Prowincjonalne Theatrum Mundi 6

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1988 roku. Trwają Miejskie Spotkania Teatralne, w których uczestniczą, jak co roku, uczniowie jedynego w mieście wojewódzkim liceum. Wśród nich szczególnie wyróżniają się słuchacze klasy humanistycznej. Wszak już na pierwszej lekcji języka polskiego, którą odbyli w murach tej szkoły, nauczycielka wmówiła im, że mają być elitą intelektualną swego miasta. A oni wzięli sobie te słowa głęboko do serca. Wielu z nich rozwija artystyczne ambicje. Do tego stopnia, że – może trochę na wyrost – kreują się na artystyczną bohemę swojego prowincjonalnego miasteczka.

Jak co roku repertuar Spotkań prezentuje się bardzo różnorodnie. Wśród zaproszonych zespołów teatralnych są zarówno przedstawiciele znanych scen warszawskich i krakowskich, jak też teatry prowincjonalne. Jedyne ograniczenie to niewielka i niedoposażona technicznie scena tutejszego domu kultury: nie posiadająca zapadni, nie dysponująca wystarczającą liczbą garderób i pomieszczeń technicznych. Trudno przeto wyobrazić sobie na deskach domu kultury monumentalne przedstawienie z kilkudziesięcioosobową obsadą czy z dużymi obrotowymi dekoracjami. Ale i tak, mimo ograniczeń, repertuar corocznych spotkań teatralnych daje mieszkańcom miasteczka możliwość obcowania z Wielką Sztuką, pozwala im zetknąć się ze znanymi w całym kraju artystami sceny.

W tym roku szczególne emocje wzbudza, oczekiwane niecierpliwie, przedstawienie warszawskiego Teatru Ochoty – zarówno ze względu na spektakl, jak i na jego obsadę. Ale także i sam teatr jest źródłem ekscytacji!

Teatr, założony na warszawskiej Ochocie przez Jana i Halinę Machulskich, to z jednej strony scena pod każdym względem profesjonalna, zaś z drugiej – przedsięwzięcie, można powiedzieć, rodzinne i spełniające specyficzną rolę. Małżeństwo Machulskich oddaje się bowiem pracy społecznej, propagując teatr poprzez prowadzenie ogniska teatralnego dla dzieci i organizowanie warsztatów artystycznych dla młodych talentów. Wielu późniejszych aktorów tej sceny to wychowankowie tych warsztatów. Niektórzy z nich nie ukończą nawet studiów aktorskich, zaś dla innych to właśnie ognisko artystyczne Państwa Machulskich będzie wstępem do nauki w profesjonalnych szkołach teatralnych.

Przedstawienie, którym Teatr Ochoty zaprezentuje się na Miejskich Spotkaniach Teatralnych, nie należy do łatwych ani przyjemnych. To adaptacja opowiadania Michaiła Bułhakowa zatytułowanego «Morfina»: opowieść o zmaganiach młodego, uzależnionego od narkotyków człowieka – morfinisty – jak nazywano ludzi dotkniętych tym nałogiem w epoce Bułhakowa. Smutna historia bez happy endu.

Niezależnie jednak od mrocznej i przygnębiającej tematyki mieszkańców prowincjonalnego miasteczka elektryzuje obsada spektaklu. Na scenie domu kultury pojawi się bowiem, miedzy innymi, sam dyrektor teatru: Jan Machulski. Nasza licealna młodzież zna go już z wielkiego ekranu, ze wspaniałej roli gangstera Kwinty, którą stworzył w filmach wyreżyserowanych przez swego syna: «Vabank» oraz «Vabank 2 czyli Riposta». W ponurych latach osiemdziesiątych to tytuły, które elektryzują publiczność w całym kraju.

Kolejnym artrystą, który gra w przedstawieniu, jest Zygmunt Kęstowicz. Nasi dzielni humaniści są już cokolwiek «za duzi», by oglądać programy dziecięce, mają przecież ambicję na sztukę przez wielkie «S». Jednak, choć głośno się do tego nie przyznają, w każdy piątek niemal wszyscy z nich zasiadają przed ekranem telewizora, by oglądać «Piątek z Pankracym». Dla nich Pan Zygmunt jest osobą bardzo bliską, niemalże domownikiem, którego spotyka się regularnie.

I wreszcie artystą, odgrywającym rolę głównego bohatera spektaklu – zniewolonego nałogiem Polakowa – jest, wówczas trzydziestokilkuletni i bardzo sławny, Tomasz Mędrzak. Dla młodzieży Anno Domini 1988, to ktoś, kogo trzy dekady później można byłoby określić mianem «idola». Dzielny Staś Tarkowski z ekranizacji «W pustyni i w puszczy», później także reporter «Świata Młodych». Któż z naszych licealistów nie czytał wtedy tej gazety! Jeśli nie od deski do deski, to przynajmniej zamieszczany na ostatniej stronie komiks w odcinkach o przygodach Tytusa, Romka i A’Tomka. No i oczywiście reportaże Stasia, czyli pana Tomka Mędrzaka.

Nieodłącznym elementem spotkań teatralnych jest możliwość rozmowy z artystami bezpośrednio po przedstawieniu. Każdego wieczoru, po skończonym spektaklu, publicznosć i twórcy udają się do jednej z sal domu kultury na spotkanie, kiedy pojawia się możliwość zadawania pytań, czy dyskusji na temat wystawionej sztuki. Są to rozmowy, które ciągna się długo, a są przy tym nieraz bardzo żywiołowe. Zdarza sie często, że twórcy przedstawienia muszą wysłuchać krytycznych uwag. A co, publiczność prowincjonalna też umie być wymagająca! I jeśli trzeba, potrafi skrytykować: a to grę aktorską, a to scenografię, oświetlenie czy opracowanie muzyczne. Niejeden już raz dostało się różnym artystom od naszej małomiasteczkowej publiki!

Uczniowie klasy humanistycznej oczekują więc niecierpliwie nie tylko samego przedstawienia, ale także spotkania po jego zakończeniu. W tyle głowy każdy piastuje pytanie: jacy są naprawdę ci nasi, znani z ekranu, artyści? To ludzie przystępni, czy też może rozkapryszone gwiazdy? Czy Jan Machulski jest tak samo błyskotliwy i dowcipny, jak kreowany przez niego Kwinto? Czy Pan Zygmunt Kęstowicz jest równie serdeczny i zawsze uśmiechniety, jak grany przez niego opiekun psa Pankracego? No i oczywiście dziewczyny zastanawiają się, czy Pan Tomasz Mędrzak, po zdjęciu kostiumu i zmyciu charakteryzacji, jest takim samym przystojniakiem jak na ekranie?

Dość powiedzieć, że «Przystojniak» swoją rolę zagrał fenomenalnie. Odtwarzany przez niego głód narkotykowy, z towarzyszącym mu bólem fizycznym, były bardzo sugestywne. Na spotkaniu zadano mu pytanie, jak przygotowywał się do tej roli i jak udało mu się tak realistycznie oddać przeżycia człowieka uzależnionego. Pan Tomasz bardzo szczerze opowiedział o chorobie wrzodowej żołądka, z którą zmaga się od lat, o atakach bólu, które pomogly mu zrozumieć – choćby w przybliżeniu – cierpienia narkomana pozbawionego morfiny.

To wyznanie młodego aktora uświadamia naszym licealistom, że za każdą twarzą, znaną im z celuloidowej taśmy czy rozkładówki młodzieżowego pisma, kryje się człowiek z krwi i kości, dzieje się jakaś utajona ludzka historia.

Tematyka przedstawienia nie nastraja do zbyt luźnej i niezobowiazującej atmosfery podczas spotkania. Ale wszystko zmienia się, gdy oficjalna część dobiega końca i każdy może podejść do aktorów, by zamienić z nimi parę słow, lub poprosić o autograf. Ci, którym trema nie pozwalała zadać pytania publicznie, mogą to teraz uczynić w cztery oczy.

Pan Jan widząc, że otacza go chmara nastolatków i podlotków, uśmiecha się radośnie. Zaś błysk, który widać w jego oku, nie pozostawia żadnych wątpliwości: to człowiek, który kocha młodzież, a praca z nią jest jego prawdziwym powołaniem. Wiele lat później przyjaciel piszącego te słowa, aktor i absolwent łodzkiej «filmówki», student rocznika, którego opiekunem był Jan Machulski, potwierdzi to wrażenie autora.

Pan Tomasz również tryska serdecznością i nierażącym, niezmanierowanym luzem. Nie unika odpowiedzi na pytania o rolę Stasia, choć przecież zagrał ją wiele lat temu jako nastolatek, aktor jeszcze nieprofesjonalny. Choć ta rola trochę go zaszufladkowała na wiele późniejszych lat i miałby prawo unikać tego tematu, to jednak odpowiada na wszystkie pytania. Zdaje sobie przecież sprawę z faktu, że – chcąc nie chcąc – Staś Tarkowski i Tomasz Mędrzak bedą przez wiele dziesięcioleci stanowić nierozłączną parę.

Pan Zygmunt z kolei sam zbliża się do grupki onieśmielonej nieco młodzieży, wśród której znajduje się akurat piszący te słowa. Podchodzi z tym samym, co na ekranie, serdecznym i ciepłym uśmiechem. Zagaja rozmowę:
– Czy wiecie, że ja pierwszy raz byłem w waszym mieście w 1947 roku, z przedstawieniem teatru Ludowego Wojska Polskiego, w którym zaczynałem jako aktor?

Po czym rozpoczyna barwną opowieść o tym, jak zapamiętał nasze miasteczko z lat powojennych. Zadziwia nas jego fenomenalna pamięć, wszak jako aktor grający przedstawienia wyjazdowe, musiał takich – podobnych do naszego – miasteczek, przemierzyć setki w całym kraju! Ale daje się wyraźnie wyczuć, że to nie tylko efekt dobrej pamięci tego niezwykle miłego człowieka. To przede wszystkich otwartość, życzliwość wobec spotykanych ludzi i ciekawość świata.

Kiedy spotkanie z artystami dobiega końca, jest tak późno, że w domu kultury zostaje już tylko sprzątaczka, myjąca korytarze przed kolejnym dniem spotkań teatralnych. Z budynku wychodzą więc razem, jedynym pozostawionym jeszcze otwartym wyjściem, artyści i publiczność. Na widok pani myjącej podłogę, Pan Zygmunt podbiega do niej i szarmancko całuje ją w obie dłonie.

Pani protestuje:
– Nie trzeba, mam mokre ręce, dopiero co wyżymałam ścierkę!
– Nic nie szkodzi – odpowiada Pan Zygmunt – w imieniu całej ekipy chciałem podziękować za wspaniałe przyjęcie w waszym domu kultury. I życzę Pani dobrej nocy!

Jakże piękna to była lekcja kultury osobistej dla naszych licealistów w wykonaniu aktora «starej daty», który potrafił okazać szacunek wobec każdego. Stara, dobra, wileńska szkoła!

*

W chwili gdy autor pisze te słowa, nie ma już wśród nas Jana Machulskiego. Pozostały jego wspaniałe role, ale także wiele roczników polskich aktorów, którzy mieli szczęście spotkać go jako pedagoga: czy to w łódzkiej filmówce, czy też w studium przy teatrze Ochoty.

Pan Tomasz Mędrzak, po sukcesach filmu «W pustyni i w puszczy» oraz serialu «Dom», zniknął z małego i wielkiego ekranu. Ale oddał się z całą pasją pracy teatralnej. Nie tylko przez jakiś czas dyrektorował Teatrowi Ochoty, ale wciąż reżyseruje w nim wiele przedstawień: od lat wierny swojemu teatralnemu matecznikowi, stara się jak najlepiej kontynuować dzieło państwa Machulskich.

Na grobie Pana Zygmunta Kęstowicza na warszawskich Powązkach wyryto napis: «Kawaler Orderu Uśmiechu. Przyjaciel dzieci. Założyciel ośrodka Dać Szansę w Białymstoku, dla dzieci upośledzonych umysłowo».
Jego wielkie role – filmowe, serialowe i teatralne – pozostaną na zawsze w pamięci widzów. Ale ci, którzy pielęgnują pamięć o nim, postanowili na jego epitafium uwiecznić inne dokonania, zapewne dla niego samego o wiele ważniejsze, niż aktorska sława.

Piszący te słowa, spotkawszy go przed laty podczas bardzo krótkiej, ale serdecznej rozmowy z młodymi ludźmi, może tylko dać świadectwo – a świadectwo jego jest prawdziwe – że był to Wspaniały Człowiek. Przyjaciel dzieci. Przyjaciel ludzi.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 3

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1989 roku. Już za rok matura! Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i silnie zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. W małym miasteczku wojewódzkim, w którym znajduje się tylko jedno liceum ogólnokształcące – bycie uczniem klasy humanistycznej to w końcu prestiż i duża odpowiedzialność.

Trwają kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Nie tylko humaniści, ale i większość uczniów innych klas oraz grono pedagogiczne, każdego wieczora uczestniczą w kolejnej odsłonie święta sztuki. Wielkiej Sztuki, która zawitała na prowincję.

Dziś odbędzie się wyjątkowe przedstawienie. Wyjątkowe nie dlatego, że na scenie domu kultury wystąpi renomowany teatr z gwiazdami sławnymi z wielkiego i małego ekranu. Wręcz przeciwnie – aktorzy mający zagrać wieczorny spektakl to osoby zupełnie jeszcze nieznane. Będzie to bowiem przedstawienie dyplomowe studentów ostatniego roku krakowskiej szkoły teatralnej. Jego wyjątkowość polega na tym, że na scenie pojawią się dwie absolwentki naszego liceum.

Cała szkoła żyje tym wydarzeniem. Podniecenie udziela się również nauczycielom. Na każdej lekcji członkowie owego szacownego grona wspominają swoje kontakty z bohaterkami wieczoru: nie ukrywają dumy z byłych uczennic, które prosto z naszej prowincjonalnej Alma Mater trafiły na scenę.

Pan od fizyki: «Ja byłem wychowawcą ich klasy».

Pani od plastyki: «Agatka tak pięknie śpiewała i deklamowała, że to ja zasugerowałam jej studia aktorskie».

Pani od muzyki: «Iwonka zawsze śpiewała na szkolnych akademiach; wiedziałam, że zajdzie wysoko».

Dumni są również uczniowie, choć przecież nie mieli wpływu na szkolną edukację przyszłych studentek akademii teatralnej. Wszyscy uczniowie są dumni: tym razem «humaniści», przekonani o własnej wyjątkowości, muszą się swą chwałą podzielić z innymi. Okazało się bowiem, że obie młode aktorki chodziły do klasy biologiczno-chemicznej! Cóż, wypadnie podważyć sterotyp głoszący, że «biol-chem» to hurtowa produkcja przyszłych lekarzy, a z klasy humanistycznej droga wiedzie prosto na scenę i przed kamerę.

Różnie układają się losy absolwentów. Ale póki co, zapewniam was, nasi dzielni humaniści żyją w symbiozie, a nawet i przyjaźni, z równoległą klasą biologiczno-chemiczną. Powód jest ważki: jeden kolega z tej klasy opracował proces chemicznego pozyskiwania alkoholu spożywczego z denaturatu. A że jednocześnie pełni on funkcję przewodniczącego szkolnego koła ZSMP, salka tej organizacji, ulokowana w podziemiach szkoły, staje się na długich przerwach miejscem tajemnych schadzek młodzieży, która zdobywa pierwsze doświadczenia z papierosem i kieliszkiem czegoś mocniejszego. Nikt taktownie nie pyta o pochodzenie trunku, ale też i nikomu nigdy nic nie zaszkodzi.

Piszący te słowa, wówczas działacz opozycji i przykładny ministrant, zaś kilkadziesiąt lat później katolicki ksiadz, czyli – ex definitione niejako – młot na wszystko, co pachnie lewactwem i podobnymi bezeceństwami, również uczestniczy w tych schadzkach. Cóż, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, ale kieliszka dobrego napitku i szluga nie odmówi nikt.

Kilka miesięcy później wystartowały rozmowy Okrągłego Stołu, a równolegle z nimi tajemne i mroczne układy w Magdalence. Dlaczego uczniowie elitarnego – bo jedynego w mieście – liceum ogólnokształcącego, nie mogliby mieć swojej Magdalenki? Nasza mieściła się w zasnutej dymem salce ZSMP w podziemiach szkoły. Jednak, przeciwnie do niektórych profesjonalnych aktorów wielkiej sceny politycznej Anno Domini 2020, autor tego wspomnienia nie zamierza wypierać się swego uczestnictwa w tamtych spotkaniach. Nie ma również poczucia, że delektując się wódką wraz z kolegami z socjalistycznej młodzieżówki, zdradził swoje ideały czy przehandlowal wartości.

Wróćmy jednak do spektaklu dyplomowego naszych absolwentek – dumy miasteczka. Repertuar bardzo ambitny: Sen nocy letniej Szekspira. Niewielka scena domu kultury kipi od energii młodych ludzi, którzy już niedługo zawojują wielkie sceny i ekrany.

Przedstawienie – bardzo piękne! Wszyscy świeżo upieczeni aktorzy dają z siebie wszystko. Ale emocje widowni ujawniają się ze szczególną siłą za każdym razem, gdy na scenie pojawia się Iwonka lub Agatka, bo to przecież one są prawdziwymi bohaterkami tego wieczoru! One, które wyszły z naszej prowincjonalnej szkoły, by stać się kapłankami w świątyni teatru.

Jest jeszcze jeden uczestnik tego pamiętnego wieczoru, wart wspomnień. Wtedy jeszcze nikomu nieznany: wiekszość widzów zupełnie nie zauważyła jego roli. Ale wiele lat później jego twarz pozna cała Polska, będzie to bowiem znany dziennikarz sportowy, komentator i prezenter telewizyjny. Z biegiem czasu zamieni pasję teatralną na zamiłowanie do sportu i szklanego ekranu. Jednak, dla znających przeszłość, oczywistym jest, że timbre jego głosu, dykcja i obycie z kamerą, nie wzięły się znikąd.

Piszący te słowa, na miarę swoich skromnych możliwości, przez kolejne lata śledzić będzie aktorskie kariery starszych koleżanek z liceum.

Iwona* związała się na stałe z krakowskim teatrem STU. Nie dba o telewizyjną popularność i rozpoznawalność, w serialach pojawia się tylko na tyle, na ile to potrzebne, by się utrzymać: teatralna gaża nie jest imponująca. Nasza szkoła to kuźnia dobrych romanistów: nie dziwi więc fakt, że kilka lat po studiach Iwona zdobywa Grand Prix w konkursie piosenki francuskiej; wśród polskich interpretatorów piosenek Edith Piaf nie ma równych sobie!

Agata** pracuje w jednym z warszawskich teatrów. Wraz z mężem – również aktorem – realizuje wiele ciekawych projektów. Oboje użyczają swoich głosów w dubbingu i modnych dziś audiobookach. Autor tego tekstu trochę się zmartwił, gdy w jednym z odcinków popularnego serialu kryminalnego Agatka straciła życie, stając się ofiarą przestępcy. Ale to tylko magia ekranu! Piszący te słowa wie, że aktorzy mają przywilej życia wiele razy, życiem granych przez siebie postaci.

Ku osobistej satysfakcji autora obydwie aktorki są również aktywne na gruncie kultury chrześcijańskiej. Iwonka, zaraz po szkole teatralnej, zagrała św. Klarę (taki żeński odpowiednik św. Franciszka z Asyżu) w musicalu zrealizowanym przez zespół muzyczny franciszkańskich kleryków: tych z Franciszkańskiej, en face «okna papieskiego».

A co do Pana Przemka***: i on pochodzi z podobnie niewielkiego miasteczka, również będącego wówczas stolicą województwa. Sąsiedniego województwa. Można więc powiedzieć, że to także krajan, toutes proportions gardées. Rozwój jego kariery nietrudno jest śledzić: wystarczy regularnie oglądać wiadomości sportowe.

Kochana Ty moja Prowincjo… Właśnie za to Cię cenię, że nigdy nie byłaś nam przeszkodą w realizacji marzeń. To przecież w prowincjonalnym liceum rodziły się nasze pasje. To tam toczyliśmy zażarte dyskusje o sztuce, polityce, literaturze. Dlatego tak chętnie tutaj wracamy. I nikomu z nas nigdy nie przyszło do głowy, by wstydzić się naszej małomiasteczkowości.

Bo właśnie w tym małym, sennym miasteczku, w tym jedynym liceum ogólnokształcącym, rodziły się nasze pasje i odwaga, by je realizować. Wbrew wszelkim przeciwnościom!

*Iwona Konieczkowska – aktorka Teatru STU w Krakowie

**Agata Piotrowska – aktorka Teatru Studio w Warszawie

***Przemysław Babiarz – dziennikarz sportowy TVP Sport

Prowincjonalne Theatrum Mundi 2

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1986 roku. Wszyscy uczniowie klasy pierwszej o profilu humanistycznym mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak w naszym miasteczku wojewódzkim jest tylko jedno liceum ogólnokształcące, a w nim klasa humanistyczna z rozszerzonym językiem francuskim. Noblesse oblige!

Jak przystało na intelektualną elitę tego miasta – Pani Polonistka nazwała tak uczniów klasy humanistycznej, i to całkiem na serio – młodzież zakłada czasopismo. Żeby tylko jedno! Nie wszyscy są zgodni co do jego profilu, wkrótce więc okaże się, że w trzydziestoczteroosobowej klasie ukazują się już dwa miesięczniki: jeden prowadzą chłopcy (jest ich siedmiu w całej klasie), drugi zaś redaguje kobieca większość.

Obydwa konkurencyjne periodyki mają charakter wybitnie literacki i artystyczny. Redaktorzy publikują w nich nie tylko swoje wiersze i opowiadania, ale także recenzje teatralne czy omówienia różnych dzieł malarskich. Jak przystało na poważne wydawnictwa, pisma te nie unikają jednak aktualiów. Wszak za trzy lata rozpoczną się obrady Okrągłego Stołu, później runie berliński mur. Trzeba się określić… W tym, jak się określić, przychodzi z pomocą samo życie. Ponieważ tata jednej z koleżanek, prowadzących damskie czasopismo, pracuje w Komitecie Wojewódzkim PZPR, do gazety wydawanej przez dziewczyńską większość szybko przylgnie łatka «komunistycznej» (wdzięczne terminy, takie jak «lewactwo» czy «lewacy», zrobią karierę dopiero dziesiątki lat później).

Tymczasem w redakcji gazetki chłopięcej pracuje aż dwóch ministrantów, zaangażowanych również w działające przy parafii struktury opozycyjne. Aktywność opozycyjna obu chłopców polega na tym, że przed mszą za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca, mają zaszczytne zadanie przypięcia do ołtarza flagi z napisem «Solidarność». Może to jeszcze nie pierwsza linia frontu walki z komuną, ale wystarcza, by prowadzone przez nich pismo klasowe zyskało miano konserwatywnego i opozycyjnego.

Każdy z periodyków ma swoją grupę wiernych czytelników, nie wychodzącą poza ramy klasy. Są to więc czasopisma bardzo elitarne: gazetkę chłopięcą czytają sami jej redaktorzy – w liczbie Siedmiu Wspaniałych; gazetka dziewcząt ma trochę szerszą publikę, boć przecież jest ich w klasie przytłaczająca większość. Ale oczywiście każdy obóz sięga również po czasopismo przeciwnika! Trzeba bowiem mieć adwersarza, z którym można polemizować: każdy artykuł w konkurencyjnym piśmie ma szansę stać się inspiracją do ostrej repliki.

Taki stan rzeczy trwa około dwóch semestrów. Jeden z redaktorów męskiej gazetki, autor niniejszego tekstu – wówczas ministrant i «działacz» opozycji – dzisiaj katolicki ksiądz, dokonuje przedziwnej wolty. Przechodzi do obozu wroga i zaczyna publikować w czasopiśmie dziewcząt! Dlaczego? Może dlatego, że uświadamia sobie, iż zgoda buduje, a niezgoda rujnuje? A może zdaje sobie sprawę z faktu, że w obydwu redakcjach są utalentowani ludzie i szkoda, by rozmieniali się na drobne, zamiast połączyć siły? Wszak wśród chłopców jest przyszły znany krytyk teatralny, który wiele lat później szpalty szkolnej amatorskiej gazetki zamieni na profesjonalne łamy krakowskiego Przekroju. Zaś pomiędzy dziewczynami kryje się późniejsza producentka filmowa, laureatka berlińskiego Złotego Niedźwiedzia….

Tego wszystkiego zdrajca jeszcze wtedy, w 1986 roku, nie wie. Ale przeczuwa, że wielu jego kolegów i wiele koleżanek zajdzie kiedyś wysoko.

Bo przecież uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości!

Oczekujący mocnych wrażeń Czytelnik będzie rozczarowany. Zdrada naszego bohatera nie przyniosła mu ostracyzmu w męskim gronie, jego zbrodnia nie została napiętnowana ani przykładnie ukarana. Wkrótce bowiem dojdzie do fuzji obydwu czasopism: jej owoc ląduje na biurku wychowawczyni klasy, zyskując pełną aprobatę. Zaś ministrant, który zdradził męskie czasopismo, zostaje zastępcą redaktora naczelnego nowego periodyku; funkcję Naczelnej obejmuje była szefowa dziewczęcej gazetki. Nie ma zwycięzców ani pokonanych, wszyscy włączają się w nowe dzieło, każdy na miarę swych talentów i możliwości.

Wkrótce rozpoczną się kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Któregoś spośród wielu teatralnych wieczorów autor wraz z Naczelną udadzą się za kulisy, by przeprowadzić wywiad z aktorami Teatru im. Słowackiego w Krakowie, którzy przyjadą z przedstawieniem Ławeczka Aleksandra Gelmana. Będzie to prawdziwe dziennikarskie zadanie. I to jeszcze z błogosławieństwem dyrekcji szkoły! Kto wie – może ów wywiad stanie się tematem którejś z kolejnych opowieści?

Jakie były dalsze losy periodyku klasy humanistycznej po tym, gdy jego twórcy zdali już maturę? Tego autor nie wie. Jednak kilka lat temu trafił na stronę internetową swojego liceum, na której znalazł pewne informacje. Obecnie wydawana w szkole gazetka nosi tytuł Postscriptum – taki sam, jaki przed ponad trzydziestu laty uczniowie klasy humanistycznej wybrali dla swojego czasopisma….

Czy to tylko przypadek? Chyba nie! Wygląda na to, że następne pokolenia licealistów podjęły się kontynuacji dzieła. Może jakiś uczeń-archeolog wygrzebał na szkolnym strychu pożółkły egzemplarz gazetki sprzed trzech dekad? A może odpowiedź jest bardziej banalna: wszak jedna z redaktorek dawnego pisma pracuje obecnie w liceum jako romanistka. I przez sentyment do czasów młodości, zasugerowała taki tytuł swoim uczniom? Nieważne…

Ważne, że to, co było tak cenne dla uczniów klasy humanistycznej Anno Domini 1986, doczekało się kontynuacji. Piszący te słowa ma nadzieję, że «dzisiejszej młodzieży» nie brakuje pasji czy wyobraźni, a tym bardziej marzeń. Trzeba mieć marzenia, nawet jeśli nie zawsze zostaną w stu procentach zrealizowane. One niosą człowieka przez życie bardzo długo i mogą zaprowadzić daleko.

Prowincjonalne Theatrum Mundi 1

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1990 roku. Już za miesiąc matura! Wszystkich trzydzieści czworo uczniów klasy czwartej humanistycznej miejscowego liceum zajmuje stanowiska bojowe przed mającą się rozpocząć lekcją języka polskiego. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak przed czterema laty, na pierwszej lekcji polskiego, Pani Polonistka zakomunikowała im tonem nie znoszącym sprzeciwu: «Wy, klasa humanistyczna, macie być elitą intelektualną tego miasta, od was będzie się wymagać więcej niż od innych!»

Trzydzieści lat poźniej, w Polsce Anno Domini 2020, tego typu stwierdzenie zabrzmiałoby śmiesznie. Ale wiosną roku 1990 w całym mieście wojewodzkim – dodajmy, iż stało się nim ono dzięki reformie administracyjnej towarzysza Gierka; dziś nie miałoby szans na taki status – było tylko jedno liceum ogolnokształcące. Trzeba będzie czekać jeszcze kilka dobrych lat, zanim każde Pierdziszewo Dolne dorobi się swojej wyższej szkoły zawodowej, w sąsiednim Pierdziszewie Górnym powstanie prywatny uniwersytet, zaś licea i technika zaczną hurtowo produkować maturzystów.

Na razie jeszcze uczniowie klasy czwartej humanistycznej podtrzymują przekonanie o swojej elitarności. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie nikt nie jest dzisiaj przygotowany do zajęć. Trwają wszak kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Jako elita intelektualna tego miasta wszyscy humaniści mają przecież wykupiony karnet na cały tydzień teatralnego maratonu. Wczorajszy spektakl zakończył się późnym wieczorem, po nim odbyło się jeszcze spotkanie z artystami. Uczniowie mieszkający w okolicznych wioskach wrócili do domu grubo po północy, by rano o szóstej wsiąść do autobusu, który zawiezie ich do szkoły.

Na szczęście Pani Polonistka to też miłośniczka teatru i aktywna uczestniczka tego święta sztuki, które zawitało do prowincjonalnego miasta. Łatwo daje się więc wciągnąć w dyskusję wokół przedstawienia. Pani Polonistka robi dobrą minę do złej gry: udaje, że to nie ona dała się uczniom odciągnąć od ćwiczeń z fonetyki i fleksji, ale że sama narzuciła teatralny temat.

Dyskusja jest tak żywiołowa i pasjonująca, że prawie nikt nie słyszy dzwonka oznajmiającego przerwę… Uczniowie czwartej klasy, jako humaniści, niewiele mają do czynienia z naukami ścisłymi. Ale w takiej chwili uświadamiają sobie, na czym polega teoria względności, którą ich koledzy z klasy matematyczno-fizycznej mieszczą w jednym paluszku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że czterdzieści pięć minut fonetyki ciągnie się jak flaki z olejem, zaś tak samo długa lekcja o teatrze biegnie szybko i pozostawia po sobie niedosyt?

Tak wygląda cały szkolny tydzień. Z dnia na dzień, z przedstawienia na przedstawienie, energia, jaką przekazują twórcy poszczególnych spektakli, kumuluje się i gęstnieje.

Każdy uczeń i każda uczennica widzi już oczyma wyobraźni swoją przyszłość, oczywiście zwiazaną z teatrem. Jeśli nie aktorstwo, to reżyseria, albo przynajmniej teatrologia. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocne przekonanie o swojej wyjątkowości: już niedługo zdobędą rząd dusz!

*

Jest wiosna 2020 roku. Za miesiąc trzydziesta rocznica matury. Z trzydziestu czterech absolwentów klasy humanistycznej na zjazd rocznika dojechało, z różnych stron Polski i świata, około dwudziestu osób. Inni nie dotarli «z przyczyn obiektywnych», wśród nich piszący te słowa. Ale udało się nawiązać kontakty, niektóre przerwane na długie trzydzieści lat, odświeżyć szkolne przyjaźnie.

Piszący te słowa okłamałby Czytelnika, gdyby powiedział, że wszyscy odurzeni sztuką teatralną uczniowie klasy humanistycznej z roku 1990 poszli w kierunku, o którym przed laty skrycie marzyli. Chociaż… jest w ich gronie jedna producentka filmowa, dość dobrze znana w kraju, do którego wyemigrowała, są dwie osoby, które po ukończeniu teatrologii żyją z recenzji teatralnych. Przeważają w tej grupie jednak sami humaniści: nauczycielki języka polskiego, historii, języków obcych; jest wzięta pani adwokat, pan prokurator tropiący groźnych przestępców, jest kilku biznesmenow i jeden duchowny należący do dominującego w Polsce wyznania.

Ostatni z wymienionych, piszący te słowa, po ukończeniu szkoły chyba ani razu nie był już w teatrze; teatru telewizji nie licząc. Wiele mu jednak z tamtej fascynacji pozostało. Liturgia to też w pewnym sensie teatr – kombinacja słowa, gestów, światła, rekwizytów, muzyki, scenografii i kostiumów. To także podział na scenę i publiczność. Czasem to teatr jednego aktora, czasem monumentalne przedstawienie z dużym rozmachem. Niedoszły nasz aktor wie, że słowo, które wypowiada ze sceny, musi być słyszane nawet w ostanim rzędzie; że musi być zsynchronizowane z gestem; że jeśli «bierzcie i pijcie», to trzeba podnieść kielich w tym właśnie momencie, ani sekundy wcześniej, ani sekundy później.

Co jeszcze zapamiętał duchowny ze szkolnych doświadczeń z teatrem? Że trzeba zagrać swój spektakl tak samo dobrze dla wypełnionej po brzegi sali, jak i dla jednego widza. Owszem, czasem jest to nie tylko spektakl jednego aktora, ale też jednego czy dwóch widzów…

A rząd dusz? Chyba aż takich ambicji nie żywi nasz bohater: pamięta, że ma nad sobą Reżysera. Jemu pozostawia wgląd w ludzkie serca i sumienia.

Jednak zawsze staje nasz ksiądz ex-humanista przed publicznością z pewnym drżeniem. Bo wie, że słowo – ale także Słowo – ma wielką moc: może uleczyć, może też i zabić. Może dać nadzieję, albo jej na zawsze pozbawić.

*

Wielu rzeczy, trzydzieści lat po maturze, nasz bohater już zapomniał. Ale pamięta słowa wiersza, który często mu przychodzi na myśl, gdy ogarnia go zwątpienie w to, czy jego teatr jest jeszcze komuś potrzebny:

Ta drabina to schody do nieba,
a ta miska pod schodami to księżyc.
Tamten miecz to zwyczajny pogrzebacz,
a z garnków są hełmy rycerzy.

Ale kto w te czary nie uwierzy?

To jest teatr.
A teatr jest po to,
żeby wszystko było inne niż dotąd.
Żeby iść do domu w zamyśleniu,
w zachwycie.

I już zawsze w misce księżyc widzieć…

Nowy Don Kichot (a nawet dwa)

Dla wyjaśnienia: gramatycznie rzecz biorąc Don Kichot jest rzeczownikiem liczby pojedynczej w rodzaju męskoosobowym, a zatem jest jeden Don Kichot, ale jeśli jest ich dwóch, to są dwaj lub obaj. Natomiast taki nowy don kichot jako obiekt badawczy to jest rzeczownik w rodzaju niemęskoosobowym, jeden jest jeden, ale już w liczbie dwóch są dwa. Od kilku dni borykałam się z nadtytułem tego wpisu i wciąż zmieniałam w nawiasie słowo dwa na dwaj, a potem dwaj na dwa, w końcu jednak zdecydowałam się na formę niemęskoosobową, chociażby dlatego, że odpowiada moim spontanicznym odczuciom.

Pierwszego Nowego Don Kichota podrzucił mi Arek Łuba (bardzo dziękuję), wciąż jeszcze badając polską satyrę polityczną, a to prowadzi go coraz głębej i głębiej. Zakładam, że następny może być Kochanowski, a potem to już tylko Bogurodzica lub “Daj to ja pobruszę, a ty poczywaj”:

A szukając tekstu, bo na reprodukcji ciężko się czyta, znalazłam proszę Państwa, tratatata! Nowego Don Kichota czyli 100 szaleństw Fredry i Moniuszki!!!

No ale po kolei, najpierw byli Fredro i Moniuszko, więc od nich znaczniemy. Hemar i Lipiński za chwilę.

W roku 1841, kompozytor miał wtedy zaledwie 23 lata, Stanisław Moniuszko napisał swoje dzieło, często nazywane krotochwilą w trzech aktach, w oparciu o tekst Aleksandra Fredry – Nowy Don Kiszot, czyli Sto szaleństw. Moniuszko dedykował operę Fredrze, na karcie tytułowej rękopisu napisał: „w dowód najszczerszego uwielbienia / dla Autora tego dzieła / poświęcona”. Choć dzieło tworzył niezwykle młody człowiek, to już zapowiada się w nim wielki kompozytor. Tak twierdzą znawcy.

W tekście do wystawienia opery w Teatrze Kameralnym czytamy przede  wszystkim, że to wcale nie … opera, lecz Singspiel, śpiewogra.

Ktoś powie, opera z dużą dozą słowa mówionego (monologi, dialogi) a ktoś inny: dramat sceniczny, często komedia szczodrze okraszona muzyką w postaci arii, ansambli, poprzedzona uwerturą, bywa, że ozdobiona chórami bądź tańcami. I oba opisy są zgodne z prawdą. Taka forma miała być kontrpropozycją do sztywnej formuły opery, według włoskiego kanonu. Po pierwsze, miała być pisana w języku właściwym dla ojczyzny twórcy i odbiorców. Po drugie, miała być osadzona w muzycznej kulturze miejsca, w którym powstawała. Dlaczego? Bo z założenia miała docierać do prostych ludzi a nie – wyłącznie – koneserów. Jak to wyglądało w wydaniu polskim, koniecznie trzeba obejrzeć i posłuchać krotochwili w trzech aktach, opartej na dramacie Aleksandra Fredry do której muzykę skomponował nasz mistrz, luminarz, wręcz ojciec polskiej opery narodowej, Stanisław Moniuszko.

Krotochwila zawiera dziesięć numerów wokalno-instrumentalnych (cztery – w pierwszym, trzy – w drugim oraz trzy – w trzecim akcie), rozbudowaną symfoniczną uwerturę i orkiestrowe preludium – Entreacte przed aktem drugim. Akcja toczy się w podwarszawskich lasach, perypetie są grubaszne i rubaszne, funkcję Don Kichota przejmuje młody panicz Karol, który ma pstro w głowie.


A gdyby ktoś chciał obejrzeć całość, to TU.

Historyjka, o którą w tej krotochwilce chodzi, to przedmałżeńskie perypetie Zosi, którą jej opiekun prawny, stryj, Kasztelan wydaje za mąż za swojego syna Karola. Młodzi mają się ku sobie, rodzina sprzyja, a tu tymczasem Karol…

…tymczasem, pisze Lubosz, plenipotent, do Kasztelana, smutne doszły mnie wieści, że Karol drugim stał się Don Kiszotem. Byłem u niego, odpowiedział, że „chce odnowić dawne czasy rycerstwa, kiedy słabość i cnota uciemiężona znajdowały obronę w dzielnej młodzieży, i że chce być wzorem dla świata“…

Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.
(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“…
Proszę. (czyta)
„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“…
Co mu do tego! (czyta dalej)
„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“

Zofia

On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.

W międzyczasie dzieje się nieco, ktoś ucieka, ktoś kogoś obije, ktoś się przebrał, a ktoś kogoś do lochu wsadził, na koniec jednak wszystkie perypetie się wyjaśnią, Zofia i Karol upewnią się nawzajem o swej miłości, a papcio stryjcio pobłogosławi im, mówiąc:

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

No i finał:

Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!

PS. Od Adminki: W sztuczce Nowy Don Kichot NIE MA BARATARII!


Tekst Hemara ukazał się w Szpilkach 22 stycznia 1939 roku. Niestety, wyjaśnienia nie są potrzebne.


Najpierw czytamy stronę pierwszą, a dopiero potem drugą.

No cóż, w ciętej satyrze Hemara też NIE MA BARATARII!

Karol Frycz, ojciec polskiej scenografii

Rzadko pojawiający się na blogu piewca Ponidzia, tym razem o wielkim człowieku teatru, którego ukształtowało piękno ponidzkich krajobrazów

Tadeusz Rogala

Z Cieszków do Krakowa

„W piątek 23 marca 1877 roku o godzinie 5-tej po południu we dworze w Cieszkowach przyszedł  na świat pierworodny syn Heleny i Kaźmierza Fryczów. Na chrzcie otrzymał imiona Karol Józef; pierwsze po pradziadkach Fryczu i Dąbskim, drugie po dziadkach Fryczu i Trzetrzewińskim. Chrzest chłopca odbył się 7 października 1877 roku, po raz pierwszy w rodzinie zgodnie z wyznaniem matki: w rzymsko-katolickim kościele parafialnym w Probołowicach, drewnianym, z barokowymi ołtarzami, wystawionym w 1759 roku na lekko wyniesionym wzgórzu przez Proboszcza księdza Jacka Kowalskiego” – pisze o Karolu Fryczu, późniejszym dyrektorze krakowskiego teatru im. Juliasza Słowackiego, Lidia Kuchtówna w książce Karol Frycz.

Rodzina Fryczów pochodziła z Niemiec, z Saksonii, pierwotne nazwisko to prawdopodobnie Fritsch lub Fritsche. Polska linia Fryczów osiadła w Polsce za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pradziad Karola, Karol Bogumił, urodził się w roku 1773 w Lublinie, został ochrzczony w kościele kalwińskim w Piaskach Luterskich. Karol Bogumił ożenił się z Marią Bandtke, córką lubelskiego kupca. Rodzina Bandtków była wyznania augsburskiego, pochodziła ze Śląska. W roku 1814  Karol Bogumił zakupił dobra Schöbekirche koło Piotrowic (obecnie w Czechach).

Dwór w Cieszkowach, gdzie urodził się Karol Frycz; zdjęcie z lat trzydziestych, z prawej strony niższa przybudówka z dużymi oknami to oranżeria, w której Karol Frycz jako dziecko tworzył swój teatr

Dobra ziemskie Cieszkowy z przysiółkami Krzyżem i Grabówką w powiecie skalbmierskim, województwie krakowskim Karol Bogumił Fritsch nabył 31 sierpnia 1821 roku od barona Karola Larischa. Fritschowie do Cieszków przenieśli się z majątku na Śląsku.

W XVIII wieku właścicielami Cieszków byli Żeleńscy, przodkowie Tadeusza Boya- Żeleńskiego. Poprzez koligacje rodzinne dobra te przeszły w ręce Karola Larischa.

Karol Bogumił Frycz (używano już spolszczonej wersji nazwiska) zmarł 16 maja 1838 roku w Cieszkowach, dziedzicem dóbr został syn Józef, urodzony na Śląsku. Józef brał udział w powstaniu listopadowym, był porucznikiem pułku piechoty liniowej. Wcześniej studiował na Uniwersytecie Jagielońskim, osiadł w Cieszkowach i miał opinię znakomitego rolnika. W roku 1835 Józef poślubił Felicję Kalinowską, córkę Józefa Kalinkowskiego, w Księstwie Warszawskim kapitana pułku grenadierów, kawalera Orderu Virtuti Militari.
Z małżeństwa tego przyszło na świat dziewięcioro dzieci.

Grób Józefa Kalinkowskiego, dziadka Karola Frycza,
na cmentarzu w Probołowicach

W roku 1856 Józef Frycz rozbudował dwór w Cieszkowach według projektu architekta Stanisława Postawki z Gabułtowa, sąsiada i towarzysza z powstania. Wnętrza dworu udekorowano obrazami sławnych artystów – Józef znał się na sztuce. Dzieci dorosły, usamodzielniły się, a dobra Cieszkowy przypadły synowi Kaźmierzowi. W roku 1863 Kaźmierz bierze udział w Powstaniu Styczniowym. W roku 1875 zawiera związek małżeński z Heleną Trzetrzewińską.

„Kiedy panna Helena Trzetrzewińska – katoliczka, wchodziła do rodziny Kaźmierza, Fryczowie byli całkowicie spolonizowani, pomimo kalwińskiego wyznania męskiej lini rodu. Już nie wracali we wspomnieniach do niemieckiej tradycji. Ich korzenie wrosły mocno w szlacheckie gniazdo rodzinne w Cieszkowach na Ponidziu; w rozległy, pofałdowany krajobraz lessowy, i w modrzewiowy dwór stojący w cieniu potężnych lip. A w opowieściach rodzinnych przenoszonych przez pokolenia, kształtujących tożsamość narodową i głębokie przywiązanie do polskiej ziemi i polskiego narodu, kultywowano ofiarny udział przodków w kolejnych zrywach niepodległościowych” – psze Lidia Kuchtówna.

Resztki dawnej alei lipowej ze starymi drzewami, za aleją był ogród z jabłoniami, na których przesiadywał Karol Frycz jako dziecko

Mały Karolek dzieciństwo spędzał na wsi w Cieszkowach, wśród przyrody Ponidzia. A przyroda jest tu szczególnie piękna. Jak opisywał,  w tym czasie  czterdziestoletni Adolf Dygasiński, urodzony także w Niegosławicach na Ponidziu: „Nigdzie tak pięknie nie śpiewają słowiki ani skowronki, nigdzie bzy nie mają woni tak miłej, nigdzie róża rankiem nie przyozdabia świata cudowniej.” Karolkowi zostanie w pamięci piękny modrzewiowy dwór, za którym stał z tyłu zbór ariański, już wtedy przerobiony na lamus, stare aleje lipowe, pamiętające jeszcze innowierców w Cieszkowach – jak mówiono na braci arian – i sad jabłoniowy, rozciągający się na wschód od alej lipowych w dół do stawu rybnego. Z południowej strony sadu, na najwyższym wzniesieniu stał kopiec- kurhan z praczasów – a na nim rósł ponad dwustuletni wiąz. Zapewne pod nim bawił się mały Karlolek, a zimą zjeżdzał stąd na sankach, jak to robiły wiejskie dzieci. Sad słynął jeszcze potem, za czasów, gdy gospodarowali tu Bukowscy, ze smacznych śliwek, z których powidła były znane i doceniane w przedwojennej Polsce, w Krakowie. Sad przetrwał jeszcze do końca lat siedemdziesiątych, kiedy to władza ludowa wykarczowała stare drzewa i posadziła nowe. Teraz ten teren jest porośnięty dzikimi krzakami.

Poczwórna fornalka podczas bronowania na byłych polach majątku Fryczów, zdjęcie z roku 1943, brony pochodzą jeszcze zapewne z czasów gospodarowania Fryczów

Karol pierwsze nauki pobiera w rodzinnym dworze. Dla uzupełnienia nauki sprowadzono  nauczycielkę z Francji tzw. bonne supérieure. Bona tak opisywała wrażenia z polskiej wsi: „Zima była wyjątkowa, długa, poczwórne fornalki w końcu kwietnia borykały się, bronując, z zamarzniętą grudą, proboszcz parafii kwękał długo po przebytej hiszpance, a zawodowa stadnina harcowała po okólniku.  … Mając tu sto rozbieganych koni i stu służących, którzy jeżdżą konno nie spełniając żadnej poważnej pracy…”

Nauczycielka zapewne się z tymi końmi pomyliła. Nic nie wiadomo, aby w Cieszkowach hodowano tyle koni, natomiast w pobliskich Miławczycach w tym czasie Józef Trzebiński posiadał hodowlę koni wyścigowych, jedną z najlepszych w Królewstwie Polskim. W tych właśnie Miławczycach siedział kiedyś na dzierżawie Jan Chryzostom Pasek, a pierwsze dni dzieciństwa spędziła tu profesor Maria Dzielska. Można też przypuszczać, że gościńcem wsi Cieszkowy przejeżdżała latem starsza o dziesięć lat od Karola, Maria Skłodowska, jadąc ze pobliskich  Stawieszyc do  kancelarii notarialnej swego wuja Zdzisława Skłodowskiego do Skalbmierza. Maria Skłodowska spędzała na Ponidziu letnie wakacje.

Karol już jako siedmioletni chłopiec jeździł do Kielc i Krakowa. W wieku dzisięciu lat jest na przedstawieniu teatralnym w Starym Teatrze w Krakowie na sztuce „Rewizor petersburski” Gogola. Wygląd teatru z tego przedstawienia pozostał mu na długo w pamięci. Ogląda następne przedstawienia.

Dawny zbór ariański, z prawej stron widoczne stare lipy, o których wspominał Karol Frycz i fragment budynku szkoły, stojącej na miejscu, gdzie stał kiedyś dwór Fryczów

Po tych pierwszych przedstawieniach odrywa u siebie wielki pociąg do teatru. Po powrocie do domu  odtwarza role widziane w teatrze. Zamienia opustoszałą w lecie oranżerię na fikcyjny teatr, angażuje siostry i krewnych równolatków do gry w tym jego teatrze. Równocześnie ujawniają się zdolności rysunkowe Karola. W domu rodzinnym w Cieszkowach kultywowano tradycyjne patriotyczne i narodowe. „Wszystko, co zaznaczało się swoiście polskim charakterem, co miało jakieś cechy dodatnio wyróżniające nas orginalnością pośród rodziny narodów europejskich, a przede wszystkim słowiańskich, wszystko, co było znamieniem pewnej ciągłości narastających epokami formacji kulturowych czy obyczajowych, doznawało w domu troskliwej opieki. To była jakby kotwica wczepiona w ziemię ojczystą, zarówno w jej hojności, jak i w jej biedy.”

We wrześniu 1887 roku rodzice wysyłają Karolka do gimnazjum w Krakowie – nie chcą, by syn uczył się w Królewstwie Polskim w szkole rosyjskiej. Karolek okazał się się w tych początakach swojej edukacji niezbyt gorliwym uczniem. Klasę III, IV i V przerabia ucząc się w domu w Cieszkowach.

W tym okresie, podróżując z matką, zwiedza prawie całą zachodnią Europę, poznaje języki, do których miał wrodzone predyspozycje. Już w młodości władał niemieckim, włoskim, francuskim i angielskim.

Do Krakowa przyjeżdża tylko dwa razy w roku na egzaminy. W roku 1896 otrzymuje świadectwo ukończenia V klasy. Dalszą edukacje rozpoczął w gimnazjum w Bochni. W maju 1896 roku zdaje egzamin dojrzałości. Zawsze wspominał Cieszkowy, gdzie spędził dzieciństwo, czuł się Polakiem i Europejczykiem. Z maturalnym świadectwem powrócił do Cieszków. W rodzinie zastanawiano się nad dalszą jego edukacją – nie zdradzał bowiem szczególnego zainteresowania do żadnego przedmiotu. Było jednak wiadomo, że chętnie rysował.

W październiku 1896 roku rozpoczął studia na politechnice w Monachium na wydziale architektury. W czasie studiów młody student architektury doszedł do przekonania, że nie interesuje go architektura, lecz historia sztuki. W roku 1898 został wyrzucony ze studiów i powrócił do rodziców. Już zdecydował, że chce podjąć studia w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie.

Nie spełniła się nadzieja ojca Kaźmierza, że jedynak przejmie majątek rodzinny. Karol nie wykazywał żadnego zainteresowania rolnictwem. Rodzice nie sprzeciwiali się wyborowi studiów malarskich. W tej sytuacji Kazimierz Frycz około roku 1898 sprzedał Cieszkowy swojemu siostrzeńcowi, Felicjanowi Mieroszewskiemu i przeniósł się z rodziną do Lublina. I tak kończy się przygoda rodu Fryczów z Cieszkowami na Ponidziu.

Karol Frycz do końca życia będzie z nostalgią wspominał Cieszkowy. „Mając dwadzieścia lat – pisał w jednym z listów – opuściłem pewnego dnia stary, modrzewiowy duży dwór, w którym od dziecka mieszkałem, w którym urodził się mój ojciec, dziad i pradziad, w którym nagromadziły się graty i pamiątki, jak wspomnienia, od piwnic do strychu. Moim  ‘sadem wiśniowym’ były trzechsetletnie lipy, ocieniające stary zbór ariański w głębi parku, pielęgnowany przez moją rodzinę.”

Do Krakowa wyjechał już z Lublina. Zaczął studia w  matejkowskiej Szkole Sztuk Pięknych. Po śmierci Jana Matejki uczelnią zarządzał wybitny akwarelista – Julian Fałat. Karol studiował pod kierunkiem Alfreda Rollera, który później został scenografen Opery Wiedeńskiej.

Frycz od samego początku wyróżniał się wśród krakowskich studentów malarstwa. Jego profesorami byli m. in. Leon Wyczułkowski i pejzażysta Jan Stanisławski. Karol interesuje się życiem kulturalnym i naukowym w mieście, które gromadziło wówczas znakomite  nazwiska i świetne talenty.  Nadal utrzymuje żywe kontakty rodzinne, szczególnie z Żeleńskimi, z Stanisławem Gabrielem, Edwardem i Tadeuszem. Równolegle do studiów malarskich  w roku 1902 Frycz zapisuje się na Wydział Filozoficzny Uniwerytetu Jagielońskiego, na kurs historii sztuki.  Spotyka się wtedy m. in. z Wyspiańskim i z Jackiem Malczewskim.

Karol Frycz nie kontynuuje jednak studiów na Akademii, lecz zapisuje się do rządowej Szkoły Przemysłu Artystycznego w Wiedniu, gdzie kształci się w kierunku dekoracyjno-przemysłowym. W czerwcu 1903 Frycz roku zalicza w Kunstgewerbeschule rok szkolny 1902/1903 i powraca do Krakowa. Współpracuje z pismem satyrycznym Liberum Veto, a jesienią pojawia się a Akademii na prawach wolnego słuchacza. Wiosnę 1904 roku Karol Frycz spędza w Anglii, dokąd wybrał się w podróż studyjną. Ten wyjazd zamyka lata jego studiów.

W kwietniu 1904 roku Frycz osiada w Krakowie. Jest tu już znany. Kontynuuje współpracę z Liberum Veto, interesuje się teatrem, uczestniczy w życiu kulturalnym Krakowa. Pokrewieństwo z rodziną  Żeleńskich ułatwiało mu wstęp do najlepszych krakowskich salonów. Intelektualiści Młodej Polski spędzają wiele czasu razem – w salonach, kawiarniach, za kulisami teatru. W cukierni Michalika spotykają się malarze, dziennikarze i poeci. Tu, przy wspólnym stoliku powstała myśl powołania kabaretu artystów, wzrorem podobnych przedsięwzieć w Europie Zachodniej. Tak powstał Zielony  Balonik. Od początku działał pod zarządem komitetu w składzie: Edward Żeleński, brat Boya, Nosakowski, Boy, Frycz, Trzciński i Sierosławski. Pierwszy wieczór kabaretowy odbył się 7 października 1905 roku.

Karol Frycz odwiedza często Stanisława Wyspiańskiego, kiedy ten jest już ciężko chory.  Gdy Frycz wyjedzie z Krakowa na pogrzeb stryja, po powrocie nie spotka już przyjaciela – Wyspiański już nie żył.  Fryczowi powierzoną oprawę plastyczną pogrzebu artysty.

W wieku trzydziestu lat Frycz jest już wziętym malarzem, cenionym grafikiem, uznanym dekoratorem teatralnym i wybitną postacią krakowskiego życia kulturalnego. W roku 1906 Ludwig Solski, dyrektor krakowskiego Teatru Miejskiego, daje mu szansę zadebiutowania w prawdziwym teatrze. Frycz przygotowuje scenografię do sztuki Peleas i Melissanda Maeterlincka. W latach 1907-1912 Karol Frycz działa w Krakowie z dużym zaangażowaniem i intensywnością, uprawia plakat, karykaturę grafikę, ilustracje książkowe, malarstwo sztalugowe. Włącza się w ruch Wielkiej Reformy Teatru, proponując tworzenie nowej oprawy plastycznej dla każdego przedstawienia i odejście od konwencjonalnych rozwiązań.

W roku 1912 Frycz przenosi się do Warszawy do otwieranego przez Arnolda Szyfmana Teatru Polskiego, gdzie zostanie zatrudniony jako scenograf.

Okres pierwszej wojny światowej Frycz spędził w Sandomierzu, gdzie w katedrze Narodzenia Najświętszej Maryi Panny odrestaurował średniwieczne freski.

Odzyskanie przez Polskię niepodległości przyniosło artyście nowe wyzwania. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zorganizowało w 1919 roku misję dyplomatyczną, której celem było nawiązanie kontaktów z admirałem Aleksandrem Kołczakiem, jednym z dowódców Białych i przeciwnikiem bolszewików, który kontrolował znaczne obszary Syberii. Delegacja wyjechała statkiem z Francji przez Kanał Sueski i dalej przez Ocean Indyjski do Chin. Misja nie powiodła się. W Chinach delegaci dowiedzieli się, że bolszewicy rozbili wojska Kołczaka, a jego samego rozstrzelali. Zadaniem Frycza w Azji była także promocja nowopowstałego kraju, poprzez upowszechnianie jego kultury. Frycz jeździł po Chinach i Japonii dając wykłady i spotykając się z politykami i prasą. Już przed wyjazdem Frycz nawiązał kontakty z gazetami, dla których pisał także reportaże z podróży. Powrócił do kraju po dwóch latach, a do końca życia przyrosło do niego przezwisko „Chińczyk”.

W latach 1921-31 działał w warszawskim Teatrze Polskim, realizując ponad 70 projektów.  W roku 1933 Frycz został  ściągnięty przez Juliusza Osterwę z powrotem do Krakowa, do Teatru im. Juliusza Słowackiego. A za dwa lata sam objął stanowisko dyrektora teatru, był też profesorem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. W roku 1939, po wkroczeniu wojsk niemieckich, zamknięto Akademię Sztuk Pięknych, a teatr Slowackiego zamieniono na scenę impresaryjną dla zespołów III Rzeszy. Frycz spędził wojnę, pracując w bibliotece.

Po wojnie został pierwszym dyrektorem Teatru im. Słowackiego. Dyrekcja stała przed trudnym wyzwaniem, pracownie i magazyny zostały rozgrabione, także aktorów pozostało niewielu. Fundusze na działalność były niewielkie. Przy teatrze powstało Studio Aktorskie, które stało się zaczątkiem późniejszej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Po przejęciu dyrektorstwa teatru przez Osterwę Frycz był dziekanem wydziału scenografii krakowskiej ASP. Wśród jego uczniów znaleźli się Tadeusz Kantor, Andrzej Stopka, Józef Szajna. Frycz kładł nacisk na logikę myślenia, konsekwencję, wyczucie materii teatru. Jego wychowankowie określani są jako przedstawiciele krakowskiej szkoły scenografii.

Pod koniec życia Frycz ciężko chorował. Zmarł w piątek 30 sierpnia 1963 roku w wieku 86 lat. Pochowano go na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie, sam wybrał sobie to miejsce pochówku dwa lata przed śmiercią. Spoczął w pobliżu Osterwy, Rostworowskiego, Tadeusza Białkowskiego, Mariana Niżyńskiego. W pogrzebie uczestniczył duszpasterz środowisk twórczych – biskup Karol Wojtyła, także m.in. wiceminister Kultury i Sztuki Zygmunt Garstecki, Balicki, Szyfman, Władysław Daszewski, Andrzej Stopka.

***

Przy pisaniu autor korzystał z książki Lidii Kuchtówny Karol Frycz. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Tadeusz Rogali.

Barataria w teatrze

Ewa Maria Slaska

Barataria nazywa się w teatrze po prostu Eiland – wyspa czy może Ostrów, bo Eiland to takie trochę archaiczne słowo, które chyba zresztą lepiej oddaje sens i intencje Cervantesa, który wprawdzie uczynił z wyspy przynętę, co to skusi Sancho Pansę, namówi do opuszczenia domu, żony i dzieci, by udać się na wędrówkę błędnych rycerzy, ale najpierw tej wyspy wcale nie wspomniał w swej opowieści, a gdy już wreszcie, w drugim tomie, który powstał wszak w dziesięć lat po pierwszym, wyspa się pojawiła, wcale nie była wyspą na morzach i oceanach, a przynajmniej rzekach lub jeziorach – nie, Barataria była wyspą na lądzie, ostrowem więc, który po polsku z rzadka jest prawdziwą wyspą i najczęściej oznacza miejscowość jak najbardziej lądową.

Ale ja tu wchodzę od razu głęboko w materię nierzecznej i nierzeczywistej rzeczy, jaką jest wyspa, a trzeba zacząć jednak od teatru. 12 października 2019 roku odbyła się w Teatrze Niemieckim (Deutsches Theater) w Berlinie premiera teatralnej wersji Don Kichota, w wersji stworzonej przez Jakoba Nolte na podstawie nowego tłumaczenia powieści z roku 2008, dokonanego przez Susanne Lange. Jest to też nowa wersja teatralna, jej premiera miała miejsce w czerwcu tego roku podczas  festiwalu teatralnego w Bregencji (Bregenze Festspielen), gdzie, jeśli dobrze pamiętam – wszystko odbywa się tak czy owak na wyspie.

Reżyseria Jan Bosse
Scenografia
Stéphane Laimé
Kostiumy
Kathrin Plath
Muzyka
Arno Kraehahn
Dramaturgia
David Heiligers

Po lewej: Ulrich Matthes jako Don Kichot
poniżej Wolfram Koch czyli 
Sancho Pansa

Nolte stworzył sztukę nowoczesną, ba – postmodernistyczną, a naszpikował ją cytatami, w czym zresztą dzielnie mu sekunduje reżyser (zresztą oczywiście mogło być na odwrót). Nawiązanie do słynnego autoportretu van Gogha z obciętym uchem, to tylko drobna próbka możliwości pary Jana Bosse i Jakoba Nolte. Już samo ucho oczywiście prowadzi nas dalej, głębiej, do Nowego Testamentu i ucha, które Piotr odciął żołdakowi na Golgocie, a Jezus mocą cudowną przymocował mu je z powrotem. Oczywiście w międzyczasie było jeszcze ucho Nietzschego, właściwy organ poznawania literatury, którym wcale nie jest oko – a to też nie jest bez znaczenia.

Jedynym elementem scenografii jest ogromny wóz w stylu Matki Courage Brechta, ale znowu – może to nie tak, może i Brecht, i Nolte cytują tu Tespisa i jego wózek. Tespisowy wóz czyli wędrowny teatr, który niczego nie potrzebuje oprócz człowieka, dwóch trzech symbolicznych rekwizytów i słowa. Słowa, słowa, słowa. Hamlet, a może Ewangelia wg św. Jana.

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało.

Innym podstmodernistycznym cytatem jest na pewno ministerstwo śmiesznych kroków Monty Pythona. Ale może i tu jest właśnie na odwrót, bo przecież wiemy, że Monty Python jest współczesnym Don Kichotem (nawet bez produkowanego przez 20 lat filmu Człowiek, który zabił Don Kichota).

To jest w tej sztuce dobre, ciekawe, interesujące, zaskakujące, śmieszne, ale mimo to nie wystarczy – prasa niemiecka pieje zachwyty nad tym wystawieniem, które zredukowało wielką siedemnastowieczną powieść do dialogów w stylu Becketta. Don Kichot i Sancho Pansa przez dwa akty tylko rozmawiają i niestety klawiatura aż się prosi, żeby napisać w tym miejscu: gadają. Gadają. I to nie jest Słowo tylko słownik. Słownik Don Kichota, donkichotyzmu, idealizmu. Dyskusja prgmatyzmu z szaleństwem, w której przedstawiciel “normalnych ludzi” wciąż krytykuje swojego pana. Ale to nieprawda. Gdy dwóch ludzi, dwa systemy światopoglądowe obcują ze sobą przez długi czas, zaczynają nabierać cech tego drugiego. W pewnym momencie Don Kichot mówi do Sancho Pansy: Im bardziej ja poważnieję, tym bardziej ty stajesz się szalony. I tak jest, gdy w drugim akcie Don Kichot umiera, umiera stary zwykły człowiek, a Sancho Pansa płacze rzewnymi łzami i nie zdziwilibyśmy się, gdyby, jak to ma miejsce w filmie Człowiek, który zabił Don Kichota, po śmierci swego pana, to jego prosty nieuczony giermek ruszy w świat, walczyć z wiatrakami o dobre imię księżniczki…

Dlatego pod koniec zdejmie z siebie paskudny kostium ze sztucznym brzuszydłem w opiętych elastycznych dżinsach. Nota bene – identyczny brzuch /a może ten sam ;-)/ ma przez chwilę Kleopatra w Berlinie w Operze Komicznej Barry Koskiego. Ale to już zupełnie inna historia, choć przy okazji powiem – idźcie, naprawdę warto! Tu więcej: Perły Kleopatry.

Drugi akt Don Kichota, krótki, spokojny, pozbawiony większości wydziwiań i udziwnień, które przesiąknęły akt pierwszy, akt, w którym umiera Rycerz Smętnego Oblicza, wynagradza smętną nudę gadulstwa dla gadulstwa – jest piękny i wzruszający.

Idźcie do teatru, jak przetrwacie gadaninę I aktu, poczujecie Wielki Majestat Śmierci. I dla tego momentu naprawdę warto pójść.

Teatr Gdańska w Berlinie

I uwaga – nie jest to teatr z Gdańska, a tak mi cały czas sugeruje wujaszek Google. Wręcz przeciwnie, przybywa z niemieckiego “Zachodu”, z Oberhausen, gdzie na rynku (Altmarkt 3) znajduje się restauracja Gdańska, która wykazuje sią niezwykłymi inicjatywami polonijnymi. Pamiętam organizowane w Oberhausen noce poezji, a jestem pewna, że to restauracja patronowała odjechanej imprezie gitarowej – najwięcej na świecie gitarzystów, którzy razem grali Hej Jude (o ile pamiętam, rzecz  się udała i Polacy z Oberhausen weszli do księgi Guinessa).  Nigdy nie byłam Oberhausen, znam natomiast aktywnie udzielającego się tam Polaka – Leonarda Paszka i być może się mylę, ale wydaje mi się, że to on jest tym zaczynem i zarzewiem…

Tak się Restauracja Gdańska reklamuje w internecie.

Na zdjęciu wygląda dobrze. Pogoda jest dobra, przyjemny wieczór, wszystkie stoliki zajęte, właściciel szuka ludzi do pracy. Może oni tam mają lepsze powietrze w Oberhausen niż my tu w Berlinie. Pierogarnia zlikwidowana, Filafood zlikwidowany, Stary Kraków dawno zamknął podwoje…

Przy restauracji działa hotelik, a gdzie my w Berlinie mamy polski hotelik? No ale my mamy blisko do Polski, a z Oberhausen, które leży w zagłębiu Rury, do granicy z Polską jest 600 kilometrów. Może jak jest daleko, to trzeba się bardziej starać.

Mają polski teatr (my mamy trzy, to prawda) i z polską komedią obyczajową z lat 90 przyjeżdżają dziś do Berlina. Twierdzą, że jest nadal jak najbardziej na czasie. Piszą o sobie bez fałszywej skromności, że czeka nas “wspaniała zabawa, ubaw po pachy, ale również refleksja nad polską zaściankowością”. Grają po polsku.

A nieoceniony Leonard Paszek również gra. Czego ten człowiek już nie robił? To ten owinięty w kołdrę na łóżku…

Czy ktoś chciał się ze mną ostatnio spotkać i okazało się, że nie mam czasu lub nie możemy znaleźć pasującego terminu – to spotkajmy się w teatrze, mam nadzieję, że będę miała czas 🙂

Frauenblick: Unrast

Zu unserer Ansage schreibt jetzt

Monika Wrzosek-Müller

Eine rastlos theatralisch-musikalische Reise nach Motiven von Olga Tokarczuks >Unrast<

Für uns, aufgewachsen in der Tradition von Grotowski, Kantor oder später Szajna, ist das Experimental/Avantgarde-Theater eine Selbstverständlichkeit. Das Spiel mit dem Körper, weg von der Sprache, vom Text, nah an Bild, Musik, Bewegung, das alles habe ich als Gymnasiastin im Polen der 70er Jahre erlebt. Arbeit mit Schatten, mit Pantomime, Gesang, direkte Interaktion Schauspieler-Zuschauer während des Stücks war nichts Neues für mich. Ich kann mich an eine Aufführung von Jozef Szajna im Theater Studio in Warschau im Kulturpalast erinnern, in der die Schauspieler mit Schüsseln voll Wasser zu den Zuschauern gingen und sagten: „wascht eure Hände“, und jemand antwortete ganz laut und unvorhersehbar: „Wasch dir selbst die Hände, ich habe für den Theaterbesuch gebadet“…

Ende der 70er Jahre habe ich an einem Ausbildungsworkshops von Grotowski teilgenommen. Ich wog mich wie Ähren auf einem imaginären Kornfeld im Wind oder verrenkte mich wie eine Wolken am stürmischen Himmel. Schwieriger waren komplizierte Nachahmungen aller möglichen Kriechtiere, den Unterschied zwischen einer Eidechse und einer Schlange körperlich herauszuarbeiten… und zu lernen versuchen, wie man auf der Stelle verharrend mit viel Anstrengung Distanzen bewältigt, die in Metermaßen 0 betrugen, doch von Weitem als sehr effektvolles sich Vorwärtsbewegen aussahen. Wenn ich jetzt auf meine Biographie zurückschaue, war die Beschäftigung mit meinem Körper immer für mich wichtig, ich brauchte es, um weiterleben zu können. Deshalb meine Ausbildung zur Yogalehrerin und meine jahrelange Yogapraxis.

Umso mehr erstaunt mich, dass in Berlin meistens ganz traditionell im Sinne eines Sprechtheaters inszeniert wurde und die Spektakel von Bob Wilson sich so großer Popularität und so riesigen Interesses erfreuten, weil sie etwas Anderes, Neues waren. Zwar existierte seit 1984 in Berlin eine von Teresa Nawrot, einer Assistentin von Grotowski, gegründete Theaterschule, die nach ihm Schauspieler (mit Körper-, Stimmarbeit, Rhythmus und Text) ausbildet, doch bei den hiesigen Theaterinszenierungen traf man solche Choreographien und Inszenierungen sehr selten.

Warum ich soweit aushole: Es war für mich ein Vergnügen, die letzte Aufführung von „Unrast“ von Elzbieta Bednarska in der Spandauer Zitadelle zu sehen. Die Fülle der Bilder, die physische Präsenz der Schauspieler, der Ort der Aufführung, alles sprach mit der starken, emotionalen und deutlichen Sprache des polnischen Avantgardetheaters. So viel Kraft und Vision kann man kaum in einem normalen Zuschauerraum erzeugen, auch wenn das Thema Reisen, Flüchten, sich von Ort zu Ort Bewegen sehr aktuell in unserer so bewegten Zeit ist. Wir wurden auf die Reise mitgenommen und konnten Textpassagen, Bilder und Musik wirklich miterleben; auch wenn das Wetter den Schauspielern übel mitspielte (es stürmte und regnete stark), so waren die Bilder umso suggestiver und expressiver. Auch die Auswahl aus den Texten der heute in Deutschland vielleicht bekanntesten zeitgenössischen polnischen Schriftstellerin kam uns entgegen; in verschiedenen Sprachen, Kulturen, das sich Bewegen als Ziel, nie erreicht und immer vor neue Fragen oder auch Herausforderungen stellend. Das Ziel ist auch andere Menschen zu treffen, sie mitzunehmen, sich auszutauschen, aber auch sich zu verlieren, das Alte aufzugeben, zu flüchten oder letztendlich zu pilgern. Doch deutlich zeigte sich: So wichtig auf der einen Seite die Reise, das Sich-Bewegen, für den modernen Menschen ist, ihn fast formt, so deutlich kommt auf der anderen Seite die Suche nach Verwurzelung und nach Identität zum Vorschein.

Die Schriftstellerin selbst dazu: „Die Reise ist wohl die größtmögliche Annäherung an das, was unsere moderne Welt zu sein scheint: Bewegung und Instabilität. Jede Epoche sieht sich versucht, den Zustand des zeitgenössischen Menschen mit irgendeinem schlauen Wort zu beschreiben. Mir scheint, dass für unsere Zeit Unrast ein solches Wort sein könnte“.

Wunderbar waren auch die Musik von Chopin und die Geschichte der „Reise“ seines Herzens, das seine Schwester Ludowika, in französischen Cognac getaucht, nach Warschau transportierte und dort in der Heiligkreuzkirche beisetzen ließ. An der Tafel in der Kirche steht bis heute der biblischer Satz „Denn wo euer Schatz ist, da ist auch euer Herz“. Für Tokarczuk war eben Chopin einer der Reisenden, aber auch eine Identifikationsfigur, bessere kann man nicht finden, oder doch wie bei den Szenen, die an eine katholisch-orthodoxe Messe erinnern…

Auf jeden Fall sah ich in den Gesichtern der Zuschauer um mich herum tiefe Gefühle, reges Interesse; die Schauspieler, Musiker und die Regisseurin wurden mit Ovationen verabschiedet. Schade, dass es nur drei Vorstellungen dieses gelungenen Spektakels gab.

“Unrast” Tokarczuk in Zitadelle Spandau

Seit ein paar Jahren gehen Monika Wrzosek-Müller und ich immer zu neuen Aufführungen von Elżbieta Bednarska. Ihr Theater ist eine skurille Mischung des Textes, der Choreografie und Akrobatik sowie ungewöhnlicher Raumnutzung. Sie arbeitet immer an den Grundlagen der Bücher der polnischen Autoren mittlerer Generation. Nach Innana in den Katakomben von Olga Tokarczuk und Hebronmauer von Andrzej Stasiuk, nahm Bednarska diesmal wieder ein Buch von Olga Tokarczuk an: Unrast (Bieguni).

See you in Zitadelle Spandau. Wir können (voraus)sagen – geht hin! Es lohnt sich.

Nach dem klicken an das Bild kann man sich eine pdf-Datei des Flyers speichern und alles in Ruhe lesen.

Spätere Notiz. Monika: Hervorragenes Theater!


Bei der Gelegenheit noch ein anderer kultureller Ratschlag für morgen für Polen und Polensfreunde in Berlin – Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – Großes Orchester der Weihnachtshilfe 2019 in Werkstatt der Kulturen in Neukölln, Wissmannstr. 32. Ab 12:00 bis 23:59 Uhr.

Spätere Notiz. Ewa: Es war so angenehm, und dann diese Nachricht, dass unser Danziger Stadtpräsident, Paweł Adamowicz, während der Veranstaltung in einer recht-radickallen Attacke schwer verletzt wurde! Shame!