Chodzenie po mieście: bajki na placu zabaw

Ela Kargol

Nie tylko baśnie braci Grimm

Nie tylko Friedrichshain w Berlinie ma swoją baśniową fontannę. Dwa lata temu, gdy córka zamieszkała przy Köllnische Heide w Berlinie-Neukölln, dowiedziałam się o tej drugiej w parku Schulenburga (Von-der-Schulenburg-Park).
Wspominałam już o niej i o parku pisząc o murze przy Sonnenalle.

Park jako teren zielony jeszcze bez nazwy widniał już na mapach sprzed I wojny światowej. Teren nie nadawał się pod zabudowę z powodu bagnistego i niskiego położenia. Kilka lat po wojnie w latach 20. ubiegłego wieku uzyskał swój dzisiejszy kształt. W centrum znajduje się długi prostokątny zbiornik wodny, o tej porze pełen kaczek i kaczorów oraz karmiących je mimo zakazu dorosłych i dzieci, z alejami platanów po obu dłuższych stronach i baśniową fontanną na południowym końcu. Fontanna wcale nie miała być baśniowa, miała być niemiecka, miała być jak niemiecki las. Autorem secesyjnej fontanny utrzymanej w heimatstilu, bo tak sobie jej pierwotny kształt wyobrażam, o nazwie w podobnym stylu „Symbol des Waldesdomes“ (Symbol Katedry Leśnej) lub „Deutscher Wald“ (Niemiecki Las) był rzeźbiarz Ernst Moritz Geyger. Fontanna była już prawie gotowa w roku 1918. Figury jelenia, łani i jelonka zostały odlane w brązie, Pawilon w kształcie świątyni, w którym umieszczona miała być fontanna powstawał właśnie w pracowni rzeźbiarza. Kiedy lokalizacja fontanny nie była jeszcze ustalona, zmieniła się sytuacja polityczna, cesarz abdykował, spartakusowcy przejęli administrację miasta i proklamowali “Republikę Neukölln”. Jelenie i łanie nie były mile widziane, a do tego jeszcze ta nazwa.

Model wraz z wykonanymi figurami i elementami z wapienia muszlowego przeleżał ponad 15 lat w magazynie przedsiębiorstwa oczyszczania miasta. Aż przyszły czasy, które pozwoliły postawić fontannę, w miejscu, w którym stoi do dzisiaj, choć mało w niej z oryginału Geygera. Swą nazwę zawdzięcza miejscowym nacjonalistom, którzy przy jej otwarciu w roku 1935 zorganizowali propagandowy festyn i polecili uczniom z pobliskich szkół wystąpić w baśniowych kostiumach. Z powodu tego bajkowego święta fontanna została popularnie nazwana “Baśniową Fontanną”, co później zostało oficjalnie przyjęte. Jelenie z brązu zostały w czasie wojny przetopione na armaty.

Pozostałe części uległy zniszczeniu na skutek działania czynników atmosferycznych i wandalizmu. W 1970 roku po raz pierwszy poddano fontannę renowacji, w miejsce figur Geygera zainstalowano dwie baśniowe figury, autorstwa rzeźbiarki Katarzyny Szelinski-Singer. Rzeźba przedstawiająca baśń Braciszek i siostrzyczka, w tórej siostrzyczka obiema rękami obejmuje jelonka, w jakiś sposób nawiązuje do oryginału Geygera. Z drugiej strony w skulonej i dość zrezygnowanej pozie siedzi Kopciuszek i razem z gołębiami próbuje oddzielić soczewicę od popiołu.

W latach 2000/2001 na kolumnach zostały wstawione nowe putta z brązu, wykonane przez artystkę Annę Boguszewskają. Cała fontanna została zdemontowana, a poszczególne jej części odrestaurowane. Nie widziałam jej latem, gdy tryska wodą, z góry i z dołu, ale potrafię sobie wyobrazić. Bez wody też jest piękna, jak zresztą cały park wraz z baśniowym placem zabaw.

Plac zabaw, otwarty w roku 2007, a szczególnie zamek przyciąga dzieciaki starsze i młodsze z okolic i z całego Berlina, znalazł się w pierwszej dziesiątce najciekawszych placów zabaw w mieście.

W tym momencie, przyglądając się drewnianym figurom z baśni braci Grimm i z placu zabaw o tej samej nazwie jestem w kropce. Okazuje się, że nie jestem znawcą wszystkich baśni. Niektóre, oczywiście są znane i lubiane, oglądane, opowiedziane, wysłuchane, przeczytane, ale nie wszystkie.

Zdjęcia oznaczone są od 1 do 25 i przedstawiają grimmowskie postaci. Niektóre występują podwójnie, niektóre są tak oczywiste, że od razu wiadomo, o którą baśń chodzi, a niektórych nie znam, albo nie umiem skojarzyć. A więc zapraszam do wspólnej zabawy: Zgadnij jaka to bajka!!!

Baśnie braci Grimm zostały przetłumaczone na ponad 170 języków. Baśnie okrutne, makabryczne i nie jestem do końca pewna, czy dobro zawsze zwycięża, niestety często kobieta jest osobą na wskroś złą.
Ale wszyscy je znamy, kochamy, opowiadamy dzieciom, wnukom, czasem coś zmieniamy, dodajemy. przemilczamy. Hitem u mojej wnuczki okazała się tzw bajka mieszana. Więc opowiadam o Kopciuszku, który zabłądził w lesie, spotkał wilka, a wilk zaprowadził go do chatki krasnoludków. A tam z nimi niekoniecznie mieszka Królewna Śnieżka. Czasami robię rzecz, której nie powinnam, przy Roszpunce pojawia się Mała syrenka, a przy Śpiącej królewnie Dziewczynka z zapałkami. Ale zawsze jest więcej Grimma niż Andersena.

Bracia Grimm to nie tylko zbieracze bajek, to przede wszystkim twórcy Filologii germańskiej, Niemieckiej gramatyki, Słownika i Historii języka niemieckiego.

Ostatnie 20 lat życia mieszkali i tworzyli w Berlinie.

Gdy jadę pociągiem do Poznania lub wracam do Berlina i siedzę przy oknie po dobrej stronie, spoglądam często na budynek Centrum im. Jakuba i Wilhelma Grimmów (Jacob-und-Wilhelm-Grimm-Zentrum) i obiecuję sobie, że kiedyś na pewno wejdę do tej wspaniałej biblioteki, którą znam tylko ze zdjęć.

Tablica pamiątkowa na domu przy Alte Potsdamer Straße 5 i Brüder-Grimm-Gasse upamiętniają miejsce, w którym Grimmowie mieszkali aż do śmierci w 1863 r. (Jacob) i 1859 r. (Wilhelm). Ich kamienica przy Linkstraße 7 została zniszczona w 1944 roku. Ulica Linkstraße 10 lat po postawieniu Muru Berlińskiego znajdowała się w sektorze radzieckim. Na początku lat 70. ubiegłego wieku, w ramach wymiany terytoriów, obszar pomiędzy Linkstraße i Köthener Straße, na którym znajdowała się trasa metra (linia U2), stał się częścią Berlina Zachodniego. Dzisiaj ulica przebiega inaczej niż za czasów Grimmów. Mała uliczka, nazwana w 1997 roku na ich cześć Brüder-Grimm-Gasse, jest mało uczęszczana i prawie niezauważalna. Spoglądam na dwie szklane wieże i podejrzewam, że to nieświadomy zamysł architektów, ale jakże trafny. Od razu kojarzą mi się z baśnią o Szklanej Górze, dobre i to.

Jest jeszcze jedna ulica Grimmstraße, na Kreuzbergu, nazwana tak dziesięć lat po śmierci braci, większa i bardziej kwitnąca życiem.

Bracia Grimm miejsce swojego ostatniego spoczynku znaleźli na jednym z najpiękniejszych, prawie baśniowych cmentarzy w Berlinie, na Starym Cmentarzu św. Mateusza (Der Alte St.-Matthäus-Kirchhof Berlin), choć nagrobki zwykłe, bez niepotrzebnych zdobień, lecz doniosłe, położone wyżej niż inne na łagodnie opadającym cmentarnym zboczu.

Chętnie dowiem się o innych śladach i upamiętnieniach braci Grimm w Berlinie, jeśli znacie, piszcie. Berlińskie adresy Grimmów można znaleźć w internecie. Ale czy jest więcej grimmowskich ulic, szkół, przedszkoli nazwanych ich imieniem, baśniowych placów zabaw lub innych miejsc?

Lato w Malużynie

Cześć Ewo Mario, Koleżanko Pielgrzymko stale w Drodze,
napisałem fragment wspomnień z dzieciństwa, gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy na wieś, do Malużyna. Na dwa miesiące. To blisko Ciechanowa (27 km). Rodzice bywali tam oboje, ale też często jedno musiało pracować, bo były problemy z urlopem, a my dzieci stawaliśmy się na lato dziećmi bardzo wiejskimi. Te czasy wspominam bardzo dobrze, rzeka Wkra i Malużyn to cząstka mojego serca. Tak się złożyło że wspomniane w wierszu trzy panny Kinówny zamieszkały w Berlinie Zachodnim. Może przeczytają teraz ten wiersz.

Mietek

A ja odpowiedziałam: A może wyślemy im linka.
_________________________________

Mieczysław Węglewicz

Dym jeszcze spał w kominie
i rosa na szybach
a my o szarej godzinie
już w lesie na grzybach
jak mówił młody Wilczek
Stasiek – syn Krystyny
,,w brzeziny na kozaki,
na prawe w dębiny”
a jeszcze kurki, pociechy,
maślaki i kanie
z pełnymi koszami szliśmy na śniadanie.

Tata czekał nas w domu
,,ho ho, piękne grzyby”
chwalił
i po śniadaniu
szedł z nami na ryby.
Wędki bambusowe, przelotki, spławiki
i najcenniejsze
te małe, złocone haczyki.
Na nich ziarnka pszenicy wczoraj gotowanej
a czasem ciasto z chleba
z żółtkiem zagniatane
ale chyba najczęściej brały na robaka
kiełbiki i uklejki
albo płotka jaka
choć Tacie się zdarzyło
że złowił szczupaka
Chodziliśmy się kąpać
drogą w dół ,,do młyna”
wypatrując chciwie śliczne młynarzówny
córki pana Kina
trzy panny Kinówny

Jeszcze mgły nad łąkami
Ledwo wstało słońce
a już szliśmy na ryby
po księżowskiej łące
W mgle pasł się koń plebana
A my, zjawy w szkodę
bo w trawie się
zbierało
pieczareczki młode
Koń nas dobrze rozumiał
i łąkę nawoził
a proboszcz niezupełnie,
bo piekłem nam groził…

Dzieci

Mieczysław Węglewicz

Wyrok

Dziecko było chore, osłabione. Miało gorączkę.
Przestało ssać.
Wioskowy szaman powiedział, że nic nie pomoże.
– ktoś rzuca urok, cały czas.
Tak mówił
– ale kto, Boże, kto? – jęczała załamana matka.
Szaman nachylił się i szepnął jej do ucha.
Chłopiec, może pięciolatek, usłyszał to.
Miała dwoje dzieci, chłopców
Młodsze umierało.
Spojrzała badawczo na starszego syna.
Kiedy ich oczy się spotkały, chłopczyk spuścił wzrok na podłogę i odwrócił się.
Był zawstydzony, zmieszany.
Z błaganiem w oczach spojrzała na szamana – patrzył na nią przez chwilę,
potem przymknął powieki i potakująco kiwał głową.

Oskarżają dzieci o czary

15 sierpnia. Wniebowstąpienie

Najpierw był huk potem chmura pyłu i ogień. Dom zniknął. Powietrze gorące sierpniem i pożarem było brudne. Miało smak cegieł i wapiennej zaprawy. Kobieta z dziewczynką wyszły z piwnicy. Płakały. Dziewczynka podbiegła do figurki. Jej wsuwane trepki klaskały w pięty. Klęknęła, złożyła ręce. Cały czas płakała. Spojrzała przez chwilę w górę. Niebo przysłaniała mgła, pył, który drażnił oczy. I znowu był huk i ogień i pył. I krzyki z niewidocznych ust. ,,Marysiu, Marysiu”. Dziewczynka odchodziła w ciszy. Była szara od pyłu, bosa, z otwartymi oczami.

Miłość

Chłopczyk  był z mamą na przedstawieniu pod tytułem Królewna Śnieżka w teatrze lalkowym.
– Podobało ci się?, spytała w drodze do domu mama.
– Bardzo, odpowiedział chłopiec,
a mama usłyszała w jego głosie, że jest szczęśliwy.
– A co najbardziej?, dopytywała się.
– Królewna, odpowiedział chłopiec.
Minęły dwa, może trzy dnia. Chłopiec poprosił
– Mamo, chcę  jeszcze raz do teatru
– pójdziemy?, zapytał z nadzieją.
– Raz wystarczy, odparła mama i dalej obierała ziemniaki.
– Mamo, proszę…
powtarzał, przeciągając słowa,
– błagam…
Mama pozostawała jednak przy swoim.
Kiedy wieczorem odwiedziła ich babcia,chłopiec pod nieobecność mamy poprosił babcię.
Zgodziła się.
– Tylko nic nie mów mamie.
– To będzie nasza tajemnica, poprosił chłopczyk.
Po dwóch dniach babcia oświadczyła, że zabiera wnuka na spacer.
Poszli do teatru  lalkowego. Tak, babcie na całym świecie rozpieszczają wnuki.
Po przedstawieniu byli jeszcze na lodach. Chłopiec po powrocie  do domu był jak nieobecny, rozkojarzony.
Nie słyszał, co się do niego mówi. Mama zmierzyła mu temperaturę i dała herbatkę z  syropem malinowym. Rano było lepiej, ale nie poszedł do przedszkola. Kolejnego dnia znowu chciał do teatru.
Mama podśmiewała się, że chyba zakochał się w królewnie. Ostatecznie zgodziła się.
W czasie przedstawienia chłopiec cieszył się, uśmiechał, najbardziej, gdy występowała królewna Śnieżka. Wtedy bił długo i głośno brawo. 
Po spektaklu, gdy już wszyscy wychodzili z teatru,
chłopczyk puścił rękę mamy i radośnie pobiegł za kotarę.
– Tam nie wolno, krzyknęła pani bileterka. 
To trwało krótko. Może po minucie chłopiec wyszedł. Zanosił się  płaczem. Mama objęła go i przytuliła. On łkał i szlochał. Nie można było zrozumieć, co mówi. Ktoś Cię skrzywdził?
Co się stało?
Chłopiec połykał łzy i wycierał ręką policzki i nos. Cały się trząsł. Podeszła pani bileterka.
– Może się przestraszył, powiedziała do mamy.
– Chodźmy zobaczyć, co takiego cię przestraszyło, zwróciła się pojednawczo do chłopca.
Chłopiec nie chciał tam iść.
Wobec tego pani bileterka sama weszła za kotarę i trochę  ją odsunęła.
– Nic tu nie ma, powiedziała,
– lalki leżą na stole. Lalki, jak lalki, drewniane, ubrane… królewna, krasnoludki.
– Nic tu nie ma, powtórzyła wychodząc i zasunęła  kotarę.
Chłopczyk rozszlochał się jeszcze bardziej.

Z wolnej stopy 26

Zbigniew Milewicz

Gwiazdka króla Jana

Nie pamiętam już, jaką książkę w życiu przeczytałem samodzielnie jako pierwszą, ale cieszyłem się z każdej, którą dostałem w prezencie. Książkowe upominki należały kiedyś do standardów dobrego smaku, otrzymywało się je z okazji urodzin, imienin i pod choinkę, zwykle papier był kiepski, poligrafia nie dorównywała dzisiejszej, ale to była jedyna przepustka do kolorowego świata fantazji. Telewizji jeszcze w Polsce nie mieliśmy, do kina dzieci chodziły od święta, więc w wolnym czasie kopało się piłkę, albo czytało, wolałem to drugie. Przygody Kubusia Puchatka A.A. Milne´a stały na etażerce z książkami w mieszkaniu mamy, przy Wolności w Chorzowie, obok Słówek Boya-Żeleńskiego, wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, a rozczytywał się w nich głównie mój ojczym, Stefan. Chętnie je czytał na głos lub recytował, na przykład po niedzielnym obiedzie, na którym bywali czasem zaproszeni goście; czytał i śmiał się z innymi dorosłymi z dialogów Krzysia i jego przyjaciół ze stumilowego lasu, a ja zastanawiałem się w duchu, co ich tak bawi. Dopiero jak sam dorosłem, zrozumiałem, że Milne pisał książki dla dzieci, które najbardziej docenić potrafią ich mamy i ojcowie.

Kiedy moja córka Ania dostała ode mnie w prezencie, na któreś swoje naste urodziny, Alicję w krainie czarów Lewisa Carrolla i później zapytałem ją, czy książka jej przypadła do gustu, odparła, że średnio. Spodobała jej się dopiero, kiedy sama została mamą. Oczywiście, dając komuś prezent, nigdy do końca nie wiemy, czy nie będzie to totalne pudło, dlatego mam dla Was w świątecznym upominku, do wyboru, dwa wiersze Alana Alexandra Milne´a, z kilkakrotnie już w tym blogu cytowanej Księgi Nonsensu Antoniego Marianowicza i Andrzeja Nowickiego. Obydwa pochodzą z rozdziału Wyższe sfery i wyobraźni Czytelników pozostawiam, czy mają one jakiś przypadkowy związek z naszą rodzimą szopką polityczną.

Gwiazdka króla Jana

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Spostrzegłszy go, przechodnie
szli nadal bardzo godnie,
Jak gdyby nigdy nic.
A Jan rumieńcem płonął
Pod ciężką swą koroną
I pot mu spływał z lic.

Omijał pałac każdy człek,
Nawet z kulawą nogą pies,
Choć kucharz pyszne pączki piekł
i mnóstwo smakowitych bez.
Więc kiedy przyszła gwiazdka,
Król zjadał wszystkie ciastka
A gdy się poczuł źle
Zwykł czytać uroczyście
Życzenia list po liście
(Sam przedtem nadał je).

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Nawet Mikołaj stary
Roznosząc swoje dary
I taszcząc pełny wór,
Choć wszędzie, wszędzie wstąpił,
Choć darów swych nie skąpił
Omijał Jana dwór.

Raz, kiedy pałac tonął w mgłach
I słychać było wichru gwizd,
Król potajemnie wszedł na dach
I do komina przybił list.
“Jeżeli M. się głowi,
Co przynieść ma królowi,
Niech wie, że może kłaść
Do worka marcepany
Orzechy, nóż składany.
A zwłaszcza piłkę. Jaś.”

Król Jan był królem bardzo złym
I cierpiał nad tym stale, bo
Nikt się nie bawił nigdy z nim
I ludzie unikali go.
Więc czuwał całe doby
I myślał sobie: “Oby
Nareszcie przyszedł M.!”
A potem się rozpłakał
I rzekł: “Dla takich zakał,
Jak ja – nic nie ma, wiem!

Słodyczy żadnych nie chcę już,
Bananów też wyrzekam się
I zbędny mi składany nóż.
Jednego tylko – piłki chcę!
Jeżeli dziś przy święcie,
Dostanę ją w prezencie
(Tak mówił Jan przez łzy)
To składam ślubowanie,
Że król od dziś przestanie
Być taki bardzo zły.”

Przez okno wyjrzał Jan na świat
I spostrzegł chłopców chyba stu,
“Ach, jakże – myślał – byłbym rad,
Gdyby choć jeden przyszedł tu””
Pląsają sobie wkoło,
Beztrosko i wesoło,
Nie skarżąc się na los,
A Jan rozpacza i łka,
Gdy nagle wpada piłka
I trafia go w sam nos!

Jan myślał wpierw, że pewnie śnię,
Lecz nos bolący nie jest snem,
Więc krzyknął: “To na pewno mi
Przysyła w darze zacny M.!”

I odtąd tak się zmienił;
Że wszyscy są zdumieni,
– Spotkałem go w tych dniach
Zupełnie przypadkowo
I mogę dać Wam słowo:
Jaś grzeczny jest aż strach.

Opowieść o złym lordzie Gburze

Lord Gbur miał toporzystko
Długości metra blisko
I wielu miał poddanych,
A bić potrafił też.
We czwartki i w soboty
Najwięcej miał roboty,
Po wszystkich chatach łaził
I ryczał niby zwierz:

“Lordowska Mość – to ja!
Kto nie zna mnie ten kiep!
Haha, haha, haha!
A teraz macie w łeb!”

Miał buty ten Gbur nasz srogi
Po dziadku – i ostrogi,
Kłuć nimi zwykł przechodniów
I śmiał się, wielce rad.
W niedziele i we środy
Nad brzegiem stawał wody
I ryczał aż z radości,
Gdy ktoś do wody wpadł.

“Lordowska Mość – to ja!
Jam Gbur – hehe! hehe!
Kto jeszcze – ha! ha! ha!
Wykąpać się dziś chce?”

Lecz raz przy piątku rano
Buciory mu zabrano.
Chce topór wyjąć z szafy –
Topora także brak.
Do swoich pędzi włości,
Lecz tutaj z Jegomności
Kto żyw pokpiwa sobie
I ludzie mówią tak:

“Lordowska Mość – to on?
Czy aby to ten sam?
Popatrzmy z wszystkich stron!
Ach! Jakże miło nam!”

Nie pomógł wygląd srogi,
Złapali go za nogi,
Wrzucili do sadzawki
I po łbie dali mu.
Gdy oblepiony błotem
Wyłaził z wody potem,
Pękało wprost ze śmiechu
Poddanych jego stu:

“Dość głupią minę ma
Lordowska Mość – no nie?
Haha! haha! haha!
Hehe! hehe! hehe!”

Gdy chyłkiem po kryjomu
Gbur wśliznął się do domu,
Gdy się osuszył troszkę
I przemył na łbie guz,
Wyrzucił stare zbroje,
Ubrania wyjął swoje
I rzekł: “Dość tej zabawy,
Nie będę Lordem już.

Prastary Gburów klan
Niech na mnie skończy się.
Ja się nazywać PAN
CAŁKIEMZWYCZAJNY chcę!”

A więc chciałoby się życzyć tym u władzy: myślcie o jutrze, zanim wam kto nosa utrze. Niestety na ogół o nim nie myślą zawczasu, dlatego pisze się takie wierszyki, albo robi rewolucje.

Odcinek 2

Pamiętacie? poprzedni odcinek kończył się tymi słowami:

A jednak. Te ostatnie dziesięć, czy nawet kilkanaście schodów sprowadza nas na skraj wielkiej, podziemnej sali. Nie widzisz jej sklepienia ani ścian. Wokół jest przecież ciemno, a one są daleko od ciebie, daleko od siebie. Wyczuwasz tylko tę przestrzeń poprzez niosące się echo twoich kroków, echo skapujących kropel wody, poprzez nagle rozrzedzoną wilgoć, powiew powietrza (skąd w tej pieczarze wiatr?) Czujesz ją intuicyjnie, nie widzisz jej, ale wyobrażasz ją sobie.

Mieczysław Bonisławski

Nie widzisz, ale zdajesz sobie sprawę, że pod nogami masz wodę. To nie są kałuże, ale stojąca woda. Od krańca, po kraniec. Wypełnia płytko, może tak do kostek, wszystkie zagłębienia. Ale nie, tu nie ma zagłębień. Chropowate, kamienne dno jest płaskie, całe zalane kilkunastocentymetrową tonią wody. Nie ma zagłębień, jest płaskość, z której co metr, dwa – a może tylko co półtora metra – wystają obrobione ręką ludzką, prostopadłościenne kamienne bloki. Jest ich dużo, całe mnóstwo. Wydają się być rozrzucone chaotycznie, ale w miarę równomiernie po całej przestrzeni.
Nie chcąc zamoczyć nóg, stąpasz po tych blokach. Skąd wiesz jaki trzymać kierunek? Przecież wokoło nic nie widać, w każdą stronę jest pozornie tak samo. Twój błędnik już dawno ogłupiał. Nie da się racjonalnie ocenić gdzie jesteś i dokąd zmierzasz? Czy to instynkt samozachowawczy ci podpowiada kierunek, nakazuje ci iść tam, (chyba) do przodu, zamiast uklęknąć i poddać się? Nadaje sens w sytuacji bez sensu, pokazuje jakieś wyjście z sytuacji bez wyjścia?
No i jednak. Kończy się zalane pole kamiennych prostopadłościanów. Docierasz do przeciwległego końca tej podziemnej hali. Przed tobą, na prawo, na lewo wyrasta pionowa, sucha, niemal płaska ściana skalna. Znowu nie wzrokiem, ale czuciem, słuchem, węchem namierzasz jedno, drugie, trzecie wąskie wejście gdzieś dalej, w głąb ściany.
U jej podnóża ciągnie się na szerokość trzech stóp chodniczek, tak wąziutki, że łatwo go nawet nie zauważyć. A co dopiero nim iść. Robisz jednak tędy kilka kroków w prawo. Zagłębiasz się w pierwsze wejście. Po chwili wracasz. Nie, tędy nie. Dlaczego? Gdy stoisz przed tą ścianą kończącą skalną halę, słyszysz jakby za tą ścianą ów podziemny wodospad. Przez szum spadającej wody przebija się chyba czyjś głos. Może to głos dziecka? Nie wiadomo, ale „tam” coś jeszcze jest. A może nawet coś i ktoś? Czy to cię tak ciągnie ku sobie, czy chcesz, pragniesz jeszcze czegoś nowego, tajemniczego, spotkania z kimś nieznanym, przybyłym ze świata wyobraźni?
Pierwszy korytarz, ten do którego prowadzi pierwsze wejście, był suchy, cichy. Odgłosów w nim nie było i wiódł w górę. Do wyjścia, ku codzienności normalnego świata, który właśnie opuściliśmy i do którego nie chcesz teraz jeszcze wracać.
Zatem nie wracasz do swojego dnia, wracasz na środek chodniczka wzdłuż skalnej ściany. Próbujesz kolejnego wejścia, tego o kilka kroków w lewo. I – niestety to samo. Gubisz w nim odgłosy, korytarz wydaje się krótki, wąski, ale nie przytłaczający. Proste, równe i bezpieczne schody prowadzą do góry. Gdzieś na końcu prześwituje słońce. Niemal widzisz ten tłum milczących teraz ludzi. Spoceni pod pachami, z odciskami plastikowych obręczy uchwytów toreb na dłoniach, z zaciśniętymi ustami. Mężczyzna nie mówi miłych słów do kobiety. Oczy ma zwężone, pełne złości. Kobieta idąca przed nim ucieka od tego wzroku. Sama niesie w swoich oczach rozczarowanie. Druga, gdzieś obok niej kryje w oczach tylko zmęczenie. Nie ma już w nich miejsca nawet na złe uczucia, na niespełnienie.
Z innego mężczyzny emanuje to, że pogodził się już z „tym wszystkim”. Widać jego wypalenie. To było niegdyś buchające snopem iskier ognisko, wulkan pomysłów na niezwykłe przygody. Troje wrzeszczących dzieciaków podąża za nim krok w krok. Przewodnik turystyczny bez skutku mozoli się, aby je czymkolwiek zainteresować. Patrzy z prośbą w stronę kobiety, ale ta ucieka wzrokiem (i myślami) gdzieś daleko, hen. Może do spokojnego pokoiku w rybackiej chacie, gdzie ponad prostym łóżkiem i małą komódką roją się nadzieje, miłość i pragnienia? Gdy się ocknie, poznać po niej, że „to” wie. „To”, że w klimatyzowanym hotelu, między telewizorem a automatem do wody sodowej już nic się nie roi. Może poza zmęczeniem… Tak, ten zmęczony, milczący tłum na placu przed starożytną świątynią, któremu nie pomoże już żadna modlitwa, do jakiegokolwiek, umarłego wraz z tą świątynią boga.
Ale przecież tego landszaftu nie widać z dna skalnej hali pod ziemią. To była tylko wyobraźnia. Jakaś tania makatka, podłego asortymentu. Jej autor nie utkał twórczej wizji, nie przekazał nic odkrywczego. Wyszedł mu nudny moralitet, z postaciami sztampowymi i bez wyrazu. Nachalna scholastyka, bez blasku i polotu. To nikogo nie porwie, nie zachęci do żadnych zmian. Porwać jedynie można kartkę, na której by to wszystko ktoś zapisał. Porwać z bezsilności, z nudów.
Czy obywatelka to zapisuje?

– Ja?

– Istotnie. Będzie mogła to obywatelka potem porwać. Te zapisane przez obywatelkę kartki.

– Przestańcie z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę, co to znaczy…!?

– Czy zapisuje to pani, drogi człowieku? I będzie chciała pani jednak sobie to poprzedzierać?

– Coś niecoś tam sobie zapisuję. Tak, troszeczkę bazgrolę… Ale! Proszę już mówić dalej… A ja, dlaczego miałabym to rwać…? To jest bardzo ciekawe.

– Czy naprawdę? Patrząc na panią, drogi człowieku, można odnosić przeciwne wrażenie.

– Tak. Naprawdę?

– Nie ma też żadnego blasku tam na górze. Są schody, które przyprawiają cię o wymioty, gdy pomyślisz o powrocie. Nie, cofasz się do hali, na twój chodniczek. Tu, gdzie tak wyraźnie słyszysz za ścianą wodospad i głos szczęśliwego dziecka. Skąd te tajemnicze odgłosy, którędy do nich dojść? Jak trafić?
I rozglądasz się, choć w tych ciemnościach tak naprawdę nic nie widać. A jak udało się tu dostać? Aż tutaj, do kresu. Do kresu, a może na granicę tajemnicy, za którą jest nowy początek a nie kres? I najpierw ten dziwny, klaustrofobiczny, kręty, prowadzący w dół, do piekieł korytarz. Gdy każdy kolejny krok w dół, to był kolejny stopień niepokoju, strachu. Gdy coś powstrzymywało przed zawróceniem, chociaż narastała panika, że to coś prowadzi ku zagładzie i jest nieodwracalne. A potem ten lekki oddech, fala jakiegoś uspokojenia – przestronna hala, oczyszczająca, bezpieczna. Bo przecież ta płytka i stojąca woda, w której można umyć nogi, zanurzyć dla odpoczynku strudzone stopy… I nagle uświadomienie sobie, że to zbyt łatwe, zbyt piękne, ta woda. Bo to pewnie trucizna. Albo jakieś bakterie, węże, pijawki. I było to nagłe hop, na te porozrzucane kamienne bloki. Bo przecież nie leżą tu przypadkowo. Bo są po to, aby z nich skorzystał ten, który chce przejść na drugą stronę. Do raju jakiegoś szczęśliwego zakończenia, które przecież musiało być po drugiej stronie. Tylko ono nadaje sens całej tej scenerii, sekwencji zdarzeń, wyjściu ze świata i wejściu w ten podziemny mrok. Bo bez niego… po co to wszystko? Nie, nie…
Ta cała wyobraźnia… Bo tak było jeszcze wtedy, tam… W uszach słychać syk wodnych węży, których tam nie ma. I szum wirów, które czekają na to, że wessą nierozważnie zanurzoną w wodzie stopę, a których naprawdę nie ma i nigdy nie było. A te kamienne bloki, no, bo który z nich okaże się zdradziecki, który z nich jest tylko pułapką, zapadnią? Po nastąpieniu na niego, but się przyklei, a ten który na nim stanął, zostanie wessany w głąb wody, w jakąś większą otchłań i w niej na wieki uwięziony.
A teraz… Bo, skoro udało się uniknąć tych niebezpieczeństw, to jedynym sensem jest nagroda. Jaka? A to elizjum za ścianą? A rajski wodospad i kontakt ze szczęśliwym, szczebioczącym dzieckiem. I kim ono się okaże? Młodym bogiem, demiurgiem, tobą po reinkarnacji, darem dla ciebie?
A trzeba zanurzyć się w tę bryzę i poczuć na skórze odbite od skały krople wody. Trzeba dotknąć dziecka, spojrzeć na nie, porozmawiać. I wyjaśnić. Co wyjaśnić?
Ale najpierw trzeba tam dojść. Najpierw trzeba odnaleźć właściwą drogę. Bo ile jeszcze będzie tych ślepych korytarzy? Ślepych, to znaczy prowadzących do wyjścia, czyli z powrotem do świata, do dnia, który – tak by się chciało – aby już nie wrócił. Albo żeby wrócił, ale jak najpóźniej, dopiero na końcu. Czyli po czym? Co jest za tym korytarzem, jeszcze następnym po lewej? Za ścianą?
I tym razem szczęście dopisuje. Przynajmniej częściowo.
Bo korytarz huczy echem wodospadu i nagle, po pięciu krokach urywa się. I otwiera się jeszcze większa przestrzeń, nieskończona. Tyle tylko, że jej dno rozpościera się kilkanaście metrów niżej od twoich stóp.
A przed tobą pionowa ściana w dół. I nic, żadnych stopni, uchwytów czy lin. A tylko w połowie wysokości, pod tobą, ze ściany wypływa obficie źródło i spienioną kaskadą opada w wirujące, kłębiące się wodne szaleństwo. Czyżby tu był koniec, taki kres przypisany jest twej drodze? A gdzie obiecana nagroda, gdzie dziecko, które obiecywało nowe życie? Ten bóg w wieku dziecięcym, przebrany demiurg, twoja reinkarnacja?
Ale jest i ono. Bo oto w oddali, gdzieś po środku tej przestrzeni w dole, pieniąca się woda obmywa wyspę złotego piasku. Takiego jaki sypie się na budowie, dla wypełnienia betonowych obramowań fundamentów. I na jakim kładzie się belki stropowe nie podpiwniczonego parteru budynku. A nad wyspą, sklepienie z odbijających iskry światła kryształków „czegoś tam”. Tylko skąd to światło, nie wiadomo? Bo wyspa wyłania się z mroku a na jej środku bawi się, niczym w piaskownicy, dziesięcio – gdzieś – letni chłopiec. I nie jest zupełnie widno, jest taki ćwierćmrok, wystarczający dla utrzymania klimatu i jednocześnie – rozróżniania szczegółów…
A chłopiec bawi się. I trudno jest dostrzec tak z góry, jakie zabawki ma wokół siebie. A na skraju kręgu tego przytłumionego światła, na skraju świata wykreowanego na potrzeby zabawy, widać jest jeszcze tylko porzucony, brązowy tornister.
I nagły plusk wyrywa cię z tego zapatrzenia. A plusk dochodzi z dołu, stamtąd gdzie spadająca woda niknie w wirach podziemnego jeziora. I tam właśnie kołysze się na falach szeroka łódź. Pusta. Ławki w poprzek, czekają na tego kto weźmie w ręce martwo zwisające wiosła i popłynie w kierunku złotej wyspy. I nic, tylko skorzystać, wsiadać, wziąć w dłonie wiosło i pokierować łódką w stronę szczęścia.
Tylko jak się do niej dostać? Skoczyć? Podjąć takie ryzyko? To musiała by być już skrajna determinacja. Łódka, bądź co bądź, nieduża, jak w nią trafić? A obok woda, kłębiącą się woda, może bardzo głęboka? A może bardzo płytka, ale za to dno najeżone skałami? Skrajna determinacja? Skrajna? A może odwaga? Odwaga sięgania po coś. Odwaga uczynienia następnego kroku, zamiast ciągłego grzęźnięcia w stagnacji. Tylko, czy to nie pułapka? Pułapka nadziei? No cóż, aby się przekonać, trzeba po prostu zrobić ten jeden krok przed siebie i skoczyć. A wtedy okaże się, czy było warto…?

Jeszcze raz ten sam poniedziałek, po krótkiej przerwie na obiad.

– …wyspa między ulicą Łużycką, a tą niedokończoną ulicą Waszkiewicza. Półmroczna grota pośrodku osiedla Łużyckiego. Tu gdzie zawsze zatrzymuje się piątoklasista Januszek w drodze ze szkoły do swojego domu w bloku. Gdzie żółta łacha budowlanego piachu jest sceną dla małego demiurga. Na której to scenie kreuje on nowe, przyszłe sytuacje…
Jednak ktoś podążył tu za nim.

– Ktoś… Na pewno? A któż to taki mógłby być? Czy pani będzie w stanie go rozpoznać?

– Ktoś… Ten ktoś… taki, zatem, ktoś….

– Takie stawianie sprawy nie stanowi rozwiązania dylematu przed którym pani stanęła.

– Zatem człowiek. Grotołaz.

– Grotołaz? Drogi człowieku, pani raczy sobie żartować… Ha, ha, ha…

– Nie, zatem nie grotołaz?

– Człowiek. Prawdziwy człowiek i przy tym zostańmy, obywatelko.

– Dobrze. Człowiek. Jednak jest już tak blisko, że może się kryć za którymś z filarów z betonu. I z mroku go podglądać. Czy nie szkoda, że nie posłuchał tych, którzy mu radzili aby się pilnował… Nie oczekuję odpowiedzi. Tu jest natomiast, proszę, o, dla pana kartka i długopis…

– A nie ma obywatelka pióra, takiego wiecznego pióra? Tak bardzo lubię pisać wiecznym piórem…

– Nie wiem, czy powinnam? Mam tylko swoje, pamiątkowe… Pióra się nie pożycza, przesąd taki… Ale, dobrze, proszę… Chcę, aby pan mi to napisał. Nie opowiadał, ale jednak napisał.

Płowowłosy chłopiec ma unurzane gołe kolanka w piachu. Bo piasek na wierzchu jest suchy, ale głębiej zachował skądś wilgoć. I teraz oblepia nagą skórę dziesięciolatka, gdy ten tylko zanurzy kolana, łydki, kostki wystające z krótkich spodenek głębiej w sypkim podłożu na którym klęczy. A klęczy, podnosi się, znów opada. I staje, obchodzi coś, schyla się, poprawia. I coś podśpiewuje, mruczy, pokrzykuje. A lepki, wilgotny piasek oblepia mu małe kolanka, zasycha i tak zaschnięty na nich pozostaje. I nie możesz się oderwać od tego widoku.
I patrzysz na zabawę chłopca, widzisz co szykuje ów demiurg – młody bóg. I wiesz, co cię czeka, gdy dostaniesz następną szansę, w tamtym wcieleniu i zaczynasz odczuwać niepokój. Strach. I boisz się. I wyciągasz wilgotne, spocone dłonie i za chwilę całkiem wyprostowane ręce trzymasz przed sobą. A choć cały trzęsiesz się z emocji, nie obejmujesz tego filara, za którym się kryjesz. Bo dotykasz go tylko czołem i czujesz jak spływają ci po twarzy krople potu. I opuszczasz ręce wzdłuż tułowia, a dłońmi dotykasz szwów swoich spodni. I jeszcze drżą, jeszcze drżysz ty cały. Ale już chłód idący od betonowego słupa powoli przenika twoje ciało…
…a tymczasem na wyspie demiurg wyrysował w piachu długie, idące szerokim łukiem przez całą jej powierzchnię, dwie równoległe linie. I w poprzek tych linii ułożył co kilka centymetrów krótkie, podłużne ścinki betonu. A przyniósł je spod tych betonowych słupów, które jeszcze schły po ich wylaniu. Bo spomiędzy desek szalunku wypływa zawsze nadmiar betonu, układając się na ich zewnętrznej powierzchni w płaskie paski. I po zaschnięciu można je sobie odrywać i przy zachowaniu odpowiedniej ostrożności, przenieść na środek groty i takie, nie połamane dłuższe wstęgi ułożyć na piasku w poprzek dwóch równoległych linii wyrysowanych czubkiem buta…
A potem demiurg przyniósł grube, frezowane pręty zbrojeniowe i kładąc je na tych ścinkach betonu, ale wzdłuż wyrysowanych linii, ułożył coś, co absolutnie nic ci nie mówi. Ale on sam wiedział, co robi, jego wyobraźnia kierowała nim konsekwentnie i bez zbędnego zastanawiania się…
A chłopiec wstaje znad ułożonej płasko na piasku konstrukcji, obciera o spodenki zupełnie czyste rączki i rozgląda się. I gdzieś obok wyłuskuje wzrokiem z półmroku to, czego potrzebuje. I odchodzi, bierze w dłonie, przynosi. Odchodzi jeszcze raz i jeszcze raz, wracając za każdym razem z pełnymi rączkami. A robi to bez trudu i z zadowoleniem, uśmiecha się. Ale w końcu odchodzi kawałek dalej, obejmuje rączkami znacznie większy przedmiot, którego nie może tak z marszu, na stojąco nie tylko podnieść, ale nawet ruszyć. I pochylony rozszerza nóżki, zapiera się i postękując bierze to oburącz, opierając ciężar na obu ramionkach. Z trudem podnosi, obraca się w kierunku wyspy i małymi krokami, na zgiętych w kolankach nóżkach, przyciskając ciężar do klatki piersiowej, człapie do celu. Sapie. I kładzie na miejscu, które od samego początku sobie obrał. Wzdycha, łapie głębszy oddech. I patrzy w dół, pod nóżki. Obchodzi wokoło. A na idących łukiem prętach leżą ułożone jedna za drugą, krótszymi krawędziami do siebie, białe cegły. I na początku ich ciągu jest ten tak ciężki, dużo od nich większy, ciemny blok betonu komórkowego.
I nadal nic nie rozumiesz. O co w tym chodzi? I robi ci się żal wymęczonego chłopca.
– Cholera – wyrywa ci się tylko na moment. Bo szybko zakrywasz sobie usta, ale i tak, o mało nie wychodzisz do niego ze swojego ukrycia.
– Ciuch, ciuch, ciuch!
I coś ci zaczyna świtać w głowie. A tymczasem młody bóg, rozkraczony na wyspie piasku… –
…- stanął ponad wykreowanym przez siebie światem… I wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. Ale chyba tylko on wiedział, dlaczego? A ty nie zrozumiałeś, z czego było się tu cieszyć?
– Ciuch! Uuuu…!
Na piasku coś się dzieje. A dźwiękom wydawanym przez chłopca towarzyszą jakieś zdarzenia, którymi steruje on przy pomocy rączek i nóg. Teraz bierze jakieś patyki. I patyki w jego dłoniach ożywają. Ten patyk nie, tamten nie, ale ten, o ten, tak. I patyk kierowany małą dłonią idzie, nie, podbiega do ostatniej w ciągu białej cegły.
– Ciuch, ciuch, ciuch! Uuuu…
A patyk jest krótki i cienki, gdyby miał imitować człowieka, byłby to zapewne niewysoki chłopiec. Bo rozpościera jeszcze dwie, cieńsze gałązki, wychodzące z głównego malutkiego konara. I jedna gałązka w lewo, druga – w prawo, nieco nierówno, ale prawie, prawie, niczym… dwie rozpostarte na boki ludzkie ręce… I patyk łapie gałązkami–rączkami tylną ściankę ostatniej cegłówki.
– Uuuu…
A ciąg cegłówek, ciągnięty przez większy od nich blok betonu odjeżdża. Tak to wygląda przynajmniej, patrząc na gesty chłopca–demiurga. Ale, co to? Gałązka–chłopiec leży na ostatniej cegłówce, a Januszek teraz stoi nad tym większym blokiem betonu. A w ręku ma gruby konar. I ten gruby konar…
– Ho, ho, ho!
Tak! Patrzy znad dużego, ciemnego bloku betonu na ciąg białych cegieł z tyłu, za nim, i… grozi, krzyczy na gałązkę–chłopca…
– Co ty tam robisz?! Chcesz spaść, połamać się! – piskliwie „pohukuje” Januszek.
I nagle robi ci się niedobrze. Bo zaczynasz rozumieć.
Nie, tego nie da się zrozumieć. Czy ten mały gnój cię jednak widzi, ale jak, kiedy? Nie, to niemożliwe.
– Ho, ho, ho! Zmiataj stąd, no szybko! W try miga cię tu nie ma! Za długo masz nogi przy dupie? Chcesz żeby ci je koła obcięły…?
A kto to woła? Ten mały Januszek, swoim piskliwym głosikiem, czy… Czy on wie? Czy on się domyśla – to nie może być. Ktoś mu powiedział, nastawił go, pouczył, co i jak i dokładnie wszystko opracował przeciwko tobie… Czyli to jednak jest pułapka… A ten zasrany gnój, tak ci się odpłaca. I czujesz ukłucie gdzieś w boku. I z żołądka cofa ci się coś do przełyku, zaraz zwymiotujesz.
I udaje ci się to przemóc. Ale teraz coś cię ciśnie w skronie, masz zawroty głowy, na moment odpływasz, wszystko wokół kręci się jak na karuzeli… A taki miły zasraniec… I motylki w brzuchu.
A wagony z cegłówek jadą dalej po szynach z drutu zbrojeniowego. Blok betonu – parowóz wydaje ustami Januszka dźwięki buchającej pary. A konar-maszynista przegania w końcu chłopca–gałązkę. I chłopiec zostawia skład pociągu samemu sobie i na końcu łuku usypuje teraz, po obu stronach torów, dwie piaszczyste skarpy. I łączy je na górze gałązkami, które układa ściśle jedną przy drugiej i też posypuje je piaskiem. Z tornistra wyciąga mały, plastikowy model ciężarówki marki „Star”. I delikatnie ustawia na przysypanych piaskiem gałązkach, ponad torem kolejowym. Bo parowóz pociągnie teraz za sobą wagony, wjeżdżając łukiem w głęboki jar i za chwilę przejedzie pod wiaduktem.

Środa, od samego rana, ok. godz. 9

– Tak, faktycznie, to tutaj starsi od Januszka chłopcy z osiedla Łużyckiego, z ulicy Waszkiewicza i II Armii robią te swoje głupie zabawy.

– Skąd pan o tym wie? Bywa pan przy tych zabawach?

– Czy obywatelka nie ma już tego wszystkiego zapisanego? Od tych różnych ludzi… Po co obywatelka zadaje takie pytanie?

– Bo może chcę to wiedzieć od pana. Jakie to są zabawy? I skąd u pana taka wiedza o nich?

– A, bo pracowałem wtedy jeszcze w służbie ochrony kolei. Na węźle Zielona Góra, jako patrolujący. Głównie zielonogórski dworzec, od strony dyscypliny pasażerów – bo pani to nawet nie wie, co cywile potrafią robić na dworcu, nie tylko w gmachu. Na peronach i w wagonach… A już szczególnie w dni wypłaty, ci dojeżdżający do roboty, po trasie z Gubina, od Krosna znaczy się, albo po trasie na Nową Sól, Bytom. I co z tego, że w „Warsie” na dworcu zakazują piwa, jak pierwsza pijalnia jest zaraz naprzeciwko, przy Placu Kolejarza…
Ale chadzałem też na złodzieja, pod parowozownię, na tory manewrowe i odstawcze, numer osiem i dwanaście, bo tam stoją towarowe, czekając na rozładunek, albo osobowe do sprzątania, po zjechaniu z trasy.
A przez całą Zieloną Górę prowadzą też tory, które idą donikąd. Bo kiedyś, jeszcze za Niemca, była to linia do Szprotawy. Ale po wojnie ruscy ją rozebrali i teraz kończy się gdzieś w lesie, pod Jędrzychowem.
I choć pociąg już dalej nie jedzie, to nadal dostarczają tędy wszystko do kilku fabryk. A najwięcej jeździ węgla, do składu na Węglowej, do „mebli”, do „wełny”. I spirytus wożą do „monopolu” i są wagony do browaru, do winiarni, na tartak i na składy WZGS-u…
Czy to co mówię, jest dla pani nudne, tak?

– Nie, nie. Bynajmniej nie dla mnie. Chyba, że pan sam tak uważa?

– Czy co ja uważam?

– Ta praca, dostarczanie towarów do fabryk, nudziła pana? Nie to pan chciał robić w życiu?

– Ja nie pakowałem na wagony, ja goniłem złodziejstwo i pijaków, łobuzów. Czy obywatelka wie, ile jest wszędzie tego kurewstwa, wszędzie! Jaki tu wokół jest burdel do posprzątania? Pewnie nawet obywatelka nie wie…

– Przestańmy z tą „obywatelką”! Panie Olku, proszę…

– Nie mogę… Coś mnie zmusza… Jak pani pyta o TE rzeczy, o TEGO chłopca…

– Jednak coś możemy zrobić z tym strachem? Bo to chyba tak ze strachu, prawda…?

– Coś mi się tak przestawia w głowie. Może gdyby bez TYCH rzeczy… Ja mogę tyle ludziom powiedzieć. Niedługo, już niedługo przyjdzie ta chwila, gdy TO się zdarzy… I ja to wiem…. Ten chłopiec, jego Matka i moja praca… Nie mówmy już o tym…

– No, niestety, musimy… A zatem, drogi Olku, robił pan porządek? Sprzątał pan świat.

– Sprzątałem? Czy ja sprzątałem świat?

– Tak. To chyba ważne zajęcie? A jak w tym nieporządku pojawili się ci chłopcy?

– Czy pani, taka wielka dama, pyta o chłopaczków? O małych chłopców? Na co to pani?

– Chodzi mi o tych z osiedla, na torach. Chyba nie byli aż tak bardzo mali? Czy byli może wśród nich koledzy Januszka…?

– Bo to było tak, że dwa razy na dobę, na manewrowej spinano składy na tę wewnętrzną linię. Na teren samej Zielonej znaczy się. I potem dwa razy na dzień szedł skład kilku wagonów, a „Amerykanka” była wczepiona tak po środku. Z raz w tygodniu, składy były dłuższe i wtedy „Amerykanka” szła nie, jak zwykle, między wagonami, ale z przodu, a od tyłu pchał jeszcze dodatkowo jakiś maluch. Albo i druga „Amerykanka”, o ile tylko była wolna pod ręką.
„Amerykanka”, czy pani wie co to takiego? Bo to parowóz, Tr203 – 358.
A w jarze od Krośnieńskiej, a potem to przy Waszkiewicza oraz tam dalej, zwłaszcza tam dalej, przy Kukułczej i między Strzelecką a Sienkiewicza, jest mocno pod górę, a tory idą pod drzewami. I jak jesienią spadły liście na szyny, to leżały, aż przeleżały do wiosny i parowóz potrafił się na nich ślizgać i nie wepchnąć wagonów pod taką górkę. A po deszczach są do tego jeszcze nanosy na przejazdach przez ulice, na Kraszewskiego, przed Polską Wełną… I przy Ogrodowej… I wtedy tam jest najgorzej… Tak, jesienią i wiosną, to już bardzo często szły po dwa parowozy. Z tyłu albo z przodu albo jeden na jednym końcu a drugi na drugim. I wtedy też było najbardziej niebezpiecznie, bo maszyniści z obu lokomotyw nie mieli żadnego kontaktu między sobą. A przecież ten drugi musiał ciągnąć skład od przodu, ślizgając się po tych liściach i na nanosach, aby wspierać tego pierwszego, który by sam nie dał rady wepchnąć ślizgającego się składu. Tak, znacznie łatwiej było wtedy, gdy dwa szły razem i pchały od tyłu, albo oba ciągnęły pod przodu.
I podobnie było po każdych roztopach. Co tylko mróz ulżył, od późnej jesieni, przez zimę, aż do początku wiosny…
Czy mógłbym opowiedzieć jeszcze o spinaniu?
A to było tak. Pociągi z tymi wagonami, które przyszły na stację do Zielonej Góry, ale nie do rozładunku na miejscu, tylko u odbiorców, tych co mają własne bocznice, to dawano je na tor szesnasty. A potem na manewrowej, tam przy Traugutta, wypinano wagony według miejsca docelowego, czyli konkretnego zakładu w mieście. I te które przyszły późno, pod koniec dnia lub wieczorem, zaczynano spinać od czwartej w nocy, ale tak, żeby te do tartaku czy WZGS-u były przed parowozem, na samym przedzie, czyli najdalej od środka składu, od tej „Amerykanki”. A potem, już za parowozem, w kolejności szedł browar, „wełna”, „meble” i tak dalej.
I zawsze było tak, że wagon do najdalszego, ostatniego zakładu był od czoła składu. A „Amerykanka”, która jechała w środku, pchała przed sobą te wagony, najpierw wjeżdżając powiedzmy do tartaku, położonego na samym końcu trasy, już pod Jędrzychowem. I dzięki takiemu układowi, gdy pociąg wjechał na teren placu z drewnem, odczepialiśmy z samego przodu wagon przeznaczony dla tartaku a „Amerykanka” mogła teraz wypchać resztę składu w drugą stronę, z powrotem torem szlakowym, ku miastu. I na tym powrocie pociąg najpierw zajeżdżał do WZGS-u, gdzie zostawialiśmy kolejny wagon sprzed parowozu. A potem – do kolejnych odbiorców, do browaru, „wełny”, „mebli”, u których na ich bocznicach odczepiano następne wagony. I teraz, to z tego drugiego końca, bo po obsłużeniu WZGS-u, przed „Amerykanką” nie było już przecież niczego..
A puste wagony doczepiano do składu powrotnego w odwrotnej kolejności. Czasem przed „angielką” przy browarze, te wagony z tyłu parowozu zostawialiśmy na płozach i dopiero na powrocie z WZGS-u lub tartaku zabieraliśmy je dalej, samym parowozem.
A bywało też, że lokomotywa szła normalnie, czyli z przodu. I było to tylko wtedy, gdy wagony szły jedynie do browaru, „mebli” lub „wełny” i nigdzie indziej. No i po tym też można było poznać, dokąd tego dnia jechał skład. Bo jak parowóz ciągnął wagony za sobą, to był to pociąg do browaru, fabryki mebli i „Polskiej Wełny”.
A skład spinany od czwartej w nocy, szedł na trasę około siódmej rano.
A gdzieś między jedenastą w południe a pierwszą wracały z powrotem puste wagony z wczoraj. I w te dni, kiedy jeździły po dwa pociągi na dzień, powtarzało się to późnym popołudniem, tak aby na dziewiętnastą wrócić na wieczorne wyposażenie parowozu.
No i tu się pojawiała ta cała gówniażeria. Bo robili sobie zabawy, nie zważając w ogóle na niebezpieczeństwo.

– Na czym te niebezpieczne zabawy polegały?

– Bo to czepiali się skrajnego wagonu, ostatniego albo pierwszego. A było to zależne od tego, gdzie był parowóz. I podjeżdżali po kawałku, aż kto ich nie pogonił. I zawody takie sobie robili, kto wskoczy, przytrzyma się i dłużej nie spadnie. Albo kto wskoczy z jak najkrótszego rozbiegu, a nawet próbowali wskakiwać z miejsca.
A wyciągali też i płozy, gdy zostawialiśmy wagony, aby wziąć je później, po odstawieniu wagonów do tartaku czy WZGS-ie na górze lub do „budowlanki” czy na „węglarni” na dole.
Czy było to niebezpieczne? A było. A zresztą obsłudze składu nie brakło i innych kłopotów. Bo zdarzały się wypadki, gdy wagony się wyczepiały i wyczepione staczały się same w dół, wzdłuż torów. Bo parowozy się ślizgały, bo nie mogły pociągnąć w górę… I bywały problemy na przejazdach, bo pod pociąg wjeżdżali kierowcy samochodów lub były duże nanosy. No, a tu na dodatek ci gówniarze, czepiali się wagonów, podrzucali monety na szyny i inne jakieś blachy, aby pociąg po nich przejechał… I wyciągali te płozy, o których już mówiłem…
A tak było głównie przy tych nowych osiedlach, bo to byli gówniarze z bloków przy Waszkiewicza, z Sucharskiego, Jóźwiaka, Jaskółczej i okolic Ogrodowej.

– I pan ich gonił?

– A jakże! Bo obsługa składów, maszynista i manewrowi, ci co to wyskakiwali na ulice, aby wstrzymać ruch na przejeździe, nie dawali sobie z nimi rady. Bali się ich. Czy znaleźli jakieś rozwiązanie? Znaleźli! Poszukali sobie kogoś odważnego. I koniec końców poprosili nas, patrole Służb Ochrony, byśmy co pewien czas pojechali z nimi składem i pogonili gówniarzy.

– I co, pogonił ich pan?

– A oczywiście! I nie tylko pogoniłem, ale i złapałem też paru tych obwiesiów.

– A jak to się odbywało?

– A jak miało się niby odbywać?

– Co wtedy pan czuł?

– Nie rozumiem…

– Proszę opowiedzieć, co pan czuł tak ich goniąc? A jak ich pan złapał? Było panu jakoś lepiej, jak to pan zapamiętał? Poznał, może, pan bliżej któregoś z tych gówniarzy?

– Łobuzów?

– Łobuzów. Tak, oczywiście, że łobuzów, panie Olku…

Ciąg dalszy w następny piątek

Frauenblick: Prag 6

Monika Wrzosek-Müller

Prag immer wieder und noch immer!

Die Wege zu manchen Parks in Prag werden sich in mein Gedächtnis einprägen: mit der roten 18 oder der kurzen 2 nach Letna, mit der alten 22 nach Petrin und mit der meist modernen 20 nach Divoka Sarka, mit der 17 zur Stromovka oder in die anderen Richtung nach Visehrad, allesamt Straßenbahnlinien. Unterwegs ein Meer von soliden alten Bürgerhäusern mit differenzierten, sehr verschiedenen Fassaden, meistens in gutem Zustand, in allen Architekturstilen. Ab und zu ragen wunderschöne Türme, Kuppeln, Dächer von Klöstern, Kirchen, Theatern auf. Die Zahl der Theater ist unendlich; fast jedes Viertel hat nicht nur eins, meistens sind es mindestens zwei; eines für das tschechische Publikum das andere (früher) für das deutsche, und manchmal sogar für das jüdische und sie heißen nicht Theater, wie in fast allen europäischen Sprachen, sondern divadlo (was in der slawischen Sprache leicht zu erklären ist: dziwować się, patrzeć: sich wundern, schauen). Das mit der großen Zahl gilt auch für die Friedhöfe; Friedhofsmauern und -tore laufen an vielen Straßen entlang, manche bilden nur noch Oasen des Grüns und werden nicht mehr genutzt, es sei denn zum Verweilen und Ausruhen, manche sind inzwischen Teil von Museen. Die Fassaden der Kirchen, oft in die Fluchtlinie der Straße eingegliedert, doch mit bewegten, wellenförmigen Ornamenten sind eine gute Unterbrechung, damit das Auge wieder konzentriert betrachten kann. Es gibt auch enorm viele Denkmäler, neben den alten bronzenen menschlichen Gestalten zu Pferd oder auch sitzend, auf einem Sockel stehend, kommen neuere Skulpturen auf kleinen Plätzen, neben einem Gebäude, vor einer Kirche; sie signalisieren meistens: wir denken noch daran, immer, immer wieder. So zum Beispiel das Denkmal für die Opfer des Kommunismus; aber auch so viele ganz moderne Skulpturen im weitesten Sinne (wie die von Cerny) habe ich bis jetzt in keiner anderen Stadt gesehen. Es gibt sogar ein Lapidarium, in dem alle nicht mehr aufgestellten Skulpturen und Denkmäler versammelt und aufbewahrt sind. Ja, eine Stadt, die über so viele Jahrhunderte kontinuierlich gewachsen ist und das meiste erhalten und gepflegt hat, gibt es in Europa mit allen seinen Kriegen wirklich selten.

In dieser Stadt laufe ich jeden Tag herum, betrachte Fassaden, Denkmäler, Straßen und grübele, wie das Leben wohl früher hier aussah. Das ist ganz nah und greifbar und eigentlich leicht vorstellbar, doch vieles oder auf jeden Fall einiges ist auch auf ewig verschwunden. Das ganze jüdische Leben ist zum Beispiel zu einem musealen Komplex in Josefov-Viertel geworden, in Corona-Zeiten regt sich da nichts mehr. Die hier lebenden Juden wurden mehrmals auch in früheren Zeiten vertrieben, von Maria Theresia 1744, später durften sie ihr Handwerk oder ihren Beruf ausüben, doch kein Eigentum erwerben. Nach 1849 wurde das Ghetto allmählich aufgelöst und wegen des schlechten Zustandes und mangelnder Hygiene aufgrund der Assanierungsgesetze von 1893 völlig neu errichtet und später der Stadt als Josefov-Viertel eingegliedert. Nach dem Zweiten Weltkrieg sind nun die alten Bewohner völlig verschwunden, zu denen auch die deutschen Bewohner dieser neu entstandenen prächtigen Bürgerhäuser zählten. Geblieben sind nur die alten Synagogen und der alte Friedhof als museale Objekte; einzig die Jerusalemer Synagoge wird noch für religiöse Zwecke genutzt; die heutige jüdische Gemeinde ist winzig. Fast jeden Morgen schaue ich mir auch vier Stolpersteine, die um die Ecke unserer Wohnung in das schöne Pflaster aus kleinen hellen Granit- und Marmorsteinchen eingelassen sind, sie zeugen von der Abwesenheit.

Mein Kopf geht manchmal in den schmalen, engen Gassen seinen eigenen Weg, verlässt die umgebende Realität. Seit Tagen sitze ich und übersetze Texte für einen Sammelband über die Entwicklung des Regionalismus in Polen. Die Entstehung dieser historischen Teildisziplin ist mir eher schleierhaft, aber manchmal werde ich durch diese Texte mit eigenen Erinnerungen konfrontiert. Einer der Texte handelt von der Herausbildung der Subregion Gorce-Gebirge neben der stark autonomen und folkloristisch interessanten Region Podhale. Da werde ich in die Vergangenheit katapultiert; als Kind fuhr ich nämlich jahrelang in die Gorce-Region: Rabka-Zdrój, Rabka Zaryte, Chabówka etc… das kleine Flüsschen Białka. Meine Großmutter konnte sich nicht in höheren Bergen aufhalten und so wurde die Familie nach Gorce gelenkt. Meist gleich für zwei Monate mieteten meine Eltern eine richtige Bauernhütte; ich erinnere mich an das Entsetzen meiner Oma, als wir das erste Mal in Rabka-Zaryte ankamen und das Häuschen sahen, in dem wir wohnen sollten, ein gemeinsamer Flur sozusagen für Mensch und Tier. Wir sollten auf der einen Seite, die Tiere auf der anderen Seite hausen. Ich erinnere mich an die laut summenden dicken Fliegen, und an den Geruch, um nicht zu sagen den Gestank. Meine Oma kämpfte resolut und mit allen Mitteln mit der Bäuerin und die Tiere wurden verlegt, die beiden Räume, in denen wir wohnen sollten, noch schnell geweißt. Wir blieben die ganzen zwei Monate der Ferien in den Bergen, zuerst mit der Oma, was mich am meisten freute und mir lieb war, dann kam noch meine Lieblingstante dazu, um in das Dorfleben eingeführt zu werden, meine Oma reiste ab, zum Schluss kamen meine Eltern und manchmal auch irgendwelche Freunde mit ihren Kindern. Auf den Fotos aus der Zeit sehe ich wie ein kleiner Junge aus, mit ganz kurzen Haaren und einem komischen Pony, ganz hoch, kurz geschnitten, ich fürchte von der Hand meiner Mutter; neben mir meine Schwester und zwei oder drei andere Kinder, dazu kamen dann auch oft noch die Kinder aus dem Dorf. Für uns waren das immer ganz tolle Ferien, mit verschiedenen Tieren, mit viel Auslauf und Freiheit, mit ganz anderem, fast exotischen Leben; wir lernten Butter schlagen in hohen hölzernen Gefäßen und hatten jede ein eigenes Küken, das mit der Zeit wuchs und später verspeist werden sollte, was aber jedes Mal mit einem Drama endete. Man musste Wasser aus dem Brunnen ziehen und auf einem alten Holz- oder Kohleofen heiß machen, damit man kochen konnte. Später gab es zum Wasserkochen große, kleine und mittlere Tauchsieder. Wir tobten in den Scheunen herum, gingen auf die Wiesen, um auf die Kühe aufzupassen, sammelten Eier, die die Hühner irgendwo auf dem Gelände gelegt hatten. Zum ersten Mal sah ich ganz kleine Küken, die gerade aus dem Ei geschlüpft waren. Nach Warschau kamen wir braungebrannt, gestärkt und meistens voller Läuse zurück. Dass diese Gegend so einen Aufschwung nehmen und zum Touristenmagnet werden würde, hätte ich nie gedacht. Natürlich fuhren wir wegen der guten Luft, der günstigen klimatischen Lage dorthin, aber auch und vor allem weil es da sehr preiswert war.

Mein Vater kam meistens nur für zwei Wochen dazu und nach ein paar Tagen ging er wandern. Er nahm seinen alten, rundlichen Stoffrucksack, mit zwei aufgesetzten Taschen mit ledernen Verschlüssen, und verschwand für zwei, drei Tage; es hieß, er würde den Turbacz besteigen, den höchsten der eigentlich ziemlich niedrigen Berge da. Er kam meistens voll von Erlebnissen aus dem Wald zurück, überwältigt von der Natur und den Ausblicken auf die Tatra-Gipfel; oft, das gab er auch freimütig zu, hatte er sich verlaufen, denn es gab keine vorgezeichneten Routen. Einmal hatte er eine Begegnung mit einem Luchs, der ihn den ganzen Nachmittag verfolgte und sich gegen Abend auf ihn stürzen wollte; und wohl hat er das auch getan, denn mein Vater kam mit Schrammen an Armen und Händen zurück und meine Mutter schimpfte, dass er sich solchen Gefahren aussetzte. Ich jedoch fand es fantastisch und stellte mir immer wieder vor, wie sich das abgespielt haben mochte.

Wir waren ganz in das Dorfleben integriert, spielten in der Scheune im Heu, gingen mit den Kühen auf die Weide, sangen mit den Dorfkindern Lieder; während der Ernte halfen wir, so gut wir konnten, und fuhren abends auf den hohen Heuwagen mit der ganzen müden Mannschaft nach Hause zurück. Wir gingen alle mit Eimern Blaubeeren und Himbeeren pflücken, am Ende des Aufenthalts auch Pilze sammeln. Pilze wuchsen zu Tausenden in der Gegend, man musste sie nicht besonders suchen, manchmal schnitt man sie mit einer Sichel (die Reizker und die Butterpilze), man stolperte über sie und wollte sie irgendwann gar nicht mehr sehen.

Diese Welt, so lese und übersetze ich, ist verschwunden; die Region hat sich herausgemacht, ist touristisch voll erschlossen. Man kann Appartements mieten oder im Hotel wohnen. Natürlich ist es gut, dass es den Menschen dort besser geht, doch ganz viel von dem authentischen Leben, dem aus meiner Erinnerung, ist weg. Eigentlich, denke ich, müsste man auch bestimmte Lebensformen wie die alten Denkmäler konservieren, erhalten, damit wir sehen können, wo wir waren und wohin wir gegangen sind und welche Entwicklungen dabei wirklich positiv waren.

Zurück zu Prag, die Stadt nutzt die Zwangspause und bessert alles aus: die Fassaden, die Straßenbahnschienen, die Trottoirs, die Gärten; auch viele Restaurants renovieren ihre Innen- und Außenräume, auch manche Museen sind mit Gerüsten versehen. Doch eigentlich, so geben auch unsere hiesigen Freunde zu, ist die Stadt jetzt schöner und zugänglicher mit der deutlich reduzierten Zahl an tobenden Menschenmassen; wäre das nicht ein guter Ansatz etwas zu ändern.

Poniemieckie

Auf Deutsch siehe link im 2. Absatz

Ewa Maria Slaska

Pro domo sua

Dostałam już jakiś czas  temu i właściwie od razu przeczytałam książkę Karoliny Kuszyk, Poniemieckie, wydaną przez Wydawnictwo Czarne, ale dopiero teraz przyszedł czas, bym coś tu o niej napisała. Nie jest to powieść, jak się każdy z nas spodziewał, ani autobiograficzna opowieść, lecz zebranie danych na temat tego, co poniemieckie. Książka jest starannie opracowanym kompendium tego, co było poniemieckie. Miasta i wsie, pola, parki, ogrody i domy. Krowy i świnie. Bezpańskie psy i zdziczałe koty. Pomniki, linie kolejowe, mosty. Drzewa. Szpital, ratusz, gazownia, elektrownia. Cmentarz. Meble, obrazy, obrusy. Ubrania, buty, zabawki. Zapachy i kolory.

Ważny temat, dotąd rzadko poruszany, ale jednak wielu z nas już o tym pisało i mówiło. Ja też. Przypomnę więc tu moje bardzo dawne opowiadanie, które wiele lat temu przywołałam też TU na blogu. Napisałam wtedy: Po polsku opowiadanie nazywa się Lalka. Po niemiecku In fremden Schuhen. Obie wersje zostały wielokrotnie opublikowane, a wersja niemiecka była też kilkanaście razy czytana w radio w całych Niemczech. Był czas, że honoraria za opowiadanie o niemieckiej lalce i o tym, jak polska dziewczynka odkrywa niemiecką przeszłość swojego miasta, było moim podstawowym źródłem utrzymania. Kiedyś też czytałyśmy nasze opowiadania we dwie z nieżyjącą już niemiecką pisarką, Ursulą Höntsch, która jako mała dziewczynka ucieka z rodzicami i musi zostawić ukochanego misia. Temat pojawił się też niedawno w filmie wg autobiografii Judith Kerr, Kiedy Hitler ukradł różowego króliczka. Dzieci i ich poniemieckie zabawki, w poniemieckich domach i poniemieckich miastach.

Ewa Maria Slaska

Lalka

Urodziłam się w cztery lata po wojnie. Tylko cztery lata. A przecież wcale nie było to takie proste do pojęcia. Wojna była tak odległa, zatopiona w przeszłości, choć przecież decydowała o życiu tu i teraz. Była. Była zawsze. Ciągła cezura: przed wojną, po wojnie. Po wojnie było lepiej…
Wojna wyznaczała treść filmów, plakatów, książek, przemówień. Chłopcy bawili się w wojnę, biegali po podwórku, strzelali z patyków. Realna materia strachu, nierealna materia zabawy. Nic nie znacząca za dnia, straszliwa w sennym koszmarze. Najdawniejszy zapamiętany sen. Bombardowanie, płonące domy i ulice. Sen w kolorze płomieni. I szary sen. Ustawiczny sen o tym, że trzeba iść tam, gdzie na końcu nieruchome szeregi stoją na placu apelowym. Kolejka nagich postaci przed budynkiem. Ciemność, noc, zimno. Świat bez słońca. Dziecinna wizja wojny, której wciąż trzeba się bać, choć miało się szczęście urodzić cztery lata po jej zakończeniu.
Dopiero w szkole, czytając Gałczyńskiego ‐ kto się dziś bez wstydu przyznaje do czytania Gałczyńskiego, a przecież wszyscy go czytaliśmy ‐ straszne odkrycie, że wojna toczyła się też w pełnym blasku słońca, przy pięknej pogodzie, gdy kwitł wrzos i miedziane żmije wygrzewały się w beżowym piasku wydm. I dwa wyobrażenia o przyszłej wojnie, która nadchodziła nieuchronnie. Trwanie w ciemnej, na głucho zamkniętej piwnicy bez okien lub szukająca samobójstwa twarz pochylona nad piecykiem gazowym. Żydowski los, dobrowolnie wybrany ze wszystkich możliwych modeli przetrwania lub śmierci.

Gdańsk wyszedł z wojny jako morze ruin. Wcale ich nie pamiętam. Wszyscy moi koledzy pisarze z Trójmiasta zachowali jakieś niezwykłe wspomnienia z dzieciństwa, pamiętają zabawy w chowanego w ruinach gotyckich kościołów i niewypały w piaskowych lejach drążących okoliczne lasy. A we mnie nic, tylko kwitnące żółto krzaki janowca, grudki bursztynu na plaży w Mikoszewie i ogród za domem, w którym kwitły irysy i bez, a między dwoma drzewami głogu rozpięta była huśtawka. Tylko bajki Andersena i moje przedsenne marzenia, którymi odpędzałam od siebie strach przed zaśnięciem. Księżniczka motyli, wieszczka lalek, Indianka skacząca konno przez dwumetrową drewnianą palisadę Fortu Last Surprise, Kalipso o pięknych włosach. Dziś, jako dorosły człowiek, nie wiem, dlaczego nie widziałam wokół siebie śladów wojny, której przez całe dzieciństwo tak potwornie się bałam. Tak jak nie widziałam śladów codziennej rzeczywistości politycznej. Rokossowski był dla mnie człowiekiem, który w dzieciństwie pijał herbatę trzymając łyżeczkę w szklance, stąd została mu na zawsze jedna uniesiona demonicznie w górę brew.

Nie miałam pojęcia, że to Rosjanie obrócili Gdańsk w perzynę i wygnali Niemców. Czy mogę dziś twierdzić, że byłam bezmyślną ofiarą komunistycznej propagandy. Nawet tego nie jestem pewna. Chyba raczej tworzyłam sobie swoje własne wyjaśnienia. Byłam kilkakrotnie w Warszawie, a ponieważ wojenne ruiny w Warszawie ‐ te pamiętam znakomicie ‐ nie były tak wstydliwie pomijane, przeciwnie były jakimś masochistycznym świadectwem męstwa, bohaterstwa, patriotyzmu, powodem do chluby i chwały, więc przeniosłam warszawskie wyjaśnienia na gdański grunt. Za ruiny polskich miast byli odpowiedzialni Niemcy. I to wystarczyło.

Kochałam Gdańsk. Kochałam stare, odbudowane uliczki z wąskimi domami o wysokich oknach, z gankami, na które prowadziły niskie płaskie schody z metalową poręczą i ogromną kamienną kulą. Kochałam gotyckie kościoły tak dalece, że nie zauważyłam, iż były tylko ruiną, i mewy nad Motławą. Kochałam jazdy tramwajem nad morze. Uwielbiałam ‐ tak jak tylko małe rozmarzone dziewczynki mogą coś uwielbiać ‐ morze zimą. Szare fale wzburzonego morza rozbijające się z hukiem o nabrzeże, spłukujące piasek plaży w Brzeźnie i podmywające korzenie róż kutnerowych wzdłuż spacerowych alejek. W przenikliwie zimne niedziele trudno było uzmysłowić sobie, że to te same róże, które latem pachniały i odurzająco, i rybnie, tłuszczem do smażenia i piaskiem na gorącej skórze, natartej olejkiem do opalania. W sklepach można było dostać tylko jeden rodzaj olejku, więc cały świat pachniał tak samo. Róże latem były zakurzone i znikały pod wiecznie takimi samymi rozmowami plażowiczów. Zima należała do sfery szarej, była grisaille kolorystycznym i dźwiękowym. Chmury dotykały obwisłymi granatowymi brzuchami szarej powierzchni morza, tłumiąc rozdzierający pisk mew i rybitw.

Pewnej zimy Zatoka Gdańska zamarzła. Popielata pod bezsłonecznym niebem, ujęta w ramy nieba, portu i krwędzi Wysoczyzny Oksywskiej, była jak obraz holenderskiego mistrza. Na matowym, pełnym grud i załomów lodzie widać było daleko, w kierunku Helu maleńkie ludzkie figurki.

Och, moje miasto, pełne wspomnień o koronkach, aksamitach, atłasach, o lokach, w które wpięte były szare perły, o złotych siatkach na włosy i bursztynie, miasto pawany i sarabandy, uliczek zatopionych w srebrnym blasku księżyca i miłości. Być może naprawdę żyłam w wieku XVII i dlatego nie zauważałam ruin, Rosjan, pochodów pierwszomajowych ani czołgów. Myślałam, że w każdym mieście na świecie żyją razem Niemcy, Polacy, Holendrzy, Szkoci, Żydzi, Anglicy, ubierają się w cudowne stroje, połyskujące srebrem i tańczą na balach, podając rękę miłości, która wszystko zwycięża.

Ten świat był mi niedostępny, to prawda, ale nie dlatego, że nie istniał już dawno, bo tego wcale nie wiedziałam, lecz dlatego, że byłam za mała, a do tego brzydka. W moim świecie, jak w opowiadaniach Fitzgeralda, było miejsce tylko dla pięknych, młodych, bogatych, dobrze ubranych dorosłych.

O Rosjanach się nie mówiło. To znaczy politycy ‐ jak sądzę ‐ mówili i to dużo. Ja jednak potrafiłam w nie słyszeć polityki. Tak jak nie słyszałam kazań w kościele. Polityka i religia spływały wokół mnie wielkimi falami, zapewne próbowały mnie, każda na swój sposób, wychować i ukształtować ‐ a ja spałam. Byłam nieprzytomna. A może tylko głupia i niedojrzała. W kościele Serca Jezusowego, tym samym gdzie Günter Grass posadził Oskara Mazeratha na kolanach Matki Boskiej, patrzyłam co niedziela w witraże. Przedstawiały polskich błogosławionych, Andrzeja Bobolę, Stanisława Kostkę, Salomeę. Polskość tego przekazu wzruszała mnie równie mało, co jego religijna wzniosłość. Fascynowała mnie przejrzysta materia szkła, szkarłatne i głęboko błękitne szaty, przez które wyobraźnia przechodziła na drugą stronę, jak przez komin lub studnię. Faktycznie więc ‐ mimo religii co czwartek, mszy co niedziela, mimo plakatów politycznych w przedszkolu i na ulicy ‐ rosłam na istotę zupełnie pozbawioną wiedzy o ideologii. Sterylnie wyjałowiona.

Moja dziecinna odmowa dotyczyła treści przekazu, nie sięgając rytuału. Rytuał religijny był bajkowy, a więc sprawiał mi przyjemność. Boże Narodzenie, Wielkanoc. Nazwy, barwy, dźwięki. Anielskie włosy, białe suknie, kwiaty, lilie… Lilie sprawiły, że stałam się fanatyczną wielbicielką rytuału Bożego Ciała. Gdybym wiedziała już wtedy, że to moja patronka, święta Ewa, średniowieczna zakonnica z Liege, zadbała o to, by w połowie XIII wieku wprowadzić do chrześcijańskiego rytuału święto Bożego Ciała ‐ czy wtedy stałabym się nieco mniejszą poganką? Niemcy przypisują to święto Julianie, ale ja nadal ‐ wbrew historyczno kanonicznej prawdzie ‐ wolę, by to była Ewa. Obie były dziwnymi kobietami. Julianę przyjęto do klasztoru w wieku pięciu lat. Była bystrym dzieckiem, szybko nauczyła się czytać i pisać, również po łacinie, by studiować pisma świętego Augustyna i życie świętego Bernarda z Clairveaux. Miała 16 lat, gdy ujrzała Jezusa i ten nakazał jej uzupełnić chrześcijański rok rytualny o brakujące święto uwielbienia dla Eucharystii. Pokazał jej też symbol ‐ tarczę księżyca wyszczerbioną w jednym miejscu, a szczerba oznaczała właśnie owo brakujące święto. Juliana została przeorką i rozpoczęła długą i uporczywą kampanię o uczczenie osobnym świętem Corpus Dei. Znużone walką władze klasztorne wypędziły Julianę i kilka wiernych jej mniszek, i wtedy na arenie pojawiła się Ewa ‐ samotnica z kościoła świętego Marcina w Liege. Mówi się, że Ewa żyła najpierw jako światowa dama, zanim nie oddała się samotnemu bytowaniu w klauzurze romańskiego kościoła. Juliana wędrowała od klasztoru do klasztoru, głosząc wszędzie chwałę Bożego Ciała, gdy tymczasem Ewa nie ruszyła się z miejsca. Pozostała w Liege i pisywała listy do arcybiskupa i archidiakona prowincji, który, gdy został papieżem Urbanem IV, rzeczywiście ustanowił święto Bożego Ciała. Przekonała go ponoć krew Zbawiciela, która wypłynęła z hostii podanej przez księdza niedowiarka wieśniakom w Bolzano. Krew kapała z hostii na szaty księdza, patenę, marmurowe balaski i haftowane obrusy. Juliana już nie żyła już, ale Ewa nadal toczyła walkę o Boże Ciało. Urban zobaczywszy w swym pałacu w Orvieto procesję krwawiącego Bożego Ciała przypomniał sobie jej nawiedzone listy.
Krew i wizje. Śni mi się, że jestem małą dziewczynką, mam sześć lat i krwawię. Po udach spływają mi najpiew pojedyncze krople, a potem strumienie krwi. Mam sześć lat, nie wiem jeszcze, że istnieje coś, co nazywa się miesiączka. Krew zalewa biały dywan, ściany, korytarz. Wychodzę z pokoju. Czy zostanę ukarana za pokrwawienie podłogi? Sypię kwiaty z koszyczka. Kadzidło, ołtarze na ulicy. Dwie nawiedzone mniszki, które w XIII wieku sprawiły, że teraz idę w procesji z białą lilią na patyku w dłoni, zapatrzona w wizję księżniczki, którą mogłabym być, gdybym nie była mała i brzydka. Niewątpliwie bycie małą i brzydką nie sprzyjało rozumieniu treści religijnych. Mistyka melancholijnej dziewczynki. Niczego nie pojmowałam.

Indoktrynacja polityczna była jeszcze łatwiejsza do odrzucenia, bo nie miała w sobie elementów bajkowych i pięknych przedmiotów. W równym stopniu nie pojmowałam niczego, ale też nawet nie próbowałam brać w tym udziału. Rytuał komunistyczny lat pięćdziesiątych był zbyt słabo zrytualizowany, żeby mnie skusić. To kwestia smaku. Herbert też to zauważył, choć nie był małą dziewczynką. Dziwnym trafem ignorowanie rytuału politycznego nie przysporzyło mi żadnych problemów. Miałam szczęście. I wtedy, i potem. Nigdy nie zostałam ukarana za odrzucenie polityki, za to że niczym się nie interesowałam i nigdzie nie należałam. Później, już jako osoba dorosła, czerpałam z tego pewną satysfakcję, mogąc z czystym sumieniem wyznawać, że nic i nigdy. Były to jednak obłudne ćwierć prawdy, bo byłam tylko sennie odporna na świat i nigdy nie użyłam świadomości, by swą indolencję uzasadnić etycznie ani za nią zapłacić.

Mieszkaliśmy w domu nazywanym potocznie „poniemiecki“, ale ta nazwa nic mi nie mówiła. Można ją było rozumieć jako charakterystykę czasową: kiedyś niemiecki, jako przekazanie praw własności. Ja jednak, w najlepszym wypadku, jeżeli w ogóle poświęciłam jej choć trochę uwagi, używałam jej jako określenia stylu architektonicznego: gotycki, romański, poniemiecki. I nie stawiałam pytań. Myślę, że jako dziecko w ogóle niewiele stawiałam pytań ‐ poza tym jednym, wielkim, ciążącym nad moim życiem pytaniem: dlaczego? Dlaczego jestem brzydka? Już nawet nie pytałam, dlaczego nie jestem kochana? Brzydcy nie mają prawa do miłości, można ich tylko odrzucić. O to więc nie pytałam, a nic innego mnie nie zajmowało. Nie pytałam o przeszłość, o znaczenie słowa „poniemiecki“. Dzieci podobno wiecznie zadają pytania, ale mają one charkter poznawczo‐teraźniejszy, a nie historyczny. Przeszłość nie istnieje, bo dziecko w niej nie istniało. My, powojenne dzieci, byliśmy przybyszami, nie tylko w sensie dziejowym, byliśmy przybyszami w sensie biologicznym.

Poniemiecki dom był dwupiętrową willą z nisko opadającym ceglanym dachem, miał dwie okrągłe wieżyczki i dwa wykusze oraz ganek z żeliwną poręczą i oszklonym zadaszeniem. Przez witrażowe secesyjne okno przedostawało się do sieni biało‐fiołkowe światło, rzucając na podłogę wyblakłe cienie kanciastych, stylizowanych kwiatów. Na prawo z sieni wchodziło się do pokoju dziadka Jana, emerytowanego dyrektora PKP, który poświęcił czas emerytury wycinaniu z lipowego drewna gdańskich domów ze spiczastymi szczytami, gotyckich kościołów i szlachetnych w swych holendersko‐renesansowych proporcjach budowli miejskich. Średniowieczno‐barokowe miasto Gdańsk na stole dziadka Jana stanowiło dla mnie jedyny prawdziwy ideał piękna przeszłości, jedyną piękną prawdę. Był to rodzaj egzystencji urojonej, pojmowałam ją jednak bardzo dobrze.

Było raz sobie miasto Gdańsk (tak, tak, to jest parafraza Grassa), które nie przyjęło Johanna Sebastiana Bacha na kapelmistrza, bo nie zdał się szacownej Radzie Miejskiej dość dobry. Było raz sobie miasto Gdańsk, które po dwustu latach władzy krzyżackiej podjęło decyzję, że woli sprzymierzyć się z Rzeczpospolitą Polską. Było raz sobie miasto Gdańsk, które jeszcze trzysta lat później uroczyście świętowało obchody przyłączenia do Polski i zleciło muzykom skomponowanie z tej okazji kantaty na chór i orkiestrę. I nikomu w mieście nie wadziło, że ku czci powrotu do Polski chór śpiewał po niemiecku. Było raz sobie miasto Gdańsk, spowite w czarny aksamit i brabanckie koronki, w koralach i pierścieniach z bursztynu, wykarmione tłustą białą rybą Wschodniego Morza, nasączone słodkim, ciężkim winem Hiszpanii, miasto pachnące pieprzem i goździkiem, nieistniejące miasto moich fantazji.

W ogrodzie przed domem znajdowała się betonowa figura, przedstawiająca podobno Poezję. A może Miłość? Nie wiadomo dokładnie, bo wiatr i deszcz zmieniły alegorię w dość obły betonowy walec. Szare i płomiennopomarańczowe plamy znaczyły miejsca, gdzie porosty zdołały zamienić martwy beton w żywą i odżywczą materię natury. Poezja była poniemiecka, tajemnicza i fascynująca.

Mówiło się niekiedy, że w naszym domu mieszkał kiedyś lekarz. I dobrze. Kiedyś to znaczy w jakimś odległym, nieistniejącym czasie przeszłym. Aż przyszedł dzień i ciotka Karolina wspomniała mimochodem, że ów lekarz był Niemcem.
‐ Co? ‐ zapytałam oburzona. ‐ Co to znaczy?
‐ Przed wojną mieszkali tu Niemcy.
‐ Gdzie?!
‐ W Gdańsku.
‐ Dlaczego?!
Było mi niedobrze. Przecież wiedziałam doskonale, że Gdańsk był od wieków polskim miastem. Propaganda jednak robiła swoje. Takie rzeczy wiedziało w końcu każde dziecko. Niemcy nie mieli tu nic do roboty. Oczwiście pomijając wojnę. Wojna była tak czy owak czymś ponad wszelkie rozumienie okrutnym, a jej celem było właściwie tylko jedno ‐ nasycić niemiecką żądzę krwi. Niemiecki lekarz, ktoś osiadły, mieszkający w jakimś domu, w naszym domu nie pasował mi do obrazu wojny.
Idę na podwórko. Muszę to wszystko przemyśleć. W Gdańsku mieszkali Niemcy. A potem zniknęli. Ale nie całkiem. Niektórzy zostali i wtedy mówi się o nich: autochtoni. Dzień objawienia. Nareszcie wiem, kto to są autochtoni. Ale to objawienie zmienia też znaczenie słowa poniemiecki. Przy kolacji wracam więc do tematu:
‐ Czy to znaczy, że w naszym domu mieszkali Niemcy?
‐ Tak.
‐ No i co się z nimi stało? Umarli?
Tak powinien wyglądać świat: ci, którzy zamieszkiwali przeszłość, nie żyją.
‐ Czy ja wiem? Może uciekli.
‐ Przed kim?
‐ Przed Rosjanami.
‐ Przed Rosjanami, oni nas przecież wyzwolili?!!
Ciotka Karolina milczy. Ja uporczywie pytam dalej.
‐ Dokąd uciekli?
‐ No, chyba do Niemiec.
‐ I tam umarli?
‐ Dlaczego? To przecież było zaledwie dziesięć lat temu.
Dziesięć lat temu! A ja mam sześć lat. Liczby. Dziwne.
Następnego dnia zaczynam poszukiwanie prawdy. Muszę przyjrzeć się wszystkiemu pod nowym kątem. Niemiecki dom. Przed dziesięciu laty mieszkał tu niemiecki lekarz. Potem ja się urodziłam, a lekarz zniknął. Oglądam cały dom. Być może pierwszy raz naprawdę dostrzegam rzeczywistość. Klatka schodowa z biało‐czarnymi kwadratami posadzki, secesyjne okno, Poezja w ogrodzie. A może Miłość? Otwieram drzwi do kantorka pana Jasińskiego. Wydaje mi się, że w zatęchłym powietrzu ciasnej, komórki czuję nie tylko zapach smarów i oleju samochodowego, ale nagle dziwnie wyraźny zapach leków. Lekarza już nie ma, nie ma jego lekarstw, a przecież zapach trwa, mocniejszy niż wszystkie materialne fragmenty rzeczywistości, które tak łatwo spalić, zniszczyć, wyrzucić. Stoję w kantorku i wdycham zapach przeszłości.
‐ No, szkrabie, szukasz czegoś? ‐ pyta przyjaźnie pan Jasiński. Jest duży i tęgi. Trochę się go boję, bo pije. ‐ No? Szukasz czegoś? ‐ powtarza pytanie pan Jasiński.
‐ Tak ‐ kiwam głową. ‐ Niemców.
‐ To są Niemcy ‐ mówi pan Jasiński i pokazuje mi obrzydliwy obrazek wycięty z jakiejś gazety i oprawiony w ramki. Po co ludzie wieszają coś takiego na ścianie? Szary, straszny krajobraz, szereg kolczastych drutów, jakaś wieżyczka, brama, w oddali komin. ‐ Oświęcim ‐ mówi pan Jasiński.
Potakuję ze zrozumieniem, choć nic nie rozumiem. Nie wiem, co to jest Oświęcim.
‐ Tak ‐ mówię‐ ale ciotka Karolina mówiła, że Niemcy tu byli. U nas.
‐ Oczywiście ‐ mówi pan Jasiński.
Czy pan Jasiński ma to samo na myśli, co ja, gdy mówi to swoje tak, oczywiście? Też ma na myśli Niemców, a nie żołnierzy?
‐ I gdzie oni są?
‐ Wypędzeni. Przyszli nasi i wygonili cholernych Szwabów. I dobrze.
I dobrze, trzeba ich było po prostu wypędzić. Tych wszystkich uzbrojonych po zęby Niemców w mundurach koloru polnej szarości. Tylko tych moich, pięknych, w lokach, kaftanach i aksamitach, tych nikomu nie wolno tknąć, bo ich kocham.
‐ Widział Pan tych Niemców? Tych stąd?
‐ Tak.
Teraz mam się już zdecydowanie na baczności.
‐ To oni zbudowali ten dom?
‐ Tak.
Więc jednak.
‐ Inne domy też?
‐ Też. Tu mieszkali sami bogaci. Widziałaś kiedyś ich rzeczy? Jeszcze trochę tego zostało, choć większość poszła w szaber.
Pan Jasiński idzie ze mną do holu. Pod schodami we wnęce znajdują się małe, zamknięte na kłódkę drzwi. Jak z Alicji w krainie czarów. Tajemnicze drzwi do ogrodu. Że też nigdy nie zwróciłam na nie uwagi. Pan Jasiński podaje mi kluczyk.
‐ No, otwórz!
W środku są zabawki. Patrzę pytająco na pana Jasińskiego. Kiwa głową i wraca do swoich zajęć. Wyciągam po kolei przedmioty ukryte w schowku. Czy dlatego kiedyś w przyszłości będę studiowała archeologię, żeby jeszcze raz poczuć ten dreszcz zdumienia i grozy, a jednocześnie zachwytu, gdy nagle w codziennej powierzchni rzeczywistości otworzą się drzwi w przeszłość.
Skrzypce. Biorę je do ręki, opieram o ramię ‐ skąd wiem, że tak się trzyma skrzypce? Próbuję grać. Potworny wizg przywołuje do holu nie tylko pana Jasińskiego, lecz również panią Jasińską z Joanną i Antkiem. Joanna jest młodsza ode mnie, ale jest i tak moją jedyną towarzyszką zabaw. Dom jest mały, zamieszkany tylko przez cztery rodziny, nie to co nowe bloki w mieście. I tylko dwie rodziny mają dzieci.
‐ Czy Joanna może się ze mną pobawić? ‐ pytam.
Odkładam skrzypce i już teraz we dwie wyciągamy kolejne przedmioty z komórki. Papiery, strasznie dużo papierów, są pożółkłe i dziwnie pachną. Wyrzucamy je. Lalka. Ma prawdziwe, długie, jasne włosy i niebieskie oczy, które się zamykają i otwierają. Nigdy jeszcze nie widziałyśmy takiej zabawki. Właściwie ta lalka jest ładna, ale jest w niej coś strasznego. Boję się jej. Jasne włosy tylko luźno trzymają się płóciennej czaszki. Wypadające kosmyki odsłaniają szare placki lalczynej skóry. Jedno błękitne oko wepchnięte w ciemny oczodół. Wyrzucam lalkę na stertę papierów, po chwili jednak znowu biorę ją do ręki. Nie da się jej wyrzucić. Leży koło nas, patrzy czarną dziurą oka. Odwracam ją twarzą do podłogi. Szukamy dalej. Książki z obrazkami. Struwwelpeter. Nieznośny Piotruś. Włosy jak rosochate gałęzie sterczą na wszystkie strony. Paznokcie długie, spiczaste, jak pokrzywione i zardzewiałe ostrza noży. Kto wychowuje dzieci na takich książeczkach? Jestem zafascynowana i przerażona. Tak nie wyglądają żadne dzieci. To straszydło z bajki, jakiś niedorosły diabeł. Litery w książce nie dają się odczytać. Trudno nawet pojąć, że to litery. Raczej z wewnętrznej wiedzy niż ze zrozumienia czerpię pewność, że powyginane kanciasto znaki przypominające kawałki drutu to jednak pismo. Umiem już czytać, ale ta potworna książka z obrazkami nie daje się przeniknąć. Możemy tylko oglądać straszne obrazki. Gry. Niektóre podobne do naszych: młynek, chińczyk, gęsia ścieżka, halma. I jedna zupełnie odmienna, metalowa, lekko podrdzewiała. Gra magnetyczna, ale skąd możemy to wiedzieć?
Z trudem i pasją odkrywców przenikamy tajemnicę żelaznej planszy. Jeszcze dziś, pisząc o tym, czuję w dłoniach nieco odrażający, a przecież jak pokuszenie, dreszcz ‐ dotyk czegoś, co może się okazać obrzydliwe. W przeciwieństwie do papieru, który nie kryje w sobie żadnych odstręczających właściwości, metal zdaje mi się przykry, a rdza kojarzy się z krwią. W ustach czuję dziwny smak, jakby mi wybito wszystkie zęby. Na planszy trzeba ustawić drewniane figurki o metalowych podstawkach, a gdy od spodu przesuwa się małe kawałki magnesu, figurki poruszają się jak samodzielne, żywe istotki. Znamy obie tę bajkę ‐ to historia Jasia i Małgosi. Latami jeszcze będziemy się potem obie z Joanną bawić tą poniemiecką grą.
Najbardziej zachwyca nas w niej ilość szczegółów. Chatka Jasia i Małgosi, las, domek z piernika, wszystko jest jak zaczarowane. W lesie koło drzew rosną małe, do ostatniego detalu wiernie odtworzone muchomory. Szyszki wyglądają jakby zaraz miały się z nich wysypać nasiona. Listki i czerwone owoce kaliny aż się proszą o zerwanie. Skąd mogłyśmy wiedzieć, że to kicz, banalne, zwykłe, tak dobrze mi teraz znane niemieckie zamiłowanie do drobiazgowego odtwarzania przytulnej rzeczywistości, słodkiej, kolorowej, pełnej kotków, kwiatków i koronkowych firanek w oknach. Byłyśmy dziećmi naszego czasu, czasu szarych papierowych torebek i szorstkich, żółtawych stronic w książkach, z rzadka tylko ozdabianych jakimś prostym rysunkiem, w nudnych, brudnych kolorach. Nasze sukienki są brunatnoniebieskie lub granatowe, nigdy nie widziałyśmy nawet kawałka koronki, nie słyszałyśmy słowa jedwab, nie wiemy o istnieniu wywoskowanych posadzek i kryształowych żyrandoli. Pordzewiały, ale wciąż jeszcze barwny świat z bajki o Jasiu i Małgosi nie dopuszcza żadnych innych myśli, jak tylko tę jedną ‐ tak wygląda piękno, które nie jest naturą, lecz dziełem człowieka. Figurki odgrywają swoje prawdziwe role w nieprawdziwym świecie realnego piękna. Rodzice wyrzucają swoje dzieci. A ja nie pytam, dlaczego.

Teraz mieszkam w Niemczech i napatrzyłam się na rodziców, którzy wyrzucają swoje dzieci. Domek z piernika. Baba Jaga. Piec. Klatka. Zła czarownica pakuje Małgosię do pieca. Dzielny Jaś uwalnia siostrzyczkę i teraz oboje wrzucają do pieca wstrętną jędzę. Zgrzyt zamka, gdy dzieci zatrzaskują drzwi pieca. Niech się smaży powolutku w własnym tłuszczu aż do skutku. Co to za wierszyk? Baba Jaga siedzi w piecu. Tak. Wszystko jest w porządku ‐ dobro zwycięża, zło przegrywa i musi zostać ukarane. Takie są wymogi sprawiedliwości dziejowej. To ona pozwala dziecku zabić w piecu wstrętną czarownicę. Nie ma w tym nic złego, to bajka i sprawiedliwość ‐ obie są dobre. Jaś jest szczupły, jasnowłosy, błękitnooki. Jak lalka.

W nocy śnię o Jasiu. Jedzie na koniu przez szarozielone pastwisko. Ma wymierzyć karę czarownicy. Starej i nagiej, o czarnych włosach i długim haczykowatym nosie. Najpierw wyrwie jej złote zęby. Smak metalu w ustach. Złote zęby. Dlaczego ludzie mają złote zęby? Czarownica ma ich bardzo dużo. Budzę się z krzykiem. Zabawki nie dają mi spokoju. ‐ Kto się nimi bawił? ‐ Wreszcie udaje mi się sformułować mój niepokój. Ciotka Karolina przygląda mi się ze zdziwieniem.
‐ Córka, jak sądzę.
Lekarz miał więc córkę.
‐ Czy ona była dzieckiem?
‐ Oczywiście.
Czy jest możliwe, żeby Niemcy byli dziećmi? Niemcy. Kolumny żołnierzy bez oblicza. Maszerują na Wschód i umierają w śniegu Rosji. Niemcy. Czarno ubrani strażnicy z obozów, zawsze z czarnymi psami. Niemcy. Samoloty zrzucające bomby. Miasto płonie, ulicami, w szpalerze pożarów uciekają kobiety z dziećmi. Niemcy. Roboty, upiory, które nie potrafią mówić, a tylko szczekają jak ich czarne psy. Już wyobrażenie sobie, że Niemiec może być lekarzem, nosić biały kitel a nie mundur, mieszkać w domu, a nie kryć się po okopach lub wyskakiwać z czołgu, przekracza właściwie moje możliwości. Z trudem dociera do mnie, że Niemiec nie zawsze nosi hełm, wysokie ciężkie buty, ściśnięty pasem mundur.
‐ Dziewczynka? ‐ pytam uporczywie, choć ciotka mi to już w końcu powiedziała.
‐ Sądząc po zabawkach, dziewczynka.
Niemiec, który jest dziewczynką. Nie, nie niemiecka dziewczynka, lecz Niemiec, który jest dziewczynką. Niemiec, dorosły, mężczyzna, który nagle stał się mały i rodzaju żeńskiego ‐ dziewczynka. Biorę do ręki jej lalkę. Dziewczynka, która bawiła się tą lalką. Też chciałabym mieć taką piękną lalkę. Ale własną. Tą lalką nie mam ochoty się bawić. Ale nie umiem jej też wyrzucić. Boję się jej.
‐ Joanna ‐ mówię zdecydowanie ‐ musimy ją pochować. Ona nie żyje.
Joanna zrobi tak czy owak wszystko, co powiem, ale uporczywie zadaje pytania.
‐ Skąd wiesz, że umarła?
‐ Umarła, nie widzisz? Jej serce przestało bić.
W skupieniu Joanna przykłada buzię do piersi lalki. Jest cicho i upalnie.
‐ Jak ona miała na imię?
Kto? Lalka czy dziewczynka? Ale Joanna nie wie jeszcze, że była tu kiedyś jakaś dziewczynka. A ja jej o tym nie powiem.
‐ To czarownica ‐ odpowiadam. Jak ma na imię niemiecka Baba Jaga? Niemiecka lalka‐czarownica, która już nie żyje?
‐ Adolfa ‐ odpowiadam po chwili. To na pewno niemieckie imię, żadna Polka nie może się tak nazywać. Nawet jeśli jest tylko lalką.

Adolfa została pochowana. Tak jak się należy. Na odległym o parę ulic od domu niemieckim cmentarzu. Wystarczyło powiedzieć Eleonorze, mojej kaszubskiej niani, że chciałybyśmy znowu pobawić się na cmentarzu. Cmentarz był zupełnie w porządku. Groby czysto uprzątnięte, choć nie przyozdobione choiną, kwiatami i wieńcami, jak te na naszym cmenarzu w Dolinie Królewskiej. Wiosną na niemieckim cmentarzu kwitły niezliczone przylaszczki, które zbierałyśmy z zapałem, aby przyozdobić nimi kapliczki domowe, pracowicie klejone i malowane podczas lekcji religii. Posypałam obficie kwiatami papierowy kościółek.
‐ Matka Boska będzie się cieszyć ‐ oznajmiłam z zadowoleniem. Ozdobienie kwiatami domowej kapliczki, przed którą w maju powinnam się codziennie modlić, zalicza się na pewno do dobrych uczynków, a zależy mi bardzo na dobrych uczynkach. Właśnie minęły Wielki Post i Wielkanoc, kiedy to co dzień w małym notesiku „do słówek“ notowałam dobre uczynki. Prawdę mówiąc, mam nawet dwa zeszyciki ‐ jeden dla potrzeb siostry Julii z kościoła Najświętszego Serca Jezusowego, drugi do pokazania pani Helence w przedszkolu. Nie wszystkie dobre uczynki dają się zapisać dwa razy. Wiem o tym, chociaż nikt mi tego nie wyjaśniał. Przylaszczki i kapliczka należą do sfery sacrum, też to wiem, choć nie wiem, co znaczy sacrum. Ale wiem, że siostra Julia i pani Helenka nie mogą się nawzajem lubić.
‐ Z czego cieszy się Matka Boska? ‐ pyta nieco sceptycznie ciotka Karolina. Ja jednak nie mam jeszcze ucha wyczulonego na sceptycyzm i rezerwę, z jaką dorośli dość często reagują na dzieci.
‐ Z kwiatów.
Matka Boska cieszy się z bezkrwawych ofiar, które jej w naszej dziecięcej ufności i w miłości naszego dobrego dziecięcego serduszka przedkładamy. To słowa siostry Julii. A siostra Julia nosi wprawdzie czarny habit, ale ogromny śnieżnobiały kornet w zupełności zaspokaja mój podziw dla niezwykłych strojów i niezwykłych słów. Pan Bóg jest inny. Wcale mu się nie spodobała ofiara Kaina. Przyglądam się obrazkowi, który malowałyśmy na religii. Na kopczyku kamieni marchewka, jabłko, snopek zboża, przetkany kąkolem, rumiankiem i makiem. Dym ofiary ciągnie się nisko po szarej, zoranej ziemi. Obok, na piecyku Abla zabita owieczka. Nie bardzo rozumiem, o co Panu Bogu chodziło z Kainem, przecież owoce i kwiaty są znacznie lepsze na ofiarę niż mięso. Ale ja nie lubię mięsa, gdy muszę zjeść wołowinę, rośnie mi ustach coraz większa, nie dająca się przełknąć kula. Zgodnie z ówczesnym systemem wychowawczym nie wolno mi wstać od stołu, dopóki nie zjem, siedzę więc zrozpaczona, z grudą przeżutego mięsa w ustach i przyglądam się dzieciom, które już dawno mogą się bawić lalkami w dom. Pan Bóg widocznie lubi mięso. Jestem małą oddaną rytuałom dewotką i po raz pierwszy pojmuję, że istnieje różnica między kobietą a mężczyzną.

Biedna Eleonora! Została ostro skarcona przez mamę, widać Joanna musiała wypaplać pani Jasińskiej, co robiłyśmy na cmentarzu. Już nie wolno nam bawić się na niemieckim cmentarzu. Płaczę i nie można mnie pocieszyć. Przecież miałam jak najlepsze intencje. A poza tym, skąd bądę czerpała materię mych dobrych uczynków ‐ fiołki, przylaszczki, przebiśniegi. Ale zakaz zostanie na nas nałożony dopiero później. Na razie jest letni, pogodny dzień. Idziemy się bawić na cmentarzu. Zabieram ze sobą owiniętą w szalik, przygotowaną do pogrzebu Adolfę. Nie przychodzi mi do głowy, żeby poinformować Eleonorę o moich planach. Eleonora jest pogodną, siedemnastoletnią Kaszubką, ma dwa grube, jasne warkocze i rumiane policzki. Jest zachwycona, że nie musi harować w polu, lecz że wolno jej służyć w mieście i to u dobrych państwa. Jest ze mną od niedawna, bo ciotka Karolina pracuje teraz nie tylko na Politechnice, ale i w Urzędzie Morskim, nie ma więc tyle czasu, żeby się mną zajmować. Eleonora nie ma zbyt wielkiego pojęcia o wychowywaniu dzieci, a już na pewno ‐ oceniam to z dzisiejszej perspektywy ‐ nie była w stanie sprostać moim dziecinnym pomysłom. Była natomiast pogodna i przemiła, i opowiadała nam kaszubskie bajki o Purtku‐Wodniku i o Zazulce, którą porwały wodnice mieszkające w pałacu na dnie jeziora Wdzydzkiego. Bajki kaszubskie były pogodne, pełne zapachu sosnowych lasów i rybnych jezior. Czarownice kaszubskie, diabły i demony pomagały dobrym i biednym, a karały złych bogaczy. A Zazulka wróciła z dna jeziora ogromnie bogata, bo wodnice dały jej mnóstwo pereł, szmaragdów i srebra. I teraz poślubi Fredka, który jej cały czas szukał i wołał na brzegu jeziora płaczliwym głosem: Wróć, Zazulko, wróć, bo kocham cię bardzo! I nawet bogaci muszą się na to zgodzić.
‐ Kto to są bogaci? ‐ pytam.
‐ Niemcy ‐ odpowiada Eleonora. A po chwili dodaje: ‐ I Polacy.
Kaszubski punkt widzenia. Potakujemy posłusznie. Eleonora wie, co mówi. Może w jej kaszubskich bajkach nawet Polacy mogą być niedobrzy. Świat bajek jest tak inny od stołu, przy którym siedzi się żując mięso. Lubiłam bajki kaszubskie znacznie bardziej niż wydane właśnie ‐ jakież socjalistyczne osiągnięcie ‐ baśnie Grimmów. Te wydawały mi się okrutne i nieprzyjazne. I prawie zawsze o jakichś synach i innych chłopcach. Męski świat. Bez księżniczek, co najwyżej z siostrami, z których co najmniej dwie zawsze były niedobre i głupie. Mama uważała, że dzieci mają złe sny po lekturze baśni Grimmów. Zabrała mi książkę i dała coś jej zdaniem znacznie odpowiedniejszego. Na przykład mitologię grecką.
Idziemy na cmentarz ‐ Eleonora, Joanna i ja, i zabieramy zawiniętą w szalik Adolfę. Eleonora przysiadła na śmiesznej drewnianej ławeczce z żeliwnymi nóżkami, nam wolno zaś biegać do woli. Na cmentarzu jest cicho i cieniście, rosną tu niezwykłe drzewa i krzaki, jakich nigdzie indziej nie widziałam. Wiele lat później dowiem się, że Niemcy słynęli w całej Europie z upodobania do egzotycznych drzew i krzewów, i że miejsce, w którym stał niegdyś niemiecki dwór najłatwiej rozpoznać można właśnie po owych niezwykłych roślinach. Sumak octowy, którego cień jest niebezpieczny, bo może dzieciom wyssać krew, szarłat, złoty deszcz spadający na Danae. Pigwa i rajska jabłoń na konfitury. Morwa na jedwab. Azalie, cedry libańskie, tak piękne, że na pewno rosły również w raju, bambusy. Moja romantyczna natura pławi się w tych cudownych nazwach, wywołuje od razu z pamięci historie o boginiach, nimfach i ziemskich księżniczkach, które greccy bogowie zamienili w drzewa i kwiaty. Adolfa jest tylko niemiecką lalką, nie zasłużyła sobie na żadne wspaniałe drzewo, ale być może zmieni się w pęd bluszczu, ciemny, ponury, straszny, gdy o nim myśleć przed zaśnięciem.
Pochowałyśmy Adolfę w murowanym grobowcu rodziny Meier. To ja tak zadecydowałam. Grobowiec wygląda jak mały domek bez okien. Żelazne odrzwia przeżarte rdzą pozwalają zajrzeć do środka. W środku wprawdzie nic nie widać poza gęstym, czarnym, nieprzeniknionym mrokiem, ale z grobowca wydobywa się lekko tylko uchwytna, a przecież realna woń, mieszanina stęchlizny, chłodu i nieodwołalnej tajemnicy śmierci. Z trudem otwieram metalowe wrota.
‐ A jeśli siedzi tam upiór ‐ mówię do Joanny. Przyciskam lalkę do piersi i wyobrażam sobie upiora z grobowca rodziny Meier ‐ jest blady, przezroczysty, ma długie lodowato zimne palce. Zaraz wyciągnie ręce i dotknie nas. Wrzucam Adolfę niezbyt godnie do wnętrza ciemności. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Zgrzyt zatrzaskiwanych drzwi. Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie, recytuję z namaszczeniem. Zamknąwszy upiora Meierów z powrotem w jego własnym mroku odzyskuję siłę modlitwy. Adolfa na zawsze spoczywa w grobie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci, i wszystkim Niemcom też ‐ dodaję pośpiesznie.

Nic jednak nie jest tak „na zawsze“ jak się to może wydawać sześcioletniej dziewczynce. Dziesięć lat później miasto zrównało z ziemią cmentarze niemieckie ciągnące się wzdłuż Alei zwanej kiedyś Hindenburga, potem Hitlera, potem Rokossowskiego, a wreszcie Zwycięstwa. Na miejscu cmentarzy założono park, niezwykłe drzewa niemieckie pozostawiono i teraz ocieniają piaskownice i zieleńce. Chciałabym zobaczyć w tym obrazku coś kojącego, ale mi się nie udaje. Wciąż widzę stary zacieniony cmentarz i lalkę, której wraz ze wszystkimi innymi Niemcami nie dane było zażywać spokoju wiekuistego. Ale nie warto o tym pisać, bo już Grass rozkumaczył się wróżebnie o losie niemieckich cmentarzy w Gdańsku, a grassowaska wizja ich restytucji jest jeszcze gorsza niż moja własna opowieść o pogrzebie Adolfy.

Jedziemy do wioski Eleonory, bo Eleonora chce mnie pokazać. Nie przedstawić ‐ na to jestem zbyt mała i zbyt obca. Zostanę pokazana, jak lalka. Eleonora omawia z rodzicami tysięczne szczegóły i wreszcie jedziemy. Jest wiosna. Oglądam krowy na pastwisku, żółte kurczaczki w stodole, kaczeńce na podmokłych łąkach wzdłuż błotnistego strumienia, gdzie zbieramy młodą pokrzywę. Nie mogę zrozumieć, że nie parzy.
‐ Nie tylko nie parzy. Można ją nawet jeść ‐ mówi Eleonora.
Próbuję, jak może smakować pokrzywa. Jak nic. Jestem rozczarowana. Z torbą pełną uzbieranej zieleniny idziemy do pani Grocholskiej. Jest stara i słaba. Eleonora chętnie jej pomaga. Pokrzywa jest dla perliczek pani Grocholskiej. Jestem zachwycona. Pomoc staruszce jest tego rodzaju dobrym uczynkiem, który da się zapisać dwa razy. Pani Grocholska mieszka w małym domku, zanurzonym po małe okna w gęstwie wiosennych kwiatów. Jestem miejskim dzieckiem z domu przy głównej ulicy ‐ nie wiem, co to są gęstwy kwiatów. Jak urzeczona wpatruję się w tuliapany, żonkile, forsycje i hiacynty. W sadzie kwitną drzewka wiśni i ogromne stare jabłonie, a może grusze. Wielkie, sztywno wyprostowane czerwone tulipany wyłaniają się z morza żółtych, puszystych mleczy. Stado indyków i perliczek pasie się między kwiatami. Pani Grocholska staje na progu. Ma siwe włosy i jasnofioletową sukienkę.
‐ Guten Morgen, Frau Grocholsky ‐ mówi Eleonora, a ja nie mogę zrozumieć, co mówi. Pierwszy raz usłyszałam wówczas obcy język. Skubię fałdy niebieskiej spódniczki Eleonory.
‐ Co ty mówisz? ‐ pytam cicho.
‐ To po niemiecku.
Pani Grocholska nie zna ani polskiego ani kaszubskiego.
Niemka! Autochtonka! Baba Jaga! Drżę z przerażenia. Czy jest możliwe, żeby w tym swoim domku z piernika miała piec? Eleonora wcale się nie przejmuje. Pani Grocholska zaprasza nas do środka. Do kuchni. W końcu jesteśmy na wsi, a na wsi życie toczy się w kuchni. Pani Grocholska rozgrzewa czarne żeliwne serca w piecu. A więc ma piec! W gardle narasta mi straszna dławiąca kula, jeszcze gorsza niż nie przeżute mięso, bo nie można jej wypluć, gdy nikt nie patrzy. Za chwilę gorące gofry w kształcie serc lądują na stole. Do tego miód i śmietanka. Nigdy w życiu nie widziałam nic podobnego. Pochodzę z rodziny naukowców i artystów, nie wiem, jak piecze się ciasto czy robi ciastka. Ciastka zawsze były towarem, jak taksówki, lokomotywy, buty czy agrafki, czymś, co pojawia się nie wiadomo skąd. Serca z ciasta są pełne kwadratowych wgłębień, miód i śmietanka zatrzymują się w nich jak maleńkie sadzawki słodyczy. Jakie pyszne są serca z miodem. Ale nawet serca z miodem nie są w stanie przekupić mojego strachu. Domek z piernika też pysznie smakował! Wyjść! Wyjść! Wyjść! Płaczę, bo jestem wśród obcych i boję się krzyczeć.
Niedziela. Rano poszliśmy do kościoła, a teraz zostanę pokazana. Siedzę w kuchni napakowana jedzeniem do granicy mdłości. Co chwila otwierają się niebiesko pomalowane drzwi i nowa postać wsuwa się nieśmiało do kuchni. Najpierw tylko się na mnie patrzy. To sens i cel mojej wizyty ‐ pozwolić, by mi się przypatrywano jak lalce. Kuchnia jest pełna ludzi, którzy mówią coś, czego nie rozumiem. Jednak gdy zwracają się do mnie, mówią po polsku.
‐ Mówicie po niemiecku? ‐ pytam i czuję jak potworna klucha znowu podjeżdża mi do gardła.
‐ Nie, po kaszubsku ‐ mówi pani Hinz, matka Eleonory, podając mi pączka. Aha, po kaszubsku. Już wiem i na całe życie zapamiętam, że kaszubski jest odrębnym językiem, a Kaszubi odżywiają się ciastkami, które na dodatek sami robią. Mój ojciec podobno robi statki, moja matka obrazy, a moja ciotka książki. Statek jest większy od ciastka, ale nie da się go położyć na talerzu. Mój podziw dla Kaszubów jest nie do ogarnięcia. Zwłaszcza dla pani Hinz. Też chętnie załatwiłabym sobie taką mamę, która robi pączki.
‐ Przeczytasz nam coś? ‐ pyta ostrożnie i nieśmiało pan Hinz i podaje mi gazetę. Oto cud, który Eleonora prezentuje swojej wsi. To właśnie chcą zobaczyć na własne oczy i usłyszeć na własne uszy wszyscy zgromadzeni w kuchni Hinzów mężczyźni ‐ bo tylko mężczyźni zgromadzili się w tym ciasnym i dusznym pomieszczeniu. Otwieram gazetę i po cichu, sama dla siebie, przyglądam się tytułom. Co mam przeczytać? O tak, reportaż o odbudowie Gdańska. Niezwykła cisza zapada w kuchni Hinzów, gdy mała dziewczynka z miasta, czarodziejska żywa lalka ma starym i doświadczonym Kaszubom przeczytać na głos artykuł z gazety. Czytam. Dziesięć lat trwało, aż miasto Gdańsk podniosło się z ruin. Dziesięć lat wytężonej pracy. Dziesięć lat wysiłków i niezwykłego poświęcenia. Dziesięć lat owocnego współdziałania artystów i rzemieślników, którzy połączywszy swe zdolności odbudowali dawną świetność i niewysłowioną piękność mego miasta, perły Bałtyku.
Miasto Gdańsk niegdyś nasze…
Do diabła! ‐ odezwał się ze złością któryś z mężczyzn.
Czuję się niepewnie. Cytat z Mickiewicza zawisł w dusznym, słodko‐mdłym powietrzu. Pytająco spoglądam w stronę moich słuchaczy. Wszyscy mówią teraz jednocześnie. Podziw dla miejskiego dziecka, które nie dorósłszy jeszcze do wieku szkolnego, płynnie potrafi czytać „na gazecie“, znika, w zamian pojawia się oburzenie i złość na treść czytanego przeze mnie państwowo-twórczego reportażu. Nie rozumiem tego, odbieram więc zarzuty wypowiadane podniesionym głosem jako skierowane przeciwko mnie.
‐ Ja przecież nie kłamię ‐ szepczę płaczliwie i przytulam się mocniej do Eleonory. Lata miną, zanim będę w stanie jeszcze raz sprostać jakiemukolwiek publicznemu występieniu. Eleonora jest wprawdzie starsza ode mnie, ale jest równie co ja wystraszona i niezdolna stawić czoła siedzącym w kuchni mężczyznom. Pani Hinz pocieszająco podsuwa mi talerz z pączkami i gładzi mnie po głowie. Nie chcę jeść, nie chcę ciastek, nie chcę już nic więcej, chcę tylko do domu.
Do domu!

#Listy_do_Tymoteusza (Reblog)

Radek Wiśniewski

#Kroniki_Nadziei_2020

Jesce som wirusy, synku. I jakoś ich obecność nakłada się z twoimi pytaniami o to “cy wsyscy umarnom” , i co potem. Jakoś staram się za wiele nie sprzedawać Ci koncepcji teologicznych, bo wolę słuchać twoich intuicji. Nawet za dobrze nie wiem co potem i co przedtem. Życie, żywioł jest mądrzejsze do wszystkiego co się mówi, wymyśla na jego temat. A nie chcę ci opowiadać pierdół o tym, że wszyscy pójdziemy do aniołków. Bo ja nie znoszę taniej angelologii, jaka opanowała nam popkulturę i sprawiła, że jakiś tajemniczy wysłannik-nie-z-tego-świata stał się figurką jak słonik na szczęście. To opowiem ci taką historię, o mnie i o Krzywym. Pamiętasz Krzywego? To mój przyjaciel, ten sam, z którym spaliśmy kiedyś w namiocie i żeby nie było zimno, zawinęliśmy w dresy kamienie z ogniska i dresy Krzywego się spaliły. Lubisz tę historię tak bardzo, że kazałeś sobie opowiadać ją zamiast bajki na dobranoc kilka razy.

Ta historia jest mniej efektowna. Nie ma w niej spalonych portek. W zasadzie nic nie ma efektownego, ale posłuchaj. To było w czasach kiedy już, zdaje się, Krzywy był na doktoracie w Krakowie, a ja z Krakowa wróciłem do miasteczka Brzeg, które jest moim miejscem na ziemi. Mimo, że w nim fizycznie nie mieszkam. Było ciężko. Jak się wraca po przygodzie takiej jak studia w Krakowie na UJ, na tej słynnej psychologii, gdzie było 21 osób na miejsce, a ty się dostałeś, to wlecze się za tobą cień pytania, którego nikt nie zadaje, a jednak, które wisi: “co poszło nie tak?” No nie było łatwo. Krzywy wpadł na weekend chyba, zadzwonił, że jest, no to mus się zobaczyć. Poszliśmy nad Odrę, na Kępę Młyńską i na skraj Wyspy Jeżynowej. Na te ostatnią przy niskich stanach rzeki kiedyś można było przejść po śliskich kamieniach jakimi wyłożony był boczny stopień wodny. Ale wiosną woda płynęła wartko jednym i drugim stopniem. Zalegliśmy więc na brzegu w zazielenionej trawie, było chyba dosyć ciepło. Mógł być koniec marca, początek kwietnia. Może jakaś Wielkanoc czy coś. Rozmawialiśmy o Bogu.

Tak. Patrząc na rzekę, rozmawialiśmy z przyjacielem o Bogu i świata urządzeniu. To było jak niespieszne składanie puzzli, w zasadzie nic nie wymyślaliśmy, ani nie odkrywaliśmy, ale porównywaliśmy, co kto ma w ręku, jaki to kawałek i do którego kawałka w ręku drugiego pasuje. To się zdarza w bardzo bliskiej zażyłości, że ma się dużą część myśli wspólną, jak pudełko jednych puzzli. Trzeba się tylko spotkać, dać czas rozmowie, jak rzece i wszystko się elegancko układa. Życzę ci synku, żebyś chociaż raz w życiu takiej przyjaźni doświadczył. To jest po prostu miłe, daje poczucie ulgi, wspólnoty, niewymienialnej na żadne skarby tego świata. I z tych puzzli w ciągu godziny ułożyliśmy przekonującą teologię, w której były ślady bluesa, jazzu i muzyki symfonicznej w tej części, w której mowa była o pozornej sprzeczności wolnej woli człowieka z wszechmocą Bożą i Jego wolą. Blues jest ważny.

Na sam koniec coś nam się zaczęło układać z tymi aniołami. Bo w naszych puzzlach było miejsce na posłańca, ale nie na te odpustowe kukły. I jakoś tak słowo do słowa, nie wiem kto, co powiedział pierwszy, gdyż jak wspomniałem – puzzle z jednego pudełka żeśmy układali. I chyba Krzywy powiedział pierwszy coś takiego:

– Stary, a jeżeli tej obrazkowej postaci nie odpowiada żadna istota?
– Noooo, że niby tak jak tam ludzie personifikowali wiatr czy morze jako zdenerwowanego dziada, to…
– O to, że mamy wyobraźnię, do której przemawia się osobowo, bo wokół osoby, wokół ja, kręci się całe nasze życie, inaczej byśmy nie zakumali, co się do nas mówi.
– Ta, i piszący w natchnieniu tego nie wiedzieli, ale czuli…
– Pamiętasz, co mówił Kłocz na jednym z wykładów? Że język biblijny nie znosi abstrakcji, zawsze ma konkretne odniesienie, nie ma otyłości jako takiej, ale są grubasy…
– Co jedzą same kiełbasy…
– Taaaak, kiełbasy – tutaj zaśmialiśmy się obaj, bo Krzywy zrobił minę, jakby zjadał wielką kiełbasę.
– Czyli co? Nie ma istoty, tylko osobowe przedstawienie czegoś?
– Funkcja, nie istota!
– Czyli liczy się, co robisz, w imię czego, kogo robisz, nie ma innego Posłańca
– Ty jesteś Posłańcem…
– Nie, Ty!
– Raz ty, raz ktoś inny, jest rola, która krąży między ludźmi, rola anioła. Raz aniołem jest ostatni chuj, bo go dopadła, a ten kto miał być aniołem i całe życie się na anioła uczył, okazuje się być ostatnim chujem, bo nie podjął roli, ale rola musi byc wypełniona, więc ona szuka swojego wykonawcy
– Aha, a Duch wieje, kędy chce…

Tak rozmawiając powstaliśmy z trawy i żeby nie wracać tą samą drogą, poszliśmy wzdłuż brzegu rzeki w stronę młyna. Na niewielkiej plaży, łasze piasku wpadliśmy na faceta w jasnym garniturze. Zamilkliśmy nagle, stanęliśmy jak wryci, bo coś w nim było, w tym facecie dziwnego. Spojrzał nam w oczy, ale nic nie mówił. Miał w ręku parasol, taki z czubkiem, złożony. A dzień był słoneczny, nie zapowiadali deszczu. Po chwili odwrócił się i skupił się na tym, co robił, zanim na niego wpadliśmy. Pisał końcem parasola jakieś znaki na piasku.

Kiedy go minęliśmy i był już daleko, obaj wybuchnęliśmy niepohamowanym, przestronnym, jakby powiedział Stachura, śmiechem. Takim śmiechem, który dopada Cię wtedy, kiedy bezwiednie przekroczysz jakąś granicę. Na przykład paradygmatu poznawczego. Nie podjęliśmy już tematu aniołów. Nigdy.

Ale dzisiaj często o tamtej rozmowie myślę, kiedy pytasz mnie o wirusy i “cy wsyscy umarnom”. Myślę, że kiedyś tak, wszyscy umrzemy, i wiem, że muszę ci jakoś to wyjaśnić. Ale może nie teraz. Ktoś nad nami czuwa, ktoś podejmuje rolę. I jak pouczał nas Kłocz na studiach – zarówno anioł jak i diabeł istnieją i mają się dobrze. Jeden i drugi zaś zadziwiająco jest podobny do człowieka, mówił Kłocz.

Zadziwiająco.

Don Kichot udomowiony

Nazbierało się po domu donkichotowych drobiazgów i trzeba je udostępnić publiczności.

Będą filmy (no, nie przesadzajmy – filmiki) i muzyka, której posłuchamy oglądając filmiki. Ale najpierw jeszcze Mrożek, Sławomir z książeczki wydanej 30 lat temu, a zatytułowanej najprościej jak można: Rysunki (Oficyna Literacka, Kraków 1990). Rysunki odkrył i przysłał Wiadomo Kto czyli Arkadiusz Łuba.

Don Kichot po polsku. Obok Hamlet, ale zostawiłam ich obu, to w końcu bracia, i duch ich łączy, i epoka ta sama. Warto o tym pomyśleć, że czas złota, walki, odkryć geograficznych, podbojów i królów, wydał też takich jak oni, niedopasowanych fantastów. W średniowieczu, jeśli udało im się uniknąć wypraw blisko i daleko i nie poginęli w krucjatach, zostawali trubadurami na dworach opuszczonych przez mężów-rycerzy pięknych dam, którym śpiewali o miłości. Dlatego po niemiecku nazwano ich Minnesänger, ci co opiewają miłość, Minne. Podobno zresztą byli stale na haju, tak jak zapewne cała ludność Europy, bo wszyscy jedli zboże zatrute sporyszem, z którego (jak wiemy) można uzyskać LSD.
W renesansie, kiedy zaczynał się już prawdziwy podbój świata, a nie jakieś średniowieczne wyprawy łupieżcze, Minnesängerzy zniknęli, ale świat nie może tylko produkować i ujarzmiać, świat potrzebuje również tych, co myślą, marzą i miłują. Tak pojawili się neurotycy i już nie zniknęli. Póki wy (my?) zajmujecie się czynieniem sobie ziemi poddaną, oni (my?), oddając się szaleństwu, sprawiają, że sztuczny świat sztucznych ludzi w ogóle jest zdolny do istnienia. Bo może nie wiecie o tym, ale jak to kiedyś w wierszu, dawno temu, napisał Leszek Szaruga: jeśli nie będzie poetów, nie będziecie umieli nawet wywieźć śmieci. Dziś, po 30 latach, wiemy że tak jest, za mało zwracaliśmy (zwracaliście) uwagi na szaleńców i nawet nie umiemy wywieźć śmieci.

 


KLICK (Tu jest cała płyta w streamingu)

Meditaciones Sobre el Quijote
na gitarze gra Giuliano Belotti
muzyka Francisco Fleta Polo, Erik Marchelie, Peter Toth. 

14. Sancho Panza na wyspie Barataria, komp. Fleta Polo


Filmiki nakręcili Konrad i Anton, używając aplikacji StopMotion z WhatsAppa. Obiektu, będącego ewidentnie Don Kichotem, dostarczył Wiadomo Kto.

Malujemy jak Kubicki / Wir malen wie Kubicki

Für diese Veranstaltung malten wir, Schüler von Marianne-Cohn-Schule, neue Kunstwerke. Es war die dritte Werkstatt unter dem Titel: Wir malen wie Kubicki, diesmal unter der Leitung von Ewa Maria Slaska. Wir malten auch ein Rock für Ewa (siehe unten).

Wir werden Übermorgen ab 10 Uhr unsere Ausstellung aufhängen und laden ein ab 11 Uhr – es wird der Film gezeigt über “Hermann Stöhr und Stanisław Kubicki – zwei Vorreiter der Deutsch-Polnischen Versönung”, der während des Projekts aufgenommen war. Das war ein langes Projekt, dauerte drei Jahre und beinhaltete so viel, dass man es aus dem Kopf nicht wissen kann. Jedenfalls gab es Vorträge, Ausstellungen, Spaziergänge, Ausflüge in Berlin und in Stettin, Museum- und Bibliotheksbesuche und vieles, vieles mehr. Darunter auch unsere Malworkshops.
Also: Übermorgen um 11 Uhr wird im Regenbogen-Kino der Projektfilm gezeigt. Dabei kan man auch uns sehen 🙂

Jesteśmy uczniami szkoły specjalnej w Berlinie. Od kilku lat współpracujemy z panią Ewą Marią Slaską w ramach projektu “Hermann Stöhr – Stanisław Kubicki – dwaj prekursorzy pojednania polsko-niemieckiego”.
Kilka tygodni temu podczas lekcji przygotowaliśmy nowe prace na wtorkową wystawę w Regenbogenfabrik. Zostanie też pokazany film Michaliny Mrożek o tych dwóch odważnych ludziach i o tym projekcie. A więc i o nas 🙂 

Dziękujemy naszym partnerom, organizatorom i sponsorom.
Danke an all unsere Projektpartner, Organisatoren und Sponsoren!

IX Liceum Ogólnokształcące Stettin Szczecin
Berlinische Galerie, Berlin
Blog “ewamaria2013”, Berlin
Bogdan Twardochleb, Stettin Szczecin
Christine Ziegler, Berlin
Deutsch-Polnisches Jugendwerk, Potsdam Poczdam
Dorota Kot, Berlin
Dr. Lidia Głuchowska, Berlin Zielona Góra
Ewa Maria Slaska, Berlin
Fraueninitiative Berlin-Warschau, Berlin
Friedensbibliothek und Antikriegsmusem, Berlin
Fundacja Progressum Stettin Szczecin
Hufeisensiedlung gegen Rechts, Berlin
Jacek Bołądź, Berlin
Jochen Schmidt, Berlin
Książnica Pomorska, Stettin Szczecin
Marianne-Cohn-Schule, Berlin
Michalina Mrożek & MIMO Filmproduktion, Berlin
Museum Topographie des Terrors, Berlin
Professor St. K. Kubicki, Berlin
Programm Erasmus EU
Rathaus Kreuzberg, Berlin
Redakcja gazety szkolnej “IX Wrota”, Stettin Szczecin
Redakcja “Kuriera Szczecińskiego” i dodatku “Szkolny Pulitzer”, Stettin Szczecin
Regenbogenfabrik Kulturprogramm, Berlin
Regenbogen-Kino, Berlin
Städtepartner Stettin e.V., Berlin
Stara Rzeźnia i Projekt Łasztownia, Stettin Szczecin
Stiftung Menschenwürde und Arbeitswelt, Berlin
Uniwersytet Zielonogórski, Grünberg-Zielona Góra

Und? Haben wir etwas oder jemanden vergessen? Dann Entschuldige und meldet euch!

I kto jeszcze? Zapomnieliśmy o kimś? O jakiejś osobie lub instytucji? Jeśli tak, to przepraszamy i prosimy o natychmiastowe zgłoszenie nam tego faktu 🙂