Po drugiej stronie grzechu

Nasza autorka, Łucja Fice, tym razem jako powieściopisarka.

Łucja Fice, Druga strona grzechu, Warszawska Firma Wydawnicza, maj 2019

Alski

Haft na styku światów

Być może jest grzechem prowadzić takie rozważania. O tym, co jest, mówi fizyka.
O tym, dlaczego jest – metafizyka. A o tym jak jest?
W jaki sposób nasz wewnętrzny świat przyswaja, absorbuje świat zewnętrzny? Jak powstają nasze spostrzeżenia, nasze refleksje? Co dzieje się w nas, kiedy patrzymy?
Co dzieje się w nas, kiedy zamykamy oczy? O tym wszystkim mówi ta powieść. Zdarzenia dzielą się na codzienne, niecodzienne i te, które się nie zdarzyły. Pomiędzy fizyką a metafizyką rozciąga się bezkres. Bezkres emocji, empatii, gestów dokonanych i niedokonanych, zdarzeń, które miały miejsce, miały mieć miejsce – bo ktoś na nie czekał,
nigdy nie miały miejsca a mogły – tak sugeruje bohaterce po latach jej refleksja. Dwoje dojrzałych ludzi, kobieta i mężczyzna, oboje z bagażem pamięci o wspólnym życiu. Mężczyzna wychodzi do pracy, kobieta patrzy w lustro. Kobieta wyjeżdża do pracy, mężczyzna umiera. Kobieta wraca i parzy kawę tak, jak ją uczył zmarły mąż.
Haft na styku światów – monolog wewnętrzny, w którym opowieść o życiu dwojga ludzi
oplata koronka zamyślenia o nim, prowadzi kobieta. Ze strony na stronę coraz rozleglejsza koronka, bo buddyzm sąsiaduje tam z mechaniką kwantową, a krążące w umyśle potencjały, z których potem rodzą się nasze myśli – z magią wspomnień.

„Jesteśmy wszyscy jak cząsteczki patrzące na siebie. Oby patrzeć z sercem”.
Ostatnie zdania tej opowieści są jej najlepszą syntezą – o tym właśnie ona jest.

Leszek Żuliński

Z Łucją Fice, mieszkanką Gorzowa Wielkopolskiego, znam się od lat. Debiutowała tomikiem poetyckim w 1997 roku. Poezję uprawiała niejednokrotnie, jednak od dłuższego czasu zaczęła też zajmować się prozą. I to osobliwą, bowiem opowiadającą gastarbajtowanie za granicą. Za chlebem, panie, za chlebem! Te książki to było „samo życie” – uciekaliśmy za granicę, by mieć lepszą pracę i płacę.
Powieści Przeznaczenie (2012) i Wyspa starców (2013) były „żywcem wzięte” z owego gastarbajtowania. Polegało ono przede wszystkim na opiekowaniu się starszymi osobami (w Wielkiej Brytanii i Niemczech). (…)
Tym razem skończyłem czytać najnowszą książkę Łucji pt. Druga strona grzechu.

Dr Stefan Pastuszewski tak pisze w tekście na okładce, że ta powieść pozostaje na granicy powieści i eseju. Jest swoistym traktatem usiłującym rozstrzygnąć zagadkę bytu w oparciu o intuicję, penetrację somnambuliczną, zmysły i wiedzę z zakresu fizyki kwantowej. Tłem narracji jest biografia autorki, w tym jej wieloletnia emigracja, nazwijmy ją zarobkową, choć w istocie była ona rozpoznawaniem i nowych światów, i samej siebie, którą lepiej widać w oderwaniu od pieleszy kulturowych i w sferze nowych, nieraz traumatycznych doświadczeń. Cztery gastarbajterskie powieści Łucji Fice stworzyły mocny fundament pod Drugą stronę grzechu, ale zarazem były cennym dokumentem emigracji poakcesyjnej (która stała się losem blisko trzech milionów Polaków od 2004 roku).

No, pięknie wyręczył mnie Pastuszewski, ale muszę po lekturze tej książki dodać coś od siebie. Otóż Łucja, bywająca za granicą, miała to szczęście lub empatyczną zdolność, że nie musiała na przykład sprzątać ulic, lecz opiekowała się osobami starymi lub chorymi. A praca opiekunki to był nie tylko „gen empatii”, ale także refleksji nad naszym starczym życiem.

A jeszcze piękniej wyręczyła mnie sama Łucja. Książkę poprzedza jej mini-wstęp, w którym Autorka autokomentuje „ideę” tej książki.

To książka o przeczuciach. Z konfliktami, trudną miłością starszych już osób, oddaleniem z powodu wyjazdów jednego z małżonków do pracy za granicą. To typ powieści magicznego realizmu dla tych, którzy już przeżyli żałobę, jak również dla tych, którzy stoją PRZED. Dzielę się doświadczeniami, być może z innego wymiaru. Może to książka z pogranicza NIE DO WIARY? Kiedyś nie zauważałam wielu pięknych rzeczy w życiu; one przecież istniały, ale uzmysłowiłam je sobie dopiero, gdy zabrakło najbliższej osoby. Przywołuję męża w symbolach, słowach, gestach, myślach. To książka o walce z samotnością. Dopiero po śmierci bliskiej osoby uświadamiamy sobie smak życia, jego barwę. Książka została napisana na granicy intymności i uniwersalności. Żałoba jest przejmująca, a cierpienie nie przemija, siedzi gdzieś w środku. Rozpalam cierpienie wyobraźnią, wywołuję obrazy z przeszłości, powracam do przeczuć, których wówczas nie rozumiałam.

Nikt lepiej by tego wstępu nie napisał.

Znam książki Łucji, ale tę uznaję za jej opus vitae. Masa tu różnych wątków, zdarzeń, opowieści. Gastarbajtowanie schodzi na drugi plan, bo Autorka skupiła się na podsumowaniu licznych peregrynacji i własnego żywota – i to bez „autoreklamy”, tylko z mądrym wczuwaniem się we własną drogę życia. Od drobiazgów po ważne wydarzenia.
Myślę, że kolejne rozdzialiki tej książki pisały się długimi latami. Nie ma tu spójności tematycznej, a raczej silva rerum zdarzeń, przeżyć, doznań, rozterek, domniemań… Pamiętnik żywota.

(…) Z jednej strony uderza w tej książce erudycyjność literacka, ale z drugiej niezwykła świadomość własnej drogi i losu. Ma rację Pastuszewski, kojarzący tę książkę z eseistyką. Zdarzają się tu „opowiastki”, ale przede wszystkim egzystencjalna świadomość Autorki jest tu istotą i sednem jej „smaku życia”. Mądrego życia!

Oznajmiam bez przyjacielskich i krytycznoliterackich uniesień, że jest to jedna z najlepszych i najmądrzejszych książek, jakie ostatnio czytałem.

Ciąg dalszy wypowiedzi Autorki

Jedyną rzeczywistością, która nie zawodzi i nie kłamie jest śmierć, a najpiękniejszym słowem – TAJEMNICA.
To słowo, które niesie za sobą energię poszukiwania.
Według nauki, kwantowej wizji świata, jestem tylko projekcją umysłu, postacią kwantową, elektronami, siecią neuronów. Osobiście wszystko, co widzę i wiem, uważam za sen. Obudzę się, jak będę umierać, tracąc materialną powłokę. Ponieważ w moich snach jest wiedza o przyszłych wydarzeniach, to muszę być świadomością, która wyprzedza teraźniejszość.
Choć przyszłość ze snów jawi mi się w symbolach, to niosą one ze sobą przekaz.


No tak, tak się pisze wstępy i blurby, myśli sobie Adminka, przygotowując niniejszy wpis. Na pewno mój Czytelnika już się nastroszył jak zasępiony sęp, bo wie, że tekściarze piszą takie rzeczy o powieści Danielle Steel, o różowych Harlequinach, o bezsensownym Zapachu cytryn (czy jakoś tak), ale przecież również o Prouście, i o Cervantesie, bo wszyscy wiemy, że blurby tak po prawdzie nic nie mówią. Trudna rada, przyjdzie samej i samemu poczytaćPoniżej: fragmenty str. 136-142

XXX

Dzisiaj wybieram się do katedry św. Szczepana. Już wiem, że to największa katedra na północ od Alp. Pragnę zobaczyć to dzieło architektury, z której po pożarze w 1662 roku zachowała się jej późnogotycka wschodnia część. Zachłannie czytam informacje o historii kościoła. Brama jest szeroko otwarta. W środku tłum turystów. W cielsku tego budynku czuję się jak mała mrówka w kopcu. Jest msza i już Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Nie przyszłam się tu modlić. Przyszłam podziwiać te stiukowe dekoracje
Goviannego Battisty Carlonego, bogate freski i malowidła w bocznych ołtarzach. Nie czuję się tu dobrze ze sobą. Instytucja Kościoła będzie już na zawsze kojarzyć się z modliszką. Podniesienie Najświętszego Sakramentu. Zostaję, nie z potrzeby serca, a poczucia wstydu, że przyszłam tu tylko dla tych dzieł i dla moich rozważań. Pierwsze skojarzenie.
Kapłan na ołtarzu, podobnie jak modliszka, ma złożone na piersi ręce, a ludzie poprzez zatapianie się w modlitwie są nieświadomi jak motyl przed tym owadem. Kościół zainteresowany jest ofiarodawcami, a modliszka krwią. Obserwuję jak turyści dają datki, by tuczyć ciała kapłanów. Kościół był zawsze zdatny do żądzy, władzy i chciwości. Pieniądze ofiarodawców są jego pokarmem. Bez niego kapłani zdechliby z głodu.

Modliszka to tylko niewinny, bezgrzeszny owad, zaś Kościół ma dwie twarze. Jedna z nich to grzech.

NASTĘPNY DZIEŃ

Dostaję od męża krótkiego maila. To była smutna wiadomość. Zmarła moja przyjaciółka. W moim mózgu nastąpiła chwilowa katalepsja, zupełnie jak to zaobserwowałam u modliszki, a kiedy minęła, to pojawiło się nowe skojarzenie. Czyżby naprawdę modliszka miała być symbolem nadchodzącej śmierci?
Cały dzień minął na rozpamiętywaniu. Czym jest śmierć? Czym jest Dusza? Czy śmierć jest
pośrednikiem między świadomością a światem zewnętrznym? Ukułam termin – „Za kryształowym lustrem” – i sugeruję, że po zgonie trafiamy do wymiaru, który jest umiejscowiony gdzieś w czasie, gdzieś obok. Dla umierającego zmianie ulega przede wszystkim czas. Nie ma już „przed” i nie ma „po”, a świadomość oderwana od ciała wchodzi w wymiar pozaczasowy, jakiego nie znamy. Gdzie więc znajduje się ten wymiar, do którego trafimy po śmierci? Czy zobaczę tam Boga? Czy TAM to sfera bez kształtów, czy
tylko sfera myśli? W jakim wymiarze znajduje się nasz umysł pracujący w krainie pragnień i pożądań?

Wieczorem jak zwykle zapisuję swoje rozważania. Chciałabym, by mąż się odezwał, ale jego konkretność co do terminów, to zasada. Poniedziałek, to poniedziałek. Przeszkadza mi ta jego cecha charakteru, ale ja nie będę pierwsza.

SOBOTA

Przerwy spędzam na spacerach i zwiedzaniu Passawy. Dzisiaj zaplanowałam wizytę w Muzeum Szkła – jedynym takim na świecie, zlokalizowanym w starannie odrestaurowanym historycznym zespole budynków „Wilder Mann”, graniczącym z XIV-
wiecznym Ratuszem. Tu, na tym terenie działały kiedyś, dominujące w Europie huty szkła. Ten kontakt ze światem rzemieślniczej, perfekcyjnej sztuki dodał mi skrzydeł i mam zamiar jeszcze dziś udać się do XIII-wiecznej warowni, czyli Veste Oberhaus. Jeszcze tam
nie byłam, a tylko podziwiałam ten widoczny z okna mojego pokoju, pomnik starej architektury. Wracam niespokojna. COŚ wisi w powietrzu. Po dwudziestej wychodzę przed dom i siadam na ławce, nad brzegiem Dunaju. Przepełnia mnie i chłonie ponownie ta
CISZA we mnie. Siedzę jak skała, zamykam się we własnym kokonie i nie zauważam, że przysiadł się do mnie kotek, zwykły, szaro-bury. Ocknęłam się, kiedy otarł się o mnie i zamiauczał. Uzmysławiam sobie, że powróciłam TU i TERAZ. Kotek nie przestawał się do mnie łasić i cały czas pomiaukiwał, jakby chciał mi coś przekazać. Skąd się tu wziął? Czy przybiegł z tej mojej CISZY z naddunajskiego brzegu? Zapalam papierosa i ponownie
spoglądam na rzekę i krajobraz. Widzę to piękno Natury, jakby ten Bóg we mnie nakazał tylko tak widzieć. Patrzenie na Dunaj, niebo, ten cały krajobraz, jest takie proste. Zdejmuję wzrok z nieba i spuszczam go w kierunku drugiego brzegu rzeki. Moje oczy natykają się na drzewa i krzewy, którym porośnięty jest ten brzeg. Nie wiem jakiego rodzaju to drzewa, ale
błądzę oczyma po ich rozmaitych kształtach w każdym dowolnym kierunku i uświadamiam sobie, że nigdzie nie mogę postawić pionu, czy kąta prostego. Wszędzie krągłość. Korzenie okrągłe, pnie okrągłe, gałęzie okrągłe. Nabrzmiałe ciała drzew przypominają mi brzuszki ciężarnych kobiet. I to moje krągłe spojrzenie nad krągłą Naturą dało nowe skojarzenie z krągłością faktów politycznych. Nie znam się na polityce, jestem tylko jej obserwatorem jak wielu z nas, ale śmiem przypuszczać, że historia wojen, puczów, aktów terrorystycznych też zatacza koło. Moja wiedza na temat wojen jest znikoma, tylko teoretyczna.
Wspominając konflikt jaki ma miejsce w Turcji, z całą wewnętrzną goryczą śmiem stwierdzić, że historia kołem się zatoczy i dopóki nie zmieni się sam człowiek i nie uformuje w nim cząsteczek wody w piękne kryształki, dopóty będą wojny i konflikty. Myślę na okrągło. Jak to wszystko się zakończy? Pozostaje nadzieja, że wszystko będzie dobrze. Siedzę taka zadumana, i nie zauważyłam jak zmierzchło, zrobiło się szaro-buro, zbliżała się noc. Nie mam pojęcia, która godzina. Nie spieszę się do domu. Naddunajski deptak
opustoszał. Spoglądam ponownie na niebo. Zauważyłam dwa księżyce w pełni, podobne do siebie. Zafascynowałam się. Nagle jeden z księżyców zamigotał innym blaskiem. Cały stał się migocącym światłem, po czym znikł. Trwało to może kilka, może kilkanaście sekund.
Co to było? Z tym pytaniem, niespokojna wracam do domu. Będę miała teraz swoją gimnastykę mózgu. O zjawisku tym wspomniałam na drugi dzień mojemu
podopiecznemu. Potwierdził, że dosyć często obserwuje się w tym rejonie UFO, ale dwa księżyce? – rysy zdziwienia na jego twarzy tylko potwierdziły, że mogłam być świadkiem czegoś dziwnego. Starszy pan nie umiał się odnieść do tego zjawiska.
– Na pewno nie były to żadne odbicia świateł reflektorów? – zapytał.
– Jestem pewna, że nie – odpowiadam zdecydowanie.
– Dwa słońca już były, ale dwa księżyce, w tym jeden znikający w ułamku sekundy? – pan kiwa głową, a ja czuję, że zjawisko go zafascynowało.
– Może to było jednak UFO? – ośmielam się zadać pytanie.
– UFO nie istnieje, choć w Bawarii można często usłyszeć o tym zjawisku – poruszył się i otulił mocniej kocem, jakby chciał przykryć swoje myśli, tym samym dać mi do zrozumienia, że to koniec dyskusji.
W swoim pokoju rozmyślam. To, co widziałam na niebie nie daje mi spokoju. – Może
jednak istnieją cywilizacje, które są w posiadaniu takich pojazdów, którymi przemierzają wymiary czasoprzestrzeni i potrafią ją „zwijać”? Może mają pod kontrolą zjawiska grawitacyjne, bo są w posiadaniu jakiegoś generatora, który wytwarza wokół ich statków odpowiednie pole, będące ich prywatnym Wszechświatem? Może pochodzą z innych wymiarów, a nie z innych galaktyk?
Tak rozmyślając poczułam tę degradację CZASU na sobie i zrozumiałam, że ten upływ
CZASU jest przejawem mojej świadomości, bo przecież z łatwością wchodzę w CZAS, którego nie ma. Więc CZAS to umowne pojęcie, które służyć ma do opisu atrybutów
czasoprzestrzeni? Nasza fizyka opiera się na mechanice kwantowej, a ICH? Może na równoległych Wszechświatach? Jakbym pokazała swój laptop w czasach Pitagorasa, to on nie wiedziałby co to jest, taka właśnie przepaść nas dzieli. A może to była nasza
technologia, o której zwykli śmiertelnicy nie mają pojęcia, a są to zwyczajnie tajemnice NASA?

Erinnerungen einer Betreuerin

Das Thema ist plötzlich “in” geworden, obwohl es schon seit Jahren gang und gäbe ist, dass die Polinnen, die vorher als beste Putzfrauen galten (je besser ausgebildet, desto intelligenter putzten sie auch), sind in Deutschland heutzutage vor allem als Betreuerinnen (opiekunki) von alten und kranken arbeiten. Seit ein paar Jahren berichtet unsere Autorin, Łucja Fice, darüber, wie es ist, in Deutschland als “opiekunka” zu arbeiten.

Łucja Fice

Seit meinem ersten Auslandsjob sind zwei Jahre vergangen. Ich spürte alle diese Tage, Wochen, Monate, diese in fremden Häusern langsam verstreichende Zeit in den Knochen. Meine Wirbelsäule neigte sich wie ein angebranntes Streichholz. Zuweilen hatte ich den Eindruck, dass mir durch das schwere Schleppen ein Buckel wächst und ich genauso einschrumpfe, wie meine Pfleglinge. Die Sehnsucht nach Hause ließ nicht nach.
Als ich im Bus die verschiedensten Geschichten über die Probleme der Pflegerinnen anhörte, die ganz Deutschland auf der Suche nach Arbeit durchquerten, war ich heilfroh, dass ich fähig bin, mich an jede Familie anzupassen und dass mir Krankenpflege Freude bereitet.

In der Nähe von Augsburg

Begrüßt wurde ich von einer sympathischen Koordinatorin, die zusammen mit der Frau, die ich pflegen sollte, zum Bahnhof kam. Evelyn, so hieß die Frau, reichte mir einen Strauß bunter Feldblumen. Das war unsagbar rührend, das gab es noch nie, dass mich jemand so zum Arbeitsbeginn willkommen hieß. Nach der offiziellen Vorstellungszeremonie hat Evelyn die Koordinatorin und mich zum Mittagessen in ein Restaurant eingeladen. Ich begriff nicht, warum eine Siebzigjährige, die in guten Restaurants verkehrt und sich ohne Krücke oder Rolli bewegen kann, eine Betreuerin benötigt. Aber ich dankte dem Himmel
dafür und betrachtete es als einen Glückssegen. Ich fühlte mich, als ob dicht hinter mir Engel mit Rundschildern und Säbeln an der Seite stünden. So gegen fünfzehn Uhr kamen wir dann in Evelyns Haus an. Wir fuhren zuerst einige Haltestellen mit der Straßenbahn und nahmen dann den Bus in eine Vorstadtsiedlung. Unterwegs wurde ich über Ausgehmöglichkeiten und Sehenswertes in Augsburg informiert.
“Das ist das Mozart-Museum” – sagte Evelyn – “und hier, sieh’ mal das Denkmal des Stadtgründers Kaiser Octavius Augustus. Du kannst jeden Tag in die Stadt fahren.”
Die Stadt hat mich bezaubert. Ich dachte: “Ich möchte länger hier bleiben.” Die Aprilsonne, die vielen Menschen auf den Straßen, lächelnde und lebensfrohe Deutsche. Das alles machte mich neugierig, ich wollte mehr sehen und länger an diesem Ort bleiben.

Deutsches Pflegeheim

Mit der Vier waren es vom Augustus-Denkmal nur drei Haltestellen. Ich sollte am renaissance-barocken Dom vorbeigehen, dann an der Gefängnismauer links und dann rechts abbiegen, das Pflegeheim sollte sich am Ende der Straße befinden. Wie soll ich es finden, wie komme ich hin? Meine Angst wuchs. Ich hatte Recht, die Häuser waren mit geraden Zahlen nummeriert und das Pflegeheim hatte die Nummer neunzehn. Auf der gegenüberliegenden Straßenseite zog sich eine Parkanlage. Um das richtige Gebäude zu finden, musste ich eine Frau ansprechen, die gerade vorbeilief.
“Ich will auch dahin. Das Haus hat zwei Nummern. Die Achtzehn ist vorne, die Neunzehn steht daneben, das täuscht.”
Da ist es. Ein großes, rotes Backsteinhaus. Die Tür hatte eine Photozelle und ging geräuschlos auf. Ich betrat die Eingangshalle, die in einen großen Salon überging, der beinahe das gesamte Erdgeschoss einnahm. Auf dem hellen Parkett lag ein bunter Teppich. Alles andere, die Wände, die Sessel und die Sofas waren schneeweiß. Ich fühlte mich, als besuchte ich einen Palast. Hinter den riesigen Fenstern sah ich eine Terrasse und einen Rasen. Dann vernahm ich ein piepsendes Mäusestimmchen:
“Sei uns willkommen Königin, sei willkommen”.
“Mama!” – erklang eine andere Stimme hinter meinem Rücken. – “Das ist keine Königin”.
Die Demenz der alten Dame tat, dass ich mich wieder in der reellen Welt einfand. Ich nahm den Fahrstuhl und fuhr in den vierten Stock. Im Betreuerzimmer, das grausig grellgelb angestrichen war, fragte ich eine Frau im blauen Kittel nach Evelyn und ihrem Mann. Sie trank Kaffee. Den Becher hielt sie in beiden Händen, als würde sie sie wärmen wollen. Ich hätte in diesem Moment eine Handvoll abstumpfender Medikamente gebraucht, um mir die Angst zu nehmen. Ich hörte: “Einen Moment.” Die Frau drehte sich um und trat an eine andere, junge, brünette Frau, deren Ohr am Handy klebte. Ihren Hinterkopf schmückte ein charakteristisch geflochtener Dutt. Sie hatte einen strahlend weißen Kittel mit einem dunkelblauen Kragen und genau solchen Manschetten an. An ihrer Brust steckte ein Namensschild. Sie stach von den anderen ab. Sie war schlank wie eine Gerte und wirkte sehr vornehm. Die Frau, sie war knapp dreißig, unterbrach das Gespräch sofort. Unsere Blicke kreuzten sich. Einen Moment kurz war ich konsterniert, ich wusste nicht, worum es geht.
Die Frau ging in den Flur, reichte mir ihre Hand und stellte sich auf Polnisch
vor:
“Ich heiße Alicja. Ich bringe Sie zu Evelyn.”
Sie hatte regelmäßige Gesichtszüge, war sehr hübsch und der Kittel kleidete sie.
Sie sah schick aus. Unterwegs erfuhr ich, dass sie seit neun Jahren in Augsburg wohnt.
“Ich bin gleich nach dem Abi hierhergezogen, als ich erfuhr, dass junge Polinnen in Pflegeheimen eingestellt werden. Ich wollte ein Jahr arbeiten und dann hier studieren. Augsburg ist für Studenten DER Ort in Deutschland. Ein Paradies. Wirklich! Und so blieb ich bis heute hier und habe keine Lust, nach Polen zurückzukehren. Es ist ein exklusives Pflegeheim und der Verdienst ist ebenso exklusiv.”
Ihre Stimme klang wohl. Sie war sozusagen eine Ergänzung ihres guten Aussehens.

“Sie konnten also Deutsch, als sie herkamen” – stellte ich fest.
“Ja. Ich habe schon als Kind Deutsch und Englisch gelernt. Meine Klassenkameradinnen sind nach England und ich habe mich für Deutschland entschieden. Und ich habe es nie bereut. Als ich hier zu arbeiten begann, war mein Deutsch gut, aber nicht perfekt. Ich bekam aber den Job. Für ein halbes Jahr haben sie für mich die Warmmiete übernommen.
“Mein Gott! Die Polen sind überall in Europa. Auf der Straße habe ich auch die polnische Sprache vernommen. Es ist nett, aber auch beängstigend, wir sind ja nicht im Urlaub hier” – entgegnete ich.
“Und Sie arbeiten hier seit neun Jahren?”
Die Frau lächelte.
“Nein! Ich habe meinen Traum verwirklicht, nur ein wenig anders.” Ich sah in ihr
junges, hübsches Gesicht. Es strahlte Wärme und Güte aus, aber ich machte mir
keine genaueren Gedanken darüber, ich konzentrierte mich mehr auf ihre Antwort.
“Ich wollte Betriebswirtschaft studieren, habe aber meine Pläne schon nach einem Jahr Arbeit mit den Seniorinnen geändert. Ich habe Medizin, Fachrichtung Geriatrie studiert und bin hierher zurück. Ich bin Ärztin. Seit einem Jahr” – fügte sie hinzu.
Erst jetzt verstand ich, warum sie einen andersfarbigen Kittel trug und sah auf
ihr Namensschild: „Alicja Augustyn – Ärztin für Geriatrie”. Ich lächelte. Ich
begriff, woher die Sympathie für diese Stadt stammen könnte, ich fragte jedoch
nicht nach dem Zusammenhang.
Wir hielten vor der Tür zum Zimmer 402, wo auf einem goldfarbenen Schild der
Vor- und Nachname eingraviert war und die mit einem Foto versehen war.
Doz. Dr. habil. Rudolf Hankel.
“Das ist Evelyns Ehemann” – sagte Alicja und schaute mich an. Erst da bemerkte ich das zarte Makeup, das ihre natürliche Schönheit unterstrich.
“Ja. Ich weiß.”
Bevor sie die Tür öffnete, legte sie den Finger auf die Lippen. Ich sollte mich
still verhalten.
“Evelyn kommt sehr oft her. Seit zwei Jahren schon” – flüsterte sie.
“Schauen Sie sich das an. Evelyn schläft auf dem Sofa. Sie ist Diabetikerin, sie nimmt es aber mit den Medikamenten nicht besonders genau. Wenn sie besuchsweise hier ist, sorgen wir auch für sie. Ihr wurde der Vorschlag gemacht, dass sie zusammen mit ihrem Mann hierher ziehen kann, sie würden dann ein größeres Apartment bekommen, aber sie wollte es nicht. Abends fährt sie immer nach Hause” – Alicja sagte das alles flüsternd.
Und dann ließ sie mich allein.

Ich passierte den Flur mit einem großen Spiegelschrank und betrat das Zimmer. Die Sonnenstrahlen spendeten dem Raum Helligkeit. An einer der Wände stand ein Krankenbett und daneben eine Kommode mit Schubfächern. Auf der anderen Seite – ein bequemes Sofa aus braunem, echtem Leder, auf dem unter einer Decke Evelyn schlummerte. Am Fenster stand ein recht großer Tisch mit vier Stühlen. Auf einem der Stühle saß ein noch gar nicht so alter Mann mit warmem Blick und dem Lächeln eines
zweijährigen Kindes. Er legte Knöpfe aus einer Schachtel in die andere. Früher las er Theologie an der Augsburger Uni. Die Demenz verwandelte diesen riesigen Mann in einen hilfslosen Jungen. Sie schnappte ihn sich, als er in die wohlverdiente Altersrente ging und endlich entspannen hätte können.
Ich hatte das Gefühl, als ob die WAHRHEIT auf der Seite der parallelen Welt läge und als ob die Realität, die ich sah, überhaupt nicht existieren würde, als wäre es nur ein Produkt der wuchernden Phantasie.
“Mein Gott! Wie wehrlos dieser Mensch doch ist. Du hast ihm ja den Verstand genommen. Tust du mir dasselbe an? Du hast mich doch nicht mit Willen, Gewissen und Moral beschenkt, um sie mir wieder wegzunehmen. Wie dringt man zur WAHRHEIT vor? Ich bin in mich gegangen, um die Antwort auf die quälende Frage zu bekommen: Warum ist diese WAHRHEIT immer unbekannt?
Ich überlegte, warum ich immer noch die Lust hatte, nach ihr zu suchen. Ich erinnerte mich an die Worte meines Mannes: „Weib, du zerkloppst dir irgendwann den Kopf bei dieser ewigen Wahrheitssuche”. Ich erinnere mich auch, was ich ihm darauf entgegnete: “Aber ich habe eine Tür in dieser Mauer gefunden und versuche, sie jetzt aufzumachen und habe keine Absicht, die Freude durch Schlüsselsuche entbehren zu müssen. Ich riskiere doch nichts, wenn ich es probiere.”
“Warum stehen wir Krankheiten und Tod alle so hilflos gegenüber?” – dachte ich, als ich mich in dem Spiegel über dem Tisch ansah. Dieser Spiegel machte, dass ich wie seelenlos dastand und mein Spiegelbild anglotzte: Ich sehe ziemlich menschlich aus. Ich bin ein Homo sapiens, obwohl ich mich nicht viel vom Homo erectus unterscheide. Ich bin wie ein fellloser Fleischfresser, wie ein sprechender Affe, der Gedichte schreibt. Wie viel Mensch und wie viel Tier steckt in mir? Jedenfalls ist meine Gattung merkwürdig. Wer bin ich in Wirklichkeit? Was ist mit dem freien Willen? Mit der Moral? Ein lautes, langgezogenes Aufschnarchen Evelyns riss mich aus diesen Gedanken und ich landete wieder in der Realität.
Ich hatte so meine Bedenken, als ich mir den spielenden Doktor habil. ansah. Vielleicht sollte man ihm einige Astroglia einflechten und das Erinnerungsvermögen blüht wieder auf, wie nach der Berührung von ET und die Neuronen wachsen nach? Die Astroglia, die Gliazellen im zentralen Nervensystem, in welchen unsere Gedanken, unser Erinnerungsvermögen und unsere Vorstellungskraft stecken, sind doch die Grundlage für das Überleben unserer Gattung. Warum bin ich keine Wissenschaftlerin? Diesem Genre würde ich gern mein Leben widmen – philosophierte ich. Ich wandte mich von dem
Spiegel ab und sah auf den Mann. Gut, dass du nicht mehr verstehst, dass das Leben eine sehr gefährliche Beschäftigung ist und die Todesrate bei 100 Prozent liegt – sagte ich, halb zu ihm, halb zu mir, selbstverständlich auf Polnisch.

Ich habe es nicht einmal bemerkt, dass am Fenster ein Patientenlifter, am Sofa eine weitere hohe Kommode mit einem Flachfernseher und Rähmchen mit Bildern standen. An der Wand mit dem Bett hing eine Reproduktion der “Sonnenblumen” van Goghs. Das Bad war ganze fünfzehn Quadratmeter groß und mit allen möglichen Geräten ausgestattet, die alten, kranken, gebrechlichen Menschen das Leben erleichterten. Die Sauberkeit war bestechend. Hier herrschte bereits das 22. Jahrhundert. Ich dachte an das polnische staatliche Pflegeheim, wo ich kurz gejobbt hatte. Dort gab es keine Patientenlifter. Unsere
Pflegeheime unterscheiden sich leider von den deutschen. Aber was soll’s. Ich kann es nicht ändern und ich verfüge auch über keine göttliche Macht, um dem Ehemann Evelyns seinen Verstand zurückzugeben. Also soll wenigstens sein Herz unter den Rippen pochen, soll er doch frische Luft atmen und möge ihm das Essen schmecken – ich bemühte mich um reine Gedanken.
Ich weckte Evelyn. Wir fuhren nach Hause. Vier Haltestellen mit der Straßenbahn, einige mit dem Bus und ein Stück zu Fuß. Wir begegneten ihren Bekannten, die uns mit Grüß
Gott grüßten. Nicht etwa mit guten Abend, sondern genauso, wie die Katholiken in Polen einander grüßen. Im Süden Deutschlands ist es so üblich. Finde ich nett. Sogar Kinder grüßten uns inzwischen so. Obwohl es noch gar nicht schwer war, legte sich Evelyn nach dem Abendessen und nachdem sie eine Handvoll Medikamente und eine Dosis Insulin nahm, ins Bett.
Ich hatte frei. Ich strickte bis in die späte Nacht. Ich begann, den Pflegerinnen aus dem Bus zu glauben, dass es doch angenehme und leichte Verträge gibt. Ich erinnerte mich an einen Traum, in dem mich mein verstorbener Bruder besuchte und sagte: „Setz dich hin und entspanne”. War es etwa an der Zeit? Sollte sich auch dieser Traum bewahrheiten? Ich habe es noch nicht ganz geglaubt, da ich mir alles im Leben schwer erkämpfen musste. Dieses Gesetz bewährte sich immer. Das ist Gabis Satz, übrigens nachgewiesen.

Anfänge

In Deutschland fühle ich mich wie in der Schule, wo man mir das Bügeln, Einräumen, Saubermachen, Putzen und Kochen aufs Neue beibringt, aber diesmal auf Deutsch. Die Häuser, in welchen ich arbeite, dienen mir als Vergrößerungsgläser, mit welchen ich die letzten Lebenstage meiner Schützlinge beobachte. Ich entdecke immer diesen Fremden in mir. In vielen Häusern fühlte ich mich wie ein Schatten, den die Familie einfach passierte, ohne ihn wahrzunehmen, jedoch habe ich überall die Spuren meiner Arbeit zurückgelassen. Momentan klettere ich immer noch nach oben und versuche, den Weg nicht zu verfehlen. Ich sehe mich um. Sehe Spuren vor mir und hinter mir. Nach fünf Jahren Arbeitstourismus in Deutschland fühle ich mich wie ein abgebranntes Stück Kohle. Meine Wärme schenkte ich den Alten, den Leidenden. Die Notwendigkeit, Geld für ein würdiges Leben zu verdienen, hat meinen Charakter geschliffen. Ich weiß! Meine Taten haben keine Bedeutung.
Diese Reisen, um jemanden zu pflegen, waren auch Reisen ins UNBEKANNTE, denn ich bin immer nach etwas Neuem aus. Meine Wanderungen durch die deutschen Länder, vom Norden nach Süden, sind wie das Suchen eines Brunnens am Ende der Welt. Ich möchte diese Welt bewundern. Reisen bilden nicht nur. Reisen machen auch müde.

Als ich in Gedanken die fernen Erinnerungen aus der Kindheit ins Gedächtnis rief, sah ich, wie im Spiegel, ein fünfjähriges Mädchen mit einem Näschen voller Sommersprossen und mit Zöpfen mit großen Schleifen. An diesem merkwürdigen Tag hatte es ein dunkelrotes Samtkleidchen mit einem weißen, bestickten Kragen an. Das Mädchen kniet in der Küche auf einem mit Erbsen gefüllten Säckchen. Ihre erhobenen Hände lehnen an der Wand. In der auf ihrer Kopfhöhe befindlichen Spüle hört man das Wasser tropfen. Sie rezitiert ein
Gedicht:
”Ich bin eine kleine Christin. Ich soll gut, sanftmütig, ehrlich, einfach und heiter sein. In jedem Wort aufrecht in jeder Tat geduldig, denn der liebe Gott schaut mir zu und erfährt, was ich denke und was ich tue.”– Was ist Zeit. Wie lange dauert das Jetzt? Wie lang ist ein Augenblick?
Ich höre die Fragen des Mädchens und erinnere mich an das Wunder der Harmonie in ihrem Kopf, wo sich die Realität mit der Wendeseite des Bewusstseins vermischt. Ich sehe erneut die Wand, wie auf Märchendias, Bilder erscheinen – ein Waldfriedhof. Alle Bäume flüstern, als sprächen sie mit den Vögeln. Sie erzählen Geschichten über die Kraft, die alle Wesen auf der Erde, auch die Menschen haben. Der Wald hütet irgendwelche Geheimnis und die fliegenden, sich wie im Tanz erhebende Vögel verraten einander die Geheimnisse der Welt, von welchen die Menschen nicht einmal geträumt haben. Ich sehe erneut die Gesichter der lachenden Bäume und meine Nase spürt außerirdische Gerüche. Ich tauche ein in diese Träume, die mir einst wie Wirklichkeit vorkamen.
“Nein! Nein! Auf der Wand sind doch ein Wald und fliegende Vögel. Mach’ das Licht aus! Welcher Wald? Welche Vögel?”
“Marta, hier! Die Wand singt. Verzauberte Vögel. Die Bäume sprachen miteinander. Sie hatten Augen und Nasen und eines sagte zu mir: “Du bist ein Geheimnis.”

War das ausschließlich kindliche Phantasie? Oder ein kindlicher Blick auf die Kehrseite des Lebens? Ich hatte bereits als kleines Kind das nebulöse Gefühl, dass die Welt nicht wirklich so ist, wie wir sie wahrnehmen. Vielleicht habe ich damals unbewusst vermutet, dass alles um uns herum, diese ganze Materie, nur ein Spiel der blauen Schatten ist? Bereits als Kind verstand ich, dass sich das Licht mit der Finsternis verflicht, die sein fester Faktor ist. Als ich erwachsen wurde, überzeugte ich mich, dass sich das Licht mit der Finsternis verflicht, die ihr festes Pendant ist. Und als ich erwachsen wurde, überzeugte ich mich, welchen brutalen Preis man dafür bezahlen muss. Die Worte “Du bist ein Geheimnis”, die der Baum sagte, quälten mich und brannten meine Eingeweide das ganze erwachsene Leben lang.

Heute erkläre ich es mir so: Vielleicht ist das Leben ein geheimnisvolles Spiel, ein verborgener, tieferer Sinn? Und durch das Denken, das wie eine Welle fungiert, bereiten wir unsere Körper auf chemischer Ebene durch die Erfahrungen unseres Lebens für eine andere Bewusstseinsform vor, welche wir in diesem Leben nicht einmal erahnen. Ich verstehe es jetzt so, dass ich nicht aus der Materie allein bestehe. Ich bin als Mensch ein multidimensionales Wesen und deswegen ist das, was in meinem Kopf geschieht, für mich so wichtig.

Vielleicht kann ich selbst ein Zauberer sein und meine Welt kreieren, in meinem Kopf sind ja die Möglichkeiten zur Realitätsschöpfung vorhanden. Hinweise bekam ich von jenem kleinen Mädchen, das ich einst gewesen bin und dessen Verstand frei von Anschauungen und Ideen war.

Der erste Job in Deutschland

Als ich mich von meinem Mann verabschiedete, war ich nicht wirklich traurig. In den letzten Wochen, die voller üblicher banaler und zuweilen grotesker Missverständnisse waren, sammelte sich in mir viel Zorn an und ich wartete sehnsüchtig auf den Abreisetag um mich von ihm zu befreien. Ich wusste, dass ich eine krebskranke Frau, nach einer Mastektomie betreuen werde. Und die Angst wegen der dürftigen Sprachkenntnisse stärkte die Unruhe, sie ließ mich nicht vernünftig denken. Die Familie, zu der ich fuhr, war damit einverstanden, dass ich mit der Patientin englisch spreche. Und ich konnte doch gut Englisch, die Angst war also völlig unbegründet. Einerseits hatte ich eine Riesenangst, andererseits freute ich mich, dass ich Geld verdienen und Deutsch lernen kann.

Während der ganzen Reise habe ich verschiedene Märchen ins Gedächtnis geholt, sowohl die, die ich ‘mal gelesen als auch jene, die ich selbst erdichtet habe. Als “Märchen” bezeichnete ich auch wahre Begebenheiten, die immer mit “Es war einmal…” anfingen. Wie damals als mein Mann wahnsinnig in mich verliebt war, und alles tat, um für meine Gunst zu werben. Eben während dieser Reise wurde es mir klar, dass es ein völlig normaler Kampf eines Männchens um ein Weibchen war. Wie eine Werbung emittierte er seine Informationen, dass er über gute Gene verfüge… und ich habe es als wahre Münze genommen. Die Erinnerungen flammten in mir auf wie schnell einander folgende Blitzlichter eines Fotoapparates. Ja, das stimmt! Reisen begünstigt die Reflexionsbereitschaft. Zeit zum Nachdenken hatte ich genug, um Platz für andere Märchen zu finden. Die Mitreisenden waren nicht besonders sympathisch. Obzwar ich das Wort “Meute” nicht sonderlich mag, habe ich meine Reisekumpanen so klassifizieren müssen. In mentaler Hinsicht war ich doch ein wenig anders als sie. Ich kann mich nicht mit Leuten unterhalten, deren Wortschatz keine tausend Wörter überschreitet, von denen auch noch die Hälfte nicht durch die Zensur käme. Und mit solchen Leuten musste ich mehr als zehn Stunden im Auto verbringen.

Was tu ich denn überhaupt? Kaum, dass ich mich nach meinem mehrjährigen Aufenthalt in Großbritannien zuhause eingelebt habe, schon nehme ich das nächste Risiko auf mich. Diesmal geht es nach Deutschland. Ich werde alte Menschen in ihren Wohnungen betreuen. Ist das Altruismus oder die Notwendigkeit, Geld zu verdienen, um finanziell etwas auf die Reihe zu bekommen? Es tat mir leid, dass mein Mann nicht gefragt hat: “Wie kommst du ohne Deutschkenntnisse zurecht. Bei deinem Gestammel schicken sie dich doch im Handumdrehen wieder nach Hause.” Ja! Das stimmt. Dieses Gestammel machte mich einem Hund ähnlich, mit dem man sich ja auch verständige, ja sowohl anfreunden kann.

Die Erinnerungen, die fast die ganze Reise über meinem Gedächtnis entsprangen, machten sie irgendwie angenehmer. Ich vermochte es, in einen parallelen Raum und in eine völlig andere Zeit zu entrücken. Dann kehrte ich wieder in die Gegenwart zurück und konnte selbst nicht begreifen, wie es kam, dass ich mich, von niemandem dazu gezwungen, entschied, mein Land zu verlassen, ohne genau zu wissen, wohin mich das Schicksal verschlägt. Ich konnte ja stolz auf mich sein – ich habe die Schulden abbezahlt, die ich des bequemeren Lebens willen gemacht habe und dank mir wohnte mein Mann nicht mehr in der Dachbodenwohnung. Wenn ich traurig bin, dass ich mich erneut von ihm verabschieden musste, kehre ich schnellstens zu meinen Märchen zurück.

Und wo bleibt das Frühstück?

An meinem Ziel kam ich um acht Uhr morgens an. Der Fahrer wartete nur, dass ich schnell aussteige und die Tür zumache und sauste sofort los. Ich zündete mir eine Zigarette an und sah mich um, neugierig, wohin mich der flatterigste Beruf, und zwar der einer Pflegerin, diesmal hinbrachte. Ich schaute mir die in ihrer Morgenruhe traurig wirkende Gegend, das Haus, vor dem ich stand und die Reihe der kleinen Häuser auf der anderen Straßenseite lange an, irgendwie hatte ich Angst, anzuklopfen. Meine Intuition gebot mir Vorsicht. Und sie hatte Recht, vom Garten aus kam mir ein Mann im Arbeitsanzug und schmutzigen Schuhen entgegen. Seine unrasierten, schmuddeligen Wangen und die dunkle Brille auf seiner Nase beunruhigten mich. Ich überlegte, ob er sie wohl aufgesetzt hat, damit ich das nicht erblicken kann, was man einem Fremden nicht einzublicken gewährt. Sein Äußeres stimmte mich misstrauisch, ich fasste aber meinen ganzen Mut zusammen und stellte mich kurz vor. Ich fragte, ob die Adresse richtig sei, lobte die ruhige Gegend und das große Haus. Der Mann bejahte meine Frage und mein Lob schien ihm zu gefallen, da er sogar lächelte. Ich fragte ihn sogar, ob wir Englisch sprechen könnten. Er nahm meinen Koffer und ich trabte hinterher, sah mir seine schweren Schuhe an und wunderte mich, dass er trotzdem lange, leichte Schritte machte. Als ich mir seine ganze Gestalt ansah, erinnerte er mich an einen Galeerensträfling. Und das ganze Haus und die Umgebung – an einen Gulag.

Er führte mich in den ersten Stock und gab mir kurz Auskunft, was ich zu tun habe und wie die Arbeitsbedingungen sind. Ich fühle mich danach keinen Deut besser. Die Perspektive, an diesem Ort bleiben zu müssen, erschreckte mich. Er stellte meinen Koffer ins Zimmer, wo ich während meines Aufenthalts wohnen sollte. Es war ein heller, trockener Raum mit einem Fernseher. Dann brachte er mich zu seiner kranken Frau. Im Wohnzimmer saß auf einem Ledersofa eine Frau im Morgenmantel. Sie war ein paar Jahre älter als ich. Mit der einen Hand streichelte sie einen kleinen Welpen, der auf ihrem Schoß saß, in der anderen hielt sie einen Schoppen Wein. Zu ihren Füßen, auf dem Teppich lagen vier holländische Bassethunde. Sie saß so, in Gedanken versunken, mit halbgeschlossenen Augen. Wir haben uns eine ganze Weile angeschwiegen. Als ich an sie herantrat, machte sie die Augen auf und lächelte. Sie musterte mich von Kopf bis Fuß und zeigte mit dem Finger auf einen Stuhl. Ich setzte mich etwas schräg hin und wartete ungeduldig und gespannt, was jetzt käme. Ich wusste nicht, wie ich mich verhalten soll, ich wollte mich doch zunächst vorstellen. Ihr Mann stand unbeweglich an der Tür, wie ein Lakai.

“Es ist eine Freude für mich, bei Ihnen arbeiten zu können” – irgendetwas musste ich ja sagen, wo die Frau so gar keine Anstalten machte, ein Gespräch zu beginnen. Nach einer Weile, als weiterhin nichts zu hören war, als ihr Atem, stellte ich mich vor und informierte sie, dass ich gut Englisch sprechen kann. Sie hat mich eines Blickes gewürdigt, sie war weiterhin mit dem Streicheln des Hundes beschäftigt. Ich fühlte mich wie ein Schatten. – “Ich muss an ihre Gedanken herankommen” – dachte ich.
Die Frau schien eine Xanthippe zu sein. Ich habe nicht ein einziges Anzeichen einer Krankheit bemerkt. Die Gefühle, die mich in diesem Moment überwältigten, ließen mich ihren Namen vergessen, der ja im Vertrag gestanden hat. So blieb sie für mich vorübergehend namenlos. Ich bat um einen Tee. Als ich mich vom ersten Schock erholte, merkte ich, dass der Morgenmantel der Frau recht verschlissen war. Die Bilder, die meine Phantasie produzierte, veränderten sich, als stammten die vorherigen aus einer anderen Zeit und Dimension. Mir schien, als wäre ich vorher in einem dreidimensionalen Raum eingetaucht und erst jetzt in die Realität zurückkäme. Oder waren es vielleicht keine Wahrnehmungsfehler sondern eine andere Betrachtungsweise, ein anderer Blick auf diese Frau?
Ich kramte alle deutschen Wörter aus dem Gedächtnis, die ich noch in der Schule gelernt habe. Ich konnte mich auch an einige Sprüche und Ausdrücke meiner Mutter entsinnen. – Ja! Ich habe Erfahrung. Ja, ich müsste zurechtkommen.
– Gartenarbeit gehört nicht zu den Pflichten einer Pflegerin.

– Wir stammen aus Holand, wir wohnen seit fünfzehn Jahren hier – die Frau taute endlich auf. Das Gespräch stockte. Ich war müde, hungrig und von der langen Autoreise erschöpft. Ich wusste nicht, wie ich mich zu verhalten habe.

“Bin ich eine Detektivin, die die Geheimnisse fremder Gedanken erforschen muss? Was soll ich jetzt machen?” – nur solche Fragen entsprangen meinem gedämpften Geist. Die vier Hunde wechselten ihren Lagerplatz. Alle vier, bis auf den Welpen, lagen nun zu meinen Füßen und beschnupperten mich. Nach so einer langen Reise duftete sicherlich nicht nach Frische, also war ich verlegen und fühlte mich unwohl, auch vor den Hunden. Auf meiner weißen, ärmellosen Bluse prunkte meine Lieblingshalskette mit einem Bernstein. Ich streckte die Brust raus und nahm einen olympischen Gesichtsausdruck an, als wäre dieser Bernstein mindestens eine Olympiamedaille. Ich fühlte den Unterschied, der zwischen mir und dieser Frau lag, die in ihrem alten Morgenmantel, mit zerzaustem Haar mit ihrem Körper das halbe Sofa vereinnahmte. Ich mochte nicht einmal ihre Stimme.

– Heute ist Sonntag, die Arbeit beginnt ab morgen.

Sie bedachte mich mit einem erhaben Blick und gedämpften Lachen, in dem ich ihren Unwillen mir gegenüber und meinem Aufenthalt hier spürte. Ihr dunkelhäutiges Gesicht blieb unbetrübt ruhig, wären da nicht die leicht bebenden Lippen.

– Du kannst auf dein Zimmer gehen und dich nach der Reise erholen – sagte schließlich der Hausherr.

Und wo bleibt das Frühstück? – dachte ich, als ich das Wohnzimmer verließ.
Ich fragte aber nicht.


Andere Beiträge von Łucja Fice zum Thema “Betreuerin” auf diesem Blog (manche sind auf Polnisch, andere im Deutsch). Unsere Zusammenarbeit dauert schon über 6 Jahre…

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/01/14/na-saksy-4/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/01/07/na-saksy-3-die-reichen/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/11/26/na-saksy-2/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/11/19/na-saksy-oder-als-senioren-betreurin-in-deutschland-zu-arbeiten/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/10/19/400-tysiecy/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/03/27/nowe-miejsce/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/12/12/samotnosc-jest-wszedzie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/05/04/lucy-in-the-sky-with-her-books/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/03/23/na-saksach/

Na Saksy 4 Über die Märchen

Łucja Fice

Die letzten Tagen

Dieser Nachmittag war nicht angenehm. Elvira wusste sich für meine freien Stunden zu revanchieren. Sie schickte mich in den Keller, ich sollte den Fußboden wischen, die Regale sauber machen und zweihundert Gläser mit Eingemachtem einsortieren, die vorher sorgfältig geputzt werden mussten.

“Alles muss sauber sein, alles muss tipptopp sein”.

Ich widersprach nicht. Das Alter besiegte mein ich. Diese deutsche Gründlichkeit fand ich entsetzlich. Da half mir aber meine Gewitztheit. Irgendwie musste ich das packen. Ich wickelte ein Buch ins Wischtuch ein und steckte es in die eine Schürzentasche, in die andere kam eine Taschenlampe und holte den Wassereimer und den Mopp aus der Besenkammer.

“Ich gehe in den Keller!”
“In einer Stunde musst du alles schaffen”, erwiderte die Alte hart.

Das war eine angenehme Lesestunde. Ich fühlte mich wie ein kleines Mädchen, dem man das Lesen verboten hat und das es heimlich tun muss. Als ich Elvira die Treppe runterkommen hörte, schaffte ich es, den Fußboden nass zu machen und mit dem Tuch über die Regale zu fahren. Der Betrug war gelungen.

***

Nur noch drei Wochen bis zum Vertragsende. Ich wollte keinen Ärger. Ich fasste den Entschluss. Morgen rufe ich die Agentur und die Tochter der Alten an. Ich wollte nach Hause. Die unwiderrufliche Entscheidung stand fest.

Nach zwanzig Uhr stand das Gießen der Rabatten auf dem Programm. Ich schleppte die Kannen mit zehn Litern Wassern, so dass meine Wirbelsäule quietschte. In diesem Moment hätte ich die Alte ermurksen können. Ich verwarf diese unschönen Gedanken und begann zu singen. Ich wusste es! Meine Heiterkeit würde sie erbosen. Ich reizte sie bis zur Weißglut.

“Schrei nicht so rum!”, brüllte Elvira aus dem Fenster und schaute mich verächtlich an. Sie sah aus wie eine böse Hexe, die sich zum Fotografieren aufplusterte. Die abgewetzte Schürze passte ideal zur abgemergelten Figur dieser langnäsigen Xanthippe. Es fehlt nur noch, dass sie mir einen roten Apfel aus dem Fenster zuwirft, den ich esse, mich vergifte und zu singen aufhöre.
“Willst du mich bezahlen, wenn ich aufhöre?”, entgegnete ich.

Ein anderer hätte wenigstens gelächelt, aber doch nicht diese alte Frau, die Fröhlichkeit unmoralisch fand und sich an Traurigkeit und Tränen ergötzte. Ich war aufgebracht und sang weiter. Die Alte donnerte das Fenster zu. “Hab’ ich denn so falsch gesungen? Mein Gott! Warum bedachtest du mich mit keiner Begabung, auf der ich mein verdammtes Leben stützen könnte”, sagte ich laut.

Uff! Die Arbeit war erledigt, der nächste Tag vorbei und trotzdem dachte ich, ich sei verrückt, dass ich diesen Vertrag nicht sofort kündige.

***

An diesem Tag hatte die Alte einen Termin beim Augenarzt. Ich hatte also frei und konnte sogar telefonieren. Dem Opa tat es auch gut, er bekam rote Wangen, lächelte, trank Wasser und aß die Süßigkeiten, die ich ihm anbot, wofür er sich mit Augenbewegungen bedankte. Ich freute mich darüber. Ich wusste, dass er die Augenblicke liebte, die er mit mir allein verbringen konnte. Seine Frau schenkte ihm sowieso keine Aufmerksamkeit. Er war für sie wie Luft, ein Mann ohne Eigenschaften, er blieb immer im Hintergrund. Ich nahm es dieser Hexe übel, dass sie ihren eigenen Mann so schlecht behandelt, ich war oft frustriert darüber. Für mich war er wertvoll, wie jeder ältere Mensch. Diesen Wert fühlte ich mit den Sinnen, unterhäutig. Ich sah seine innere Ruhe, die zwar zuweilen verflog und in Unruhe oder gar Aggressivität umschwenkte, wenn er mir seine geballten Fäuste unter die Nase hielt. In solchen Augenblicken erklärte ich mir das Verhalten meiner Schützlinge mit ihrem Alter, ihrer Krankheit und Schmerzen. Er hatte ungewöhnliche Augen. Ich schaute gern in diese scharf blickenden Katzenpupillen. Ich wusste ihn zu schätzen und es schmerzte mich, wenn Elvira ihren Mann ein ‘altes Schwein’ schimpfte.

***

Es blieb mir jedoch nichts anderes übrig, als die Agentur zu bitten, den Vertrag zu kündigen. Über diesen Entschluss informierte ich sie telefonisch.

“Ich will nach HAUSE, nach HAUSE!”
“Gabriela, wir beenden diesen Vertrag! Diese Familie verzichtet auf die Dienstleistungen unserer Agentur, also können wir niemanden an Ihre Stelle schicken.”
“Warum?”
“Wir glauben, es wird den Leuten zu teuer.”
“Also muss ich bis zum Schluss bleiben?”
“Genau! Ist aber bald vorbei”, tröstete mich Joanna. Meine Augen wurden feucht vor Ärger. Ich rief die Tochter von Elvira an. Ich hörte sie lallen und verstand nichts, bis auf das, dass sie betrunken ist. Also hatten die Nachbarn doch Recht, dass die Tochter Elviras Alkoholikerin ist, die nie nüchtern wird und dass ich mich nie mit ihr verständigen kann. Ich war sechs Wochen dort und sie verspürte nicht ein einziges Mal das Bedürfnis, ihre Eltern zu besuchen. An diesem Abend wollte ich nicht allzu früh ins Bett, ich legte mich auf Sofa. Die Gedanken in meinem Kopf flogen wie Billardkugeln umher. Im Zimmer befand sich nichts außer der Farbe an den Wänden. So schien es mir zumindest. Mich umspann Langeweile, bis ich etwas wie Flüstern vernahm. Es kam wie aus einem fahrenden Zug, der ruckelte und ratterte. Ich schlief nicht. Obwohl sich Träume bei mir plötzlich einstellen, war ich diesmal hellwach. Ich sah einen Menschenfluss, der über Felder auf mich zukam. Ich schaute sie mir an, wie einen bunten Katalog, in welchem mich die Anzahl der Kleider, Blusen und Hosen entzückte. Über ihren Schultern sah ich etwas oder jemanden, den ich nach der Rückkehr in die Realität vergaß, obwohl mir dieses mit den Sinnen registrierte Bild so realistisch erschien. Ich merkte mir eine weiße, dunkelblau gestreifte Bluse. “Was war das?”, fragte ich mich später.

***

Uff! Ich hab’s geschafft. Der Vertrag ist zu Ende. Mein Koffer steht gepackt in der Diele. Nur noch das letzte Abendessen und das Taxi bringt mich zur Bushaltestelle, ich steige in den Sindbad-Bus und es geht… nach HAUSE. Ich warf den letzten Blick auf mein Zimmer. Ich tanzte meinen Freudentanz und verabschiedete mich von den Wänden. Obwohl ich hier zwei Monate nächtigte, war die Spur, die ich in diesem Zimmer hinterlasse zu zart und zu flüchtig, als dass sie von jemanden vernommen werden könnte. Nicht einmal einen Geruch werde ich hier lassen, denn dieses Zimmer hat mich nicht richtig verinnerlicht. Ich hatte den Eindruck, als verließe ich leere Wände. Ich dachte an Elvira: “Eine furchtbare, alte Frau, die mich fertig gemach hat.” Ihre Verachtung einer Pflegerin gegenüber resultierte vermutlich aus der Sehnsucht nach der Jugend (irgendeinen Grund muss es ja dafür gegeben haben). Ich freute mich, dass ich nicht mehr jeden Tag ihrem Gejammer zuhören, ihre gealterte Haut sehen, den Geruch ihres Schweißes im ganzen Haus einatmen, ihre Sprüche ertragen und ihren Befehlen gehorchen muss. Ihr Lachen, das gar keine Freude versprühte, sondern erzwungen war, verunsichert mich sogar jetzt, als ich das schreibe. Im Grunde waren wir doch beide lächerlich. Zwei alte Frauen, die eine nur etwas jünger als die andere! Wie immer, versuchte ich, alles Unangenehme zu verdrängen. Ich schloss eine Tür hinter mir, die ich nie wieder öffnen werde und ging zum letzten Abendmahl.

Die Alte fragte mich nach meinen Wünschen.

“Was wirst du mit dem verdienten Geld machen? Was würdest du tun, wenn du mehr hättest?, fragte sie, schief lächelnd.
“Musst du auch jetzt noch gehässig werden? Ich habe es doch redlich verdient, also ist es nicht deine Sache.”
Die Seniorin brachte mich zum Taxi, das vor dem Haus wartete. Sie bezahlte die Fahrt, dann verabschiedeten wir uns.
“Behalte uns in guter Erinnerung!”, bat sie. “Entschuldige, dass du schwer arbeiten musstest, aber ich habe dich doch dafür bezahlt.”
Elvira zog aus dem Körbchen ihres Rollators ein schwarzes Täschchen, das mir schon früher aufgefallen ist.
“Das ist für dich, für den Silvester deiner Träume”.
Ich spürte eine angenehme Wärme in der Herzgegend, nichts Besonderes, aber wohlig eben. Das Täschchen schien mir irgendwie magisch. So eines würde ich nirgends zu kaufen bekommen.
Diesen Vertrag überlebte ich wie eine schwere Krankheit. Aber bevor ich zuhause ankam, waren alle Plackereien und Unannehmlichkeiten vergessen. Diese Fähigkeit, vergessen zu können, freute mich. Ich war zufrieden, dass ich die Alte, die Macht über mich hatte, besiegte. Und diese Zufriedenheit war das Wichtigste.

Zu Hause

Mein Mann war nicht auf meine Ankunft vorbereitet, wie letztens übrigens immer. Ich habe diese Veränderung bemerkt. Ich bat ihn, mir einen Kaffee zu machen. Ich lächelte mein Schicksal an, ich hatte Arbeit, ich war gesund. Und nach dem Frühstück folgte das große Auspacken.

“Und das ist das magische Täschchen für dem magischen Silvester.” Ich warf es auf den Tisch und widmete mich wieder dem Leeren meines Koffers.
“Weißt du überhaupt, was in dieser Kosmetiktasche drin ist?”, fragte mein Mann
“In welcher Kosmetiktasche?”
“Na in diesem Täschchen.”
“Was soll denn da drin sein?”
“Schau ‘mal.” Mein Mann holte ein Geldbündel raus und breitete die Scheine wie Spielkarten auf dem Tisch aus. Er zählte. Ich stand wie versteinert da. Ich traute meinen Augen nicht. Es waren sechzig Fünfeuroscheine. Ich begriff, dass die Frau jeden Tag fünf Euro sparte, um mir zum Abschied eine Überraschung zu bereiten und das Sparen schmackhaft zu machen, wovon sie ja so viel hielt. Ich war gerührt. Nun verstand ich, was Elvira meinte, als sie sagte:
“Was würdest du tun, wenn du mehr Geld hättest?” Ich weiß noch, was ich damals gedacht habe. Dieses Märchen kam also auf meine persönliche Bestellung, dessen war ich mir vorher gar nicht bewusst. Eines ist aber sicher! Man bekommt kein Geld für umsonst. Das ist die dritte WAHRHEIT, die ich entdeckte, obwohl ich es eigentlich immer wusste. Ich dachte: “War es mein Wunschdenken, das diese Belohnung erwirkt hat?” Existiert in dem uns umgebenden elektromagnetischen Feld wirklich ETWAS neben mir? Ist die Welt vielleicht ein Spiegelbild meiner Träume? Oder der Punkte in meinem Inneren? Ich erinnerte mich an die Worte meiner Mutter: DAS LEBEN LIEGT HINTER DEM KRISTALLSPIEGEL. Oder bin ich vielleicht ein kosmisches Spiel, Teil eines Hologramms und das Leben ist eine Magie?

Ich ließ diese Gedanken fallen, setzte mich hin und sagte zu meinem Mann: “Liebling! Vielleicht sind es die Quanteneffekte, die die Türen zum freien Willen öffnen und Möglichkeiten zur Wunscherfüllung liefern? Vielleicht hängt alles von uns selbst ab? Wir bestehen doch aus Gedanken und Gedanken sind eine Art von Wellen.”
“Du glaubst wohl an Märchen? Du denkst doch nicht logisch. Zum Denken verwendet man doch das Gehirn. Unsere Welt wird, mein Dummchen, von physikalischen Gesetzen regiert, die unter jeglichen Bedingungen objektiv und verifizierbar sind.”
Ich war da anderer Meinung.
“Du weißt doch ganz genau, dass nicht nur Philosophen, sondern auch moderne Wissenschaftler das Kausalgesetz und die materielle Welt anzweifeln, so wie sie von dir, von uns allen wahrgenommen wird. Angezweifelt wird bereits das Paradigma, nach dem unsere Welt ewig ist, mein Lieber. Die Theorien von Newton und Einstein sind zwar richtig, aber inkomplett. Unsere Welt ist komplizierter und unvoraussehbarer als es die größten Denker früher annahmen. Na gut! Du glaubst an die rationale Ordnung der Dinge, wo es keinen Platz für übernatürliche Phänomene gibt. Und ich denke, dass die Quantenphysiker schon bald eine vernünftige, wissenschaftliche Erklärung für diese, doch in der Natur stattfindenden Prozesse und Erscheinungen finden werden.”
“Ja, meine Liebe, ich bin ein Materialist und Rationalist. Und solche Menschen lassen keine anderen Erklärungen gelten als die, die der gesunde Menschenverstand liefert.”
“Hör’ einmal zu, du Dämlack…”, revanchierte ich mich. “Allein die Tatsache, dass diese komische Welt, das Leben und unser Bewusstsein entstanden, ist unwahrscheinlich genug und trotzdem akzeptierst du das. Ich akzeptiere mein übernatürliches Element, das heißt meine Träume und andere Geisteszustände. Die wirkliche Natur der Welt ist noch nicht erforscht, also sei dir nicht so sicher.”
Ich kannte meinen Mann und wusste: wenn er an seinen Daumen zupft, dann heißt es, dass er sich stark konzentriert.
“Und was mein Gehirn anbetrifft – ich leihe mir von dir die Fernbedienung mit Zugriff zu deinem Kopf.”
Er stand auf, trat an mich heran und nahm mich in seine breiten Arme und ich ließ mich umarmen. Damit war die Diskussion beendet.

***

Der Bus fuhr weg und ich stand mit meinem Koffer da und schaute mir das zweistöckige, vornehme, mit einem Gitter aus Gusseisen umsäumte Haus an. Die dekorativen Spiralen und spindelförmig gebogenen Stäbe ließen keinen Zweifel daran, dass die Umzäunung nicht allein als Zierde gedacht war. Ich konzentrierte mich. Meine langjährige Erfahrung im Arbeitstourismus lernte mich, über die Qualität des Vertrages erst nach einigen Tagen zu urteilen. Und mein Instinkt gebot es mir, im Gedächtnis zu wühlen.

Hinter dem Tor wartete eine neue Welt und ein neues Märchen auf mich. “Wer werde ich hier sein?”, dachte ich, bevor ich auf die Klingel drückte. Ich war froh gesinnt und optimistisch eingestellt. Vor einiger Zeit habe ich ein neues Programm in meinem Kopf eingespeichert: Null Angst, keine unerwünschten Vorstellungen, keine negativen Gedanken. Die Welt ist schön und sie wird dich schon eines schönen Tages von selbst anlächeln, in dem Moment, wo du es gar nicht erwartest. Ich las die Inschrift, die auf dem Schild am Tor eingraviert war:

DU SIEHST MICH NICHT, DU HÖRST MICH NICHT, ABER GLAUB MIR, ICH BIN DA”.

Mein neuer Koffer war leichter als sonst und ich war auch leicht, innen fast leer. Das erste Klingeln, dieser erste Moment, der für die Qualität des Vertrags ausschlaggebend ist. Oben auf der Hauswand stand das Baujahr: 1834. Ich hob den Blick, schaute mir das Haus mit den eingebauten Holzbalken an. Ein neues Dach. Hölzerne, dunkelblaue Außenjalousien machten das Haus noch reizvoller. Achtzehn Uhr.

Also soll das neue Märchen geschehen, denn das Leben ist für mich nur noch ein Märchen. Ich wunderte mich regelrecht, dass in mir nichts aufstieg, keine Angst, keine Furcht.

Irgendjemand machte das Tor auf und… fünf Personen kamen aus dem Haus, um mich zu begrüßen. Plötzlich standen auch zwei Hunde da. Erst jetzt verstand ich die Inschrift auf dem Schild am Tor. Die Hunde begrüßten mich wohlwollend und wedelten mit den Schwänzen. Alle lächelten mich an. Ich revanchierte mich und verschenkte auch das Beste, was ich in diesem Moment hatte. Die Begrüßungszeremonie prägte sich wie ein goldenes Siegel in meiner Seele ein. Ich fühlte mich so, als hätte dieses Haus auf mich gewartet.

Ich bin Klaudia, die Tochter vom Heinz, den du betreuen wirst. Papa ist noch im Pflegeheim. Wir holen ihn am Montag ab.

Dann kam Martin, Klaudias Mann und ihr Bruder Thomas mit seiner indischen Frau dran. Vor dem Haus wuchsen zwei große Palmen. Martin nahm meinen Koffer. Wir gingen hinein.

Das Gästezimmer war voller Blumen und ich fühlte mich, als hätte mir jemand einen Kranz aus Tausendschön aufgesteckt. Ich fühle mich damals wirklich wie ein Tausendschön und bedankte mich beim Schicksal für diese herzliche Begrüßung. Ich hatte keine Angst, so bekam ich das, was ich wollte.

“Ich heiße Helga, mein Mann hatte einen Schlaganfall”, im Gesicht der Frau malte sich Unsicherheit und Bangigkeit.
Für ihr Alter sah sie sehr gut aus. Es war keine gebückte Fünfundsiebzigjährige, sondern eine attraktive Frau. Ich reichte ihr die Hand und sagte tröstend:
“Machen Sie sich keine Sorgen, es wird alles gut werden. Ich habe zehn Jahre Erfahrung im Umgang mit kranken Menschen.”
“Oh! Gott sei Dank!”
“Aber… Mein Deutsch ist keineswegs perfekt, mit der Grammatik hapert es. Dafür ist mein Wortschatz recht groß, so dass ich mich gut verständigen kann. Ich spreche auch Englisch.”
“Wunderbar!”, sagte Martin. “Wir sprechen alle Englisch.”
“Na, dann hätte ich es nicht besser treffen können”, ich verschenkte mein Lächeln und wusste genau, wie die Konversation aussehen wird. Doppelsprache, Denglisch, also so, als würde ich eine neue Sprache kreieren. Ich bin die Schöpferin einer neuen Sprache, der Gabi-Sprache.

Das Gespräch war eine Wonne. Ich erzählte von mir, von meiner Kindheit und vom Kindergarten, als die Erzieherin zu mir sagte: „Gabi! Du wirst einmal eine Pflegerin oder eine Ärztin werden.” Ich konnte wirklich gut umgehen mit den Kleinen. Ja! Ich wollte immer Ärztin, Kinderärztin werden und wurde Chemikerin. Diese Erinnerung war dann lange verschüttet, sie kam erst wieder hoch, als ich Pflegerin wurde. Helga erzählte von ihrer Familie, über ehemalige Pläne, Träume, über den Umzug in dieses große Haus. Es machte Spaß, ihr zuzuhören. Thomas, der Sohn Helgas, machte einen unbekümmerten Eindruck, er wirkte so, als hätte er nie im Leben irgendwelche Probleme gehabt. Ständig lächelnd bedachte er uns mit witzigen Sprüchen und ich ließ sie alle in meine etwas irrationale Welt hineinblicken. Ich dozierte, dass das Leben keine Schicksalsfügung ist, sondern dass wir es selbst gestalten. Und diese Realisten hörten mir zu, als würde ich eine neue Pforte vor ihnen öffnen. Ich wollte Helga vor allem Schlimmen beschützen, was auf sie zukommen würde als der gelähmte Ehemann zurück nach Hause komme. Immerhin bin ich ja deswegen zu ihnen gekommen.

Somit beenden wir diese kleine Reihe der Texte aus dem neuen Buch von Łucja Fice über ihre Erfahrungen als, wie sie es selber sagt, Arbeitstouristin in Deutschland. Frühere Beiträge findet man HIER, HIER und HIER. Das Deutsch ist von Małgorzata Behlert. Will man mehr lesen, muss man es entweder auf Polnisch machen oder einen Verlag überzeugen, dieses Buch zu verlegen. Das werden wir alle herzlich begrüssen, die Autorin, die Übersetzerin und ich, die Administratorin dieses Blogs.

Na Saksy 3 – Und wieder ein Besuch bei den Reichen

Łucja Fice

Ilona

Ich bog von der Strasse ab, die mich jeden Tag in die Maisfelder führte, das war mein ritueller Spaziergang. Dann machte ich doch einen Abstecher und ging zu Ilona. Ich wollte mit jemandem polnisch sprechen, auch wenn’s der Teufel selbst sein sollte. Immerhin hat mich Ilona zum erneuten Besuch eingeladen. An diesem Tag dachte ich überhaupt viel an sie, irgendwie gab es eine Ebene, die uns verband. Ich fühlte mehr, als ich wusste, dass ich sie besuchen muss.

Ich ging durch die Gartenpforte hinein. Die Haustüren standen weit offen. Der Ingenieur saß im Sessel und rauchte. Er war traurig, niedergedrückt und irgendwie älter, als an dem Tag, als ich ihn kennenlernte. Die Tür zu Ilonas Zimmer war auf. Ich schaute hinein. Ilona schlief tief, mit einer Weinflasche in der Hand.

“Hallo, Ilona!” Ich musste schreien, der ihr Radio war voll aufgedreht. Sie wachte auf und setzte sich hin.
“Ach, du bist das! Shit, wozu bist du denn hergekommen? Na gut! Wenn du schon da bist, kann ich dich ja kaum fortjagen. Weißt du was? Ich bin heute besoffen, wie ‘ne alte Nutte.” Sie guckte mich mit einem melancholischen, mädchenhaften Lächeln an und fragte: “Willst du auch?”
“Mach’ mir bitte einen Kaffee.”

Ilona versuchte aufzustehen, sie wankte, sie kam einfach nicht ins Gleichgewicht.

“Scheiße, hilf mir doch!” Ich musste sie festhalten, sonst würde sie umfallen. Ich glaubte meinen Augen nicht.
“Ich hab’ getrunken, weil ich dieses Leben einfach satt habe. Ich will nach Hause, zu meiner Familie! Ich will vergessen, dass ich hier bin! Was soll dieses beschissene Leben hier überhaupt?”

Als ich die Worte nach HAUSE hörte, durchzuckte mich ein merkwürdiger Krampf. Ich fühlte einen entfernten Geruch, oder vielleicht nur eine Emanation, etwas im Sinne der Erinnerung an bestimmte Dinge, die das Wort ZUHAUSE ausmachen.

“Damit du etwas zu meckern hast!” Mir kam nur das in den Sinn.
Bis du aber klug. Wie Thales von Milet.”
Nein! dachte ich, wie eine Klobrille aus Ebonit.
“Hast du etwas von Thales gelesen?” wagte ich zu fragen.
“Nein! Nur ‘Omelette’.” Sie lachte spöttisch. Ich half ihr beim aufstehen. Sie lief wankend zum Schreibtisch, worauf ein Kreuz mit Jesus stand. Sie nahm ihn und begann ihn zu küssen.
“Jesus wird mich erlösen. Er starb für meine Sünden.”
“Niemand wird für dich sterben! Das tust du irgendwann von ganz alleine! Warum hast du dich so zugedröhnt? Du säufst während des Vertrags?”
“Ja. Ich kann es nicht erwarten, hier weg zu kommen.”
“Das ist kein schlechter Job hier, so wie ich es einschätzen kann.”
“Verpiss dich, du Stute! Wenn du nicht mit mir trinkst, kannste dich verziehen. Ich weiß selbst, was gut ist und was nicht.” Sie stellte sich theatralisch in Pose. “Wozu bist du hier angekrochen? Ich brauche deine Hilfe nicht.”

Auf ihr Gesicht krochen, neben die Falten, die sich beim wilden Gelächter in ihren Mundwinkeln bildeten, Spuren von Zynismus, die ihr Gesicht verzerrten. Plötzlich schlug sie einen anderen Ton an, als hätte sich ihr Charakter gewandelt.

“Gabi! Ich bin krank, ich löse mich in Alkohol auf. Ich möchte alles von mir abtrennen, abreißen. Ich möchte mich von meinem Namen, von meiner Biografie, von meinen Männern, von meinen Liebhabern befreien, mich von ihren riesigen Gliedern unabhängig machen, dass sie nicht mehr in mich reinschlüpfen. Gabi! Ich bin tief gefallen, in einem Doppelsalto ohne Sicherheitsnetz. In meinem Kopf dröhnen ‘Sobieski’ und ‘Chopin’*. Ich weiß, meine Klagen sind wie die Mühe eines Stotterers, ha, ha, ha, und mein Schädel reproduziert nur zerbrochene Stimmen und die räudige Geschichte meines Lebens. Meine Männer verplemperte ich in verschiedenen Ländern. Und ich bin, wo ich bin. Ich will nach HAUSE, nach Polen.”

In meinem Hirn herrschte vorübergehende Armut, ich versuchte meine Gedanken zu sammeln.

“Polen reist mit mir mit. Und hier, in Deutschland übe ich, in der Grätsche, Beharrlichkeit in der Sehnsucht nach HAUSE. Wenn ich aus Deutschland zurückkomme, begrüßt mich ein feierliches Polen, in einem eleganten Kostüm und teuren Schuhen. Zu Hause bin ich, genauso wie du, nur Gast. Ich ziehe die Schuhe aus, gehe hinein, bleibe ein bisschen wohnen und fahre wieder weg.”

Einen Moment lang war es still. Ich dachte über die triviale Beichte Ilonas nach. Sie machte mich verlegen. Nach einer Weile begann sie zu tanzen und irgendein deutsches Lied zu singen. Sie bewegte sich so phlegmatisch, als stecke sie im Pech. Ich dachte insgeheim, ich hätte noch nie so einem Kabarett zugesehen. Ich stand da mit zusammengepresstem Kiefer und sah sie giftig an. Ich schaute auf ihre großen Brüste. Sie hatte eine Trainingshose mit ausgebeulten Taschen und ein Trägertop an.

“Und wo ist Linda?”fragte ich besorgt.
“Noch im Bett. Was denn? Soll ich diese Leiche ins Zimmer bringen und so tun, als ob alles in Ordnung sei? Solche Leute sollte man nicht am Leben erhalten”. Das was sie sagte, klang auch besoffen.

Ich entgegnete nichts, da sie volltrunken war. Ihr Gesicht war purpurrot vor Jähzorn, die Augenbrauen formten sich zu einem V, aber ich glaubte trotzdem nicht, dass sie wirklich so denkt. In ihren dunkeln Augen sah ich Groll auf die Welt und ich rechtfertigte sogar ihre Gedanken, als ich sah, wie sich ihre Stimmung von Sekunde auf Sekunde änderte.

“Gabi! Ich packe es einfach nicht mehr”. Über ihr Gesicht rollten Tränen, wie bei einem kleinen Mädchen.

Ilona kam näher, umarmte mich und begann zu schluchzen. “Weißt du, was ich für Sorgen habe? Der Gerichtsvollzieher will mein Gehalt pfänden und meine Tochter hatte eine Klage wegen Rauschgift am Hals. Sie kriegte zehn Monate mit drei Jahren Bewährung, da sie jung ist und resozialisiert werden kann. Meine andere Tochter taugt auch nicht viel, aber beide arbeiten jetzt wenigstens.”

Ilona setzte sich wieder hin und kramte die nächste Flasche unterm Bett hervor. Sie war erstaunt, dass sie leer ist. Sie bückte sich noch einmal und holte diesmal eine volle hervor. Sie hielt sie zwischen den Knien, um den Korken rauszuziehen. Sie baumelte und keuchte dabei. Das war ein erbärmlicher und komischer Anblick zugleich.

“Du kannst mich wie eine Schlampe behandeln”, sagte sie mit einer Grimasse und setzte die Flasche an ihren Mund an, wie ein Säugling.
“Mein Gott! Wen habe ich da kennengelernt? Ein totaler Reinfall. Ich komme nie wieder her”, beschloss ich.

Ilona leerte die Flasche, warf sie auf den Boden und stand auf. Sie torkelte noch mehr. Das durch das Fenster einfallende Licht erhellte einen Teil ihres Gesichts, die breiten Augenbrauen und die hervorstehenden, hohen Wangenknochen. Ich stand wie erstarrt da.

“Komm, wir gehen zu der alten, die ist dreckig, riecht kaum nach deinem Chanel Nr. 5”. Ich lief ihr ins Schlafzimmer hinterher. Linda zog die Decke hoch. Stimmt! Der Geruch versprach nichts Gutes.
“Was machst du nun?” 
Ilona hüstelte. Sie schaute sich in dem Zimmer um, als wäre sie zum ersten Mal hier. “Ich warte, bis ich nüchtern bin. Der wird schon nichts passieren. Komm, wir holen eine neue Flasche. Ins Erdgeschoss, ich muss mich richtig zudröhnen.”
“Du bist doch schon zugedröhnt.”
“Du trinkst aber auch!”
“Warum musstest du dich dermaßen betrinken?”, wagte ich zu fragen.
“Zuerst habe ich mit dem Ingenieur Gin getrunken, das ist sein Lieblingsgesöff, dann irgendwelchen minderwertigen Sherry und dann, bereits auf meinem Zimmer mehrere Gläser Bordeaux aus den Vorräten des Hausherren und dann noch eine Flaschen von meinem billigen Gesöff.”
“Mein Gott, das ist ja eine Explosivmischung, stellte ich weise fest.
“Eben. Und das hat mir geschadet”, kicherte sie unnatürlich, als sei sie eine Hexe. Sie war ganz schön zu.

Sie führte mich durch die mit antiseptischem Bodenbelag ausgelegte Diele, dann über die marmorne Treppe in den Keller. Ich musste sie festhalten. Wir kamen in eine dunkle Kammer, wo neben Kühl- und Gefrierschränken verschiedene Gegenstände und Gartengeräte standen. Ilona öffnete mit Wucht einen der Kühlschränke und begann alles rauszuschmeißen. Tiefkühlkost, Schinken, Würste, Käse, Butter, Milch und Gott weiß, was noch. Sie knallte die Tür zu.
“Nimm, was du willst”. Sie reichte mir die Würste.
“Ilonka! Liebling! Tu das alles wieder rein!”
Ich versuchte alles, was sie auf den Boden schmiss, wieder einzusammeln. Ilona ging zum Weinregal, nahm eine Flasche und versuchte, den Korken rauszuziehen. Dafür reichte ihre Kraft aber nicht. Sie warf die Flasche heftig auf den Boden. Die Flasche zerbrach, der Inhalt floss raus. Ilona trat an den Tisch, wo das Werkzeug lag, Hammer, Nägel und anderes Gerümpel. Sie griff nach dem Hammer und begann, auf die Flaschen einzuhämmern, so dass sie zerbarsten. Der Wein breitete sich zu einem roten Fluss aus. Sie kniete sich auf den Boden und schleckte die rote Flüssigkeit.

“Hallo! Was tust du da?” Für einen Moment wurde es still. Ich stellte mir alle diese kleinen Wesen vor, die jetzt in den Ecken saßen, uns beobachteten und vor Angst zitterten. Ilona legte die Hände um ihren Kopf, als wollte sie ihn vor einem Schlag schützen.
“Mein Schädel platzt gleich. Hilf mir, aufzustehen!”
Ihre Worte klangen nicht nach einer Bitte. Es war ein Befehl. Sie drehte sich auf den Rücken. Ich sah, wie ihr die Tränen ihre Wangen runterrollen. Sie schluchzte hysterisch. Ich versuchte, sie zu beruhigen, sie schaute aber wieder auf die Flaschen. Plötzlich schien sie ernüchtert zu sein und versuchte wieder, vom Fußboden aufzustehen.
“Scheiße! Ich bin vollkommen okay!”
Ich dachte: “Das ist nur eine Vorstellung. Das geschieht nicht wirklich.”

Ich blätterte in meinem persönlichen Wörterbuch und stellte fest, dass ich das, was ich fühlte und sah, nicht benennen konnte. Die Armut der Sprache überraschte mich. Obwohl ich solche Begriffe, wie: eklig, widerlich, gemein, niederträchtig, verrückt… vorrätig hatte, dienten sie nicht zu ihrer Beschreibung, sondern nur zu ihrer Verurteilung. Ich fragte mich, wie es möglich ist, dass sie hier als Pflegerin arbeitet. Ilona hob ihren Kopf und blickte mich wie ein Mädchen an, dass zornig ist, weil es bei etwas ertappt wurde, was unschicklich ist. Ich half ihr beim Aufstehen, aber sie fiel wieder auf den Boden, steif, wie eine Puppe. Ich beschloss, dem Ingenieur Bescheid zu sagen. Ich drehte mich noch kurz um und sah, dass Ilona mich mit Wahn in den Augen anschaut, mühsam aufsteht und eine Flasche unter ihren Arm klemmt, als sei sie etwas besonders wertvolles. Über ihren Kopf sah ich eine Gewitterwolke. Sie schrie mit schriller Stimme: “Ich komme zu dir!”
“Gabi, komm zurück, ich hab’ mich eingepinkelt”.
“Du hast vermutlich dein eigenes Gehirn rausgepinkelt!”, schrie ich von der Treppe. Ich ekelte mich vor ihr und vor ihrem Zustand. Bevor ich im Erdgeschoss war, hörte ich Schritte hinter mir. Ilona schlich mühevoll die Treppe hoch.

***

Ich fand Hugo im Garten. Er saß mit traurigem Gesicht am Tisch und hielt ein Mundharmonika in der Hand. Mein Blick fiel auf die Vase mit Jasminzweigen. Als Hugo mich sah, führte er den Harmonika zum Mund und innerhalb weniger Sekunden begann das Instrument eine mir unbekannte Melodie zu leben. Sie schien jasminfarben zu sein. Ich stand einen Moment lang geschockt da. Ich zögerte und begann dann doch zu sprechen:
“Hugo! Ilona ist betrunken und zertrümmert die Weinflaschen.”
Der Harmonika an seinem Mund begann sich schneller zu bewegen, als wollte er meine Worte übertönen. Die Melodie vereinnahmte allmählich den ganzen Garten. Plötzlich hörte er auf und sah mir direkt in die Augen. In seinem Blick bemerkte ich Schwermut, Verzweiflung und, ich glaube, ein Geheimnis. Ich spürte, dass er es mit niemandem teilen will.
“Das ist nicht das erste Mal! Lass uns allein, Gabi! Komme morgen wieder.”
“Hugo! Warum entlässt du sie nicht? Rufe doch die Agentur an. Auf diese Stelle warten hunderte andere, verlässliche Pflegerinnen. Warum redest du nicht mit ihr? Warum säuft Ilona so?
Hugo hob die Brauen. “Wenn sie sich tot saufen will, soll sie’s möglichst bald tun”, erwiderte er und griff wieder nach dem Harmonika.

Ich verstand rein gar nichts davon. Als ich die Gleichgültigkeit dieses Mannes sah, beschloss ich, zu gehen. Je mehr ich die Situation in diesem Haus verstehen wollte, desto dümmer wurde ich.

Na saksy 2 Die Reichen und die Geiziger

Text Łucja Fice / Übersetzung Małgorzata Behlert

BESUCH BEI DEN REICHEN

Ich irrte herum und fand die Strasse nicht. Ich blieb an einem Auto stehen, und fragte den Mann, der unter die Motorhaube guckte:
“Guten Tag! Wo ist Schubert Strasse?”
Er schaute auf und antwortete:
“Ich weiß nich. Ich arbeiten hier”, ich erkannte sofort diesen Akzent.
“Bist du aus Polen?”, lächelte ich süß. “Ich arbeite auch hier. Ach, wir Polen, wohin es uns doch überall verschlägt.”
“Ich bin erst zwei Wochen hier, als Arbeitstourist sozusagen. Ich kenne die Gegend nicht” , antwortete er auf Polnisch.
Er hatte eine kräftige, dennoch schüchterne Stimme. Mein Gott! Es war so schön, die Muttersprache hören zu können. Die Heimatliebe lugte hervor, von der ich nichts ahnte, wäre nicht der besagte Arbeitstourismus gewesen. Also identifizierte ich mich doch mit meinem Volk. Ich bin eine Polin und fühle das im jeden Blutstropfen. Ich verabschiedete mich und suchte weiter.

Im nächsten Haus reparierte ein älterer Mann etwas in der Garage. Ich fragte ihn auch nach der Adresse.
“Ach, ja! Ist es dieser Architekt? Dieser Millionär? Das ist das große Haus, das da zwischen den Buchen versteckt steht.” Er wies mit dem Finger darauf. Ich bedankte mich und war nach einem Augenblick an dem Haus angekommen. “Ein Millionär? Ist es ein Schimpfname oder etwa Tatsache?”, überlegte ich.

Das Gartentor stand offen. Ich erblickte eine grandiose Terrasse mit einem massigen Tisch und Sesseln. In der Ecke stand ein großer Grill. Die breite Terrassentür, die in die Wohnung führte, war auch offen. Ich ging auf Zehenspitzen hinein und blickte mich in dem Salon mit antiken Möbeln um. In einer Ecke stand ein geschnitzter Sekretär, in der Ecke gegenüber ein Ledersofa und mehrere Sessel. An einer Wand hingen Bilder im Stil Picassos, an der anderen im Stil Goyas. Alles in Allem sehr geschmackvoll. Die Gemälde machten mich neugierig.
“Goya? Picasso? In diesem Haus? Es sind bestimmt Kopien. Aber es ist ja nicht so wichtig”, dachte ich.

Als ich rein kam, saß die Familie steif am üppig gedeckten Tisch und allesamt, auch Ilona, sahen aus, als hätten sie sich für eine Filmaufnahme über leckere Fressalien vorbereitet.
Es roch nach Mittagessen. So hungrig, eigentlich so ausgehungert, wie ich war, sog ich diese Gerüche genüsslich ein. Ich schwöre, dieser Duft war schöner als der Beschauung des aufgetischten Fleischs, Käses und anderer Leckereien, Kuchen und Desserts. Der Anblick dieses voll gestellten Tisches wirkte auf mich wie Feuer auf Wachs.

Ilona erhob sich sofort als sie mich erblickte. Lächelnd bot sie mir einen Platz am Tisch an. Der Mann, den ich ungefähr auf fünfundsechzig schätzte, stand auf, reckte sich stolz und reichte mir seine Hand, die mir bei seinem starken Händedruck wie eine trockene Banknote vorkam. Er war groß und gut gebaut. Ein Kerl wie ein Baum. Sein Körper unter dem aufgeknöpften Hemd war fest wie eine biblische Eiche. Um diese Figur hätte ihn ein junger Bursche beneiden können. Nur seine Haare waren wie Holzsplitter. Intelligenter Gesichtsausdruck, regelmäßige Gesichtszüge, strahlende blaue Augen und ein sicherer Blick. Ich dachte an einen griechischen Gott, der mit einem Streitwagen auf der Erde ankam. Er strahlte ungewöhnlichen Reiz, Magnetismus und Energie aus. Die Zeremonie dauerte eine Weile.
“Nehmen Sie bitte Platz.” Seine Stimme klang freundlich.

Ich setzte mich hin und legte meine Hände auf die Knie. Erst da bemerkte ich eine elegante Frau. Sie trug eine Jeans, eine cremefarbene Seidenbluse und eine Goldkette mit einer Gemme. Ihr Haar war sorgfältig frisiert, ihr Gesicht dezent geschminkt. Ich betrachtete sie neugierig.
“Es ist Linda, Hugos Frau”, sagte Ilona.
Ich fand nicht den Mut, der Frau die Hand zu reichen. Sie schien es übrigens gar nicht zu erwarten. Ihre mattgrauen Augen bewegten sich unentwegt, sie schaute mich aber nicht ein einziges Mal an. Sie zappelte spastisch, als würden ihre Arme und Beine ein separates Leben führen. Sie hatte mollige Wangen und war hellhäutig. Eine gepflegte, ältere Frau eben. Bei ihrer Krankheit war es eine unheildrohende Schönheit.

“Setzen Sie sich an den Tisch, essen Sie mit uns zu Mittag, bitte.” Die Stimme der Kranken klang kalt und kreischend. Jedes Wort war ein Obsidianbrocken.
“Verdammt seien alle Gehirnschläge und Gehirnblutungen! Mein Gott! Behüte doch die Welt von diesen verfluchten Krankheiten”, diese Gedanken schwirrten in meinem Kopf wie Fledermäuse. Ich verglich diese Frau mit einem Blumenstrauß, der sich zur Sonne wendet, um die nötige Energie zu speichern und weiterleben zu können. Sie will bestimmt leben”, dachte ich.

Schönheit und Geld gehen doch nicht mit der Gesundheit einher. In Gedanken vertieft, schaute ich noch einmal auf den Tisch. Ich hatte einen Wolfshunger. “Mein Gott! Fleisch und Wurst vom Grill und so viel Kuchen!” Das muss begeistert geklungen haben, denn Ilona sagte mit einem spöttischen Lächeln: “Gabi, es ist nur Fraß und keine Schatztruhe.” Mir kam es vor, als säße ich an einer Hochzeitstafel. Ich wusste, dass ich mich satt essen kann, ich wurde direkt dazu angehalten. Es war so bunt, dass ich am liebsten nur die Farben und das reflektierende Sommerlicht (um nicht zuzunehmen) essen und dann vor Wonne zerfließen würde. Ich griff zum Teller und holte mir die besten Leckerbissen, ein bisschen Wurst, Schinken, kalten Fleischbraten und Käse. Ich bedankte mich bei dem Architekten mit einem Lächeln und er füllte mein Glas mit Wein. Erst da bemerkte ich die perfekt gepflegten Fingernägel. Scheinbar spielte Maniküre bei ihm die größte Rolle beim Achten auf die Figur. Er schaute mich recht merkwürdig an, dann lugte er vielsagend zur Ilona und sagte etwas, was mir Nachdenkstoff für meine abendlichen, einsamen Stunden bot. Auf alle Fälle knisterte es zwischen den beiden, das war nicht zu übersehen. Der Mann stellte dutzende Fragen zu meiner Arbeit als Pflegerin bei Frau Schultz und ich kramte nach höflichen Worten und gab mir Mühe, eloquent zu antworten. Er erzählte auch kultivierte Witze. Wir brachen immer wieder in Lachen aus. Ich beobachtete diesen kräftigen, lebensfrohen Mann mit Interesse. Wir unterhielten uns auf Englisch.

“Was? Du kannst nicht mehr? Hau rein, bei deiner Hexe kriegst du so was nicht”, Ilona lachte laut und verschlang ihr Eis.
“Gabi! Morgen beginnt das Weinerntefest. Da ist erst was los! Der Event startet im großen Saal, im Zentrum, gleich neben dem kleinen Kaufhaus. Wir sind alle schon um neunzehn Uhr dort” , sagte sie. “Scheiße, ich muss dann wieder den Rollstuhl schleppen und die Alte zurechtmachen. Ich hab die schon so satt. Du denkst wohl, dass es in diesem Haus keine Arbeit gibt?” Ihr Ton verhieß nichts Gutes.

Ich schaute zu, wie sie aufstand, um die Frau vom Rollstuhl auf den Stuhl zu setzen, ich wollte wissen, wie sie das macht. Da war kein Geschick oder Mitgefühl für die gelähmte Frau zu bemerken, sondern nur Rumgeschubse und Gezerre, das konnte keinem entgehen.
“Vorsicht!”, rief ich.
“Misch’ dich nicht ein! Hier regiere ich! Wenn ich will, schmeiß ich sie auf den Boden und sage, sie ist mir entglitten. Die kranken Alten braucht ja sowieso keiner”, sie schaute mich nicht an, als sie das sagte.
“Setzt dich, du alte Kuh”, sagte sie gedehnt auf Polnisch. Gleichzeitig lächelte sie die Kranke an. Linda verstand nichts.
“Sie lebt doch nur für die Pharmaunternehmen, ganz sicherlich nicht für ihren Mann. Guck dir ihn doch an, ein echtes Prachtexemplar. Wo er doch sein ganzes Leben fremdging, wird er sich erst jetzt nicht für sie interessieren”. Sie sagte das in einem Ton, dass ich den Eindruck hatte, einem Computerausdruck zur Gesundheitszustand zuzuhören. Sie hüllte Linda in eine Decke uns streichelte ihre Wange.
“So, nun bleibst du so sitzen, bis der Abend anbricht!” Sie stand hinter ihr, strich ihr über den Kopf und lachte krächzend. Mir blieb die Spucke weg.

Mein Gott! Sie ist ja schlimmer als Judas. Ihre Haltung, ihre unverblümte Art, sich zu äußern, hatte etwas Kühles und Glitschiges. Ich stellte sie mir als eine gefahrlose Kreuzotter vor, die in dieses Haus hineingekrochen ist, und die, als sie hier heimisch wurde, in eine andere Haut schlüpfte und alles mit ihrem Gift verseucht. Dieses Kabarett war extra für mich gedacht. Ich stand steif und gerade da, as hätte ich einen Stock geschluckt. Ich konnte kaum fassen, dass das alles wirklich geschieht.

“Komm mit. Ich zeig’ dir die Bude”, lud sie mich mit einer Handbewegung ein. Auf ihrem Gesicht malte sich Zufriedenheit und Wohlgefühl. “Hugo”, wandte sie sich an den Ingenieur, der zum Sessel rüberwechselte, fernsah und uns keines Blickes würdigte. “Darf ich der Gabi das Haus zeigen?”
“Selbstverständlich. Warum nicht.”
“Möchtest du den Pool und die Sauna sehen?”, sie sah mir in die Augen, als wollte sie sich darin spiegeln.
Ich antwortete nicht, ich war immer noch darüber entsetzt, was ich sah und hörte. Ich bekam Angst vor dieser Außerirdischen aus Schlesien.

***
Ich steckte den Schlüssel ins Schloss und… es stellte sich raus, dass die Alte die Tür von Innen abgeschlossen hat und den Schlüssel stecken ließ.
“Was soll ich jetzt tun?”, fragte ich mich.
Ich ging zur Tür, die zum Hof führte und klingelte. Zu meinem Erstaunen öffnete sie mir. Ich war beunruhigt und fühle mich wie ein Teenager, das heimlich aus dem Haus geschlichen ist. Der Krach lag in der Luft. Ich täuschte mich nicht. Die Seniorin stand breitbeinig da und hielt ein Scheuertuch in der Hand.
“Momentchen. Was soll denn das?”
“Du bist auf Arbeit. Ich bezahle dich.”
“Das ist doch meine Freizeit. Es ist nach dreiundzwanzig Uhr. Um diese Zeit brauchst du mich nicht und dein Mann schläft bereits wie ein Engel”, wehrte ich mich.
“Deine Freizeit hast du auf deinem Zimmer zu verbringen, mit Lesen oder Fernsehen.”
“Die alte Kiste taugt nichts mehr.”
“Ich zeig dir gleich die alte Kiste!” Das Scheuertuch landete erneut auf meinem Nacken.

Das wurde mir zu viel. Wer bin ich denn hier? Ich konnte mich gerade noch beherrschen, Facon halten, aber der Strang drohte zu reißen. Ich fühlte, ich explodiere gleich wie eine Granate, wenn ich mich nicht in meinen Kabuff verziehen kann, wie ein geschundener Hund.
Ich lief nach oben. Ich dachte, das Alter hat den Vorteil, dass man sich gehen lassen kann. Ich schwoll regelrecht an vor Gram. Ich begann meine Vorgängerin zu verstehen, die diesen Drill dank Beruhigungspillen drei Wochen lang ausgehalten hat. Ich war schon vier Wochen hier.
“Wie soll ich es hier aushalten, ohne in tausend Stücke zu zerfallen?”, fragte ich mich. Die Frau hat Macht über mich und badet in Selbstzufriedenheit. Ich legte mich ins Bett. Ich wollte nur schlafen. Ich fühlte mich wie ein kleines, einsames Mädchen, das sich nach seiner Mutter sehnt. Ich rief verzweifelt nach ihrer Hilfe.

Ich wachte auf. Obwohl ich wieder in der realen Welt war, kam es mir vor, als ob ich immer noch in diesem Albtraum eingefangen wäre. Ich hielt die Augen geschlossen und schärfte mein Gehirn, wie mit einer Schleifmaschine. Ich wusste, wo ich bin. Ich wusste, wer ich bin und was ich hier tue. Ich bin eine Pflegerin, eine peanut für die Welt. Ich bedeutete hier rein gar nichts. Ich machte die Augen auf, griff nach einem Zettel und einem Kuli und schrieb TRAUM: “Ich bin inmitten eines transparenten Gefäßes. Ich glaube, es ist eine Flasche. Ich überlege, wie ich da raus kann. Ich habe kein Telefon, so versuche ich mich telepatisch bemerkbar zu machen. Jemand kommt, hebt die Flasche auf, trägt sie zur Brücke und legt sie aufs Geländer. Ich falle gleich runter! Vom Geländer aus sehe ich auf dem Bürgersteig, auf der gegenüberliegenden Seite, Flaschen herumliegen. Sie haben unterschiedliche Formen und Größen. Die darin gefangenen Menschen flehen um Hilfe. Über dem Fluss kreist ein riesiger Vogel. Ich wollte den gefangenen Menschen helfen. Wie komme ich nur aus dieser Flasche raus?”

Ich wachte auf. Das war vermutlich eine Botschaft, die von einer anderen, unbekannten Ebene die symbolische Deutung meiner und nicht nur meiner Lage verkündete.
“Mein Gott! Sieben Uhr dreißig.” Ich war spät dran. Ich zog mich schnell an und betrat hastig das Zimmer des alten Ehepaares.
“Es ist Sieben Uhr vierzig”, brüllte Elvira und kroch aus ihrem Bett.
“Das macht doch nichts, wir kommen ja nirgends zu spät”, antwortete ich ruhig. “Wir frühstücken doch um acht Uhr dreißig”.

Diesen deutschen Pünktlichkeitsdrang der älteren Menschen, denen die Uhrzeit doch nichts anhaben konnte, begriff ich nicht. Ich fühlte mich getadelt und unwohl mit mir selbst. Ich machte kleine Fehlgriffe bei Opas Morgentoilette. So wirkte sich eben die Mahnung für die paar Minuten Verspätung auf mich aus. Ich kniete vor ihm und rubbelte sein Bein mit dem Waschlappen ab. Anscheinend zu fest, denn ich hatte auf einmal seine geballte Faust vor meiner Nase. Er hat mich beinahe geschlagen. Ich hatte es satt. Ich beendete die Toilette, zog ihn an, setzte ihn in den Rollstuhl und brachte ihn in die Küche. Keine Verspätung1 ich war zufrieden mit mir. Der Senior schaute zur Uhr über dem Tisch. Sie tauschten Blicke aus.
Es stimmte alles. Leben nach der Uhr. Sekundengenau. Ich aß die mir zustehende Stulle und konnte kaum die Tränen beherrschen. Ich wollte nicht, dass diese Frau sich daran ergötzt.

“Das Leben. Ich liebe es sowieso über mein Leben. Geh’ noch nicht, ich habe noch nicht mit meinem Gewissen abgerechnet”, sagte ich laut auf Polnisch.

Nach dem Frühstück stand ich auf, räumte den Tisch ab, wusch ab, putzte, trocknete ab, bis alles glänzte. Plötzlich trat Elvira an mich heran, schubste mich und zeigte auf den Herd.
“Gabi! Du machst alles flüchtig. Der Herd glänzt nicht richtig.”
“Doch, er glänzt!”, erwiderte ich stolz, und in Gedanken fügte ich zu: “Wie dem Hund seine Eier.”
“Was ist das überhaupt für ein Vorname? Willst du uns hier die heilige Gabriele vormachen? Wer hat denn so einen scheußlichen Vornamen für dich ausgewählt?”
“Meine Schwestern”, diese zwei Worte enthielten meinen ganzen Stolz.
“Hätten sie dich nicht irgendwie polnischer nennen können?”
“Wie denn?”
“Ich weiß nicht, jedenfalls nicht Gabriela.”
“Gefällt dir mein Vorname nicht?”
“Er passt nicht zu dir. Er ist ungeeignet für eine polnische Pflegerin und Putzfrau.”
“Dann nenne mich, wie du willst.”
“Ich werde mir schon einen Vornamen für dich ausdenken. Und wieso hast du heute eigentlich ein Kleid an? Das ist keine angemessene Arbeitskleidung. Du bist alt und wirst auch bald sterben. Dieses Kleid macht dich auch nicht jünger”, neckte sie mich.
“Na klar! Und du lebst ewig, da der Tod sich nicht trauen wird, dir zu sagen, dass es dein Ende ist”, revanchierte ich mich gehässig. “Und dieses Kleid ist ein Arbeitskleid”. Ich modulierte meine Stimme, um ihren Vortrag zu unterbrechen, aber Elvira war wie aufgedreht.
“Meine Liebe, die Jugend ist trügerisch, wie transparente, feine Morgenwolken. Bevor du dich umgesehen hast, werden sie dunkel, ziehen sich zusammen und verdecken die Sonne.”
“Ich weiß, was du damit sagen willst!”, unterbrach ich sie.
Elvira nahm eine Haltung an, die darauf hindeutete, dass sie ihre senile, krumme Wirbelsäule aufrichten wollte, um mir damit ihre Lebenskraft zu beweisen.
“Nachmittags gehst du in den Garten! Bohnen und Gurken müssen gepflückt werden. Morgen wecken wir ein. Das ist Arbeit für vier Tage.”

Das war unerträglich, die unbegründeten Ermahnungen taten weh. Warum musste ich gerade diese Stelle erwischen?
“Ja, Gabi! Wir bekommen das, wovor wir Angst haben!” Diese Gedanken begleiteten mich während der gesetzlichen Pause. Ich fühlte mich hier wie in einem Gefängnis, und jetzt führte ich mich selbst Gassi, an einer unsichtbaren Leine. Na ja, eine Portion Euro, reich an Vitaminen der finanziellen Sicherheit.

“Na saksy” oder als Senioren-Betreuerin in Deutschland zu arbeiten

Saksy ist ein Kurzwort und bedeutete ursprünglich Sachsen. Dorthin fuhren im 19. Jh (oder gingen auch) Menschen aus den armen Gegenden Polens (es war ein Land, das es wohlbemerkt im 19. Jh gar nicht gab), um zu arbeiten. Na saksy, nach Sachsen. Wie viele andere Polinnen und Polen macht es auch unsere Autorin. In der modernen Version fährt sie schon seit Jahren na saksy. Sie hat darüber drei Bücher veröffentlicht. Małgorzata Behlert übersetzte ein paar Kapitel des letzten Buches ins Deutsche und schickte es zu Ullstein, Knaur, Piper, Fischer… Es kam noch keine Antwort.

Łucja Fice

Hinter dem Kristalglas

Das Buch beginnt mit einer ziemlich ungewöhnlichen Danksagung.

DANKSAGUNG

Unendlich dankbar bin ich Frau Krystyna Kamińska für ihre wertvollen Bemerkungen, die ich mir sehr zu Herzen genommen habe. Bedanken möchte ich mich selbstverständlich auch bei meinem Mann, der meine häuslichen Pflichten übernimmt, damit ich mich dem Schreiben widmen kann. Des Weiteren bei den drei deutschen Damen, deren Eltern ich betreut habe: Angelika Fortmann aus Duisburg, Monika Kaufmann aus Hackenhaim, Helga Rauss aus Kapsweyer und ihrer ganzen Familie. Ich wurde bei ihnen mit Liebe und Verständnis behandelt. Ich weinte nicht, was darüber zeugt, dass ich mich in edler Gesellschaft befand und dass meine mühevolle Arbeit gewürdigt wurde. Es kam zwar vor, dass wir bei ideologischen Gesprächen nicht immer derselben Meinung waren, das macht aber nichts. Es geht ja darum, dass man sich “schön unterscheidet”. Ich begriff, dass wir alle Europäer sind. Dank der Achtung, die Ihr mir entgegengebracht habt und dank Eurer Geduld, mir die deutsche Sprache beizubringen, hat sich meine Meinung über Euch, die Deutschen total verändert. Und in der Vergangenheit war es unterschiedlich. Meine historisch zu rechtfertigende Abneigung stammte noch aus dem elterlichen Haus und aus der Schulzeit. Es sind alte Zeiten, die zum Glück nie wieder kommen werden. Heute beobachte ich die jungen, einander freundlich gesinnte Menschen und… ich finde es schön. So wurde ich auch und habe es Euch zu verdanken.

PROLOG

In Deutschland fühle ich mich wie in der Schule, wo man mir das Bügeln, Einräumen, Saubermachen, Putzen und Kochen aufs Neue beibringt, aber diesmal auf Deutsch. Die Häuser, in welchen ich arbeite, dienen mir als Vergrößerungsgläser, mit welchen ich die letzten Lebenstage meiner Schützlinge beobachte. Ich entdecke immer diesen Fremden in mir. In vielen Häusern fühlte ich mich wie ein Schatten, den die Familie einfach passierte, ohne ihn wahrzunehmen, jedoch habe ich überall die Spuren meiner Arbeit zurückgelassen. Momentan klettere ich immer noch nach oben und versuche, den Weg nicht zu verfehlen. Ich sehe mich um. Sehe Spuren vor mir und hinter mir. Nach fünf Jahren Arbeitstourismus in Deutschland fühle ich mich wie ein abgebranntes Stück Kohle. Meine Wärme schenkte ich den Alten, den Leidenden. Die Notwendigkeit, Geld für ein würdiges Leben zu verdienen, hat meinen Charakter geschliffen. Ich weiß! Meine Taten haben keine Bedeutung. Diese Reisen, um jemanden zu pflegen, waren auch Reisen ins UNBEKANNTE, denn ich bin immer nach etwas Neuem aus.

Meine Wanderungen durch die deutschen Länder, vom Norden nach Süden, sind wie das Suchen eines Brunnens am Ende der Welt. Ich möchte diese Welt bewundern. Reisen bilden nicht nur. Reise machen auch müde.

ILONA

Und so lang du das nicht hast,
Dieses: Stirb und werde!
Bist du nur ein trüber Gast
Auf der dunklen Erde.

Irgendwo, im Unterbewusstsein hatte ich das Gefühl, als ob Ilona wüchse, zu einer anderen Ebene emporschweben würde und als ob meine warmen Wangen ihre Sehnsucht zum Schmelzen gebracht hätten. Ich hatte den Eindruck, sie wolle mir das Glück stehlen, von dem ich selbst gar nicht so viel hatte.

“Von wem ist das?”, fragte ich neugierig, als ich wieder zu mir kam. Sie schien in diesem Moment viel älter, lebensmüde, ermattet, gealtert zu sein.

“Gabi! So belesen, wie du bist, schon nach den Büchern auf der Bank urteilend. Hast du nie von Goethe gehört?”

Ich war baff. Musste mich konzentrieren. Ich wusste nun nicht, was ich von dieser Frau halten soll, aber das schönste an Menschen ist für mich, dass ich sie jeden Tag neu entdecken kann und niemals erfahre, wer sie wirklich sind. Ich liebe dieses Geheimnisvolle an den Menschen und die Überraschungen, die in ihnen verborgen liegen. Womit wird mich wohl diese Frau noch überraschen?

“Ich kenne ein anderes Gedicht von ihm”, revanchierte ich mich.

“Na, sag schon! Welches?”, sie schaute mich wie hypnotisiert an.

„Glaube mir, in jedem Menschen liegt ein schönes Wesen verborgen. In einem Lehmklümpchen verstecktes Goldklumpen.”

“Von wem stammt das?”, fragte Ilona neugierig.

“Du kennst Goethe und diesen schönen Spruch kennst du nicht?“

Ilona dachte nach, als wäre sie mit diesem schönen Wesen, das sie in sich trug, eines geworden. Ich schubste sie.

“Das tut och weh!” Der starke Schubs, den ich ihr verpasst habe, hat sie auf die Erde zurückgebracht.

“Wir gehen zu Adolf.”

“Wer ist den dass?”, fragte ich.

“Das ist die Kneipe von diesem Kerl, von dem ich dir erzählte. Geschlafen habe ich noch nicht mit ihm, aber eines Tages, wenn ich mir einen ansaufe, werde ich ihn ran nehmen. Was soll’s? Ich hatte so viele Kolben in mir drin, dann verkrafte ich auch ihn.”

Ich entgegnete nichts, ließ es kommentarlos stehen. Ich begann, mich vor dieser Bekanntschaft zu fürchten, langsam bereute ich es, diese Frau überhaupt kennengelernt zu haben.

“Was liest du denn da, du Dussel? Hast du nichts Besseres zu tun?” Sie warf die Bücher um sich, als seien es verdorbene Fleischsstücke. Sie schenkte sich wieder ein und trank alles in einem Schluck, während ich nur nippte.

“Warum schleppst du diese dicken Wälzer mit? Erstens sind sie schwer und zweitens brauchen sie viel Platz.”

“Wieso? Magst du die dünnen, ballaststoffreichen lieber?”, fragte ich etwas gereizt.

“Nicht ganz. Aber ich ziehe den Inhalt der Form vor.”

“Also Krimis?”

“Also auch Schmöker”, lachte Ilona höhnisch, dann wurde sie aber ernst und korrigierte sich schnell.

“Da mag ich Dostojewski lieber. Ist wenigstens Schonkostliteratur und keine schweren, fetten Fosters, kein literarischer Brei.”

Meine Meinung über diese Frau schwenkte voll um. Wer ist sie? Jetzt war es die einzige Frage, die ich mir stellte.

Unerwartet ließ sie mich wissen, dass sie über großes Wissen verfügt und ich war verblüfft. Wo mag sie es denn gewonnen haben? In dem Augenblick, als ich traurig, stutzig und argwöhnisch war, sprühte sie vor Verachtung für alles. Irgendetwas Unerklärbares steckte in ihr.

“Trink doch, zum Teufel! Lass uns gehen!” Ihre schrille Stimme ging mir auf die Nerven.

Ich fühle mit allen Sinnen, wie ihre Aggression und Unduldsamkeit tosen. Mir schien, sie macht mich gleich zum Plasma. Manche müssen gar nicht sprechen, man erkennt schon an ihrer Denkweise, dass sie schrecklich lispeln.

“Ich gehe und sage der Omi, dass ich mit einer Freundin aus Polen ausgehe, vielleicht kann sie’s verstehen.”

Ich kam lächelnd zurück. “Ich hab’ eine Stunde!” Ich rieb mir vor Freude die Hände.

Ilona ließ ihr Rad vor dem Haus stehen. Ich lief ihr hinterher. Ihr dichtes, schwarz gefärbtes Haar war hinten mit Spangen und Haarklemmen festgehalten. Sie trug einen Top mit Nudelträgern und einen Minirock. Ihren Hals schmückten Perlen und Anhänger, die teils ins Dekolletee rutschten und teils auf ihrem Rücken landeten. Am rechten Unterarm klirrte eine Armreifenkollektion.

“Billiger Schmuck, billige Person”, dachte ich insgeheim. Woher kam die denn angeflogen? Diese Anhänger passten zu ihr, ungefähr wie der Sattel zu einer Kuh. Ich hätte beinahe laut losgelacht. Das Glas Wein hat mich erheitert.

Gut, dass es solche Menschen gibt, sie machen die Welt bunter. “Vielleicht bin ich auch anders, nur will ich das nicht zeigen? Ich achte auf Prinzipien und guten Ruf. Vielleicht bin unnatürlich, vielleicht täusche ich was vor, vielleicht möchte ich so hemmungslos sein, wie diese Frau”, spann ich meine Gedanken weiter.

Nein! So ist es nicht! Ich mag mich und auch wenn nicht alles echt ist, mag ich diese Trugbilder und ich werde mit diesen Trugbildern sterben. Ich latschte Ilona wie ein zahmes Lahm nach. Wir betraten das Lokal. An den Tischen saßen rund ein dutzend Personen, sie aßen, tranken und lachten laut, wie es die Deutschen halt tun. Wir setzten uns an einen freien Tisch. Ilona kramte einen Kamm hervor, löste ihr Haar auf und kämmte es. Die Spangen und Klemmen breitete sie auf dem Tisch aus. Es kam mir vor, als wolle sie auf diese banale Weise ihre Überlegenheit über die anderen Gäste zeigen. Ich sah die merkwürdigen Blicke, mit welchen der Barkeeper die Polin bedachte. Er hatte rotes, gekräuseltes Haar und blaue Augen, muskulöse, sehnige Arme und war nicht älter als fünfunddreißig. Er erinnerte mich an Nero. Um einen seiner Vorderarme wand sich eine Schlange. Mit diesem Tattoo sah er wie ein von einem Plakat heruntergekratzter Bodybuilder aus. Er machte keinen guten Eindruck auf mich. Er zog Ilona mit seinen betatschenden Blicken aus. Als sie so breitbeinig dasaß, wurde ihr kurzer Rock noch kürzer, so dass man ihren Slip sehen konnte. Sie schaukelte unbefangen auf dem Stuhl, zog ihren Rock noch höher und exhibierte ihre Oberschenkel. Dann zog sie ihre Bluse aus. Sie hatte ein schmuckes Korsett darunter, aus dem ihre großen, vanilleeisähnlichen Brüste hervorquollen. Durch den Wein ermuntert, wurde sie vom wilden Begehren gepackt. Sie schaute die Gäste an, als sei sie sicher, dass sie bewundert werde. Ich saß reglos da und wartete nur darauf, dass sie mir Referenzen über ihre Sexualität abverlangt. Ich schaute zum Barkeeper hin. Er stand wie hypnotisiert da und geiferte wie der Pawlowsche Hund.

“Zwei Bier bitte und Kaffee für mein Freundin und zwei Flaschen Wein, roten Wein.”

Der Barkeeper winkte ein junges Mädchen heran, das im Nu an unserem Tisch erschien.

“Ich zahle. Ich hab’ dem Alten fünfzig Euro abgerungen, fuck. Eigentlich wollte ich’s meinen Töchtern schicken, die sollen sich aber verpissen und selbst ihr Leben meistern, wie ich einst”, sagte sie auf Polnisch.

Sie begann von ihrer Jugend, von der kranken Mutter und vom Vater zu erzählen, der nie ausnüchterte. Sie sprach laut und brach immer wieder in Gelächter aus. Der Deutsche vom Tisch gegenüber schielte auch gierig unter ihren Rock. Die jungen Gäste grinsten vielsagend. Ich versuchte unverbal kenntlich zu machen, dass ich nicht dazugehöre, dass ich rein zufällig hier bin. Ilona war bereits volltrunken, sie schoss wie die Dicke Bertha mit fetten Wortgranaten umher, sie schimpfte auf das Leben und auf diesen ganzen Pflegescheiß, gestikulierte, krempelte ihren Rock hoch, entblößte ihren Busen. Es wurde peinlich. Nach den wenigen Weingläsern, die ich intus hatte, fühlte ich mich nicht betrunken, aber ich war schon angetütert und für mich war Ilona ein obszöner Regenwurm, an dem die Augen aller Kneipengäste kleben bleiben.

“Schau nur zu, Gabi, wie diese deutschen Psychos uns beobachten, als hätten sie nie eine besoffene und ausgezogene Frau gesehen, ha, ha, ha, ha… Ich will jetzt nur noch lachen. Saufen und lachen.” Sie stand auf und straffte ihren viel zu kurz geratenen Rock. Die Augen der Männer am Nebentisch waren voller wallender Begierde.

“Na, ihr Guten? Noch nie Kleopatra gesehen?”, diesmal sprach Ilona Deutsch. “Eure Frauen, eure Geliebten und die dicken Berthas, die euch überhaupt nicht anmachen… Na, wer will mich denn? Ich lecke euch alle ab und… sie streifte das Korsett weiter runter und entblößte ihren Busen ganz. Das Verhalten Ilonas, ihre ganze Säufermanier, von ihren vulgären Sprüchen abgesehen, war einfach widerwärtig.

“Ilona! Ich muss jetzt nach Hause!”, sagte ich etwas verlegen. Ich fühlte nicht nur Scham, ich hatte auch Angst davor, was gleich passieren könnte. Außerdem fühlte ich mich öffentlich gedemütigt, am liebsten wäre ich zu einem Krümelchen zusammengeschrumpft. Ilona drehte sich betrunken um ihre eigene Achse, schrie etwas auf Polnisch und hielt ihre nackten Brüste mit den Händen zusammen. „Hört einmal zu, ihr deutschen Psychos, den wir, Polinnen, die Ärsche putzen, wenn ihr alt werdet, deutsche Scheiße einatmen und eure Buden sauber halten, ihr… ihr… deutschen Versager. Guckt euch meine Freundin an, eine Polin, sie tut wie eine Heilige und lässt sich von euren Landsleuten für schäbige tausend Euro manipulieren, … ha, ha, ha.”

“Soll ich das auch deutsch wiederholen?”, schrie sie aus voller Kehle Richtung Theke.

“Ilonka! Lass uns hier verschwinden, hab’ Erbarmen!”, flehte ich sie an.

“Wohin? Schlafen? Ich schlafe nicht, ich flattere über den Erdball, hin und her. Hört zu, ihr Deutschen! Diese Pflegerin muss zurück in irgendjemandes Haus, in ein Gefängnis”, schrie sie auf Deutsch. „Ich muss nichts, ich scheiße auf alles“. Sie setzte sich kurz auf den Stuhl, weil ihre Beine versagten, sie wankte. Sie benahm sich, als wolle sie unbedingt einen Skandal heraufbeschwören.

“Hei! Gabi!”, grölte sie. Die Gäste guckten erschrocken. “Diese Alten tun doch mit dir, was sie wollen. Du tust mir leid, dass du dich so herumkommandieren lässt. Mich wird keiner manipulieren. Ich tu, was ich zu tun habe und die Abende gehören mir.”

Ich schrumpfte regelrecht zusammen. Ich fühlte mich wie Plasma, übrig blieben nur Moleküle. Ich wollte hier raus. Ilona saß vor mir wie ein unheimliches Wesen aus dem Kosmos, wie ein Alien, lachend und gallebittersten Sarkasmus versprühend. So erschien sie mir jedenfalls. Ich nahm an, sie hat sowieso nicht alles gesagt. Während sie lachte und diesen dämlichen “Vortrag” hielt, analysierte ich im Hinterkopf die Lage und ordnete meine von ihr durcheinandergebrachten Gedanken. Eigentlich wollte ich nichts sagen, trotzdem schoss es aus mir heraus:

“Weißt du was? Du bis widerwärtig. Du hast den Deutschen zu verstehen gegeben, dass du eine Spermabüchse bist und eine Fotze anstatt Gehirn hast. Wir gehen nach Hause!”

“Ach so! Und deine alte Fotze ist ein Geschwür. Keiner zeigt Interesse für dich!”, zischte sie wie eine Schlange, die zufrieden ist, dass sie ihre Beute lahmlegen konnte.

“Noch ein Wort und ich verpasse dir eine perfekte Tracheotomie”, ich sparte auch nicht mehr mit Worten.

Diese wenigen Worte waren ein genialer taktischer Zug, denn obwohl sie mich mit einem Lurchblick anschaute, habe ich mein Ziel erreicht. Sie schrak auf. Trotz der Demütigung warf ich ihr einen besorgten Blick zu und schaute mich im Raum um. Das Blut wich langsam von meinem Gesicht. Ich spürte die Spannung der Gäste. Bis Ilona meiner Bitte folgte, vergingen etwa zehn Sekunden. Ich schaute zum Barkeeper. In seinen Pupillen lag keine wallende Begierde mehr, sie sprühten vor Zorn. Er rief jemanden vom Handy an. Sicherlich die Polizei. Ich wusste nicht, ob ich bleiben oder fliehen soll, bis ich begriff, wie hoffnungslos die Lage war. Ich verachtete diese Frau, obwohl ich vermutlich dem kläglichsten Augenblick ihres Lebens beiwohnte.

Ich lief ihr nach. Sie hielt eine Weinflasche unterm Arm, zappelte und zitterte merkwürdig am ganzen Körper. Ich lief ihr hinterher. Plötzlich fiel die Flasche auf den Boden und rollte klirrend die Treppe herunter. Ich drehte mich um und breitete meine Arme aus. Ich wollte die Deutschen auf diese Weise wissen lassen, dass ich keine Schuld trage. Ilona taumelte und fiel gleich hinter der Tür hin. Sie hielt sich am Geländer fest, versuchte ihren Körper hoch zu hieven und sich aufzurichten. Das Geräusch reißenden Stoffes machte mich sofort frisch. Ich wollte unbedingt vermeiden, dass meine Sprache oder mein Gang verraten, dass ich auch angetrunken bin. Ich bemühte mich also, auf der Treppe stramm zu stehen. Der Adrenalinspiegel in meinen Venen war so hoch, dass er den Schmerz Ilonas hätte lindern können. Ein Junger Deutscher trat aus der Kneipe und brüllte:

“Ruft die Polizei! Wer ist denn diese Frau?”

Ich versuchte, Ilona festzuhalten, aber sie entglitt meinen Händen wie ein Spulwurm. Das, was da drin geschehen ist, war Beleidigung pur, für mich und für alle Anwesenden. Ein wenig an das Verhalten meiner Landsleute im Ausland gewöhnt, fasste ich mich wieder und sah Ilona nach einem Augenblick nicht als einen Vampir an, sondern als eine Frau, die ihre Ängste mit Alkohol zu heilen versuchte, die im Trinken nach Halt suchte. Ich begriff, dass ihr Auftritt, dieses Schauspiel, Selbstverteidigung war. Oder vielmehr eine Verteidigung vor sich selbst. Ilona stand auf. Ihr Rock war zerrissen, ihr Knie wund. Das schäbige Schauspiel war vorbei.

“Wie kommst du jetzt nach Hause? Du kannst doch nicht aufs Rad steigen!”, ich bemühte mich, meine Aggression im Zaum zu halten und ruhig zu sprechen.

“Belehre mich nicht, blöde Kuh!”

Ich schwieg. Ich hatte Angst, etwas zu sagen. Ich erklärte es mir so, dass die dunklen Aspekte des Lebens verschiedene Reaktionen hervorrufen. Ein Glück, dass sie mich nicht anzubellen begann. Ich lächelte zaghaft und wusste, dass das Trinken einen unendlichen Schmerz dieser Frau lindert. Wir bogen in eine Gasse ein. Ilona konnte sich kaum auf den Beinen halten. Die Gegend sah um diese Uhrzeit nicht besonders verlockend aus. Ich fasste sie am Arm. Sie begann abwechselnd zu quasseln und schweinische polnische Lider zu singen. Für mich klangen alle Laute, die aus ihrer Kehle kamen wie pures Lallen. Ich sagte nichts. Nur so konnte ich ihren Angriff vermeiden. Wir waren angekommen. Ich sah Elvira am Fenster stehen. Sie schrie: “Ich lasse dich nicht rein. Alle Türen sind abgeschlossen.” Ich sah, wie sie von diesem rot beleuchteten Fenster auf die betrunkene Ilona herunterschaut, als sähe sie den Teufel selbst. Ilona stieg auf ihr Fahrrad und fuhr im Zickzack weg. Und mir gelang es, irgendwie in den zweiten Stock zu schleichen.

Am nächsten Morgen, beim Frühstück sagte Elvira höhnisch: “Das Säufergeschrei war fürchterlich, zum Erschrecken. Super Freundinnen hast du da.”


Während einer Buchpräsentation (auf Polnisch) spielten Schauspielerinnen vom Osterwa-Theater in Gorzów (Landsberg an der Warthe) eine kurze Szene aus dem obigen Kapitel. Bogumiła Jędrzejczyk als Gabriela und Beata Chorążykiewicz als Ilona. Gorzów, 7. November 2017.

400 tysięcy

Autorka twierdzi, że w Niemczech mieszka i pracuje 400 tysięcy opiekunek ludzi starych i chorych. Jestem pewna, że jest ich znacznie więcej, bo zawsze na jedną osobę zatrudnioną legalnie przypada co najmniej jedna osoba pracująca “na czarno”… Łucja jest jedną z tych, które od lat pracują “na biało”. I jedną z nielicznych, które tę pracę potrafiły opisać. Publikowałam tu już zarówno wiersze Łucji, jak i fragmenty dwóch jej poprzednich książek. Dziś trzecia. Właśnie się ukazała.

Łucja Fice

Po drugiej stronie trotuaru gmach ratusza. To tu właśnie powinien stać pomnik opiekunki, bo to właśnie w tym kraju pracuje ich ponad czterysta tysięcy (dane z niemieckiej prasy). Dalej, wzdłuż całej ulicy, rozciągały się małe studia odzieżowe. Odzież wisiała na ulicznych wieszakach. Po prawej stronie olbrzymi budynek, w którym znajdowało się Centrum Handlowe Kaufhof. Zjadłyśmy z Ewelin smaczny obiad, zamówiłyśmy jeszcze lody i ciastka, po których ciężko było wstać. Rachunek wyniósł trzydzieści pięć euro.
– Ewelin, to duża kasa – odezwałam się nieśmiało. – Może ja sama będę gotowała, to zaoszczędzisz?
– Moja droga Gabi! Stać mnie na to – usłyszałam.
– Gabi! Dam ci dziesięć euro na wodę, colę czy cokolwiek. Zdążyłam pomyśleć: Nie! Co za rozrzutność! Pożegnałyśmy się cmoknięciem w oba policzki. Ewelin pojechała do domu opieki, gdzie przebywał jej chory mąż, a ja znalazłam się w mrowisku ludzi i śmiałam się słońcu w twarz, a ono upijało mnie swymi wiosennymi promykami.
Spacerowałam szerokim trotuarem, zapominając, że jestem na kontrakcie, że w ogóle pracuję. Świat jawił się jak bajka. Przyglądałam się wystawom, a do niektórych sklepów zaglądałam. Słuchałam tego brzęczenia miasta. Czułam się, jakbym zagrała w ruletkę i wygrała milion dolarów. Myśli trzymałam z daleka od chorób, starości, śmierci. Czułam tę lekkość, która napawa radością. Nie chciałam wracać do czarno-białego życia, do ciemnych pokoi, w których niewidoczne wycelowane zatrute strzały odbierały życie podopiecznym. Analizowałam swoje dotychczasowe życie – doświadczyłam wszystkiego. Miałam malutkie mieszkanie na poddaszu, w którym przez lata czekałam na nowe. Na emigracji wynajmowałam sutereny z wilgocią, bez okien, gdzie w ścianach były dziury. Pracowałam też w pałacyku jako opiekunka bogatego człowieka. Zaliczyłam europejskie muzea i zwiedziłam wiele atrakcyjnych miejsc w Europie. Czego nie dotknęłam? Gdzie nie byłam? – te myśli zaprzątały mój umysł. Czy mogę mieć do kogoś pretensje? Nie! Bo przecież sama kreśliłam wektor mojego życia. Życie jak fikcja z filmu, a ten cały materializm, to chyba tylko moja wyobraźnia – zakończyłam ten myślowy dialog ze sobą.
Uwielbiam przemierzać miasto wzdłuż i wszerz. Spacerowałam tego dnia całymi godzinami. Byłam wolna i szczęśliwa, choć czułam brzemię bólu, cierpienia, starości podopiecznych, o których akurat rozmyślałam. Kiedy ponownie przechodziłam obok ratusza, w którym pracują władze tego miasta, myślałam o podejmowanych tam decyzjach, które odmieniają losy Augsburga. Miasto lśni czystością i żyje według wskazówek płynących z tego pięknego gmachu. Wyobrażałam sobie, jak dobre decyzje tam się rodzą. Idąc dalej, obserwowałam szyldy banków, napisy na butikach mieszczących się w secesyjnych, odnowionych, kolorowych, czystych kamienicach. Przechodząc obok banku, wyobrażałam sobie faceta, który w dobrze skrojonym garniturze podejmuje z kasy milion euro, jedzie na jakąś azjatycką wyspę i tam się urządza. Kto ma mieć kasę w Europie, jak nie Niemiec?

Cena: 38,00 zł
Data wydania: 30 września 2017
Ilość stron: 392
ISBN 978-83-8011-013-7

Blurb na okładce głosi:

Za kryształowym lustrem to trzecia część trylogii o opiekunkach pracujących w Europie po 2004 roku. Wspomnienia te nie mają służyć gromadzeniu faktów i ciekawostek, lecz mają pomóc zrozumieniu problemów, jakie niosą ze sobą wyjazdy “na saksy” do Niemiec w celu opiekowania się starszymi ludźmi w ich domach. Powieść przepełniają różne emocje, które mogą u niejednego czytelnika wywołać przerażenie, zdziwienie lub niepokój, ale taka jest praca opiekunki i taka jest starość. Książka nie jest ostrzeżeniem, próbą edukowania, czy sięganiem po sprawdzone tematy – jest raczej połączeniem realizmu i duchowych problemów bohaterki wynikających z tęsknoty za domem i rodziną. Wizje ze snów przepojone przeczuciami nieuniknionych wydarzeń dają wyraz innego postrzegania świata. Przeczucia Gabrysi stają się początkiem poszukiwań odpowiedzi na pytania: Kim jesteśmy? Jaki cel ma życie? Czy jesteśmy uwięzionym gdzieś umysłem, a sny odkrywają nam rąbka tajemnicy z innego poziomu rzeczywistości? Gabrysię interesuje fenomen świadomości we wszystkich jej przejawach. Ta synkretyczna powieść ma również przemawiać cierpieniem tych, którzy odchodzą, których dni są policzone.

Dwie poprzednie powieści to Przeznaczenie oraz Wyspa starców. We wszystkich częściach autorka w przejmujący sposób ukazuje tęsknotę Polek za domem i rodziną. Napisać o pracy opiekunki i nie poprzestać na tragizmie – wszechobecnej starości, cierpieniu i śmierci – nie jest łatwo. Dzięki przenikliwości i poczuciu humoru głównej bohaterki udaje się jednak uniknąć patosu, a stworzyć fascynującą obyczajową panoramę, pełną złożonych psychologicznie postaci.

W lustrze

Widzę niebieską barwę mego odbicia
Stoję w kręgu słonecznej żółci
Kręgi rzucają cień na niebieski diadem motyla
Otaczający głowę
P
lama się wzbija w górę
Czuję się rozżarzonym jądrem
Przez głowę przebiegają fale ciepła aż po granice czegoś
Nie do wypowiedzenia
Staję się wolną od myślenia przestrzenią
Jestem tylko świetlną mgiełką
Miriady tych mgiełek kłują mój wewnętrzny zmysł wzroku
Jestem
zamknięta w wieczności
Czuję ból
Chcę go uśmierzyć
Myślę o Bogu
Skupiam się na diademie motyla
Widzę ognistą materię
Jezioro błyszczącej magmy
Jednak nie ślepnę
Rozumiem bez zdziwienia i wątpliwości
Jestem z kimś połączona
Nie jestem już materią zmęczonego człowieka
Jestem przestrzenią w przestrzeni
Myślenie jest przestrzenią a przestrzeń myślą
Nie widzę już lustra
Nie boję się
Choć spogląda na mnie duże czerwone oko
Jestem na jawie we własnej cielesnej powłoce
Nie mam już diademu motyla
Czy żyję naprawdę?
To pytanie mi nie wystarcza
Może sen to powołanie do życia w innym wymiarze
A może? Co dzień z rana wpadam do materii jak kamyk do rzeki?
A może jestem tylko westchnieniem, pragnieniem kogoś
Kto wrzawą dnia puka do mego umysłu
Żyjesz?

Jestem martwa, nie martw się

Łucja Fice

Tęsknię za tobą

Skurczył się mój świat do piwnicznej izby
W niej wlecze się mój cień
Lęki strzelają w górę
Odmawiam modlitwę z prośbą o sen
W którym przyjdziesz do mnie i ujmiesz mnie za rękę
Pragnę wyrwać cię z gorsetu nocy
Ocal moje marzenie
Czy jeszcze zdążysz poprosić mnie do tańca
Zanim stanę u wylotu tunelu

***
otwieram okno po co
i tak widzę dunaj zza szyby
otwieram siebie skrzydła opadają
nieświeże myśli niewyspane głodne
patrzę na zamek po drugiej stronie rzeki może to klasztor
w głowie dzwonią klucze do domu
dunaj jak kroplówka zasili ocean smutkiem

Śmierć, lęk, piekło i niebo

Śmierć jest dla mnie po prostu inną formą bytności życia. Przedłużenie świadomości. Jestem naczyniem. Mózg to rodzaj interfejsu. Jestem zarazem kamerą i odbiornikiem telewizyjnym. Kamera koduje obraz i dźwięk, telewizor odkodowuje ten przekaz. Muszę pamiętać, że jeśli wyłączam telewizor, program nadal leci, chociaż ja się od niego odłączyłam. Myślę, że ze świadomością jest tak samo. Ciało jest jak stara kurtka, którą odkłada się na bok. Lęk, strach z głową hybrydy szaleje we mnie, ale przypomina i kaca, jest pozostałością po niższych zwierzęcych formach życia. Tkwię jednocześnie w dwóch światach. W tym, z którego się wyłoniłam i w tym, do którego zmierzam. Oto najgłębszy sens słowa „ludzki”. Jestem ogniwem, mostem, obietnicą. To we mnie proces życia przebiegać będzie aż do spełnienia. Ciąży na mnie ogromna odpowiedzialność, a jej powaga budzi lęk. Wiem, że jeżeli nie rzucę się naprzód, jeśli nie zrealizuję mojej potencjalnej istoty, to cofnę się, zgasnę. Noszę w sobie NIEBO i PIEKŁO. Jestem kosmogenicznym budowniczym. Mam wybór, a moim terenem działania jest cały Wszechświat. Czasem to przerażająca perspektywa. Byłoby lepiej z myślą, że PIEKŁO jest gdzieś w dole, a NIEBO na górze – ale we mnie samej?! Jestem opiekunką ludzi starych i chorych, wiem, czego ludzie żałują przed śmiercią – że tak ciężko pracowali, że nie próbowali być szczęśliwi, że tkwili w problemach i łzach, że żyli w toksycznych związkach. Dlatego, by zaakceptować PRAWDĘ, korzystam z wolności myślenia. Nie pozwalam, by umysł dał się schwytać w pułapki religii i nauki. Religia i nauka to proste formy do kontroli mojego umysłu. To ja tak myślę, każdy może mieć inne zdanie na ten temat, bo każdy ma prawo do korzystania z tej wolności.

Teoria snów

„Przyjrzyj się swoim snom, a zrozumiesz kim jesteś”.

Gdy śnią się sny, dorastamy duchowo. Nie każdy to wie. Nie każdy pamięta swoje sny, nie każdy więc może je zinterpretować. Ale czasem jest inaczej. Żyjemy w obłędnym kole egzystencji, nie zwracamy uwagi na sny. Dopiero, gdy w snach coś się dzieje, mają „fabułę”, powtarzają się, dopiero wówczas się „budzimy”, zauważamy. Tak było ze mną. Powracające sny obudziły mnie i zaprowadziły na nową duchową ścieżkę. Poczułam się, jakby ktoś zasiał we mnie ziarno innego postrzegania rzeczywistości. Znalazłam je w mitach. Objął mnie aborygeński Czas Snu, ludzie z plemienia Senojów wnieśli swoje symbole, ale znalazłam je też w chrześcijaństwie i u szamanów, w mandalach Tybetańczyków… Zobaczyłam dziedzictwo, które pozostawili nam przodkowie. Uwierzyłam w istnienie „ducha świata”. Tam szukałam mądrości i spokoju.

I tam je znalazłam.

14 sierpnia zmarł mój mąż.

Po dwóch tygodniach od jego śmierci doświadczyłam „czegoś nie z tego świata”, a to utwierdziło mnie w przekonaniu, iż życie w innej formie trwa nadal. To już nie wiara – to pewność, moja pewność, której nikomu nie narzucam. Wiem, że mąż jest w innym wymiarze, w jakimś innym czasie. Nie ma w nim przed ani po, jest poza czasem, a to wymiar, jakiego nie znam. Śmierć oznacza więc nie tylko, że ciało gaśnie, ale też, że świadomość przenosi się w transcendencję. Dzieje się coś i to coś przepływa do innej rzeczywistości.. Przyszłość to jest to, co nas czeka, przeszłość już nie istnieje, jest tylko chwila obecna, która przekształca przyszłość w przeszłość. Nie ma TERAZ, bo trwa tak krótko.

List do męża z Passau

Kochany!

Chcę Ci opowiedzieć, jak pięknie jest czekać. Trzymać w dłoni jabłko całe dla ciebie i byś jeszcze raz mógł ze mną zgrzeszyć. Myślę teraz o DOMU, który tak daleki i ta odległość między nami. Ktoś zapalił już wszystkie światła. Dunaj się pali. W wartkiej wodzie odbija się Passau i moja tęsknota, a obok na parapecie rośnie sterta myśli i nadpalonych papierosów. Chcę, żebyś tu przyszedł i mnie stąd zabrał. Chcę kłamać, że jeszcze będę szczęśliwa. Słońce zaszło czerwonym arbuzem. Pestki snu wpadły do oczu. Ciepło, gorąco, duszno. Dzisiaj nawet ptakom nie chciało się latać. Psy sąsiadów płaczą, nie mogę biegać po deptaku wieczorem. Spokój smakuje miętą, lecz tęsknota nie ma smaku. Czuję tylko głód powrotu. DOM. Na słowo DOM serce mi staje z zamętu i strachu. Kiedy pójdę spać i zamknę oczy, znów Cię zobaczę i znów będę tam, gdzie moje miejsce. Dobranoc. Twoja żona. No cóż tylko żona, Luśka.

Moje powtarzające się sny

Budzi mnie głośny skowyt, jakby jakiś olbrzym w trakcie orgazmu miał za chwilę wtargnąć do mojego pokoju. Siadam przerażona. Olbrzym ma rozregulowane struny głosowe. Nadsłuchuję. Słyszę jego głos, coraz to ostrzejszy. Huraganowy wydech, który czuję plecami. Teraz głos brzmi jak przerdzewiałe organy na ostatniej mszy. Boję się spojrzeć w okno, bo stamtąd dochodzi ten głos. Pękają szyby i woda wlewa się do pokoju. To tsunami, koniec świata, apokalipsa.

***
Jeszcze tylko kilka lat I znów będziemy razem
Dzisiaj jak aktor i aktorka odgrywamy samych siebie
Tragikomedia Trochę śmiechu trochę tańca Trochę łez
Jesteś śmieszny w tym krawacie Czy o tym wiesz
Ten garnitur Nowe buty
Głowa zawrócona w dal
Znów bijemy się słowami
Będzie słychać śmiech na Sali
Po Sylwestrze znów się rozejdziemy na tysiące kilometrów
W telefony zasłuchani

***

Ludzie przychodzą
Ludzie odchodzą
Zaglądam później do skorowidza nazwisk
Tylko serca znają prawdę
Że życie trwa bez końca
A każdy kogo spotykamy na zawsze żyje w nas

Często zastanawiam się, kto kieruje moją ręką, gdy piszę lub wymawiam słowa, których znaczenia do końca nie jestem świadoma, ponieważ nie zdaję sobie sprawy, jaki jest ich prawdziwy cel i prawdziwe przesłanie. Dlatego ważne jest wszystko, każda zapomniana kartka w szufladzie, każdy przedmiot zagubiony w zakamarkach pamięci. Dla was kartka jest tylko kartką, wiatr jedynie wiatrem, ale dla mnie, dla ciebie, to doświadczenie jest najpiękniejszym przesłaniem z innego wymiaru istnienia. Przychodzą takie chwile i nimi się dzielę.

***

Odbierz mnie zanim stanie się ciemno
Przyjdź po mnie nim zbudzi się dzień
Daj Bogu świeczkę a mnie weź za rękę
I zapytaj czy po śmierci żyć będziemy
A ja odpowiem Skąd wiesz czy jeszcze żyjemy?
Może stać się, że się już nie pojawię Tak może się stać
Okaże się że nic się nie zmieni a ty będziesz beze mnie trwać
Nic się nie zdarzy tylko cisza przeleci przez twoją głowę
Wrócę do domu
Usiądę na ulubionym miejscu i przemyślać będę
Czy warto było opuszczać dom i ciebie
Czy byłoby lepiej spędzać czas razem
Pewnego dnia nie zjawię się wcale
I nic się nie wydarzy nie zmieni nic
Oprócz pustki w głowie

Jestem martwa, nie martw się

Sny.
Utkane z dnia i kolorów twojego cienia
Z nich uczę się z nich jak kochać to, czego kochać się nie da
Jak estetycznie i elastycznie położyć się do trumny
Krawiec zszywa to co pozornie niemożliwe
Igła wbija się w brzuch
Z którego wydobywa się ciekłe wnętrze
Ostatnie okruchy materii

Jestem już martwa od PRAWDY wyłuskanej na wierzch
Nie martw się że pozostaniesz tylko słowem na moim języku
Językiem ciała na migi Genetyczną plamką w mojej źrenicy
Dławiącym śmiechem co przeleje się miękko przez kark
Kraterem w żyłach co wybuchnie wyskrobaną prawdą
Że też byłeś grzechem tkanek przemęczonych jawą

Nowe miejsce

Łucja Fice

Po śniadaniu dostaję pierwsze dyrektywy.
– Zejdziemy do ogrodu. Do obrobienia poletko truskawek.
No nie! Jednak prawda. Dostajesz to, czego się boisz. Już pracowałam w ogrodzie i niezbyt miło się to skończyło. Nie chcę oponować, wszak to mój pierwszy dzień. Muszę się zorientować, o co tu chodzi, bo nic nie rozumiem, przecież nie jestem ogrodniczką, tylko do opieki. Milczę, przytakując głową.
– Czy dostanę wodę do picia? – pytam zuchwale i dodaję – będzie upał. Nie chcę umrzeć z pragnienia.
– U nas w kranie bardzo dobra woda.
– Taka kranówa?
– Zagotuj – usłyszałam.
Z wyrobioną na emigracji pokorą i cierpliwością wychodzę z babcią na ogród.
Jeszcze miałam nadzieję, że coś źle zrozumiałam. Ta dziewięćdziesięciolatka stojąc rozkraczona przy rolatorze uczy mnie obkopywania motyczką grządki, instruuje i poucza. Patrzę na nią ze zdziwieniem i współczuciem, i tylko to drugie uczucie nakazuje mi pomóc. Zabieram się do pracy. Babcia odchodzi na moją prośbę. Zostaję sama na polu truskawek, z narzędziem, z którym nie wiem, co robić. Postać babki znika. Jest godzina dziesiąta, a ja po kilkunastu minutach czuję, jakby ktoś polewał mnie konewką, z której tryskają gorące promienie. Rozbieram się do stanika. Wokół mnie pustka. Ogród i ja. Z dala spoglądają na mnie rabaty róż i nie rozkwitłe jeszcze kalie. Pracuję do dwunastej. Tak byłyśmy umówione. Umieram z pragnienia i zmęczenia. Odwaliłam kawał roboty. Czeka mnie teraz przygotowanie obiadu. Dziś makaron, jajka i sos pomidorowy.
– Ile jajek ugotować? – pytam z grzecznością usłużnej Polki.
– Dwa – słyszę. Ponawiam pytanie, bo może się przesłyszałam.
– Dwa – krzyczy babsko.
– Ale nas jest troje.
– Ty jedno, a ja z mężem po połowie. Jemy bardzo mało, tylko ciebie musimy wykarmić. – Czy wiesz, ile płacimy za opiekę? I tu pada suma. Wcale mnie to nie obchodzi. Nie chcę wiedzieć, ile zarabia agencja. Mnie interesuje moja zapłata i to mi wystarcza.
I tak przy garstce makaronu i jednym jaju zaspokajam wilczy apetyt.
– Najadłaś się?- pyta staruszka, a dziadek w tym czasie mlaska, ślini się i zanieczyszcza powietrze, co chwilę podnosząc tyłek bez najmniejszego skrępowania.
– Po obiedzie jak posprzątasz, umyjesz podłogę, możesz odpocząć – Elwira uśmiecha się nawet życzliwym rodzajem uśmiechu.
Boże! – jaka łaska na mnie spadła, co za szczęście spotkało opiekunkę. Mogę odpocząć przez godzinę. Nie odpoczywam. Wybieram się na spacer. Chcę poznać okolice, wiedzieć, gdzie przyjechałam. Wychodzę z domu. Dziadek na fotelu, babcia na kanapie. Choć wolę duże skupiska miejskie, gwar, ruch i to całe brzęczenie życia, to w tej chwili nie pragnę niczego więcej, jak radować się przyrodą. Idę na chybił trafił ulicą, gdzie czyste domki i żadnej żywej duszy. Co chwilę przejedzie jakiś samochód, dając do zrozumienia, że nie jestem sama na tej planecie. Słońce parzy. Godzina czternasta, a ja marszowym krokiem idę przed siebie. Kończą się domki, zaczynają pola kukurydzy. Jeszcze zielonej, dojrzewającej w tych ostrych promieniach. Przysiadam na ławce. Z dala rozciągają się góry porośnięte drzewami, a nad nimi czysty błękit nieba. Wszystko to, jakby zawieszone w kryształowo czystym, pozbawionym ram malowidle. Żywy obraz, którego malarzem pani Natura. Cisza. Nie chcę się nawet poruszyć, by tej ciszy nie rozdeptać na miazgę. Widzę to, co chcę widzieć – świat przykryty całunem. Nagle poczułam wietrzyk, co z kocią lekkością przebiegł nad moimi nagimi plecami i karkiem. Usłyszałam też szelest łodyg kukurydzy, który ożywił mój umysł błyskiem, obrazem umierającego człowieka. W takiej chwili zawsze oddaję się kontemplacji i marzeniom. Tylko ja i rozciągające się pod góry zielone pola kukurydzy. Zaczyna używać mnie umysł. Ten wewnętrzny świat, co tak często rozpada się na drobne cząstki i robi się zgiełk. Nie lubię tego świata i tej we mnie zawartości, która jest jak potwór, co się we mnie zagnieździł i nie chce mnie opuścić. Boję się tego potwora, wyrzucam go z głowy, a nadal go tam czuję. Znowu zaczynam się bać. Tych dni, co przede mną, pracy w ogrodzie i samotnych wieczorów bez telewizora i radia.
– Przecież masz komórkę – suchy ton kobiety, który słyszę w mojej głowie przeraża mnie.
Towarzyszy mi ławka. Też jest mieszkańcem Czasu. Też złożyła tu przelotną wizytę i będzie stała aż do swojej śmierci. Próbuję nie wierzyć w obecną rzeczywistość i stwarzam całkiem nową. Może gdzieś odbije się na krańcach Wszechświata i wróci do mnie inna. Ławka słucha moich myśli, bo też jest samotna. Kocham tę ciszę, co roztacza się wokół mnie. Taka zagubiona, nie wiem jeszcze, co tak naprawdę czeka mnie w tym domu. Wiem, że muszę zarobić, a więc przystosować się i broń Boże buntować. Zaakceptować tę starość i babcine wydziwianie, pogodzić się z nieskazitelną niemiecką czystością, wcale nie pasującą do higieny osobistej mojej staruszki.
Towarzyszy mi też słońce. Obok rośnie duże drzewo, co daje mi cień.
– Dzięki ci za ten cień. Czuję, że opiekujesz się mną i towarzyszysz moim myślom. Wiem! Rozumiesz mnie. Posłuchaj.
Pochodzę z nowej dynastii pod panowaniem wspólnej Europy. Teraz rządzą politycy urobieni przez społeczeństwo. To im zawdzięczam pracę i pieniądze, ale też upokorzenia. Wiem! Będę musiała kłaniać się w pas, dziękować, przepraszać. Wiem! Nie dostanę wody w butelce (bo droga), jogurtu, czy rybki w pomidorach. Muszę to kupić sama, chociaż wyżywienie mam zagwarantowane. Czy dostanę ciasto? Będę dokręcać kurek z wodą (choć nie kapiel). Masła tylko troszeczkę. Czuję już tę chytrość szóstym zmysłem. Ta cała przystosowalność do kultury, obyczajów – nie jest mi obca. Przecież to nie pierwszy kontrakt. Rozumiem, że nie jestem u siebie. Muszę nauczyć się dialektu, bo wcale mi się nie ułatwia zrozumienia. Czekają mnie dwa miesiące w napięciu.
Godzina przerwy. Czuję te smycz. Co będzie mnie czekać, gdy wrócę?? Nie znam jeszcze obyczajów. Czekanie na rozkazy to mój obowiązek. Moje drzewo milczy. Dobrze, że milczy. Jest dobrze zakorzenione tu i teraz. Ja zakorzeniona w Gorzowie, wyrwałam się sama z korzeniami i przesadziłam tysiąc pięćset kilometrów od mojej ziemi. Za dwa miesiące przesadzę się sama. I już nie pozwolę wyrwać siebie z korzeniami. Ostatni raz.
Nie będę czuła się więcej jak w żłobku, gdzie uczą mnie ponownie zachowania nowej kultury. Mam 60 lat i też jestem stara, choć z pozoru wciąż mam dość siły. Czuję się jak krzepka i rześka zima, albo jak wytrawne wino. Mogę jeszcze dobrze smakować. Wiem! czeka mnie ciężki okres, ale pragnę czerpać całymi garściami, to wspaniałe jedyne życie. Pożyczyłam trochę Extra Czasu od Boga i spełniać będę moje małe marzenia. Pod tym samotnym drzewem czuję już, jak moja świadomość przeskakuje jakiś zapadkowy mechanizm. Wybieram teraz inną rzeczywistość. Odczuwam, jak moja świadomość istnieje pomiędzy światem klasycznym a duchowym, kwantowym. Może istnieje jakiś uniwersalny umysł, do którego mam dostęp i który na mnie w tej chwili wpływa. Odrzucam z siebie to wszystko, co złe. Moje myśli zamieniają się w krajobraz, który w zasięgu wzroku. Wyobrażam też sobie babcię, która w czasie przygotowywania obiadu głaszcze mnie po plecach i nabieram do niej zaufania. Pożyczam więc nieco energii od mojego drzewa, które niemym słuchaczem moich myśli. Przyglądam się mu i okazuje się, że znam je z dzieciństwa.
Co tu robisz? – pyta mnie drzewo.
– Siedzę sobie na ławce i dumam. Mam tu zadanie do wykonania, załatwiam pilne sprawy.
– To moja ławka – mówi drzewo. Przeszkadzasz mi.
– Jestem tu w pewnym celu – odpowiadam ciepło.
– Nie obchodzą mnie twoje cele.
– A kim ty jesteś, żeby mi cokolwiek zabraniać? Ty też mi rozkazujesz?
– Jestem wszystkim – mówi mi drzewo.
– Jak jesteś wszystkim, to pozwól mi wyzwolić się z ograniczeń, izolacji i odcięcia od świata. Zamień ten kontrakt na wspaniałą bajkę.
– To zmieszaj się ze mną i zapuść korzenie.
– Nie zapuszczę korzeni, bo jestem człowiekiem. Nie stanę się drzewem. Moje korzenie są w Gorzowie. Tam muszę wrócić. Zostałam przesadzona tylko na dwa miesiące.
– Możesz być, kim chcesz!! – drzewo zaszumiało.
– Nie rozumiem.
– Jesteś tylko przejawem kosmicznej świadomości, duchową plamką przenikającą ten ludzki wymiar, jesteś skrzynką umysłu, w której wiadomości są jak listy. To ty decydujesz, które listy wyrzucić, a które zachować.
– To może udowodnisz mi istnienie tej kosmicznej świadomości, podasz jakiś gotowy wzór, a ja go opublikuję i może zarobię niezłe pieniądze? Nie mam nawet pojęcia czy ktoś z naukowców tą materią poważnie się zajmuje. Skąd wiedziałeś, że chciałabym odgadnąć zagadkę własnej świadomości. Skąd wiedziałeś, że niepokoi mnie fakt, iż jestem według nauki niczym więcej jak rezultatem przypadkowego iskrzenia części jakiejś maszyny na przykład komputera, który noszę we własnej czaszce, że jestem tylko przejściowym etapem na drodze do super- maszyny.
– Ja wiem wszystko!! Jestem drzewem. Jestem świadomością przenikającą również twój umysł. Jestem też tobą. Niematerialną plamką w twoich neuronach. Kiedy ze mną rozmawiasz, ja włączam neurony twojej kory mózgowej, ale nie odpowiem ci kim jesteś, bo…
– Bo, bo…..
– Twój kłopot wciąż polega na złym myśleniu. Dopóki nie staniesz się samą świadomością, dopóty nie odpowiesz sobie na to pytanie.
– To co?? Mam wyłączyć mózg autopilotem?! Jesteś tylko drzewem a nie świadomością. Twoje słowa w mojej głowie.
– Ale ja mam koronę!!
– Chyba ciernistą?!
– Nie jestem zachłannym człowiekiem.
– Ja jestem kobietą, matką, żoną, próbującą utrzymać rodzinę.
– Za dużo od siebie wymagasz.
– Może postaram się o koronę??
– Jeśli będzie to korona z liści, to będziesz blisko. Nie mam ochoty już z Toba rozmawiać. Zakończmy ten dialog. Radzę ci nacisnąć przycisk przyjemności, a ja dodam trochę pikantnych przypraw twoich emocji.

drzewolucjiTak byłam zamyślona i zajęta rozmową z drzewem, że nie zauważyłam kobiety na rowerze, która się przy mnie zatrzymała i zapytała po niemiecku.
– Czy mogę usiąść i zapalić papierosa.?
Ocknęłam się.
– Ależ! Oczywiście! Proszę siadać. Będzie mi miło – odpowiadam też po niemiecku, siląc się nawet na akcent.
– Pani nie jest Niemką? – pyta kobieta.
– Nie! Jestem Polką..
– No! to witaj. Jak masz na imię? i skąd pochodzisz??- pyta po polsku i tak przyjaźnie ciepło się uśmiecha.
– Ale niespodzianka. Cieszę się niezmiernie.
– Dzięki ci – szepczę odwrócona do drzewa.
– Co ty! z drzewem rozmawiasz?
– Tak! a nie mogę, jeśli chcę?
– Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś mówił do drzewa.
– Przed chwilą prosiłam o brak wyizolowania i stało się. Wszystko, co się dzieje jest produkcją naszych myśli.
Kobieta, której jeszcze imienia nie znałam, na oko pięćdziesięciolatka, wybuchła salwą śmiechu. Zabolał mnie.
– Wierzę, że istnieje jakiś świadomy umysł, do którego mam dostęp i mogę wewnętrznie się zmieniać i programować. Jestem tu od wczoraj na opiece i chyba fatalnie trafiłam. Dlatego przyszłam tu odpocząć po pracy w ogrodzie i wszystko przemyśleć. Czułam się samotna, więc rozmawiałam sobie z drzewem. – Czy to takie dziwne??
– Nie wiem! Nigdy nie rozmawiałam z drzewem – jej twarz wykrzywiła się grymasem, który miał oznaczać uśmiech..
– To zacznij.
Zauważyłam zamyślenie na twarzy kobiety, które pojawiło się jak samorodek i nie było w tym zamyśleniu kpiny, tylko głębokie emocje.
Nie wiem, co wówczas myślała kobieta. Nigdy później jej o to nie pytałam.
– Skąd jesteś? – ośmieliłam się w końcu zapytać.
– Z Katowic. Jestem tu już kilka miesięcy. Za miesiąc wyjeżdżam od tej starej.

Z cyklu: moja ulica – Łucja

Zaproponowałam, byśmy pisali coś o ulicy, na której mieszkamy i o domu, w którym mieszkamy. To przecież ważne miejsca, czasem ładne, czasem paskudne, ale zawsze ważne. Na wezwanie jako pierwsza odpowiedziała Łucja Fice, znana już Czytelnikom tego bloga poprzez wiersze i prozę o pracy opiekunki ludzi starych, chorych, samotnych i smutnych. Dzisiejszym wpisem Łucja rozpoczyna nieregularny cykl, a ja zapraszam wszystkich do pisania o swoim domu i swojej ulicy. Dom Łucji taki smutny.

ULICA W GORZOWIE

Przy niej mój dom
ma skórę zdartą do kości
Strupieszały tynk opada na chodnik
Powieki okien szeroko otwarte
Brak makijażu odsłania smutną twarz
Na głowie mojego domu siwe włosy anten
Niezbyt równo przyczesane
Na dłoniach parapetów przysiadają gołębie
Klatka domu po zabiegu ujmuje świeżym oddechem emalii
Wieczorem dom szykuje się do snu
Wewnętrznym blaskiem tętni jego serce
Tam krzątają się ludzie. Tam toczy się życie
Od stycznia poprzez maj do grudnia
I znowu od nowa

Egon-Schiele-Haeuser-und-Waescheleinen-oder-Vorstadt_600
Egon Schiele, Domy i sznurki do bielizny

Jutro Dorota Cygan