Łucja, żaden autorytet (5)

Łucja Fice

Pytania

Całe życie szukam odpowiedzi, a ona powoli, opornie nadchodzi. Jako dziecko wierzyłam, że Bóg, to człowiek i duch jednocześnie, który mieszka w niebie, to ktoś, co za dobre wynagradza, a za złe karze. Dziś daje znać o sobie ta podświadoma projekcja tego  obrazu w jakim dorastałam, wpływ rodziców, później ideologii w szkołach. Dziś wiem, że to projekcja bardzo niedojrzała, nacechowana lękiem i służalczością.

Stąd te moje poszukiwania różnych teorii, mitów legend, które i tak kontynuują te same wzorce, co stare, surowe, monoteistyczne wierzenia. Zdaję sobie sprawę z własnej niedojrzałości. Dziś po latach poszukiwań uważam, że jestem na poziomie duchowego dziecka. Zrozumiałam tylko, że istnieje jeden i tylko jeden archetyp duchowości, jeden rdzeń, tylko różne nazwy tego samego zjawiska i różnie interpretowane.

Na przykład Lucyfer. Psychologia postrzega Lucyfera jako archetyp mocno niedojrzałego buntownika, budzącego grozę. Lucyfer to część mojej świadomości, jak i część (nie)świadomości zbiorowej całej planety, bo różne zjawiska duchowe znajdują odwzorowanie w EGO każdego z nas.

Sen sprzed kilkudziesięciu lat ma dla mnie ważne znaczenie, bo projekcja tego obrazu, który był jak film science fiction wyświetlany w głowie, wyjaśnia wiele o stanie ducha czy (nie)świadomości. W owym śnie przekomarzałam się z niewidocznym diabłem w ciemnej grocie, gdzie kapała woda ze stalaktytów, a na jej środku w 272 stopniach gotował się w kotle azot, a w nim grzeszne dusze. Zapraszałam do rozmowy diabła, który był ukryty poza moim wzrokiem: ”Wyjdź z tej piany, ty niecnoto, ty przechero i stań ze mną do dialogu, bo nie boję się odkrywać złych cech mego charakteru, bo mnie broni straż niebiańska. Boisz się, żem silniejsza jest od diabła.”… itd. Kiedy sen zapisałam, okazało się, że zapisałam wierszem. Niestety został mi tylko ten urywek, a reszta „wsiąkła.” Na podstawie tego snu powstała ballada „Jak to polska baba diabła upiła”.

W tym śnie, w tej sennej rzeczywistości uwypukla się moja niedojrzała duchowość i przekłada się na emocjonalne relacje z innymi. Może zbyt płytko postrzegam Boga? Żyję w czasach, gdy muszę poddać się panującej doktrynie polityczne. Ta, dzisiaj, w obronie zdrowia nakazuje szczepienia i na pewno w następnym dziesięcioleciu wprowadzi znakowanie ludzkości kodem paskowym, jak dzisiaj zwykle towary. Pytam więc, gdzie jest Bóg? Czy mieszka w Brukseli? (proszę przyjrzeć się budowli Parlamentu Europejskiego, który jest zbudowany na wzór wieży Babel.) Czy strach wpojony przed Bogiem w dzieciństwie ma teraz wpływ na mój sposób postrzegania świata? A może numerologia, może kalendarz Majów, a może moje imię z którym związana jest historia, jak bajka? Całe życie jestem narażona na podszepty szatana, jak w tym śnie, a może KTOŚ lub COŚ poddaje mnie próbie wiary? Czy muszę zasłużyć sobie na miłość Boga?

Mam świadomość, że cały czas tęsknię za tą czystą, prawdziwą, boską miłością. Zdałam sobie sprawę, że prawdziwa miłość pochodzi od Boga, a ta, którą dostajemy TU na ziemi, to tylko namiastka, więc modlę się, przepraszam Boga i proszę Go o łaskę. Staram się dbać o ekologię i oczyszczać się ze złych myśli, choć całkowicie pozytywnie nie da się myśleć. Pytania w głowie się mnożą: czy Ziemią rządzi szatan, który zbuntował się przeciwko Bogu? Czy życie, to tylko matrix? Czy nie pozostało nam nic, tylko owinąć się w prześcieradło i czołgać na cmentarz. Jaką doktrynę wybrać?

Ostatnio po serii filmów popularno naukowych na kanale FOKUS „Starożytni Kosmici” mój umysł jest zmącony. Moim zawodem była chemia, może warto więc, jako laborant, połączyć to, co jest zgodne z moim duchem i z różnych substancji zrobić jeden związek. I tu jest chyba pies pogrzebany. Mam prawo wyboru i wolność poglądów i wybieram sobie znaną wiarę i PRAWDĘ. Życie to dla mnie taka jazda bez trzymanki w poszukiwani tej PRAWDY. Życie to często czerstwy chleb, czasami bywa, że bułka z gównem ale… choć nie na co dzień trafiają się rodzynki i inne delicje, to są te piękne dni, na które zawsze czekamy. Takich dni życzę każdemu i oczywiście wiary w DOBRO i ludzi.

11 lipca 2021

Łucja, żaden autorytet (4)

W mailu do mnie autorka napisała: Łucja- to łacińskie imię, oznacza “urodzona o brzasku, ta, co przynosi światło.” Czasami myślę o tym, jak to się stało, że nadano mi to, a nie inne imię. Myślę, że nie był to przypadek. Urodziłam się o brzasku (o 5.30 rano) i byłam jedyną nonkonformistką w rodzinie. Krnąbrna, nieposłuszna i jak kot chadzająca własnymi drogami. Ideologicznie zaczęłam dojrzewać stosunkowo wcześnie, ale od dzieciństwa szukałam Prawdy. Pytałaś mnie nie tak dawno, czy wierzę w Boga. Odpowiedziałam, że jako dziecku nie podobała mi się Bozia siedząca na chmurze. Boga zaczęłam odkrywać już jako wyrosła z kokonu dzieciństwa, choć na duchowym poziomie wciąż tam jestem. Zresztą nigdy nie zaprzeczałam BOSKIEMU istnieniu, raczej pytałam, jaki może być mój Bóg? Częściowo sobie odpowiedziałam. Zapamiętałam zdanie Michała Hellera (jeden z ulubionych filozofów) z jednej z jego książek: “czy Boeing 437 rozebrany na części może się sam złożyć? “

Łucja Fice

Moja filozofia powodzenia

Każdy pragnie spełniać się w różnych dziedzinach, znaleźć miłość, być zdrowym i szczęśliwym człowiekiem. Czy osiągnięcie dobrostanu, to życiowy fart, strategia, a może przeznaczenie?

Na te pytania odpowiadają nam odkrycia neurobiologii i fizyki kwantowej.

Jesteśmy jako rasa ludzka nadajnikami i odbiornikami elektromagnetycznymi. Pola serca i mózgu człowieka wysyłają sygnały na podobieństwo fal radiowych. Fale te oprócz właściwości nadających mają również cechy magnetyczne. Z jednej strony wysyłamy do otoczenia informacje dotyczące naszych przekonań, a jednocześnie sprawiamy, że to, w co głęboko wierzymy znajduje odzwierciedlenie w naszej rzeczywistości.

”Przyciągamy” określone osoby czy też wydarzenia. Każdy z nas emanuje swoim indywidualnym niewidzialnym zapisem energetycznym. To właśnie ten energetyczny zapis poszukuje w otoczeniu fal odpowiadających jego zapisowi. Sytuacje, jakie mnie spotykają, to odpowiedź na moją wysyłaną energię.

Zdaniem fizyka dra Bena Johnsona człowiek generuje różne częstotliwości energii poprzez swoje myśli. Choć nie możemy ich zobaczyć, to odczuwamy je poprzez wpływ na nasze samopoczucie. Myśli pozytywne i negatywne różnią się między sobą zasadniczo. Negatywne wibrują niskimi częstotliwościami, które obniżają nasz potencjał. Najbardziej twórcze myśli, zmieniające pole elektromagnetyczne, to te związane z miłością i troską o drugiego człowieka. Ludzka świadomość ma więc wpływ na materię, bo skoro wszystko, łącznie z materią składa się z cząsteczek, a one mają zdolność komunikacji i wpływania na siebie. Kiedy jesteśmy pełni dobrych myśli, podnosimy swój potencjał, komunikując się z innymi cząsteczkami o podobnej wibracji.

Naukowcy znaleźli dowody na to, że błony komórkowe naszego ciała odbierają sygnały ze środowiska. Nasz mózg te informacje koordynuje. Odebrane sygnały zostają przefiltrowane. Jak? O tym decyduje proces naszego postrzegania, na który składają się nasze doświadczenia i przekonania. Tak więc w zależności jakie założyliśmy filtry, idziemy przez życie z poczuciem szczęścia, spełnienia albo gniewu czy frustracji. Procesy te wpływają na nasze życiowe wybory. Ma to fundamentalny wpływ na nasze losy.

Ograniczenia i skrzywienia w postrzeganiu świata, którym podlegamy, istnieją tylko w naszych głowach. Z pomocą przychodzi nam więc świadomy umysł. Część mózgu zwana korą przedczołową jest ośrodkiem naszej wolnej woli. Świadomy umysł to potężne narzędzie. To dzięki niemu możemy decydować o tym, czy dalej chcemy żyć w taki sposób, czy też zmieniać swoje przekonania. Nie na darmo mówi się: Umysł to potęga. Ja przynajmniej próbuję na miarę swoich możliwości z tego potencjału korzystać, chociaż do pełnej realizacji samej siebie droga daleka.

Życzę moim czytelnikom wykorzystania tych możliwości, które w nas drzemią, aby się obudziły i stanęły do raportu.

Łucja żaden autorytet

Łucja, żaden autorytet (3)

Łucja Fice

Myślę

Myślę, że odbieram jakieś fale – może są to fale mózgowe, może myślowe, może świetlne, które nie giną, a są nagrywane przez środowisko. Ja żyję na własnej linii dźwięku i światła – to mój indywidualny ślad, moja tożsamość. Może odbieram fale z przyszłości i mój mózg przetwarza to na senne obrazy. Zresztą sama nie wiem. Może wszystko co mi się przydarza, widzę jako doświadczenie, zwyczajne to, co musi się w przyszłości wydarzyć. Może mam się nauczyć i zebrać informacje, a kolektywna świadomość potrzebuje tego, bym je zebrała? Jestem niespokojna, rozgorączkowana, nieprzerwanie poszukuję przygód, często weryfikuję swoje poglądy. Idę z duchem czasu, nie oglądając się wstecz. Obecna chwila jest najważniejsza. Widzę jasno swoją przyszłość i jestem gotowa na nowe wyzwania, doświadczenia, ryzyko. Witalna i zwinna, oto cechy jakich potrzebuję. Myślę, że posiadam. Wszystkie.

List do córki, która śmieje się z mamy i jej znikomej wiedzy

Mam dużo czasu i myślę, myślę. Wpadłam na genialny pomysł, żeby opisać CZAS. Czy można go wytłumaczyć z punktu widzenia fizyki? Zwracam się do Ciebie, jako wykształconego fizyka z dyplomem angielskiej uczelni. Posłuchaj! Nie wiem, czy mam rację. Starzejemy się szybciej, jeśli czas biegnie powoli (nuda, oczekiwanie na coś), a jeśli  zatrzymujemy chwilę intensywną pracą, to zatrzymujemy w miejscu również czas i wówczas się nie starzejemy. Pytanie – o ile? Nieważne, że np. o milisekundy, ale to zawsze coś.
CZAS mnie kręci, bo śnią sny, w których nie mam uczucia upływu czasu liniowego, tam w ogóle nie ma czasu. Dobra! Obliczę to w następnym życiu, a może kiedyś podpowiem Ci STAMTĄD, CZYM JEST CZAS  i dam CI znać. Przecież znajduję się w jakimś czasie, w jakiejś przestrzeni ale… w takim razie, w czym znajduje się przestrzeń? Kiedy mnie ktoś o to pyta, to w przestrzeni mego wnętrza WIEM, czym jest CZAS, jakbym w czasie zadawania pytania wiedziała, ale po sekundzie zapominam. Wymyśliłam, że CZAS zależy od wagi (ciężaru.) Ktoś ciężki, kto waży np. 100 kilo, będzie żył krócej niż chudy o wadze np. 60 kilo. Ale o ile krócej? W dzisiejszym śnie miałam wykład o CZASIE. Boże! Chcę pamiętać, co mówiłam. TO było ważne, a ja nie pamiętam.

Twoja mama
Łucja, żaden autorytet

Odpowiedź

Mamuś, nie wiem i nikt nie wie. Żaden z naukowców do tej pory nie podał definicji CZASU. Dla mnie po prostu jest, bo… mam zegarek, a spóźniłam się dziś do pracy.

Łucja, żaden autorytet (2)

Łucja Fice

Cisza

Passau. Lipiec 2016

Sama w lesie. Słuchawki na uszach. Odcinam się od głosów natury. Koła roweru posłuszne stopom. Życie musi być piękne, przecież sama je tworzę. Choć wszystko wokół żyje, ma głos, to chcę słuchać CISZY. Wchodzę w siebie, zaznaję izolacji od świata. Jestem swoim lustrem, przeglądam się w samej sobie. „Piękniejsza od muzyki jest tylko CISZA”. W tej CISZY, która panuje w mojej głowie, czuję cały kosmos. Jestem miniaturowym kosmosem. Szczęście. W jednej sekundzie myśli zmieniają tory, tak jak ja ścieżkę. Teraz wchodzę do naszego DOMU. To wspomnienie zawsze mnie zaskakuje. Może istnieję w tym trójwymiarowym świecie i jeszcze w innym, który jest odbiciem tego świata jak w kryształowym lustrze? A w tym drugim świecie odbijają się moje myśli, a jeśli myśli, to znaczy, że również moje grzechy? Czyżbym posiadała swój własny duplikat po drugiej stronie lustra? Czy ty tam będziesz? Czuję się zmieszana przywołanym obrazem i znajomym zapachem. Przecież domy pachną jak ludzie. To odczucie jest jak ucisk, jak porodowy skurcz.

Spoglądam na okolicę, na ten piękny świat. Słońce chowa się za drzewami. Światło, dotąd bezbarwne, robi się perliste. Krajobraz robi się bardzo znajomy. Może ta okolica czekała na mnie? – Wiesz! Czuję się, jak pomniejszony model samej siebie, a smutek sączy się po ramionach, spływa po udach w postaci słonego potu. Jestem wystraszona tym rodzajem wyobraźni, bo wiem, że nie wrócę do naszego DOMU, gdzie zaproponujesz herbatę, wspólne obejrzenie filmu i dotyk.

W mym sercu rządzi teraz rozterka i zamęt. Kochany. Może składamy się z własnych lęków, pragnień, a upływ czasu jest obojętny? Może życie to urywki albo strzępy naszych marzeń? Jak złożyć naszą historię, czy ona w ogóle istnieje? Ta CISZA odbiera mi rozum. Widzę ciebie. Też płaczesz? Słyszę jakąś melodię. Czy to muzyka CISZY? Nie płacz, proszę, to nie pasuje do twojego optymizmu. Nie chcę wpaść w pustkę. Zamień tę czerń na róż mojej ulubionej nocnej koszulki.

Kochany

Chcę Ci powiedzieć, że po tylu latach rozłąki nauczyłam się czekać. Będziemy jeszcze grzeszyć. Myślę teraz o nas, o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami, (może w tej chwili pracują w nas te miony, tachiony?) Odczuwam twoją bliskość. Mam wrażenie dotyku twojej dłoni. Słyszysz mnie? – Ktoś zapalił już wszystkie światła. Z oddali Dunaj się pali. Widzisz? W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota? Teraz pragnę, żebyś mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Spójrz! Słońce już zachodzi czerwonym arbuzem. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Kochany. Ten spokój wśród drzew smakuje mi miętą. Chociaż …nie. Drzewa nie pachną miętą. Może tak pachnie tęsknota? Czuję głód powrotu. DOM. CISZO, bolisz mnie, choć jesteś piękniejsza od Miss Muzyki.

Zbliżam się do polany, na której pasą się konie. Polana jak teatralna dekoracja. W milczeniu przyglądam się zwierzętom.

Podchodzę do jednego i kładę dłoń na jego boku. Wyczuwam twarde, mocne ciało. Widzisz to? Zdumiewa mnie masywność zwierzęcia. Odsuwam się i czuję samą siebie. To doznanie mnie poraża. Zdaję sobie sprawę, jaka jestem mała, skurczona i zwiotczała przy tym cielsku.

Nie odchodź, słuchaj mnie, proszę. Patrzę jeszcze na zwierzęta i zaczynam odczuwać, jak między nami następuje ciche porozumienie. Porozumienie pomiędzy człowiekiem i fauną, porozumienie między mną TU, a Tobą w naszym domu. Rozumiesz to? Natura jest CISZĄ, a może CISZA to natura? Odczuwam tę całość. Ach! Więc jesteśmy całością? CISZA jest całością?
– A materia, atom, oktawa, płaszczyzna, plan świata astralnego?
– Co mówisz?
– Jak w przyrodzie, tak w człowieku, panuje królowa CISZA. Cisza, to kobieta. Kobieta to królowa, która nosi w sobie światło, twoje łono wybuchało dwa razy. Dwa potężne rozbłyski, które dały nowe życie. Był więc w tobie rozbłysk gwiazdy. Wiem, że żyjesz w kilku różnych światach, zawierających się w sobie. Jesteś moją królową. Pytasz gdzie teraz jestem? W twojej głowie, kochana, w twoich myślach, bo istnieją tachiony, te hipotetyczne cząsteczki, które mogą w próżni przekraczać prędkość światła. Dzięki nim zaglądam w twoją rzeczywistość. Może w nas są furtki do tunelu CZASU i może pojedyncze fotony w naszych komórkach podróżują szybciej niż światło i stąd w CISZY nasza komunikacja. Może istnieją w nas Informacyjne Porty z rezonansowym językiem i dlatego możemy komunikować się ze sobą.
– Ach!, choć daleko, to blisko?

Ruszam w drogę powrotną pełna zrozumienia i niezrozumienia odwiecznych spraw. Jestem już w tym cudzym domu, przy moim podopiecznym. Ciało gibkie. Napasłam oczy zielenią. Spoglądam w lustro i widzę, jak odbija się w źrenicach nieskończoność nienasyconej odpowiedzi na dręczące pytania. Czym jest CISZA? Czym jest ten świat? Czym jest życie? Oczy łzawią od wiatru, czuję powiew we włosach i zapach lasu, który pachniał mi miętą. Taka miętowa wsunęłabym Ci się pod kołdrę. Wyrywam jeszcze kartkę z kalendarza, a na jej odwrocie, jakby przekaz zza lustra. „Uważaj na swoje myśli, bo zamienią się w słowa. Uważaj na swoje słowa, bo zamienią się w czyny.” Będę czekać na Ciebie w moim śnie, w mojej CISZY.

Twoja Łucja, żaden autorytet

Łucja, żaden autorytet (1)

Łucja Fice

Ryba

Myślę. Myśli przekształcam w słowa, słowa przelewam i zapisuję klawiaturą komputera. Myśli są różne, ale próbuję mieć nad nimi kontrolę. Nie zawsze się to udaje, ponieważ jestem bombardowana różnymi informacjami z zewnątrz, również z mediów. Nie zawsze mogę się dzielić swoimi myślami w sposób werbalny, bo mogę wywołać burzę krytyki i narazić na ostracyzm, a przecież tego nie chcę. Dlatego piszę.

Moja percepcja świata jest nieco inna aniżeli moich znajomych. Jest taka indyjska przypowieść „…I był ranek, kiedy Bóg stanął przed dwanaściorgiem swoich dziećmi i każdemu z nich przekazał zalążek ludzkiego życia. Każde dziecko stawało przed nim, aby przyjąć jego dar i wysłuchać słów misji, z jaką miało udać się na do świata ludzi, na Ziemię. „Tobie, RYBO, daję najtrudniejsze zadanie ze wszystkich. Masz zebrać zmartwienia wszystkich ludzi i oddać mi je. Twoje łzy, będą moimi łzami. Cierpienie jakie weźmiesz na siebie, jest następstwem ludzkiego niezrozumienia mojej idei, ale powinnaś wybaczyć ludziom, aby mogli zacząć jeszcze raz. Za spełnienie tego zadania otrzymasz ode mnie największy prezent ze wszystkich. Będziesz jedynym moim dzieckiem, które mnie rozumie. Dar ten jednak będzie należeć wyłącznie do Ciebie. Jeśli spróbujesz się nim podzielić, nikt nie będzie Cię słuchał, nie będziesz nigdy żadnym autorytetem. Bóg powiedział: posiadasz cząstkę mojej idei i nie możesz jej pomylić z całością czy wymienić na inną. Jesteś, Rybo, pełnią, ale nie dowiesz się o tym póki wszystkie znaki nie staną się jednością. Dopiero wówczas ujrzysz całość mojej idei”.

Piękna przypowieść prawda? Dziwne tylko, że już od dziecka domyślałam się, że świat wcale nie jest taki, jak go postrzegamy. Skąd? Dzisiaj moje ciało traktuję jak ciało jakiejś osoby w komputerowej grze, w wirtualnej rzeczywistości. Osoba z gry komputerowej jest tylko wyliczonym wirtualnym bytem. Moja fizyczność jest wirtualnym awatarem, a ja jestem graczem, świadomością. Jestem w tej rzeczywistości, by dokonywać wyborów pomiędzy dobrem a złem. Każdy człowiek, który przychodzi na świat, ma zaprogramowany system wartości. Już małe dziecko wie co dobre, a co złe, co mu wolno, a co nie. To jakby odwieczny zakład, może gra w kości pomiędzy dwoma siłami. Wszyscy żyjemy na tej samej Ziemi, jesteśmy jej solą i możemy (mamy prawo) głosić swoje idee i mieć na ten świat wpływ. Każdy ma w tym świecie swoje miejsce, przecież innej Ziemi nie znamy (jeszcze).

Teoria reinkarnacji mówi, że z każdym wcieleniem przepracowujemy kolejne lekcje i wspinamy się na wyższy poziom. Dziś już mamy w fizyce ogrom na to dowodów. Życie pokazuje nam, że każda ludzka kreacja może przejawiać się w dwojaki sposób – w pozytywie i negatywie. Zawsze jednak pytamy, jak to jest, że jesteśmy TUTAJ i dokonujemy wyborów. Można to tak wytłumaczyć: świadomość najlepiej może być przedstawiona jako system informacyjny. Ten system rozwija się poprzez tworzenie informacji. Informacja tworzy treść, tworzy strukturę, więc jestem TU, by dokonywać wyborów, by uczyć się (również na błędach,) ewoluować i po prostu stawać się lepszą. Świadomość ma zawsze wybór i jest połączona z wolną wolą. Może świadomość, która istnieje poza naszym cielesnym bytem, jest wdrażana do systemu informacyjnego (podobnie jak jakiejś komputerowej grze?). Może ten system stworzył pamięć? Może przetwarza dane poprzez nasze ludzkie wybory?

Mam wrażenie, że to wszystko musi być połączone z utratą lub przypływem energii (entropia.) Dobre wybory w obrębie świadomości w sensie moralnym popychają nas w stronę stanów niższej entropii i odwrotnie. Tak to rozumiem. Zdobywając wiedzę, wzrastam intelektualnie, tworzę szerszą świadomość, nowy obraz siebie. Mam też wiedzę intuicyjną i jestem nią „napędzana.” Wcale nie muszę być racjonalna w pojmowaniu życia, świata, kosmosu. Tak samo jak wszyscy odczuwam radość, smutek, strach, ból i tak samo dokonuję w życiu wyborów, ale postrzegam świat jako całość z jej fauną i florą.

Patrząc w tej chwili na gablotę z minerałami z całego świata i na ich kolorystyczne bogactwo (przebywam w domu fanatyka, którego pasją są kamienie, meteoryty i minerały, widzę, że różnią się od siebie, a jednak stanowią budulec całego kosmosu.

Doczytałam się, że uniwersytety (profesorowie) zaczynają łączyć świadomość i wypełniać lukę pomiędzy metafizyką, teologią i fizyką. To trzy części jednego, większego pojmowania kosmosu i sposobu, w jaki działa świat. Wydaje mi się, że takiego połączenia dokonali już Jezus, Budda, Mahomet i wielu innych. Jak to wszystko połączyć z nauką i wiedzą, jaka jest mi dostępna dzisiaj? Umysł ludzki jest jednocześnie potęgą i upiorem pełnym lęków, łaknącym odpowiedzi na dręczące pytania. Może to przerażony umysł każe mi szukać odpowiedzi? Jeszcze kilkanaście lat temu moja rzeczywistość i świadomość były oddzielona wielkim murem, ale to się zmieniło. Czy ta indyjska przypowieść o znakach zodiaku może być prawdziwa? Czym była siła, która skierowała mnie na drogę służby innym ludziom i tym samym poszukiwania odpowiedzi na trudne pytania? Myślę, że moja podświadomość wyrażała chęć opieki, chciała być pomocna i użyteczna, a tym samym ja sama, świadomie dokonałam takiego a nie innego wyboru.

Czym jest więc życie i związana z nią świadomość? Jaki jest jego cel? Ja już sobie odpowiedziałam. Ten cel to dojrzeć drugiego człowieka i pomóc mu w potrzebie, nauczyć się miłości do niego.

Życie to szkoła, to lekcje. Szkoda tylko, że wagary zabrały mi tyle czasu, sprawiły, że nie posiadłam wiedzy, której już dzisiaj nie nadgonię. Będę musiała TU kiedyś wrócić i te lekcje uzupełnić. Życie trwa, pisze swoją pracę i na razie mam tylko takie motto „Żyj tak, aby nikt przez ciebie nie płakał”.

Łucja, żaden autorytet

Starość, miłość, seks

Łucja Fice
w odpowiedzi na mój post na ten temat, nadesłała opowiadanie

Sanatorium miłości

ONA Początek turnusu. Tym razem nie przyjechała na rehabilitację. Jeszcze w domu uzupełniła arsenał ciekawych tematów do rozmów, do walizki zapakowała sukienki, w których wdzięki starszej pani (sześćdziesiąt plus) mogą jeszcze działać jak afrodyzjak. Przyjechała na polowanie. Nie na muchy. Przez czas turnusu będzie traktowała bycie kobietą w swoim wieku, jako sztukę albo dar. Już wszystko zaplanowała. Zawalczy o tę wymarzoną znajomość, choć i tak wie, że będzie robiła całkowicie co innego i odbiegającego od standardów, bo nie akceptuje status quo. Będzie dawała MU złudne poczucie komfortu, a i tak będzie robiła swoje. To cechy jej konformizmu. Będzie zmieniała rzeczywistość. Taka rebeliantka.
Poznała GO na drugi dzień.

ON Elegancki, też sześćdziesiąt plus, siedzi vis a vis przy następnym stoliku w sanatoryjnej jadalni. Uśmiecha się szarmancko. To nie grzecznościowy uśmiech. Chce ją złapać jak pająk w zastawioną, niewidoczną siatkę. Pająki są inteligentne, przebiegłe i szybkie. On jeszcze nie wie, że ta mucha da się złapać jego subtelnemu podrywaniu i da się zaciągnąć w pułapkę inteligentnym uśmiechem. Powoli wciągać ją będzie do gry zatytułowanej POLOWANIE. Na odległość perfumuje jej wyobraźnię. Pewnym rodzajem mowy ciała przesyła jej strumień telepatycznej wiadomości. Uwielbia te impulsy elektryzujące ciało.

ONA Wstaje od stolika. Czuje na sobie jego wzrok, który energetycznym ciepłem dotyka piersi, podbrzusza, ud, by zatrzymać spojrzenie na jej stopach, które w szpilkach podkreślały jej zgrabne nogi. Ponownie mierzy ją od stóp do głowy. Słucha więc głosu duszy i przysiada na kanapie tuż za szklanymi drzwiami jadalni. Zakłada nogę na nogę, prezentując, niby to granatowe szpilki (wie co robi) wyciąga z torebki czasopismo, będzie udawać, że czyta, ale myśli o tym, że pierwszy krok zrobiła. Jednak życie przynosi to, co zamówione. Planuje i stosuje zasady wolnego rynku. Przyjechała do sanatorium w poszukiwaniu mężczyzny do swojej bajki. Za marzenia się nie płaci. Uważa, że ma nosa i wie, gdzie jeszcze na tej planecie żyją dżentelmeni.

ON Czy to pani wysyłała ogłoszenie do rubryki „Poznajmy się”? Uśmiecha się tym uśmiechem kusiciela, na który podrywa szesnastolatek.

ONA Czy to pan jest tym dżentelmeni, na którego czekam? Zawiesza nisko głos z powagą matrony.

ON Zapraszam panią na spacer, a później do najlepszej restauracji w mieście. Czy dama się zgodzi?

ONA Brzmi ładnie i zachęcająco, odpowiada tym razem promiennym uśmiechem.

ON Wyglądał jak kultowy vintage. Jego koszulka, chyba od Armaniego, przylegała do ciała jak rodzaj alibi. Ten bywalec sanatorium podaje jej rękę, przedstawia się i pomaga wstać z kanapy.

ONA Obserwuje go. Przez moment ma wrażenie, że to nie oryginał, tylko hologram jej wyobrażeń o takim właśnie Herkulesie. Ideał, pomimo sześćdziesiąt plus. Mógłby śmiało brać udział w Światowych Igrzyskach Starszych Panów. Imponująco wysoki o wysportowanej sylwetce. Nie zrobiłby kariery na dworze Napoleona, nawet jego imię, brzmi, jak byłby łowcą, który poluje w wyrafinowany sposób, z seksualną gracją. Szybko karci się za te skojarzenia, bo przecież ona też sroce spod ogona nie wypadła. Sukienka wygląda jak od Gucciego, zgrabne nogi, figura bez zarzutu, duży bursztyn w srebrnej oprawie objaśnia jej cechy osobowości.

ON Paranormalnymi zmysłami i z doskonałą intuicją człowieka, co patrzy i już wie, wyczuwa, że nie przyjechał na darmo. To musi być niespokojna, rozgorączkowana, niepoprawna poszukiwaczka przygód, taka, która idzie z duchem czasu i nigdy nie ogląda się wstecz. Dla takiej chwila obecna jest najważniejsza. Poszukuje właśnie takiej, co nie boi się ryzyka i jasno widzi przyszłość. Takiej, co przy lwie będzie lwem. To musi być orlica, a nie kura.

ONA Została wychowana przez życie i czasy na silną, zdeterminowaną kobietę. Dzięki temu umie cieszyć się życiem, choć bywały trudne momenty. Zawsze stara się wykorzystać swoje możliwości i talenty. Nie próżnuje. Wszystkie cele osiągała sama. Te polowanie na niezależnego, przystojnego, inteligentnego dżentelmena też się powiedzie. Nigdy nie traci rezonu i nadziei.

ON Wygląda na złodzieja drogich klejnotów, który przyjechał do sanatorium w poszukiwaniu diamentu, klasy FS1. Podczas długiego spaceru wytwarza intensywne pole magnetyczne. Żadna tam subtelna erotyka, zwykła jaskrawa seksualność. Wciąga ją do gry. Nie o tron. Nadają na tych samych falach. Filozofia, metafizyka, teologia, mechanika kwantowa, sny. Ma wiedzę i nią błyszczy.

ONA Myśli, że przestaje działać grawitacja. Czuje się jak tachion i z szybkością światła zstępuje na nią jakieś nieokiełzane urzeczenie jego męskością. Nie jest w stanie obronić się przed arsenałem romantycznych sztuczek i cały czas podczas pierwszego spaceru wchłania odurzającą woń jego światowości. Niezaspokojone potrzeby jej ciała wywołują psychiczne napięcia, które on w mig rozszyfrował, a jej pogoń za przyjemnościami nie była zupełnie ślepa.

ON Masz coś, czego potrzebuję i pragnę. Zostań ze mną na czas turnusu. Możesz zostać słodką utrzymanką, młode kobiety mnie nie interesują

ONA Zaraz Eros strzeli jej w serce. Takiego szczęścia mogłyby jej pozazdrościć studentki. Dobrze jest być faworytą, jest kochanką króla i wszyscy się jej boją. Tak oto, przyjęła propozycję bycia razem przez okres turnusu, ale na własnych warunkach i cały ten czas medytowała nad przyjemnością bycia z tym dumnym pawiem, który rozkładał przed nią kolorowe skrzydła wdzięków.

ON Miał coś z obsydianu albo czarnego bursztynu, wszak kamienie mają swój własny ogląd świata i są jak ludzie. Tryskał wysokogatunkową energią i tajemnicą. Było w nim kilka gatunków tych szlachetnych kamieni oprawionych przez wytrawnych jubilerów i zakwalifikowanych na wystawę do Tate Modern.

ONA Wyczuwa maskę. Wie, że w sanatorium maski są przydatne. Sama przecież programuje się każdego dnia, z nową maską na nowy dzień i nowe okoliczności. Będzie musiała uważać, by maska nie opadła i nie ukazała prawdziwej, niezakłamanej twarzy.

Minęły już dwa tygodnie

ONA Oswaja się z byciem zupełnie kimś innym, niż była do tej pory. Jest dobrze. Każdy zasługuje na takie życie. Ludzie przyciągają do siebie nie to, czego pragną, ale to czego potrzebują. Gra swoją rolę, jaką napisało dla niej życie. Maska, którą wybrała z prywatnego arsenału masek, jest odpowiednia na ten turnus. Pobyt tutaj to jej osobisty prywatny reality show. Nosi maskę pewności siebie, bo jest na obcym terenie wibrującym inną energią, musi więc stworzyć kolektywne pole, musi się dostroić. Od trafnego rozpoznania terra incognita zależy tu przetrwanie. Dopiero kiedy wróci do domu, zamieni się w siebie. Jest teraz tam, gdzie maski są potrzebne. Czy przez przypadek nie stała się ich kolekcjonerką? Otoczona maskami jak przyboczną gwardią, często waha się, w którą się na dziś ubrać.

ON Ma w zapasie maski Fałszu. Może będzie potrzebna maska z comedii dell’arte, w konwencji teatru wyobraźni? Swoją obecność umieścił w innym czasie i innej przestrzeni. Bajka na scenie w sanatorium pozbawiona dekoracji. Gra na rozgorączkowanej wyobraźni tej kobiety. Rozumieją się jak atom i antyatom. Półsłowa, pół oddechy, pół spojrzenia i półsenne marzenia. Życie jak wyrafinowana gra wstępna.

ONA Od siódmego roku życia była półsierotą, a teraz jest wdową i ma ochotę grzeszyć. Sama od siebie dostała dyspensę. Chce też dostać się do jego duszy, ale coś jej podpowiada, że w nim jest tylko krystaliczne wyrachowanie. Jego maska zbyt mocno przylega do jego duszy, ale mniejsza z tym, bo liczy na to, że ona sama będzie lekiem na jakieś zło? Chyba jest zaprzeczeniem zdrowego rozsądku, bo wierzy w coś więcej, niż ten szybki sanatoryjny romans. Trochę infantylna, bo ten mężczyzna jest prawdziwej wiary w rządy nierządów, nosi w sobie natarczywą chęć grzeszenia. Seks to czynnik postępu w jego świecie, miłość to kąkol, a waluta to moralność. Mimo to marzy się jej miraż skrojony specjalnie dla niej. A może? Chce więc płynąć dalej na tym luksusowym, sanatoryjnym statku w pięknej masce Kolumbiny. Najlepiej jakby zacumowali nad Gangesem i wzięli rytualną, oczyszczającą kąpiel w rzece, bo on tak dalece skorumpował jej zmysły.

ON Proponuje wyjazd do innego luksusowego SPA w okolicy. Chce stracić jeszcze więcej pieniędzy.

ONA Jeśli odrzuci tę propozycję, to będzie to zapewne ostatnie spotkanie, bo między nimi jest także jakieś niedopowiedzenie. Wyczuwa to kobiecymi zmysłami. Kim on jest? Wcześniej żadne trzecie oko się jej nie otworzyło, raczej chwilami czuła się, jakby siedziała w konfesjonale, a on się jej spowiadał. Miała wrażenie, że wie o nim wszystko, ale też od ostatnich dwóch dni miała przebłyski, że on ma jakieś zawiasy w swoim życiorysie, lecz bajka do której weszła nie pozwalała na zastosowanie logiki. Chciała w niej tkwić.

ON I ONA W dzień, w dzień rozkoszowali się sobą. Rozmowy gęstniały od zabawnych epizodów z przeszłości ich obojga. Śmiali się głośno. Tamtej nocy uświadomiła sobie jego lubieżne, kulturowe uzależnienia od alkoholu. Zrozumiała też, że scena na której gra główną rolę, to jego ulubione zajęcie. Pewny siebie Herkules, który kobiety zdobywa skinięciem palca. Idzie sobie przez życie bez lęku i oporu, nie boi się biedy, starości i samotności. Życie dla niego to jak egzotyczna podróż, która kończy się śmiercią, której też się nie boi. Miała wrażenie, że on przy narodzinach ustawił się kolejce do Bachusa, a dla takiego najlepszym zawodem byłby ksiądz. Mógłby pić wówczas w czasie pracy. Jest takie powiedzenie stare jak świat:

„By poznać człowieka, trzeba zjeść z nim worek soli.”

ONA Wie, że powszechna prawda o człowieku jest zamknięta w trunku na dnie ostatniego kieliszka. Ale on jest ostrożny, jakby alkohol to była trucizna. Tego wieczoru nie udało się rozszyfrować tajemnicy. Kim jest ten człowiek, który traci tak szybko pieniądze, jakby uzupełniał je co dziennie zbieraniem na tacę w katedrze turystycznego miasta?

Nowe spa

ON I ONA Dostali luksusowy apartament, tym razem we dwoje od rana do rana.

ON Chciałby spełnić jej sekretne marzenia.

ONA Tak! Ma marzenia, tęskni do rzeczy tajemniczych, statkiem UFO chce polecieć na inna planetę, która zarezerwowana tylko dla ich dwojga. Pragnie odszyfrować tajemnicę.- KIM JEST TEN CZŁOWIEK?

Luksusowa restauracja

ONA Bywała już w kilku. Pamięta te w Budapeszcie. Żeby zapłacić rachunek sprzedała kelnerowi złoty łańcuszek i pierścionek. Nigdy nie żałowała. To było jej pierwsze spotkanie z luksusem. Później był Londyn, Berlin. Był Strasburg i jeszcze inne stolice Europy.

ON I ONA Codziennie inna restauracja, zmieniają nawet miasta. Dzisiejszy lokal jest prawdziwą perłą konsumpcji, czysty w formie i elegancki. Życie jak wyśpiewany madrygał na ich cześć. Jest też szwedzki stół, który przypomina im film La Grande bouffe. Olbrzymie lustra przyciągają promienie i połyskują tęczowym blaskiem. Okna wychodzą na południe, wpuszczają słońce późnego lata. Ten blask poszukuje kształtu obleczonego w materiał. Natrafia na jej czarną luksusową koronkę, kradnie ciepło z tej czerni. Potem to już chłód natrafia na chłód. On to wyczuwa i z nonszalancją ściąga marynarkę i okrywa jej ramiona. Zamawia Kir Royal. Wydaje się jej doskonały, bo symetria jego twarzy współgra z jego ubiorem.

ONA Ma włosy finezyjnie upięte i profesjonalny makijaż. Sama sobie się podoba. Kelner przyniósł butelkę tego Kira. Nie znała tego trunku. Wznoszą toast i bez słowa naradzania zamawiają dania o bajkowych nazwach. On uśmiecha się do niej i szybkimi łykami pije za doskonale chaotyczny, przypadkowy świat. Po dwóch kieliszkach i kilku kęsach czegoś tam (mógłby równie dobrze być to sznycel z lamparta, czy glizdy w sosie szafranowym) ma problem. Chce rozwikłać tajemnicę tego super sympatycznego aroganta. Oby ta komedia nie zamieniała się w dramat, oby życie nie okazało się bogatsze od fikcji. Byle by tylko rozwikłać tajemnicę.

ON Moja dewiza to: komplikuj, a potem prostuj i zawsze będziesz miała co robić. Nie znoszę nudy i do życia zawsze wprowadzam nieco chaosu. W chaosie jestem szczęśliwy. Ostatnio czułem się nieco przeżyty, dlatego znalazłem się w sanatorium, by czasami za wcześnie nie opuścić materii.

ONA Doprowadza do tego, by następny kieliszek przedestylował prawdę o nim. No cóż! Rozmowa z nim jest dla niej jeszcze jak oddychanie. Myślę, że na nasze spotkanie pracował cały Wszechświat od zarania dziejów?, mówi. Konieczne były wszystkie wojny, zwycięstwa i porażki. W wielkiej loterii życia zachodziły różne konstelacje zdarzeń.

ON Tak! Tak! Gra przypadku i konieczności, potwierdza niskim urokliwym głosem, w którym ją uwięził. W pewnym momencie brakuje mu jednak dowcipu. I wtedy.

ONA Czuje coś tajemniczego, niedopowiedzianego w obrazie tego herkulesowego ciała. Odkryła jego cyniczność i nie pomaga mu w tej chwili znajomość kunsztu życia, maniery z Roal Palace.

ON Jest już przez Bachusa pokonany i zaplata wianek z chwastów słów. Każdy może dać tylko to, co ma, odzywa się jak heretyk, który wierzy w sakrament mamony. Spotkałaś mnie w najlepszym momencie życia i nie odtrącaj mojej propozycji spotykania się wówczas, kiedy będę chciał i mógł. W tym momencie przesiedli się na inne superstruny i drgają innymi cząsteczkami myśli.

ONA Zmienia kurs tego luksusowego statku, bo najprawdopodobniej zbliżają się do rafy. W jego oczach widzi bezsens życia. Tak! Wydaje ci się, że jesteś bogaty, nawet myślisz, że jesteś młody i z pomocą mamony czujesz się jak Herkules, a ze mnie chcesz zrobić swoją własność. „Fortuna jest kobietą piękną i kapryśną. Wziąłeś ją w ramiona, nagle sen twój prysnął, bo zraniłeś ją słowem albo jakimś gestem i wnet odeszła mówiąc, już twoją nie jestem.” Próbowała zatrzymać jego butę słowami fraszki Sztaudyngera. Nie! Jesteś wesołym starszym panem i jednym z żebraków świata, pachniesz potem samotności i bezradności, odsunięty od realnego świata, wylicza.

ON Przez chwilę milczy z opuszczonymi powiekami, jakby wsłuchiwał się w zegar własnego bólu i cierpienia. Po chwili nerwowo pije szybkimi łykami i uzupełnia kieliszek i tak kilka razy. Jestem ulubieńcem bogów. Na śniadanie łykam czarne bursztyny, kąpię się w gwiezdnym pyle, jestem jeden jedyny w całym kosmosie. Nie ma drugiego takiego Herkulesa, broni się.

ONA Te metafory ją bawią i zastanawiają, bo to jej metafory. Może wykorzysta je w następnej książce.

ON Zamawia już którąś z kolei butelkę i mówi, że według Francuzów tylko pierwsza butelka jest droga – zrobił ironiczny rejestr jej cnót, uznając jej pisanie za pełne kulturalnych i filozoficznych podtekstów i zapachów starych ludzi. Zamiast zachęcać swoich seniorów do śpiewania psalmów w drodze w zaświaty, to pani cnót nad nimi się rozczula. Ja nie wyśpiewałem jeszcze swojego hymnu miłości. Sama przecież podałaś mi pomysł na młodość. Powiedziałaś, że czas można oszukać. I ja to robię. W twoich książkach, moja pani cnót, toczy się walka piękna ze złem, a gdzieś na zapleczu, starość heroicznie walczy z życiem. Ale mogę pochwalić za amplitudy emocji i to, że z demonami starości rozprawiłaś się po mistrzowsku i z tego brzydkiego słowa, za jakie uważam starość, zrobiłaś poezję życia. Kiedy społeczeństwo usunie mnie z przestrzeni użyteczności, czyli kiedy będę stary, to poddam się eutanazji. Chcę być wolny.

ONA Chcę wiedzieć kim jesteś, nie obchodzi mnie skąd wyciągasz kasę, ale kim jesteś?

ON Teraz jestem wolny, a za pieniądze mogę kupić co będę chciał. Cały świat. I ciebie

ONA Jesteś emocjonalnym sierotą i uważaj, bo zamienisz się w złoto. Liżesz jakieś rany alkoholem i wydawaniem pieniędzy, i to chyba nie zarobionych. Też wypiła kilka kieliszków, a jego słowa upchnęła w zakamarkach umysłu. Muzyka i alkohol, niepewne emocje wzmagają jej apetyt, który nie jest sublimacją i poszukiwaniem rozkoszy podniebienia, ale reakcją na zaistniałą sytuację. Przypomniała sobie powiedzenie: pokaż mi, ile jesz, a powiem ci, kim jesteś. Syta i na rauszu może się pewnie odezwać. Tak! Możesz kupić, ale tylko półświatek. Z życia zbieramy to, co zasialiśmy i to po wielokroć. Czas zrobić ci psychiczny peeling, taki prezent koniecznego zła i wątpliwego dobra. Uzupełnia kieliszki i wznosi toast za powrót do PRAWDY. Tym słowem powoduje zachwianie jego równowagi, bo nieświadomy obnaża swoje drugie oblicze i robi to w bardzo wysublimowany sposób, wierząc, że ona się nie domyśli.

ON W młodości mogłem przebierać w pięknych Gracjach, ale nie wybrałem zbytku i radości, a powinienem kobiety wlewać sobie do krwi i się nimi zarażać jak bakteriami. Kobiety, to jak Katedry, w nawach których mógłbym przeleżeć i przemodlić o rozkosze na całe wieki. Kiedy zrozumiałem, że bez was nie ma życia, było za późno, by cokolwiek zmieniać. Pomagały pieniądze, za które mogę kupić wszystko. No! prawie wszystko. Ciebie na pewno.

ONA Jego buta w jednej chwili wywołała nienawiść do mężczyzn. Więcej wina! zawołała. Chciała mieć całkiem zmącony umysł. Zrozumiała, że jego tajemnica jest za zasłoną siódmej prawdy. Wino w nadmiernych ilościach zawsze odsłania to, co w człowieku pokiereszowane. Nie przypominasz już rajskiego pięknego pawia, prezentującego swoje barwy samiczce, choć jeszcze trochę w tobie wdzięku, ale ten też się zestarzał, a udawanie młodzieniaszka, to tylko farsa.

Ostatni wieczór

ONA Pokażę ci, gdzie pieprz rośnie, Założyła na ten wieczór kuszącą sukienkę. Ktoś mógłby powiedzieć, że od Gucciego. Restauracja z widokiem na niebo i park. Zupełnie jak kiedyś w Budapeszcie. Dobrze ten wieczór zaplanowała. Odbierze mu godność. Nagle słyszy podszept, chyba samego diabła, bo już nogi jej więdną, a w ustach zasycha, bo ten Herkules ujmuje ją swoim trikami w dyby męskiej niewoli. Chyba nie uda się ta intryga, bo on nadal działa na nią jak afrodyzjak, usypia czujność.

ON Ubrany w nową, mistrzowsko skrojoną marynarkę. W ogóle przez cały sanatoryjny czas wyglądał, jakby przyleciał na chwilę z innej, jakiejś super eleganckiej planety. Kelner czeka w pogotowiu, jakby miał uprawnienia do reanimacji, bo macha już białą serwetą.

ONA Dzisiaj zje nawet te glizdy w sosie szafranowym. Jak każda neurotyczna kobieta wnosi ze sobą tratwę ratunkową w razie, gdyby wypadła za burtę własnego fortelu. Atmosfera na sali jest hipnotyzująca. Dostali dekoracyjne menu. Naturalnie zrelaksowana patrzy na tego półboga, którego trzeba sprowadzić na ziemię. Myśli obrazami, jak każda kobieta i nie zapomina o fortelu, mającym ukrócić półboskość tego Herkulesa .

ON Ostatnio pił za dużo, jakby celowo chciał „upuścić farby,” a nie wypowiedzieć się do końca. Jeśli świat jest alchemiczną kombinacją porządku i przypadkowości, to wypijmy za przypadek, który nas zetknął. Szczęściarz ze mnie, że obok siedzi tak ciekawa metafizycznie kobieta, którą, gdy tylko będę chciał, to będę miał, bo odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądz, wszystko ma swoja cenę. Chcę ciebie i chcę za to płacić. Dał się namówić na Białego Niedźwiedzia, tylko nie wiedział, że przekupiony kelner zmienił proporcje.

ONA Zachwyca się możliwością niemożliwego, patrzy mu w oczy, jest gotowa wejść w tę przestrzeń, w której jeszcze przebywa. Ponoć oczy są zwierciadłem duszy. Otwórz ten margines, wyjaw tajemnicę, kim jesteś? Powiedzmy sobie dzisiaj naprawdę wszystko.

ON A co! Chcesz być moim konfesjonałem i jesteś w stanie dać mi rozgrzeszenie? jeszcze trzyma się twardo, jeszcze nie wychodzi z niego jeż.

ONA W jakiej parafii pracujesz i jaką masz kościelną rangę, to Kościół Katolicki, prawda? Na pewno nie jesteś zwykłym księdzem.

ON Ten hedonista zaczyna wszystkiego się wypierać i na poczekaniu tworzy scenariusz, chyba do nowego filmu na Discovery, o sprzedaży luksusowych domów w Europie. Ostatnio odrzuciłem kilka intratnych kontraktów, bo przecież muszę mieć czas na życie towarzyskie. Język już mu się plącze, z minuty na minutę wyłazi z niego zwierz. Wynocha z lokalu, mówi, stojąc na chwiejących się nogach, do wszystkich gości, bo jak będę chciał, to, to, to… Teatr się rozpoczyna, ale jeszcze nie wiadomo czy to komedia. Na koniec wynoszą tego aktora ze sceny w opłakanym stanie.

ONA Jeszcze robi telefonem ostatnie zdjęcie, jeszcze ostatnie zerknięcie i wychodzi z lokalu. Kiedy jest już u siebie, dzwoni ten Richard Gere z przeprosinami i pytaniami o swoje zachowanie. Spadłeś wczoraj z piedestału i puściła fastryga. Mam zdjęcia. Biały Niedźwiedź w zmienionych proporcjach wspaniale rozwiązał zagadkę.

ON Wiesz kim jestem? Przecież chciałaś wiedzieć? Jestem nikim.

Kiedy maski opadły, okazało się, że to lwica romansowała z baranem.

 

Dom (apel o wsparcie)

Publikowałam już na blogu apel o wsparcie dla projektu wydania książki młodo zmarłego poety, Juliusza Gabryela, i o pomoc dla filmu Andrzeja Titkowa o żydowskich mieszkańcach Lublina, dziś następna prośba, tym razem w sprawie książki o opiekunkach. Temat jest bardzo ważny i może ktoś wpadnie na pomysł, jak pomóc autorce. Bo jedyny sposób, jaki ona może tu zastosować, to oczywiście po prostu znowu pojechać do pracy jako opiekunka!

Uwaga: tłumaczenie na niemiecki jest gotowe, potrzebne są pieniądze na druk i rozpowszechnianie.

Łucja Fice

Z zawodu jestem chemiczką. Obecnie na emeryturze. Moją pasją całe życie była literatura. Wiersze pisałam już jako dziewczynka w szkole podstawowej, a w Technikum miałam na koncie dojrzałe teksty. Od roku 1996 należę do literackiego Stowarzyszenia RSTK i w tym samym roku debiutuję na łamach czasopisma literackiego Własnym Głosem. Od tamtej pory „zainfekowana” literackim bakcylem już na poważnie, puszczam się w wir pisania. Co roku uczestniczę w warsztatach literackich, czego efektem są tomiki poezji, nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. W pewnym momencie życia zmuszona zostałam do wyemigrowania z kraju na Wyspy Brytyjskie, gdzie podjęłam pracę jako opiekunka w Care Home w Walii. Po kilkuletnim pobycie na Wyspach podejmuję ryzyko pracy jako opiekunka seniorów w Niemczech. Emigracja i saksy zaowocowały powieściami PRZEZNACZENIE, WYSPA STARCÓW, OPIEKUNKA, DRUGA STRONA GRZECHU, ale najważniejsza jest dla mnie powieść ZA KRYSZTAŁOWYM LUSTREM – wspomnienia opiekunki. Po drodze były promocje, wywiady, publikacje, recenzje w wielu czasopismach (Polityka, Gazeta Wyborcza, Wysokie Obcasy, czasopisma lokalne). Redaktor naczelny czasopisma Akant, prof. Pastuszewski napisał pracę naukową Portret psychiczny emigrantki zarobkowej po roku 2004 na podstawie moich powieści. W 2016 roku zostałam przez MKiDZN nagrodzona odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej.
W powieściach mówię wprost, chcę zachować szczerość. Przedstawiam świat opiekunki jako rzeczywistość i dostrzegam wynikające z tego dramaty. Starałam się przedstawić ten wybrakowany świat trochę inaczej, więc połączyłam go ze snami, ze wszystkim, co dobre w tej pracy, a więc duchowy rozwój, przystanek i zastanowienie się nad sobą samą.
Świat wewnętrzny Gabrysi, głównej bohaterki powieści Za kryształowym lustrem, jest bardzo bogaty, jest w nim poza realistycznym opisem ciąńkiej pracy, również drugi wątek, metafizyczny, filozoficzny,. Rozmyślania Gabrysi dotyczą sensu egzystencji, co chyba czyni książkę ciekawszą.
Jestem pewna, że powieść warta jest wydania w Niemczech, o co zabiegam. Otrzymałam już zgodę wraz z umową od Redakcji FRANKFURTER VERLAGSGRUPPE GmbH na jej niemieckie wydanie. Jednak koszty edycji książki (7000 lub 12000 euro) nie pozwolą mi na jej wydanie bez finansowego wsparcia. Jestem przekonana, że powieść zdobyłaby uznanie czytelników na księgarskim rynku w Niemczech i krajach niemieckojęzycznych, pozwoliłaby na przybliżenie tematu niemieckim czytelnikom. Powieść ma zwrócić uwagę niemieckiego czytelnika na to, co ważne jest w życiu, na aspekty moralne jego decyzji, gdy decyduje się wynająć opiekunkę z Polski do opieki nas  niepełnosprawnym członkiem rodziny.
W takiej sytuacji zmuszona jestem do szukania innych źródeł finansowania. Proszę tych, którzy zechcieli by mnie wesprzeć w tym projekcie i pomóc, by ta empatyczna powieść mogła się w Niemczech ukazać. Sponsorów na pewno zareklamuję nie tylko w książce, ale również we wszelkich wywiadach czy spotkaniach.
Wierzę w ludzi i ich pomoc w pokonaniu barier, jakimi są pieniądze, bo przecież Unia Europejska jest naszym wspólny DOMEM.

Fragment powieści:

Miedziane słońce wpadało do pokoju przez wszystkie okna. Stałam chwilę przy otwartym oknie, jak zamurowana, sztywna, z uczuciem jakiejś bolesnej rozkoszy. Miło było położyć się do wygodnego łóżka. Nagle zerwałam się. Wydawało mi się, że podopieczny mnie wołał przez aparat babyfon. Włożyłam szlafrok i zeszłam do pacjenta.

Otworzyłam kluczem główne drzwi, weszłam do pokoju chorego, ale nic nie słyszałam oprócz ciszy. Heinz smacznie spał. Chciałam wracać, ale moją uwagę przyciągnęło światło z kuchni. Strugi perłowego światła, które wyglądało jak koraliki zawieszone na niewidocznych sznurkach. Przesunęłam ręką po oczach, czy aby nie śpię. Nie! Byłam zupełnie świadoma. Po przetarciu oczu zauważyłam, że kuchnia tętni życiem.

– Gdzie jest Helga?
– Helga śpi.

Nie wiedziałam, od której osoby pochodził głos. To była odpowiedź, którą najprawdopodobniej słyszałam tylko w mojej głowie, kiedy zaczęłam tę sytuację analizować. I wtedy, właśnie wtedy zauważyłam na dwóch stołach rozciągających się na całej długości kuchni zielony, żywy dywan sadzonek. W tym momencie mnogość obcych mi ludzi w kuchni zafascynowała mnie po raz drugi.

– Kim oni są, co tu robią?

Nagle ze świecą w ręku podeszła Irena. Wtedy pomyślałam, że śpię, ale wcale nie mam zamiaru się obudzić.

– Nie śpisz! – Irena uśmiechała się i podała mi dużą świecę, która płonęła jakoś inaczej. To światło nie przypominało blasku świecy czy refl eksu lampy. Nie miało złocistych odcieni. Było przezroczyste, ale migotało i błyszczało.
– Co ja tu robię? Irciu! Ty nie żyjesz! Irciu! To tylko sen!
– „Mój świat jest tak blisko ciebie, jak twoja koszula przy ciele”. Nagle obraz znikł, a ja znalazłam się w kuchni, którą opuściłam wieczorem.

Znowu sen na jawie – pomyślałam i zamknęłam drzwi na klucz.
Mignęło jeszcze wspomnienie snu i wyszłam na zewnątrz. W pełnym milczeniu nocy posuwałam się w wilgotnej ciemni schodów. Spojrzałam na niebo, na którym (tak mi się zdawało) zabłysła i zaraz zgasła gwiazda.
Chociaż żadnej gwiazdy nie było, to zapamiętałam ją sobie i jakbym ścisnęła ją w dłoni, żeby zrobić miejsce w umyśle dla czegoś, co mogłoby się wydarzyć. Doszłam do metalowych schodów, które prowadziły do mieszkania Klaudii i Martina, gdzie na drugim piętrze był mój pokój. Przeszłam przez duże oszklone drzwi i byłam w pierwszym pomieszczeniu. Spojrzałam jeszcze na szklaną, oświetloną szkatułę, w której znajdowała się rzeźba rumaka i… nagle coś mi się przestało zgadzać.

– Przecież jestem na jawie, jestem tego świadoma.
Wtedy dźgnął mnie strach. Wytężyłam słuch i próbowałam oswoić się z myślą, że słyszę czyjeś głosy. Kiedy próbowałam okiełznać lęk i już myślałam, że jestem nadzwyczaj spokojna, strach powrócił rykoszetem.

Na sofie siedziały dwie młode kobiety, których nigdy nie widziałam. Obie na dużych tamborkach wyszywały kolorowe makaty i rozmawiały.
Na podłodze leżały trzy dywaniki. Były magicznie kolorowe.
Wiedziałam, że są już gotowe. Kobiety nie zwróciły na mnie uwagi, jakbym była przeźroczysta.

– Boże! Co tu się dzieje? To sen! To sen! To tylko sen! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić! Chcę się obudzić!
Stałam przy oknie z przyklejonym do szyby nosem, w niemym osłupieniu.
Dotarło do mojej świadomości, że nie obudziłam się w łóżku.
Od kiedy tak stałam? A może jeszcze się nie obudziłam? Moje ruchy zdawały się być osowiałe jak po męczącym dniu. Spoglądałam milcząco na poranny ogród, na te rozlewające się słoneczne plamy. Zdawałam sobie sprawę z własnej obecności TU I TERAZ, choć już nie miałam stuprocentowej pewności. Ten sen był tak fascynujący, że chciałabym jeszcze raz do niego powrócić. Czułam w nim „coś” nie z tego świata, a teraz to „coś” odchodziło, jakbym straciła świadomość własnych myśli, choć moja percepcja była trzeźwa. Trudno mi było wrócić do rzeczywistości, bo w dalszym ciągu czułam, się tak, jakbym znalazła się na przecięciu światów, jak przed zaśnięciem, kiedy wchodzę w stan marzeń. Te wszystkie obrazy, które przepływały przez mój umysł, myśli i głos Ireny podczas tego snu, odbierałam przecież bardzo realnie. Zawsze uwielbiałam spokojną tonację jej głosu, który działał na mnie jak dźwiękowe valium.
A może wcale mnie tu nie ma, może to tylko odbicie mnie samej w szybie, w KRYSZTAŁOWYM LUSTRZE, odbicie mnie w sobie? – pomyślałam. Może potrzebowałam tego snu, by móc zrozumieć coś innego? Muszę go zinterpretować z innej strony. Może jestem w stanie sama zmieniać swoje życie? Może coś wyłapuje moje myśli, które są z tym„czymś” w rezonansie?! Może te sny to jakaś siła przyciągania, o której nie mam pojęcia i mogłabym wszystko do siebie przyciągnąć, o czym tylko pomarzę? Może są połączeniem pomiędzy moimi marzeniami, lękami, a fi zyczną rzeczywistością? Chyba tak! To moje myśli sprowadzają mnie na saksy. Miałam wówczas zbyt dużo mentalnego chaosu w głowie, bym mogła dostrzec spokój.

Ile razy już tak bywało? Czy inni też mają takie stany ducha, jakby byli pogrążeni w półśnie, we mgle? Co u diaska się ze mną dzieje?
Poczułam, jakby granica między snem a jawą zupełnie się zacierała, zaczęłam wątpić, czy w ogóle żyję. Tak bywało w dzieciństwie, a teraz znów wszystko powraca. Z kim mogę o tym porozmawiać? Z kim się tym podzielić? Nie chcę więcej śnić!
To co? Mam się nie kłaść spać? – prowadziłam w myślach dialog ze sobą, jakby były mnie dwie. Przecież te sny to nie sploty luźno poukładanych zdarzeń, to logiczne, sensowne obrazy. Jeszcze raz zdałam sobie sprawę, że byłam z czymś w rezonansie. No właśnie, z czym? Może to był jakiś bank Wszechświata i stamtąd, jak z komputera dostałam tę wiadomość. Przecież prośby o sen z Ireną się spełniły, a w moim mózgu jest rodzaj kryształowego lustra, przez które przepływa jakaś nieznana energia zawierająca informacje. Może miałam w tym śnie dostęp do jakiejś hiperkomunikacji?

Po przeanalizowaniu snu, centymetr po centymetrze, odkryłam:
Zielone sadzonki – wzrastanie we mnie mądrości o mnie samej.
Światło zapalonych świec – wewnętrzny blask, o którym mówił nie tylko Jezus, ale inni prorocy. To przekaz, który ma mnie wprowadzić na następny etap rozwoju, żebym przestała pytać, KIM JESTEM, a zaczęła pytać, KIM lub CZYM mogę się stać. Nastąpiło skojarzenie ze słowami matki ze starego snu: „Dostrzeżesz kim jesteś. Rezultaty już istnieją”. Czyżby życie przynosiło to, co zostało zamówione? Może to przekaz, że muszę zaakceptować, iż jestem procesem, a nie tylko osobą, istotą. Haft owane ręcznie artystyczne dywaniki – to ten fundament pod zrozumienie, to tkanie mądrości, przecież widziałam wzory, które mój umysł rozpoznawał, które oparte na wiedzy i doświadczeniu mogą mi się przydać, tylko muszę z nich skorzystać.

A może ten sen był odpowiedzią na moje wielkie współczucie, na moją pozytywną emocję, jaką obdarzyłam Heinza, uczucie, z którego zdałam sobie sprawę, że płynęło głęboko z mojego serca. Boże! Teraz rozumiem, dlaczego tak rzadko miewam tak piękne sny. No tak! Następna PRAWDA – bo tak rzadko jestem prawdziwie dobra. Nie jestem doskonała. To we mnie tkwi DOBRO I ZŁO. BIAŁE I CZARNE.

Jestem dualna. Choć o tym wiedziałam, jakby od zawsze, dając innym rady, to dopiero TERAZ sama to poczułam. To Irena, moja przyjaciółka, pomogła mi uświadomić sobie, KIM JESTEM. Odeszła, bo bała się, a świat zrobił za nią resztę, zarażając nieuleczalną bakterią.
Zrozumiałam i urodziły się nowe pytania: jak być tylko dobrą?
Czy jest taki świat, nad którym sprawuję władzę? Jak pozbyć się złych myśli, emocji? To są najważniejsze dla mnie, jako dla człowieka w dzisiejszych czasach, pytania.

Przy śniadaniu opowiedziłam sen.
– Gabi! To są wspaniale symbole, spróbuj je rozszyfrować. Może w tych snach widzisz przyszłość?
Nie powiedziałam, że już to zrobiłam.
Zawsze widziałam przyszłość, od dziecka, ale problem w tym, że widziałam ją we fragmentach, jak w okruchu rozbitego lustra. Ilona nie miała racji, mówiąc, że przyszłość jest już zapisana.

***

Dni mijały w spokoju, umilane relaksującą muzyką sączącą się od samego rana z radia lub z płyt CD. Dom pachniał miłością, dobrą kuchnią i kwiatami. Po pięciu latach na saksach zostałam obdarzona szacunkiem i szczerą miłością obcych mi ludzi. Już nie czułam się jak wierny pies, który nie może opuszczać swojego pana, lub pokutująca dusza, która czeka na powrót do DOMU. Wracam do DOMU, w którym czas ma inne znaczenie, jest bardziej realny, nieodbarwiony. Mój DOM w Polsce to świat, z którego pochodzę, ale jestem szczęśliwa, że byłam w domu, w którym zrozumiałam swoje sny. Tam, w cieniu drzew w ogrodzie znalazłam spokój, jakbym urodziła się na nowo. Po szczegółowym rozważeniu planu naprawy siebie samej, zrozumiałam, że droga, którą podążałam, była nie tylko celem dla zdobycia pieniędzy, bo pracując z chorymi i umierającymi, stawiałam siebie na ich miejscu i zrozumiałam, czym jest życie. Wszystko, co mi się przydarzyło, widzę teraz jako doświadczenie. Wszystko, co musiało się wydarzyć, abym mogła uregulować rachunek sumienia. Kocham cię życie ponad życie.

Z powieści…

Poprzedniego dnia umarł mąż bohaterki powieści, która pracuje jako opiekunka w Passau. Jutro wraca do domu, ale jeszcze jeden dzień spędza w tym mieście, w domu, gdzie opiekowała się starym panem.

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu. Katedra św. Szczepana.

O katedrze TU.

Pod wieczór wybieram się do katedry świętego Szczepana. Nie wiem, po co tam idę. Tę potrzebę czuję sercem, jakąś niezrozumiałą energią, która mnie otula. Ta energia ma jakiś nakaz, głos, mówiący – idź do kościoła. Tam znajdziesz otuchę. To będzie czas twojej skruchy. Czuję ogień wypieków na policzkach, może to ogień mojego sumienia, rozrachunku z przeszłością? Idę głównym przejściem w kierunku ołtarza. Przyklękam. Katedra jest prawie pusta. Turyści przenieśli się do pubów. W Pasawie odbywa się Festiwal Muzyki. Siadam na ławce tuż z brzegu. Nie wiem co mam zrobić z rękoma i w ogóle ze sobą. Po co właściwie tu przyszłam? Czuję się w tej ławce, jakbym była złodziejem, jakbym przywłaszczyła sobie ławkę, która jest własnością kogoś innego. Zaczynam wstydzić się samej siebie, że ponownie zaczynam wierzyć w Niego, Boga w trzech osobach. Mam wrażenie, jakbym cofnęła się do średniowiecza, gdzie nakaz religijny, nakaz wiary pod presją spalenia na stosie przywiódł mnie w to miejsce. Może myślę niestosownie, może urągam? Zastanawiam się, dlaczego moja wiedza, poglądy, te wszystkie zapatrywania są w tej chwili niezgodne z tym, co mam w głowie. Czy to utrata bliskiej osoby powoduje zmianę poglądów?

Każda następna chwila przynosi zmianę myśli i uczuć. W tej chwili jestem tylko turystką, która rozgląda się po obleczonych w majestatyczne obrazy mury. Chcę stąd wyjść. Czuję się niepewnie, ale zostaję i kontynuuję monolog do Boga.

– Czyżbyś wszczepił we mnie robala, który mnie powoli zżera? Raczej nie istniejesz. Czy ja muszę być wiecznie niespokojnym duchem i zadawać pytania? A może tylko przytępiłeś mój umysł, żebym całe życie szukała nadaremnie zadowalającej odpowiedzi. Jak to wszystko się dzieje, że rodzimy się i umieramy? Dlaczego nie jesteś Bogiem, który wysłuchuje i pomaga? Oświeć mnie, proszę. – Spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. – Przeszedłeś do historii, wsiąknąłeś w ludzką pamięć pokoleń, tak jak mój mąż jest już tylko w mojej pamięci. – Podnoszę dumnie głowę. – Odpowiedz! – mówię, niemal głośno. No odpowiedz! – rozkazuję. – Czemu tak urządziłeś nasz ludzki gatunek? Dlaczego jego jądrem musi być rozstanie i cierpienie? – już tylko proszę, ale bez pokory. – Chcę wiedzieć i już! Zawsze wierzyłam, że potrafię nad wszystkim zapanować, że mam kontrolę nad sobą, nad każdym krokiem. Los ze mnie zadrwił. Czuję się teraz wobec Ciebie, Boże, jak zwierzątko. Zaprosiłeś mnie na bankiet zwany życiem, a tu sala opustoszała, wyszedł mój mąż i zresztą wielu innych znajomych. Zjadam resztki z Twojego stołu, jakieś ochłapy. Może powinnam nisko pochylić głowę przed Tobą, byś zaczarował czas i oddał mi męża z powrotem? Siedzę z dłońmi zaciśniętymi w pięści. Moje myśli w kołowrotku. Po co podrzucałeś książki, w których nauka tłumaczy Twoją boskość w zupełnie inny sposób? Może nie jesteś formą energii, na którą dałam się nabrać, tylko jako Stwórca wychodzisz poza energię? Wiem na pewno, że stworzyłeś świadomość, a świadomość to energia. Przecież jedną z cech świadomości jest to, że jest świadoma sama w sobie, że ma różne struktury. Na cokolwiek spojrzę, to to coś ma świadomość. A komunikacja? To też cecha świadomości, a więc mogę z Tobą rozmawiać i Ty możesz ze mną i ze wszystkim, cokolwiek stworzyłeś. Przecież nie stworzyłeś tego wszystkiego i poszedłeś sobie hen daleko, tylko musiałeś mieć jakiś cel? Czy tym celem ma być rozmowa z Tobą? A może to jakaś gra? A w tej grze chodzi o to, żeby zaakceptować to, że mamy w sobie Twoją cząstkę, jak w tym śnie, z którego „złapałam” słowa: „Nie było i nie ma bogów przed nami, to my jesteśmy bogami”. Co mam zaakceptować, jakiego Ciebie? Otwórz mi ten kanał połączenia z Tobą, proszę. Obudź moje zmysły. Wiesz! Brakuje mi chyba odwagi i niewinności, by w Ciebie uwierzyć, Ciebie takiego w trzech osobach. Wiesz co? Jesteś współwinnym tej mojej niewiary, moich ograniczeń. Zrozum! Czekam tu na cud. Przyszłam tu dla cudu odpowiedzi na pytanie. – Dlaczego przemijamy? Nagle! Jakby ktoś lub coś otworzył mi zapadkę w umyśle. Może nie słyszę dosłownie, ale gdzieś na poziomie jakieś energii we mnie. Nie przemijamy. Przyszłaś tu w określonym celu. Poczułam się jak niepyszna, ukarana za niedostateczną wiarę, więc wyobrażam sobie mojego Boga, który nie ma ograniczeń poznawczych jak ja, który zna dogłębnie Fizykę Całego Kosmosu, bo przecież ją stworzył i umie ją zastosować. Boże! Jesteś genialnym Obserwatorem, który śledzi biegi wszystkich czasów, tworzy, wygasza i modyfikuje. Naginasz prawa. Bywasz w każdej części Wszechświata, w dowolnym strumieniu czasu. Jesteś we wszystkich światach naraz i dbasz, by te światy wpływały na siebie. Katalizujesz rozwój każdej jednostki, a śmierć dajesz nam po to, by uwolnić nasze dusze. Rozumiem.

Nie wiem czy był to monolog czy jednak rozmowa, bo odpowiedź dostałam. Czyżbym poznała urywek, ułamek prawdy? Chcę wstać z kolan, ale coś mnie trzyma, każe skłonić głowę, zmusza do pokory. Czuję to.

– Boże, być może nie wierzę w Ciebie, takiego jak nakazuje mi moja religia, jednak wiem, że jesteś i wierzysz we mnie. Nie wiem, jak mam się do Ciebie zwracać. Daj mi jeszcze jakiś inny znak. Dobry znak w tym parszywym moim losie. Tylko o to Cię proszę.

Wychodząc jeszcze raz spoglądam na ukrzyżowanego Jezusa. Wlokę się noga za nogą do domu, jakbym bała wrócić się do światła. Już na miejscu koncentruję się na poszukiwaniu w swojej głębi jakiejś przyjemności. Przeszkadza mi hałas dochodzący z ulicy, więc zamykam szczelnie okna, wyłączam radio, gdzie w eterze muzyka się ledwo tli. Przysiadam na kanapie, a właściwie się kładę. Rozmyślam. Próbuję sobie sama wytłumaczyć, czym jest śmierć. Czy to tylko zamiana formy, kanał, połączenie do innego wymiaru bytności, w którym zawsze istniejemy? Most do czegoś, czego nauka w tej chwili nie może udowodnić? Spoglądam na swoje nogi, na tę twardą materię i mam wrażenie, że jakaś cząstka mnie jednocześnie istnieje w innym wymiarze, bo część mojej świadomości jest oddzielna i istnieje Tu i Tam. Czy ciało jest jak stary łach, który się wyrzuca. – Kochanie może tu jesteś i mnie dotykasz?

Ponownie korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam na schwytanie w religijne pułapki mojego umysłu. Mam przecież prawo do korzystania z tej wolności. Może moje koncepcje wcale nie są fikcją? Boże – daj znak.

Od tamtej pory zaiskrzyło we mnie. Mam coraz to większe wątpliwości w tym procesie poszukiwania Boga. Dziwne, że nie szukam go w religii, w której przyszło mi się urodzić, tylko szukam Go w nowoczesnej nauce, która rozwinęła skrzydła w ciągu ostatnich lat, a teoria powstała zaledwie sto lat temu. Dziś słyszy się takie zdania: Kwantowe myślenie, kwantowe jedzenie (słyszałam już o serwowanych kwantowych sznyclach). Uzdrowiciele leczą metodą kwantową, a bioterapie też są kwantowe. Czy ja żyję już w Matrixie? I w tym Matrixie mam szukać Boga? Jeszcze trochę, a w aptece dostanę kwantowe tabletki, które zlikwidują mi zmarszczki. Nawet mi się to podoba, dałabym się nabrać. Słyszałam też o kwantowych dotykach, kwantowych spostrzeżeniach. Może mnie nie ma, a tylko moja plazma bez przerwy się zmienia. Może moje życie naprawdę jest fikcją, a to prawdziwe toczy się gdzieś w innym wymiarze? Może ten nasz wymiar, to boski cel, by sprawdzić nas jako ludzką rasę, co zrobimy ze sobą, gdy mamy wolną wolę? A zatem dlaczego ludzie dostali szału na punkcie pieniędzy i ich pomnażania? Ja osobiście nie pomnażam, a tracę to, co mam, bo tak podpowiada mi intuicja. Do grobu zabiorę tylko to, co mam w głowie, dobre lub złe myśli, ponieważ z nich się składam. Myśli są kwantowe. Więc tak sobie myślę, że tę szkołę, którą jest życie, ukończę na dostateczną i kwantowo przeniosę się w inny wymiar, który gdzieś jest tu obok.

Z powieści…

Łucja Fice

Po drugiej stronie grzechu: Bajka zamku Książ

Po pół wieku uciekam od szalonych czasów pełnych szalonych ludzi w głąb Wałbrzyskiego Parku Narodowego. Pobyt w zamku ma być próbą, czy pęknę pod ciężarem kłamstw tego świata, czy wrócę do domu zrelaksowana. Jestem już w Książu na dolnym Śląsku, niedaleko Świebodzic, gdzie jako mała dziewczynka i nastolatka spądzałam u stryjka wakacje i święta. Pragnę odszukać ślady tej miłości, którą zostawiłam w samym zamku Książ.

Życie to bajka, tak zwykłam mówić. Każdy żyje w swojej, wykreowanej przez własne myśli. Chowam się w zaciszu Natury, w lesie okalającym zamek. Powracam w miejsca, gdzie zostawiłam ślady dziewczęcych stóp. Podążam też śladami samotnej Daisy, Stokrotki, ostatniej pani tego zamku, która sto lat temu też samotnie uciekała w las, by nad dzikim strumieniem łowić pstrągi i rozmyślać. Daisy, mimo swego bogactwa, również była samotna. Mój powrót do zamku był szokiem. Odnowiony, z przygotowanymi komnatami i dziełami sztuki sprzed lat, przyciąga turystów z całego świata. Wynajmuję prywatnego przewodnika, który oprowadza mnie po zamku i opowiada jego historię. Biorę też udział w nocnej wyprawie po zamkowych lochach. Wracam w te same miejsca, po których kiedyś latały nietoperze i biegały szczury wielkie jak koty. Mieszkam w domku, jednym z wielu domków dla służby, a po których biegałam jako mała dziewczynka z grupą innych dzieciaków, bawiąc się w chowanego. Podziwiam piękne pałacowe ogrody. Nie chcę opisywać dziejów zamku i związanej z nim historii niemieckich laboratoriów śmierci w czasie drugiej wojny światowej, czy historii pięknej, bajecznie bogatej, dobrej księżniczki, która mieszkała tu do czasu wybuchu wojny. Można to znaleźć w literaturze faktu.

O Daisy TU. O dziejach zamku podczas II wojny TU. A tu jeszcze opowieść o tym, jak Daisy spędzała święta.

Późnym popołudniem tego samego dnia wybieram się na pierwszy spacer do „puszczy” okalającej zamek. Odnalazłam dziką dróżkę, nieznaną turystom, prowadzącą głęboko w dół lasu. Po kilkudziesięciu metrach zorientowałam się, że zapomniałam telefonu, a o kompasie w ogóle nie pomyślałam. Wszystkie moje życiowe wybory i kroki, jakie podejmuję, są na chybił trafił. I tak było tym razem. To był instynktowny moment zapuszczenia się w głąb tej „puszczy”. Ryzyko, nie czuję strachu, adrenalinę mam chyba we krwi. Inteligencji orientacji mam tyle, co szprotki w puszce, a jednak idę dalej. Moim celem jest wartki strumień, nad którym rozmyślała księżniczka, a później ruiny starego zamku. Idę tą samą dróżką, którą pokonywała Daisy. Po przejściu następnych kilkuset metrów zgubiłam się. Ani w tą, ani w tamtą. I wtedy mroczny las pokazał swoją nieokiełzaną siłę i moc. Przysiadam na zwalonych pniach drzew i myślę o księżniczce i inteligentnych drzewach. Opowieści o Pani zamku słyszałam już od stryjka. W głowie jak na ekranie komputera wyświetla się „film” i słyszę głos stryjka – „Księżniczkę do lasu prowadziły sarenki, dlatego nigdy nie zbłądziła”. Wstaję i nie mam innego wyjścia, jak podążyć się w jednym kierunku. Gdzieś przecież wyjdę. Jestem już nad urwiskiem. Głęboko w dole płynie strumień. Las wydaje się bajkowy, jakbym znalazła się w filmie Avatar. Nie mogę się zgubić, przecież drzewa też mają serca. Przez ich wiekowe konary, rozczapierzone jak tysiące ludzkich rąk, wpadają ostatnie promyki słońca. Jest godzina dwudziesta. Przysiadam na zwalonym pniu, który będę musiała pokonać, by iść dalej. Spoglądam na niższe piętro lasu. Nagle widzę gromadkę sarenek, a wśród nich jedną malutką. Pokonuję zwalony pień i idę w dół, śladem zwierząt. Jestem blisko, może dwadzieścia metrów. Płoszę je. Jedna z nich zostaje i mi się przygląda.

– Chodź do mnie, malutka, nie zrobię ci krzywdy, zgubiłam się – mówię głośno.

Inne już odbiegły, a ta mała zachowywała się irracjonalnie. Obserwowała mnie, jakby na mnie czekała. Jedna ze starszych saren co chwilę przystawała i na pewno wiadomymi sobie znakami dawała małej reprymendę. Szłam dalej, jakby sarenka mnie prowadziła i zapomniałam, że w ogóle się zgubiłam. I tak doszłam do strumienia. Dopiero wtedy zrozumiałam, że one szły do wodopoju, ale instynkt mnie nie zawiódł. A może znalazłam się w bajce, a sarenka to Daisy? Przykucnęłam i zobaczyłam szerokie kilkudziesięciostopniowe schody z kamieni, prowadzące do ruin zamku. Po raz drugi ogarnął mnie lęk i to uzasadniony. Jestem sama w puszczy. Pomyślałam: skoro Daisy się nie zgubiła, to i ja nie muszę. Nagle słyszę jakieś głosy. Teraz to mnie zamordują – takie myśli przebiegły przez głowę. Głosy były coraz bardziej słyszalne. „Ja tam nie idę”, „Zobacz, tam ktoś jest”. Głos kobiecy był przyjazny, więc się odwracam. Widzę parę młodych, którzy idą w moim kierunku.

– Co pani tu robi sama w tym ogromnym lesie? – pyta mężczyzna.
– Idę na stary zamek – odpowiadam spokojnie, jakbym była leśnikiem i znała tu każde drzewo.
– Jest późno, robi się szaro. Ma pani szczęście, tu można zabłądzić, tu nikt sam nie rusza w las.
– Za późno – odpowiadam.
– Idziemy do ruin?
– Pewnie, że idziemy, muszę zrealizować swój plan.

No i wchodzimy po szerokich i głębokich schodach. W czasie wspinaczki dziewczyna opowiada historię Daisy, jakiej jeszcze nie znałam. Uraczyła mnie prawdziwą opowieścią z życia jej babci, która pracowała w pałacowych ogrodach. Wracaliśmy już prawie po omacku, przy świetle latarki, którą miał ze sobą mężczyzna. Młody dobrze orientował się w terenie i bez problemu o godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści wróciliśmy na zamek.

Dziewczyna o imieniu Grażynka opowiedziała legendę, która mówi o księżnej zamku, o jej duchu, błąkającym się wśród ścieżek, którymi za życia podążała i pomaga nie zgubić się osobom zapuszczającym się w głąb tego olbrzymiego lasu.

Tak sobie myślę, iż zdarzyły się dwa cuda. Jeden, że spotkałam ludzi, akurat tego dnia, akurat o tej porze, akurat dziewczę, które znało historię życia Daisy i związane z nią legendy. Czy to przypadek? Tego się już nie dowiem. Teraz zaczekam na moją sarenkę, która zaprowadzi mnie ponownie nad tę samą rzeczkę, ale w czasie snu.

Zaprosiłam młodych na piwo i tak do drugiej w nocy słuchałam opowieści związanych z zamkiem. Wszystko jest dla mnie takie dziwne. Tam jest magia. W końcu moje marzenie się spełnia. Wymądrzę się w tym momencie i dodam, że to intencje wpływają na procesy zachodzące w mózgu. Im więcej intencji, tym większa możliwość spełnienia marzeń. Z tym zamkiem łączy się moja platoniczna przygoda miłosna, której ślady tam zostawiłam.
W latach sześćdziesiątych był to dziki, opuszczony teren z pozostałościami zniszczeń po wojnie, zarówno po Niemcach jak i armii rosyjskiej. Okalający zamek las (ponad 200 ha) też był mi znany, jakby to była moja własna posiadłość. Do tej puszczy (tak nazywam dziki Wałbrzyski Park Krajoznawczy) nie prowadziła kiedyś droga, tylko piaszczysty dukt. Z innymi dzieciakami penetrowaliśmy opuszczone lochy. Jako zakochana szesnastolatka robiłam z moim chłopakiem całodzienne wypady. Przyjechałam do Świebodzic, gdzie moja pierwsza miłość nadal mieszka z rodziną. Umówiliśmy się w jednej z restauracji w zamku Książ. Poinformowałam go przez telefon, jak jestem ubrana. Pijąc kawę rozmarzyłam się. Czekam na młodego, przystojnego chłopaka, studenta trzeciego roku Politechniki Wrocławskiej. Jestem rozemocjonowana i chyba zaprogramowana w taki sposób, by utrwalać emocje chemiczne w pamięci długoterminowej. Taką zamyśloną wyrywa mnie głos, wypowiadający moje imię. Podnoszę głowę. Co po nas zostało? Tylko głos, który jest wizytówką niezmienną od lat, identyfikatorem. Na własnej skórze odczułam tę degradację czasu. Doznaję szoku, bo wracam. Skąd wracam? Jestem już Teraz i Tu.

Staje przede mną starszy pan w dżinsach i sportowej koszuli, odmawia wypicia kawy. Nie czuję radości ze spotkania ani w jego pozie ani w jego oczach, co najwyżej szklaną pustkę. Nie tak miało być, nie taki obraz zaplanowałam. Płacę w pośpiechu rachunek i ruszamy starym audi do Świebodzic, do domu, w którym pomieszkiwałam w czasie wakacji. Konsternacja odbiera zmysły, więc rozmowa nie klei się. Dojeżdżamy. Moim oczom ukazuje się może nie zdewastowany, ale bardzo zniszczony budynek, na którym ta sama co kiedyś, ale wyblakła reklama zakładu fotograficznego sąsiada z pierwszego piętra. Choć pozornie nic się nie zmieniło, tylko się zestarzało, to wspomnienia zakodowane w pamięci długotrwałej żyją starymi obrazami. Pomyślałam: Domy są jak ludzie, składają się z tych samych cząsteczek, atomów, elektronów, pozytonów i nawet emanują zapachem tamtych czasów, bo w dziwny sposób włączył mi się zmysł węchu z czasów dzieciństwa i młodości. Nie ma już ładnego ogródka, w którym rosły róże i pachnące konwalie. Nie ma naszej romantycznej altanki. To wspomnienie młodości niosło ślady cierpienia, a jego brzegi raniły mnie aż do molekuł. Pomyślałam, że przeszłość zostawiłam za sobą, a tu na własne życzenie jest obok. Poczułam się, jakby atomy moich rzęs drgały w świetle kosmicznego tańca światła, a ja byłam tylko ich wylęgarnią.

– Ależ jest! – nagle wybudzam się z zamyślenia. – Jest schowana za garażem.

Kolega prowadzi mnie tą samą dróżką, po której dawno, dawno temu dreptałam. W mózgu włączają się chyba antyatomy, antyelektrony, te wszystkie antycząstki, bo znowu na kilka sekund jestem w tamtym czasie, z grupą imponujących mi studentów. Pijemy alkohol i palimy fajki. Katalepsja mija i widzę obecny obraz. Stara nora, zarzucona wieloma szpargałami i brudnymi szmatami. Czyżby to jeszcze te koce, którymi kolega okrywał mnie w późne letnie, chłodne wieczory, kiedy czytaliśmy Mickiewicza, Tetmajera i innych wielkich poetów, a fraszek Sztaudyngera uczyliśmy się na pamięć? Znów mój umysł odebrał wrażenie zapachu altany z tamtych lat. To samo odczucie dopadło mnie, kiedy wchodzę do domu i witam się z panią w moim wieku. Siedziała na kanapie i cały czas coś żuła. Zdawała się być jak cicha, łagodna owieczka, która zjada trawę. To jego żona. Na spotkanie wychodzi i wyciąga szeroko ramiona stulatek, ojciec kolegi i przyjaciel mojego stryjka. Wygląda jak dobry, poczciwy batiuszka. Zaprasza. W mieszkaniu, które pięćdziesiąt lat temu było dla mnie „bogate”, nic się nie zmieniło, oprócz nowych setek książek upchanych, gdzie się da. No tak! „Dom bez książek, to dom bez okien”. Dziadek opowiada historie, które są dla mnie jakby nie z tej ziemi, historie wojny związane z zamkiem. Podziwiam jego rześkość i prawię komplementy. Choć nie. To, co mówię, to prawda. Dziadek otwiera stare zniszczone pudełko, które nawet dziwnie pachnie i wyciąga pożółkłe czarno białe zdjęcia z księżną Daisy.

– Zobacz, o tu, tu siedzi mój ojciec.

Staruszek wraca do przeszłości, nie tylko tej wojennej historii Książa. Opowiada o swoim ojcu, bywalcu na zamku w latach dwudziestych. Wchodzę w tamtą przestrzeń, która dla mnie jest tylko myślą, bo reszta, co otacza tę przestrzeń, to już chyba myślący Bóg, który tak zarządził. Słowa o Niemcach, o czasie drugiej wojny światowej i laboratoriach, w których poddawani byli okrutnym badaniom mieszkańcy okolic, są precyzyjne, zdania logiczne i sensowne, strzela nimi jak harpunami, a harpuny łatwo wbić, ale wyciągnąć, to już nie będzie jak. Na trwałe zostanie zapisany w moim umyśle i sercu odpowiednim kodem mój stosunek do Niemców. Nawet pani Merkel ze swoją polityczną poprawnością ratowania milionów emigrantów nie pomoże. Podziwiam piękny umysł tego staruszka i jego moc przebaczenia, o którą ja będę musiała prosić Boga. Niesamowitość potęguje wrażenie, kiedy ta pierwsza moja miłość kładzie na stole moje listy sprzed pół wieku, adresowanych kaligraficznie kopertach. Przypominam sobie, ile czasu poświęcałam pisaniu tych adresów, okłamując matkę, że to lekcje. Robię zdjęcia i zachłannie czytam. Rozpoznaję w nich siebie poprzez transformacje ideowe, duchowe, kulturowe. Choć czuję się „przestarzała”, to gdzieś w środku jestem tą samą osobą, te listy o tym świadczą. Zatrzymuję wzrok dłużej na jednym, gdzie odnajduję mój wiersz, który mogę dzisiaj uznać za dobry. Rozbraja mnie zapis: „[…] przepraszam, ale to z poetyckiego nawyku”. Boże! Pomyślałam: jakiż to poetycki nawyk mogłam mieć w wieku szesnastu lat? Chciało mi się śmiać, ale z moich wierszy już nie. Opuszczam Świebodzice i dom pełen wspomnień. Wyjeżdżamy. Po drodze robię ksero listów. Wysiadam tak po prostu, mówiąc „do widzenia”.
Gdzie ten dżentelmen sprzed lat? No cóż, do przeszłości się nie wraca. Życie zostało tak zaplanowane i zapisane w boskiej księdze, że nie jego żoną miałam być. Boski plan został zrealizowany. Wypełniły się nawet banalne cele, a teraz dostałam nowe zadania, bo chyba jestem kobietą zadaniową. Czy je zrealizuję? Nie wiem. Ale po latach dostałam odpowiedź. Do przeszłości się nie wraca. Jej już nie ma.

Od 15 lat jestem opiekunką (reblog)

Edyta Brzozowska (onet) rozmawia z Łucją Fice

  • Od 15 lat jestem opiekunką starszych i chorych ludzi. Jednak najgorsze jest to, że takich kobiet jak ja, Polek – są tysiące. Emerytek, które zatrudniają się u innych emerytów. Tych bogatych, z Zachodu – mówi Łucja Fice, 68-letnia emerytka
  • Wśród dorabiających do emerytury tak, jak ona, pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. I inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ-u uznał za zdrową i nie przyznał jej renty
  • Wszystkie boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogrody. I strasznie tęsknią za własną rodziną. Tak jak wiele innych Polek również Łucja była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Życie tak mi się ułożyło, że musiałam szukać pracy poza granicami własnego kraju, gdzie od kilkunastu lat opiekuję się starszymi ludźmi – zaczyna swoją opowieść Łucja Fice z Gorzowa. – Choć ciężko Polsce pracowałam, to kiedy osiągnęłam wiek emerytalny, dowiedziałam się, że przysługuje mi tylko 800 złotych. Przeżyłam szok, kiedy dowiedziałam się, że świadczenie jest tak niskie, bo nie zachowały się dokumenty sprzed czasów transformacji. Poczułam upokorzenie.

Pani Fice z zawodu jest chemiczką. Pracowała głównie w państwowych zakładach, a ostatni etat straciła, kiedy w jej zakładzie pracy przeprowadzono redukcję zatrudnienia. Nowego zajęcia szukała przez dwa lata, bezskutecznie. Podjęła decyzję o rozpoczęciu własnej działalności gospodarczej.

– W centrum Gorzowa otworzyłam sklep z odzieżą używaną – wspomina. – Interes szedł świetnie, ale tylko do momentu, kiedy na obrzeżach miast powstało ogromne centrum handlowe. Zbankrutowałam.

Opowiada, że to był dla niej trudny czas: razem z mężem musiała spłacać kredyty i chciała pomagać córkom: tej studiującej za granicą i młodszej, tuż przed maturą, która także marzyła o studiach. Z jednej pensji było to mało realne.

– Ukończyłam specjalne kursy i zgłosiłam się do agencji pracy za granicą. I tak w 2004 roku zostałam opiekunką seniorów. Najpierw w Wielkiej Brytanii, a przez ostatnie dziewięć lat w Niemczech – opowiada.

Pani Łucja, od kiedy została opiekunką w zagranicznych domach opieki oraz u rodzin, przekonała się, że inne Polki w jej wieku znalazły się w podobnym położeniu.

– Takich kobiet jak ja są tysiące. Emerytek, którym nie starcza na godne życie we własnym kraju. Emerytów z Zachodu stać na to, aby zapewnić sobie tanią opiekę z Polski. I mogą sobie pozwolić na coś więcej, niż chleb ze smalcem czy cienką zupę na co dzień.

W piwnicy z robakami

Właśnie w Wielkiej Brytanii pani Łucja po raz pierwszy zetknęła się ze starością i cierpieniem. Dosłownie, namacalnie i na własne oczy przekonała się, jak wyglądają ostatnie dni wiekowych ludzi: chorych na Alzheimera, z demencją, otępiałych i bez kontaktu z rzeczywistością. Niezdolnych do samodzielnego życia, na wózkach, leżących.

– Dom opieki w miasteczku nad Kanałem Bristolskim był duży, elegancki i świetnie wyposażony – opowiada. – Wyspy Brytyjskie słyną z troski o swoich seniorów. Nawet niewielkie miasto z kilkoma tysiącami mieszkańców ma takie domy. Często niemalże luksusowe. Lecz my, zatrudnione w nich Polki, mieszkałyśmy w innych warunkach: w wilgotnych piwnicach, gdzie robaki chodziły po ścianach i w ciasnych klitkach. Poznałam tam wiele rodaczek w starszym wieku, które dorabiały do głodowej emerytury. Jako jedna z nielicznych byłam w tej dobrej sytuacji, bo znałam angielski. Ale od kiedy zaczęłam pracować w Niemczech, języka niemieckiego musiałam się dopiero nauczyć.

83-letnia Polka dorabia w Niemczech

Z poznanych za granicą opiekunek pani Łucji najbardziej zapadła w pamięć 83-letnia Polka, dużo starsza od swojej podopiecznej. Ale też inna, chora na raka, z workiem stomijnym, którą NFZ uznał za zdrową i nie przyznał renty.

– Ta kobieta pytała: „Za co mam żyć, za co się leczyć? Za co prywatnie iść do lekarza? W Polsce nikt mnie do pracy nie przyjmie” – wspomina pani Łucja. – Pamiętam też tłumaczkę przysięgłą, której mąż uzależniony od hazardu przegrał w kasynie wszystkie oszczędności i sprzedał samochód. Zostawił rodzinę z niespłaconym kredytem za mieszkanie. Poznałam opiekunkę chorą na padaczkę i inną, 75-letnią, ze spuchniętymi nogami, która dźwigała swojego podopiecznego, myła, karmiła, woziła na spacery.

Wszystkie te kobiety łączy jedno: boją się utraty zatrudnienia w niemieckich domach. Więc robią dużo więcej, niż zakłada kontrakt: odkurzają, gotują, myją okna i plewią ogródki. I strasznie tęsknią za własną rodziną.

Nigdy nie było perfekcyjnie

Łucja Fice niektóre z pań opisała w swojej trylogii opowiadającej o opiekunkach pracujących na Zachodzie. Książki Przeznaczenie, Wyspa starców i Za kryształowym lustrem pokazują ciężką pracę przy schorowanych seniorach. Łucja pisze także o własnych doświadczeniach.

– Dla mnie najbardziej traumatyczna była opieka nad chorą na raka Ritą, Niemką po zabiegu mastektomii. Musiałam się na nowo nauczyć prasować, układać, sprzątać, czyścić, gotować, bo dla gospodyni nigdy nic nie było perfekcyjnie. Niemieckiego jeszcze wtedy dobrze nie znałam, z czego moja chlebodawczyni czerpała wielką satysfakcję. Byłam dla niej obiektem drwin. Z czasem nauczyłam się jej języka i rozumiałam co do mnie gderała: „Za siedzenie nie płacimy”, „Przyjechałaś tu do sanatorium, a może na urlop?” Złośliwie skąpiła mi jedzenia i karmiła suchymi bułkami, choć wyżywienie miałam zapisane w kontrakcie.

Jednak pani Łucja nie protestowała, bo bała się, że straci pracę. Tak jak wiele innych Polek, była wykorzystywana do pracy, której umowa nie przewidywała.

– Wyprowadzałam psy, sprzątałam, zdezelowanym rowerem jeździłam na zakupy, chodziłam na pocztę oddaloną o kilka kilometrów – wylicza. – Miarka się przebrała, kiedy podczas burzy i wielkiej ulewy Rita kazała mi wykonywać ciężkie prace ogrodowe, bo „z cukru nie jestem”.

Wszystko we mnie krzyczało: „Czy muszę to wszystko znosić tylko dlatego, że jestem kimś bez pracy w kraju?” Już nie chciałam dłużej słuchać tłumaczeń męża Rity, że ona jest umierająca, że cierpi. A bywa obcesowa, bo wie, że odchodzi. Spakowałam walizkę i wyjechałam bez słowa.

W mundurze oficera SS

Łucja wspomina też inną podopieczną, Niemkę, 92-letnią Elizę z Berlina.

– Często mówiła, że musi iść do fryzjera, bo lada dzień wróci jej mąż Martin, choć mężczyzna od dawna nie żył. Miała demencję. W gorsze dni rozbierała się do naga i powtarzała mi: „Zabiję cię, zabiję”.

Któregoś razu starsza pani zaprowadziła Łucję do szafy i kazała wyjąć mężowskie ubranie.

– Zobaczyłam mundur żołnierza SS i zamarłam. Nigdy nie zapomnę znaku trupiej czaszki na czapce i swastyki na przepasce – wspomina.

Kiedyś staruszka wymknęła się z domu. Pani Łucja wpadła w panikę, ale na szczęście odnalazła ją na pobliskim przystanku autobusowym.

– Była bosa, ale ubrała się w wojskowy mundur męża – opisuje. – Zbyt długie nogawki podwinęła, przepasała się grubym pasem, a rękawy obcięła nożyczkami. Dopiero od córki Elizy dowiedziałam się potem, że jej męża rozstrzelano w czasie wojny za pomaganie Polakom i Żydom.

Następnego dnia po ucieczce z domu Eliza dostała udaru i zmarła.

Królowa Lodu

Na rękach pani Łucji zmarła też inna podopieczna, Rose, rocznik 1918.

– Była bardzo bogata – opisuje kobietę. – Bizneswoman, do której należało kilkanaście marketów w okolicy Köln, a jej rodzina dorobiła się ogromnego majątku. Ale była tak skąpa, że żądała, abym robiła wielkie zakupy na cały tydzień za 2-3 euro, które mi wręczała. Sama ubierała się w zniszczone rzeczy sprzed kilkudziesięciu lat.

Pani Łucja wiedziała, że kilkanaście polskich opiekunek, które pracowały u Rose, były w jej pojęciu złodziejkami: żadna nie wytrzymała tam dłużej niż tydzień. Niemka miała przydomek „Królowa Lodu”.

Pani Łucja mówi o sobie, że jest z natury pogodna. Więc często podśpiewywała pod nosem.

– Wtedy Rose na mnie krzyczała: „Zamknij się! Po obiedzie czyszczenie lamp i abażurów!” A kiedy protestowałam, bo w ciągu dnia przysługiwała mi dwugodzinna przerwa, babcia łapała za laskę i próbowała mnie bić. Krzyczała: „Ja ci dam przerwę, leniuchu! Przyjechałaś tu do pracy, a nie na wakacje” – opowiada.

Ale Polce żal było kobiety, której dziecko zginęło przed laty w tragicznym wypadku.

– Dlatego nie rozstawała się z lalką, która zastępowała jej córkę – tłumaczy. – I do ostatnich chwil tuliła ją do siebie w przekonaniu, że trzyma własną, żywą córeczkę.

Nadal chce wyjeżdżać

Pani Łucja mówi, że nie wszystkie chwile na zagranicznych kontraktach były przykre.

– W niektórych niemieckich rodzinach czułam się naprawdę doceniona, wręcz rozpieszczana. I nie tylko ja, bo moje koleżanki, które opiekują się potrzebującymi ludźmi poza granicami naszego kraju, często nazywane są „perłami”. Ludzie, którzy korzystali z naszej pomocy, powtarzali, że bez nas nie poradziliby sobie. I tak naprawdę bardzo się cieszę, że Polki mają taką możliwość, aby wyjechać i dorobić do skromnych emerytur.

Niestety, kiedy pani Łucja opiekowała się jednym z ostatnich podopiecznych, musiała się zmierzyć z rodzinną tragedią.

– Trzy lata temu któregoś dnia, w Niemczech, odebrałam od córki telefon. Powiedziała: „Mamuś, nasz tato nie żyje”.

Był to dla niej cios. I choć od tej pory pobiera mężowską emeryturę – większą, niż ta, której wyliczył jej ZUS – nadal chce wyjeżdżać jako opiekunka.

– Ale teraz jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę negocjować stawkę – podkreśla pani Łucja – I nie pracuję z mniej niż dwa tysiące euro.

Apel do polityków

Fice zaznacza, że niektóre koleżanki z Gorzowa zazdrościły jej „zarabiania kasiory”.

– Radziłam im wtedy, żeby same zostały opiekunkami i przekonały się, jak to jest. Tęsknić za swoim domem, spaniem we własnym łóżku. Nie wszystkie to wytrzymują. Niektóre piją, ale dyskretnie, wieczorami, żeby nikt nie widział. Ile zarobią? To zależy od agencji. Przeciętnie 1200 euro na miesiąc. Za dzień i noc ciężkiej, fizycznej pracy, która wypala także psychikę – podkreśla. I dodaje: – Moje powieści to krzyk dojrzałych kobiet: Polek, matek, żon i babć, które marzą o pracy we własnym kraju. I bardzo bym chciała, żeby moje książki o emigracji zarobkowej emerytek przeczytali politycy. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie o takiej starości marzyłyśmy.

*

Książka Za kryształowym lustrem wzbudziła w Niemczech duże zainteresowanie. Autorka wzięła udział w filmie dokumentalnym realizowanym przez telewizyjną stację RTL o polskich opiekunkach pracujących w Niemczech. Obecnie powieść została przetłumaczona na język niemiecki. W maju 2019 roku ukazała się nowa powieść autorki pt. Druga strona grzechu, która także dotyczy emigracji zarobkowej kobiet, ale jest też próbą podsumowania osobistej filozofii autorki.