Dwadzieścia lat temu

Czy we wrzasku Bóg, Honor, Ojczyzna i tupocie butów podczas nacjonalistycznych marszy, w wojnie z lewacką zarazą i ideologią LGTB ktoś to jeszcze pamięta o tym przesłaniu?

Ewa Maria Slaska

Mea Culpa

Był chory. Cierpiał. W niemieckich mediach z regularnością odlotów i przylotów bocianów pojawiały się uwagi, że jest chory i najwyższy czas, żeby ustąpił, że może, powinien, musi ustąpić, że jest to w jego mocy, dlaczego więc nie ustępuje? Po jakimś czasie już nie tylko media, ale każdy w Niemczech zadawał to pytanie. Również moi niemieccy przyjaciele. Dziennikarze i nie-dziennikarze. Od końca lat dziewięćdziesiątych Niemcy “wiedzieli”, że Papież powinien ustąpić. Mój stosunek do tych wypowiedzi był ambiwalentny.
Był chory. Cierpiał. Gdy go widziałam w telewizji, cierpiałam wraz z nim. Serce mi się ściskało na myśl o jego cierpieniach.
Ale z drugiej strony… dlaczego akurat Niemcy z takim uporem zadawali to pytanie, które w gruncie rzeczy było przede wszystkim żądaniem? Przyznaję, nie była to myśl elegancka. Nie była też zgodna z regułami “political correctness”. Przypisywałam Niemcom zadawnioną niechęć do Polaków. Zakładałam, że gdyby Papież był Anglikiem, Włochem albo Francuzem, a nie Polakiem, prasa niemiecka nie stawiałaby takich pytań, a w każdym razie formułowałaby je oględniej. Ale moje rozmyślania szły dalej i – taką mam nadzieję – to “dalej” zgadzało się być może z jakąś częścią myśli samego Papieża. Czas, w którym żyjemy, wymaga od nas, żebyśmy byli młodzi, ładni, sprawni i, najlepiej, bogaci.  Ci, którzy nie pasują, niech znikają. Niech nie rażą oczu, uszu i wydelikaconych uczuć. Ten, kto “się przeżył”, ma dobrowolnie odesłać samego siebie na japońską górę Narajami. Im więcej słyszałam wokół siebie głosów, że ma odejść, tym bardziej wszystko się we mnie buntowało. Tym bardziej podziwiałam go za to, że nie reaguje na te głosy, choć na pewno musiał je słyszeć.
Dnia 12 marca 2000 roku wygłosił homilię Mea Culpa. Siedziałam przed telewizorem i płakałam ze wzruszenia. Zadzwoniłam do moich niemieckich przyjaciół dziennikarzy. Też byli poruszeni. Uznali, że jest to być może najważniejszy tekst w historii Kościoła. Zgodziłam się z nimi. I co? – zapytałam. – Co by było, gdyby ustąpił ZANIM wygłosił najważniejszy tekst w historii Kościoła?

Napisane w kwietniu 2005 roku, po śmierci Papieża.

Ten tekst, opublikowany w książce Marii Kalczyńskiej i Leonarda Paszka, Jan Paweł II we wspomnieniach polsko-niemieckich, nabrał w ciągu 15 lat wielu nowych znaczeń. Przede wszystkim już, gdy to pisałam, następcą papieża Polaka został Papież Niemiec, Benedykt XVI (Joseph Aloisius Ratzinger, ur. 16 kwietnia 1927) – niemiecki duchowny rzymskokatolicki, od 19 kwietnia 2005 do 28 lutego 2013 papież. Nikt w Niemczech tego nie oczekiwał i nie żądał, ale jednak Benedykt to zrobił – w roku 2013 ustąpił. Jest emerytowanym papieżem, pierwszym od XV wieku, który dobrowolnie zrzekł się swojego urzędu.

Cóż, ironia losu! Myślę, że w międzyczasie niemieckie media zapomniały już “na śmierć”, że kiedyś oczekiwały, iż Papież Polak ustąpi. Ciekawe, że w przypadku Benedykta XVI właściwie nie wiadomo, dlaczego ustąpił, zwłaszcza że miał za sobą wybitnie krótki, siedmioletni, pontyfikat. W swoim oświadczeniu podkreślił, że jest w podeszłym wieku i odczuwa osłabienie sił fizycznych i duchowych. Jednak dziś, w siedem lat później, Ratzinger nadal żyje, ba nawet nadal pełni od czasu do czasu posługi kapłańskie. Jako emerytowany papież, cztery razy tj. 19 listopada 2016, 28 czerwca 2017, 28 czerwca 2018 oraz 5 października 2019 roku przyjmował w swojej rezydencji nowych purpuratów, którzy tego samego dnia otrzymali insygnia kardynalskie. W październiku 2019 roku papież miał 92 lata. Oczywiście podeszły wiek, ale czasy się zmieniły, wszyscy znamy co najmniej kilka osób, które są w tym wieku i wciąż jeszcze zachowują intensywny kontakt ze światem.

Jeszcze bardziej znamienne wydaje mi się, że owa wypowiedź – „milenijne mea culpa” – została całkowicie zapomniana. W internecie nie znalazłam jej tekstu, a i wzmiankowana jest tylko w nielicznych wpisach internetowych. Pomyśleć, że przed 20 laty oceniliśmy ją jako “najważniejszą w historii Kościoła” i że Jan Paweł II przeprosił za wszystkie grzechy, jakie w swej liczącej 2000 lat historii popełnił Kościół katolicki: nawracanie siłą na wiarę, krucjaty, inkwizycję, antysemityzm, nietolerancję, dyskryminację kobiet i godzenie w prawa człowieka.
Obserwatorzy pisali, że wierni zgromadzeni w kościele, ale również duchowni, biorący udział w mszy ekspiacyjnej, nie byli przygotowani na słowa Papieża. Na stronie pius.org czytamy:

Wydarzenia te zapoczątkowały nie kończącą się rzekę ceremonii pokutnych, podczas których episkopaty wszystkich krajów świata prosiły o przebaczenie za prawdziwe i urojone grzechy nie żyjących z reguły od co najmniej kilku wieków katolików. W Polsce „liturgia” taka miała miejsce 1 maja w Warszawie. (…): kardynał Glemp przeprosił Boga m.in. za akty kolaboracji niektórych księży w okresie w PRL, za życie duchownych ponad stan i uleganie nałogom oraz tolerowanie przejawów antysemityzmu. Osobiście Ksiądz Prymas przepraszał za „lęk” w okresie stanu wojennego oraz za to, że nie zdołał „ocalić życia ks. Popiełuszki, mimo wysiłków podejmowanych w tym kierunku”. Prymas prosił także Boga o wybaczenie grzechów społecznych, obecnych w życiu dzisiejszej Polski. Wśród nich wymienił na pierwszym miejscu brak powszechnego dostępu do pracy, brak zapewnienia dostatecznego bezpieczeństwa oraz brak dostatecznego poszanowania wartości moralnych w demokracji.

Ciekawe. Dokładnie 20 lat temu. Jak, w gruncie rzeczy, niedawno! Jak całkowicie zapomniana została w polskim kościele ekspiacyjna idea Papieża.

Mama, Rysia, Marx

Wenn es Pandemia nicht gegeben hätte…

Ewa Maria Slaska
Mein Leben kann man in
drei Phasen aufteilen, eine für Mama, eine für Marx und eine für Rysia.
Zufälligerweise sind sie alle drei am 5. Mai geboren: 1818 / 19
18/ 2018

– Mein Leben, sagte ich zu Marx, ist ganz genau der rechte Handschuh des Buches von deinem Freund, der Friedrich von Engels.
– Er war kein „von“. Ich war es. Und meine Frau.
– Egal. Er schrieb ein Buch, unter dem Titel: Der Ursprung der Familie, des Privateigentums und des Staats. Und bei mir war es gerade umgekehrt: Der Verlust der Familie, des Privateigentums und des Staats.

Kapitel Eins. Mama oder der Ursprung der Familie.

Du bist eine schreckliche Hexe, sagte meine Mutter, kein Mann wird dich je heiraten wollen.
Ich bin sechs. Verstehe kaum, was sie sagt, aber die Drohung ist unverkennbar.
Was habe ich getan, dass sie mir sowas sagte?

– Eee, sagt Rysia. Unwichtig. Einfache kolloquiale Übertreibung.

Der Tag liegt über 60 Jahre zurück. Es gab noch keine kleine Hexe namens Bibi Blocksberg, noch keine sympathischen Drachen, Vampire und Magier. Man brauchte noch Jahrzehnte, um die Kraft einer Hexe zu entdecken und sie zum Symbol der Frauenbewegung zu erheben. Ich war ein Kind. Eine Hexe war ein Schreck. Alles, wovon wir in der Märchenwelt umgeben wurden, war schrecklich, egal ob es die Gebrüder Grimm waren oder Andersen. Die kleine Sirene verliert lange Haare und Stimme, um die Liebe des Prinzen zu gewinnen. Die Hexe sagt ihr, dass sie zwar jetzt wunderbare Beine hat, aber mit der Liebe ist es so, dass man nie sicher sein kann, ob man geliebt wird. Und sie wird nicht geliebt. Sie steht im Schloss in einer dunklen Ecke und schaut zu, wie der Prinz eine Usurpatorin heiratet. Dich wird man nicht heiraten, kleine Sirene.
Und die Beine tun dir weh.
Deine Beine bluten.

Das Mädchen, das auf das Brot trat, ist auch von Andersen. Sie wollte tanzen gehen in ihren schönen roten Schuhen, und wollte sie nicht schmutzig machen. Sie musste durch einen Sumpf. Schnell holte sie das Brot aus ihrer Tasche, schmiss es in den Schlamm, und Hop, dachte sie, schon bin ich auf der anderen Seite. Aber nein. Sie versank in den Moorgrund und kam zur Moorfrau hinunter, die dort braut. Das sieht man, wenn die Wiesen im Sommer dampfen. Es ist schrecklich in der Brauerei der Schlammhexe, es ist eine stinkende Schlammgrube! Du wirst später selber eine Schlammhexe, Mädel. Man wird dich nie heiraten wegen deiner Füße in roten Schuhen.

– Hej, faucht Rysia. Schmeiß deine roten Schuhe weg.

Natürlich noch Aschenputtel. Beine, Füße, Schuhe, Blut, Prinz. Im Märchen wird er dich heiraten, aber im wahren Leben heiratet er eine von deinen Halbschwestern, die, die sich die Zehen abgehackt hatte, oder eh die, die ihre Fersen abhackte. Ihre Füße bluten, man wird dich nicht heiraten.

Och ja, klar, auch Rotkäppchen.

– Na, sagt Rysia, was sucht sie hier? Ihre Beine sind ganz in Ordnung. Und ihr Blut steckt ganz symbolisch im Rotkäppchen.

Man hackt auf dich ein, kleines Mädchen, deine Füße bluten. Du stehst in einer dunklen Ecke hinter dem Weihnachtsbaum und betest darum, dass dich niemand zum Tanzen auffordert. Du bist sieben. Deine Mutter hat dir ein Kleidchen gemacht, indem sie ihr Kleid grob abgeschnitten hat. Man sieht die Nähte ganz genau, jeder Stich ist so lang wie Mamas Finger. Mama hat sich mit der Nadel in den Finger gepiekt. Man sieht es nicht, aber auf dem Kleid ist Blut. Und du bist eine Hexe.
Hexe, Blut, Beine, Schuhe, Prinz, das wird gebraucht, um zu heiraten.
Aber siebenjährige Mädchen heiraten noch nicht.

Wir waren beide im Zimmer und standen neben dem Bücherregal. Mama in der Hocke, ich neben ihr stehend. Was habe ich damals getan, dass sie mir so etwas sagte? Seit Jahren versuche ich meine Unfähigkeit, mich daran zu erinnern, durchzubrechen, einen Schritt tiefer in die verlorene Zeit zu machen, nur eine Minute früher. Diese eine Minute.

Na, sagt Rysia. Lass die Minute sein. Es war eh eine Prophezeiung und keine Bedrohung. Du wolltest nie heiraten. Ja, wohl hast du es getan, aber dann biste weg, du warst weg, du wolltest es nicht und jetzt lebst du allein, das heißt mit mir, natürlich, und sagst immer selber, dass du so zufrieden bist, wie nie in deinem Leben.
Und rote Schuhe sind rote Schuhe. Und rote Socken sind rote Socken. Und eine Rose ist eine Rose.

Es gibt noch eine Frauengeschichte mit Blut. Eine Frauentag-Geschichte. Eine Frau sticht sich in den Finger. Die Frau bin ich, noch klein, aber in einer kleinen Frau steckt schon immer die zukünftige große Frau. Ich war acht Jahre alt, und ging zu einem Ballettkurs. Wir tanzten eine einfache Tanzszene. Zuerst gingen wir, Mädchen in weißen Ballettkleidchen, paarweise quer über die Bühne, als ob wir die Blumen sammelten. Dann kamen von der anderen Ecke Jungs in Leinenhosen und taten so, als ob sie uns erschrecken wollten. Wir liefen rum, die Jungs hinter uns, dann aber war klar, dass es nur ein Scherz war, wir bildeten einen Kreis, Mädchen, Junge, Mädchen, Junge, hielten uns fest an den Händen und tanzten im Kreis, schneller, schneller, schneller…

Einmal im Jahr tanzten alle Ballettkinder in der Oper, wir also mit unseren Wiesentanz auch. Der Ballettlehrer hat uns tausend Mal ermahnt, dass wir unsere Kleidchen schneeweiß waschen müssen und dann glatt und glänzend bügeln. Unsere Ballettschuhchen müssten auch schneeweiß sauber gekriegt werden, genauso wie Slips, die unter den kurzen Kleidchen hervorzulugen hatten. Es ist schwer zu begreifen, aber 1957, in der Volksrepublik Polen, war es fast unmöglich, diese Forderungen zu erfüllen. Es ist mir heut nicht klar, weshalb ich mich um mein Kostüm selber kümmern musste. War aber so. Plötzlich war es Frauentag und ich musste mich für die Matinee in der Oper fertig machen. Es geschah, wie es geschehen musste. Das Kleidchen war zwar vielleicht nicht schneeweiß, aber doch weiß, sauber und glatt gebügelt, die Schühchen waren ebenfalls eher eierschalen- als schneeweiß, aber irgendwie würde es gehen. Aber es gab KEINEN Slip! Keinen Slip! Keinen Slip! O Gott, was jetzt? Zur Erklärung: das, was in den Frühfünfzigern in Polen ein Mädchen an normalen Tagen trug, waren so genannte „Reformen“, Baumwollhöschen, meistens rosa. Zig mal getragen und ausgewaschen. Nirgendwo ein Slip. Nicht im Schrank, nicht im Wäschekorb. Dort aber finde ich weiße Nylonslips meiner Mutter. Sie sind ungewaschen, ja, und viel zu groß, ja, aber mindestens weiß und gleißend. Ich hole mir mein Nähzeug, und ruck zuck mit großen langen krummen Stichen nähe ich mir aus Mamas weißen Slips so etwas wie Mädchenslip für mich. Ich muss mich beeilen, es ist schon spät, gleich muss ich losrennen. Den letzten Stich ziehe ich durch meinen Finger! Ich reiße mich im Schreck hoch, zerreiße die Haut, Blut tropft auf… och… Gott sei‘s dank, Blut tropft auf den Fußboden und nicht auf meine hervorgezauberten Slips. Ich binde ein Taschentuch um meinen Finger, packe ein, binde mir ein weißes Tuch um die Haare und bin schon auf der Straße, laufend, so schnell ich kann.

Ich komme als Letzte, eine der Mutter entdeckt meinen blutenden Finger, klebt mir ein Wundpflaster um, zupft am meinem Haartuch, und schon stehen wir hinter der Bühne und warten auf unseren Auftritt. Vor uns sind noch die Kindergarten-Kinder und Erstklässler, die einen dummen Zwergentanz tanzen, nicht so wie wir, schon große schöne Mädchen, die einen lieblichen schönen Wiesentanz tanzen werden… Schöne Prinzessinnen, leicht wie Elfen…

Jetzt tanzen wir … Wir beugen uns, um die schönen Blumen zu pflücken, irgendein Mozart fließt von oben auf uns, tin tin tin tin, tanzen wir auf unseren Satinpointe-Schuhchen, hier so eine schöne Blume, und da noch eine und mein Slip beginnt sich aufzulösen… Ich höre es durch den Mozart sehr deutlich … Auf dem linken Pobacken. Schon kommen die Jungs, wir laufen weg, tirlirirlilalallala, weg in den Wald, die Jungs kommen näher, hop hop hop, Mädels lauft, laufe du Schöne, laufe Fraulein, Schmetterlinge kommet näher… Wir drehen uns, lach lach lach lacht die Musik, lach lach lach lachen die Mädchen über den Scherz, lach lach, meine Slips knistern auf dem rechten Po… Wir halten Händchen und tanzen schneller, schneller bis meine Slips, schon total zerissen, mir vom Po nach unten fließen und ich stolpere um sie, falle mit der Nase auf den Boden. Shame auf meinen Po. Ich hoffe, ich sterbe. Dong! Der ganze Kreis zerreißt, mehrere von uns fallen auf den Fußboden. Vorhang. Ende Gelände. Ich werde nie wieder auf der Bühne tanzen, keine Primaballerina werden.

So verliert man die Familie und ist allein auf der Welt. Sie können heftig wie sie wollen auf mich wirken, sich um mich drängen, mich umarmen mit ihren Judasumarmungen, ich habe keine Familie, keine, die mir Halt und Hilfe versprechen kann im Angesicht der Gefahren der weiten großen, schrecklichen Weltbühne. Egal wie schön sie immer wieder Mozart spielen mögen, ich werde ihnen allen nie mehr glauben… Sie haben mich alleine gelassen. Sie taugen als Familie nichts. Ende des Kapitels Eins.

Oder nein, noch nicht. Noch eine Bemerkung. Daher habe ich ja auch keine gute, feste, ewighaltende Familie gründen können.

Jetzt aber. Ende des Kapitels Eins. Verlust der Familie.

Kapitel Zwei. Marx oder der Ursprung des Privateigentums.

Man hatte in Polen gar nichts. Ich noch weniger als die anderen, weil meine Eltern keinen Wert auf das Materielle legten. Das sagten sie immer wieder und waren stolz drauf, Grashüpfer sein, keine Ameisen. Das hieß in der Praxis, dass meine Freundinnen aus der Schule Mama und Papa fragen konnten, ob sie ihnen etwas kaufen. Eine Jacke, einen Rock, Schuhe. Ich nicht. Ich trug immer etwas von den Älteren, etwas Abgelegtes, Nicht-Gewolltes. Das letzte woran ich mich erinnere, das für mich gekauft und genäht wurde, ist eine wollene Jacke, gemustert Dunkelblau und Schwarz. Da bin ich vielleicht zwölf gewesen. Sonst nie etwas Neues. Nie. Einmal, fragte ich, ob ich neue Handschuhe bekommen kann, meine sähen nämlich schrecklich kindisch aus. Nein, sagt Papa, es gibt kein Geld für neue Handschuhe, nur weil sie schrecklich aussehen. Ich hab selber gar keine.

Das prägt für immer. 60 Jahre später, ohne darüber nachzudenken, bin ich sofort im Stande das Prinzip Zero-Waste anzunehmen und zu wissen, dass ich bis Ende meines Lebens NIE MEHR etwas kaufen werde. Das macht mir nichts aus. Ich lernte es, als ich zehn war. Die Handschuhe waren mein letzter Versuch. Seitdem werde ich nie mehr drum bitten, dass man mir etwas kauft. Ich wachse in dem zu langen Mäntel und den zu engen Schuhen auf, in schlecht angepassten Klamotten. Seit dem Vorfall mit dem Slip für den Ballettauftritt versuche ich auch nie mehr, etwas für mich zu nähen.

Nie werde ich von alleine Shopping machen. Klamotten sind ja in Polen auch schlicht miserabel. Also kein Geld da, wenn aber doch, dann gibt es sowieso nichts, was man kaufen wollte. Da ich aus Danzig komme, einer Hafenstadt, hatte ich (rein theoretisch) noch eine andere Option, an Klamotten zu gelangen, nämlich die von Seemännern aus dem Ausland mitgebrachte, was dem Neckermann-Katalog-Angebot der 70ger entsprach. Die Dinge kamen zu einem entweder unter dem Tisch oder in den gesetzlich zugelassenen privaten Läden, die Komis hießen. Im Komis nahm man die Ware nur zum Provisionsverkauf. Die Dinge waren sündhaft teuer. Nur eine meiner Schulkameradinnen hatte solche Klamotten, die ihr ihre reiche Tante kaufte. Aber eine reiche Tante war eine seltene Ware. Ich hatte zwar auch eine, die wohnte aber in Australien. Etwa zweimal im Jahr schickte sie uns große Pakete voller Kleider und der Tag wenn Mama, meine Schwester und ich die Pakete öffneten, war ein buntes Fest fürs Leben in der grauen Wirklichkeit des kommunistischen Polens, aber die Kleider selber taugten für Nichts. Riesige raschelnde Taft- und Tüllballkleider, grosse Strickjacken, Kostümchen für Mitvierzigerinnen, die um vier oder fünf Konfektionsgrößen grösser und breiter waren als ich.

Als ich in den Westen kam, wiederholte sich die Situation. Zuerst hatte ich kein Geld, und als ich endlich an Geld kam, waren erst alle Dinge nie so, wie ich sie tragen wollte. Dazu kam noch ein mulmiges Gefühl, eine Art Gewissensbisse, als ich das Geld für mich selber ausgab. Mindestens zehn Jahre dauerte es, bis ich endlich ohne Probleme in einen Laden gehen konnte, um mir ein Kleid zu kaufen. Allmählich waren die Klamotten auch angenehmer, sahen nicht so verdammt steif und kleinbürgerlich aus, es kamen Boho-Looks, Ethno-Looks, Second-Hand-Looks, Urlaub-in-Toscana-Looks und was auch noch alles, bald aber wurden sie durch Billigzeug aus Indien, Pakistan und China ersetzt. Tand, Tand, Tand ist das Gebilde von Menschenhand, schrieb Fontane. Tand, Tand, Tand. Aus dem Gefühl, dass alles Tand ist, erwuchs selbständig, unabhängig von Moden und Trends, die Entscheidung, dass die Klamotten für nichts taugen.

Sie sind mir zum Symbol geworden, Symbol für Alles, was man wollen könnte und nicht hatte, um dann festzustellen, dass man es auch nicht braucht. Haus – um Gotteswillen! nur zum weglaufen. Auto! Kein Führerschein, wie praktisch. Fahrrad – dito, nicht zu gebrauchen von Jemanden, der nicht Fahrrad fahren kann. Bücher – sind doch Bibliotheken da und Bücherstände auf dem Flohmarkt. Möbel, Tand Tand Tand ist alles von Menschenhand.

Und endlich ein Zitat, das zu mir passt. Das hilft unendlich. Was braucht ein Schriftsteller? Nicht viel, viel weniger als jeder andere, Bett, Tisch, Stuhl, Bücher vielleicht und ein bisschen Geld für Reisen, um die Welt zu sehen. Gott sei gedankt, dass ich eine Schriftstellerin bin.

Was für ein wunderbares Prinzip. Ja, Marx, im Allgemeinen geht es mir um soziale Gerechtigkeit, im Grunde aber, um das Prinzip, teilen zu können. Für Leute kann es schwer sein, zu teilen. Für mich nicht. Ich kann alles teilen, alles weggeben.
Was kann aber derjenige teilen, der nichts hat und nie den Sinn entwickelte, etwas zu besitzen?!

Ende des Kapitels zwei. Verlust des Privateigentums.

Kapitel Drei. Rysia oder die Entstehung des Staats.

Denken Sie bitte nicht, dass ich meinen Staat Polen verloren habe, als ich im Januar 1985 mit einem Koffer in einer Hand und mit der zweiten die Hand meines Sohnes haltend, einen Zug aus Danzig nach Berlin Ost bestieg.

Ich emigrierte, aber der Staat war da. Überhaupt und für mich. Ich wusste nicht, dass es so ist, aber jetzt weiß ich – solange ich mich für den Staat engagierte, hatte ich ihn. Sogar als PiS an die Macht gekommen ist, engagierte ich mich gegen diese Partei und dies bedeutete, dass ich ihn hatte, den Staat. Weil der Staat doch nicht die Regierung ist und nicht das Territorium. Nicht die Grenze und nicht die Leistung. Nicht Errungenschaften machen den Staat und sogar Fehler ändern nichts an dem, was er im Grunde ist. Der Staat, der dein ist, ist Liebe. Es sind Menschen mit denen wir gemeinsam unseren Staat lieben. Wir können auch stolz sein, dass muss aber nicht sein. Was sein muss, ist die gemeinsame Liebe. Je länger die Litanei der Verbrechen ist, die die Recht und Gerechtigkeit-Partei gegen die Demokratie verbrochen hat, desto schwieriger war diese Liebe, aber sie war da, immer noch war sie da. Oder mindestens – dachte ich, dass sie da war.

In nicht mal einer Woche soll in Polen eine Wahl-Farce stattfinden. Man hat wegen der Pandemie Briefwahl konzipiert, die Post, der die Territoriale Militäreinheiten zu Hilfe stehen werden, muss austragen und soll damit unabhängige Wahlkomitees ersetzen.

Die Wahlen werden von PiS gewonnen. Der gängige Witz lautet: sag mal, mit wie vielen Stimmen wird Duda am 10. Mai die Wahlen gewinnen?
Im kommunistischen Polen wären es 99%, in PiS-Polen wird man sich mit 61% begnügen. Das reicht. Mehr braucht niemand. 61% und die Pandemie, die den Diktatoren in aller Welt wie ein Himmelsgeschenk in den Schoß fiel, werden reichen, um die Diktatur der Einzigwichtigen-Partei für die nächsten 20 Jahre zu festigen. Sie sind keine Idioten, die von der PiS-Partei. O nein, die sind die klügsten Köpfe, die wir jemals am Steuerrad des Staatsschiffes hatten. Klüger als Boleslaus der Mutige, der erste polnische König, klüger als Kasimir der Große, der Polen modernisierte, klüger als Wladislaus Jagiello, der den größten Sieg in der Geschichte Polen ausgekämpft hatte. Klüger als Bierut, Gomułka, Gierek und Jaruzelski, als Wałęsa, Mazowiecki, Kwaśniewski und Tusk. Sie haben ganz Polen, einen 40-Milionen-Staat unterjocht, ohne eine einzige Strassenschlacht, ohne jedweden politischen Gefangenen, ohne Zensurbehörde und Unterdrückungsapparat. Nur durch Propaganda und die alte Römische Regel divide et impera, regiere und teile (sprich: bezahle), haben sie die absolute Macht bekommen, haben Millionen aber Millionen Zlotys aus den Staatskassen auswandern lassen: für sich und eigene Sippschaft und für die Katholische Kirche.

Und dies alles bei wachsender Popularität. 61%.

Das erschreckt und lässt die übliche Liebe im Hals stecken.
Gestern fragte mich mein Kumpel, ob ich wählen gehe?
Nein, sagte ich, wozu auch?
Ich liebe diesen Staat nicht.
Ende des Kapitels 3. Verlust des Staats.

Mach dir keine Sorge, sage ich zu Rysia, dich liebe ich.

Walk of Shame

Foto: Anton Lee Slaski, marzec 2020

Ewa Maria Slaska

Tak od kilku dni wygląda moje zdjęcie profilowe na Facebooku.
Walk of Shame to ruch, idea, myśl. Myśl o wstydzie.

MANIFESTO

We are citizens of Europe and we feel ashamed. Each of us witnessed that the European migration policies resulted in a systematic dehumanisation of people stuck at the borders of Europe. We are not pointing fingers at anyone. We believe this is on all of us.

It’s not that we have not tried. Some of us brought tents and food, some of us signed petitions and joined protests, some of us will continue to do so. But we have to face the fact that despite all our efforts, the situation has only gotten worse over the last years: there has been no European-wide attempt to solve the crisis since the European Relocation Decisions of 2015.

It’s time to acknowledge the fact that Europe has failed to uphold some of its values and no change is foreseeable in the near future. So we will acknowledge publicly and personally that we, as Europeans, have failed to act according to the European standards we have worked so hard to establish in the past. Let this be our protest and let it be known by people stuck in refugee camps, by family, friends and decision makers: a loud statement of the shame we feel. Nothing more for now, nothing less.

‘Walk’ with us in Shame. For we might feel powerless, but we will still connect. We might feel helpless, but we won’t stay silent. We cannot walk physically, as we planned earlier, due to the coronavirus pandemic, but we will Walk Together, Stand Together, Talk Together and Share Together. Be it online, as we do daily with friends, family and loved ones.

What can you do?

Share your Shame with us

Do you feel shame about the current situation of refugees in Europe? Share it with us. Write to us about the moments you felt shame, as specifically and personally as possible, to openly admit shame, restores justice and brings us closer to each other.

Join our Walk Of Shame Talks

Together we will have many conversations with friends who are stuck in refugee camps in Europe. We will create Walk Of Shame stories out of it, podcasts and videos. Some will turn these stories into art. Join our conversations, share the Talks.

Let’s rehumanise the relation between residents of Europe and people on the move – step by step, click by click – and as soon as the pandemic ends we will Walk. Together.


Czego się wstydzę?

Pierwsza, natychmiastowa odpowiedź brzmi: tego, że w ogóle o nich nie myślę, a, jeżeli, to z ulgą przyjmuję do wiadomości, że uchodźcy zostali TAM. TAM czyli za kordonem. Nie, to nawet nie jest myśl, nie jest sprecyzowana tak jak tu, nie jest zdaniem, nie ma wielkiej litery na początku, ani kropki na końcu zdania. To nie statement, to uczucie, ale jest i nic nie pomaga, że już w sekundę po tym, jak się pojawi, myślę z odrazą i nienawiścią o sobie samej i moich małych, mieszczańskich ideałach życiowych. Najbardziej przeraża mnie myśl, że w zakamarkach mojego nieświadomego ja czai się coś, czego się wstydzę, o czym JA świadoma wcalę nie chcę wiedzieć, nie chcę tak myśleć ani tak odczuwać.

Można by o tym nie pisać, po co, skoro w swoim świadomym życiu staram się robić to, co mogę, żeby pomóc, złagodzić, zlikwidować. Ale piszę, bo wydaje mi się, że trzeba najpierw spojrzeć na siebie, zanim się zrobi coś, co, chociażby pośrednio, jest krytyką tego, co robią inni. Bo jeżeli polityka w lutym 2020 roku szybko i z lubością skorzystała z możliwości zatrzaśnięcia bram Europy i zamienienia jej w twierdzę, przez którą zgromadzeni na granicy Europy uchodźcy się nie przedostaną, to nie dlatego że sama z siebie jest dziełem nieludzkich potworów, ale dlatego że politycy dokładnie wiedzą, co tkwi w człowieku, co tkwi w NAS. Polityka dobrze wie, iż pod werniksem nowoczesnego, uczciwego człowieka jesteśmy małymi zagubionymi istotami sprzed pięciu milionów lat, i właśnie zapaliły się lasy, w których mieszkamy, za co odpowiada jakiś potworny demon, i musimy uciekać, uciekać jak najprędzej, dopaść jaskini, schować się tam, zabić kamieniami skorpiony i skolopendry, wygonić żmije i zjeść króliki i szczury, które tak jak my, poszukały tu schronienia przed katastrofą.

My, nowocześni ludzie w XXI wieku, wciąż jeszcze, jak się robi choć tylko trochę gorzej, siedzimy znowu tam w tej strasznej jaskini, w której rodziło się człowieczeństwo. To jeszcze zwykła jaskinia, jeszcze nikt z nas nie namalował na ścianach i sklepieniach wspaniałych obrazów, nie zrobił ołtarzy, nie stworzył bogów, którzy mieli zastąpić stare demony. Minie pięć milionów lat, zanim w Grecji urodzi się mężczyzna o imieniu Platon i zobaczy, że na sklepieniu tej jaskini kłębią się idee i pojęcia, według których poza jaskinią budujemy świat. Platon uznał, że to jakaś siła wyższa tam te pojęcia umieściła, jako wzór dla nas, zwykłych ludzi. Ale to nieprawda, to są nasze ludzkie myśli. Mieliśmy pięć milionów lat, żeby skuleni w jaskini, chroniąc się przed ścianą lodu, huraganem ognia, lejącym się z niebios potopem, uciekając przed strasznymi zwierzętami, wyposażonymi w zęby, kły, rogi i pazury, wyobrazić sobie, jak byłoby dobrze, gdyby tego wszystkiego nie było.

Minęło jeszcze kilkaset lat. Pewien prorok w Izraelu zmartwychwstał, odrzucił kamień barykadujący wejście do tej jaskini i wyszedł, a potem wstąpił do nieba, siedzi po prawicy ojca, ale kiedyś przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a królestwu jego nie będzie końca. Ale to zaledwie dwa tysiące lat temu. A to, co nas prowadzi przez codzienne życie, to strach nagromadzony przez pięć milionów lat.

Żadne z naszych ludzkich uczuć nie ma za sobą dłuższego życia niż to jedno: schować się w jaskini, nie widzieć niebezpieczeństwa, przeczekać, aż przeminie. Humanizm, patriotyzm, demokracja, współczucie dla innych, prawo i sprawiedliwość społeczna, ochrona tych, co są słabsi, umiejętność dzielenia się, opiekuńczość, niesienie ulgi… To wszystko są wymysły ostatnich dwóch tysięcy, dwustu albo dwóch lat. Ich moc wypływa z sumienia, serca i rozumu, może z miłości, ale ich siła jest niczym w porównaniu z pięcioma milionami lat w jaskini.

Oczywiście fakt, że ten strach trwał pięć milionów lat, tylko wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, natomiast w niczym nas nie usprawiedliwia. Bo wokół nas są ci, których nawet pięciomilionowy strach nie sparaliżował.


Foto: Dorota Cygan, kwiecień 2020
Czasy zarazy – ja w mojej jaskini.

Pięć milionów lat.

Gdy się nad tym zastanawiam, nie mogę się nadziwić, że jednak czasem udaje się nam coś zrobić, że udaje się pokonać to dziedzictwo, że pojawia się śliczna, słodka, szczuplutka Ania Alboth, z tym swoim pięknym mężem i dwoma niezwykłymi córeczkami, i coś robi. Że w ogóle ktoś coś robi. Że Ania płacze na widok bombardowanego szpitala pedriatycznego w Aleppo, a w trzy miesiące później z lotniska Tempelhof wyrusza marsz tych, co chcą zaprotestować. W marszu weźmie ogółem około pięciu tysięcy osób, niektórzy jak ja – przez kilka dni, inni od początku do końca, przez osiem miesięcy i w końcu dojdą do granicy z Syrią, tylko do granicy a nie do Aleppo, bo dalej nie wpuści ich polityka.

Przez kilka dni maszerowałam z Anią. Nie, nie ma mnie na tym zdjęciu, ale jednak gdzieś jestem na jakichś zdjęciach. Robią wrażenie, bo akurat przedzieramy się przez skute mrozem, owiane zamiecią polne drogi na trasie między Brnem a Wiedniem. Nie wiem, ile kilometrów tym razem pokona Ania, nie wiem, ile ja z nią przejdę, przede wszystkim oczywiście nie wiemy, kiedy skończy się kryzys i pandemia, ani, i to najważniejsze, co się zdarzy w obozach dla uchodźców po drugiej stonie murów, którymi się otoczyła Europa.

Meeting Walk of Shame podczas pandemii

To wspaniale, że jeszcze są ludzie, którym się chce podejmować wysiłek rehumanizacji Europy. Ja sama niczego nie wymyślę, a jak czasem nawet coś bym wymyśliła, jakieś małe maleńkie myślątko, to nie ma we mnie tej siły, która pozwoli je zamienić w myśl, a myśl w działanie. Nie jestem przywódczynią. Gdyby nie było tych innych, pewnie zawsze tylko bym siedziała na ławce i karmiła wróble. No, ale skoro są, to jak się skończy pandemia, to wstanę i pójdę, a na razie przyznaję się do własnego wstydu.

Jeśli macie ochotę, napiszcie, co o tym sądzicie, co sądzicie o ruchu walk-of-shame, co o jego przyzczynach? Czy Europa powinna się wstydzić? Czy my powinniśmy się wstydzić? Co możemy zrobić, co powinniśmy, co zrobimy?

Poniemieckie

Auf Deutsch siehe link im 2. Absatz

Ewa Maria Slaska

Pro domo sua

Dostałam już jakiś czas  temu i właściwie od razu przeczytałam książkę Karoliny Kuszyk, Poniemieckie, wydaną przez Wydawnictwo Czarne, ale dopiero teraz przyszedł czas, bym coś tu o niej napisała. Nie jest to powieść, jak się każdy z nas spodziewał, ani autobiograficzna opowieść, lecz zebranie danych na temat tego, co poniemieckie. Książka jest starannie opracowanym kompendium tego, co było poniemieckie. Miasta i wsie, pola, parki, ogrody i domy. Krowy i świnie. Bezpańskie psy i zdziczałe koty. Pomniki, linie kolejowe, mosty. Drzewa. Szpital, ratusz, gazownia, elektrownia. Cmentarz. Meble, obrazy, obrusy. Ubrania, buty, zabawki. Zapachy i kolory.

Ważny temat, dotąd rzadko poruszany, ale jednak wielu z nas już o tym pisało i mówiło. Ja też. Przypomnę więc tu moje bardzo dawne opowiadanie, które wiele lat temu przywołałam też TU na blogu. Napisałam wtedy: Po polsku opowiadanie nazywa się Lalka. Po niemiecku In fremden Schuhen. Obie wersje zostały wielokrotnie opublikowane, a wersja niemiecka była też kilkanaście razy czytana w radio w całych Niemczech. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem utrzymania. Kiedyś też czytałyśmy nasze opowiadania we dwie z nieżyjącą już niemiecką pisarką, Ursulą Höntsch, która jako mała dziewczynka ucieka z rodzicami i musi zostawić ukochanego misia. Temat pojawił się też niedawno w filmie wg autobiografii Judith Kerr, Kiedy Hitler ukradł różowego króliczka. Dzieci i ich poniemieckie zabawki, w poniemieckich domach i poniemieckich miastach.

Ewa Maria Slaska

Lalka

Urodziłam się w cztery lata po wojnie. Tylko cztery lata. A przecież wcale nie było to takie proste do pojęcia. Wojna była tak odległa, zatopiona w przeszłości, choć przecież decydowała o życiu tu i teraz. Była. Była zawsze. Ciągła cezura: przed wojną, po wojnie. Po wojnie było lepiej…
Wojna wyznaczała treść filmów, plakatów, książek, przemówień. Chłopcy bawili się w wojnę, biegali po podwórku, strzelali z patyków. Realna materia strachu, nierealna materia zabawy. Nic nie znacząca za dnia, straszliwa w sennym koszmarze. Najdawniejszy zapamiętany sen. Bombardowanie, płonące domy i ulice. Sen w kolorze płomieni. I szary sen. Ustawiczny sen o tym, że trzeba iść tam, gdzie na końcu nieruchome szeregi stoją na placu apelowym. Kolejka nagich postaci przed budynkiem. Ciemność, noc, zimno. Świat bez słońca. Dziecinna wizja wojny, której wciąż trzeba się bać, choć miało się szczęście urodzić cztery lata po jej zakończeniu.
Dopiero w szkole, czytając Gałczyńskiego ‐ kto się dziś bez wstydu przyznaje do czytania Gałczyńskiego, a przecież wszyscy go czytaliśmy ‐ straszne odkrycie, że wojna toczyła się też w pełnym blasku słońca, przy pięknej pogodzie, gdy kwitł wrzos i miedziane żmije wygrzewały się w beżowym piasku wydm. I dwa wyobrażenia o przyszłej wojnie, która nadchodziła nieuchronnie. Trwanie w ciemnej, na głucho zamkniętej piwnicy bez okien lub szukająca samobójstwa twarz pochylona nad piecykiem gazowym. Żydowski los, dobrowolnie wybrany ze wszystkich możliwych modeli przetrwania lub śmierci.

Gdańsk wyszedł z wojny jako morze ruin. Wcale ich nie pamiętam. Wszyscy moi koledzy pisarze z Trójmiasta zachowali jakieś niezwykłe wspomnienia z dzieciństwa, pamiętają zabawy w chowanego w ruinach gotyckich kościołów i niewypały w piaskowych lejach drążących okoliczne lasy. A we mnie nic, tylko kwitnące żółto krzaki janowca, grudki bursztynu na plaży w Mikoszewie i ogród za domem, w którym kwitły irysy i bez, a między dwoma drzewami głogu rozpięta była huśtawka. Tylko bajki Andersena i moje przedsenne marzenia, którymi odpędzałam od siebie strach przed zaśnięciem. Księżniczka motyli, wieszczka lalek, Indianka skacząca konno przez dwumetrową drewnianą palisadę Fortu Last Surprise, Kalipso o pięknych włosach. Dziś, jako dorosły człowiek, nie wiem, dlaczego nie widziałam wokół siebie śladów wojny, której przez całe dzieciństwo tak potwornie się bałam. Tak jak nie widziałam śladów codziennej rzeczywistości politycznej. Rokossowski był dla mnie człowiekiem, który w dzieciństwie pijał herbatę trzymając łyżeczkę w szklance, stąd została mu na zawsze jedna uniesiona demonicznie w górę brew.

Nie miałam pojęcia, że to Rosjanie obrócili Gdańsk w perzynę i wygnali Niemców. Czy mogę dziś twierdzić, że byłam bezmyślną ofiarą komunistycznej propagandy. Nawet tego nie jestem pewna. Chyba raczej tworzyłam sobie swoje własne wyjaśnienia. Byłam kilkakrotnie w Warszawie, a ponieważ wojenne ruiny w Warszawie ‐ te pamiętam znakomicie ‐ nie były tak wstydliwie pomijane, przeciwnie były jakimś masochistycznym świadectwem męstwa, bohaterstwa, patriotyzmu, powodem do chluby i chwały, więc przeniosłam warszawskie wyjaśnienia na gdański grunt. Za ruiny polskich miast byli odpowiedzialni Niemcy. I to wystarczyło.

Kochałam Gdańsk. Kochałam stare, odbudowane uliczki z wąskimi domami o wysokich oknach, z gankami, na które prowadziły niskie płaskie schody z metalową poręczą i ogromną kamienną kulą. Kochałam gotyckie kościoły tak dalece, że nie zauważyłam, iż były tylko ruiną, i mewy nad Motławą. Kochałam jazdy tramwajem nad morze. Uwielbiałam ‐ tak jak tylko małe rozmarzone dziewczynki mogą coś uwielbiać ‐ morze zimą. Szare fale wzburzonego morza rozbijające się z hukiem o nabrzeże, spłukujące piasek plaży w Brzeźnie i podmywające korzenie róż kutnerowych wzdłuż spacerowych alejek. W przenikliwie zimne niedziele trudno było uzmysłowić sobie, że to te same róże, które latem pachniały i odurzająco, i rybnie, tłuszczem do smażenia i piaskiem na gorącej skórze, natartej olejkiem do opalania. W sklepach można było dostać tylko jeden rodzaj olejku, więc cały świat pachniał tak samo. Róże latem były zakurzone i znikały pod wiecznie takimi samymi rozmowami plażowiczów. Zima należała do sfery szarej, była grisaille kolorystycznym i dźwiękowym. Chmury dotykały obwisłymi granatowymi brzuchami szarej powierzchni morza, tłumiąc rozdzierający pisk mew i rybitw.

Pewnej zimy Zatoka Gdańska zamarzła. Popielata pod bezsłonecznym niebem, ujęta w ramy nieba, portu i krwędzi Wysoczyzny Oksywskiej, była jak obraz holenderskiego mistrza. Na matowym, pełnym grud i załomów lodzie widać było daleko, w kierunku Helu maleńkie ludzkie figurki.

Och, moje miasto, pełne wspomnień o koronkach, aksamitach, atłasach, o lokach, w które wpięte były szare perły, o złotych siatkach na włosy i bursztynie, miasto pawany i sarabandy, uliczek zatopionych w srebrnym blasku księżyca i miłości. Być może naprawdę żyłam w wieku XVII i dlatego nie zauważałam ruin, Rosjan, pochodów pierwszomajowych ani czołgów. Myślałam, że w każdym mieście na świecie żyją razem Niemcy, Polacy, Holendrzy, Szkoci, Żydzi, Anglicy, ubierają się w cudowne stroje, połyskujące srebrem i tańczą na balach, podając rękę miłości, która wszystko zwycięża.

Ten świat był mi niedostępny, to prawda, ale nie dlatego, że nie istniał już dawno, bo tego wcale nie wiedziałam, lecz dlatego, że byłam za mała, a do tego brzydka. W moim świecie, jak w opowiadaniach Fitzgeralda, było miejsce tylko dla pięknych, młodych, bogatych, dobrze ubranych dorosłych.

O Rosjanach się nie mówiło. To znaczy politycy ‐ jak sądzę ‐ mówili i to dużo. Ja jednak potrafiłam w nie słyszeć polityki. Tak jak nie słyszałam kazań w kościele. Polityka i religia spływały wokół mnie wielkimi falami, zapewne próbowały mnie, każda na swój sposób, wychować i ukształtować ‐ a ja spałam. Byłam nieprzytomna. A może tylko głupia i niedojrzała. W kościele Serca Jezusowego, tym samym gdzie Günter Grass posadził Oskara Mazeratha na kolanach Matki Boskiej, patrzyłam co niedziela w witraże. Przedstawiały polskich błogosławionych, Andrzeja Bobolę, Stanisława Kostkę, Salomeę. Polskość tego przekazu wzruszała mnie równie mało, co jego religijna wzniosłość. Fascynowała mnie przejrzysta materia szkła, szkarłatne i głęboko błękitne szaty, przez które wyobraźnia przechodziła na drugą stronę, jak przez komin lub studnię. Faktycznie więc ‐ mimo religii co czwartek, mszy co niedziela, mimo plakatów politycznych w przedszkolu i na ulicy ‐ rosłam na istotę zupełnie pozbawioną wiedzy o ideologii. Sterylnie wyjałowiona.

Moja dziecinna odmowa dotyczyła treści przekazu, nie sięgając rytuału. Rytuał religijny był bajkowy, a więc sprawiał mi przyjemność. Boże Narodzenie, Wielkanoc. Nazwy, barwy, dźwięki. Anielskie włosy, białe suknie, kwiaty, lilie… Lilie sprawiły, że stałam się fanatyczną wielbicielką rytuału Bożego Ciała. Gdybym wiedziała już wtedy, że to moja patronka, święta Ewa, średniowieczna zakonnica z Liege, zadbała o to, by w połowie XIII wieku wprowadzić do chrześcijańskiego rytuału święto Bożego Ciała ‐ czy wtedy stałabym się nieco mniejszą poganką? Niemcy przypisują to święto Julianie, ale ja nadal ‐ wbrew historyczno kanonicznej prawdzie ‐ wolę, by to była Ewa. Obie były dziwnymi kobietami. Julianę przyjęto do klasztoru w wieku pięciu lat. Była bystrym dzieckiem, szybko nauczyła się czytać i pisać, również po łacinie, by studiować pisma świętego Augustyna i życie świętego Bernarda z Clairveaux. Miała 16 lat, gdy ujrzała Jezusa i ten nakazał jej uzupełnić chrześcijański rok rytualny o brakujące święto uwielbienia dla Eucharystii. Pokazał jej też symbol ‐ tarczę księżyca wyszczerbioną w jednym miejscu, a szczerba oznaczała właśnie owo brakujące święto. Juliana została przeorką i rozpoczęła długą i uporczywą kampanię o uczczenie osobnym świętem Corpus Dei. Znużone walką władze klasztorne wypędziły Julianę i kilka wiernych jej mniszek, i wtedy na arenie pojawiła się Ewa ‐ samotnica z kościoła świętego Marcina w Liege. Mówi się, że Ewa żyła najpierw jako światowa dama, zanim nie oddała się samotnemu bytowaniu w klauzurze romańskiego kościoła. Juliana wędrowała od klasztoru do klasztoru, głosząc wszędzie chwałę Bożego Ciała, gdy tymczasem Ewa nie ruszyła się z miejsca. Pozostała w Liege i pisywała listy do arcybiskupa i archidiakona prowincji, który, gdy został papieżem Urbanem IV, rzeczywiście ustanowił święto Bożego Ciała. Przekonała go ponoć krew Zbawiciela, która wypłynęła z hostii podanej przez księdza niedowiarka wieśniakom w Bolzano. Krew kapała z hostii na szaty księdza, patenę, marmurowe balaski i haftowane obrusy. Juliana już nie żyła już, ale Ewa nadal toczyła walkę o Boże Ciało. Urban zobaczywszy w swym pałacu w Orvieto procesję krwawiącego Bożego Ciała przypomniał sobie jej nawiedzone listy.
Krew i wizje. Śni mi się, że jestem małą dziewczynką, mam sześć lat i krwawię. Po udach spływają mi najpiew pojedyncze krople, a potem strumienie krwi. Mam sześć lat, nie wiem jeszcze, że istnieje coś, co nazywa się miesiączka. Krew zalewa biały dywan, ściany, korytarz. Wychodzę z pokoju. Czy zostanę ukarana za pokrwawienie podłogi? Sypię kwiaty z koszyczka. Kadzidło, ołtarze na ulicy. Dwie nawiedzone mniszki, które w XIII wieku sprawiły, że teraz idę w procesji z białą lilią na patyku w dłoni, zapatrzona w wizję księżniczki, którą mogłabym być, gdybym nie była mała i brzydka. Niewątpliwie bycie małą i brzydką nie sprzyjało rozumieniu treści religijnych. Mistyka melancholijnej dziewczynki. Niczego nie pojmowałam.

Indoktrynacja polityczna była jeszcze łatwiejsza do odrzucenia, bo nie miała w sobie elementów bajkowych i pięknych przedmiotów. W równym stopniu nie pojmowałam niczego, ale też nawet nie próbowałam brać w tym udziału. Rytuał komunistyczny lat pięćdziesiątych był zbyt słabo zrytualizowany, żeby mnie skusić. To kwestia smaku. Herbert też to zauważył, choć nie był małą dziewczynką. Dziwnym trafem ignorowanie rytuału politycznego nie przysporzyło mi żadnych problemów. Miałam szczęście. I wtedy, i potem. Nigdy nie zostałam ukarana za odrzucenie polityki, za to że niczym się nie interesowałam i nigdzie nie należałam. Później, już jako osoba dorosła, czerpałam z tego pewną satysfakcję, mogąc z czystym sumieniem wyznawać, że nic i nigdy. Były to jednak obłudne ćwierć prawdy, bo byłam tylko sennie odporna na świat i nigdy nie użyłam świadomości, by swą indolencję uzasadnić etycznie ani za nią zapłacić.

Mieszkaliśmy w domu nazywanym potocznie „poniemiecki“, ale ta nazwa nic mi nie mówiła. Można ją było rozumieć jako charakterystykę czasową: kiedyś niemiecki, jako przekazanie praw własności. Ja jednak, w najlepszym wypadku, jeżeli w ogóle poświęciłam jej choć trochę uwagi, używałam jej jako określenia stylu architektonicznego: gotycki, romański, poniemiecki. I nie stawiałam pytań. Myślę, że jako dziecko w ogóle niewiele stawiałam pytań ‐ poza tym jednym, wielkim, ciążącym nad moim życiem pytaniem: dlaczego? Dlaczego jestem brzydka? Już nawet nie pytałam, dlaczego nie jestem kochana? Brzydcy nie mają prawa do miłości, można ich tylko odrzucić. O to więc nie pytałam, a nic innego mnie nie zajmowało. Nie pytałam o przeszłość, o znaczenie słowa „poniemiecki“. Dzieci podobno wiecznie zadają pytania, ale mają one charkter poznawczo‐teraźniejszy, a nie historyczny. Przeszłość nie istnieje, bo dziecko w niej nie istniało. My, powojenne dzieci, byliśmy przybyszami, nie tylko w sensie dziejowym, byliśmy przybyszami w sensie biologicznym.

Poniemiecki dom był dwupiętrową willą z nisko opadającym ceglanym dachem, miał dwie okrągłe wieżyczki i dwa wykusze oraz ganek z żeliwną poręczą i oszklonym zadaszeniem. Przez witrażowe secesyjne okno przedostawało się do sieni biało‐fiołkowe światło, rzucając na podłogę wyblakłe cienie kanciastych, stylizowanych kwiatów. Na prawo z sieni wchodziło się do pokoju dziadka Jana, emerytowanego dyrektora PKP, który poświęcił czas emerytury wycinaniu z lipowego drewna gdańskich domów ze spiczastymi szczytami, gotyckich kościołów i szlachetnych w swych holendersko‐renesansowych proporcjach budowli miejskich. Średniowieczno‐barokowe miasto Gdańsk na stole dziadka Jana stanowiło dla mnie jedyny prawdziwy ideał piękna przeszłości, jedyną piękną prawdę. Był to rodzaj egzystencji urojonej, pojmowałam ją jednak bardzo dobrze.

Było raz sobie miasto Gdańsk (tak, tak, to jest parafraza Grassa), które nie przyjęło Johanna Sebastiana Bacha na kapelmistrza, bo nie zdał się szacownej Radzie Miejskiej dość dobry. Było raz sobie miasto Gdańsk, które po dwustu latach władzy krzyżackiej podjęło decyzję, że woli sprzymierzyć się z Rzeczpospolitą Polską. Było raz sobie miasto Gdańsk, które jeszcze trzysta lat później uroczyście świętowało obchody przyłączenia do Polski i zleciło muzykom skomponowanie z tej okazji kantaty na chór i orkiestrę. I nikomu w mieście nie wadziło, że ku czci powrotu do Polski chór śpiewał po niemiecku. Było raz sobie miasto Gdańsk, spowite w czarny aksamit i brabanckie koronki, w koralach i pierścieniach z bursztynu, wykarmione tłustą białą rybą Wschodniego Morza, nasączone słodkim, ciężkim winem Hiszpanii, miasto pachnące pieprzem i goździkiem, nieistniejące miasto moich fantazji.

W ogrodzie przed domem znajdowała się betonowa figura, przedstawiająca podobno Poezję. A może Miłość? Nie wiadomo dokładnie, bo wiatr i deszcz zmieniły alegorię w dość obły betonowy walec. Szare i płomiennopomarańczowe plamy znaczyły miejsca, gdzie porosty zdołały zamienić martwy beton w żywą i odżywczą materię natury. Poezja była poniemiecka, tajemnicza i fascynująca.

Mówiło się niekiedy, że w naszym domu mieszkał kiedyś lekarz. I dobrze. Kiedyś to znaczy w jakimś odległym, nieistniejącym czasie przeszłym. Aż przyszedł dzień i ciotka Karolina wspomniała mimochodem, że ów lekarz był Niemcem.
‐ Co? ‐ zapytałam oburzona. ‐ Co to znaczy?
‐ Przed wojną mieszkali tu Niemcy.
‐ Gdzie?!
‐ W Gdańsku.
‐ Dlaczego?!
Było mi niedobrze. Przecież wiedziałam doskonale, że Gdańsk był od wieków polskim miastem. Propaganda jednak robiła swoje. Takie rzeczy wiedziało w końcu każde dziecko. Niemcy nie mieli tu nic do roboty. Oczwiście pomijając wojnę. Wojna była tak czy owak czymś ponad wszelkie rozumienie okrutnym, a jej celem było właściwie tylko jedno ‐ nasycić niemiecką żądzę krwi. Niemiecki lekarz, ktoś osiadły, mieszkający w jakimś domu, w naszym domu nie pasował mi do obrazu wojny.
Idę na podwórko. Muszę to wszystko przemyśleć. W Gdańsku mieszkali Niemcy. A potem zniknęli. Ale nie całkiem. Niektórzy zostali i wtedy mówi się o nich: autochtoni. Dzień objawienia. Nareszcie wiem, kto to są autochtoni. Ale to objawienie zmienia też znaczenie słowa poniemiecki. Przy kolacji wracam więc do tematu:
‐ Czy to znaczy, że w naszym domu mieszkali Niemcy?
‐ Tak.
‐ No i co się z nimi stało? Umarli?
Tak powinien wyglądać świat: ci, którzy zamieszkiwali przeszłość, nie żyją.
‐ Czy ja wiem? Może uciekli.
‐ Przed kim?
‐ Przed Rosjanami.
‐ Przed Rosjanami, oni nas przecież wyzwolili?!!
Ciotka Karolina milczy. Ja uporczywie pytam dalej.
‐ Dokąd uciekli?
‐ No, chyba do Niemiec.
‐ I tam umarli?
‐ Dlaczego? To przecież było zaledwie dziesięć lat temu.
Dziesięć lat temu! A ja mam sześć lat. Liczby. Dziwne.
Następnego dnia zaczynam poszukiwanie prawdy. Muszę przyjrzeć się wszystkiemu pod nowym kątem. Niemiecki dom. Przed dziesięciu laty mieszkał tu niemiecki lekarz. Potem ja się urodziłam, a lekarz zniknął. Oglądam cały dom. Być może pierwszy raz naprawdę dostrzegam rzeczywistość. Klatka schodowa z biało‐czarnymi kwadratami posadzki, secesyjne okno, Poezja w ogrodzie. A może Miłość? Otwieram drzwi do kantorka pana Jasińskiego. Wydaje mi się, że w zatęchłym powietrzu ciasnej, komórki czuję nie tylko zapach smarów i oleju samochodowego, ale nagle dziwnie wyraźny zapach leków. Lekarza już nie ma, nie ma jego lekarstw, a przecież zapach trwa, mocniejszy niż wszystkie materialne fragmenty rzeczywistości, które tak łatwo spalić, zniszczyć, wyrzucić. Stoję w kantorku i wdycham zapach przeszłości.
‐ No, szkrabie, szukasz czegoś? ‐ pyta przyjaźnie pan Jasiński. Jest duży i tęgi. Trochę się go boję, bo pije. ‐ No? Szukasz czegoś? ‐ powtarza pytanie pan Jasiński.
‐ Tak ‐ kiwam głową. ‐ Niemców.
‐ To są Niemcy ‐ mówi pan Jasiński i pokazuje mi obrzydliwy obrazek wycięty z jakiejś gazety i oprawiony w ramki. Po co ludzie wieszają coś takiego na ścianie? Szary, straszny krajobraz, szereg kolczastych drutów, jakaś wieżyczka, brama, w oddali komin. ‐ Oświęcim ‐ mówi pan Jasiński.
Potakuję ze zrozumieniem, choć nic nie rozumiem. Nie wiem, co to jest Oświęcim.
‐ Tak ‐ mówię‐ ale ciotka Karolina mówiła, że Niemcy tu byli. U nas.
‐ Oczywiście ‐ mówi pan Jasiński.
Czy pan Jasiński ma to samo na myśli, co ja, gdy mówi to swoje tak, oczywiście? Też ma na myśli Niemców, a nie żołnierzy?
‐ I gdzie oni są?
‐ Wypędzeni. Przyszli nasi i wygonili cholernych Szwabów. I dobrze.
I dobrze, trzeba ich było po prostu wypędzić. Tych wszystkich uzbrojonych po zęby Niemców w mundurach koloru polnej szarości. Tylko tych moich, pięknych, w lokach, kaftanach i aksamitach, tych nikomu nie wolno tknąć, bo ich kocham.
‐ Widział Pan tych Niemców? Tych stąd?
‐ Tak.
Teraz mam się już zdecydowanie na baczności.
‐ To oni zbudowali ten dom?
‐ Tak.
Więc jednak.
‐ Inne domy też?
‐ Też. Tu mieszkali sami bogaci. Widziałaś kiedyś ich rzeczy? Jeszcze trochę tego zostało, choć większość poszła w szaber.
Pan Jasiński idzie ze mną do holu. Pod schodami we wnęce znajdują się małe, zamknięte na kłódkę drzwi. Jak z Alicji w krainie czarów. Tajemnicze drzwi do ogrodu. Że też nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Pan Jasiński podaje mi kluczyk.
‐ No, otwórz!
W środku są zabawki. Patrzę pytająco na pana Jasińskiego. Kiwa głową i wraca do swoich zajęć. Wyciągam po kolei przedmioty ukryte w schowku. Czy dlatego kiedyś w przyszłości będę studiowała archeologię, żeby jeszcze raz poczuć ten dreszcz zdumienia i grozy, a jednocześnie zachwytu, gdy nagle w codziennej powierzchni rzeczywistości otworzą się drzwi w przeszłość.
Skrzypce. Biorę je do ręki, opieram o ramię ‐ skąd wiem, że tak się trzyma skrzypce? Próbuję grać. Potworny wizg przywołuje do holu nie tylko pana Jasińskiego, lecz również panią Jasińską z Joanną i Antkiem. Joanna jest młodsza ode mnie, ale jest i tak moją jedyną towarzyszką zabaw. Dom jest mały, zamieszkany tylko przez cztery rodziny, nie to co nowe bloki w mieście. I tylko dwie rodziny mają dzieci.
‐ Czy Joanna może się ze mną pobawić? ‐ pytam.
Odkładam skrzypce i już teraz we dwie wyciągamy kolejne przedmioty z komórki. Papiery, strasznie dużo papierów, są pożółkłe i dziwnie pachną. Wyrzucamy je. Lalka. Ma prawdziwe, długie, jasne włosy i niebieskie oczy, które się zamykają i otwierają. Nigdy jeszcze nie widziałyśmy takiej zabawki. Właściwie ta lalka jest ładna, ale jest w niej coś strasznego. Boję się jej. Jasne włosy tylko luźno trzymają się płóciennej czaszki. Wypadające kosmyki odsłaniają szare placki lalczynej skóry. Jedno błękitne oko wepchnięte w ciemny oczodół. Wyrzucam lalkę na stertę papierów, po chwili jednak znowu biorę ją do ręki. Nie da się jej wyrzucić. Leży koło nas, patrzy czarną dziurą oka. Odwracam ją twarzą do podłogi. Szukamy dalej. Książki z obrazkami. Struwwelpeter. Nieznośny Piotruś. Włosy jak rosochate gałęzie sterczą na wszystkie strony. Paznokcie długie, spiczaste, jak pokrzywione i zardzewiałe ostrza noży. Kto wychowuje dzieci na takich książeczkach? Jestem zafascynowana i przerażona. Tak nie wyglądają żadne dzieci. To straszydło z bajki, jakiś niedorosły diabeł. Litery w książce nie dają się odczytać. Trudno nawet pojąć, że to litery. Raczej z wewnętrznej wiedzy niż ze zrozumienia czerpię pewność, że powyginane kanciasto znaki przypominające kawałki drutu to jednak pismo. Umiem już czytać, ale ta potworna książka z obrazkami nie daje się przeniknąć. Możemy tylko oglądać straszne obrazki. Gry. Niektóre podobne do naszych: młynek, chińczyk, gęsia ścieżka, halma. I jedna zupełnie odmienna, metalowa, lekko podrdzewiała. Gra magnetyczna, ale skąd możemy to wiedzieć?
Z trudem i pasją odkrywców przenikamy tajemnicę żelaznej planszy. Jeszcze dziś, pisząc o tym, czuję w dłoniach nieco odrażający, a przecież jak pokuszenie, dreszcz ‐ dotyk czegoś, co może się okazać obrzydliwe. W przeciwieństwie do papieru, który nie kryje w sobie żadnych odstręczających właściwości, metal zdaje mi się przykry, a rdza kojarzy się z krwią. W ustach czuję dziwny smak, jakby mi wybito wszystkie zęby. Na planszy trzeba ustawić drewniane figurki o metalowych podstawkach, a gdy od spodu przesuwa się małe kawałki magnesu, figurki poruszają się jak samodzielne, żywe istotki. Znamy obie tę bajkę ‐ to historia Jasia i Małgosi. Latami jeszcze będziemy się potem obie z Joanną bawić tą poniemiecką grą.
Najbardziej zachwyca nas w niej ilość szczegółów. Chatka Jasia i Małgosi, las, domek z piernika, wszystko jest jak zaczarowane. W lesie koło drzew rosną małe, do ostatniego detalu wiernie odtworzone muchomory. Szyszki wyglądają jakby zaraz miały się z nich wysypać nasiona. Listki i czerwone owoce kaliny aż się proszą o zerwanie. Skąd mogłyśmy wiedzieć, że to kicz, banalne, zwykłe, tak dobrze mi teraz znane niemieckie zamiłowanie do drobiazgowego odtwarzania przytulnej rzeczywistości, słodkiej, kolorowej, pełnej kotków, kwiatków i koronkowych firanek w oknach. Byłyśmy dziećmi naszego czasu, czasu szarych papierowych torebek i szorstkich, żółtawych stronic w książkach, z rzadka tylko ozdabianych jakimś prostym rysunkiem, w nudnych, brudnych kolorach. Nasze sukienki są brunatnoniebieskie lub granatowe, nigdy nie widziałyśmy nawet kawałka koronki, nie słyszałyśmy słowa jedwab, nie wiemy o istnieniu wywoskowanych posadzek i kryształowych żyrandoli. Pordzewiały, ale wciąż jeszcze barwny świat z bajki o Jasiu i Małgosi nie dopuszcza żadnych innych myśli, jak tylko tę jedną ‐ tak wygląda piękno, które nie jest naturą, lecz dziełem człowieka. Figurki odgrywają swoje prawdziwe role w nieprawdziwym świecie realnego piękna. Rodzice wyrzucają swoje dzieci. A ja nie pytam, dlaczego.

Teraz mieszkam w Niemczech i napatrzyłam się na rodziców, którzy wyrzucają swoje dzieci. Domek z piernika. Baba Jaga. Piec. Klatka. Zła czarownica pakuje Małgosię do pieca. Dzielny Jaś uwalnia siostrzyczkę i teraz oboje wrzucają do pieca wstrętną jędzę. Zgrzyt zamka, gdy dzieci zatrzaskują drzwi pieca. Niech się smaży powolutku w własnym tłuszczu aż do skutku. Co to za wierszyk? Baba Jaga siedzi w piecu. Tak. Wszystko jest w porządku ‐ dobro zwycięża, zło przegrywa i musi zostać ukarane. Takie są wymogi sprawiedliwości dziejowej. To ona pozwala dziecku zabić w piecu wstrętną czarownicę. Nie ma w tym nic złego, to bajka i sprawiedliwość ‐ obie są dobre. Jaś jest szczupły, jasnowłosy, błękitnooki. Jak lalka.

W nocy śnię o Jasiu. Jedzie na koniu przez szarozielone pastwisko. Ma wymierzyć karę czarownicy. Starej i nagiej, o czarnych włosach i długim haczykowatym nosie. Najpierw wyrwie jej złote zęby. Smak metalu w ustach. Złote zęby. Dlaczego ludzie mają złote zęby? Czarownica ma ich bardzo dużo. Budzę się z krzykiem. Zabawki nie dają mi spokoju. ‐ Kto się nimi bawił? ‐ Wreszcie udaje mi się sformułować mój niepokój. Ciotka Karolina przygląda mi się ze zdziwieniem.
‐ Córka, jak sądzę.
Lekarz miał więc córkę.
‐ Czy ona była dzieckiem?
‐ Oczywiście.
Czy jest możliwe, żeby Niemcy byli dziećmi? Niemcy. Kolumny żołnierzy bez oblicza. Maszerują na Wschód i umierają w śniegu Rosji. Niemcy. Czarno ubrani strażnicy z obozów, zawsze z czarnymi psami. Niemcy. Samoloty zrzucające bomby. Miasto płonie, ulicami, w szpalerze pożarów uciekają kobiety z dziećmi. Niemcy. Roboty, upiory, które nie potrafią mówić, a tylko szczekają jak ich czarne psy. Już wyobrażenie sobie, że Niemiec może być lekarzem, nosić biały kitel a nie mundur, mieszkać w domu, a nie kryć się po okopach lub wyskakiwać z czołgu, przekracza właściwie moje możliwości. Z trudem dociera do mnie, że Niemiec nie zawsze nosi hełm, wysokie ciężkie buty, ściśnięty pasem mundur.
‐ Dziewczynka? ‐ pytam uporczywie, choć ciotka mi to już w końcu powiedziała.
‐ Sądząc po zabawkach, dziewczynka.
Niemiec, który jest dziewczynką. Nie, nie niemiecka dziewczynka, lecz Niemiec, który jest dziewczynką. Niemiec, dorosły, mężczyzna, który nagle stał się mały i rodzaju żeńskiego ‐ dziewczynka. Biorę do ręki jej lalkę. Dziewczynka, która bawiła się tą lalką. Też chciałabym mieć taką piękną lalkę. Ale własną. Tą lalką nie mam ochoty się bawić. Ale nie umiem jej też wyrzucić. Boję się jej.
‐ Joanna ‐ mówię zdecydowanie ‐ musimy ją pochować. Ona nie żyje.
Joanna zrobi tak czy owak wszystko, co powiem, ale uporczywie zadaje pytania.
‐ Skąd wiesz, że umarła?
‐ Umarła, nie widzisz? Jej serce przestało bić.
W skupieniu Joanna przykłada buzię do piersi lalki. Jest cicho i upalnie.
‐ Jak ona miała na imię?
Kto? Lalka czy dziewczynka? Ale Joanna nie wie jeszcze, że była tu kiedyś jakaś dziewczynka. A ja jej o tym nie powiem.
‐ To czarownica ‐ odpowiadam. Jak ma na imię niemiecka Baba Jaga? Niemiecka lalka‐czarownica, która już nie żyje?
‐ Adolfa ‐ odpowiadam po chwili. To na pewno niemieckie imię, żadna Polka nie może się tak nazywać. Nawet jeśli jest tylko lalką.

Adolfa została pochowana. Tak jak się należy. Na odległym o parę ulic od domu niemieckim cmentarzu. Wystarczyło powiedzieć Eleonorze, mojej kaszubskiej niani, że chciałybyśmy znowu pobawić się na cmentarzu. Cmentarz był zupełnie w porządku. Groby czysto uprzątnięte, choć nie przyozdobione choiną, kwiatami i wieńcami, jak te na naszym cmenarzu w Dolinie Królewskiej. Wiosną na niemieckim cmentarzu kwitły niezliczone przylaszczki, które zbierałyśmy z zapałem, aby przyozdobić nimi kapliczki domowe, pracowicie klejone i malowane podczas lekcji religii. Posypałam obficie kwiatami papierowy kościółek.
‐ Matka Boska będzie się cieszyć ‐ oznajmiłam z zadowoleniem. Ozdobienie kwiatami domowej kapliczki, przed którą w maju powinnam się codziennie modlić, zalicza się na pewno do dobrych uczynków, a zależy mi bardzo na dobrych uczynkach. Właśnie minęły Wielki Post i Wielkanoc, kiedy to co dzień w małym notesiku „do słówek“ notowałam dobre uczynki. Prawdę mówiąc, mam nawet dwa zeszyciki ‐ jeden dla potrzeb siostry Julii z kościoła Najświętszego Serca Jezusowego, drugi do pokazania pani Helence w przedszkolu. Nie wszystkie dobre uczynki dają się zapisać dwa razy. Wiem o tym, chociaż nikt mi tego nie wyjaśniał. Przylaszczki i kapliczka należą do sfery sacrum, też to wiem, choć nie wiem, co znaczy sacrum. Ale wiem, że siostra Julia i pani Helenka nie mogą się nawzajem lubić.
‐ Z czego cieszy się Matka Boska? ‐ pyta nieco sceptycznie ciotka Karolina. Ja jednak nie mam jeszcze ucha wyczulonego na sceptycyzm i rezerwę, z jaką dorośli dość często reagują na dzieci.
‐ Z kwiatów.
Matka Boska cieszy się z bezkrwawych ofiar, które jej w naszej dziecięcej ufności i w miłości naszego dobrego dziecięcego serduszka przedkładamy. To słowa siostry Julii. A siostra Julia nosi wprawdzie czarny habit, ale ogromny śnieżnobiały kornet w zupełności zaspokaja mój podziw dla niezwykłych strojów i niezwykłych słów. Pan Bóg jest inny. Wcale mu się nie spodobała ofiara Kaina. Przyglądam się obrazkowi, który malowałyśmy na religii. Na kopczyku kamieni marchewka, jabłko, snopek zboża, przetkany kąkolem, rumiankiem i makiem. Dym ofiary ciągnie się nisko po szarej, zoranej ziemi. Obok, na piecyku Abla zabita owieczka. Nie bardzo rozumiem, o co Panu Bogu chodziło z Kainem, przecież owoce i kwiaty są znacznie lepsze na ofiarę niż mięso. Ale ja nie lubię mięsa, gdy muszę zjeść wołowinę, rośnie mi ustach coraz większa, nie dająca się przełknąć kula. Zgodnie z ówczesnym systemem wychowawczym nie wolno mi wstać od stołu, dopóki nie zjem, siedzę więc zrozpaczona, z grudą przeżutego mięsa w ustach i przyglądam się dzieciom, które już dawno mogą się bawić lalkami w dom. Pan Bóg widocznie lubi mięso. Jestem małą oddaną rytuałom dewotką i po raz pierwszy pojmuję, że istnieje różnica między kobietą a mężczyzną.

Biedna Eleonora! Została ostro skarcona przez mamę, widać Joanna musiała wypaplać pani Jasińskiej, co robiłyśmy na cmentarzu. Już nie wolno nam bawić się na niemieckim cmentarzu. Płaczę i nie można mnie pocieszyć. Przecież miałam jak najlepsze intencje. A poza tym, skąd bądę czerpała materię mych dobrych uczynków ‐ fiołki, przylaszczki, przebiśniegi. Ale zakaz zostanie na nas nałożony dopiero później. Na razie jest letni, pogodny dzień. Idziemy się bawić na cmentarzu. Zabieram ze sobą owiniętą w szalik, przygotowaną do pogrzebu Adolfę. Nie przychodzi mi do głowy, żeby poinformować Eleonorę o moich planach. Eleonora jest pogodną, siedemnastoletnią Kaszubką, ma dwa grube, jasne warkocze i rumiane policzki. Jest zachwycona, że nie musi harować w polu, lecz że wolno jej służyć w mieście i to u dobrych państwa. Jest ze mną od niedawna, bo ciotka Karolina pracuje teraz nie tylko na Politechnice, ale i w Urzędzie Morskim, nie ma więc tyle czasu, żeby się mną zajmować. Eleonora nie ma zbyt wielkiego pojęcia o wychowywaniu dzieci, a już na pewno ‐ oceniam to z dzisiejszej perspektywy ‐ nie była w stanie sprostać moim dziecinnym pomysłom. Była natomiast pogodna i przemiła, i opowiadała nam kaszubskie bajki o Purtku‐Wodniku i o Zazulce, którą porwały wodnice mieszkające w pałacu na dnie jeziora Wdzydzkiego. Bajki kaszubskie były pogodne, pełne zapachu sosnowych lasów i rybnych jezior. Czarownice kaszubskie, diabły i demony pomagały dobrym i biednym, a karały złych bogaczy. A Zazulka wróciła z dna jeziora ogromnie bogata, bo wodnice dały jej mnóstwo pereł, szmaragdów i srebra. I teraz poślubi Fredka, który jej cały czas szukał i wołał na brzegu jeziora płaczliwym głosem: Wróć, Zazulko, wróć, bo kocham cię bardzo! I nawet bogaci muszą się na to zgodzić.
‐ Kto to są bogaci? ‐ pytam.
‐ Niemcy ‐ odpowiada Eleonora. A po chwili dodaje: ‐ I Polacy.
Kaszubski punkt widzenia. Potakujemy posłusznie. Eleonora wie, co mówi. Może w jej kaszubskich bajkach nawet Polacy mogą być niedobrzy. Świat bajek jest tak inny od stołu, przy którym siedzi się żując mięso. Lubiłam bajki kaszubskie znacznie bardziej niż wydane właśnie ‐ jakież socjalistyczne osiągnięcie ‐ baśnie Grimmów. Te wydawały mi się okrutne i nieprzyjazne. I prawie zawsze o jakichś synach i innych chłopcach. Męski świat. Bez księżniczek, co najwyżej z siostrami, z których co najmniej dwie zawsze były niedobre i głupie. Mama uważała, że dzieci mają złe sny po lekturze baśni Grimmów. Zabrała mi książkę i dała coś jej zdaniem znacznie odpowiedniejszego. Na przykład mitologię grecką.
Idziemy na cmentarz ‐ Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać do woli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. Wiele lat później dowiem się, że Niemcy słynęli w całej Europie z upodobania do egzotycznych drzew i krzewów, i że miejsce, w którym stał niegdyś niemiecki dwór najłatwiej rozpoznać można właśnie po owych niezwykłych roślinach. Sumak octowy, którego cień jest niebezpieczny, bo może dzieciom wyssać krew, szarłat, złoty deszcz spadający na Danae. Pigwa i rajska jabłoń na konfitury. Morwa na jedwab. Azalie, cedry libańskie, tak piękne, że na pewno rosły również w raju, bambusy. Moja romantyczna natura pławi się w tych cudownych nazwach, wywołuje od razu z pamięci historie o boginiach, nimfach i ziemskich księżniczkach, które greccy bogowie zamienili w drzewa i kwiaty. Adolfa jest tylko niemiecką lalką, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.
Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.
‐ A jeśli siedzi tam upiór ‐ mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier ‐ jest blady, przezroczysty, ma długie lodowato zimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też ‐ dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

Jedziemy do wioski Eleonory, bo Eleonora chce mnie pokazać. Nie przedstawić ‐ na to jestem zbyt mała i zbyt obca. Zostanę pokazana, jak lalka. Eleonora omawia z rodzicami tysięczne szczegóły i wreszcie jedziemy. Jest wiosna. Oglądam krowy na pastwisku, żółte kurczaczki w stodole, kaczeńce na podmokłych łąkach wzdłuż błotnistego strumienia, gdzie zbieramy młodą pokrzywę. Nie mogę zrozumieć, że nie parzy.
‐ Nie tylko nie parzy. Można ją nawet jeść ‐ mówi Eleonora.
Próbuję, jak może smakować pokrzywa. Jak nic. Jestem rozczarowana. Z torbą pełną uzbieranej zieleniny idziemy do pani Grocholskiej. Jest stara i słaba. Eleonora chętnie jej pomaga. Pokrzywa jest dla perliczek pani Grocholskiej. Jestem zachwycona. Pomoc staruszce jest tego rodzaju dobrym uczynkiem, który da się zapisać dwa razy. Pani Grocholska mieszka w małym domku, zanurzonym po małe okna w gęstwie wiosennych kwiatów. Jestem miejskim dzieckiem z domu przy głównej ulicy ‐ nie wiem, co to są gęstwy kwiatów. Jak urzeczona wpatruję się w tuliapany, żonkile, forsycje i hiacynty. W sadzie kwitną drzewka wiśni i ogromne stare jabłonie, a może grusze. Wielkie, sztywno wyprostowane czerwone tulipany wyłaniają się z morza żółtych, puszystych mleczy. Stado indyków i perliczek pasie się między kwiatami. Pani Grocholska staje na progu. Ma siwe włosy i jasnofioletową sukienkę.
‐ Guten Morgen, Frau Grocholsky ‐ mówi Eleonora, a ja nie mogę zrozumieć, co mówi. Pierwszy raz usłyszałam wówczas obcy język. Skubię fałdy niebieskiej spódniczki Eleonory.
‐ Co ty mówisz? ‐ pytam cicho.
‐ To po niemiecku.
Pani Grocholska nie zna ani polskiego ani kaszubskiego.
Niemka! Autochtonka! Baba Jaga! Drżę z przerażenia. Czy jest możliwe, żeby w tym swoim domku z piernika miała piec? Eleonora wcale się nie przejmuje. Pani Grocholska zaprasza nas do środka. Do kuchni. W końcu jesteśmy na wsi, a na wsi życie toczy się w kuchni. Pani Grocholska rozgrzewa czarne żeliwne serca w piecu. A więc ma piec! W gardle narasta mi straszna dławiąca kula, jeszcze gorsza niż nie przeżute mięso, bo nie można jej wypluć, gdy nikt nie patrzy. Za chwilę gorące gofry w kształcie serc lądują na stole. Do tego miód i śmietanka. Nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego. Pochodzę z rodziny naukowców i artystów, nie wiem, jak piecze się ciasto czy robi ciastka. Ciastka zawsze były towarem, jak taksówki, lokomotywy, buty czy agrafki, czymś, co pojawia się nie wiadomo skąd. Serca z ciasta są pełne kwadratowych wgłębień, miód i śmietanka zatrzymują się w nich jak maleńkie sadzawki słodyczy. Jakie pyszne są serca z miodem. Ale nawet serca z miodem nie są w stanie przekupić mojego strachu. Domek z piernika też pysznie smakował! Wyjść! Wyjść! Wyjść! Płaczę, bo jestem wśród obcych i boję się krzyczeć.
Niedziela. Rano poszliśmy do kościoła, a teraz zostanę pokazana. Siedzę w kuchni napakowana jedzeniem do granicy mdłości. Co chwila otwierają się niebiesko pomalowane drzwi i nowa postać wsuwa się nieśmiało do kuchni. Najpierw tylko się na mnie patrzy. To sens i cel mojej wizyty ‐ pozwolić, by mi się przypatrywano jak lalce. Kuchnia jest pełna ludzi, którzy mówią coś, czego nie rozumiem. Jednak gdy zwracają się do mnie, mówią po polsku.
‐ Mówicie po niemiecku? ‐ pytam i czuję jak potworna klucha znowu podjeżdża mi do gardła.
‐ Nie, po kaszubsku ‐ mówi pani Hinz, matka Eleonory, podając mi pączka. Aha, po kaszubsku. Już wiem i na całe życie zapamiętam, że kaszubski jest odrębnym językiem, a Kaszubi odżywiają się ciastkami, które na dodatek sami robią. Mój ojciec podobno robi statki, moja matka obrazy, a moja ciotka książki. Statek jest większy od ciastka, ale nie da się go położyć na talerzu. Mój podziw dla Kaszubów jest nie do ogarnięcia. Zwłaszcza dla pani Hinz. Też chętnie załatwiłabym sobie taką mamę, która robi pączki.
‐ Przeczytasz nam coś? ‐ pyta ostrożnie i nieśmiało pan Hinz i podaje mi gazetę. Oto cud, który Eleonora prezentuje swojej wsi. To właśnie chcą zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy wszyscy zgromadzeni w kuchni Hinzów mężczyźni ‐ bo tylko mężczyźni zgromadzili się w tym ciasnym i dusznym pomieszczeniu. Otwieram gazetę i po cichu, sama dla siebie, przyglądam się tytułom. Co mam przeczytać? O tak, reportaż o odbudowie Gdańska. Niezwykła cisza zapada w kuchni Hinzów, gdy mała dziewczynka z miasta, czarodziejska żywa lalka ma starym i doświadczonym Kaszubom przeczytać na głos artykuł z gazety. Czytam. Dziesięć lat trwało, aż miasto Gdańsk podniosło się z ruin. Dziesięć lat wytężonej pracy. Dziesięć lat wysiłków i niezwykłego poświęcenia. Dziesięć lat owocnego współdziałania artystów i rzemieślników, którzy połączywszy swe zdolności odbudowali dawną świetność i niewysłowioną piękność mego miasta, perły Bałtyku.
Miasto Gdańsk niegdyś nasze…
Do diabła! ‐ odezwał się ze złością któryś z mężczyzn.
Czuję się niepewnie. Cytat z Mickiewicza zawisł w dusznym, słodko‐mdłym powietrzu. Pytająco spoglądam w stronę moich słuchaczy. Wszyscy mówią teraz jednocześnie. Podziw dla miejskiego dziecka, które nie dorósłszy jeszcze do wieku szkolnego, płynnie potrafi czytać „na gazecie“, znika, w zamian pojawia się oburzenie i złość na treść czytanego przeze mnie państwowo-twórczego reportażu. Nie rozumiem tego, odbieram więc zarzuty wypowiadane podniesionym głosem jako skierowane przeciwko mnie.
‐ Ja przecież nie kłamię ‐ szepczę płaczliwie i przytulam się mocniej do Eleonory. Lata miną, zanim będę w stanie jeszcze raz sprostać jakiemukolwiek publicznemu występieniu. Eleonora jest wprawdzie starsza ode mnie, ale jest równie co ja wystraszona i niezdolna stawić czoła siedzącym w kuchni mężczyznom. Pani Hinz pocieszająco podsuwa mi talerz z pączkami i gładzi mnie po głowie. Nie chcę jeść, nie chcę ciastek, nie chcę już nic więcej, chcę tylko do domu.
Do domu!

Nowy Don Kichot (a nawet dwa)

Dla wyjaśnienia: gramatycznie rzecz biorąc Don Kichot jest rzeczownikiem liczby pojedynczej w rodzaju męskoosobowym, a zatem jest jeden Don Kichot, ale jeśli jest ich dwóch, to są dwaj lub obaj. Natomiast taki nowy don kichot jako obiekt badawczy to jest rzeczownik w rodzaju niemęskoosobowym, jeden jest jeden, ale już w liczbie dwóch są dwa. Od kilku dni borykałam się z nadtytułem tego wpisu i wciąż zmieniałam w nawiasie słowo dwa na dwaj, a potem dwaj na dwa, w końcu jednak zdecydowałam się na formę niemęskoosobową, chociażby dlatego, że odpowiada moim spontanicznym odczuciom.

Pierwszego Nowego Don Kichota podrzucił mi Arek Łuba (bardzo dziękuję), wciąż jeszcze badając polską satyrę polityczną, a to prowadzi go coraz głębej i głębiej. Zakładam, że następny może być Kochanowski, a potem to już tylko Bogurodzica lub “Daj to ja pobruszę, a ty poczywaj”:

A szukając tekstu, bo na reprodukcji ciężko się czyta, znalazłam proszę Państwa, tratatata! Nowego Don Kichota czyli 100 szaleństw Fredry i Moniuszki!!!

No ale po kolei, najpierw byli Fredro i Moniuszko, więc od nich znaczniemy. Hemar i Lipiński za chwilę.

W roku 1841, kompozytor miał wtedy zaledwie 23 lata, Stanisław Moniuszko napisał swoje dzieło, często nazywane krotochwilą w trzech aktach, w oparciu o tekst Aleksandra Fredry – Nowy Don Kiszot, czyli Sto szaleństw. Moniuszko dedykował operę Fredrze, na karcie tytułowej rękopisu napisał: „w dowód najszczerszego uwielbienia / dla Autora tego dzieła / poświęcona”. Choć dzieło tworzył niezwykle młody człowiek, to już zapowiada się w nim wielki kompozytor. Tak twierdzą znawcy.

W tekście do wystawienia opery w Teatrze Kameralnym czytamy przede  wszystkim, że to wcale nie … opera, lecz Singspiel, śpiewogra.

Ktoś powie, opera z dużą dozą słowa mówionego (monologi, dialogi) a ktoś inny: dramat sceniczny, często komedia szczodrze okraszona muzyką w postaci arii, ansambli, poprzedzona uwerturą, bywa, że ozdobiona chórami bądź tańcami. I oba opisy są zgodne z prawdą. Taka forma miała być kontrpropozycją do sztywnej formuły opery, według włoskiego kanonu. Po pierwsze, miała być pisana w języku właściwym dla ojczyzny twórcy i odbiorców. Po drugie, miała być osadzona w muzycznej kulturze miejsca, w którym powstawała. Dlaczego? Bo z założenia miała docierać do prostych ludzi a nie – wyłącznie – koneserów. Jak to wyglądało w wydaniu polskim, koniecznie trzeba obejrzeć i posłuchać krotochwili w trzech aktach, opartej na dramacie Aleksandra Fredry do której muzykę skomponował nasz mistrz, luminarz, wręcz ojciec polskiej opery narodowej, Stanisław Moniuszko.

Krotochwila zawiera dziesięć numerów wokalno-instrumentalnych (cztery – w pierwszym, trzy – w drugim oraz trzy – w trzecim akcie), rozbudowaną symfoniczną uwerturę i orkiestrowe preludium – Entreacte przed aktem drugim. Akcja toczy się w podwarszawskich lasach, perypetie są grubaszne i rubaszne, funkcję Don Kichota przejmuje młody panicz Karol, który ma pstro w głowie.


A gdyby ktoś chciał obejrzeć całość, to TU.

Historyjka, o którą w tej krotochwilce chodzi, to przedmałżeńskie perypetie Zosi, którą jej opiekun prawny, stryj, Kasztelan wydaje za mąż za swojego syna Karola. Młodzi mają się ku sobie, rodzina sprzyja, a tu tymczasem Karol…

…tymczasem, pisze Lubosz, plenipotent, do Kasztelana, smutne doszły mnie wieści, że Karol drugim stał się Don Kiszotem. Byłem u niego, odpowiedział, że „chce odnowić dawne czasy rycerstwa, kiedy słabość i cnota uciemiężona znajdowały obronę w dzielnej młodzieży, i że chce być wzorem dla świata“…

Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.
(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“…
Proszę. (czyta)
„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“…
Co mu do tego! (czyta dalej)
„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“

Zofia

On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.

W międzyczasie dzieje się nieco, ktoś ucieka, ktoś kogoś obije, ktoś się przebrał, a ktoś kogoś do lochu wsadził, na koniec jednak wszystkie perypetie się wyjaśnią, Zofia i Karol upewnią się nawzajem o swej miłości, a papcio stryjcio pobłogosławi im, mówiąc:

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

No i finał:

Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!

PS. Od Adminki: W sztuczce Nowy Don Kichot NIE MA BARATARII!


Tekst Hemara ukazał się w Szpilkach 22 stycznia 1939 roku. Niestety, wyjaśnienia nie są potrzebne.


Najpierw czytamy stronę pierwszą, a dopiero potem drugą.

No cóż, w ciętej satyrze Hemara też NIE MA BARATARII!

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świątbo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Zamaskowane święta

Wpis został przetłumaczony na niemiecki, skrócony i umieszczony na portalu popularnego berlińskiego dwutygodnika TIP (tip-online)

Ewa Maria Slaska

W ostatnim tygodniu przed Niedzielą Palmową postanowiłam zrobić rekonesans w Berlinie, szukając odpowiedzi na pytanie, co robimy w święta?

Wszyscy pamiętamy, jak nie my sami, to powiedzieli nam nasi rodzice lub nawet dziadkowie, o słynnej audycji profesora mniemanologii stosowanej, satyryka Jana Tadeusza Stanisławskiego pod zbiorczym tytułem O wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiejnocy. Audycje były na zupełnie inny temat, ale tytuł trwał i oddawał to, co myśli prawie każdy: Boże Narodzenie jest lepsze od Wielkiejnocy. Tymczasem tak naprawdę to Wielkanoc jest najważniejszym świętem nie tylko katolickim, ale chrześcijańskim, bo to od męczeństwa, śmierci i zmartwychwstania Jezusa zaczęło się Chrześcijaństwo. To oczywiście symboliczne, bo wiosna to początek życia. Starożytny Nowy Rok. Jako archeolożka przypomnę, że większość religii swój początek zapisuje w czasie zbliżonym do wiosennego zrównania dnia z nocą. Wielkanoc też się wiąże z tą starożytną rachubą czasu, święci się ją w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca. Ostatnia pełnia była w środę 8 kwietnia (różowa pełnia).

Od lat wszyscy mówiliśmy znajomym Niemcom, że jeśli chcą zobaczyć berlińską Polonię en masse, to najprościej jest pójść do kościoła polskiego na Lilienthalstrasse, na pograniczu Neukölln i Kreuzberga, ale najmilszym dniem jest Wielka Sobota, dzień święcenia koszyczków. To jedyny taki dzień w ciągu roku, kiedy na pewno każdy Polak mieszkający w Berlinie pójdzie do kościoła polskiego, bo od najdawniejszego dzieciństwa wiemy, że Wielkanoc to koszyczek. Tak było zawsze, zawsze szło się do kościoła z mamą, babcią, rodzicami, żeby poświęcić pisankę, masło, sól, chleb, wędlinę i baranka, ułożone na białej serwetce w koszyczku i przyozdobione barwinkiem. Święcenie nie odbywało się jak msza o konkretnej godzinie, księża święcili pokarmy co 15 minut, od 9 czy 10 rano do 14 lub 15. I każdy z nas w tym czasie tam prędzej czy później dotarł. Każdy, a więc również ci, którzy normalnie do kościoła nie chodzą. Już w wagonie metra spotykało się Polaków z koszyczkami. Na stacji Südstern na ulicę wysypywały się masy ludzi, inni przyjeżdżali autami, niektórzy docierali na rowerach lub przychodzili przez lotnisko Tempelhof na piechotę.
Byliśmy razem, ładnie ubrani, weseli, uśmiechnięci, dzieci biegały, zadowolone z psikusa, jakiego spłatały rodzinie, gdy udało im się chyłkiem podrzucić do koszyczka figurkę Lego, żeby i ją ksiądz poświęcił.

Foto: Krystyna Koziewicz

W tym roku nie będzie święcenia koszyczków. Palm też nie było. Jak to powiedział ksiądz proboszcz, z którym rozmawiałam tydzień przed świętami. Spędzimy święta po chrześcijańsku, odprawimy wszystkie msze i obrzędy. Tylko bez udziału ludzi. Ci mogą się z nami połączyć przez internet. Palemka, koszyczek to tylko otoczka, najważniejsza jest wspólna modlitwa. Łączymy się duchowo z naszymi wiernymi, życzymy im mocy Ducha Świętego, oby Pan Bóg dał im zdrowie, zatrzymał epidemię i nas ocalił.

W Polsce nie był znany zwyczaj zdobienia drzew, krzewów lub bukietów gałęzi pisankami, zajączek nic nie przynosił, nie chowało się jajek i czekoladek w specjalnie na ten cel przygotowanych gniazdkach. To znają mieszkańcy Wielkopolski, Pomorza, Śląska, czyli tych części Polski, które przez ponad 120 lat należały do Niemiec. W Polsce było święcenie potraw, obfitość jedzenia i słynny poniedziałkowy śmigus dyngus, w Berlinie jednak raczej nie praktykowany.


Foto. Krystyna Koziewicz

W Berlinie po poświęceniu koszyczków wpadało się jeszcze do Małego Księcia, kawiarni, restauracji, sklepu, kiosku i punktu spotkań Polonii berlińskiej. Mały Książę, tak się ten sklep nazywa – ma w nazwie ł, ą, ż, ę. Krzysztof, właściciel firmy, dość mocno się nagłowił, zanim, zakładając sklep 10 lat temu, wybrał nazwę, która będzie bezsprzecznie polska, a jednocześnie jednak uniwersalna – bo litery mogą być dla berlińczyka niepojęte, ale widniejący na ścianie rysunek potarganego chłopca z szyją owiniętą szalem jest czytelny dla wszystkich. W czasie pandemii nie można niestety zjeść w Małym Księciu pierogów, ale kawę można wypić, tyle że na dworze. Na szczęście pogoda jest ładna, a w święta ma być po prostu piękna.

Foto: Krystyna Koziewicz

Mały Książę jako sklep jest czynny i można tam kupić absolutnie wszystko, czego człowiek potrzebuje, aby urządzić święta po polsku. Transport towarów z Polski odbywa się mimo pandemii, Krzysztof twierdzi nawet, że na granicy ruch już działa normalnie. Są wędliny, których Polak zjada na Wielkanoc niewyobrażalne ilości, jest twaróg na sernik, są bakalie i masa czekoladowa na mazurki, są drożdże, których w mieście brakuje, ale są też po prostu mazurki, baby i babki, baranki z masła, ciasta i cukru. Jest żur i barszcz, jest obowiązkowa biała kiełbasa, jest chrzan, również ten najgorszy z najgorszych, ostry jak piekło.

Można przyjść i kupić (do sklepu wejdą na raz trzy osoby, kolejka stoi posłusznie, każdy w należytej odległości od drugiego). Można zadzwonić i zamówić. Do mieszkających w okolicy (do 5 kilometrów) berlińczyków Krzysztof przywiezie towar na elektrycznym rowerze.

Zadzwoniłam do wielu znajomych i przyjaciół. Zapytałam, jak spędzą święta. Wielu wyjechało do Polski, ale oczywiście nie wszyscy, bo to już nawet nie chodzi o nich samych, ich przyjazd oznacza, że i ich rodzina podlegać będzie dwutygodniowej kwarantannie. Surowej i surowo pilnowanej przez policję i służby porządkowe.
Dwie grupy Polaków dojeżdżających z Polski pracują w Berlinie – polskie sprzątaczki i polscy budowlańcy. W Brandenburgii są jeszcze pomocnicy rolni, wysoko cenieni zwłaszcza przez plantatorów szparagów, a w Niemczech właśnie się zaczęło doroczne szparagowe szaleństwo. Osoby zatrudnione przy pielęgnacji pomieszczeń (słowo sprzątaczka jest już niepoprawne politycznie), jeśli rzeczywiście dojeżdżały, a nie żyją już na stałe w stolicy Niemiec – wyjechały i wrócą po odwołaniu obostrzeń. Nie ma dla nich pracy, bo odesłani do domów Niemcy sami sprzątają mieszkania – coś w końcu trzeba robić.
Większość budowlańców zostaje natomiast w Berlinie, bo praca jest jak przysłowiowy zając i jak jej nie pilnujesz, to ucieknie. Spędzą święta w ciasnych przepełnionych mieszkankach i zakupią w Małym Księciu i innych polskich sklepach odpowiednie wiktuały i napitki.

Ci z nas, którzy tu mieszkają na stałe, i tu mają rodzinę, spędzą święta z rodziną. W niedużych grupach, po trzy, cztery osoby, ale razem. O ile bowiem jeszcze przed tygodniem młodzi zarzekali się, że babcie i dziadkowie mają w tym roku trzymać się z daleka od wnuków (dla własnego dobra), o tyle im bliżej niedzieli wielkanocnej, tym słabsze okazują się pryncypialne założenia. To przecież święta, czas wspólny, kiedy się wspólnie je, rozmawia, jest się razem.

Owszem, trzeba będzie po stokroć myć ręce, owszem, postaramy się usiąść od siebie jak najdalej, owszem, nie będziemy się przytulać, być może nawet włożymy maski.

Tak to będzie, zamaskowane święta. Foto: Ela Kargol


***
Polnische Kirche
Transmisje mszy https://www.youtube.com/channel/UCHVKfx9IhCvBWlbI57KrbsA

Spowiedź wielkanocna jest możliwa – wejście od strony zakrystii
Szczegółowe terminy mszy i spowiedzi na stronie internetowej: https://www.pmk-berlin.de/

***
Mały Książę, polnische Lebensmittel
Lilienthalstraße 6, 10965 Berlin
Telefon: 030 62908068
http://polnische-lebensmittel.berlin/

Blog w czasach corony (koty i inne tematy)

 

 

 

 

 

 

 

Tibor Jagielski, Comic Erna

Wahałam się długo, czy w czasach tak skomplikowanych, jak dzisiejsze, mam i ja pisać o kotach, bo przecież koty łażą po tym blogu i tak wszędzie – w czwartki wychodzi zza węgła czarny kot, nazywany przez autora Księciem Ciemności, w piątki są aż dwa koty Teresy, podobne jak dwie krople wody do kota z opakowań Whiskasa (ale jedzą, jak się zdaje, Shebę) – Salcia i Salomon, u mnie oczywiście w domu jest Rysia, młoda, ale już stateczna dama, która 5 maja skończy dwa lata i wtedy… Ale nie uprzedzajmy wypadków, jak mawiali autorzy groszowych powieści (i ich postmodernistyczni naśladowcy) i na razie powiedzmy sobie, że skoro nawet najpoważniejszy z nas – Tibor – przysłał mi właśnie rysunki i wiersz o kocicy Ernie (i o sobie, i o coronie), pomyślałam, że jednak pokażę te koty, które mi się zawsze zbierają, przychodzą nie wiadomo skąd, choć o tych akurat wiadomo, kiedy – koty, które przyszły w marcu. Nawet pomyślałam, że to w sam raz wpis na Prima Aprilis.

No ale potem w sieci zaczął krążyć taki rysunek i już przestało być tak do śmiechu. Choć z drugiej strony, czy to ważne, czy to był kot w laboratorium, czy zupa z łuskowca, czy pieczony nietoperz. Jak wszystkie inne epidemie w historii ludzkości, ta też przyszła z Chin, i czy jest to zemsta Ziemi, czy wirus, który uciekł z laboratorium, to chyba wszystko jedno. I tak jest to lepsza wizja, niż ta, którą wpisałam kilka dni temu w komentarzu, czyli niż spiskowa wizja dziejów. Bo wtedy to nie kot wypuścił wirusa na Chiny, tylko Chińczyk na koty i resztę świata (zob. TU, komentarz nr 6).

Tibor Jagielski

eindringlinge in neheimer str. 2

irgendwie bin ich mir sicher,
dass mit so einen dreckskerl wie ich,
kann nur eine gemeine, wie erna,
verweilen, aber kein gekröntes haupt.

***
Ten piękny ogród letni w szarościach, błękitach i zieleniach został namalowany przez Nikolaja Bogdanowa-Bielskiego. Okno na ogród powstało w roku 1940 i bardzo przypomina wcześniejszą o 10 lat, złocistą Wiosnę w Gościeradzu Leona Wyczółkowskiego. Ile razy jestem w Muzeum w Bydgoszczy, zastanawiam się, czy nie dałoby się tego obrazu wynieść.

 

 

 

 

 

 

Puste te pokoje, “państwo wyszło”, zostały tylko koty, fotele, kapelusze. U Bogdanowa-Bielskiego za oknem siedzi dziewczyna i czyta, u Wyczółkowskiego ten kto czytał, przed chwilą i na pewno tylko na chwilę opuścił pokój, skoro okno zostało otwarte, a książka leży na parapecie. Na obrazach Jarosława Łukasika zawsze jest pusto, ale zawsze widać, że przed chwilą jeszcze ktoś tu był. Ktoś już wyszedł, kot wciąż jeszcze jest. Kontempluje swoją samotność. Teraz, gdy patrzę na ten obraz, myślę, że ten ktoś być może odszedł na zawsze. Tego się nie robi kotu, ale zdaje się, że kot tego jeszcze nie wie.

O tym pisze Zbigniew Milewicz. O samotności w czasach corony. Pierwszy felieton z cyklu Z domowego aresztu

Pochwała samotności

Były naczelny redaktor „Dziennika Zachodniego” w Katowicach, srogi Bronisław Schmidt – Kowalski, u którego terminowałem w latach 70 ubiegłego stulecia jako szpunciarz, czyli zbieracz i autor informacji do kroniki miejskiej, był zagorzałym zwolennikiem zwięzłości treści. Mawiał, że absolutnie każdy temat dziennikarski można zmieścić na jednej stronie maszynopisu, przeciwko czemu buntowali się najczęściej publicyści, którym pozwalano wprawdzie pisywać dłuższe teksty, ale te nadmiernie rozgadane szły nieodmiennie pod gilotynę sekretarza redakcji. Wyjątek stanowiły pryncypialne materiały partyjne, pisane na zamówienie nieboszczki PZPR, ale to już inna historia. Gadulstwo nie wyszło jej na dobre, wiadomo, jak skończyła, a ja jeszcze żyję, bo mało gadałem i tego się będę dalej trzymał.

Zatem krótko: ludzie, przestańcie się nad sobą użalać, że z powodu korona wirusa siedzicie w domu, izolacja ma wiele zalet. W nieustannym, coraz większym pędzie po sukces, sławę i pieniądze, nie mieliście czasu na medytację, na zastanowienie się, po co ten cały stress. Szczurzy wyścig musiał wyhamować i niechcący dołączyliście do emerytów, od lat samotnie spędzających czas w swoich domach, do skazanych z wyrokami odsiadki, do chorych przykutych do łóżek. Zapytajcie ich, co czują, jak organizują sobie czas i dlaczego wielu z nich mimo wszystko zachowuje pogodę ducha i mogłoby swoim optymizmem obdzielić połowę świata? Paradoksalnie im jest teraz łatwiej, przyzwyczaili się do samotności, do swoich ograniczonych ruchów i duchowo sprawniej przyjdzie im przetrwać czas zarazy.

Kiedy okazało się, że wirus zbiera swoje śmiertelne żniwo zwłaszcza u ludzi starszych, zadzwonił do mnie mój młodszy syn i żartobliwie zapytał, czy sporządziłem już testament i nie zapomniałem tam o nim. Odpowiedziałem przecząco, w tonie równie lekkim. Zawsze – powiedział – mogę na niego liczyć, ale jak będzie ze mną źle, to mam wsiąść do auta i jechać po pomoc. Adresu niestety nie dostałem, sam go nie znał, więc póki co staram się dbać o zdrowie i chodzę na gimnastykę leczniczą do Eleny, która męczy się z moim stawem barkowym, oczywiście w obowiązkowej maseczce ochronnej na twarzy.

Dzisiaj jest to artykuł deficytowy, trudno dostępny na niemieckim rynku, jakiś czas temu zamówiła w Amazone trzy sztuki, do swojego prywatnego użytku, ale podała adres firmowy. Maseczki przyleciały z Hongkongu i… wylądowały w Urzędzie Celnym w Lipsku, który wystosował do Eleny pismo, że będzie musiała zapłacić cło za zamówiony towar i dopiero wtedy go otrzyma. Dokładnie w tym samym czasie media odtrąbiły wspaniałomyślny pakiet pomocowy niemieckiego budżetu dla gospodarki, dotkniętej pandemią koronawirusa. Pieniądze jeszcze nie zostały wypłacone, a już trzeba je zwracać, więc budżet za bardzo nie ucierpi, a Elena może. Twarda z niej jednak sztuka, wysłała odwołanie do Lipska i liczy na to, że może trafi na jakiegoś mądrego urzędnika. Mądrość urzędnicza jest jak legendarny potwór z Loch Ness, wszyscy o nim słyszeli, ale kto go tak naprawdę widział?

PS od Adminki: Od tego tygodnia poczynając będę co środę publikowała teksty, które z domowego aresztu będzie nadsyłał Zbychu, czyli Zbigniew Milewicz.

Ten kawałek sztuki ulicznej znalazłam na Facebooku, a podpisany był: academia-lorenense-de-letras-e-artes, Akademia literatury i sztuki w Sao Paulo, w Brazylii.

Tibor Jagielski, twierdzi, że TEN kot to Kot morski. No nie wiem, koty morskie to jednak małpki, o czym TU już kiedyś pisałam, a to ewidentnie kot.

 

Wśród kocich znalezisk są też trzy, które nie dają się nijak połączyć w jakąś myślową całość, ale dla porządku dodam je tu, bo inaczej będą się przez następne miesiące dopominały o swoje miejsce na blogu. Zresztą skarpetki są w końcu bardzo fajne.

O jednym z tych kotów pamiętajmy tak, jak na to zasługuje, jeśli rzeczywiście 10 maja Czytelnicy z Polski rzeczywiście będą mieli głosować. My, Polacy mieszkający i przebywający poza Polską, zostaliśmy wykluczeni już jakiś czas temu podczas głosowania w sejmie 28 marca o 3 nad ranem. Nie chcę nikogo do niczego namawiać, ale może warto by się zastanowić nad bojkotem tych wyborów. No, ale może Unia zmusi Polskę  do ich odwołania z powodu corony. Na razie przedstawiciele samorządów odmawiają ich zorganizowania. To słynne nieposłuszeństwo obywatelskie. Chwała im za to!
Zdjęcie szarego kota na szarej rzeźbie zrobił Elliot Erwitt, (właśc. Elio Romano Erwitt, ur. 26 lipca 1928 w Paryżu) – amerykański fotograf i filmowiec, słynący z ironicznych czarno-białych zdjęć przedstawiających codzienne życie. Tak pisze Wikipedia. Ale takie znowu codzienne to to zdjęcie nie jest.

Alte und neue Amerika oder Amerika als Utopiemuster

Brigitte von Ungern-Sternberg

Slubfurt, die Hauptstadt von Nova Amerika (Nowa Ameryka)
Am 29. Februar habe ich in einer kleinen Galerie im Graefekiez Michael Kurzwellys Vortrag zu seiner ’sozialen Plastik’ in Slubfurt und Umgebung gehört.
Slubfurt? Was soll das sein? Es ist ein ‚realer Ort‘, der Name ist eine Schöpfung aus Slubice und Frankfurt und besagt, dass diese kleine Region zwischen den beiden Städten links und rechts der Oder  weder polnisch noch deutsch ist …  eine schöne Utopie! Diese  aber bleibt kein Traum, sondern wird konkret verwirklicht und das in einer östlichen Gegend, von der man hört und liest, dass sich des öfteren Nazis und Antifas feindlich konfrontieren und Asylsuchende und Migranten sehen müssen, wo sie bleiben.
Ich war sehr beeindruckt.
Im Video führt Kurzwelly anschaulich aus, wie man sich das vorzustellen hat, wer die Mitspieler in diesem real existierenden Territorium mit Nationalfahne, Währung, Regierung sind, das sich in der Grenzregion entlang der Oder ausweitet zu ’Nowa Amerika’.

Ewa Maria Slaska

Amerika als ein Utopie-Projekt

The Church of John F. Kennedy, Roman von Thomas Meinecke (Suhrkamp, 1997)

Der Verleger schrieb zu diesem merkwürdigen postmodernen Buch:

Auf der Suche nach den transatlantischen Luftwurzeln der europäi­schen – und vor allem auch: der deutschen – Kultur in Amerika bewahrheitet sich dem Reisenden Wenzel Assmann die These, daß die USA zwar imstande sind, die ganze Welt über den Einheitskamm ihres »Way of Life« zu scheren, dass sie nach innen jedoch eine bis heute äußerst heterogene Kulturlandschaft voller weißer Flecken und schwarzer Löcher aufweisen. Jene Kadenzen, die von den einzelnen ethnischen Gruppierungen der Salatschüssel U.S.A. auf die europäische Nationalstaatlichkeit, der sie einst entflohen sind, angestimmt werden, erscheinen dabei als nach wie vor utopischer Vielklang, der in krassem Gegensatz zu den engstirnigen Bestrebungen des während seines sogenannten Einigungsprozesses in lärmende National- und wütende Kleinstaaterei zerfallenden Europas steht.

Zugegeben, der obige Text scheint einfach geschrieben zu werden im Vergleich mit dem Roman, den er beschreibt. Ellenlange Sätze von Meinecke sind verschnörkelt, modern baroque und zum Teil vollkommen unverständlich. Dafür aber ist die Materie des Meineckes Buches unheimlich unbekannt und daher auch sehr interessant. Es ist Frühling 1990. In Deutschland wird alles durch die Vereinigung gewendet bzw durch die Wende vereinigt.  Wenzel Assman, einem jungen deutschen privat Forschern, gefällt das, was in seiner Heimat passiert, überhaupt nicht. Er ist einer an die Utopie glaubender Kommunist und glaubt zu wissen, dass die utopischen Gedanken, mit denen man sich an die Vereingung ranmachte, wie etwa die blühenden Landschaften von Helmut Kohl, von dem Kapitalismus locker verschluckt werden. Er flieht nach Amerika und hat es überhaupt nicht vor, zurück zu kommen. In Amerika sammelt Assman Informationen über die Deutschen ebendort, seine Studienreisen finanziert er mit Hilfe Deutscher Telefonbücher, die er in kleinen immer noch sehr deutschen Ortschaften in den Südstaaten zu kostenpflichtigen Durchblättern und Kopieren anbietet. Wenn er aber den Süden Richtung New York verlässt und über die blühende Landschaften der protestantischen Utopie Pennsylwania fährt, nutzen ihn seine Telefonbücher nicht mehr. Die Amische, in dessen Land er sich gerade bei dem beginnenden Winter begibt, sind an ihre europäischen Wurzel nicht interessiert. Sie haben auf dem alten Kontinent Verfolgungen erlitten, müssten fliehen und um ihr Leben bangen, dies unterstützt keine Nostalgie nach die alten guten Zeiten daheim.  Sie machten sich nach Übersee, um endlich so zu leben, wie es ihnen ihre strenge protestantische Religion oktroyiert hat. Dort gründeten sie Pennsylvanien, einen Paradies auf der Erde

Dieser Bundesstaat im Osten der Vereinigten Staaten von Amerika wurde von William Penn (1644 – 1718), einen wohlhabenden und einflussreichen Engländer, gegründet. Er war Theologe, Jurist und erfolgreicher Verwalter seiner zahlreichen Güter. Noch in England gesellte er sich der Sekte der Quaker und erarbeitete ein Modell für eine neue quakersche Siedlung in Nordamerika. Nach dem Tod von Penns Vater, berühmten Admiral, Sir William Penn, beglich König Karl II. im Jahre 1681 eine größere Geldschuld, indem er Penn Junior ein riesiges Gebiet in der nordamerikanischen Wildnis vermachte und ihn zum dortigen Gouverneur ernannte. Das neue Land wurde zuerst „Sylvania“ (Waldland) und dann Pennsylvania als Ehrung für Penn-Papa genannt. Noch im gleichen Jahr, 1681, gründete Penn die Hauptstadt Philadelphia, die damit zu den ältesten Städten der USA zählt.

Und jetzt endlich zum Buch! Zum Buch! Seite 196 und drei weitere.

Der Nachmittag begann bereits diesig zu werden, am Horizont tauchten weitere Schneefall verheißenden Wolken auf, Wenzel hatte bestimmt noch siebzig Meilen durch Pennsylvania vor sich, bis er endlich im gelobten Land der geheimnisvollen Amischen einrollen würde. Links eine Abzweigung nach East Berlin, dann eine nach Weigelstown, rechts ging es nach Hanover und dem Lake Marburg, dazwischen New Oxford, York, ein weiteres Manchester und, schließlich, Lancaster. Wo es dort links nach Mannheim abging, hielt er sich rechts, um wenige Meilen weiter südlich in den Highway 340 einzubiegen. Windige, überdachte Pferdewagen, deren dreieckig fluoreszierende Heckmarkierungen in Assmanns Scheinwerferkegeln aufleuchteten, trabten vor dem zerbeulten Chevrolet her, beachtliche Ackergaul-Gespanne zogen, zu beiden Seiten der Landstrasse, diverses, vorsintflutlich anmutendes Bauerngerät in die stattlichen Scheunen, und hinter den Fenstern der großen, weißgestrichenen Gutshäuser wurden die ersten Kerzen angezündet. Wenzel hielt den Atem an und war tatsächlich etwas erleichtert, als ihm, auf der verschneiten Gegenfahrbahn, eine Kolonne benzinbetriebener Kraftfahrzeuge begegnete, welche ihrerseits, wie Assmann, hinter einem Pferdebuggy klebte. Halleluja, dachte Wenzel, und schlug mit der flachen Hand auf das Lenkrad. Er war nunmehr ein paar Autostunden von New York City entfernt, wenn er sich hierbei nicht gerade um einen weißen Flecken der Karte handelte, so doch, ganz offensichtlich, auf ein weiteres schwarzes Loch in American Dream gestoßen!

Wenzel Assmann beschlos eine Reihe von Tagen im Landkreis der sogennanten utopischen Gemeinden zu verbringen, und bog zwischen den Dörfern Bird-in-Hand und Intercourse, auf deutsch hieß das Geschlechtsverkehr, in die südliche Harvest Straße Richtung Orchard View Motel ein.
Das hübsche Gasthaus wurde von einer Familie abgefallener Amischer betrieben; das hieß, sie waren lediglich noch die reguläre Mennoniten, durften mit der Welt verhandeln, zum Beispiel Gastgewerbe treiben und sogar schwarzlackierten Autos fahren, vorausgesetzt, dass sie an diesen auch alle Chromteile, Zeugen irdischer Eitelkeit, schwarz einfärbten. Ein solchermasse komplett schwarz geschwärzter Chevy Impala parkte dann auch im Hof des Orchard View Motel; dem gewöhnlichen Kinogänger wäre er wie Killer-Limousine aus einem Carpenter’schen Siebziger-Jahre Film vorgekommen, allein der Eingeweihte wußte von dem schicken Design tiefdemütiges Täufertum altdeutscher Zunge auszumachen. Gut nacht! Motelbesitzer Stauffer schlurfte in sein Haus zurück: wahrscheinlich legte er sich schon um acht zu Bett. Assmann dagegen machte sich putzmunter daran, sein Auto auszupacken. Neben ihm logierte ein älteres Ehepaar aus Manhattan, das seine eigenen, lange zurückliegende Hochzeitsreise, vom deutschen Pennsylvanien bis zu den beinahe kosmisch rauschenden Niagara-Fällen, noch einmal über die Weihnachtstage nachvollzog. Zwar waren die beiden extra ins abgelegene Orchard View Motel gegangen, aber daß dessen menonnitischer Besitzer absichtlich keine Fernsehgeräte in die Zimmer gestellt hatte, hielten sie doch für übertrieben und kaum erträglich. Zweiter Themenschwerpunkt der New Yorker, wann immer Assman einen neuen Karton Bücher in sein Zimmer schleppte: Die USA würden von Rechtsanwälten regiert und also ruiniert; auch diese durchaus einleuchtende Verschwörungstheorie hatte Assmann schon des öfteren gehört. Ihm war nun aber weder nach einer leichten Seifenoper noch nach gravierendenr Rechtsprechung zumute, also wunschte er den Yankees einen schönen Abend, holte, bei Stauffer war schon alles dunkel, seine Yuengling-Sechserpackung aus dem Kofferraum und schloß sich in der frommen Stubbe ein. Auf dem Kopfkissen des voluminösen Federbett, wie aus einem Wilhelm-Busch-Bogen, dachte Assmann, lag ein winziges Brustbild des täuferischen Theologen Menno Simons inklusiver rückwärtiger Kurzbiografie; der Mann war 1496 in Witmarsum geboren worden sowie Anfang 1561 bei Bad Oldesloe gestorben; und auf dem Nachtschrank lag, Wenzel hochwillkommen, ein buntes Büchlein mit dem vielversprechenden Titel 20 Most Asked Questions, verlegt in Lancaster im Jahre 1979 nach des Herren Geburt.

Naturgemäß drehten sich alle zwanzig Fragen um die verschiedenen Täufer Gruppen, welche sich in pennsylvania, Dutch Country, Dutch immer für Deutsch, niedergelassen hatten; mit unüberhörbar begünstiegender Betonung der Mennoniten-Sekte, in welche Stauffer gewissermaßen zurückgestoßen worden war. Da aber die Amischen mit der Wißbegirige weitgehend mit mennonitischen Abhandlungen über deren fundementalistischen Glaubensbrüder vorliebnahmen. Frage Nummer Eins hielt sich den auch gleich mit dem Unterschied zwischen Amischen und Mennoniten auf; wobei die ersteren, von denen sich einige Gruppen auch Mennoniter alter Verfassung nannten, als schrullig-archaische Ausgabe der letzten durchgingen. Wo der Mennonit in die Carpenter-Chaise stieg, schwang sich der Amische auf den harten Kutschbock, wo dieser den Lichtschalter drückte, machte jener eine Kerze an, wo Menno Simons’ Anhänger in ihrem kargen, pseudoprotestantischen Kirchenschiff beteten, blieb die Gefolgschaft Jacob Ammans gleich im Bauernstübchen, und so weiter. So etwas läßt sich merken, dachte Assmann und blätterte weiter. Punkt zwei: Zuerst mit Luther und Zwingli gegen die korrupten, alten Katholen, dann die wiedertäuferische Abspaltung in Deutschland, Holland und der Schweiz; anarchistische Anabaptisen-Kommunen kämpfen einen apokalyptischen Dreifrontenkrieg gegen Staat, Katholizismus und Reformation zugleich. Verdachtsmomente der Kriegskommunisten, nach denen Luther die Wucherer in erster Linie aus antisemitischen Beweggründen verurteilt hatte, erhärten sich; Assmann kannte diese geschichten aus seiner eigenen Anarchistenzeit. Frage Drei; Jawohl, die Amischen und Mennoniten sind Christen wie Sie, liebr Motelbesucher, oder wie Dirk Willems, der dem Büttel, welcher ihm nachsetzte und dabei durch die dünne Eisdecke des Dorftümpels gebrochen war, das Leben rettete und daraufhin trotzdem festgenommen sowie 1569 auf dem Scheiterhaufen verbrannt wurde.

Märtyrer, notierte Assmann, spielen offenbar eine zentrale Rolle in den utopischen Kommunen.

Nun ja…

Tibor, Marek, Ewa

Poeta pamięta

Tibor Jagielski

barbarzyńcy na lesbos

kije bejsbolowe
wchodzą do ogrodu poezji

harfa gra wrzask nędzników
miotanych w te i we wte
koncertem fal epoki plastyku

nie
nie dopadną sapho
nie poruszą nawet
niewdzialnego dla nich świata
tak zadecydowali bogowie

06/03/20

Ewa Maria Slaska

Dobrze, że poeta pamięta. Bo my zapomnieliśmy.

Wirus sprawił, że zapomnieliśmy o pożarach w Australii, więc informuję: skończyły się, za to są powodzie, które rozwlekły szlam ze spalenizną na tereny, które pożar łaskawie ominął. Na szczęście rośliny odrastają. Miliard spalonych zwierząt nie wstanie jednak z martwych.

Zapomnieliśmy o troskach o klimat i zrównoważoną gospodarkę, że nie wspomnę o zrównoważonym odżywianiu. Tłum w Polsce i w Niemczech wykupuje mąkę, makaron i ryż, a im bardziej wykupuje, tym bardziej my, ci, którzy nie wykupują, pytamy sami siebie, czy nie powinniśmy jednak czegoś kupić, bo albo nie będziemy mieli co jeść, albo, gdy w sklepach zabraknie jedzenia, okaże się, że w sklepikach i na straganach możemy jednak kupić to samo, tylko 5 albo 10 razy drożej. Na razie uciekamy się do jakichś drobnych zakupów, typu dwa kilo mąki więcej. Myślę, że wstydzilibyśmy się, gdybyśmy kupili 50 kilo na raz. Zastanawiam się, czy jesteśmy idiotami, czy zakłamani, a może jesteśmy zakłamanymi idiotami. No, ale może jesteśmy jedynymi rozumnymi ludźmi i do nas będzie należało zrównoważone królestwo niebieskie.

Zapomnieliśmy też o tym, co się dzieje na Lesbos. Pamiętają tylko poeci i aktywiści. Tibor już dziesięć dni temu przysłał wiersz, Ania Alboth, inicjatorka Marszu dla Aleppo, bierze udział w organizacji Walk of Shame.

Tabor Regresywny (czyli Marek)

Wszyscy myślą tylko, jak się uchronić przed wirusem, albo jak nad nim zapanować. Jako baratarysta sprobuję postawić inne pytanie. Czy ten wirus atakuje ludzi, a narastające problemy gospodarki są skutkiem ubocznym, czy odwrotnie? A może wirus atakuje gospodarkę, a ludzie są tylko narzędziem? Nie było by to głupie z jego strony, biorąc pod uwagę problemy z klimatem i ciągle nie rozwiązany problem śmieci. Załóżmy baratarystycznie, że tak jest. Co w tej sytuacji robić? Może spróbować wirusów, wyjść naprzeciw i przestawić się na gospodarkę regresywną? Może wtedy odpuści, wiedząc, że my to zrobimy rozsądniej. Może to nie jest taki głupi wirus, na jakiego wyglada?

EMS

Myślę, że dawno przestaliśmy być tym, co się w prasie szumnie nazywa Twierdzą Europa, i, wręcz przeciwnie, jesteśmy Oblężonym Miastem Europa, którego nie da się ocalić. Od Zachodu odgryzł nam spory kęs terytorium biały, paskudny, ujadający piesek, poszczuty przez rudego kundla. Hapnęli i nazwali to Brexit. Od Wschodu zimny drań, który fantastycznie gra w szachy, rozgrywa swoją partię biednym polskim staruszkiem-pionkiem w kapciach i jego dwoma srebrnymi wieżami, a z Chin nadciągnął ukoronowany wirus. Król Korona. Od Południa kolejny zimny drań spotęgował wirusa falą nieszczęsnych uchodźców napędzonych przez szmuglerów ludzi. Przywozi ich atobusami na granicę z Europą i im więcej wśród nich przerażonych dzieci i zgwałconych kobiet, tym dla niego lepiej. W obozach uchodźców wirus zapewne już zbiera śmiertelne żniwo, tylko nikt nie chce tego widzieć, bo jak zobaczy, to musiałby zareagować. To straszne ludzkie nieszczęście to broń Czarnego Króla, młot na Królową, jedyną, jaką jeszcze mamy.

TR

Przedstawiłaś wiele problemów do pilnego rozwiazania. Proponuję podejście baratarystyczne. Nie rozwiązywać. Spróbować je połączyć. Może zaczną się same rozwiązywać.
EMS

To nie jest lista problemów do rozwiązania. To ocena sytuacji.
TR
Fritjof Capra w ksiazce Punkt zwrotny opisuje praktyki pewnych plemion w sytuacji, gdy ktoś zachoruje. Nikt nie przejmuje sie chorym, natomiast plemię zbiera się i zaczyna dyskutować, co złego zdarzyło się w naszej społeczności, że pojawiła się choroba. Choroba jest traktowana jako symbol (ja bym powiedział: jako komunikat) jakiegoś zła czy naruszenia ładu kosmicznego.

EMS

Tak, na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny.

TR

Odoradzałbym wejscia na drogę zrównoważonego rozwoju. Z dwojga złego lepszy jest ten niepohamowany. Mówię to w związku z eksperymentem z żabami. Żaby wrzucone do gorącej wody, natychmiast wyskakują, żaby wrzucone do chłodnej, którą następnie powoli się podgrzewać, dają się ugotować. Chrześcijaństwo nie do tego zostało powołane, byśmy kroczyli drogą zrównoważonego rozwoju. Zostało powołane po to, byśmy zaczęli wyskakiwać w związku z gwałtownym wzrostem temperatury.

EMS

Będę się upierała – na pewno naruszyliśmy ład kosmiczny i póki go nie przywrócimy, świat się nam będzie rozpadał w strzępy.