Odcinek 19

Mieczysław Bonisławski

Olek gwałtownie odwrócił się od Januszka. Odskoczył od lgnącego do niego chłopca, uciekł o dwa susy w bok, zatrzymując się nad imitacją torów pomiędzy kupkami piasku.
– Co tu zbudowałeś?
Januszek był zdziwiony zachowaniem Olka. Nie wiedział, jak ma zareagować. Przygniotła go ta sytuacja zmieniająca się od jednej skrajności w drugą. Nie mógł się zdecydować co zrobić? Milczeć czy uciekać?
Olek też czuł się niezręcznie. Spróbował zachęcić chłopca do nic nie znaczącej pogawędki:
– Czy to są te tory w jarze? Te za blokami?
Januszek mimo woli skinął głową.
– Pracowałem tu, na tych torach, tyle że prawdziwych. Miałem służbowy mundur. Nie taki jak ten teraz… Byłem Strażnikiem Ochrony Kolei. SOK. Wiesz, kim są SOKiści?
Chłopiec stał z otwartą buzią. Ciężko było poznać, czy słuchał mężczyzny, czy tylko tak patrzył? Zapewne nic nie rozumiał. Olek tymczasem puszył się już sam przed sobą:
– SOKiści są najważniejsi na całej kolei, ba, w całym transporcie. Wiesz, co się stanie, jak ciężarówką przywiozą towary i materiały, ale ich nie załadują do wagonów, bo złodzieje je rozkradną? Ale SOKiści pilnują. Pilnują i łapią złodziei! I wsadzają ich za kraty! Tak, gdyby nie my, cały transport by padł, bo nic by nie dochodziło do adresata. A wandale, którzy niszczą zwrotnice, linki, lampy, szybki sygnałowe? A łobuzy, co biegają po torach, wdrapują się na wagony? A my pilnujemy. Ilu ja takich łobuzów przegoniłem od towarowego jadącego tam, w górę, – pokazał ręką gdzieś poza wiadukt z gałęzi – ilu złapałem. Manewrowi zawsze się ich bali. Potrafili być ważni tylko wobec kierowców. Zeskakiwali ze stopni wagonu przez przejazdem i machali tymi swoimi chorągiewkami szoferakom przed szybą. Czuli, że mają władzę, bo mogli zatrzymać samochód, rozstawić ludzi po kątach. Ale jak widzieli łobuza, co się wieszał wagonu albo ustawiał jakieś przeszkody na torze, to nawet nosa nie wytknęli. Nie pogonili, nie nakopali do tyłka, nie huknęli po żebrach, gdzież tam! Tchórzem podszyci, a ja sam potrafiłem złapać za kark i potrząsnąć, a jak potrzeba, to i przyłożyć albo położyć na torach do przyjazdu milicji. I ani mi drgnęli! Bo niechby tylko spróbowali! Nikt się taki nie znalazł, co by chciał sprawdzić, ile mogą te ręce…!
Chrenowicz wymachiwał nogami i rękami, wykonał nawet gest, jakby się chciał posłużyć Januszkiem jako manekinem do demonstracji. Ale gdy zobaczył, że przestraszył chłopca, opamiętał się.
– No i to było bardzo często właśnie tutaj, w tym prawdziwym wąwozie na skraju osiedla, zaraz za blokami – szybko dokończył. – Jak ty jesteś z tego, tu, bloku, to pewnie i twoi starsi koledzy, sąsiedzi zaszli mi nie raz za skórę? A ty sam, czy nie chodziłeś czasem też czepiać się wagonów albo rzucać kamieniami w lokomotywkę?
Januszek obruszył się.
– Nie! – rzucił nieprzyjaźnie Olkowi – Nigdy tam nie broiłem!
– No, a tu – mężczyzna wskazał na plastikowy model stara, leżący przed „parowozem” – co tu się stało? Skąd pomysł z taką katastrofą? Ciężarówka spadła z wiaduktu? I to się zdarzyło tu na bocznicy kolei szprotawskiej? Kiedy to widziałeś?
Chłopiec nie odpowiadał. Chwilę trwało milczenie. Pierwszy przerwał je Olek, bo rolą mężczyzny w związku, czy to z dzieckiem, z kobietą, czy z kimś słabszym jest brać się za bary z problemami i je rozwiązywać. Tak to Olek rozumiał, intuicyjnie i w praktyce:
– A ci wszyscy ludzie? To aktorzy, a to – wskazał gestem dłoni na wyspę z piasku – czy to jest scena? Jak teatr albo cyrk?
Januszek żachnął się:
– To nie cyrk! Ani teatr. To ludzie, z życia.
– Z jakiego życia?
– No, stąd. Z życia Zielonej Góry…
– Kim oni są?
– To przewodniczący Mamak. To sekretarz Wytrykus – chłopiec zaczął na nowo rozkładać patyczki wzdłuż imitacji toru. Jeszcze chwilę trwała ta prezentacja, niczym z horroru. – To pani – ciocia Irena, sąsiadka, koleżanka Mamy z radia, a to wujek Giżejewski. To jest sam „Duch”, prawdziwy! A to chłopacy z osiedla, Zenek, Remik, Rafał… I panie z osiedla…
– Skąd oni tu przyszli?
– Różnie. Z życia.
– Zaprosiłeś ich? Ale dlaczego, po co?
Chłopiec zamilkł. Kręcił się, trochę gestykulował. Pokiwał głową, ale nic nie mówił.
– I co tu robili? – drążył Chrenowicz – Opowiedz.

Januszek wziął w ręce obie mieszkanki osiedla i koleżankę Mamy:
– Dzień dobry, a dokąd to tak rano?
– A do sklepu biegnę. Rzucili cielęcinę, muszę dostać dla mojego starego. Na ten jego żołądek, to tylko cielęcina…
Patyczek przeszedł obok „wiaduktu”, przepuścił przejeżdżający „ulicą Łużycką” niebieski autobus i doszedł do wieżowca na brzegu skarpy.
– Do „Moniki” rzucili?
– A gdzieżby indziej, przecież to jedyny sklep na osiedlu.
– Cholera by ich wzięła. Bloków nastawiali, ludzi naściągali, tylko o sklepach zapomnieli. Co to jest, żeby ludzie z tylu ulic, z tak daleka musieli wszyscy tutaj chodzić na zakupy. Co to jest jeden „SAM” na takie dwa osiedla…

Olek wskazał ręką na niebieskiego jelcza.

– Dziwny ten autobus. Dlaczego PKS stanął na przystanku linii „siódemki”? – rozejrzał się i podniósł leżący nieopodal czerwony model autosana. – O, takie są miejskie autobusy. Czerwone.

Chłopiec uruchomił trzy kolejne patyki, a rzecz się działa już na „przystanku”:

– Długo pan czeka?
– A, ze dwadzieścia minut będzie.
– „Siódemka” już jechała?
– A gdzież tam, droga pani! Oni jeżdżą jak chcą…
– Spóźnię się…
– Stadami jeżdżą. Pół godziny nic, a potem dwa, trzy na raz.
– Albo jak długo nie jadą, to ludzi się nazbiera, że taki tłok…
– Czasem nawet nie przystaje, bo taki pełny.
– I skąd to się bierze!
– A na pętli zbierają się kierowcy i w karty grają…
– Uwaga, jedzie!
– Gdzie?
– No, tam, widzi pani?
– Jasne, że widzę, ale to jest niebieski, nie czerwony.
– Z PKS-u wypożyczyli, bo te miejskie ciągle im się psuły, zostawały na zajezdni i nie miało co na miasto wyjechać…

Na przystanek zajechał niebieski jelcz. Nie miał jednak automatycznych drzwi, tylko zwyczajne.

– Panie, ładuj się! Na specjalnie zaproszenie pan czekasz?
– Kiedy drzwi się nie otworzyły.
– O, rany! Przesuń się pan. To autobus z PKS-u, samemu się otwiera drzwi, jak w PKS-ie…

Olek pokiwał ze zrozumieniem głową. Po czym wskazał na nieco większe patyczki, odłożone po drugiej stronie toru.

– A to kto? Czemu oni leżą osobno?

Januszek roześmiał się, ale nic nie odpowiedział, tylko energicznie przeskoczył w tamtą stronę i gałązki-ludziki jakby ożyły:

– Słyszałem, że aktyw kulturalny ostro zabalował ostatniej nocy. Gdzie to było, w „Topazie”? – „powiedział pan sekretarz Wytrykus” skomentował chłopiec, animujący gałązki.
– Tak, w „Topazie” – dopowiedział Januszek jako „artysta pan Giżejewski” , dziwnie zmęczonym i ponurym głosu, przypisanym znanemu aktorowi, urzędnikowi do spraw kultury, a teraz konferansjerowi na Winobraniu. Temu, który wyjechał do Wrocławia.
– Zmieniło się coś od twojego wyjazdu z Zielonej Góry? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Wódka podrożała, a dziewczyny, które się pod nią rozbierają, postarzały się… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Wszystko takie złe w tej naszej Zielonej Górze? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Nie, a ty Kaziu, co to za nowe muzeum wymyśliłeś? – „powiedział pan Giżejewski”.
– To już pomysł obecnych władz, ale z jednym masz rację: pomysł wyszedł jeszcze za mojej kadencji – „powiedział pan przewodniczący Mamak”.
– O czym mówisz? – „powiedział pan Wytrykus”.
– W Ochli otwieracie park etnograficzny… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Muzeum regionalne od dłuższego czasu borykało się z niedoborem miejsca. Zasugerowałem w swoim czasie, aby zbiory działu etnograficznego wydzielić z ogólnych zasobów do osobnej jednostki. No i powołano muzeum skansen na wolnym powietrzu w Ochli – „powiedział pan Mamak”.
– Gratulacje, to dosyć nowatorski pomysł na polskim gruncie – „powiedział pan Duch”.
– No tak, tak. Czy musieliście wybrać akurat taki lokal na imprezę dla organizatorów Winobrania? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Taki, to znaczy, jaki? Co złego jest w tym „Topazie”? – „powiedział pan Giżejewski”.
– Chodzi ci, Bolek, o to, że to miejsce, gdzie spotykają się żule i cinkciarze…? – „powiedział pan Duch”.
– Do tego zawsze tu jest dużo ludzi z miasta. A chodzi mi i o jedno, i o drugie. Po co mieszkańcy mają oglądać aktyw, bawiący się z gołymi panienkami w takim szemranym towarzystwie? Nie mogliście pójść normalnie do „Orła”? – „powiedział pan Wytrykus”.
– Partia w osobie sekretarza, jak zwykle dba o dobre nastroje społeczeństwa Zielonej Góry… Psujemy ci ideologiczną robotę, co Bolek? – „powiedział pan Duch”.
– Dałbyś spokój takim gadkom. Dobrze wiesz o co mi chodzi – „powiedział pan Wytrykus”.
– Ale wy tu robicie się małomiasteczkowi. Ciemnogród i zacofanie. Pamiętasz mój artykuł o tym, jak kiedyś kolej szprotawska stanie się skansenem? Same skanseny, jeden za drugim z tego Winnego Grodu zrobicie… – „powiedział pan Giżejewski”.
– Hola, hola, a w tym twoim Wrocławiu, to towarzysz Drożdż pozwala wam na takie rozpasanie? Byle gdzie i na oczach ludzi? Chyba, przy najbliższej okazji, sam spytam o to Ludwika… – „powiedział pan Wytrykus”.

Olek odszedł na dwa kroki. Schylił głowę, coś sobie przypominał, błądząc myślami daleko od Januszka i jego scenek. Schował dłonie w kieszeniach munduru. Przez tkaninę można było dostrzec, jak przebiera wewnątrz palcami. Chłopiec spojrzał raz i drugi na towarzysza i jakiś mars przebiegł mu przez czoło. Przerwał dialog miejskich osobistości. Nie takim energicznym skokiem, jak poprzednio, w bardziej wyważony sposób przekroczył swoje tory z powrotem, na tę stronę. Zamyślony ujął w ręce gałązki porozrzucane po tym tutaj, zwyczajnym świecie, a nie w strefie przeznaczonej dla gałązek-sekretarzy i gałązek-przewodniczących.

– Widzi pani ten balkon naprzeciwko?
– Który, gdzie?
– No, tu na wprost. Ozdobiony skrzyżowanymi młotkami górniczymi.

Marionetki z gałązek znowu czekały już na przystanku na miejski autobus.

– A czemuż to tak? Co to my, jakiś Śląsk, czy co?
– Tam, gdzie jest pętla „czwórki” i „szóstki” za Niemca, ba, jeszcze do niedawna, była elektrownia na węgiel, ale ten brunatny. Pracowała na naszym, zielonogórskim węglu. A kopalnie ciągnęły się po lasach, aż pod Słone…
Kobieta – patyczek nie okazała zbytniego zainteresowania tą historią. Paliły ją za to aktualne problemy. Zagadała do kolejnej osoby:
– Te autobusy tak się spóźniają. Czekamy całymi godzinami, ludzi tu dużo, bo idą z deptaka, a oni zagrodzili tymi dechami pół chodnika.
– Ma pani rację. I to miało być na krótko, a ten parkan stoi tu i stoi już ponad pół roku.
– A też pani mówi, dłużej…!
– Ludzie nie mają gdzie czekać na autobus…
– A co oni, za tym parkanem…? Wie kto?
– Fabrykę wódek rozbudowują.

To był przystanek po środku ulicy Jedności Robotniczej.

Januszek przerwał nagle w pół rozmowy. Spojrzał w górę na Olka. Zacisnął usta i z dosyć zaciętym wyrazem twarzy rzucił gałązki w piach. Leniwie wstał z kolan i na wpół zgięty poczynił dwa – trzy niezgrabne kroki, aż stanął przed mężczyzną. Ucapił go za szerokie rękawy bluzy.

– A ty znasz Wytrykusa, Ducha, Mamaka? Ja tu gadam, a ty co? Ty nic… Co to za przyjaciel…?

Chrenowicz nie wiedział, co powiedzieć. Zbierał myśli, ale szło mu to niesporo. Chłopak taranem wchodził w to milczenie:

– Skąd się tu wziąłeś? Czy na pewno chcesz zostać moim przyjacielem? Będziesz mi pomagał?
– Jestem w tym mieście Przechodniem, Przechodniem który tylko przeszedł tym osiedlem i z niego zniknął. Czy ty chcesz PRZECHODNIA za przyjaciela? Czy ty wiesz, co jest najlepsze w drodze? Teren, gdzie przechodzą tory kolejowe. Nie ma asfaltu ulicy, ani trawy, ani pola, ani piachu. Jest tylko pasmo pachnącego tłucznia. A na nim aromatycznie pachnące podkłady i przerdzewiałe sztaby szyn… Lubię położyć się cały i tak leżeć z głową przy szynach, na ostrych kamieniach. Wdycham wtedy ten zapach smołowanego drewna podkładów nagrzanych w słońcu. To mój ulubiony zapach.
Wyobrażam sobie wtedy, że jestem psem, wyrzuconym z pędzącego pociągu. Leżę tak z połamanymi łapami, z przetrąconym kręgosłupem i wiem, że już nie wstanę i nigdzie stąd nie pobiegnę. To koniec. Szczęśliwy koniec.
Rozkoszą napawa mnie ulubiony zapach, rozkoszą napawa mnie wspomnienie mojego pana, które jest moim ostatnim wspomnieniem przed śmiercią. Zanim zapadnie dla mnie niekończący się mrok, odchodzę w ten zapach, który pamiętam od szczenięcia i w to rozmazujące się wspomnienie chwil z człowiekiem, który był dla mnie wszystkim. Odchodzę pełen szczęścia, którego doświadczyłem będąc z nim, z jego rodziną. Umieram szczęśliwy, nie czując bólu połamanych kości i porwanych nerwów, gdyż nie gnębi mnie zmora samotności… Nawet zapamiętałem to, że to on sam wyrzucił mnie z tego pociągu…
Gdy leżę niczym wyrzucony na tory pies, mam wspomnienia, które sprawiają, że nie czuję się samotny, nie mam wrażenia, że moje życie było pozbawione sensu, myślę, że jednak cokolwiek dla kogoś znaczyłem.
A gdy stoję przy drodze lub idę przez te osiedla, sam, bez sensu, bez znaczenia. Przechodzień. Czy chcesz TAKIEGO przyjaciela?
Czy szedłeś kiedykolwiek drogą przez zupełnie ci obcą i wrogą wieś lub ulicę? Miejscowe wyrostki rzucają w ciebie tłuczniem, powyrywanym spomiędzy podkładów kolejowych. Trafiają w plecak, w czapkę – czapka ci spada. W buty, powyżej butów, czujesz ostry ból, zaczynasz kuleć. Z tyłu – śmiech. A jak pada deszcz lub idziesz w powietrzu świeżym, dopiero co po deszczu, łobuzy packają w ciebie kulami błota, wytoczonymi z kałuż na drodze. Trafiają raz, drugi.
Oblepia cię błoto, coraz więcej błota. Wiesz, nie cierpię tego błota. Boję się, że mnie oblepi tak, że mnie nikt nie pozna, nawet sam Bóg. Błoto zasłoni mnie światu, zakryje przed nim, przed ludźmi, nikt mnie nie rozpozna, ja – oślepiony błotem w oczach – nikogo nie znajdę, kto mógłby zakończyć moją samotność i bezcelowość.
Nikt mnie nie odnajdzie, ani ja nikogo nie odnajdę. Nawet samego siebie nie odnajdę pod tym błotem. Czy myślisz, że mnie jednak odnalazłeś? Po to, abym został twoim przyjacielem? czy chcesz MNIE za przyjaciela?
Tak dobrze zapadły ci w głowę te tory. Wydawało mi się, że ja tutaj, na nich pracowałem. Ale nie, nie zostałem człowiekiem stąd, kolejarzem. Tu też tylko przeszedłem się po torowisku, byłem tylko Przechodniem…

– Tędy codziennie chodzi bardzo wielu ludzi – wtrącił zupełnie poważnie Januszek.
– Czy tak, doprawdy? I dokąd oni tak chodzą?
– A do pracy. A potem – z pracy.
– To gdzie oni pracują?
– Tam, za szeroką ulicą, nad którą chodzi się górą, pracują w ciepłowni, w wytwórni lodów, w „Falubazie”, w mleczarni, w KPRB… Ale chodzą też w drugą stronę. Dołem, pod ulicą Łużycką – do weterynarii, milicjanci do komendy, dziennikarze do radia, strażacy, do domu kultury, do spółdzielni…
– Dużo wiesz. Skąd? Po co ci to?
Januszek wstrząsnął ramionami.
– Nie wiem. A ty po co chodzisz torami? Dokąd?
– Szukałem ciebie. Pracowałem na kolei i czasem jeździłem tutaj tymi towarowymi pociągami, aby je chronić przed twoimi kolegami-łobuzami.
– Ja nie mam kolegów…
– Kiedyś wyszedłem z tego wąwozu i cię spotkałem jak łaziłeś samotny pod tymi balkonami. Od razu cię polubiłem. Pomyślałem, że Bóg mi cię zesłał… Potem byłem u swojego starszego kolegi z pracy, w takim punktowcu przy Sucharskiego. Podsłuchałem twoją koleżankę i kolegę, jak o tobie mówili. Dziewczynka to była Beata, a chłopak – Piotr.
– Beata… Beata Dunaj i Piotrek Pasternak…
– Podsłuchałemich i jeszcze bardziej chciałem cię odszukać, ale wtedy poznałem dwóch niedobrych ludzi, którzy kazali mi wyrządzić ci krzywdę. Taki jeden Redaktor z gazety…
– Redaktor z gazety… Pani – ciocia Irena, najlepsza koleżanka mojej mamy też jest redaktorką.
– Nie, to nie o nią chodzi! A drugim był taki profesor od piłki ręcznej… Bardzo źli ludzie. Namawiali mnie do strasznych rzeczy… Ale ja tak nie chciałem. Niedoczekanie ich! Może i ja jestem tylko szarym Przechodniem, takim, którego nikt nie zauważa i nie potrzebuje. Może i ja przechodzę przez życie innych, zupełnie obcy i nic nikomu nie dając. Ale czy to oznacza, że muszę robić rzeczy, które uważam za złe? Czy komuś takiemu jak ja można bezkarnie i na pewniaka kazać robić takie rzeczy? Czy Przechodzień, którego porządni ludzie, wszyscy miejscowi uważają za nic niewartego włóczęgę albo w ogóle go nie zauważają, nie ma prawa do własnych wartości, do swojego zdania? Czy ja, ten nikt, którego mijasz idąc chodnikiem lub korytarzem w pociągu, o którego obijasz się w autobusie, jestem pozbawiony swojego „ja”, dlatego że ty nie widzisz we mnie człowieka? Czy tylko „tutejsi” mają prawo do godności? Ja jestem Przechodniem, tylko Przechodniem. Nie jestem stąd, miejscowym, tutejszym, nie jestem zatem w twoim obrazie świata człowiekiem tylko dlatego, że to ty odarłeś mnie z osobowości, uczuć, woli? Dlatego, że Przechodniowi można kazać zrobić najbardziej podłą rzecz, a on… Przechodzień przyjmie wszystko do wykonania, za kromkę chleba, za szklankę wody, nie pytając o nic. O dobro i zło, o szykany i o tego, kogo ma dopaść… Bo nikogo tu nie zna, z nikim nie czuje się związany, by odczuć jak go dręczy. Nie wyznaje tutejszych norm rozdzielających dobro od zła, a zanim inni go osądzą, pójdzie dalej… Czy naprawdę zaprzyjaźnił byś się z PRZECHODNIEM?
Nie wierzysz w to, że Przechodzień jest taki? Wierzysz w romantyczną wizję włóczęgi, który nikogo nie skrzywdzi, globtrotera, który jest uosobieniem wolności i tolerancji? A wieczna droga – ich kwintesencją?
Dobrze, skoro jesteśmy już przyjaciółmi, to pomóż mi i odpowiedz, jak przyjaciel, przyjacielowi na jedno pytanie. Dlaczego oni wszyscy, zamiast skorzystać z dobrodziejstwa bycia tutejszymi, wchodzą w moje buty? To ja jestem Przechodniem, z całą samotnością i brakiem celu w życiu. Śmietnik społeczny, chaszcze z ostami i perzem, opustoszałe zakamarki, gdzie śpią dzikie psy i koty, to moja domena, mój dom! Dlaczego oni mi się do niego wpychają…?
Nie rozumiesz mnie? Zapuszczony wąwóz kolei szprotawskiej to nie miejsce dla „tutejszych”, realizujących swoje role społeczne. Tu mogą przychodzić, by bezwstydnie wypłakiwać się, wszystkie wyrzutki, samotnicy, dziwadła, odszczepieńcy. Nawet normalny, porządny pijak ma swojego „Asa”, swój „Widok”, czy piwo z dystrybutora w „CePeeNie” przy parku. Ci pod krawatem mają „Topaz” albo „Ratuszową”. W tym wąwozie to ja mogę topić w dowolny sposób swój żal i do woli obrażać Pana Boga. A oni się tu pchają…
Zobacz, władze miasta pobudowały nowe drogi do stref fabrycznych. Uruchomiły nowe linie autobusów miejskich. Do „Novity”, do Zakładów Mięsnych w Przylepie na linii numer „9” jeżdżą nawet wozy przegubowe, jeden czy dwa, sprowadzone specjalnie do Zielonej Góry. Właśnie specjalnie dla tej linii, dla robotników zakładów mięsnych, tej nowej fabryki wykładzin dywanowych, chłodni, elektrociepłowni. W okolice „Polskiej Wełny”, „Zefamu”, browaru puszczono kolejne dwie linie. A ludzie wolą dalej łazić pieszo. Jak łaziki tak łażą, nie skorzystają z dobrodziejstw władzy! Odpowiedz mi, przyjacielu, dlaczego? Czy to jakiś bunt robotniczy przeciwko Partii?
Nie odpowiadasz… Taki z ciebie przyjaciel! Widzisz, tam gdzie ja, Przechodzień, mógłbym usiąść sobie przy torach, w krzakach i spokojnie, przez nikogo nie niepokojony przeżywać swoją traumę, lezą ci dobrzy tatusiowie, mężulkowie żoneczek, bracia i siostry. Leżą, aby mi odebrać spokój, zabrudzić błotem tę ostatnią i zarazem jedyną enklawę, jaką dla siebie w końcu odkryłem… A ty na to nic! Nawet nie kwapisz się do tego, aby mnie, swojego przyjaciela, pocieszyć…
Wiesz co ja myślę? To żaden bunt, nie ma żadnych robotniczych buntów. Aby jakakolwiek zbiorowość ludzi wyszła na ulice, postawiła się władzy, jakiejkolwiek innej zbiorowości, potrzebny byłby wspólny cel i jedno dla wszystkich zagrożenie. Ale ludzie tak nie myślą, stadnie, zbiorowo. Każdy przed oczami ma, tak naprawdę, tylko siebie. Tak zwane oddolne, robotnicze bunty, to akcje sterowane przez służby. Stoją za nimi ci, którzy mają pieniądze, a chcą mieć ich jeszcze więcej, albo ci, którzy mają władzę i chcą jej jeszcze więcej. Więcej władzy lub więcej pieniędzy kosztem innych bogaczy lub władców. Taki sterowany bunt to tylko inspiracja dla przepływu pieniędzy lub władzy. Nie ma autentycznych zbiorowych zrywów, autentyczny może być tylko poryw indywidualny. A i do tego człowiek, robotnik też musi trafić na swojego Inspiratora. Tak dla siebie, w swoich środowiskach, w małych grupach, w których funkcjonują na co dzień lub od święta ludzie różnie takiego zwą. Raz bywa Zbawicielem, innym razem liderem, rewolucjonistą, filozofem-kreatorem…
I wiesz co ja jeszcze myślę? Ty jesteś ich przyjacielem, a nie moim. Takim właśnie Inspiratorem, Zbawcą dla tych wszystkich, którym wydaje się, że wchodząc na mój teren, mogą stać się mną, Przechodniem, tak jak ja… Oni nie chcą pieniędzy, ani władzy. Oni tylko nie chcą bratać się z władzą, nie chcą do niej przynależeć. Nie chcą należeć do tego społeczeństwa, które jest poddańczo uległe i realizuje swoje szare życie. Oni chcą być niezależni i wolni jak Przechodnie… I dlatego chodzą pieszo, urągając w ten sposób dobrobytowi, którym próbuje ich niewolić władza. Dobrze myślę, przyjacielu?
Tylko, że to ja miałem ich obudzić z letargu, wyrwać ze snu poddaństwa! Zostałem do tego wybrany… A ty, przyjacielu, miałeś mi wskazać drogę, dać impuls. Tymczasem zamiast mnie, pobudziłeś ich przeciwko mnie…!
Im się wydaje, że dokonują samodzielnych wyborów, że odtrącając wygodny autobus i idąc pieszo, zachowują wolność jako Przechodnie… Ale każda wolność jednego człowieka, jest jednocześnie ograniczeniem wolności kogoś innego. Każdy wybór, dla jednego jest wyborem lepszego, a jednocześnie pozostawia to gorsze komuś drugiemu. Oni nie zbuntowali się przeciwko władzom, oni zbuntowali się przeciwko mnie! Przeciwko mojemu powołaniu do uratowania ich. A ty, chociaż sprowadzono cię dla mnie i tylko dla mnie, poparłeś tamtych, ich wszystkich a nie mnie!

Januszek wyrwał się z rąk Olka i rzucił się na piasek. Przywarł do niego całym swoim ciałem, rozciągniętym ile się tylko dało na płask. Rozłożył na boki ręce, skulił nogi a wszystkim nim targnęły konwulsje spazmów. Płakał, ryczał przerażony pełnym głosem. Trząsł się, zgarniał bezwiednie piasek pod siebie i rzucał się.
Zaskoczony Chrenowicz zamarł na dłuższą chwilę, by nagle rzucić się ku chłopcu. Porwał go w ręce, uniósł w górę. Obrócił twarzą do swojej twarzy.

– Co ci jest?! Już dobrze, mój przyjacielu…
– Nie chcesz… Ty nie chcesz być moim przyjacielem! – chłopiec spazmatycznie wyrzucał z siebie pojedyncze sylaby. – Ty krzyczysz na mnie! A ja ciebie nie rozumiem! Nie rozumiem, o czym ty w ogóle mówisz…
– Dobrze, już dobrze – mężczyzna odłożył z powrotem małego na piasek, tak jak leżał przedtem, plecami do góry. Pochylił się nad nim, pogłaskał po głowie. Przyklęknął obok. Objął – Niech już i tak będzie.

Rozmyślał chwilę, co miał zrobić dalej? W końcu podjął problem od typowej dla siebie strony:

– Co z tobą? Młody mężczyzna… – Chrenowicz odwrócił małego na plecy, tak by mogli patrzeć na siebie. – Młody mężczyzna – kontynuował – nie może się tak mazgaić. Mężczyzna powstrzymuje swoje emocje. Co z ciebie za chłopak? Musisz być gotowy do walki, mieć wyćwiczone ciało i umysł.
W pełni je kontrolować.
– A będziesz dalej moim przyjacielem? – wyszlochał Januszek.
Olek przyjrzał mu się uważniej. Musiał się głębiej nad tym zastanowić, ale zauważył, jak na to jego zastanawianie się mały zmarszczył czoło, otworzył usta gotowe do nowego wybuchu płaczu i szybko poprawił się:
– Cały czas byłem i nadal jestem.
Chłopiec uśmiechnął się.
– Czy ci, przyjacielu, coś aż tak dojadło w życiu, co to było? Dlaczego tak reagujesz?
– Mama ze mną w ogóle nie rozmawia. Tylko krzyczy i muszę chodzić do takiej pani doktor.
– Doktor, czy to chodzi o lekarza? Czy ty jesteś chory? Jak ona się nazywa, gdzie do niej chodzisz…?
– Nazywa się Ber. Chodzę do niej do takiej innej szkoły, za szpitalem. Tam jest taki duży ptak z betonu. On stoi w kamiennej sadzawce z rurami, z których wytryskuje woda. I idzie się obok niego, i jak ta woda leci, to tak fajowo na mnie pryska…
– Ta Ber, to psycholog. A naprzeciwko szpitala jest szkoła przy której działa taka przychodnia, do której chodzą na badania do psychologa dzieci i dorośli. Mnie tam też wysyłali…
– Też chodziłeś tam? – uradował się chłopiec. – Pryskała cię woda, gdy biegałeś po sadzawce…?

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.