej pracy, w którą włożyłyśmy wiele czasu i energii.

Na pewno pojawią się na nasz temat pomówienia i oszczerstwa ze strony osób, które odeszły. Tych wszystkich, którzy chcą poznać naszą wersję lub dowiedzieć się jak było naprawdę – zapraszamy do kontaktu.

Aktualnie próbujemy odzyskać dostęp do konta na Instagramie “Dziewuchy Berlin” oraz na Twitterze DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN
Nie poddamy się bez walki!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org 


Statement
Regarding the Instagram and Twitter accounts of Dziewuchy Berlin

13.1.2021

The collective Dziewuchy Berlin was formed on April 2, 2016, as the Berlin branch of the Polish feminist movement Dziewuchy Dziewuchom. First as a Facebook group, and since 2017 we were active in a permanent line-up. During these 4 years we worked for women*s and LGBT+ rights in Poland and Germany. We organized various solidarity actions, demonstrations, artistic actions. We took part in countless debates and discussions, signed letters and petitions. Our goal was, is and will be to support women* and the LGBT+ community in the fight for rights in Poland, Germany and other countries.

Dziewuchy Berlin are people of different views, gender, age, profession – we’ve always seen it as an enrichment, complement and opportunity to get to know and learn from each other. We share a common goal, our paths are similar, sometimes common. However, differences are important and we appreciate them. We can have different views on feminism, discuss, argue and exchange arguments, be convinced or not. As long as they are substantive discussions about the issue, and not brawls on a personal level, then everything is OK. Feminism, its waves and currents – as everything in life – is diverse. Diversity is our strength. At least that’s what some of us thought. Unfortunately, not all of us. 

In April something started to break, our paths started to diverge in different directions. From October to December, while organizing “Bloody Weeks” it became even more noticeable. Into our space, which was supposed to be safe, supportive, friendly; crept insults, contempt, disrespect and aggressive criticism at every turn from a part of the group. The one that had been operating outside our collective for some time and was forming itself into a new initative, using the achievements, contacts and joint work of Dziewuchy Berlin.

It would be fair if those few people for whom the main aim of Dziewuchy Berlin (i.e. solidarity with Poland and Polish women*) is not interesting, simply thanked for their time in the group, for the contacts, possibility of appearing in the media and taking part in actions for women’s rights* in Berlin, left with dignity. 

But they, the ones we trusted, chose a different method of leaving and founding a new initiative – first by creating artificial conflicts, blackmail, accusations – in order to build something new on someone else’s achievements. Namely: we lost access to our group feeds on Instagram and Twitter. After extremely rude and obnoxious blackmail, these people stated that they were leaving the group and taking these 2 social media channels with them, because they were entitled to it (!). Passwords, emails and phone numbers were changed. All graphics and photos from the past few years that we had inserted or other members were on were removed. Of course, our channels gained a huge amount of followers after “Bloody Weeks” and became a “tasty morsel”. After changing the passwords, throwing our group Dziewuchy achievements in the trash, it was time to rename these accounts. That is, the achievements of Dziewuchy Berlin were erased from the Instagram and Twitter space. 

In addition, some of the collective funds, raised during the airdrops, were appropriated. Some of the shared banners were appropriated. All of this is the property of Dziewuchy Berlin. Not a single person or two because they feel like it. 

For these people, feminism is just slogans on banners. It is just a microphone, a stage and shouts. But feminism is also about acting together and treating each other with respect. LAck of respect, verbal abuse, hypocrisy, lies and such a despicable “taking over” of common property was not, is not and will not be a part of Dziewuchy Berlin’s philosophy and methodology. 

We feel (because we are) robbed. Because we have been robbed. Mostly from our sense of dignity and the fact that we have trusted. It was a mistake. We did not expect such a thing. We will continue to be active, of course, although robbed of our property, a part of our work in which we put a lot of time and energy.

Certainly there will be slanders and libels about us from those who have left. If you want to know our side of the story or what really happened, please contact us.

Currently we are trying to regain access to the account on Instagram “Dziewuchy Berlin” and on Twitter DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN
We will not give up without a fight!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org 


Stellungnahme
Bezüglich des Instagram- und Twitter-Accounts von Dziewuchy Berlin

13.1.2021

Das Kollektiv Dziewuchy Berlin wurde am 2. April 2016 als Berliner Zweig der polnischen feministischen Bewegung Dziewuchy Dziewuchom gegründet. Zunächst als Facebook-Gruppe, und seit 2017 waren wir in einer festen Besetzung aktiv. In diesen 4 Jahren haben wir uns für die Rechte von Frauen* und LGBT+ in Polen und Deutschland eingesetzt. Wir organisierten verschiedene Solidaritätsaktionen, Demonstrationen, künstlerische Aktionen. Wir nahmen an unzähligen Debatten und Diskussionen teil, unterschrieben Briefe und Petitionen. Unser Ziel war, ist und wird es sein, Frauen* und die LGBT+ Community im Kampf um Rechte in Polen, Deutschland und anderen Ländern zu unterstützen.

Dziewuchy Berlin sind Menschen mit unterschiedlichen Ansichten, Geschlecht, Alter, Beruf – wir haben es immer als Bereicherung, Ergänzung und Möglichkeit gesehen, uns kennenzulernen und voneinander zu lernen. Wir haben ein gemeinsames Ziel, unsere Wege sind ähnlich, manchmal gemeinsam. Aber Unterschiede sind wichtig und wir schätzen sie. Wir können unterschiedliche Ansichten über Feminismus haben, diskutieren, streiten und Argumente austauschen, überzeugt sein oder nicht. Solange es sachliche Diskussionen zum Thema sind und keine Schlägereien auf persönlicher Ebene, ist alles in Ordnung. Der Feminismus, seine Wellen und Strömungen sind – wie alles im Leben – vielfältig. Vielfältigkeit ist unsere Stärke. Zumindest dachten das einige von uns. Leider nicht alle von uns.

Im April begann etwas zu zerbrechen, unsere Wege begannen, in verschiedene Richtungen auseinanderzugehen. Von Oktober bis Dezember, bei der Organisation der “Blutigen Wochen”, wurde es noch deutlicher. In unseren Raum, der eigentlich sicher, unterstützend und freundlich sein sollte, schlichen sich Beleidigungen, Verachtung, Respektlosigkeit und aggressive Kritik auf Schritt und Tritt von einem Teil der Gruppe ein. Derjenige, der schon seit einiger Zeit außerhalb unseres Kollektivs agierte und sich zu einer neuen Initiative formierte, die die Errungenschaften, Kontakte und gemeinsame Arbeit von Dziewuchy Berlin nutzte.

Es wäre fair, wenn die wenigen Menschen, für die das Hauptziel von Dziewuchy Berlin (d.h. die Solidarität mit Polen und polnischen Frauen*) uninteressant ist, sich einfach für ihre Zeit in der Gruppe, für die Kontakte, die Möglichkeit, in den Medien aufzutreten und an Aktionen für Frauenrechte* in Berlin teilzunehmen, bedankten und in Würde gingen.

Aber sie, die, denen wir vertrauten, wählten eine andere Methode, um zu gehen und eine neue Initiative zu gründen – indem sie zunächst künstliche Konflikte, Erpressung, Anschuldigungen schufen, um auf den Errungenschaften anderer etwas Neues aufzubauen. Nämlich: Wir verloren den Zugang zu unseren Daten in den Gruppenfeeds auf Instagram und Twitter. Nach extrem unhöflicher und widerwärtiger Erpressung erklärten diese Personen, dass sie die Gruppe verlassen und diese 2 Social-Media-Kanäle mitnehmen würden, weil sie ein Recht darauf hätten (!). Passwörter, Emails und Telefonnummern wurden geändert. Alle Grafiken und Fotos aus den letzten Jahren, die wir eingefügt hatten oder auf denen andere Mitglieder waren, wurden entfernt. Natürlich gewannen unsere Kanäle nach den “Blutigen Wochen” eine riesige Menge an Followern und wurden zu einem “Leckerbissen”. Nachdem wir die Passwörter geändert und die Errungenschaften unserer Gruppe Dziewuchy in den Papierkorb geworfen hatten, war es an der Zeit, diese Accounts umzubenennen. Das heißt, die Errungenschaften von Dziewuchy Berlin wurden aus dem Instagram und Twitter Raum gelöscht.

Darüber hinaus wurden einige der kollektiven Gelder, die während der Airdrops gesammelt wurden, angeeignet. Einige der gemeinsamen Banner wurden angeeignet. All das ist Eigentum von Dziewuchy Berlin. Nicht eine einzelne Person oder zwei, weil sie Lust dazu haben.

Für diese Menschen ist Feminismus nur Slogans auf Transparenten. Es ist nur ein Mikrofon, eine Bühne und Schrei. Feminismus heißt aber auch, gemeinsam zu handeln und sich gegenseitig mit Respekt zu begegnen. Respektlosigkeit, Beschimpfungen, Heuchelei, Lügen und eine solch verachtenswerte “Vereinnahmung” von Gemeingut war, ist und wird nicht Teil der Philosophie und Methodik von Dziewuchy Berlin sein.

Wir fühlen uns beraubt (weil wir es sind). Denn wir sind beraubt worden. Vor allem unseres Gefühls der Würde und der Tatsache, dass wir vertraut haben. Es war ein Irrtum. Wir haben so etwas nicht erwartet. Wir werden natürlich weiterhin aktiv sein, obwohl wir unseres Eigentums beraubt wurden, eines Teils unserer Arbeit, in die wir viel Zeit und Energie gesteckt haben.

Sicherlich wird es Verleumdungen und Verleumdungen über uns von denen geben, die uns verlassen haben. Wenn Sie unsere Seite der Geschichte wissen wollen oder wissen wollen, was wirklich passiert ist, kontaktieren Sie uns bitte.

Derzeit versuchen wir, den Zugang zum Account auf Instagram “Dziewuchy Berlin” und auf Twitter DziewuchyBerlin @DziewuchyBLN wiederherzustellen

Wir werden nicht aufgeben!

Dziewuchy Berlin
www.dziewuchyberlin.org

Lucy Wielka Mistrzyni 2

Tibor Jagielski

lucy w drodze

podczas jednej ze swoich licznych wędrówek zatrzymała się lucy w przydrożnej gospodzie
i stwierdziła, że pracują tam dwie dziewczyny: jedna bardzo piękna, a druga okropnie brzydka; przy czym piękna pracowała na zapleczu, a brzydka obsługiwała;
zdzwiona odrobinę takim stanem rzeczy, zapytała właściciela gospody o przyczynę
– ach – westchnął – ta piękna  jest przekonana o swojej piękności, goście więc odbieraja ją jako arogancką, natomiast ta brzydka, wie o swojej szpetocie i się stara…

lucy w drodze (2)

gdy pewnego dnia lucy wędrowała przez pustkowie, zaskoczył ją zmierzch
rozłożyła się na nocleg i rozejrzała za odpowiednim kamieniem, aby podłożyć go sobie pod głowę, i, jakie było jej zdziwienie, znalazła ludzką czaszkę.
– ha – zapytała – co rzuciło cię w te strony? prowadziłaś rozwiązłe życie i zrujnowałaś sobie zdrowie? a może byłaś przestepcą, który zginął z ręki kata, albo uczynilaś coś,
co przyniosło hańbę twojej matce, żonie i dzieciom, tak, że popełniłaś samobójstwo?
– a może zabłąkałaś się tu i umarłaś z głodu, albo osiągnąwszy podeszły wiek
postanowiłaś tu samotnie umrzeć? – mówiąc to, chwyciła czerep, położyła go sobie pod głowę jak poduszkę i zasnęła, jak zwykle krzepko.
lucy śni się czaszka
– nawijasz jak kumata – powiedziała czaszka – to są wszystko ziemskie problemy;
jak się umrze, to ma się to wszystko w nosie, chcesz się czegoś dowiedzieć na temat życia po śmierci?
– oczywiście – przytaknęła stara mistrzyni.
– posłuchaj… w śmierci – ciągneła czaszka – nie ma ani kanclerzyn, ani sprzątaczek;
nie ma też pór roku; jesteś całkowicie wolna, a ziemia i niebo są dla ciebie jak wiosna
i jesień pełne wiecznej szczęśliwości.
lucy nie chciała jej jednak uwierzyć i zapytała:
– a gdybym poprosiła stworzycielkę, aby przywróciła ci uprzednią postać,
tak byś mogła ponownie cieszyć się życiem w szczęśliwej rodzinie?
– spadłaś chyba z byka – odparła czaszka – mam wracać do ziemskiej harówki?

lucy w domu

raz jeden z filozofów, którzy czasami odwiedzali lucy, zapytał,
widząc jak przyszywa ona pilnie łatę do sukienki
– jeśli jesteś, tak jak mówią, wielką mistrzynią, to dlaczego zajmujesz się tak błahymi sprawami?
– ludzie mali – odpowiedziała lucy – zajmują się wielkimi rzeczami; wielcy – małymi.

Odcinek 8

Mieczysław Bonisławski

Środa, 01 grudnia
Godz. 10:30
III SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Tak, jak mówiłam wczoraj… Jestem już po rozmowie z przedstawicielem prokuratury. Zapadła decyzja o kontynuowaniu naszych seansów. Może jednak zrobimy ich jeszcze kilka. Ale wymagam ścisłej współpracy. I może żadnych kombinacji.
Cisza.
– Słyszysz? Żadnych kombinacji.
Co mam przez to rozumieć, drogi człowieku? Czy to jest taka niedobra zapowiedź…
– Już ty wiesz, proszę… I spotykamy się z samego rana i pracujemy do obiadu.
Czy będziemy to robić w areszcie? To nie będzie dobre miejsce na…
– Dlaczego? Skądże znowu!
Z kolei oni mnie nie puszczą tak co dzień poza mury i do tego na całą dniówkę…
– Może nie tak codziennie, trzy razy na tydzień. I jednak oni nie mają tu nic do zgadzania się, puszczania lub nie. Może tam u was nie ma warunków na takie diagnozowanie. Proszę, hipnoza w celi, czy u naczelnika, to nie do pomyślenia!
U nas? Czy to żart? Czy pani będzie tak jeszcze żartować więcej, drogi człowieku?
– Nie utożsamiasz się z tym miejscem, jak rozumiem.
Czy ktoś taki jak ja, by się utożsamiał? Jeszcze chyba mnie nie znasz…?
– Właśnie, może nie znam cię. Jeszcze. A chcę cię poznać. Dlatego nie traćmy czasu. Przejdź… Tam… Tak, gotowy?
Psycholog włącza magnetofon. Rozsiada się, zakłada nogę na nogę. Na kolanie w ciemnej pończosze rozkłada swój nieodłączny notatnik i po chwili zaczyna notować kolejne uwagi:
„Zaciekawił mnie ostatnio ten Ojciec. Kim jest – czy chodzi o rodzica pacjenta? Czy to faktycznie osoba związana z tym chłopcem, chyba ofiarą podejrzanego (to znaczy, domniemaną ofiarą)? Pytam o ojca P. Kim jest? Czy ciągnie się za nim jakaś wina, czy zrobił coś złego?
Dziwne. Podświadomość P. cofa się do czasów wojny. A przecież P. nie może mieć takich wspomnień. Za młody.
Co to za wojna, nie, dobrze, to konkretnie lata po wyzwoleniu, koniec lat 40.
To są wojenne wspomnienia samego Ojca.
Ale jakieś takie dziwne. Co to za skojarzenia?
Przestępstwa, pościgi, przebieranki, widzowie niczym na scenie w teatrze.
Czy to może być przebitka z naszej rozmowy o tym, jak traktują P. w areszcie? Czyżby traktowali go tak źle, że kojarzy mu się to z tragedią, z warunkami wojny?
Muszę go o to spytać następnym razem.
Teraz, nagle, dziwne, bardzo dziwne przejście.
Ojciec. Poprzez postać Ojca wszystko przeobraża się w wizję rozwoju chłopca w pedofila, ale – o dziwo – heteroseksualnego! Czy to jakieś przebłyski własnego „ja” osoby podejrzewanej o takie właśnie przestępstwo? Próba wytłumaczenia się, poszukiwanie usprawiedliwienia w Ojcu, a wojna to jednak wyobrażenie złej sytuacji w domu dzieciństwa?
Jakie znaczenie ma zamiana zainteresowań homoseksualnych (które chyba są oczywiste w przypadku P.) na heteroseksualne z jego opowieści? Nie uznaje złych konotacji w kontaktach z dziećmi w ogóle, a widzi je dopiero wtedy, gdy dochodzi do sytuacji o charakterze homoseksualnym? Czyli, że mężczyznę napastującego małe dziewczynki można wytłumaczyć, ale jeżeli myśli on o chłopcach, to już nie…? Bzdura, przecież Ojciec z podświadomości P. nie usprawiedliwienia swego syna, tylko dlatego, że ten z dziewczynkami… P. rozumie te konteksty, doskonale rozumie, tak samo, jak my wszyscy… A zatem…?
A jeżeli to ma być taka pokrętna forma przyznania się – nie przyznania (jednocześnie)? Nie, raczej wewnętrznego (a zatem bezpiecznego z punktu widzenia zbiorowej odpowiedzialności) pogodzenia się ze straszną prawdą o sobie. Na razie tylko spostrzeżenie dla samego siebie, na zewnątrz natomiast – w zaparte… Stąd te pokrętne zamiany… Ale to może być dobre i skuteczne wprowadzenie do etapu samouświadomienia a następnie – właśnie, w tej naturalnej kolejności – wyznania winy, przyznania się…
Ale to za szybko, to niemożliwe, za łatwo…
Nie, poruszamy się na razie wokół jakiejś głębokiej traumy, związanej z ojcem P., a może nawet z jego własnym brakiem spełnienia się w ojcostwie. Ile on już może mieć lat? A co z jego sytuacją osobistą, jest chyba sam, żadnej kobiety, żadnej nadziei na spełnienie się w roli ojca rodziny, męża?
TRZEBA GO O TO POPYTAĆ. NO, NIESTETY, STARY MISTRZU, NIE OBEJDZIE SIĘ BEZ ‘TYCH’ SPRAW. A TAK NIE LUBIĘ ZAGŁĘBIAĆ SIĘ W SFERY EROTYKI…”

Piątek, 03 grudnia
Godz. 8:30
IV SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Porozmawiajmy dzisiaj chwilę przed seansem.
Czyli tak na jawie?
– Dokładnie.
A co by miało być tematem naszej rozmowy na jawie?
– Zatem… Widzisz. Jak cię tam traktują, w tym areszcie?
Normalnie, jak w areszcie.
– A jak to jest „normalnie” w areszcie?
Musieli się na mnie poznać, bo mam pojedynczą celę. I ciągle przychodzą, sprawdzają czy wszystko mam, czy mi czegoś nie brakuje? Liczą się ze mną.
– A nie jest to związane z tym, o co cię podejrzewa prokuratura?
Czy jest w tym coś dziwnego, że mnie podejrzewa prokuratura? Każdego, kto przebywa w areszcie śledczym prokuratura podejrzewa. Właśnie z takiego powodu siedzi się tutaj…
– Proszę, nie chodzi o to, że cię podejrzewa, ale o to – o co cię podejrzewa.
A o cóż takiego wyjątkowego mnie podejrzewa? Co w moim podejrzeniu jest innego, niż u pozostałych osadzonych w śledztwie, aby przywiązywać do tego jakąś większą wagę?
– Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy…? Zatem kim ty jesteś dla służby więziennej, dla innych pozbawionych wolności?
Czy ty nie wiesz, czy tylko udajesz?
Nie wiem…
– Przestań tak ze mną pogrywać, bo skończymy to całe badanie. Nie zgodzę się na kolejne hipnozy i co wtedy?
Dobrze, masz rację. Ale jak to się stało, że oni się na tobie poznali?
– Nie wiem dokładnie. Chyba ktoś ich ostrzegł. I dlatego boją się mnie zlekceważyć, zranić. Wiedzą, co mnie czeka… I co ich czeka ode mnie, jak już się to stanie.
Możesz bardziej konkretnie?
– Nie, nie chcę. I jak mam się zgodzić na dalsze hipnozy, to już zaczynajmy. Bo jak nie…
Tak. Już. Zaczynajmy.
„Próbuję naprowadzić P. z powrotem na niego samego. Bez skutku. Wyrywa mi się, ucieka.
Znowu uciekł mi do postaci Ojca. Chowa się za nim, w jego cieniu.
To jest właściwie analiza osobowości Ojca i to jak on sam tłumaczy swój stosunek do swojego syna.
Co to ma wspólnego z samym P. i jego samoświadomością? Tyle co nic?
Ojciec jest ubekiem pod przykrywką, niszczy ludzi. Żadnego kamuflażu, jednoznaczne postawienie sprawy. P. nie owija w bawełnę.
Cała paleta zniszczonych ludzi. Czy oni coś uosabiają, jakieś konkretne traumy osoby podejrzewanej?
Z opowiadania cały świat jawi się jako jedno, wielkie bagno, nie ma żadnych pozytywnych postaci ani postaw.
A to wszystko jeszcze na tle świata zabawek, świata dziecka!
O NIE, TYLKO TAKICH SKOJARZEŃ MI JESZCZE BYŁO POTRZEBA! SAMA ZARAZ ZWARIUJĘ…
Pojawiają się złowrogie postacie Ducha’, Redaktora i Trenera. Pojawia się też dziewczynka z domu dziecka.
Czy to są strachy, uosabiające konkretne lęki osoby podejrzewanej?
Czy dziewczynka może mieć związek z pobytem lub zagrożeniem pobytem P. w domu dziecka?
CHOLERA, PRZECIEŻ NIC O CZYMŚ TAKIM NIE WIEM.
CHOLERA, TRZEBA SIĘ W KOŃCU DOWIEDZIEĆ CZEGOŚ BARDZIEJ KONKRETNEGO O P., O JEGO SYTUACJI PRYWATNEJ, RODZINIE, POCHODZENIU!
CHOLERA, CZEMU NIE MA TEGO WSZYSTKIEGO W AKTACH SPRAWY?!
CHOLERA I JESZCZE RAZ TO SAMO – CZEMU JA NIC O TYM NIE WIEM, CZEMU OD TEGO NIE ZACZĘŁAM, NIE ZAŻĄDAŁAM…?
PRZECIEŻ JA NAJNORMALNIEJ W ŚWIECIE ZROBIŁAM WSZYSTKO, DOKŁADNIE ODWROTNIE NIŻ NAKAZYWAŁA MI METODYKA, NIŻ POWINNAM ZROBIĆ.
NO EWIDETNIE, DAŁAM SIĘ PODPROWADZIĆ PIONOWI ŚLEDCZEMU Z PROKURATURĄ NA CZELE, POSZŁAM JAK PO SZNURKU WEDŁUG ICH JAKIEGOŚ ZAŁOŻONEGO Z GÓRY WYNIKU, CELU… JAK JAKAŚ PIERWSZA NAIWNA, JAKAŚ GŁUPIA, BEZ DOŚWIADCZENIA…

Poniedziałek, 06 grudnia
Godz. 12:00
V SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

– Już sądziłem, że mnie więcej nie wywołają. Czy dzieje się coś złego? Naczelnik zabrania…
Cóż takiego ma się dziać? Nie rozumiem – kobieta wyraźnie bawi się niepokojem mężczyzny. W jej głosie brzmi żartobliwy ton, udaje, w widoczny sposób udaje zdziwienie.
Jak to! Jest południe i ja od czterech i pół godziny czekam na wezwanie do bramy. I tak siedzę tu i myślę, że już dzisiaj więźniarka nie powiezie mnie z Łużyckiej przez miasto… I wyobrażam sobie, że już więcej nie pojadę do pani.
Dlaczego miałoby się tak stać, proszę?
Bo przecież ustalone jest, że spotykamy się wcześnie rano. I przed ósmą mam wsiadać do ciężarówki i wyjeżdżać na ulicę tuż po szczycie dojazdów ludzi do pracy i takimi na wpół pustymi ulicami przemierzać Zieloną Górę na drugi koniec miasta…
I to, może, wszystko widać z wnętrza więźniarki? Do dzisiaj myślałam, że to jest bardzo ponura buda, bez widoków…
Coś niecoś widać. Zależy kto patrzy i co chce zobaczyć…
A ty co chcesz zobaczyć? Swojego ojca?
– Co ty kobieto!
Jak byłeś wtedy u niego, to jechałeś przez Krosno, czy przez Świebodzin, pamiętasz to?
– Co to za pytania, obywatelko psycholog…?
– Lubisz chodzić w mundurze?
– Tak, bardzo.
Dlaczego?
– Bo prawdziwy mężczyzna musi być wojownikiem. A mężczyznę, który jest wojownikiem poznać po mundurze. Bo mundur jest najlepszy i w terenie i do walki…
A nie masz tego po prostu po ojcu?
– Czy istnieje tu jakiś związek?
Twój Ojciec jest wojskowym.
Nagła cisza.
Ma dowódcze stanowisko w garnizonie sulęcińskim…
– Nie ma takiego garnizonu.
A jaki jest?
– Garnizon Wędrzyn…
– Jest szefem WuKaeRu…
Milczenie.
A matka… Twoja matka…
– A Matkę zostaw w spokoju, suko!
Konsternacja.
Kobieta wzdryga się. Mężczyzna naprawdę ją przeraża w tej chwili. I to porządnie.
Zaraz też próbuje się wycofać z tej sytuacji.
Zatem… Jak to jest zatem z tym, że chcieli cię odebrać… Zabrać do domu dziecka?
To nie dom dziecka, tylko takie wariatkowo dla dzieci.
I co, ojciec nie dopuścił do tego?
Nie, to matka mnie wybroniła. Bo tylko matka mnie broni! Tylko i zawsze matka!
I to dzięki niej mieszkasz cały czas w tym małym, poniemieckim domku nad sklepem w piwnicy, a nie gdzieś w bidulu…?
– Bo Matka sprzedaje tam guziki i tasiemki. I staniki, i kobiece majtki.
Masz kobietę?
– Czy… Jaką kobietę?
Czyli nie masz żony… Ani dziewczyny…
Milczenie.
Ojciec mieszka daleko stąd…
Cisza. Coraz bardziej złowroga cisza.
Czy to nie przez ten wypadek na polowaniu ta cała akcja z zabraniem cię do tego domu dla chorych dzieci?
A Ojciec nie ma w tym żadnej winy. I to nic a nic! Nie Ojciec!
Wiem, to sekretarz, ten Wytrykus cię wtedy nie dopilnował, nie zauważył kilkunastoletniego, pałętającego się chłopaka i… Stało się. Pamiętasz?
– Był wypadek. Straszny wypadek.
Tak? – w głosie kobiety pojawia się nadzieja. Ale mężczyzna ją szybko gasi.
Bo to była zbrodnia. I na kobiecie.
Czy Ojciec zrobił coś twojej Matce?
Zabili nauczycielkę.
Kto?
Nie Ojciec! I nie Wytrykus! Bo oni też tam byli wtedy, na tamtym polowaniu. Bo to jest taka jedna zorganizowana grupa. I oni są tak zorganizowani! I zaraz opanują cały świat i całą gospodarkę, wojsko. I zdobędą władzę nad nami. A wy im nic nie zrobicie! Nic!
Co mielibyśmy im zrobić? Kto miałby robić?
A ja! Ja! I tylko ja. Wojownik, „Czarny koń”, jest już przysłany po mnie Posłaniec. Bo nadszedł właśnie czas wszystkich obudzić i ratować. Wszystko ratować. I to szybko…
Co szybko? Co mam robić?
– Uśpij mnie. I to już, zaraz, bo dopóki to jeszcze jest. Szybko, bo zaraz to minie i nigdy się nie dowiesz. I nikt się nie dowie, a oni zabiją cały świat, wszystkich… Szybko, chcę spać, chcę mówić przez sen… I objawię to właśnie teraz, dzisiaj, zaraz… I tylko szybko… A nie spóźnij się tak, jak rano… Bo to już południe… Południe! A tajemnica miała się objawić rano…
Kobieta podprowadza mężczyznę do fotela. W milczeniu, trochę zaskoczona, zszokowana sadza go tak jak zwykle, tak jak to robią od ponad tygodnia.
– Pusta, pusta, pusta więźniarka, bo wyjeżdża bez wybranego Przechodnia. I puste ulice i pusta ciężarówka… I żadnych ludzi, ani tutejszych, ani przechodniów… Bo co to będzie?! A dlaczego wszędzie tak pusto?
Mocno zaniepokojona, usadawia się naprzeciwko, próbuje go uspokoić łagodnym, ciepłym głosem:
Już, tak, teraz. Uśniesz i będziesz spał. Usłyszysz mnie we śnie. Ja będę ciebie pytała, a ty mi odpowiesz.
Puste miasto. Czy wszyscy są już umarli, czy wybrany Przechodzień nie zdążył? Czy Posłaniec go nie odnalazł na czas? I zabili wszystkich… Bo za późno… A nauczycielka zginęła na torach. I jak mam teraz bronić przed nią małego chłopca…? jak bronić przed trupem, przed nieżywym trupem…
Posłuchaj… Będę liczyć… Jeden, dwa… Czujesz… Pięć, śpisz.
Po czym zaczyna, tak jak co dzień, notować, nie zapominając też oczywiście i o włączeniu magnetofonu i uruchomieniu nagrywania.

„Precyzyjny opis zbrodni. Krok po kroku, chwila po chwili.
Od dobrze i precyzyjnie zorganizowanych przygotowań, przez dokładne wykonanie, po doskonały kamuflaż i dezorientację milicji i opinii publicznej.
Skąd on to wszystko wie? Wymyślił to, to wytwór jego wyobraźni i dlatego…
A jeśli nie? To takie realistyczne…
Czy to jest prawdziwa zbrodnia, która niegdyś się wydarzyła i miała nieodwołalny, znaczący, przemożny wpływ na obecny stan psychiki P.?
Czy może jest to obraz przetransponowanych przez umysł dziecka przyczyn tego, na jakiego człowieka to dziecko wyrosło? Jakim człowiekiem stał się sam P.?
Dziecka z niepełnej, odrzuconej na margines, poza nawias społeczeństwa, lekceważonej i pomiatanej rodziny. Matka, prosta, prymitywna kobieta, porzucona po zajściu w ciążę przez wysoko postawionego kochanka, który „po wszystkim”, zaspokojony seksualnie ogier, wraca do swojej „prawdziwej”, zaakceptowanej przez otoczenie komórki społecznej.
Dziecka z trudnego domu, dziecka o niedobrym dzieciństwie.
A może to sam P. jest ofiarą zbrodni, ale jeszcze zupełnie innej, niż ta, którą on śni. Tyle tylko, że jest ona dla niego tak przerażająca, tak traumatyczna, że cały czas wypiera jej prawdziwy obraz. I śni sobie jej urojony wizerunek, jako dalekie odbicie przeszłości, od której nie może się uwolnić?
Co tam się wtedy stało naprawdę w tych Jarogniewicach w 1965 roku? Było polowanie, był wypadek z udziałem dojrzewającego, prawie pełnoletniego młodego człowieka, który jeszcze dzisiaj, po tylu latach, nie jest wolny od jego skutków.

A może nie było żadnej zbrodni. Może porzucony w dzieciństwie przez ojca,
mały chłopczyk,
nastolatek pozbawiony męskiego autorytetu,
młody mężczyzna rzucony na głęboką wodę bez wsparcia rodziny,
wychowywany przez bardzo prostą,
zapracowaną,
skupioną z czasem na ciułaniu i nic nie widzącą poza drobnym interesem matkę,
który teraz, jako dorosły ma problemy z ułożeniem sobie życia, założeniem własnej rodziny, poznaniem i zatrzymaniem przy sobie kobiety…

Może ten opis morderstwa, to lustrzane odbicie, kwintesencja, rodzaj przepuszczonej i odrealnionej przez jego mózg prawdy o tym jego cholernym życiu? Może całe dzieciństwo opisuje hasłowo, jako przewinienie, któremu sam dodaje tak naprawdę nieistniejącego okrucieństwa, bestialstwa, i to takiego, że aż występne niegodziwości jakie go spotkały jawią mu się jako zbrodnia? Ucieka w to wyimaginowane zabójstwo jak do kokonu, chroniącego go przed prawdą o nim samym? To rodzaj przeciwwagi, którą uruchamia w momentach, gdy ta prawda tak nieopatrznie i nachalnie dotyka tych najbardziej wrażliwych strun…? Ucieka od traumatycznych wspomnień do coraz to na nowo wymyślanej zbrodni, która jest jeszcze gorsza od jego prawdziwych wspomnień i dlatego pozwala skupić na sobie moją i jego uwagę, zamiast na dzieciństwie?

Jak go spytać o to, czy ta zbrodnia zdarzyła się naprawdę? Jak go takim pytaniem, nie spłoszyć?

Z drugiej strony, to chyba sukces. Wreszcie skończył skupiać się na Ojcu. Przełom! P. zagłębia się w końcu w sobie samym. O to mi chodziło!
Zaczyna roić jakieś niestworzone wizje, ale to idzie przecież wreszcie w pożądanym kierunku. Widzę światło w tunelu, czy na końcu może być wyjaśnienie relacji P. z jego ofiarą, tym cały czas przewijającym się przez jego wspomnienia chłopcem?
ŻEBY TYLKO GO TERAZ NIE SPŁOSZYĆ.
TO JEST ZADANIE NA POJUTRZE!”

Środa, 08 grudnia
Godz. 8:30
VI SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„Zbrodnia pojawia się na nowo, w postaci prasowego artykułu.
Jest to kalka z opisu zdarzenia wydobytego ze wspomnień w poniedziałek.
O co tu chodzi, co to oznacza? Gdyby poprzednio miała to być jedynie ucieczka, rodzaj neurastenii, stan chwilowej metafizyki albo psychozy, to przy kolejnym powrocie do tej historii nie ma prawa zgadzać się aż tyle szczegółów, powtarzać tyle (UWAGA – większość!!) konkretów.
Chyba, że histeria i wywoływane nią fantazje zajmują na stałe wspomnienia oparte na rzeczywistych przeżyciach. Ale po dwóch dniach?!
W przerwie między jednym zagłębieniem się w pamięci podświadomej a drugim? To tak się nie dzieje…
Chyba, że P. w tej swojej pojedynczej celi, przez te dwa dni o niczym innym nie myślał, a tylko wyłącznie o tym.
KONIECZNIE SPYTAĆ GO O SYTUACJĘ W CELI. O CODZIENNOŚĆ W WIĘZIENIU. CO I JAK PRZEŻYWA? CO ROBI? O CZYM MYŚLI?
P. przechodzi do opisu swojej domniemanej zbrodni. Kluczy.
A jednak! Tak myślałam, tego się spodziewałam. Nowe obszary wizji i metafizyki. Takie rozwijanie obszaru wyobrażeń, wreszcie wydaje się normalne. Co ja plotę – nienormalne, czyli zgodne z teorią. Kluczy, kluczy, gubi się – i tak powinno być!
P. fantazjuje o jakimś nadprzyrodzonym powołaniu. Roi raz o tym, że jest Wojownikiem mającym uratować świat, do którego zesłano mu Przewodnika, innym razem, że jest jego (tego Posłańca / Przewodnika) ofiarą. Wymyśla postać symboliczną Przechodnia.
Miesza czas i miejsca spotkań z domniemaną ofiarą. Krąży wokoło, nie może zdecydować się na wejście w te obszary pamięci, które bezpośrednio dotyczą jego zbrodniczego kontaktu z ofiarą.
Przebitki prawdopodobnie z nieudanego rzeczywistego, dorosłego życia P.: praca zawodowa, z której go wyrzucono, poczucie osamotnienia i braku jakiejkolwiek wartości (w nim samym / czy w otoczeniu, na świecie), odrzucenia przez społeczeństwo.
Ten Posłaniec to standardowa fobia, figura metafizyczna. Klasyczna obsesja, męcząca wielu od wieków, w każdej epoce. Ale ta postać Przechodnia jest bardzo ciekawa. To jest dosyć odkrywcze. Gdzie on się z tym spotkał? Ja nie słyszałam, żeby ktoś o tym tak pisał. Muszę poszperać. Jak trafię na źródła jego inspiracji, co czyta, czyją filozofią się pasjonuje… To może być klucz do jego osobowości i prawdy o nim samym. I o tym, co chciał zrobić, a co zrobił lub czego nie zrobił? I dlaczego?
A co jeśli ten Przechodzień to jego własne, niejako „autorskie” odbicie rzeczywistości? To zupełnie zmienia obraz tego człowieka. Taką metaforę może wykreować tylko wybitna jednostka. Jaka głębia, jaka – cholera – dokładność w odwzorowaniach zachowań, w detalach możliwych motywacji.
To by było możliwe… Ale nie u takiego prymitywa, znaczy się, pospolicie upośledzonego, z prostym, prymitywnym by rzec, niedorozwojem.
Tak, to jest możliwe. W jednym przypadku. Schizofrenii.
Ale w tym przypadku? Nic na to do tej pory nie wskazywało. To by była sensacja! Taka katastrofalna pomyłka we wstępnej diagnozie…
A to by zdziwiła się ta nadęta dochodzeniówka…
A prokurator? Zabiłabym ją śmiechem…
Ale to niemożliwe. Niemożliwe!”

Piątek, 10 grudnia
Godz. 8:30
VII SESJA HIPNOTYCZNA Z PODEJRZANYM

„P. cały czas kluczy, nie chce dopuścić do siebie wspomnienia samego kontaktu z ofiarą. W tym celu ‘podróżuje’ ze mną po całym mieście, ściąga mnie w różne, znaczące dla konkretnych kontekstów miejsca, jednakże bardzo odległe (w sensie fizycznym i duchowym) od miejsc związanych bezpośrednio z przestępstwem, o które go podejrzewamy. Są to konkretne, identyfikowalne rejony i obszary funkcjonalne Zielonej Góry – boisko sportowe, winiarnia, zaniedbany park, szkoła. To jest niezwykle prawdziwe, stąd nie sposób odseparować prawdy od zmyślenia. I taką właśnie taktykę stosuje P. Kogo chce omamić, zwieść – siebie, czy mnie? Siebie, czy organy ścigające zbrodnię i jej sprawcę?
W co on sam wierzy, a co jest fałszywym obrazem, świadomie wykreowanym dla obrony własnej niezależności?
Wymyśla nowe postacie, która miałyby być znaczące / inspirujące do zbrodniczego kontaktu (Redaktor, Nauczycielka). Wszystko po to, aby odsunąć siebie jak najbardziej w cień, jak najdalej od sceny dramatu, od dokonującego się zła. Najpierw za wszystkie sznurki pociąga wszechwładny i wszechwiedzący Redaktor. Kreator wszystkiego, co wokoło. Nic nie może się wydarzyć, o ile nie jest zaplanowane przez Redaktora i nie służy jego celom. Potem pojawia się jego ofiara, Nauczycielka, która niczym sterowana marionetka pośredniczy między kreującym różne rzeczywistości Redaktorem a ślepym, bezwolnym Przechodniem, uosobieniem P.
On sam nie jest ani dobry, ani zły. Czyni to niemal jako widz, zza szyby…
Potem opisuje otaczający świat, rzeczywistość jako plugawą i nikczemną, bez wartości, zbrodniczą.
Przechodzą z Redaktorem przez zaniedbany park, a w szkole dają się mijać dzieciarni przyprowadzonej przez Nauczycielkę. I tu i tam nikt nie myśli indywidualnie, to ktoś inny nadaje im wszystkim pęd, owczy pęd bez możliwości wyboru i bez własnych intencji. Jednocześnie wszyscy są źli lub są wytworem zła. Zło jest wszechogarniające. Lepkie, zaraźliwe. On, P., nie jest inny od reszty. Jest wytworem świata. Po prostu. Dlatego nie może odpowiadać za swoje czyny, jeżeli są złe lub kogoś krzywdzą.
Tak, chce w ten sposób, kreując taki – jako jedyny możliwy – obraz otoczenia, usprawiedliwiać swoje postępowanie, że to niby jest wyłącznie jego odpowiedź na to powszechne zło. Nie, nawet nie odpowiedź. On nie odpowiada, on godzi się z koniecznością.
Nie dopuszcza na razie do siebie wspomnień związanych z jego inicjatywami, z jego własnymi inspiracjami wiążącymi go w jakikolwiek sposób z ofiarą.
SŁOWEM BRNIEMY W CZARNĄ DUPĘ! CZY ISTNIEJE JESZCZE DLA NAS JAKIEŚ WYJŚCIE Z TEJ DUPY?
Cholera, jestem na dnie labiryntu. Muszę nas stąd w jakikolwiek możliwy sposób wyplątać. I to szybko, jak najszybciej. Każda kolejna chwila w tym trzęsawisku i ugrzęźniemy tu na zawsze, bez nadziei wyjścia!
Czy on to robi specjalnie? Czy też sam jest aż tak bardzo zaplątany? TO CIEKAWY MOTYW!
Gdy tylko uda mi się na to odpowiedzieć, mam w ręku klucz do jego osobowości, do wszystkich tajemnic, odpowiedzi na pytania. WIEM O NIM WSZYSTKO!!
Ale jak to zrobić? CZY TO JEST W OGÓLE TERAZ WYKONALNE?
Oby tylko nie okazało się, że rzeczywiście znajdujemy się W PRAWDZIWEJ CZARNEJ DUPIE! Bo to by oznaczało, że jest niebezpiecznie. PACJENT MOŻE Z TEGO W OGÓLE NIE WYJŚĆ. NIE TO, ŻE JA GO STRACĘ, ON PO PROSTU MOŻE ULEC SAMODEGRADACJI. TAK ‘POKRĘCONA’ PODŚWIADOMOŚĆ MOŻE MU UNIEMOŻLIWIĆ POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI.
Słucham go. Mój Boże, on się coraz bardziej nakręca, wyraźnie czuje się tu coraz lepiej. Ten mrok, te katakumby. Ta ucieczka od światła słonecznego, od ludzi, przed ludźmi. Ta cała historia stworzona dla utwierdzenia się w wyborze ucieczki, jako postawy pożądanej i skutecznej w działaniu prowadzącym do wybranego celu. Ta humanistyczna otoczka, ta historia, kultura, religia w tym wszystkim, tylko po to, aby nabrało to uniwersalnych wartości. Dzięki którym da się z tym żyć, da się tu żyć z samym sobą, z własnymi wyborami.
A te cienie i mroki skutecznie ukryją ohydę, którą widać tylko w świetle, na powierzchni. Tutaj można nie pamiętać, nie wiedzieć, nie czuć do siebie wstrętu. Chociaż, co się stało, to się nie odstanie… Tylko, że tutaj to wszystko już nie ma znaczenia. Tu się da z tym żyć… Nikt nie rzuci oskarżenia w twarz, nikt się nie odsunie, nie zabierze ręki, nie odwróci oczu. Tak, tu po prostu da się z tym żyć… Jeszcze chwila i nie będzie chciał wracać. CHOLERA, JA GO WPĘDZAM W SCHIZOFRENIĘ…
Szybko, akcja ratunkowa. Wyjść, wyjść z tego już, teraz, jak najszybciej… Ani chwili, ani kroku dalej…”
Pięć, cztery… Panie Olku… Słyszy mnie pan?! Trzy, dwa… Budzimy się, zabieram pana z powrotem do realnego świata. Jeden! Jeden! Już pan nie śpi. Widzi mnie pan? Jaki dzisiaj mamy dzień? Halo, co za dzień dzisiaj?
Potrząsa nim. Staje nad nim, pochyla się. Aż do skutku, do chwili, gdy się ocknie i jej odpowie. Jest przerażona.
– Co? Co jest? Piątek… Tak, piątek. Chyba trzynastego? Tak, trzynasty…
Rzeczywiście. Cholera, piątek, trzynastego…
Mężczyzna śmieje się jakby nigdy nic. Rzuca kobiecie niby to z troską, ale tak naprawdę, to zaczepnie, szyderczo:
– Obywatelka psycholog jest przesądna?
Co, ja…?
Cieszy się, widząc ją taką zaskoczoną, skonfundowaną.
– To może ja jednak obudzę się jutro? To będzie sobota i już czternasty…
Kobieta w końcu otrząsa się. Poważnieje.
Co to za żarty, panie Olku! Dzisiaj jest dopiero dziesiąty. Trzynasty będzie w poniedziałek.