Mity nasze powszednie (2): Syzyf

Albert Camus

Z wyroku bogów Syzyf musiał nieustannie toczyć pod górę głaz, który znalazłszy się na szczycie, spadał siłą własnego ciężaru. Bogowie nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary niż praca bezużyteczna i bez nadziei. Jeśli wierzyć Homerowi, Syzyf był najmądrzejszym i najbardziej przezornym ze śmiertelnych. Wedle innej tradycji jednak miał skłonności zbójeckie. Nie widzę w tym sprzeczności. Opinie wyjaśniające, dlaczego został bezużytecznym pracownikiem piekieł, są rozmaite. Zarzuca się Syzyfowi przede wszystkim, że traktował bogów z niejaką lekkością. Zdradzał ich tajemnice. Egina, córka Asoposa, została porwana przez Jowisza. Ojciec, zaskoczony tym zniknięciem, poskarżył się Syzyfowi. Ten wiedząc, w czym rzecz, przyrzekł Asoposowi wyjaśnienie, pod warunkiem jednak, że Korynt otrzyma od niego wodę. Wolał błogosławieństwo wody od piorunów niebieskich, za co został ukarany w piekle. Homer opowiada również, że Syzyf uwięził śmierć. Pluton nie mógł ścierpieć widoku swego pustego i niemego królestwa. Pchnął boga wojny, który wyzwolił śmierć z rąk jej zwycięzcy. Podobno też Syzyf, gdy był bliski śmierci, chciał nieprzezornie wypróbować miłość swojej żony. Nakazał jej, aby nie grzebała jego ciała, ale rzuciła je na plac publiczny. I trafił do piekieł. Rozdrażniony postępkiem żony tak sprzecznym z ludzką miłością, wyjednał sobie u Plutona powrót na ziemię, aby ją ukarać. Ale gdy znów zobaczył świat i zakosztował smaku wody i słońca, ciepłych kamieni i morza, nie chciał powrócić do cieni piekielnych. Nie pomogły wezwania, gniewy i ostrzeżenia. Żył jeszcze długie lata, mając przed oczami łuk zatoki, olśniewające morze i uśmiechy ziemi. Trzeba było aż wyroku bogów. Zjawił się Merkury, by pochwycić zuchwalca; i pozbawiając Syzyfa jego radości, siłą zaciągnął go do piekieł, gdzie czekał już przygotowany kamień. Nietrudno zrozumieć, że Syzyf jest bohaterem absurdalnym tak przez swoje pasje, jak i udręki. Za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena, jaką trzeba zapłacić za miłość tej ziemi. Nie wiemy nic o Syzyfie w piekle. Po to są mity, by ożywiała je wyobraźnia. Tu widać ciało napięte, aby dźwignąć ogromny kamień i pchnąć go w górę po stoku, setki już razy przebytym; widać ściągniętą twarz, policzek przy kamieniu, pomocne ramię, o które wspiera się oblepiona gliną masa, stopę odnajdującą równowagę, palce sprawdzające pozycję głazu i dwie pełne ziemi niezawodne ludzkie dłonie. U końca tego długiego wysiłku, mierzonego przestrzenią bez nieba i czasem bez głębi, cel jest osiągnięty. Syzyf patrzy wówczas, jak kamień w kilka chwil spada w dół, skąd trzeba będzie go znów wynieść na górę. Schodzi na równinę. Interesuje mnie Syzyf podczas tego powrotu podczas tej pauzy. Twarz, która cierpi tak blisko kamieni, sama jest już kamieniem. Widzę, jak ten człowiek schodzi ciężkim, ale równym krokiem ku udręce, której końca nie zazna. Ten czas, który jest jak oddech i powraca równie niezawodnie jak przeznaczone mu cierpienie, jest czasem świadomości Syzyfa. W każdej z owych chwil, kiedy ze szczytu idzie ku kryjówkom bogów, jest ponad swoim losem. Jest silniejszy niż jego kamień. Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa? Współczesny robotnik poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu. Bezsilny i zbuntowany Syzyf, proletariusz bogów, zna własny w całej pełni: o nim myśli, kiedy schodzi. Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo. Nie ma takiego losu, którego nie przezwycięży pogarda. Jeśli zatem to zejście w pewne dni jest cierpieniem, w inne może być radością. W określeniu nie ma przesady. Wyobrażam sobie także Syzyfa powracającego do kamienia w dniach pierwszej udręki. Kiedy obrazy ziemi zbyt mocno trzymają się pamięci, a głos przyzywający szczęście nazbyt nagli, smutek wzbiera w sercu człowieka: to zwycięstwo kamienia, to sam kamień. Bezgraniczną rozpacz trudno udźwignąć; przychodzą nasze noce w Getsemani. Ale druzgocąca prawda ginie, gdy zostaje rozpoznana. I tak Edyp wpierw posłuszny jest przeznaczeniu, którego nie zna. Tragedia zaczyna się, kiedy Edyp wie. Ślepy, bez żadnej nadziei, stwierdza jednak, że jest coś, co łączy go ze światem: świeża dłoń młodej dziewczyny. I wówczas padają wielkie słowa: “Choć tak bardzo zostałem doświadczony, wiek mój podeszły i dusza moja znająca wielkość mówią mi, że wszystko jest dobre”. Edyp Sofoklesa, podobnie jak Kiryłow Dostojewskiego, daje więc formułę zwycięstwa absurdalnego. Antyczna mądrość łączy się z bohaterstwem nowoczesnym. Nie odkrywa się absurdu bez pokusy ułożenia kilku reguł szczęścia. “Jakże to, idąc ścieżką tak wąską…?” Ale świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne. Błędem byłoby powiedzieć, że szczęście siłą rzeczy rodzi się z odkrycia absurdalnego. Zdarza się również, że poczucie absurdu rodzi się ze szczęścia. “Mówię, że wszystko jest dobre”, oświadcza Edyp i te słowa są święte. Rozbrzmiewają w okrutnym i ograniczonym świecie człowieka. Uczą, że wszystko nie jest i nie zostało wyczerpane. Bóg, który znalazł się w tym świecie wraz z niezadowoleniem i upodobaniem do niepotrzebnych cierpień, zostaje wygnany. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi. Stąd płynie milcząca radość Syzyfa. Los jest jego własnością, kamień jest jego kamieniem. Podobnie człowiek absurdalny: gdy zgłębi swoją udrękę, zamilkną bogowie. Cisza zostaje nagle przywrócona światu i słychać tysiące głosów ziemi. Wołania nieświadome i tajemne idą od wszystkich ziemskich twarzy: to jest ta druga strona i nagroda za zwycięstwo. Nie ma słońca bez cienia i nie można nie znać mocy. Od chwili gdy człowiek absurdalny mówi: tak, jego wysiłkom nie będzie końca. Lecz jeśli istnieje los, to nie został dany z wysokości, dane jest tylko rozwiązanie nieuchronne; człowiek absurdalny stwierdza, że jest ono nieuchronne i godne pogardy. Lecz wszystko inne do niego należy. Powraca do życia, Syzyf do swego głazu. Syzyf rozważa działania następujące po sobie i pozbawione związku, które stają się jego losem — stworzonym przez niego, spojonym jego pamięcią; przypieczętuje je śmierć. Przeświadczony o ludzkim początku wszystkiego, co ludzkie, ślepiec, który chce widzieć, a wie, że nie ma końca ciemnościom, nie ustaje nigdy. Kamień toczy się znowu. Zostawiam Syzyfa u stóp góry. Człowiek zawsze odnajduje swój ciężar. Syzyf uczy go wierności wyższej, tej, która neguje bogów i podnosi kamienie. On także mówi, że wszystko jest dobre. Świat bez władcy nie wydaje mu się ani jałowy, ani przemijający. Każda z cząsteczek kamienia, każdy poblask minerału w tej górze pełnej nocy same w sobie tworzą świat. Aby wypełnić ludzkie serce, wystarczy walka prowadząca ku szczytom. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym.

Ewa Maria Slaska

Cóż za paskudny tekst. Syzyf. Jak w ogóle można wpaść na pomysł, że jest szczęśliwy?! Dziwne i zastanawiające. Dlaczego Syzyf miał być szczęśliwy? Bo miał pewność, że zawsze będzie wiedział, co robić, bo zawsze będzie toczyć kamień i choć ta czynność nie służy żadnemu celowi – to jednak był w jego życiu jakiś pewnik, którego my nie mamy, jeśli oczywiście pominąć fakt, że umrzemy. Tym niemnej od posiadania w życiu jakiejś pewności, nawet tej najgorszej, do stwierdzenia, że to powód, żeby być szczęśliwym, jest jeszcze bardzo daleka droga. Przyznaję, nie wiem, po co Camus ją w ogóle przeszedł, bo jego myśl jest zwyczajnie nieludzka. Jeśli dla Camusa Syzyf jest metaforą ludzkiego życia, to po raz kolejny stwierdzam, że Boecjusz wprawdzie uważał, iż filozofia może przynieść pocieszenie, ale na pewno nie otrzymamy go od filozofów egzystencjalnych. Jeśli wszystko, co robimy sprowadza się do bezsensownego pchania kamienia pod górę i nasze całe życie jest bez sensu, to co nam pozostaje?

Ale żaden kierunek filozoficzny nie jest wyrocznią. To, że egzystencjalizm mnie przekonuje, że moje życie nie ma sensu, nie musi naprawdę tego oznaczać, bo może po prostu oznaczać, że muszę poszukać na swój użytek innego systemu filozoficznego. I to naprawdę nie oznacza, że chowam głowę w piasek, albo że unikam myślenia o tym, że świat jest podły i nie ma nam nic dobrego do zaoferowania. Ale zawsze mam jeszcze osobiście kilka powodów, żeby oceniać swoje życie trochę lepiej niż jako wieczne pchanie kamienia pod górę.

A zatem ja, Ewa Maria Slaska, nie zgadzam się na los Syzyfa według Camusa. Nie zgadzam się osobiście, dla mnie samej, ale nie zgadzam się też z jego wnioskami społecznymi. Wydaje mi się, że są pełne pogardy i zgody na niesprawiedliwość społeczną, że filozof patrzy z góry na życie tych, których los skazał na niewolnictwo, prawdziwe czy społeczne, bo go to nic nie obchodzi i bo sam żyje lepiej.

Współczesny robotnik, pisze Camus, poświęca wszystkie dni życia jednemu zadaniu i ten los nie mniej jest absurdalny. Ale nie jest tragiczny, prócz tych rzadkich chwil, kiedy robotnik osiąga świadomość swego losu.

Bardzo to arbitralne, niesprawiedliwe i bez sensu, bo dlaczego robotnik nie miałby mieć świadomości własnego losu.

Oczywiście Syzyf to jest archetyp człowieka, którego praca nie przynosi żadnych efektów. Ale nie tylko, Syzyf jak Don Kichot pojawia się ciągle w kulturze, ale nie w swej całej złożoności, tylko obaj sprowadzeni do jednej cechy – Syzyf do syzyfowych prac (które jednak są raczej ciężkie i wymagają czasu niż beznadziejne i bez końca), a Don Kichot do donkichoterii.

Polski raper Tomek Karenka (ur. 1980) po ciężkich doświadczeniach osobistych zmienił imię na Hiob, zaczął grywać i nagrywać na chrześcijańskim graniu, nagrał na płycie Stwardnienie rozsiane (2019) piosenkę zatytułowaną Syzyf, w której rozlicza się… z babcią, za to, że go w dzieciństwie krępowała i więziła wiecznymi zakazami i obiecuje jej wkrótce… pojednanie. Gdzie tu Syzyf? Co artysta miał na myśli, wybierając taki tytuł piosenki? Dźwigał te zakazy, marzył o ucieczce, gdy miał lat 20 uciekł, przeżył swoje i teraz wraca. Piękne, chrześcijańskie, wcale nie syzyfowe…

Fragmenty baratarystyczne

Ewa Maria Slaska

O dwóch poetach

Szczeciński poeta Marek Maj jako Don Kichot pojawia się na tym blogu nie po raz pierwszy (zob. TU i TU). Po raz pierwszy jednak w historii baratarystyki Rosynant jest jednocześnie Pegazem. Co też poeta potrafi zrobić z prozą, nawet tą światową!

Marek wydał właśnie tomik wierszy, a zrobił to chyba dzień lub dwa po tym, jak ostatni raz byłam w Szczecinie, a teraz nie wiadomo, kiedy znowu pojadę i czy, jak dojadę, tomik będzie jeszcze do “miecia”, czyli “mania” (Był kiedyś taki felieton, bodaj czy nie Jerzego Waldorffa, opublikowany w słynnym swgo czasu tygodniku Świat, o tym jaką formę przybiera słowo mieć w formie odrzeczownikowej; w rachubę wchodziło jeszcze “mienie”, a chodziło o “miecie w dupie”).

Ale wracajmy do poezji, czyli do zdania “Marek Maj wydał właśnie tomik wierszy”,  zatytułowany Teorie naiwne.

Leszek Żuliński w recenzji opublikowanej na portalu Latarnia morska pisze, że to wiersze intelektualne, ciekawe i mądre. A na dowód przytacza te trzy (przytaczam te same, bo co mam zrobić, skoro tomiku w ręku nie mam i sama przytoczyć ani utoczyć nic nie mogę):

Kobietyka poety

Do ciebie zmierzam, do twych ramion,
wśród wersów oddech mi się plącze,
ślady litotą sprzeczną mamią
potykam się o szlak ramiączek

Odwijam z ciebie interlinie,
treść wciąż pomijam, chociaż badam
po niespełnieniach czule płynę,
akbym w nieznane się zapadał.

Wikłam się w dreszcze nad konturem,
w niegramatyczność, nagłą miękkość,
smakiem odliczam warstwy, które
skazują mnie na łatwe piękno.

Wychylam język niedomówień,
w stan nieskupienia wnikam bystro
i na powierzchni wątek gubię,
po czym się staczam w rzeczywistość.

Co wiadome

Co wiadome – istnieje, niewiadome – w kolejce,
by napocząć swe dzieje
i odnaleźć swe miejsce. Mają nazwy te byty –
łosek ciąg z pełnych gardeł –
w nich kod sensów ukryty,
i motywy niezdarne

To, co nie jest – pogodnie
tkwiąc w niebytu domyśle –
szczerze może się odnieść,
nie mieć nic – niezawiśle.
Nie istnieje z przyczyny
nie dość pewnej i jasnej –
nie istnieje – widzimy –
nie ma zastępstw dla następstw.

Voila

Pejzaż bez nazwy, bez miejsca i czasu –
kolory puste, zmyślają się same
w ten niedorzeczny porządek i zasób
czerni wsączonej w zawistny atrament.

Cienie bez mitów, wyrazy bez cieni,
wątpliwość w rzeczy przecieka z orzeczeń,
równoważników niewczasów i ziemi
wciąż nieodkrytych w poświacie i w świecie.

Bezradna cisza, donośnie odkryta –
bez makijażu, leksyki swych sukien –
czule kołysze w nielichych przybytkach
zdań wielokrążki – cyfrowe i drukiem.

Michał Anioł Buonarotti

Od dawna już noszę się z myślą, że w ramach pisania na blogu o rozmowach z Konradem, napiszę o starości i  miłości (jednak nie, nie ma co owijać w bawełnę, ma być o miłości, seksie i erotyce, czyli o trójcy, którą nazwałam MiSEr – res sacra miser, o zaprawdę), ciągle jednak odwlekam ten moment, przekonując sama siebie, że muszę jeszcze “doczytać”, zaczęłam więc czytać Ryszarda Przybylskiego Baśń zimowa. Esej o starości (wyd. Sic! 1998), a tam w pierwszym rozdziale (W gospodzie śmierci) na pierwszej stronie od razu cytat z Cervantesa: “Droga jest zawsze lepsza niż gospoda”. Nawet najgorsza droga. Bo droga to bezdroże, las, przenikliwy deszcz i zacinający wiatr. Ciemność. Bóg, który zachowuje się “bezróżnie”. A gospoda jest cuchnąca, obrzydliwa i ponura, mroczna i obskurna.  Tak zaczyna się opowieść o starości Michała Anioła. Poprzedziły ją już we wstępie starość Sokratesa i Kanta, opowiedziane jednak przez innych. Tu jednak Przybylski przywołuje tzw. Capitolo, wiersz, w którym poeta sam pisze o własnej starości, a ma lat co najmniej 70. Może trochę więcej, bo datowanie nie do końca jest pewne (1546? 1550?). A przypomnijmy, co artysta przekazał nam we freskach z Kaplicy Sykstyńskiej: człowiek sam, porywając się na zamkniętą w rajskim jabłku wiedzę o tym, co Złe i co Dobre, zawinił własnej starości. No ale nie my osobiście, dlaczego można nas ukarać za winę Adama (bo u Michała Anioła to Adam, a nie Ewa zrywa jabłko)?

Jako rdzeń drzewa w korze swej zamknięty,
Żyję samotny tutaj i ubogi,
Jak duch w naczyniu czarami zaklęty.
 
Na lot w mym ciemnym grobie mało drogi,
Jeno pająki pracują w zawody,
Jak gdyby tkackich czółenek tłum mnogi.
 
U drzwi mych piętrzą się odchody.
Czy winogrona zjadł, czy medycynę,
Tutaj załatwia swe wygody.
 
Kto koty, ścierwo, nocniki, grat stary
Wyrzuca, niech się na mój kąt domowy
Ze mną się nie mienia, bo znajdzie te dary.
 
W ciele jestem taki słaby i niezdrowy,
Że gdy ulżenia wiatrom chęć mnie ima,
Bym chleb zatrzymał lub ser, nie ma mowy.
 
Kaszel i katar przy życiu mnie trzyma;
Jeżeli wzdęcie nie odejdzie dołem,
Zaledwo oddać mogę dech ustyma.
 
Chromy, złamany i zbity mozołem
Żywota jestem; śmierć moja gospoda,
Gdzie żyję i gdzie stołuję się społem.
 
Smutek to moja jedyna pogoda,
Spoczynkiem moim niedola wśród bóli;
Kto cierpień szuka niech mu Bóg ich doda.
 
Śmiałbyś się widząc mnie w święto Trzech Króli
I tych pałaców rząd, który się puszy,
Wobec ubóstwa dachu, co mnie tuli.
 
Popiołów serca miłość już nie ruszy;
Jeżeli większy ból mniejszy uśmierza,
Dobrze podcięte są skrzydła mej duszy.
 
Głos mój jak szerszeń w naczyniu uderza,
Kości i żyły mam w skórzanym worze,
Smoły pigułki trzy w wnętrzu pęcherza.
 
Oczy zmętniały i spełzły w kolorze,
Zęby w klawisze instrumentu mienię,
Bo głos z ich ruchem dopiero wyjść może.
 
Musi oblicze me siać przerażenie;
Sama ma szata chociaż dłoń oszczędza
Kija, z suchego siewu kruki żenie.
 
W jednym mym uchu pająk sieć rozprzędza,
W drugim mi śpiewa świerszcza nocna zwrotka;
Charczę z kataru, który sen odpędza.
 
Amorze! Muzo! Groto kwiatów słodka!
Bazgroty, trąbki do pieprzu, do licha!
Precz, do rynsztoka z wami, do wychodka!
 
Po cóż lepiłem lalki, gdy kres czyha
Na mnie, jakiego doznał człek, co w sile
Przebywszy morze, potem w bagnie zdycha.
 
Sztuka wielbiona, w której miałem tyle
Sławy, do tego przywiodła mnie przecie:
W obcej się służbie, starzec biedny, chylę.
 
Jestem zniszczony, gdy mnie śmierć nie zmiecie.
 
Tłumaczył Leopold Staff
 

Podobno to wiersz w stylu florenckim. Dowcipny, ironiczny. Wzdragam się na myśl o ostrości, z jaką artysta widzi własną starość. I znikąd pociechy.

I tak było, żył jeszcze prawie 20 lat. Zmarł w wieku lat 89.

Tate Modern po raz drugi

Ewa Maria Slaska

Tak sobie tydzień temu napisałam trochę o Tate Modern i… poczułam niedosyt. Bo o Tate Modern można oczywiście w nieskończoność, a ja chciałam “tylko” o oknach, korytarzach, schodach i Themersonach, ale już i te chcenia wystarczyły, by znowu napisać o Tate Modern.

Okna i schody są moim ulubionym tematem w muzeach i w innych budynkach publicznych. Ale możliwe, że w muzeach przede wszystkim, bo są wytchnieniem dla oka i ducha, pozornie zajętych wchłanianiem sztuki wielkimi kęsami, a tak naprawdę coraz bardziej znużonych. Widok za oknem, pusta przestrzeń westybulu, funkcjonalność schodów przynosi ogromną ulgę. W Tate Modern świetnie to wiedzą. Naprzeciwko wielkich okien z widokiem na panoramę Londynu z Tamizą, katedrą św. Pawła i wieżowcem The Shard stoją długie ławki. Na każdej siedziała jedna osoba. Skutek pandemii czy postępującej atomizacji społecznej?

A o Themersonach muszę też koniecznie napisać, bo wydaje mi się, że ze “starej” polskiej sztuki tylko oni zostali pokazani w Tate. Z nowej wciąż się ktoś pojawia, ale ze starej nie ma nikogo, choć przecież co najmniej Witkacy świetnie by tu pasował. Albo “papież awangardy”, Tadeusz Peiper.

Themersonów znałam od dzieciństwa, bo moi rodzice i ich przyjaciele byli miłośnikami Przygód Pędrka Wyrzutka, książeczki dla dzieci, napisanej przez Stefana Themersona, a zilustrowanej przez jego żonę – Franciszkę.  Pędrek Wyrzutek był w zależności od tego, z kim rozmawiał, człowiekiem, rybą, psem i słowikiem. Ludzie widzieli w nim psa, według psów był słowikiem, a według słowików – rybą. Książeczka to seria odrębnych opowiastek o wędrówkach Pędrka i istotach które spotkał. Były to profesor-wielbłąd, karabinier, małpa, król Pingwin, kapitan Metaferejn, Subiekt sprzedający kapelusze, wilk i Mały Zafrasowany Człowieczek. Z tych historyjek najlepiej zapamiętałam świat, gdzie wszystko było udawane, ale ponieważ wszyscy się na to godzili, można było… udawać, że jest to świat prawdziwy.

Autor, z wykształcenia filozof, w tej błahej historyjce zadaje poważne filozoficzne pytania, o sens życia, o zgodę na normy, zasady i konwenanse, o to kim jesteśmy?

A skoro już jesteśmy przy pytaniu, kim jest Pędrek Wyrzutek, nie mogę nie zacytować tu wiersza Wisławy Szymborskiej Zdumienie:

Czemu w zanadto jednej osobie?
Tej a nie innej? I co tu robię?
W dzień co jest wtorkiem? W domu nie gnieździe?
W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?
Dlaczego tylko raz osobiście?
Właśnie na ziemi? Przy małej gwieździe?
Po tylu erach nieobecnosci?
Za wszystkie czasy i wszystkie glony?
Za jamochłony i nieboskłony?
Akurat teraz? Do krwi i kości?
Sama u siebie z sobą? Czemu
nie obok ani sto mil stąd,
nie wczoraj ani sto lat temu
siedzę i patrzę w ciemny kąt
– tak jak z wzniesionym nagle łbem
patrzy warczące zwane psem?

Stefan Themerson, urodził się w roku 1910 w Płocku, zmarł w roku 1988 w Londynie. Był nie tylko filozofem, ale awangardowym artystą, pisarzem, poetą, eseistą, filmowcem i kompozytorem; stworzył koncepcję poezji semantycznej i maszynę do filmowania poklatkowego. Pisał po polsku, francusku i angielsku. Jedna z recenzentek Pędrka (Marta_25) pisze: Stefan Themerson stworzył powieść uniwersalną, która do dziś nie traci na wartości. To książka trudna, wymagająca od czytelnika sporego zaangażowania i pewnej zdolności „zacierania granic” między fikcją, a rzeczywistością.

Themerson na tle obrazu swojej żony, Franciszki.

Równie niezwykłym powieściowym bohaterem Themersona co Pędrek jest też profesor Mmaa, czyli termit-antropolog, prowadzący badania nad ludźmi. Termity są bardzo dociekliwymi naukowcami, a zdobywają wiedzę pożerając książki. Wykład profesora Mmaa to kolejna opowieść utopijna o całym życiu i całym świecie, pełna odniesień do filozofii, religii i psychoanalizy.

Franciszka Themerson z domu Weinles (ur. 1907 w Warszawie, zm. 1988 w Londynie) – polska malarka żydowskiego pochodzenia, rysowniczka, ilustratorka, scenografka; wydawczyni; żona Stefana Themersona.

W Tate znaleźli się oboje głównie dzięki awangardowym filmom. Wikipedia wymienia ich siedem, ale cztery zaginęły. Dwa powstały w Londynie na zlecenie Rządu RP na Uchodźstwie. W Tate można obejrzeć film The Eye & The Ear, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – rekonstrukcję  Apteki.

W historii Themersonów wzrusza mnie też ich wzajemne przywiązanie do siebie. Byli kuzynami, poznali się, gdy Stefan miał lat 19, a Franciszka 22, pobrali się dwa lata później. Przeżyli ze sobą ponad 50 lat i jak twierdzą wszyscy, którzy ich znali, przez cały czas byli bardzo dobrym, zaprzyjaźnionym ze sobą małżeństwem. Umarli w tym samym roku, w odstępie trzech miesięcy.

Czekając na śnieg

Ewa Maria Slaska

Dwa zdjęcia znalezione w sieci przypomniały mi, że bywały zimy, kiedy padał śnieg.

POLAND. Silesia region. Kalwaria Zebrzydowska village. 1981.
Religious pilgrimage during the Holy Week. Foto Bruno Barbey.

 

Jacek Szymański
na portalu Gdańsk historyczny:
Rok 1904, Jaśkowa Dolina, restauracja Forsthaus… i ten klimat 

Lubię śnieg i lubię zimę. Może dlatego lubię też białe malarstwo. Gdy jesienią tego roku byłam w Tate Modern w Londynie zachwyciłam się salą poświęconą białemu malarstwu. Są też sale o innych kolorach.

Te dwa zdjęcia zrobiłam ja, resztę biorę ze strony Tate Modern (uwaga, póki co Tate Modern jest zamknięta do odwołania, oczywiście z uwagi na koronę. Jak ja byłam, korona też była, było też przez nią mnóstwo ograniczeń, nie było szatni ani kawiarni, trzeba się było rejestrować zawczasu, ale jeszcze można było wejść; dziś, dwa miesiące później, już nie można wejść).

Achrome 1958 Piero Manzoni 1933-1963 Purchased 1974 http://www.tate.org.uk/art/work/T01871

 

Monochrome White Painting 1963 Li Yuan-chia 1929-1994 Purchased 2004 http://www.tate.org.uk/art/work/T11871

 

White Painting 1969 Michael Buthe 1944-1994 Purchased with funds provided by the Edward and Agnes Lee Acquisition Fund 2016 http://www.tate.org.uk/art/work/T14782

Oczywiście w Tate Modern nie ma Białego kwadratu (kompozycji suprematycznej) Kazimira Malewicza, bo jest w MOMA w Nowym Jorku, ale nie mogę się oprzeć, żeby go tu nie przypomnieć. Oczywiście biały kwadrat nie jest tak słynny jak czarny. Ale to tylko kwestia marketingu.

Artist Kazimir Malevich
Year 1918
Medium Oil on canvas
Dimensions 79.4 cm × 79.4 cm (31¼ in × 31¼ in)
Location Museum of Modern Art, New York City[

Jeszcze jeden biały obraz – został rok temu sprzedany za 20 milionów dolarów: Robert Ryman (b. 1930), Bridge

Ciekawy, prawda?

No i wreszcie mój ulubiony – Jacek Mydlarski (1950-2020), gdański malarz bieli, przyjaciel. Kupiłam kiedyś, dawno temu dwa jego obrazy. Przyznaję, że nie za 20 milionów dolarów. Ale ponieważ nie miałam wtedy w ogóle pieniędzy, to może symbolicznie te zakupy są sobie równe.

Te dwa jego białe obrazy towarzyszyły najpierw mi, a potem mojemu siostrzeńcowi w wędrówkach po kilkunastu naszych mieszkaniach (jesteśmy nomadami). Artysta umarł niedawno, jego niezwykłe białe prace można obejrzeć online.

Obrazy bieli

Mity nasze powszednie (1) Ajtra

Obiecałam Konradowi, że napiszę mu co jakiś czas coś o jakimś micie greckim. Aby nie uznał, że pisząc będę wybierała coś, co dobrze znam, zaproponowałam, żeby podał mi losowy numer strony, szpaltę i lokalizację hasła w mojej ukochanej ongiś książce, czyli Małej Encyklopedii Kultury Antycznej (rok wydania 1968, właśnie zaczynałam studiować archeologię i przeczytałam ten leksykon dosłownie od deski do deski). Wybrał stronę 28, lewą szpaltę u góry. Wylosował Ajtrę, właściwie nawet dwie, obie interesujące, ale musiałam się zdecydować na jedną. Wybrałam pierwszą.

Ewa Maria Slaska

Była córką króla Trojzenu i matką Tezeusza, tyle wiemy na pewno.

Mit chce, by Tezeusz był, jak tylu innych bohaterów (i bohaterek) greckich opowieści, synem (córką) ziemianki i boga. Był więc herosem, podobnie jak Herakles, Jazon, Orfeusz, Orion, Perseusz. Herosi byli ludźmi i umierali tak jak ludzie, bogowie żyli wiecznie. Uważani byli jednak za lepszych ludzi i pośredników między światem bogów i ludzi. Herosi byli piękni, silni, dzielni, wędrowali po świecie, walcząc z bestiami, karząc zbrodniarzy i ratując dziewice z rąk czarnoksiężników i sprzed smoczych pysków. Dziewczęta urodzone w takich związkach były nadzwyczajnie wręcz piękne, co nie zawsze przynosiło im szczęście. Helena trojańska, najpiękniejsza kobieta na świecie, pierwszy raz została porwana, gdy miała lat 12, a porywaczem był… Tezeusz; jej bracia odbili ją z rąk Tezeusza, Helena wyszła za mąż za Menelaosa, króla Sparty, po czym porwał ją Parys i zabrał do Troi, a dalej już każdy wie, Grecy postanowili ją odebrać, rozpętała się wojna, nazwana potem trojańską, która trwała 10 lat, Grecy zwyciężyli, a Helena z mężem wróciła do Sparty, wciąż jeszcze młoda i nadzwyczajnie piękna.

Jeśli niemal nikt nie pamięta Ajtry, matki Tezeusza, sam bohater jest jednym z najlepiej rozpoznawalnych bohaterów mitów greckich, a jego przygody powtarzają się do dziś niemal niezmienione w legendach o królu Arturze, bajkach o tym jak rycerz pokonuje smoka, wielu opowieściach SF i Fantasy. Klasycznym herosem jest więc sam Tezeusz, podobnie jak Lancelot, rywal i przyjaciel króla Artura, jak Wiedźmin, jak Aragon z opowieści o Władcy Pierścieni, liczni bohaterowie Gry o tron, oczywiście, Don Kichot, a nawet Benia Krzyk, menel i bohater, król odeskich bandziorów u Babla. Praktycznie rzecz biorąc każda wartka opowieść o kolejnych nie związanych ze sobą przygodach walecznych wojowników jest powtórzeniem greckiego mitu heroicznego.

Tezeusz wychowywał się z mamą i dziadkami w Argolidzie. Obaj domniemani ojcowie przespali się z Ajtrą (czyli Eteryczną, a zatem Jasną) tej samej nocy, dlatego nie-jasne jest, który z nich faktycznie spłodził Tezeusza. O świcie Posejdon obiecał Ajgeusowi wyłączne ojcostwo spodziewanego potomka, po czym udał się do swych boskich zadań (co często oznaczało wylegiwanie się na kanapach i popijanie nektaru z ambrozją), a Ajgeus podążył dalej ku swem właściwemu celowi, czyli Attyki, którą zjednoczył i ustanowił jej stolicą Ateny. Zanim jednak odpłynął, pozostawił synowi miecz i sandały. Ukrył je w świątyni i przycisnął głazem. Jeśli urodzi się syn, powiedział Egeusz do Ajtry, powiedz mu, że tu ukryłem dla niego insygnia władzy. Gdy dorośnie i będzie w stanie poruszyć ten głaz, znajdzie tu przedmioty, które ma zabrać i przypłynąć do Aten. Zostanie moim następcą, królem Attyki.

Miecz w kamieniu, Excalibur, to jeden ze starych symboli prawa do władzy, pierworodny syn nie zostaje władcą za nic, musi udowodnić, że ma dość mocy, by po tę władzę sięgnąć.

Interesujące jest to, że w mitologii greckiej w wyniku podwójnego stosunku, a zatem niepewnego ojcostwa, kobieta zazwyczaj rodziła bliźnięta, które mimo iż identyczne, miały jednak odmienną naturę – jeden dzieciak był bogiem, drugi – człowiekiem. Najsłynniejszą taką parą (a właściwie czwórką) są Kastor i Polideukes (Pollux), bracia dziewcząt bliźniaczek Heleny (trojańskiej) i Klitajmestry. Ich ojcami byli Zeus w postaci łabędzia i Tyndareos, mąż Ledy. Polideukes i Helena byli bogami, Kastor i Klitajmestra – śmiertelnikami. Polideukes tak kochał brata, że ubłagał ojca o zapewnienie mu nieśmiertelności. Zeus zgodził się, ale jak to zawsze się dzieje, gdy bogowie coś obiecują – była to zgoda dziwaczna i perfidna. Obaj mieli co dzień zmieniać przeznaczenie. Jednego dnia żyli jako ludzie na Ziemi, następnego przebywali jako bogowie w konstelacji Bliźniąt.

Heros miał do wykonania liczne zadania, które przyjęło się nazywać “prace”. Do prac Tezeusza należało zabicie Minotaura, które uczyniło go sławnym, ale wykonał też wiele innych prac: rozprawił się zwycięsko z ogromną świnią, straszliwym bykiem i trzema zbójami: Perifetesem, Skejronem i Prokrustem, zabił olbrzyma Sinisa i pokonał w zapasach siłacza Mickuna oraz stoczył zwycięską walkę z Centaurami.

Jako archeolożka dodam, że herosi wędrowali po świecie starożytnym na historycznej granicy między kulturą minojską a mykeńską, czyli mniej więcej w XIV wieku przed naszą erą. Tezeusz był przedstawicielem najeźdźców i reprezentował kulturę achajską (mykeńską), a jego słynna wyprawa na Kretę jest opisem zwycięstwa dzielnych i surowych Achajów nad zniewieściałymi mieszkańcami greckich wysp. Jeszcze niedawno Grecy byli poddanymi króla Minosa i co rok musieli mu wysyłać daninę w postaci siedmiu dziewcząt i siedmiu chłopaków, których rzucano na pożarcie Minotaurowi. Młodych ludzi losowano i zazwyczaj siłą wydzierano rodzinom. Tezeusz zgłosił się dobrowolnie z zamiarem pokonania potwora i uwolnienia Attyki od okrutnej daniny.

Minotaur (byk minojski) był pół bykiem i pół człowiekiem. Byki są nieodłącznym elementem składowym kultury minojskiej. Matką króla Minosa była fenicka księżniczka, Europa, którą Zeus pod postacią białego byka porwał, przepłynął z nią z Azji Mniejszej przez morze na Kretę, gdzie spłodził z nią trzech synów. Minos zatem, sam zrodzony z śmiertelniczki i boga w postaci byka, musiał pogodzić się z szaleństwem swej żony, Pazyfae, bez pamięci zakochanej w byku i cierpieć na stałe obecność jej zwyrodniałego potomka, który miał ludzką postać i głowę byka, a obdarzony był nadludzką siłą. Byk ojciec, byk mąż, byk syn.

Można by wzruszyć ramionami i powiedzieć, cóż za bzdura, nawet jeśli zdarza się, że zwierzęta i ludzie uprawiają seks, nigdy nie doczekają się żadnych potomków. Oczywiście na poziomie racjonalnym sceptycy mają rację. Przez wiele stuleci tłumaczyło się te wcale nierzadkie greckie mity o seksie bogów, ludzi, zwierząt, a nawet roślin, zwłaszcza drzew albo myśleniem życzeniowym (Pazyfae zapatrzyła się na byka, ale seks uprawiała z człowiekiem), albo metaforycznym (a więc Pazyfae zakochała się nie w byku, lecz w umięśnionym, silnym i pełnym wigoru mężczyźnie), albo symbolicznym (wyrafinowana kultura ulega zwierzęcej sile barbarzyńców). Ale (pisałam o tym TU) jest też inna możliwość: nie jesteśmy pierwszą wysoko rozwiniętą cywilizacją na Ziemi. Przed nami była jeszcze co najmniej jedna (albo wiele) i ich eksperymenty doprowadziły do upadku ich cywilizacji, pozostawiając nam w dziedzictwie wyprodukowane przez siebie potwory. My właśnie doszliśmy po raz drugi (albo kolejny) do etapu produkcji potworów. Zaczęło się od sklonowanej owieczki Dolly, ale poszło dalej. W środę, 02 kwietnia 2008 roku w prasie znalazła się następująca wzmianka: “Forscher schaffen Hybrid-Embryo aus Mensch und Kuh. Britische Wissenschaftler haben zum ersten Mal Embryonen aus menschlichem Erbgut und Eizellen von Tieren geschaffen. So wollen sie embryonale Stammzellen herstellen – ohne ethische Bedenken.” Napisałam o tym na blogu, a mój komentarz brzmiał: właśnie wyprodukowaliśmy Minotaura!

Tezeusz z pomocą córki Minosa, Ariadny, pokonał Minotaura, co historycznie oznaczało, że Grecja achajska strząsnęła jarzmo minojskie, choć z upływem lat coraz bardziej się upodabniała do swej poprzedniczki. Ale, jak mawiał Kipling, to już zupełnie inna historia.

Gdy Tezeusz wracając z Krety zapomniał zmienić żagle z czarnych na białe, Ajgeus przekonany, że misja syna się nie powiodła, zabił się, skacząc w odmęty morza, które odtąd zwane jest jego imieniem: Morze Egejskie. Co ciekawe Ajgeus – Egeusz dał też drugą nazwę kulturze greckich wysp, nazywa się ją bowiem nie tylko minojską od króla Minosa, ale również egejską, co oznacza po prostu kulturę wysp na Morzu Egejskim. Tym niemniej zabawne jest pomyśleć, że obaj ojcowie niedobranej pary kochanków, jakimi zostali Tezeusz i Ariadna, dali imię kulturze, którą Minos doprowadził do rozkwitu, a syn Egeusza zniszczył.

Na zakończenie luźnych skojarzeń, jakie wywołało we mnie imię Ajtra, muszę jeszcze napisać o sprawach Tezeusza z kobietami. Zaczęło się od tego, że możliwość zabicia Minotaura, którego ojciec trzymał w  Labiryncie i wydostania się z matni nasz heros zawdzięczał Ariadnie, córce Minosa. Dziewczyna zakochała się w obcym pięknym jak bóg chłopaku i zdradziła mu tajemnicę Labiryntu. Dedal, budowniczy więzienia, przed ucieczką z Krety (uciekał na skrzydłach) powiedział jej, że ktoś, kto wchodzi do labiryntu ma przywiązać jeden koniec kłębka nici do progu drzwi i rzucić kłębek przed siebie, a ten potoczy się do miejsca gdzie mieszka Minotaur. Uciekając z Krety Tezeusz zabrał Ariadnę ze sobą, porzucił ją jednak, samotną, na wyspie Naksos. Po powrocie do Aten i śmierci ojca Tezeusz został królem. Prowadził rozliczne wojny w tym z Amazonkami. Poślubił królową Amazonek, Antiope. Ich syn – Hippolytos (Hipolit) stał się jako młody chłopak obiektem namiętności kolejnej żony Tezeusza – Fedry. Odtrącona Fedra popełniła samobójstwo, oskarżając Hipolita o molestowanie. Tezeusz wygnał syna i dopiero po jego śmierci poznał prawdę. Wreszcie jako dość wiekowy mężczyzna porwał słynną już wtedy z urody dwunastoletnią Helenę, córkę Ledy i Zeusa, której jednak ze względu na jej wiek nie poślubił. Zachodzi więc pytanie, po co ją zatem porywał.
Wszystkie te historie są dość wątpliwe moralnie.

Zakończenie. Ten wpis mógłby być znacznie dłuższy, mógłby stać się rozdziałem książki, książką, albo księgą. Każde napisane tu zdanie można by było rozwinąć i poprowadzić opowieść w inną stronę, do Racine’a, Prousta, Einsteina, Bachusa, iluminatów, argonautów, wojny trojańskiej, Odyseusza, zabicia Ifigenii, patriarchatu, feminizmu, Freuda, Erynii, Klitajmestry, sztuki pamięci, Ericha von Dänikena, labiryntu, Borgesa… Gdzieś jednak trzeba się było zatrzymać.
Jeśli ktoś ma ochotę też coś napisać o mitologii, serdecznie zapraszam.

Rozmowy a nauka (rozmowy z Konradem)

Ewa Maria Slaska, Konrad oraz (z książek) Dariusz Bogucki, Jack Halberstam

Kasi i Konradowi z podziękowaniem za tysiące inspiracji

Dla wyjaśnienia, dla tych, którzy może tego nie wiedzą. Konrad wiosną zdał maturę w Gdańsku, ma 20 lat i od września studiuje filozofię na jednym z uniwersytetów w Anglii. Komunikujemy się głównie za pomocą WhatsAppa. Przysłał mi (na moje własne życzenie) skrin z prezentacji na temat kradzieży, omawianej podczas wykładów z etyki. Siedem sposobów okradzenia torebki pani Jessop. Chociaż moim zdaniem to nie są sposoby, tylko motywacje, powody albo przyczyny. Ale nie bądźmy drobiazgowi.

Ewa: Przeczytałam, ale jakoś nie poruszyło mnie to wyliczenie
Konrad: Mało co Cię porusza z moich zajęć 🙂. Już się przyzwyczaiłem
Ewa: Naprawdę? Ojej, przepraszam
Konrad: Za co? Tak reagujesz. Jest ok. Może po prostu to nie jest Twoja działka i to Cię zwyczajnie nie interesuje.
Ewa: Nie, nie o to mi chodzi. Mnie interesują różne rzeczy, to nie jest więc pytanie, czy to moja działka, czy nie. Kradzież jest zresztą fascynującym tematem literackim, socjologicznym, politycznym. Oczywiście również filozoficznym. Moim ulubionym bogiem greckim jest Hermes, czyli, wiadomo, bóg kupców i złodziei. Ma skrzydła u stóp. Ale te rzeczy, które mi przysyłasz, są bez polotu i ciężko obarczone nudną powagą. Bardzo nie angielską.
Konrad: Hmmm. No taka jest filozofia 🙂. Szalone pogadanki w środku nocy na balkonie zamieniają się w naukę.

Hmmm, no cóż, ponad wszystko uwielbiam pogawędki na balkonie, a rozmowę uważam za najwspanialsze osiągnięcie ludzkości 🙂

Dariusz Bogucki
z książki Śladami życia

Ciocia Marysia (…) zaproponowała, bym (…) stanął do egzaminu na kurs wstępny na Politechnikę Gdańską. Bo akurat taki się organizuje dla tych wszystkich, którzy nie mieli matury, a chcieli studiować. Bedziesz tam miał to swoje budowanie okrętów, powiedziała, i to od razu na poważnie, na przyszłość.
Plan był prosty: jeśli zdam, a następnie ukończę kurs, po roku będę studentem. Mieszkać zaś mogę u wujostwa, a nie w płatnym internacie.
Zamilkłem z wrażenia. Moje wyśnione morze było na wyciągnięcie ręki, ale decyzję, jakże ważką i „dorosłą”, musiałem podjąć samodzielnie, bez odwoływania się do starszych. No, i nie był to wcale prosty plan. Intuicyjnie czułem jednak, że choć to, co zamierzyłem, jest potwornie trudne, to jest to dla mnie wielka szansa.
(…)
Egzamin na poziomie maturalnym, dopuszczający na kurs wstępny, miał się odbyć na początku września. Wróciłem zatem do Gniezna i zabrałem się ostro do pracy. Powtórzyła się sytuacja sprzed paru miesięcy. Czekał mnie egzamin, do którego brakowało mi dwóch lat regularnej nauki, tyle że o poziom wyżej, bo nie gimnazjalnej, tylko licealnej. Do tego teraz byłem zdany wyłącznie na siebie, gdyż nie było tu pani Lody, która mi wtedy tak bardzo pomogła. Nie miałem też książek, z których mógłbym się uczyć. Skromna biblioteka pani doktor, u której mieszkała moja mama, była czysto medyczna, a w mieście na żadną bibliotekę nie natrafiłem. Gniezno bowiem w czasie wojny zostało włączone do Reichu, a to oznaczało, że działania okupantów miały na celu całkowite zniemczenie wszystkich podległych im grup etnicznych i kulturowych. Stąd niemal zupełny brak polskiego dziedzictwa w tym, co odzyskaliśmy tutaj po wojnie.
Nie mając wyboru, zmieniłem taktykę i zamiast z książek, uczyłem się przez rozmowy z mamą, z panią doktor, i w ogóle z każdym, kto pojawił się na horyzoncie naszego życia. Tak przygotowany, a właściwie nieprzygotowany, z początkiem września pojechałem do Gdańska. (…) Bez większej nadziei, ale zdeterminowany, zasiadłem do egzaminu. Tym razem nie były to zadania, tylko ogromny zestaw pytań w postaci testu z całej wiedzy, jaką przystępujący do matury licealista powinien rozporządzać. Na połowę pytań odpowiedziałem zaraz przy pierwszym czytaniu, na pozostałe, wprawdzie już z namysłem i niezbyt pewny swego, zdążyłem odpowiedzieć, mieszcząc się w czasie.
Następnego dnia okazało się, że dałem prawidłowe odpowiedzi na niemal wszystkie pytania. Egzamin ustny, ku mojemu pełnemu zaskoczeniu, poszedł równie gładko. Tym sposobem, wczesną jesienią 1945 roku, zostałem studentem kursu wstępnego Politechniki Gdańskiej.

Jack Halberstam, Przedziwna sztuka porażki
Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2018

* Jack Halberstam (urodzony jako Judith Halberstam) – amerykański kulturoznawca, badający kulturę wizualną, media, sztukę queer i subkultury. Profesor Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Opublikował m.in. Female Masculinity oraz Gaga Feminism. * Przedziwna sztuka porażki to manifest kluczenia, improwizacji, mylenia się, kręcenia się w kółko, w których znaleźć możemy jednak zupełnie nieoczywisty nowy cel. Mając za przewodników SpongeBoba Kanciastoportego i rybkę Nemo wyruszmy w rejs, w którym „zamiast opierać się kresom i ograniczeniom, pozostańmy radośnie wierni wszystkim naszym nieuniknionym fantastycznym porażkom”.

Dziękuję mojej siostrze, która podarowała mi tę pozycję bez żadnej okazji (ale nie bez żadnego trybu), tylko dlatego że uznała, iż Marylin Monroe z wąsami na okładce publikacji o porażce to na pewno książka, którą będę zachwycona. I tak właśnie jest! Patronami wydania są portale Chujowa pani domu, czyli, jak twierdzi jej autorka, Magdalena Kostyszyn, strona przekłuwająca bańkę perfekcjonizmu, oraz Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty. Michał Michalski, założyciel strony, mówi, że Coaching i rozwój osobisty to taki ruch antyszczepionkowy sfery mentalnej. Cóż za znakomity patronat! jestem pod wrażeniem.

A tu garść cytatów z podziękowań i wstępu, bo już w podziękowaniach objawiają się fantastyczne propozycje:
alternatywne formy produkcji wiedzy (o tak!)
alternatywne pedagogie
dążenie do niewiedzy
które są (jak rozumiem) odszczepieńczą, subwersywną i wywrotową formą uprawiania intelektu poza campusem.

Nie sortuję tych cytatów, nie zaznaczam cudzysłowami, nie wstawiam nawiasów z kropkami. Niekiedy je uzupełniam, najczęściej skracam. Tym niemniej wszystko, co poniżej, to cytaty. Chyba, że coś jest zaznaczone na zielono – bo wtedy to ja.

Zacznijmy od najważniejszego: Rozmowa zamiast praktykowania mistrzostwa faktycznie wydaje się naprawdę konkretnym sposobem bycia w relacji do nabywania wiedzy u mistrza (wykładowcy, profesora, nauczyciela) na uczelni, sposobem wolnym od obowiązku mierzenia się na punkty czy na publikacje (publish-or-perish).

Wszyscy przywykliśmy do tego, iż nasze marzenia idą w rozsypkę, nadzieje zostają rozwiane, iluzje roztrzaskane. Wiemy, wszyscy to wiemy. Co jednak zajmuje miejsce nadziei, gdy jej już nie ma?
Co? Poszukiwanie mądrości i nowego, porowatego jak gąbka stosunku do życia, kultury, wiedzy i przyjemności, sformułowanie alternatywnej wizji życia, miłości i pracy oraz przełożenie tej wizji na praktykę. Radykalni utopiści szukają sposobów na bycie w świecie, innych niż te, które zaleca konsumencki liberalizm.
Ta książka, badając te sposoby w kulturze masowej, porusza się na stałe w obszarze teorii niskiej, starając się zidentyfikować wszystkie miejsca “pomiędzy”, dzięki którym nie ulegamy pokusom konsumpcyjnym, ani nie nadziewamy się na haczyki hegemonii.
Oczywiście liczymy się z tym, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy.
Autor, tłumaczony czasem jako kobieta (bym chybiała celniej), a czasem jako mężczyzna (Jack Halberstam na okładce), zastanawia się nad sposobami bycia i posiadania wiedzy, które plasują się poza konwencjonalnymi wyobrażeniami o sukcesie, bo sukces w społeczeństwie heteronormatywnego kapitalizmu jest w gruncie rzeczy utożsamiany z dwiema tylko cechami: dojrzałością reproduktywną i gromadzeniem bogactwa. A już nawet ekonomista, a nie tylko antropolog kultury widzi gołym okiem, że obie normy w XXI wieku przestały cokolwiek znaczyć.

Wiek XX zakończył się plajtą myślenia pozytywnego (“sukces jest moim dziełem, porażkę uczynili mi inni”). Sukces to “zbiorowe urojenie”, a bankructwo wiary w to, że każdy jest kowalem własnego losu, oznacza szansę dla odmieńców, bo niepowodzenie to coś, co odmieńcom (queers) zawsze wychodziło wyjątkowo dobrze. Niekiedy niepowodzenie, przegrywanie, niedawanie rady, nieposiadanie wiedzy mogą przynosić twórcze wspólnotowe i zrównoważone rozwiązania. Hasłem takich wspólnot jest zdanie: Nikt nie zostanie na lodzie lub (jak podczas wiosennej pandemii korony lub w listopadzie 2020 roku w Polsce podczas strajków pod hasłem “wypierdalać”) Nigdy nie będziesz szła sama /You will never walk alone.

Być może porażka to najwłaściwszy sposób bycia, pozwala ujść karzącym normom narzucanym nam przez społeczeństwo i pozwala uniknąć iluzji optymizmu. Pozytywne myślenie nie uleczy raka, a fakt, że zachorowaliśmy na raka nie uczynił z nas lepszych ludzi. Optymizm pozytywnego myślenia napędza tryby istniejącego porządku społecznego. Porady typu “bądź sobą” i “podążaj za marzeniami”, jeszcze niedawno najpiękniejsze hasło, jakie można było dać na drogę młodemu człowiekowi, wkraczającemu w życie, okazały się egoistyczną mazią, smarującą tryby korporacji, globalizmu i zniszczenia świata.

Nasz świat nie powinien zostać wydany na pastwę ludziom sukcesu, musi w nim być miejsce na coraz więcej odmieńców. Nauki ścisłe, szczególnie fizyka i matematyka, znają wiele przypadków niesfornych intelektualistów, ludzi błądzących po nieodkrytych terytoriach, don Kichotów nauki. Wprawdzie sam Don Kichot nigdzie w książce nie został wymieniony, jest ona jednak wręcz entuzjastyczną pochwałą donkichoterii i przydaje jej głębokiego sensu społecznego. Ci niesforni intelektualiści unikają konwencjonalnych metod produkcji wiedzy i wydeptanych szlaków, również dlatego że prawidła dyscyplin stoją na przeszkodzie poszukiwań, bo dają gotowe mapy myślowe tam, gdzie intuicja i błądzenie po omacku może przynieść lepsze rezultaty. Wąsko wyspecjalizowane dziedziny nauk, które się wyłoniły się ponad 100 lat temu w odpowiedzi na zapotrzebowanie nowej gospodarki rynkowej, tracą obecnie znaczenie. A to dobry czas, żeby ustalić nowe zasady. Możemy skorzystać z tego czasu, żeby wymyślić od nowa projekt myślenia i uczenia.

Oczywiście teraz, gdy to piszę, pandemia wymusiła na nas nowe techniki uczenia i uczenia się, a my myśleliśmy, że wymusi też na nas nowe myślenie o świecie i naszym w nim miejscu, ale na razie oprócz strachu, co będzie, jak system się zawali, nie widać, żebyśmy się przygotowywali do nowych zadań. Oczywiście najsłabsze ogniwa w łańcuchu sukcesu już czują ciężar spowodowanego koroną kryzysu – młody filozof pisze właśnie w Süddeutsche Zeitung, że jego koleżanki i koledzy nie znajdują teraz typowych prac studenckich, jak praca w knajpach czy babysitting, pracują w fabrykach lub zatrudniają się przy zbiorze jarzyn i owoców. Za każdą linijką tego artykułu czai się strach. Nie jest to oczywiście strach egzystencjalny, nikt z nas jeszcze nie przypuszcza, że będziemy umierać na ulicach i nie będziemy mieli co jeść, ale strach o to, co będzie i jak sobie poradzimy, towarzyszy wszystkim. Mieszkam w Niemczech, państwie opieki społecznej, gdzie każdy, kto nie zarabia sam, może liczyć na urzędową pomoc, ale oczywiście pobieranie zasiłku jest zgodą na to, że urząd pozbawi człowieka części jego praw obywatelskich. Czy dałoby się to rozwiązać inaczej? Przyznając wszystkim wynagrodzenie podstawowe? Wprowadzając zasadę solidarnego podziału tego, co zarabiamy? Opodatkowując bogatych? Robiąc fantastyczny indiański potlacz?

Niewątpliwie potrzebujemy nowych wizji społecznych, politycznych, nowej nauki, nowego systemu nauczania, nowego systemu własności. Bo siedem powodów okradzenia torebki pani Jessop to stosunkowo błahe powody.


– chcemy mieć coś, czego nie mamy (i bez czego świetnie możemy się obejść)
– kradniemy, bo jesteśmy biedni
– kradniemy dla zabawy
– ktoś nas zmusił (dwie opcje)
– jesteśmy kleptomanami (dwie opcje)

Tylko bieda jest w tym przykładzie prawdziwym dylematem. Autor tej listy z typową (chyba) obojętnością angielskiej klasy średniej pomija cały szereg innych powodów (a i obiektów) kradzieży. Bez drążenia tematu, wymienię tu jeszcze kilka problemów:
1. Do kradzieży z torebki (kradzież a sprawa polska)

A. Kradzież, bo się nadarzyła okazja

B. Kradzież, bo nigdzie nie można kupić
C. Bo to państwowe, czyli wspólne, czyli niczyje
D. W stylu Janosika – odebrać bogatym, dać biednym
E. Konspiracyjna (np Piłsudski)
Wersja a: osłabić okupanta
Wersja b: zdobyć środki na dywersję

2. Kradzież dla wyższych celów

A. Sokrates (kradzież duszy ucznia)

B. Prometeusz (kradzież ognia dla dobra ludzkości)
C. Plagiat (kradzież czyjejś własności intelektualnej)
D. Odebranie monopolu
E. Każda własność prywatna jest kradzieżą, a zatem kradzież nie jest niczym nagannym. Więcej nawet: kradzież można potraktować jako wyrównywanie niesprawiedliwego podziału dóbr

Halberstam podsuwa jeszcze jedną opcję dozwolonej kradzieży: kradzież z uniwersytetu (oczywiście nie chodzi o kradzież materialną), chodzi o to, żeby kraść oświecenie dla innych, stworzyć podwspólność uniwersytetów, co równa się deprofesjonalizacji nauki. Uwolnienie procesu zdobywania i tworzenia wiedzy od systemu egzaminowania i zbierania punktów. Nauka w okowach systemów uniwersyteckich równa jest więzieniu. Nie tyle idzie o zniesienie więzień, ile o zniesienie społeczeństwa, w którym możliwe są więzienie, niewolnictwo, płaca.

Czytelność, minimalizm, uporządkowanie są elementami opresji społecznej, bo ich prawdziwym sensem jest uproszczenie, ułatwiające zdyscyplinowanie chaosu. Idei pustego białego pokoju w kanciastym betonowym domu przeciwstawić musimy różnorodność, niezdyscyplinowanie, wzajemność, kolektywność, plastyczność i adaptacyjność. Małe różnorodne ośrodki zamiast ujednolicającej wszystko globalizacji.

Foucault wzywa studentów, by opierali się “globalnym i wszechogarniającym teoriom” i zwracali się ku wiedzy podbitej (ujarzmionej, a przez to porzuconej), czyli tym formom produkcji wiedzy, które zostały przysypane, odepchnięte, zlekceważone, a nawet zakazane. Nowy człowiek nauki powinien zwrócić uwagę na wiedzę naiwną, niską, nienaukową. Ale, tam gdzie to będzie potrzebne, ma bez lęku “okraść uniwersytet”. Okraść i wyjść poza porośnięte bluszczem ściany campusu, wybrać nieważnych, od których będziemy się uczyć, a stawić opór mistrzowi. To właśnie tu pojawia się rozmowa jako forma stawiania oporu mistrzowi.

I to by było na tyle, zatoczyliśmy koło, możemy wrócić na balkon i porozmawiać.

Fleck & Fleck / Boznańska / Karpiński

Ewa Maria Slaska

Przestawienie życia z realu na virtual jest właściwie nużące i męczące, człowiek aż się wzdraga, że znowu świat w czasach korony oferuje mu coś, co trzeba obejrzeć na ekranie, a każdy krok w kierunku wirtualnej rzeczywistości próbuje zmienić starszą panią (czyli mnie) w  urodzonego ze smartfonem w garści młodego człowieka. Ale jednak nawet w sytuacji przymusowej czasem się w tym surrealu trafiają fantastyczne wyjątki, bo oto Bogusław Fleck, polski artysta od lat mieszkający w Berlinie (i od lat zaprzyjaźniony) zaprasza na wystawę jego prac i taty (Fleck i Fleck), a ta wystawa jest ZNAKOMITA!

https://artspaces.kunstmatrix.com/de/exhibition/2189200/fleck-fleck

Wejdźcie i cieszcie się nią wszyscy, bo obsługa wirtualnego zwiedzania jest prosta, a nawet jeszcze prostsza, a prace są świetne. Spędzicie interesująco czas i, zapewniam, będziecie tu jeszcze wielokrotnie wracać.

***

W czasach pandemii i to właściwie w “najgłębszym” lockdownie zdarzają się jednak realne niespodzianki. Byliśmy 3 listopada na spacerze w Sopocie, zeszliśmy z góry “Monciakiem” (ulica Monte Cassino, ale to chyba aż niegrzecznie, że próbuję to wyjaśniać) i zatrzymał nas plakat tuż przed wejściem na molo z fantastycznym autoportretem Olgi Boznańskiej, podeszliśmy więc bliżej i… przeczytaliśmy, że wystawa jest czynna do 22 listopada. W Polsce obowiązywał już ścisły lockdown i właściwie nie wiem, co nas skłoniło do podjęcia próby wejścia. Bo przecież nie liczyliśmy na to, że wejdziemy. Tymczasem wystawa była czynna, zwiedzających wpuszczano w grupkach do pięciu osób (my byliśmy w czwórkę), musieliśmy tylko odkazić ręce i oczywiście mieć maski na twarzach.

Olga Boznańska, Autoportret, 1906, 49×36 cm, olej na desce; fot. dzięki uprzejmości Galerii aTak

I weszliśmy, a tam po prostu cuda… cała polska sztuka nowoczesna, i ta z kanonu (Malczewski, Wyspiański, Ślewiński, Boznańska i cała wspaniała reszta) i ta spoza, jak na przykład Mela Mutter czy Alfons Karpiński. Gdy stoimy z siostrą przed trzema ślicznymi obrazkami Karpińskiego (używam zdrobnienia, bo obrazki małe), rozmawiamy o tym, że to przecież rodzina. Nasza prababcia Jadwiga była z domu Karpińska (po mężu Krynicka), co nas łączy nie tylko z Franciszkiem (tym od Laury) i Lalą Jacka Dehnela, ale również z Alfonsem.

Dla wielu Czytelników słowo prababcia oznacza być może zamierzchłe czasy, których nikt nie pamięta, ale dla nas akurat nie, bo obie w dzieciństwie znałyśmy prababcię, chodziliśmy z tatą ją odwiedzać raz na tydzień, po niedzielnym spacerze po lesie. Prababcia była maleńka jak szpilka, a na starość jeszcze zmalała, kiedyś więc, jako mała dziewczynka, dostałam buciki, które jej kupiono, ale ją cisnęły. Mnie też cisnęły, ale małych dziewczynek we wczesnych latach 50 nikt nie pytał, czy chcą coś nosić, a zresztą oczywiście chciałam nosić buciki od prababci. Buciki zdeformowały mi co nieco palce u stóp i jak mnie dzisiaj bolą, to z czułością przypominam sobie i samą prababcię, i tabuny ciotek i wujaszków Krynickich, i piękne stare meble, i obrazy dziadka Jana Feliksa Boguckiego na ścianie, i fantastyczny zapach kawy, którą mieliło się na bieżąco w śmiesznym ręcznym młynku, wiszącym na ścianie.

“Mam gdzieś zdjęcie Alfonsa w pracowni”, powiedziałam do mojej siostry i obiecałam, że poszukam, jak wrócę do Berlina. Jednak nie znalazłam zdjęcia w komputerze, weszłam więc do sieci i znalazłam na stronie dzieje.pl i fotkę, i taką informację: “Pierwsza w Polsce galeria malarstwa Alfonsa Karpińskiego w Stalowej Woli”.

Alfons Karpiński w pracowni. 1926 r. Fot. NAC

To nie jest to zdjęcie, które miałam w komputerze, ale to jest na pewno ten sam stryjeczny pradziadek, nawet nos ma “taki rodzinny”.
Tak długo stoimy przed trzema obrazkami pradziadka, że podchodzi do nas pani pilnująca sali i mówi, że tam, gdzie wisi seria autoportretów, jest też i on. Idziemy więc i znajdujemy śliczny portret szczupłego, młodego człowieka o smutnym wyrazie twarzy. “O jej, jaki smutny”, mówię, ale moja siostra widzi na tym obrazie nie smutek, tylko skupienie artysty, który z lewej ma obraz, a z prawej patrzy w lustro. Może, może, ale smutny jest i tak. Kilkuset innych malarzy na świecie, którzy też patrzyli w lustro, nie ma aż tak smutnej miny.
Trochę go tu na tym zdjęciu mało widać, ale trudno, już nic nie odtworzę.

Jeśli mieszkacie w Trójmieście i jeśli Galerii nie zamknięto w międzyczasie, to koniecznie idźcie, nie wiadomo przecież, kiedy następnym razem trafi się taka okazja.

Ach, tu w tej notatce z FB widzę, że i owszem, zamknięto, ale podobno samą wystawę przedłużono do 3 stycznia. Czyli może jednak się Wam uda.

***

Był wspaniały jesienny dzień, taki naprawdę złoty. Po obejrzeniu wystawy kupiliśmy jeszcze w kawiarni na molo kawę i gofry, usiedliśmy na ławce i patrzyliśmy na morze. I wtedy pojawiła się Mewa Aria (to imię jest anagramem mojego, a wymyślił je znany już czytelnikom Konrad) i bardzo cierpliwie pozowała nam do zdjęć (zdjęcia zrobiła moja siostra, Kasia).

To jest wojna

Minds that seek revenge destroy states, while those that seek reconciliation build nations
Nelson Mandela
(From Echeverría Martínez Chicali Wall)

Tabor Regresywny (vel Marek) i Ewa Maria Slaska

Tabor: Chodzi mi o taką myśl. Skoro oni nie chcą, to zróbmy to my. Berliński pociąg z napisem “wypierdalać” nabiera w tym kontekście kapitalnego znaczenia. Czas się przesiąść z pociągu byle jakiego do tego.

Ewa: “Ten pociąg” jeździ być może po Berlinie (linia nr 8, są tacy, którzy się bożą, że widzieli i jechali), a być może jako fantastycznie spreparowane zdjęcie krąży po forach społecznościowych, ale to przecież nieważne, ba, może nawet ważniejsza jest obecność tego pociągu w świecie surrealu…

TU

Tabor: Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać i nie zadawać głupich pytań. Jak kobiety mówią „wypierdalać”, to wypierdalać , żeby potem nie mówiły – a nie mówiłam. Kobiety „widzą” i dlatego się nie mylą. To jest wojna. To jest trzecia wojna światowa. Tym razem między Gają a człowiekiem. Pandemia jest tylko orężem w tej wojnie tak jak ekstremalne zjawiska pogodowe czy inne katastrofy. To jest wojna, którą człowiek musi wreszcie przegrać.

Jak to ludziom wytłumaczyć? Od czego zacząć? Na razie się miotam i próbuję zachować zimną krew. Czuję się jak żołnierz w okopie do którego dowódca mówi, jeszcze poczekaj, niech podejdą bliżej.

Ewa: Odjedziemy zatem na łodzi albo pociągiem “wypierdalać”, a wsiądziemy do niego o godzinie 11 na peronie dziewięć i trzy czwarte. Popłyniemy na Wyspy Szczęśliwe, każdy na swoje, bo ja twierdzę, że mieszkają tam Umarli, a Tabor Regresywny, że mieszkają tam szczęśliwi ludzie, którym udało się uciec ze świata, gdzie głównym zadaniem człowieka jest “czynienie Ziemi sobie poddaną”. Nie wiem, co my będziemy robić na “moich” Wyspach Szczęśliwych, mam nadzieję, że czytać, rozmawiać, sadzić kwiaty i kochać, oni zamierzają zrealizować Nową Baratarię. Sancho Pansa zrezygnował już ze stanowiska gubernatora, a Marek zamierza powołać Rząd na Uchodźstwie, którego premierem zostanie jego żona Olimpia (proponowałam formę “ta premiera”, ale podobno ma być parytet i wprawdzie wszystkie stanowiska zostaną obsadzone przez kobiety, zawsze po dwie na każdy (podwójny) fotel (projektant Gaudi) ale maskulinizmy zostaną zachowane. Myślę, że tak bywało w Egipcie, faraonem mogli być kobieta, albo mężczyzna, ale zawsze pełnili oni funkcję mężczyzny, dopiero królowa Hatszepsut była prawdziwą kobietą na tronie.  

Tabor: Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny opisuje plemiona, dla których każda choroba ma związek z jakimś naruszeniem ładu kosmicznego. To, że naruszyliśmy ład kosmiczny, to nie podlega dyskusji. Trudniej skojarzyć to z pandemią. Łatwiej szukać winnych w Chinach. Czy mamy szansę wyjść z tej pandemi, bez przyjęcia perspektywy tych prymitywnych plemion? Trzeba się liczyć z tym, że nie. Że nie znajdziemy szczepionki, a nawet jak znajdziemy, to już w kolejce czeka następny wirus. Trzeba się też liczyć z tym, że ostre restrykcje oznaczają huśtanie się między zahamowaniem a kolejną falą. Niczym choroba dwubiegunowa. Prawdopodobnie każda choroba zaczyna się ostrzeżeniem. A jeśli to, czego doświadczyliśmy na wiosnę, to było tylko ostrzeżenie, a teraz zaczyna się właściwa pandemia?
Ewa: Jak przeżywaliśmy wiosenny lockdown, wielu z nas się łudziło, że wywoła to pozytywne zmiany w naszej organizacji życia prywatnego i społecznego, że zmienimy systemy wartości, damy odpocząć planecie, pozwolimy, by zregenerowały się żywioły, woda, ziemia, powietrze, że damy roślinom, zwierzętom i ludziom szansę odnowy, zwolnimy tempo życia, przestawimy potrzeby z symboli statusu na symbole wspólnoty, a wielkie cele konsumpcyjne zastąpimy małym szczęściem, budowanym małymi krokami. Zaczęliśmy lepiej gotować i lepiej jeść, sprzątnęliśmy nasze domy i oddaliśmy innym to, czego sami nie potrzebowaliśmy.
Ale wiosna minęła, a z nią przeminęła wyciszona i uspokojona wizja innego życia. Ze zdwojoną siłą powróciły wrzask, szarpanina, manipulacje, pretensje, walki, pogarda. 
To jest wojna.

Gromiwoja, czyli wielkie WYPIERDALAĆ!

Dziękuję mojej siostrze, Kasi, za całościowy koncept tego wpisu od pierwszej linijki do ostatniej, zdjęcie Kasia B.

Rzecz się dzieje podczas wojny peloponeskiej. Trwała ona tak długo, że kobiety się zbuntowały, stanęły do walki i wygrały!

Gromiwoja (Lizystrata)

Tekst: Arystofanes 411 p.n.e
Komentarz (fragmenty przedmowy): tłumacz Edmund Cięglewicz (ur. 1862, zm. 1928)
Przypisy i uwagi: Ewa Maria Slaska 2020

Jest rok 411 p.n.e. Trwa druga wojna peloponeska. Otóż na wiosnę tego roku (…) gdy nieszczęsne Ateny zaledwie łzy osuszyły po klęsce sycylijskiej, wśród powszechnego przesilenia ekonomicznego, niesłychanej drożyzny, wywołanej przeludnieniem i przymusowym, już od lat dwu, zaniechaniem uprawy roli w znacznej części ziemi attyckiej, wystawia poeta (Arystofanes), w lutym, podczas świąt Lenajskich, Lysistratę-Gromiwoję, komedię, w której szalony, śmiechem i dowcipem pieniący się pomysł idzie o lepsze z głębią myśli polityczno-społecznej. (…) Mądra, wyższa, patriotyczna kobieta postanowiła zmusić Hellenów do zawarcia pokoju. Gromiwoja obmyśliła sposób, aby pogromić wojujące strony: widząc, że zwykłymi środkami nie zaradzi się temu, już dwadzieścia lat trwającemu obłędowi, użyła sposobu wyjątkowego, na który mamy dziś wyraz zanadto dobrze znany, aby go nie użyć: białogłowski strajk.

GROMIWOJA (do Starucha)

Słuchaj jeno
Czasu wojny długotrwałej
Myśmy siła
złego… siła,
Od was, mężczyzn, znieść musiały,
A cierpliwość… z nami była!
Nie lza było słówkiem pisnąć,
Choć burzyła się krew na was.
Więc śledziłyśmy was ładnie
I, bywało, siedząc w domu,
Słyszym nieraz, jak zapadnie
Straszny wyrok złej uchwały
W sprawie ważnej!

Poeta wyprowadza na scenę niewiasty, walczące doskonale tą bronią, jaką im dała natura, a celem tej walki jest powszechny pokój. Pomysł poety świadczy, że kobieta w Atenach miała swoje aspiracje, dążące do emancypacji; dążenia te, nawet dziś tu i owdzie ironicznie pojmowane, niekiedy namiętnie zwalczane, przedstawia poeta w sposób, zapewne, wielce komiczny, lecz niezmiernie sympatyczny: jego Gromiwoja nie jest śmieszną, lecz owszem dzielną i wielką obywatelką, której się słusznie wszystkie należą prawa.

Jak wykonał poeta ten pomysł?

„W naszym ręku leży zbawienie Hellady”, woła bohaterka komedii, piękna i mądra Gromiwoja, do zwołanych z całej Grecji przedstawicielek płci pięknej. (…) “Zmusimy ich zaprzestać tej obmierzłej wojny, jeżeli zgodzimy się na jedno… Od dziś kwita z wszelkich czułości”. (…)

Na zamku, w obronnym grodzie, pod opieką dziewiczej Pallas Ateny, strajkowiczki przebywają tak długo, aż wreszcie mężowie, zrazu oburzeni, potem „prywacją kobiet” (…) srodze znękani, składają broń przed tym pospolitym kobiet ruszeniem, zawierając pokój panhelleński (…).

Ale Lizystrata to nie tylko historia kobiecego strajku. To również apel o demokrację. Oto, co mówi dalej Gromiwoja do Senatora, przyrównując obywateli i politykę do wełny

Naprzód tedy, jak się z brudu
Myje wełnę na potoku,
Tak kołtuństwo trzeba z ludu
Zmyć i z miasta, jako wióry
Gnać, a kłęby powikłane
Polujących na godności
I na tłuste synekury
Zgrzebłem międlić bez litości —
I urywać łby skalane!
Potem czesać czystą wełnę,
W jeden kosz swobody wspólnej
Wszystkich kładąc: więc wmieszkanych
Pobratymców i związkowych
Nawet i dłużników owych,
Co stracili prawa ludzkie,
Trzeba mieszać w ten kosz wspólny.
Przebóg, wszystkie miasta one,
Zakładane, jak osady
Naszej macierzystej ziemi,
Wiedz, że jako rozrzucone
Pasma leżą, zatem słabe.
Więc te pasma
Zebrać wszystkie w ten kosz pełny,
Potem zbić na jeden wełny
Zwał, chociażby nie bez trudu
I tkać nowy płaszcz dla ludu!

Tą odezwą wystawił sobie Arystofanes największy pomnik, jako myśliciel, jako polityk, jako obywatel. Tak, obywatel, bo ta wełna w koszu, to wszak “wspólność praw obywatelskich”. Ale niestety głos natchnionego wieszcza był głosem wołającego na puszczy; przezornej myśli, najdonioślejszej, jaką kiedykolwiek wypowiedział Ateńczyk, którą należało przyjąć jako program dyplomatyczny, współczesność nie zrozumiała, a gdy zrozumiała, było już… za późno. Nie przyznano metojkom praw obywatelskich, nie zrównano ludzi wobec prawa. To zrobił dopiero Rzym.

Wróćmy jednak do naszych bojownic. Ich cel bardzo przypomina to, o co teraz pod wodzą kobiet walczy cała Polska: o wielkie WYPIERDALAĆ! skierowane do, ujmijmy to skrótowo, dziadersów wszelkiej maści.

Rzekłby kto, no ale jednak pardon fi donc, nieprzyzwoite to słowa. A tu tymczasem:

Śmiałym słowem przemawia Grek w życiu i na scenie; wyobrażenia helleńskie o przyzwoitości, zwłaszcza scenicznej, różnią się od dzisiejszych, o zewnętrzną tylko przyzwoitość dbających. Nasza scena przemyca częstokroć prawdziwą i potworną zgniliznę, ale ten jeden warunek musi być zachowany: o wszystkim wolno mówić, byle parafrazą, przyzwoicie i mniejsza o to, że pod tą osłoną wypranych, wyprasowanych i ublanszowanych Tłumacz, chcący oddać poetę, jakim był, nie może trzymać się tej recepty: zbyt wielki to umysł, aby go przykrawać do pojęć cnotliwego emeryta lub zwagneryzowanego pajaca. Niech więc nikogo
…nie razi, że tu greckie panie
Mówią dość śmiałą mową, a panienki,
Niepowstrzymane swym greckim sumieniem,
Zwą często rzeczy… właściwym imieniem.

Takim na przykład:
Haj, na dwa bożyca, dyć
goła hipkam i piętą w rzyć biję!

Z jednej strony gromada dorodnych erotycznie rozbuchanych rokoszanek, z drugiej (nie do wiary!): na scenę wkracza powoli zadyszany chór Starców siwobrodych, złożony z 12 choreutów (…) Dziady owe dźwigają pęki chrustu, wleką polana i konary; dwaj dzierżą sagan miedziany z żarzącym węglem i dmuchają, raz po raz kaszląc od gryzącego dymu. (…) Na końcu wlecze się przodownik chóru, koryfajos, imieniem Strymodoros; stary wyga, nie dźwiga nic, tylko dowodzi. (…) stają, krztusząc się, kaszląc i ocierając pot.

Strymodoros! Ten ze sceny wypisz, wymaluj jak ten nasz!

Ale choć główną bronią ma być odmowa chędożenia się, dziewczyny i dziady naparzają się też bezpośrednio. Mają nie tylko normalną broń. Starcy walczą ogniem, rokoszanki, jak je nazywa tłumacz, wodą. Kobiety zwyciężają. Główny Staruch bardzo nad tym ubolewa. Gromiwoja odpowiada mu beztrosko:

Azaś ty myślał, że baby nie… biją,
Że my niewolne? Że może kobiety
Nie mają ducha? (…)
Więc my tedy obwołały
Sejm niewieści, by Helladę
Wyrwać z toni wspólną mocą.
Czekać jeszcze? Na co, po co?
Więc gdy zbawczą kobiet radę
Przyjąć chcecie sercem wdzięcznym,
I, jak my wpierw, milczeć, luby,
Ocalimy was od zguby!
(…)
CHÓR BIAŁOGŁÓW

Ninie zbliż się który do mnie, a wybiję zęby!
Czosnku ten nie będzie gryźć,
Grochu, bobu, ni ziarenka:
Jednym słówkiem spróbuj lżyć,
Wściekła jestem, będę bić,
Że polecą z was otręby,
I wspomnisz bajkę, jak żuk orła nęka!
(…)
Nie dbam o was, póki żyje
Ma Lampito, wierna straż,
I tebańska krasawica,
Ismenija — zaszczyt nasz!
Wy bezsilni, nie pomoże
Na to nawet uchwał sto,
Zwłaszcza, że wam wszyscy wkoło
Źli sąsiedzi zemstą klną.

Niezaspokojeni seksualnie wojownicy ze Sparty i Aten, wspierani przez pokonanych starców, podejmują decyzję o zawarciu przymierza, które zakończy wojnę.

Nie trudna to rzecz, kiedy obie strony
Bez fałszu zadmą już w jednakie tony
A zatem: ***** ***

Kochani i jeszcze opis do zdjęcia: zostało zrobione 3 listopada podczas demonstracji w Gdańsku w obronie wolnych mediów. Pochód formował się we Wrzeszczu na ulicy Grunwaldzkiej, pod pięknym pałacykiem czyli siedzibą radia Gdańsk (to było kiedyś fantastyczne radio), a potem szedł do Gdańska, pod siedzibę ***. Poszłyśmy z koleżanką. Miałyśmy mnóstwo rzeczy do obgadania, a na trasie nikt nic nie skandował, to, zatopione w rozmowie, szłyśmy coraz wolniej. Nagle okazało się, że idziemy jako ostatnie i chyba byśmy tego nawet nie zauważyły, gdyby nie pogoniły nas buczkiem zamykające pochód auta policyjne. Upozowałam się na ich tle, a koleżanka zrobiła zdjęcie. A dopiero dziś zrozumiałam, że wystylizowałam pozę na zdjęciu na Gromiwoję. Trudno się zresztą dziwić, pisałam o niej przecież przez cały dzień.

Wypierdalać!

Ewa Maria Slaska: To nie mój wpis. Jest niczyj, czyli wszystkich. To my go piszemy. Wy, oni.

Aktywistka feministyczna, Anna Krenz podczas demonstracji pod Instytutem Polskim w Berlinie 24.10.2020 / Foto: Javier Pimentel

Wybieram tylko ikony, foty-memy! Ich publiziere hier nur die echten Ikonen der neuen Freiheitsbewegung in Polen. Wkurwione kobiety. Es sind Frauen, die jetzt kämpfen. Es ist Wut und Mut. To jest wojna. Es ist Krieg.

Wypierdalać! bedeutet verPISst euch und verschwindet, fuck off, weg mit Euch, Arschlöcher! Ihr könnt uns mal und brav sein war gestern. Fuck you, fuck you, fuck you.

https://images.app.goo.gl/9PZDBeYXwU8LKu1NA