Barataria Britz 2020

Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz

Seit es in Berlin die Quarantäne gibt, gehen wir am Wochenende meistens zu dritt, seltener zu zweit, spazieren, jedes Mal woanders hin. Das Wetter spielt mit, April und Mai 2020 sind schön, auch wenn manchmal windig. Der Himmel über Berlin war seit Jahrzehnten nicht so sauber und klar gewesen, so strahlend blau.

Am Sankt Andreas Tag (16. Mai) gingen wir in den Stadtteil Britz, bekannte Gräber (Gräber der Bekannten) zu besuchen und fanden… Barataria.

Auf dem Friedhof hinter der U-Bahn-Station Grenzallee liegt Witold Kamiński, paar Kilometer weiter südlich, im Parkfriedhof Neukölln – Prof. Stanislaw K. Kubicki.

Beide Verstorbene waren Freunde, beide – wichtige, bescheidene Menschen, so eine heutzutage seltene Eigenschaftzusammensetzung. Beide, um die Wörter von Ernst Wiechert zu benutzen, legten ihre Hände auf der Oberfläche der Wirklichkeit, beide haben tiefen Spuren hinterlassen. Professor Kubicki war Gründer der Freien Universität Berlin, Witold Kamiński – des Polnischen Sozialrats, einer der wichtigsten Selbsthilfeorganisationen der Polen in Berlin. Beide waren gute, offene, tolerante, helle Menschen gewesen. Um die Beiden haben wir geweint und sie fehlen uns, werden immer fehlen. (20191027_tsp_Todesanzeigen für KundK).


Der Parkfriedhof Neukölln liegt neben einer schönen Windmühle. Bei der Mühle steigen wir aus dem Bus aus.
Ja, sagt Ela, Barataria. Ich stimme zu. Barataria ist in unseren Gesprächen und auch auf diesem Blog seit langem keine Insel-Stadt mehr, wo Sancho Pansa zehn Tage als Gubernator wirkte, sondern ein Platz egal wo für Don Quijote.
Ja, es ist eine wunderbare Barataria. Ruheinsel mitten in der Stadt. Ungemähte Gras. Schafe auf der Wiese. Blühende Büsche. Eine alte hölzerne Windmühle, wo man immer noch (oder wieder?) das Mehl herstellt und den Beruf Müller erlernen kann; die nächsten Kurse beginnen Ende August; es gibt noch Plätze frei.

Wir gehen in den Parkfriedhof, eine Friedhofsanlage, die sich in der Gestaltung am Konzept des englischen Landschaftsgartens orientiert und die man seit Beginn des 20. Jahrhunderts überall in Europa errichten ließ. Der Parkfriedhof Neukölln ist groß und sehr unterschiedlich gestaltet, er fasst 202.180 m² um. Er ist ziemlich jung, wurde erst 1949 angelegt. Bemerkenswert, schreibt Wikipedia, sind die auf dem Friedhof weitläufige parkähnliche Gesamtanlage, die Skulptur der Persephone von Max Kruse, ein Zierbrunnen und fünf bildhauerisch aufeinander abgestimmte Schöpfstellen mit Skulpturen.

Wir wissen noch nicht, dass sich in der Friedhofsanlage die große Barataria vom Außen in kleiner Skala wiederholen wird. Kleiner und bunter als die große.

Wir sollten es aber schon geahant haben, als wir bei dem Eingang eine Leserin trafen. So ist es jetzt in Berlin. Es gibt in der Stadt 270 Friedhöfe, alte und neue, historische und moderne, aber allesamt schön und an schönen Tagen zum Relaxen, Lesen, Träumen einladend.

Liest die holzerne Leserin den Don Quijote? Möglich ist es. Zum Britzer Mühle ist es doch von ihr nur einen Hasensprung. Und siehe, ihr gegenüber gibt es auch ein Grab, an dem der Grabstein sichtlich aus dem Mühlstein gefertigt wurde. Dass es nicht das Grab von Don Quijote ist…

Erst gehen wir aber zu der Wiese, wo Herr Professor beerdigt wurde. Quartal 27.

Liegt er hier, wo die Kerze steht? Das wissen wir nicht, ist es aber doch ganz unwichtig. Wir sind zu ihm gekommen und das weißt er, dessen sind wir uns sicher. Seien Sie gegrüßt, Herr Professor.

Nicht weit von der Wiese, wo Herr Professor begraben liegt, hat jemand eine Stelle für Kindergräber entworfen. Ein Ort der Farben und, ja, Fröhlichkeit. Solche Kinder-Grabfelder sind in Berliner Friedhöfen allerorts zu finden. Offensichtlich hat es irgendwann Jemand (ein Psychologe vielleicht) entdeckt, dass (vielleicht) eine Trauerarbeit um das Kind besser gelingt, wenn die Trauernden nicht in ein tiefes schwarzes Loch gestürzt sind, wenn um sie herum etwas optimistischer vorgeht. flyer_sternenkinder

Hier wiederholt sich alles: Es gibt ein kleines Palais (das von der Fürstin und den Fürsten, die Sancho Pansa zu Gubernator auf der Insel Barataria machten?)
Kleine gewundene Steinwege, hie und da mit bunten Kachelsteine inkrustiert, ganz im spanischen Stil, führen zu den Thronsesseln für die Fürstin und ihren Herr Gemahl. Mitten in einer Steinspirale steht ein Windrad, um ihn herum sind kleine Gräber voller bunter Windräder platziert, dahinten auf der Wiese stehen farbige Schafe. Heute sind sie pastellfarben, aber auf einem Foto aus dem Flyer sieht man, dass sie Mal starke, kräftige Farben hatten.

Nebenan fotografieren wir auf einer hölzernen Bank zwei alte Kuscheltiere. Ich schaue sie an und denke, dass der Dünne, der links liegt, vielleicht im depressiven Zustand, Don Quijote ist und der dicke, zufriedene – Sancho Pansa. Im Buch ist Barataria ein einziger Zeit-und-Raum, wo die Beiden getrennt sind. Hier sind sie wieder zusammen, einer leidet für die Welt und der Andere (eine Katze ist es) passt wachsam auf, dass dem Traurigen nicht passiert. Pass auf uns auch, Sancho Pansa.

Ulisses Don Kichot Hamlet Szwejk

Dziś miały być wybory, a sposób w jaki je władza najpierw zamierzała przeprowadzić, a potem zadecydowała, że jednak ich nie będzie, przypomina zamach stanu. Dlatego pozwoliłam tu sobie zamieścić znaleziony na FB obraz Agnieszki Kann, zatytułowany Wybory. Ależ im się ta pandemia przydała.

A teraz w tył zwrot, do starej publicystyki ze “starych, dobrych czasów PRL”:

Andrzej Kijowski, zbiór felietonów publikowanych w Tygodniku Powszechnym w latach 1970-1971, książka wydana w roku 1988 (wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze, Poznań). Tekst sprzed pół wieku, ale niczego mu nie brakuje, jest współczesny, jakby go autor dziś napisał.

Nasza Wojna Trojańska

10 maja 1970

Dziś przed dziewiątą pobudzili nas ślepcy muzyką skrzypiec i harmonii. Drżący tenor odśpiewał Warszawskie dzieci pójdziemy w bój, Ten pierwszy marsz, Oto dziś dzień krwi. Słońce świeciło. Wyszliśmy na balkony w piżamach, w gatkach, w nocnych koszulach i rzucając monety niewidomym czciliśmy ćwierć wieku życia. Ćwierć wieku temu, chory na anginę, w gorączce, stałem kocem owinięty w oknie, patrząc poprzez gałęzie rozkwitających kasztanów na wojsko idące do rynku. Na karabinach kiście bzu. Płakać mi się chciało, że mnie tam w rynku nie będzie z wojskiem, z tłumem, gdy grają muzyki, dzwony biją. Wiosna beze mnie, pokój beze mnie, dzwony i trąby beze mnie. Wiła wianki i rzucała — śpiewali żołnierze. A ślepcy: Czy widzisz te gruzy na szczycie. Gardło boli.

Nasza wojna trojańska. Kto był jej żołnierzem, kto nią kierował, kto był więźniem, kto się przez nią tułał, kto jej się tylko przyglądał z ukrycia, komu wzięła dzieciństwo, komu je tylko zatruwają cudze wspomnienia o niej, wszyscyśmy coraz bardziej wobec niej równi, bo nas jednako od niej oddala czas, nikogo z nas wszakże nie uwalniając od zależności, jaką nałożyła naszym duszom. W całej Europie od Pirenejów po Władywostok nie ma człowieka, który by z nią, przez nią, lub przeciw niej nie myślał o świecie, o losie; żyjemy, oczywiście, nowymi problemami, ale zważcie, że wszystkie poważne między nami konflikty wzbudzają echa tej wojny już dawno minionej, jakbyśmy z niej, niby z ukrytej siłowni, wciąż pobierali prądy, wstrząsy, bodźce. Nie tylko o międzynarodowych konfliktach myślę, które wynikają z nie załatwionych do końca spraw politycznych, lecz także o konfliktach powstających z przeciwstawienia zasadniczych postaw wobec życia społecznego, wobec życia w ogóle. „Patriotyzm” i „kosmopolityzm”, „indyferentyzm” i „zaangażowanie”, „konsumpcjonizm” i jego — nie wiem jak je nazwać — przeciwieństwo, walczą z sobą w skali społeczeństw, i w skali rodzin. Gdy młodzież powstaje przeciw władzom, jak dwa lata temu we Francji i w innych krajach, albo gdy syn kłóci się z ojcem, co może zdarzyć się przy każdej kolacji, konflikt taki, jeśli nabierze rozpędu, powagi, zawsze, jakoś, którędyś, pokręconym swoim odgałęzieniem połączy się z tym, co się ćwierć wieku temu zakończyło.

„I poszli szaleni uparci” — śpiewają ślepcy, lecą monety w papierkach, dzieci je podnoszą i wtykają muzykantom w kieszenie. Ta wojna wydusiła z ludzkości (w Europie) maksimum cierpienia, wysiłku i dzielności, stając się miarą wszystkiego, co człowiek może. Z upływem czasu, gdy zaczynają siwieć najmłodsi jej żołnierze, miara staje się coraz bardziej mityczna, a więc tym bardziej absolutna. Podzieliła nas ta wojna na dobrych i złych, jakby była generalną próbą Sądu Ostatecznego, a zakończyła się przykładnym tryumfem Dobra nad Złem. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Jak prosto było wtedy wybrać słuszną sprawę, i jak łatwo wierzyć w jej wygraną. Tak nam się przynajmniej dziś wydaje. Od trudności współczesnych uciekamy w mityczny czas wojny, jak w archaiczną, dziecinną epokę, aby w niej szukać wzorów dobra i męstwa. Cofamy się do niej jako do początku historii, jak do Troi cofali się Grecy, i jak każdy człowiek, przywołuje dziecinne, dawne swoje fantazmaty na pomoc, gdy mu ciężko podołać problemom dojrzałego życia.

Wieczorem w telewizji film Bułata Okudżawy (kto nie widział, niech żałuje) o żołnierzu Małyszkinie. Pośmiewisko kolegów, utrapienie oficerów, nie może poradzić sobie z bronią ani z maszynerią katiuszy, ani z musztrą, choruje na czyraki, upija się jednym łykiem spirytusu, do dziewczyn zbliża się z lękiem i czcią, jak paź, i z tak wielkim pragnieniem miłości, że go od siebie pędzą z litością i śmiechem. Szwejk–poeta, Szwejk–Hamlet, Hamlet–Don Kichot, chudy, o wielkich, smutnych oczach, a z komiczną twarzą, skulony w kącie ziemianki lub ciężarówki, która go wiezie przez rosyjskie bezdroża, z szyją owiniętą brudnym bandażem, snuje sam sobie opowieść o swojej własnej, niepodobnej do prawdy wojnie bohaterskiej, o swojej miłości i o śmierci. Zmyśla sobie pechowe przygody, które kończą się zawsze szczęśliwie, gdyż ów Szwejk–Hamlet–Don Kichot–Bezuchow jest jednocześnie Ulyssesem — bohaterem wszystkich powieści, które przeczytał i które opowiada żołnierzom; jest dzieckiem 19-letnim, które z wojną razem poznaje świat, miłość, siebie. Może to była ostatnia wojna w Europie, może ostatnia, z której dało się wyjść z życiem. Do niedawna literatura o niej opowiadała. Kto ją przeżył, układa w literackie formy swoje względem niej kompleksy. Ale niedługo przeżycia oraz ich brak spadną na dno pamięci, którą zastąpi historia coraz obfitsza i coraz dokładniejsza. Wojna zstąpi w podświadomość poetów, którzy będą na jej temat coraz więcej i coraz śmielej fantazjować. Objawi nam się ona w nowych postaciach, rozpoznamy ją w różnych symbolach i alegoriach, i coraz cudowniejsze jej wersje będziemy czytać w powieściach i poematach. Literatura stworzy z niej jeden z tych wielkich mitów historycznych, które na wieki całe służą wyobraźni poetów za pole formowania się opowieści o człowieku próbującym swych sił w zetknięciu z nieprzyjaznym światem.

W filmie Okudżawy biegną żołnierze śnieżną równiną, krzycząc Urra–Urra, jak do szturmu, jak tyle razy w batalistycznych filmach. Podnoszą w górę pepesze, u ramion im powiewają pałatki — biegną wielkim mrowiem czarne sylwetki, jak uskrzydlone. Przed nimi morze — biegną do morza, jak Grecy na Anabasis. Aby się wykąpać!

„Z trzynastu cegieł, z cegieł trzynastu, zbuduję domek wielki jak miasto” — zaśpiewali ślepcy na zakończenie, po czym przysiedli na murku okalającym przedszkolny ogródek, aby przeliczyć dochód. Przebierali monety w palcach z głowami uniesionymi ku młodemu słońcu.

Mój znajomy, Don Kichot

Było ich już kilku, dziś kolejny…

Roman Brodowski

Drodzy rodacy, opozycyjni przyjaciele i szanowni adwersarze,

kiedy w latach osiemdziesiątych pisałem paszkwile przeciwko ówczesnej, komunistycznej władzy, kiedy udawało nam się (mi i moim przyjaciołom) mimo strachu rozwiesić na ścianach kopalń czy obiektów publicznych napawające otuchą nasz naród, patriotyczne (dla władz antypaństwowe) wiersze, byłem szczęśliwy. Wówczas wiedziałem, że to ma sens. Nawet wtedy, gdy musiałem w 1987 roku uciec przed organami SB z kraju, nie wątpiłem, że warto było walczyć słowem poezji, gdyż naród był jednością, był jedną wielką doświadczaną przez tragiczny los rodziną.

Gdy w 1989 roku nad naszym krajem zaczęło powoli świecić słońce suwerenności, kiedy zapachniało wolnością słowa, poglądów, przekonań, kiedy ludzie bez względu na swoje orientacje, wyznanie etc. zaczęli się do siebie zbliżać, by wspólnie budować lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci, płakałem i dziękowałem za łaskę nieznanej mi dotąd siły.
Czułem się, jak wielu moich rodaków, spełnionym, wolnym i dumnym członkiem naszej wspólnoty, wspólnoty, która nazywa się Polska.

Zza “miedzy” obserwowałem rozwój naszej ojczyzny, odzianej w nową rzeczywistość. Cieszyłem się, gdy Polska na arenie światowej powoli, krok za krokiem zaczynała nabierać zarówno politycznego jak i gospodarczego znaczenia. Łzy cisnęły się do oczu, gdy kraj nasz wstępował do NATO , do Unii Europejskiej, do strefy Schengen.
Szlag mnie (za przeproszeniem) trafiał, gdy rząd nasz podejmował błędne decyzje, gdy pojawiały się afery, gdy władza dbała bardziej o interesy własne, aniżeli narodu.
Mówiąc językiem sportowym, kibicowałem raz jednym, raz drugim. Kiedy trzeba było, stałem po stronie rządu, a kiedy rząd nie miał w czymś racji, wspierałem opozycję.
Oczywiście moje zdanie nie miało ni znaczenia, ni wpływu na to co się w kraju dzieje. I słusznie. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Dopiero rok 2005 i przejęcie w Polsce władzy przez PiS wywołał we mnie jakiś nieznany, obcy mi niepokój. Obserwując polityczne poczynania tego ugrupowania, sztucznie tworzone afery, podsłuchy, brutalne eliminowanie politycznych przeciwników z gry, próby gloryfikowania jednostki, początki tworzenia policyjnego reżimu etc., zauważałem wiele analogii do opisu początkowej fazy powstawania niemieckiego faszyzmu.
Niektóre decyzje ówczesnego rządu, a przede wszystkim jego premiera, porównywałem do tego, co przeczytałem w książce “Mein Kampf” i do rozważań filozoficznych, zawartych w dziele Machiavellego “Książę”.
Już wówczas niektórzy politycy, tacy jak np. pan A. Leper przestrzegali naród przed kaczystami.

Niestety nasz naród wolał siedzieć cicho .
Co prawda po skróconych wyborach nie dał pisowskiej partii kolejnego mandatu, ale jednocześnie nie wyciągnął wniosków z okresu rządzenia PiSu w latach 2005 – 2007.

Kolejny rząd, rząd PO, także nie wyciągnął konsekwencji w stosunku do politycznych przestępców, poprzedniego rządu. Mało tego, pozwolił pisowskim satelitom wślizgnąć się w struktury koalicji i powoli organizować tzw. afery jak np Amber Gold, spółki finansowanej przez pisowskie SKOK-i, czy też sprzedaż stoczni, sprzedanej przez PiS pod egidą PO.
Tych afer było więcej, to prawda. Ale mimo to, właściwie prawie wszystko, co dzisiaj posiadamy, powstało właśnie za czasów PO.
Kiedy zadaję ludziom pytanie, co zrobił PiS dla Polski, w odpowiedzi słyszę, że dał 500+, trzynastkę dla rencistów, rozliczył z afer PO-wską bandę i zabezpieczył kraj przed ewentualną agresją Rosji, sprowadzając na stałe NATOwskie wojsko do kraju.
Natomiast kiedy pytam inaczej, prosząc o konkrety, jak np. ile przedszkoli powstało za rządów PiS, ile kilometrów autostrad, ile boisk, placów zabaw? w odpowiedzi zapada cisza.
Kiedy pytam ile znaczących inwestycji powstało w Polsce za rządu PiS? Cisza.
Ilu przestępców PO-wskich afer siedzi w więzieniach? Cisza.

Moim zdaniem rozdawać pieniądze nie inwestując, jest najłatwiej, zwłaszcza, gdy czyni się to, zadłużając kraj na konto przyszłych pokoleń…, zwłaszcza, gdy czyni się to z pobudek ideologicznych, a taką bez wątpienia pobudką jest kupowanie narodu dla utrzymania się przy władzy.
Kwestie ściągania obcych wojsk w celach zabezpieczenia się przed (moim zdaniem wyimaginowanym) wrogiem Polska już przerabiała i to dwukrotnie. Po raz pierwszy, gdy Konrad Mazowiecki sprowadził Krzyżaków do kraju i po raz drugi, gdy Targowiczanie poprosili Carycę Katarzynę o pomoc i wojska. Czym się to skończyło?
I teraz nie będzie inaczej. Tym razem jednak, przy ogólnej radości Amerykanów, którym to wreszcie ktoś płaci za bazę, a nie odwrotnie, i śmiechu międzynarodowej opinii…, z tego samego powodu.
Widząc, w jakim kierunku zmierza obecny rząd Kaczyńskiego, jakie niebezpieczeństwo grozi naszej tak ciężko zdobytej demokracji, i ja postanowiłem włączyć się w nurt walki po stronie opozycji. Po raz kolejny moja romantyczna dusza zabrała się za krytykę tego, co PiS czyni z naszym krajem.
Miałem nadzieję, że naród nasz, zwłaszcza opozycja, zjednoczy się i tworząc wspólny program, wspólny konstruktywny front przeciwko bezprawiu, łamaniu przez kaczystów naszej konstytucji, tworzeniu państwa policyjnego, kontrolowanego w każdej sferze przez narodowo-katolicke struktury dyktatorskiego reżimu PiS.

Niestety po pięciu latach doszedłem do wniosku, że w naszym państwie rządzi nie tylko PiS, ale rządzi się własnymi prawami polityczna walka wewnątrz opozycji, walka każdego z każdym.

Dzisiaj Ojczyzna przypomina mi biblijną Chrystusową szatę, rwaną na kawałki, o którą grano w kości.
Tak, wydaje mi się, że dzisiaj nikomu chyba nie zależy na przyszłości naszego kraju. Rząd, opozycja i skłócony polski lud powoli staczają po równi pochyłej naszą Ojczyznę w przepaść i to zarówno gospodarczą jak i kulturową.

Dlatego, dopóki w naszym kraju, naród nie będzie walczył o jedność, nie zrozumie, że dobro narodu, tworzy nasze dobro, dopóki nie zacznie walczyć o Ojczyznę, a nie tylko o zaspokojenie swoich potrzeb, i dopóki naród będzie za cenę własnej historycznej i rodowej tożsamość kupował swoje pięć sytych minut od pozbawionych skrupułów despotów, dopóty nie zrobię już nic.

Tak, przestałem widzieć sens w mojej patriotycznie, opozycyjnej znaczonej piórem donkichoterii.
To przykre, ale brak mi już sił. Życzę moim rodakom, aby zbudowali lepszą przyszłość swoim dzieciom, przyszłość w narodowej, tolerancyjnej, praworządnej i jednoczącej Polsce.

Berlin 20.04.2020

Sen?

Ten czas powoli umiera
Mój świat, moje wczoraj
Moja prawda przebytej drogi
Zasypia zmęczona w śmietniku

Na nagrobkach pamięci
Ktoś napisał nową historię
Zgniłym, brunatnym tekstem
Zamazał przeszłość narodu

A nad ojczyźnianym “Jestem ”
Krąży niby sęp widmo “byłem”
Czekając chwili swojej chwały
Lepszego przymierza z ludem

Gdzie jest mój kraj, moje gniazdo
Obraz romantycznej przygody?
Tonie w krwi sprawiedliwej przodków
W boleści historycznej prawdy

Modlitwa zamieniona w pustosłów
Śpiewana przy każdej okazji
Straciła moc uzdrawiania dusz
Zagubionych w gąszczu bezprawia.

Naród ulepił sobie nowego pana
Cielec rozdaje mamonę wiernym
Za jeden jedyny pokłon wiary
A oni nie widzą w nim szyderstwa

Kolejny już zmierzch wolności
W rytmie faszystowskiej pogardy
Spokojnie tuli się w objęciach
Dyktatorskiej władzy szaleńca

Jak dobrze, że to tylko sen

Berlin, 16.04.2020

 

Nowy Don Kichot (a nawet dwa)

Dla wyjaśnienia: gramatycznie rzecz biorąc Don Kichot jest rzeczownikiem liczby pojedynczej w rodzaju męskoosobowym, a zatem jest jeden Don Kichot, ale jeśli jest ich dwóch, to są dwaj lub obaj. Natomiast taki nowy don kichot jako obiekt badawczy to jest rzeczownik w rodzaju niemęskoosobowym, jeden jest jeden, ale już w liczbie dwóch są dwa. Od kilku dni borykałam się z nadtytułem tego wpisu i wciąż zmieniałam w nawiasie słowo dwa na dwaj, a potem dwaj na dwa, w końcu jednak zdecydowałam się na formę niemęskoosobową, chociażby dlatego, że odpowiada moim spontanicznym odczuciom.

Pierwszego Nowego Don Kichota podrzucił mi Arek Łuba (bardzo dziękuję), wciąż jeszcze badając polską satyrę polityczną, a to prowadzi go coraz głębej i głębiej. Zakładam, że następny może być Kochanowski, a potem to już tylko Bogurodzica lub “Daj to ja pobruszę, a ty poczywaj”:

A szukając tekstu, bo na reprodukcji ciężko się czyta, znalazłam proszę Państwa, tratatata! Nowego Don Kichota czyli 100 szaleństw Fredry i Moniuszki!!!

No ale po kolei, najpierw byli Fredro i Moniuszko, więc od nich znaczniemy. Hemar i Lipiński za chwilę.

W roku 1841, kompozytor miał wtedy zaledwie 23 lata, Stanisław Moniuszko napisał swoje dzieło, często nazywane krotochwilą w trzech aktach, w oparciu o tekst Aleksandra Fredry – Nowy Don Kiszot, czyli Sto szaleństw. Moniuszko dedykował operę Fredrze, na karcie tytułowej rękopisu napisał: „w dowód najszczerszego uwielbienia / dla Autora tego dzieła / poświęcona”. Choć dzieło tworzył niezwykle młody człowiek, to już zapowiada się w nim wielki kompozytor. Tak twierdzą znawcy.

W tekście do wystawienia opery w Teatrze Kameralnym czytamy przede  wszystkim, że to wcale nie … opera, lecz Singspiel, śpiewogra.

Ktoś powie, opera z dużą dozą słowa mówionego (monologi, dialogi) a ktoś inny: dramat sceniczny, często komedia szczodrze okraszona muzyką w postaci arii, ansambli, poprzedzona uwerturą, bywa, że ozdobiona chórami bądź tańcami. I oba opisy są zgodne z prawdą. Taka forma miała być kontrpropozycją do sztywnej formuły opery, według włoskiego kanonu. Po pierwsze, miała być pisana w języku właściwym dla ojczyzny twórcy i odbiorców. Po drugie, miała być osadzona w muzycznej kulturze miejsca, w którym powstawała. Dlaczego? Bo z założenia miała docierać do prostych ludzi a nie – wyłącznie – koneserów. Jak to wyglądało w wydaniu polskim, koniecznie trzeba obejrzeć i posłuchać krotochwili w trzech aktach, opartej na dramacie Aleksandra Fredry do której muzykę skomponował nasz mistrz, luminarz, wręcz ojciec polskiej opery narodowej, Stanisław Moniuszko.

Krotochwila zawiera dziesięć numerów wokalno-instrumentalnych (cztery – w pierwszym, trzy – w drugim oraz trzy – w trzecim akcie), rozbudowaną symfoniczną uwerturę i orkiestrowe preludium – Entreacte przed aktem drugim. Akcja toczy się w podwarszawskich lasach, perypetie są grubaszne i rubaszne, funkcję Don Kichota przejmuje młody panicz Karol, który ma pstro w głowie.


A gdyby ktoś chciał obejrzeć całość, to TU.

Historyjka, o którą w tej krotochwilce chodzi, to przedmałżeńskie perypetie Zosi, którą jej opiekun prawny, stryj, Kasztelan wydaje za mąż za swojego syna Karola. Młodzi mają się ku sobie, rodzina sprzyja, a tu tymczasem Karol…

…tymczasem, pisze Lubosz, plenipotent, do Kasztelana, smutne doszły mnie wieści, że Karol drugim stał się Don Kiszotem. Byłem u niego, odpowiedział, że „chce odnowić dawne czasy rycerstwa, kiedy słabość i cnota uciemiężona znajdowały obronę w dzielnej młodzieży, i że chce być wzorem dla świata“…

Trzeba być warjatem,
Aby chcieć świat przerobić, walczyć z całym światem.
(czyta)
„Po moich odwiedzinach pierwszego dnia, wpadł do
klasztoru zakonnic, nie pomnę których, w czasie, gdy jedna młoda osoba votum czyniła, i mniemając pewnie, że jest przymuszoną, chciał gwałtem ją wyrwać, jak mówił, barbarzyństwu“…
Proszę. (czyta)
„Drugiego dnia chciał przez okno wyrzucić źle mówiącego o całej płci pięknej“…
Co mu do tego! (czyta dalej)
„A dowiedziawszy się, że jakiś Jegomość w najgorszym sposobie obchodzi się ze swoją żoną, wyzwał i obciął go dnia trzeciego, a czwartego wyjechał ztąd nie wiem dokąd, zapewne dla wypełnienia swoich szalonych zamiarów. — P. S. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że zawsze myśli uczciwie i Zofią szczérze kocha. Bądź zdrów. — Twój przyjaciel — Lubosz.“

Zofia

On mnie zawsze kocha!
Nie gniewaj się, stryjaszku, myśl jego za płocha,
Ale serce szlachetne, wierne, dusza stała.

W międzyczasie dzieje się nieco, ktoś ucieka, ktoś kogoś obije, ktoś się przebrał, a ktoś kogoś do lochu wsadził, na koniec jednak wszystkie perypetie się wyjaśnią, Zofia i Karol upewnią się nawzajem o swej miłości, a papcio stryjcio pobłogosławi im, mówiąc:

Wstańcie, dzieci moje.
Karolu, łatwo ojciec przebłagać się daje:
Uciecha jego dzieci, szczęściem mu się staje;
Lecz pamiętaj, pamiętaj, Don Kiszocie nowy,
Że dawne myśli trzeba wyrugować z głowy.

No i finał:

Nie szukajmy wśród marzenia
Szczęścia, co się stokroć zmienia,
Jak cień własny nas uwodzi,
Gdy go gonim, to uchodzi!
Między swemi,
W swojej ziemi,
Żyjmy zgodnie
I swobodnie!
Tylko miłość, stałość, cnoty,
Mogą wrócić nam wiek złoty!

PS. Od Adminki: W sztuczce Nowy Don Kichot NIE MA BARATARII!


Tekst Hemara ukazał się w Szpilkach 22 stycznia 1939 roku. Niestety, wyjaśnienia nie są potrzebne.


Najpierw czytamy stronę pierwszą, a dopiero potem drugą.

No cóż, w ciętej satyrze Hemara też NIE MA BARATARII!

Stay at home, make art

Ewa Maria Slaska

Kochani, dziwne te święta, chociażby dlatego, że nawet my, single, święta jednak spędzaliśmy z kimś, z rodziną, z przyjaciółmi. Ci co mieszkają rodzinnie, w związkach, we wspólnych mieszkaniach, nie mają problemu, ktoś będzie koło nich. Ale my, single?

Taki więc mi przyszedł pomysł, ukradziony, przyznaję, ze strony bored panda, strona z kolei podłapała wyzwanie rzucone wirtualnym zwiedzającym przez Getty Museum, które to muzeum zainspirowało się amsterdamskim pomysłem Tussen Kunst en Quarantaine (aka Between Art and Quarantine). Nie szukam dalej, bo może cofniemy się w czasie do jaskiń Altamiry. Starczy tyle genealogii, ile jej podaje znudzona panda. Wyzwanie było proste, zrób swoje ulubione dzieło sztuki z tego, co masz pod ręką, z tym, kto jest w domu,

Tu podaję tylko jeden przykład, ale za to z mojego ukochanego dzieła. Myślę, że kochałam je już zanim je kiedykolwiek zobaczyłam na reprodukcji. Opowiadała mi o nim mama, gdy po raz pierwszy wyjechała do Londynu, i naprawdę wiele lat minęło od tego czasu do dnia, kiedy i ja tam dotarłam, weszłam po schodach do National Gallery i popędziłam do sali van Eycka, żeby zobaczyć śliczną średniowieczną kobietę w ciąży, w sypialni, w prywatnej, intymnej sytuacji, i jej młodego męża. I pantofelki pod łóżkiem, i pieska, a przede wszystkim to niezwykłe lustro w głębi, w którym widać czworo gości weselnych, malarza, potretującego małżonków Arnolfini, i ich plecy, a w 12 kołach wmotowanych w ramę lustra malarz namalował jeszcze 12 scen z życia Jezusa. Obraz Małżeństwo Arnolfini został namalowany na desce w roku 1434.

No to teraz wyzwanie świąteczne. Umieściłam je na Facebooku 31 marca. Zaapelowałam: Kochani moi Czytelnicy i (nie)Czytelnicy, ukradłam pomysł na przednią zabawę podczas kwarantanny. Moje wyzwanie brzmi: Zróbcie obraz, który Waszym zdaniem oddaje atmosferę świąt Wielkiej Nocy. Zróbcie i przyślijcie do mnie lub umieście na FB pod moim wpisem lub od dziś, tu, w komentarzu pod wpisem. Po świętach pokażę na blogu wszystkie prace, zrobimy głosowanie i wybrane przez nas DZIEŁO zostanie nagrodzone 🙂

Tu na zachętę Dzieło wykonane przeze mnie czyli Adminkę 31 marca 2020 roku, w dniu, gdy przygotowywałam ten wpis. Nie zastanawiałam się długo, postanowiłam, że powtórzę Jacka Malczewskiego z pisanką. Ciekawe jednak, że miałam w pamięci zupełnie inny obraz niż ten, który znalazłam w sieci. Trudno, słowo się rzekło, nawet jeśli tylko mnie samej…

Kobieta zamiast mężczyzny, niebieska ściana i granatowy szal zamiast nieba. No i na dodatek nie umiem robić selfików. Trudno, tak krawiec kraje, jak mu materii staje. No, a Malczewski, jak zawsze, podobny do Don Kichota (więc może ten krajobraz za nim, to polska La Mancha. Nota bene, ja nie wiedziałam i nigdy mi do głowy nie przyszło, żeby to sprawdzić, czy wiecie zatem, że Mancha to po hiszpańsku plama? Wiadomo Kto mi to powiedział. Dziękuję.)

Iwona Dadej zamieściła u siebie na FB dzieło i jego imitację bardzo pasujące do świąt – bo obraz można potraktować jako porządki świąteczne, naprawdę nazywa się W bibliotece lub Dziewczyna czytająca w bibliotece i został namalowany przez Edouarda (Johna) Mentha, szwajcarskiego malarza, żyjącego w latach 1858-1915. Naśladownictwo jest dziełem Darii Gerasimov. Autorka komentuje, że każda próba zrobienia porządku w bibliotece tak właśnie się kończy.

W międzyczasie akcja (nie moja, muzealna) objęła już chyba cały świat, a ogłaszają ją przede wszystkim muzea, np. Muzeum Narodowe w Warszawie. Warszawa zaproponowała odtworzenie kilkunastu obrazów polskich malarzy (w tym również Malczewskiego), ja wybrałam, żeby ją tu zaprezentować, Pomarańczarkę Gierymskiego. No bo pomarańcze to w Polsce zawsze przecież bardzo świąteczny akcent. Było sporo różnych wersji starej sprzedawczyni, oto jedna z nich:

Arkadiusz Łuba przysłał dożę Loredana, szykującego się do święta Paschy (Giovanni Bellini).

A tu kolejne propozycje z sieci, które można podzielić na porządki świąteczne i przygotowania oraz same święta. Jak dotąd nie znalazłam propozycji odnoszących sią do Pisma świętego i liturgii, a więc biczowania, ukrzyżowania, złożenia do grobu i zmartwychwstania…

Przygotowania:

I święta

I jeszcze dwie wersje Ostatniej Wieczerzy mistrza Leonarda, wykonana przez wnuka wersja damsko-męska z kotem w pozycji centralnej i moja wersja z apostołkami, ale postacią centralną jest, jak w Seksmisji, mężczyzna, którego jednak podrzucił wnuk. Ja chciałam umieścić syrenę.

Barataria czy Mamona

Juan López Báuza

Barataria, rozdział XXXIII

O  Książce
Barataria już TU pisałam. Przejrzałam ją strona po stronie, szukając słowa Barataria, ale nie znalazłam. Zamieszam Wam tu (bardzo) swobodne tłumaczenie własne z pomocą google’a, Ponsa i rybki Babbel, przeze mnie też mocno skrócone, bo oto w rozdziale XXXIII dwójka naszych bohaterów, biały portorykański Amerykanin, weteran wojny w Wietnamie i archeolog, Chìquitín, oraz jego czarnoskóry asystent, Margaro Velasquez, schodzą podobnie jak Don Kichot i Sancho Pansa do jaskini. Tu też, a więc około strony 700, pojawia się po raz pierwszy jakiekolwiek odniesienie do dzieła Cervantesa, z którego autor zaczerpnął wszak tytuł swej powieści. Nadal jednak nie wiadomo, dlaczego Barataria (oprócz własnych skojarzeń czytelnika), bo to słowo nigdzie się nie pojawia, ale za to właśnie tu pojawi się jej przeciwieństwo (Barataria, przypomnijmy, to Taniocha), czyli …

Mamona

Dotarli do lasu u podnóża góry, która wyglądała jak stroma książka, prawie całkowicie pozbawiona roślinności, z wyjątkiem jednej czy drugiej kępy chwastów. Przeszli dziwne pasmo gór, które wyglądały, jakby biegły i weszli do doliny, która wydała się im naturalnym amfiteatrem. Zauważyli, że głęboko w dole migocze światełko. To Indianie, domyślił się archeolog. Małe światło poruszało się jak pochodnia trzymana w dłoni.
– Bądź ostrożny, Don Chiquito, ostrzegł swego pana Margaro. Być może musimy stawić czoła nowym wrogom, takim, którzy, jak się zdaje, chowają się za kamieniami. Przysięgam ci, panie, że jesteś fenomenem, magnesem dla przeszkód i nieszczęść. Nigdy nie spotkałem osoby, która dostawałaby tyle myszy. Zamierzam założyć mój magiczny pierścień na wypadek, gdybyśmy natknęli się na niebezpieczeństwo i musieli podjąć działania w celu zachowania naszej fizycznej integralności. Z głębin plecaka Margaro wyciągnął pierścień i włożył go na palec. Jego zdaniem pierścień miał moc czarodziejską, którą wspierało światło księżyca. Jego panu wydawało się niekiedy, że pierścień żyje własnym życiem. (Nie wiem jeszcze, czy ten pierścień jest w dalszej części opowieści ważny, w tym rozdziale nie odgrywa żadnej roli, ale na wszelki wypadek go tu zostawiam – uwaga tłumaczki.)
Don Chìquitín zlekceważył pierścień i zaproponował, żeby pójść na dół i zbadać, skąd dochodzi owo odległe światło. Błąkało się tu i ówdzie, a gdy się zbliżyli, zniknęło w załomie skalnym. Znajdowało się tam zapewne wejście do jaskini. Chìquitín zawołał, pytając nosiciela światła, czy jest duchem czy człowiekiem?
– Nie odpowiada, powiedział Margaro, bo nie zna hiszpańskiego. To na pewno stary człowiek, którego plemię porzuca w lesie, żeby tam znalazł śmierć. Albo duch.
– Huisan huisan huisan… Niem iroponti nucusile, niem caniscotu nucusuru, wa-tti-un-ttia-hudu-n da-llua hall-kebbe, acaheu hamuca nhem araméta.
Płomień zareagował na te słowa. Margaro tryumfował.
– To indiański duch.
– Nie, powiedział archeolog. Przybyliśmy tutaj, jak sądzę, przez Sierra Bermeja, a jeśli jesteśmy w Sierra Bermeja, to może weszliśmy w region anomalii, którego jeszcze nie zbadano, dlatego nie wiadomo, jak się tu poruszać, i ani z mapą, ani z kompasem nie można go rozpoznać.
I znowu coś długo wołał w kierunku skały.
– Co mu powiedziałeś?, zapytał Margaro.
– To, co się mówi najpierw, w obliczu czegoś, czego nie znamy, że przychodzimy w pokoju.
– Tyle gadania, by powiedzieć coś tak prostego? – zapytał Margaro.
– Pamiętaj, przyjacielu Margaro, powiedział Chìquitín, że mowa, o której mówisz, to w zasadzie Arawak, a w tym języku skojarzenia, ruchy, działania są eksponowane w znacznie bardziej wyrazisty sposób niż w hiszpańskim. Jak mówisz, musisz użyć wielu słów, żeby powiedzieć to, co chcesz powiedzieć, że ojcowie są dobrzy, a matki mądre, nawet jeśli już umarli, i że nasze serca się radują, i ich serca też, chociaż to skrywają.
Obaj wdali się w zgoła niepotrzebną dyskusję na temat języków, głosząc wyższość prostego a przeto pragmatycznego angielskiego nawet nad rozlatanym hiszpańskim, a co dopiero metaforycznym indiańskim.
Po chwili zajęli się jednak ponownie tym, co ich tu przywiodło – tajemniczym światłem. Było tak blisko, gdy więc zniknęło, było jasne, że skryło się we wnętrzu jakiejś groty lub wgłębienia u podnóża góry. Nie mogli się tam zbliżyć ukradkiem, bo chociaż szli na palcach, ich przybycie oznajmiał szelest liści i trzask suchych gałęzi. Przy wejściu do jaskini Chìquitín ponownie krzyknął:
– Huísan, matunjerí, nazywam się Chìquitín Campala Suárez.
– Śmiało, wejdź, odpowiedział po hiszpańsku ochrypły głos z głębi jaskini. Chìquitín wszedł do jaskini przez siatkę przeciw owadom. Margaro podążył za nim i obaj weszli do tego zakątka, pełnego najczarniejszej samotności.
Ponieważ ściany jaskini były zakryte różnorodnymi kolorowymi tkaninami, zmysł wzroku nie był w stanie jednoznacznie ocenić wielkości groty. Na prawo od wejścia w wyrzeźbionym w kamieniu wgłębieniu znajdowało się coś, co można nazwać rustykalną kuchnią, z podstawowymi przyborami, kuchenką i miskami z wodą. Podobne wgłębienia o różnych rozmiarach wykopane i wycięte w innych częściach jaskini, tworzyły szuflady, siedzenia, a nawet łóżka. Nie było żadnego krzesła, ale lewy koniec jaskini wyglądał jak duży stół lub ołtarz. Tam wreszcie zauważyli kształt podobny do człowieka, leżącego w jednej z nisz. Gdy podniósł się na ich widok, stwierdzili, że był to Indianin z portorykańskiego plemienia Taíno. Mężczyzna mówił jednak znakomicie po hiszpańsku.
– Przynieś lampę, powiedział mężczyzna do Margaro.
Miał włosy równo przycięte w połowie czoła, cerę poczerniałą od starości i wieloletniego używania barwników, i wyblakły tatuaż, w przekłutych uszach tkwiły dwa młode pędy bambusa, przegrodę nosa przekłuwał podobny choć krótszy kawałek łodygi bambusa. Wydał się im człowiekiem pradawnym. Margaro podszedł do lampy, zdjął ją z gwoździa i przyniósł mężczyźnie, który niemal jak odaliska spoczywał, nie, jak uprzednio sądzili, w niszy ściennej, lecz na długiej ławie pełnej poduszek i kilimów.
Duży stół czy ołtarz był masywnym prostokątnym kamieniem. Był pokryty rzeźbami i umieszczony na czterech szerokich pniakach.
Margaro powiesił lampę na haku i wtedy zobaczyli, że ten pozornie prymitywny mężczyzna jest ubrany w koszulkę trykotową i normalne spodnie. W swych pierwotnych aspektach fizycznych człowiek ten był esencją starożytnych Taíno, ale w akcesoriach i sposobie wyrażania się widziało się, że jest to zwykły i zwyczajny Portorykańczyk.
Jasne światło pozwoliło im zobaczyć rzeźbione motywy ołtarza i były to… chińskie znaki. Blat przykrywała mata, a na niej leżało kilka przedmiotów: szklanka z jakąś ciemną miksturą, która z uwagi na swój wygląd sugerowała, że nie była to mikstura nieszkodliwa. Był tam też rodzaj rurki w kształcie rogu barana, którą ten człowiek wciągał zapewne w nozdrza sproszkowane ziele cojoby.
Chìquitín wyjaśnił później Margaro, że cojoba (Anadenanthera peregrina) to roślina, której portorykańscy Indianie przedkolumbijscy używali podczas rytuałów. Zioło wywoływało wizje. Na stole leżało też kilka chińskich mandarynek, a także gruba i poszarpana książka, jak się wydawało, jedyna rozrywka tego ponadczasowego człowieka w tej ponadczasowej jaskini. Pomimo iż nosił zwykłe ubrania, ostatnią rzeczą, której Chìquitín i Margaro się spodziewali, była właśnie umiejętność czytania. Ale jeśli by nie umiał czytać, to skąd się tu wzięła książka?
To było prawie niemożliwe, fantastyczne.
Indianin wskazał im niskie pnie po drugiej stronie stołu.
– Co czytasz?, zapytał Chìquitín, nie mogąc opanować ciekawości.
– Jest to jedyna księga warta przeczytania przed śmiercią, powiedział Indianin, Don Kichot.
– Don co?, zapytał Margaro, dla którego jedynym odniesieniem do tej postaci w literaturze była etykieta rumu ponceño nazwanego na cześć tego dżentelmena.
– Don Kichot, wyjaśnił Chìquitín, bardzo hiszpańska książka, stara pisanina dla chłopaczków.
– Mylisz się, powiedział Indianin. To bardzo fajna książka, najlepsza, jaką kiedykolwiek napisano. Może dla chłopaczków tamtych czasów była zabawna, ale są tam tematy znacznie głębsze. Jest to jedyna księga warta posiadania. Czytam ją od czterdziestu lat i każdego dnia znajduję coś nowego.
– Należy do minionej epoki, powiedział Chìquitín, oferuje nauki bezużyteczne w czasach, w których żyjemy, jest nieaktualna.
– Posłuchaj mnie, don jakiś tam, powiedział Indianin, mogę być tym, kim się wydaję i możesz o mnie myśleć, co chcesz, ale tutaj prymitywem wydajesz się mi właśnie ty…
– Wygląda na to, że rzeczywiście czytasz tę książkę, powiedział pojednawczo Margaro.
– Nie daj się zwieść, interweniował Chìquitín, nie rozmawiasz z naukowcem, to, co on robi i gada, jest bez sensu.
– A kim wy jesteście?, zapytał Indianin.
– Jesteśmy archeologami, odparł Chìquitín, a raczej to ja jestem archeologiem, a to jest mój asystent. Przybyliśmy tu, szukając śladów ostatniego plemienia Indian Taínos, a ty na pewno wiesz o nich bardzo dużo.
– Pierwszą rzeczą, jaką mogę o nich powiedzieć, jest to, że są bandą drani i durniów, odpowiedział mężczyzna z absolutnym przekonaniem. Nie warto się nimi zajmować, interesuje ich tylko oszustwo i seks. Są bandą degeneratów.
– Mamy poważne powody, aby nawiązać z nimi kontakt, powiedział Margaro.
– Jakie?, zapytał sucho Indianin, a jego długie paznokcie obierały bardzo powoli jedną z chińskich mandarynek.
– Na przykład Guanin, odpowiedział Margaro, i skradzione obrazy.
– Opowiem wam coś, odparł Indianin, nie uwierzycie, ale ci durnie wyrzucili do kąta wyjątkową relikwię, czczoną przez naszych przodków, wodzów Boriken.
Obaj przybysze przytaknęli w milczeniu.
– Indianie nie są już sobą, nie są ani rdzenną ludnością, tymi dobrymi dzikimi z dawnych czasów, ale nie są też dzielnymi Taínos z czasów, gdy walczyliśmy! Dziś są to zdrajcy i kanibale, są gwałtowni, dzicy, nieprzyzwoici i tchórzliwi.
– Skończ już, powiedział archeolog.
– Dziękuję…, tubylec odpowiedział westchnieniem. Nazywam się Pablo Podamo. Byłem kacykiem tych niesławnych żmij, dziś żyję, wdzięczny losowi, że jestem z dala od mojego plemienia. Ani oni mnie nie odwiedzają, ani ja ich. Wszelkie kontakty między nami są zakazane. Żyję głównie jedząc szczury górskie, które łapię w sidła, oraz mięso iguan, które są tak dobre jak kurczaki.
– Nie jesz jutii?, zapytał Chìquitín. Podobno mięso szczurków nadrzewnych jest o wiele smaczniejsze niż innych szczurów.
– Tak, hutie są bogate w wartości odżywcze, ale nie widziałem ich od stuleci. Mieszkam tu szczęśliwy, zbieram trawy, łowię zwierzęta na mięso i czytam Don Kichota. I chronię relikwię, jaką jest chiński kamień.
– Co?
– Chiński kamień.
– Jaki chiński kamień?, zapytał Chìquitín, zaskoczony tym objawieniem i oczywistym odniesieniem do kamienia, przy którym siedzieli i który służył jako stół.
– Chiński kamień, tak, ten, który tu widzicie, to jedna z najstarszych relikwi ludu Taíno. Ma lekko licząc sześćset lat, co najmniej sto lat więcej niż Wielkie Słońce Agüeybana, uświęcone w naszej kulturze. Jego kult jest bardzo zawiły, i gdyby nie ja i kilka innych osób, których już nie ma, dawno by zaginął, i on, i słuch o nim. Młodzi Taínos nie są zainteresowani przeszłością, tradycją, językiem, kultem wrogów i bóstw, a tym bardziej kultem chińskiego kamienia. Lubią tylko to, co łatwe i szybkie. Nikt nic nie rozumie. Nikt nic nie wie. A przecież nie wiemy, ilu ludzi ten kamień uzdrowił przez wieki! Kiedy przeszedłem na emeryturę jako kacyk (starych się zawsze usuwa, choć ja wszak wciąż jeszcze jestem w pełni moich możliwości, mam zaledwie sześćdziesiąt lat i jestem jak kokos!), usunięto kamień z ołtarza głównego, ponieważ przeszkadzał. Próbowałem go umieścić gdzie indziej, na jakimś polu za wsią, dla tych, którzy nadal zechcą go otaczać kultem. Ale kacyk obecnie nie ma władzy. Nie jesteśmy już bogami na ziemi, tak jak nimi byliśmy w dawnych czasach. Teraz nas wyrzucają z najbłahszej przyczyny. Zostałem kacykiem z linii matczynej, ale ci, którzy przyszli po mnie, zostali narzuceni wolą mas, ściślej rzecz biorąc, nawet kilku mas, choć jakie to masy, skoro żadna nie przekracza kilku setek ludzi. Kiedy zdetronizowany zostanie bóg-król, król-człowiek odłoży go lub wyrzuci, jakby zjadł pizzę i wyrzucił opakowanie.
– Chcesz powiedzieć, Don Podamo, że Taínos znają, czy znali chiński?, powiedział zdumiony Chìquitín. Nie mogę się zgodzić z taką teorią. To nie może być. Czy to właśnie nazywamy chińskim bajaniem? Chińscy indianie Taínos!? Nie! Tutaj musisz rzucić kotwicę i zatrzymać konia, Don Podamo.
– Wie pan, Don Chiqui, wspomniałem już panu o tym dawno temu, powiedział Margaro, którego informacje zawsze się zgadzały.
Chhìquitín zastanowił się. Coś w tym musiało być, skoro nawet jego niepiśmienny asystent coś o tym wie. Co za niespodzianka!
– Ludzie z Orientu, powiedział Indianin, przybyli tu prawie sto lat wcześniej niż Hiszpanie. Przypłynęli na statkach, a było ich dwadzieścia razy więcej niż potem statków hiszpańskich. Było ich pełno, jak mrówek. Kamień był darem pozostawionym dla kacyków tamtych czasów, przodków Agüeybaná, których Chińczycy nauczyli mechanizmu jego działania. Od wizyty Chińczyków datuje się kult kamienia, tak mówi tradycja, i był to czas, gdy kultura Taíno osiągnęła swój najwspanialszy rozkwit.
Zapadła chwila ciszy.
– Ale, kontynuował Podamo, jak zawsze, niezależnie od kultury, pochodzenia czy okoliczności, kacykowie poczuli siłę, która wsączyła się w nich jak trucizna, poczuli dumę, zapomnieli o kulcie kamienia. Właśnie wtedy przybyli Hiszpanie, którzy wraz ze swoimi dzikusami zabili prawie wszystkich Indian. Kiedy rzezie się skończyły, lud Taíno, a raczej jego resztki, schroniły się w Bosque do Maricao. Tam doszło do odrodzenia i przywrócenia rytualnego kultu kamienia, przypomniano sobie o Chinach. Plemię, ukryte w niedostępnych górach, pozostawało bezpieczne i przez ponad pięć wieków nieodkryte. Zapewniam cię, ja, Pablo Podamo z rodu kacyków, byłbym, gdyby matrylinearne prawo dziedziczenia władzy nadal obowiązywało, wodzem i jeszcze przez wiele lat sprawowałbym dobre i mądre rządy.
– A co mówi kamień? Jak go używasz, co jest na nim napisane?, zapytał Margaro.
– Nikt nie wie, co się kiedyś wydarzyło, jedno jest pewne, że wszyscy zapomnieli, co mówi i co może kamień. Kiedyś zatrudniłem tłumacza, żeby to rozgryźć, a ten powiedział nam stek bzdur. Później odkryliśmy, że nie znał mandaryńskiego. Oszukał nas. Ale jedno jest pewne, gdy uda się nam odkryć tajemnicę kamienia, odzyskamy siłę, bo chiński kamień ma moc przekształcania rzeczy, które nas otaczają, i może ruszyć z posad bryłę świata. Jeśli potrafimy prawidłowo przestrzegać liturgii, kamień może przekształcić wszechświat!
– Ale, zaprotestował Margaro, korzystasz z kamienia w sposób mało święty.
– To kamuflaż, by nikt go nie rozpoznał, ani nie zbezcześcił. Nikomu nie przyjdzie do głowy, że ja, wyznawca najbardziej oddany kultowi kamienia, mogę go używać jako stołu. Ale, jak widzicie, nie przygotowuję na nim posiłków. Pozwalam sobie postawić na kamieniu szklankę kawy, położyć książkę. To czyste przedmioty, nie są w stanie zaszkodzić mocy kamienia. I kilka mandarynek.
– Nie byłbym taki pewny, jeśli chodzi o książki, niektóre przynoszą katastrofy, a nawet masakry, odparł Chìquitín, który skorzystał z okazji, by zademonstrować umiarkowanie rygorystyczne myślenie racjonalnego naukowca.
– Don Kichot, jestem pewien, nie był taką księgą. Ta książka musiała być raczej dobroczynna, skomentował Indianin w sposób lekko defensywny.
– Gdzie nauczyłeś się hiszpańskiego, jeśli wolno spytać? Bo używasz go w sposób jak najbardziej naturalny. A skoro nauczyłeś się hiszpańskiego i nawet czytasz w tym języku, nie było chyba tak źle z twoim wychowaniem, powiedział Chìquitín.
Podamo zignorował jego pytanie.
– Mój lud nadal mieszka w Maricao. Nie różnimy się niczym od reszty od populacji. Oprócz mnie, ponieważ byłem wodzem i musiałem mocno barwić skórę i zdobić ją bambusami. Dlatego mieszkam tu, z dala od nich, ponieważ ludzie, gdy mnie widzą, się boją. Dzieci płaczą, kobiety uciekają, moi pobratymcy myślą, że muszą się bronić przede mną. Każda wyprawa do cywilizacji jest dla mnie wyzwaniem i częścią walki o me własne przetrwanie. Zresztą rzadko się stąd oddalam, bo ktoś musi strzec wejścia do tajemnej Jaskini. Pod żadnym pozorem nikt nie może tam wejść bez mojej obecności i mojej rady.
– Jakie wejście, jakiej jaskini?, przerwał Chìquitín, rozglądając się po wnętrzu groty Don Podema.
– Jaskinia Guacayríma, gdzie światło dociera aż do trzewi Ziemi.
– Guacayríma? Jesteś pewien? Czy to znaczy Iguanaboina? spytał Chìquitín.
Podamo powtórzył:
– Nie, to Guacayríma.
Podamo powiedział im, że raz na rok matka Ziemia oddaje się Słońcu, które wnika w nią, dostarczając Ziemi życiodajną energię.
– Czy Słońce penetruje Matkę Ziemię przez odbyt? spytał Margaro.
– Nie traktuj tego jako perwersji, powiedział Chìquitín. Pamiętaj, że mówimy o symbolach, obrazach, przypowieściach i alegoriach.
– Alergiach?
– Alegoriach! Ten człowiek nie mówi jak naukowiec, jego opowieści pochodzą z mitologii, są zarazem prawdziwe i nieprawdziwe.
– Panie Chiqui, tu już pan przerąbał, czasem mówi pan dosłownie jak Bóg, ale czasem jak kompletny idiota. Kiedyś słyszałem o takiej chorobie, nazywa się bipolarna. Może pan zapyta swojego doktora…
– Powiedz, Don Palomo…, powiedział Chìquìtín, o przepraszam, don Podamo, powiedz, gdzie jest ta jaskinia Guacayaríma? Czy chodzi o tę jaskinię z rzeźbionymi stalagmitami, Iguanaboína na Haiti, którą nazywa się, za przeproszeniem, pierwszą dziurą Antyli?
– Grotą, powiedział Don Podamo z naciskiem. Są trzy miejsca święte, trzy miejsca indiańskich ofiar. Pierwsze – Iguanaboína na Haiti, drugie to Mamona, a trzecie to właśnie Guacayaríma.
(Uwaga tłumaczki – jaskinia Iguanaboína na Haiti jest bardzo znana, ale o dwóch pozostałych w źródłach naukowych nie ma mowy.)
– Aha, a ta tutaj jest zwieraczem, Margaro roześmiał się głośno, a jego śmiech odbijał się jak gumowa kula od ścian groty. Mamona!
– Don Podamo, zapytał Chìquitín, którędy wchodzisz do wnętrza świętej Jaskini?
– Tędy, powiedział Podamo, za tą zasłoną. Indianin obrócił się i wziął do ręki grubą makatę, która wisiała za nim na ścianie. Zamiast gładkiej powierzchni, kurtyna odsłoniła coś, co nie było zwykłą ciemnością, lecz zawrotną otchłanią, skąd dobiegało przerażające wycie. Skóra im ścierpła, spojrzeli na siebie, nie wiadomo, przestraszeni czy podnieceni.
– I co jest w tej jaskini?, spytał Chìquitín.
– Trudno to zdefiniować, odparł Podamo. Musicie to zobaczyć na własne oczy, trzeba rzucić okiem na to, co wydala Ziemia, żeby zrozumieć. Śmiało! Zapraszam do zejścia.
– Nie, powiedział Margaro, nie wahając się ani sekundy, nie ciekawi mnie to. Ale ty, panie, jeśli taka twoja wola, zejdź do boga, który tam jest, choć nie wiadomo, czy leci, czy nadchodzi i trzeba koło niego chodzić jak mokry kot. Ty panie, idź, ale nie ma mowy, ja nie idę. Zostaję. Nie ciekawi mnie, co się znajduje w jelicie grubym Ziemi. Poczekam tutaj i popilnuję naszych rzeczy.
– Jak chcesz, przyjacielu, powiedział Chìquitín. Don Podamo, idziemy. Matko Ziemio, chcę się zanurzyć w wnętrzności Mamony.
– Guacayarímy, poprawił go Podamo.

___

Autorka wpisu, tłumaczka, adminka sprawdziła parę rewelacji z tego rozdziału. Istnieje lud Taíno czyli Indianie z plemienia Arawak, mimo że już ponad sto lat temu podobno zostali całkowicie wyniszczeni, co by może potwierdzałoby tezę autora, że Indianie skryli się w niedostępnych regionach Portorico, jak kiedyś Neandertalczycy w Himalajach. Istnieje też haitańska jaskinia Iguanaboína. Wejścia do jaskini chronią podobno dwa posągi lokalnych bóstw, a wewnątrz znajdują się rzeźbione stalaktyty i stalagmity. Jednak jaskinia znana jest tylko z opracowań naukowych i nie ma jej na stronach internetowych. Nie ma też rumu Don Quijote tylko Don Q. Czyli jednak, póki co, wydaje się, że autor mocno fantazjuje. Jak dowiem się czegoś więcej, to nie omieszkam wam o tym tu napisać.


PS 1: No ale te obiekty jednak istnieją. Złoty Guanin, naszyjnik kacyków indiańskich, Indian z plemienia Taíno. Bohater powieści poszukuje takiego właśnie indiańskiego artefaktu. Miał być ponoć bardzo duży.

PS 2: Oczywiście zdaję sobie sprawę, że archeolog, Don Ch i jego niedouczony a przemądrzały asystent są kolejnym wcieleniem DK i SP.

PS 3: A jak już pomyślimy, że cała powieść jest tylko śmieszną pisaniną ku uciesze chłopaczków, to musimy jednak zastanowić się nad tym, co autor wybrał jako motto swej powieści (fot. str. 3):

Ciąg dalszy nastąpi (kiedyś)

I jeszcze jeden PS, dwa wpisy w Dziennikach Mrożka, nadesłane mi przez Arkadiusza Łubę. Odkrył je badając rysunki satyryczne Sławomira Mrożka. Okazuje się, że opinia Chiquitina, iż Don Kichot jest głupkowatą książką dla chłopaczków, wcale nie jest samotną wyspą na morzu zachwytów.

Marek czyli dezintegracja

Tabor Regresywny alias Marek

Znajduję opisy sytuacji w dobie coronawirus z punktu widzenia medycyny, gospodarki, polityki, socjologii, natomiast nie spotkałem się z opisem z punktu widzenia psychiatrii.

Najlepszym polem obserwacji pod kątem psychiatrycznym jest Polska. Niemniej proste wyjaśnienia, oparte na takich pojęciach jak paranoja, schiza mnie nie satysfakcjonują, jako zbyt oczywiste i niczego nie wnoszące. Pozwolę sobie zatem sięgnąć do aparatu pojęciowego dezintegracji pozytywnej, wypracowanego przez naszego wybitnego psychiatrę, Kazimierza Dąbrowskiego.

A . Integracja pierwotna

Za integracje pierwotną proponuję uznać symbolicznie moment gdy Adam Michnik rzucił na łamach Gazety Wyborczej hasło „dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione”. Było to uzasadnione, bo właśnie wyszliśmy z okresu, gdy zabronione było wszystko, co nie dozwolone. Niestety przeoczył moment, w którym należało powiedzieć, „działajcie tak, by nie trzeba było zabraniać”. Skutki tego przeoczenie stały się pożywką, dzięki której do głosu doszła „dobra zmiana”. Nieważne czym się kierowali i jak widzą efekty swojej działalności. W moim przekonaniu wprowadzili nas na drogę B.

B. Dezintegracja jednopoziomowa

No i zaczęło się. Na pierwszy ogień poszedł system edukacji, w drugiej kolejności „zreformowany” został wymiar sprawiedliwości, szkolnictwo wyższe, szkoda nawet o tym pisać. Epidemia coronawirusa wprowadzila nas na nastepny etap,który w moim przekonaniu ma wszelkie znamiona fazy C.

C. Dezintegracja wielopoziomowa spontaniczna

Zarówno najbliższe otoczenie, rodzina, znajomi i lekarze psychiatrzy mylą stan dezintegracji wielopoziomowej spontanicznej z chorobą psychiczną i podejmują próbę leczenia czyli przywrócenia stanu integracji pierwotnej. Temu zmasowanemu atakowi rodziny, znajomych i lekarzy trudno się oprzeć. Dla tego lepiej jest trafić w Poradni Zdrowia Psychicznego na konowała, pokazać go rodzinie i przystąpić do ostatnich dwóch etapów dezintegracji pozytywnej.

D. Dezintegracja wielopoziomowa zorganizowana
E. Integracja wtórna globalna

Oczywiście zakładajac, że mamy do czynienia z dezintegracją wielopoziomową spontaniczną. Bo jeżeli nie, to lepiej trafić na dobrego lekarza. Tak się złożyło, że gołym okiem widać, że „dobra zmiana” jest konowałem. Mamy dwa wyjścia albo założyć, że to, co się dzieje w gospodarce za sprawą pandemii, to kolejny kryzys i wtedy lepiej zmienić „lekarza”, albo przystąpić do dwóch ostatnich etapów dezintegracji. Pytanie tylko jak?

Komentarz Ziada:

Niewielu z nas ma wykształcenie medyczne, lecz niezależnie od tego powinniśmy powiększać wiedzę o zagrożeniu i codziennie weryfikować swoje zachowania. Przede wszystkim zaś racjonalizować lęki. Proponuję i chciałbym, abyśmy doświadczenia z tego okresu trwale przetworzyli w coś dobrego. Trudne przeżycia resetują nasze wartości, tożsamość, duchowość. Jesteśmy świadkami nietypowego sprawdzianu z człowieczeństwa i dojrzałości. To także szansa na udowodnienie, że – mimo wszystko – nie jesteśmy najgorszą zarazą na Ziemi. Dbajmy o dezynfekcję nie tylko rąk, lecz również dusz, serc i umysłów. Zwalczając wirusa, zarażajmy się wzajem życzliwością, uśmiechem, empatią, miłością i przyjaźnią.

PS. Basia czyli żona kazała mi rozpędzić “dobrą zmianę” i zrobić coś z tym coronawirusem. Mogę liczyć na Was, drodzy Czytelnicy? Pomożecie?

Barataria czyli święto początku lata

Piotr Czerniawski

ze strony Polska w Dużych Dawkach (Facebook)

A za 💯 lat….(albo dłużej)

Panie profesorze, proszę opowiedzieć nam o dzisiejszym święcie początku lata.

Tradycja święta nawiązuje do wydarzeń z odległego roku 2020, kiedy świat nawiedziła zaraza koronowirusa, tego samego, który dziś stał się zwykłą chorobą sezonową. W tamtych czasach nie istniały leki przeciwwirusowe, nie było także szczepionki. Choroba zaczęła się w Chinach, następnie trafiła do Włoch. Z uwagi na brak wiedzy, niski poziom higieny ówczesnych społeczeństw, brak zrozumienia mechanizmów zakażeń, choroba rozprzestrzeniła się w Europie i na Świecie.

Dziś świętujemy idąc do parków z naręczami papieru toaletowego, którym obrzucamy się i przyozdabiamy drzewa. Dlaczego papier toaletowy?

Źródła archeologiczne wskazują, że ludność gromadziła wówczas olbrzymie ilości tego produktu…

Ale dlaczego?

Historycy nie są zgodni w tej kwestii. Przeważa opinia o magicznym charakterze rolek. Ich duża ilość miała chronić domostwo przed atakiem zarazy, był to więc rodzaj amuletu.

Trudno w to uwierzyć.

Proszę pamiętać, że były to czasy obskurantyzmu i ciemnoty, ludzie ufali najróżniejszym szarlatanom, w wielu krajach rządzili populiści, wiedzę czerpano z tak zwanych mediów społecznościowych. Nierzadka była wiara w płaską Ziemię, lub szkodliwość szczepionek. Na tym tle wiara w magiczną moc papieru toaletowego nie wydaje się tak dziwna.

No dobrze, a co z tradycją obdarowywania dzieci figurkami psów? Czy to także wiąże się z epidemią?

Jak najbardziej. Jak już mówiłem, nie istniały wtedy skuteczne leki ani szczepionki. Jedyną metodą walki z zarazą była ścisła izolacja społeczna. Ludzie spędzili całą wiosnę i początek lata w domach. Wyjścia były reglamentowane, możliwe wyłącznie w określonych wypadkach. Jednym z nich było wyprowadzanie psów na spacer. Nie wiadomo, gdzie dokładnie pojawiła się idea wypożyczania czworonogów za drobną opłatą, prawdopodobnie we Włoszech lub Hiszpanii, jednak szybko rozprzestrzeniła się na całym kontynencie. Psy przekazywano sobie z mieszkania do mieszkania. Pamięć o tamtych praktykach przetrwała w postaci sympatycznego zwyczaju dawania dzieciom figurek psów i czekoladowych zwierzątek.

Święto początku lata, to oprócz wyjść do parku i spacerów, także niezwykła tradycja kulinarna. Chyba wszyscy jako dzieci pamiętamy straszny…

… okropny makaron polany oliwą lub olejem. Trzeba pamiętać, że kwarantanna trwała wiele miesięcy. Zapasy stopniowo topniały, kończyły się warzywa i owoce. Na koniec ludność jadła kasze, ryż i makarony zgormadzone jeszcze w początkach epidemii. W czerwcu został tylko olej kujawski i makaron penne, stąd to niezwykłe danie, tak nielubiane przez dzieci. Na Kurpiach, skąd pochodzę, tradycja mówi, że makaron może być gotowany tylko z trzema ziarnkami soli. Sól także była niedostępna…

Okropność!

Ten rytuał prawdopodobnie dość wiernie odzwierciedla sytuację ludności z ostatnich tygodni kwarantanny. Spiżarnie były puste.

Z wyjątkiem papieru toaletowego.

(śmiech) Tak, tego mieli pod dostatkiem.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

PS od Adminki: niemiecki urząd statystyczny podał 25 marca 2020 roku, że  popyt na papier toaletowy wzrósł 800 razy!!!

Kafka w czasach korony. Barataria

Nasza autorka, nadal we Włoszech (zob. TU), oczywiście, bo gdzie by miała być, skoro im nawet z mieszkań nie wolno wychodzić, ale pisze o sytuacji w Warszawie. Maria używa na perypetie, które opisuje, określenia “sytuacja kafkowska”, ale my, specjaliści, a takich jest już nas kilkoro na tym blogu, dobrze wiemy, że to Barataria. Ani chybi. 

Maria Marucelli

Sytuacja kafkowska to szczeniak w porównaniu ze sprawą leków dla mojej Mamy.
Co prawda miała umówioną wizytę u nowej lekarki domowej gdzieś na styczeń, ale w przeddzień tej wizyty, jedyny raz tej zimy w Warszawie spadł śnieg, i Mama mająca problemy deambulacyjne przestraszyła się, że jak wyjdzie z domu, to się poślizgnie, upadnie, połamie; no sami rozumiecie jak to jest. Mama ma skończone 90 lat, żyje samotnie, ma dwie panie, które przychodzą do niej sprzątać, robić zakupy i gotować obiady, daje sobie nieźle radę, od stycznia ma trzyletnią kotkę. Ale wracam do sprawy leków i lekarza domowego.
Zaraz po odwołaniu wizyty u lekarki w styczniu, zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić nową wizytę. Oczywiście do przychodni jest łatwiej dojść na rzęsach niż się dodzwonić, zadzwoniłam wiec na numer centralny zespołu przychodni i bardzo mila pani powiedziała mi, że również i ona może zamówić mi wizytę, że bardzo dobrze wie, że do przychodni, do której Mama miała iść, nie można się dodzwonić! Tak jak powiedziała, tak też zrobiła – w styczniu zamówiła mi wizytę na pierwszy możliwy termin …. na 19 marca!!! (i to mają być lekarze pierwszego kontaktu?) Pani bardzo uprzejmie poinformowała mnie, że jeżeli Mama nie będzie mogła pójść na tę wizytę to należy ją odwołać, ale nie dzwoniąc do centrali, a bezpośrednio do konkretnej przychodni. Zapytałam uprzejmie jak, skoro w poprzednim zdaniu powiedziała, że wie, że tam nie ma jak się dodzwonić! – odpowiedzi nie dostałam.
19 marca to wszyscy wiemy co się działo w Polsce, w Europie i na Świecie – grasował i grasuje w dalszym ciągu wirus! Na kilka dni przed 19 marca Mama dostała telefon z przychodni z zapytaniem, czy ta wizyta jest pilna, bo jeżeli nie, to trzeba ją odwołać. Oczywiście Mama zmuszona nagle do podjęcia decyzji, iść czy nie iść, w sytuacji, jaka panuje, odpowiedziała: „nie wizyta nie jest pilna”, nie myśląc o tym, że właśnie kończą jej się leki i jest bez recept! Odpowiedziała również w ten sposób, bo pomyślała, że nie będzie się pchać do pełnej chorych ludzi przychodni, żeby złapać nie tylko wirusa, ale i panująca aktualnie grypę; pomyślała jednocześnie o przychodni prywatnej, gdzie przyjmuje lekarka specjalistka, do której Mama chodzi i która przy okazji wizyt wystawia Mamie recepty na leki. Jak pomyślała tak i zrobiła, zamówiła sobie wizytę na 27 marca. Tymczasem od poniedziałku 23 marca ambulatorium prywatne jest zamknięte, nikt nie odbiera telefonów, nawet nie włączyli automatycznej sekretarki informującej o tym, że z powodu koronawirusa itd. I to ma być prywatna opieka zdrowotna? Przecież oni za każdą wizytę biorą spore pieniądze. Po prostu uciekli, bo się przestraszyli wirusa, zamiast zorganizować się tak, żeby wizyty były na konkretną godzinę, żeby pacjenci nie musieli czekać w poczekalni, ale żeby lekarze ich przyjmowali. Lekarze muszą być odpowiednio ubrani: w maskach, w jednorazowych fartuchach, tak żeby ani nie ryzykowali zarażenia pacjenta, ani sami nie zostali zarażeni. Możliwość ochrony istnieje, gabinety lekarskie powinny być często odkażane, na pewno są jakieś zasady i odpowiednie zalecenia. Przecież wirus nie może zablokować całej służby zdrowia, bo pacjenci oprócz tego, że będą umierać na Covid-19, umrą z braku leków i opieki lekarskiej!
Jak nerwowa się zrobiła sytuacja, to pozostawiam Waszej wyobraźni. Na szczęście w bliskiej rodzinie mamy dwóch lekarzy pracujących w warszawskich szpitalach. Pomyślałam, nie ma problemów, zadzwonię do nich, jako lekarze maja recepty, wypiszą je, dostarczą Mamie i sprawa załatwiona. Mój Tata, który był ortopedą, wiele razy wypisywał recepty dla rodziny i nie było z tym żadnych problemów, od wieków na receptach była formułka „pro famiglia”. Ale właśnie: była, ale już nie ma. Nie teraz, teraz jesteśmy w czasach komputerów, internetu i tym podobnych „ułatwień” w załatwianiu wielu spraw. Okazało się, że od pierwszego stycznia został wprowadzony system e-recepty, świetnie, ale po to, żeby została wystawiona taka recepta, trzeba być w SYSTEMIE! Nie będę tu wchodzić w szczegóły, kto jak i kiedy ma być wprowadzony w ten system, bo nie wiem, fakt jest, że nasza kuzynka (wyżej wspomniana lekarka) po to, żeby wprowadzić Mamę do systemu szpitala, w którym pracuje, musiałaby sprowadzić Mamę do tegoż szpitala, odbyć u niej wizytę i dopiero później wypisać recepty, podać wygenerowane kody i wysłać Mamę do apteki, rzecz w obecnej sytuacji NIEREALNA!
Napięcie rosło dalej. Przychodnia prywatna w dalszym ciągu nie odbierała telefonów, do przychodni lekarza pierwszego kontaktu w dalszym ciągu nie można się dodzwonić, bo zajęte, a jak jest wolne to nikt nie podnosi słuchawki.
Na szczęście Mama wpadła na pomysł, żeby zadzwonić do swojej starej przychodni, gdzie dyrekcja ruszyła głową i jak się do nich dzwoni, jest „zegarynka”, która mówi, że są zamknięci z wiadomych powodów, ale żeby „umawiać” się na wizytę – rozmowę telefoniczną, wypełniając formularz na ich stronie internetowej, co też natychmiast zrobiłyśmy, Mama i ja. Było to wczoraj, a dziś rano zadzwonił pan doktor, który wygenerował „cudowne” kody i teraz pozostało tylko pójść do apteki i mieć nadzieję, że będą wszystkie leki!!!!!!!
Dzień później zadzwoniła sekretarka z prywatnej przychodni i spytała, czy ja (ja z Florencji) przyjdę jutro do pani doktor, czy może potrzebuję recept? Odpowiedziałam jej, ze e-recepty już mam i że nie przyjdę. Bardzo podziękowałam za telefon.

Dopisek po dwóch dniach: Leki w aptece były wszystkie.

 PS od Adminki:

Kilka dni temu pojawiła się w sieci fantastyczna hipoteza! Dr Sabina Olex-Condor ze szpitala w Madrycie poczynila bardzo ważne obserwacje, przyjmując pacjentów, którzy mieli kontakt z koronawirusem: osoby posiadające koty i psy nie wykazywały objawów, nie rozwijała się u nich choroba, bądź przechodziły ją bardzo łagodnie. Obserwacje dotyczyły grupy ok. 100 pacjentów i wymagają dalszych badań. Istnieje przypuszczenie, że możemy mieć tu do czynienia z wyższą odpornością ze względu na kontakt z koronawirusami specyficznymi dla zwierząt domowych oraz sprawniej działającym układem odpornościowym, Należałoby może sięgnąć do zagadnienia odporności krzyżowej.

My wszyscy, wielbiciele kotów i psów, pomyśleliśmy, że nareszcie “wyszło na nasze” i to nie jakieś tam czary-mary, aury i fluidy, tylko konkretne naukowo-pragmatyczne podejście: koty i psy nas uodporniają!

Bohaterka opowieści ma na szczęście kicię Puszynkę, czyli przeżyła wprawdzie bieg przez płotki w stylu dowolnym, ale kicia chroni ją i przed stressem (to już dawno było wiadomo, że tak jest), i przed coroną 🙂

A to koparka Marka…

Wstęp nr 1 (od Adminki): Autor o tym nie pisze, ale ja muszę (MUSZĘ) tu powiedzieć, że to, co zrobił było genialne, profetyczne, zdarzyło się na naszych oczach i nie musieliśmy czekać przez stulecia, aż się spełni. Otóż, gdy Marek dwa miesiące temu przeczytał na FB, że niestety (z przyczyn od nas niezależnych) nie odbędzie się  zapowiadany przez nas już od jesieni Festiwal Literatury Polskiej w Berlinie, podjął wyzwanie i ogłosił, że od teraz będziemy realizowali NIEISTNIEJĄCY FESTIWAL LITERATURY, w skrócie NFL. Magda Parys to ochoczo podchwyciła. Oboje okazali się w tym prekursorami, wytyczającymi nowe drogi. Wkrótce potem poszły za nim WSZYSTKIE Festiwale, Koncerty, Kongresy, Seminaria na świecie. Ale to MY byliśmy pierwsi. I, jak zauważył Marek, NFL to jedyny festiwal, którego nie trzeba odwoływać z powodu Corony!

Tabor Regresywny alias Marek

Wstęp nr 2 (od Autora): Walka z coronawirusem – podejście baratarystyczne. Coronawirusy, dalej nazywane CW, dzielą się na pierwotne, wtórne i pośrednie. CW pierwotne gnieżdżą się w koronach drzew, walają po ziemi i spływają rzekami do mórz. Walka z nimi jest beznadziejna, jeśli nie będziemy jednocześnie zwalczać CW pośrednich. CW pośrednie to te, które wymagają opakowania, a same podlegają konsumpcji np. piwo w puszce. Co do CW wtórnych, jak np Cov 19, to walkę z nimi pozostawiamy tym, którzy zostali do tego powołani. Drobne potyczki z CW pierwotnym i wtórnym z góry skazane są na porażkę (patrz Słowo na Nowy Rok). Tu trzeba pospolitego ruszenia, bo na armię nie ma co liczyć.

TRZECIA WYPRAWA DO SOKOŁOWSKA

Tak się złożyło, że Festiwal Sztuk Efemerycznych w Sokołowsku poprzedził w przestrzeni i czasie festiwal literacki Góry Literatury. I znów, “dr H”, wyruszyłem o świcie w stronę gór Włodzickich. Gdy przyszło mi oddalić się od głównego traktu, kupiłem w sklepie bochen chleba. W zasadzie wystarczyło kilka bułek, ale ich nie było. Zwykle zabieram na drogę trochę pieczywa i powidła, ale w tym przypadku nie było takiej potrzeby. Wiedziałem, że po drodze będzie dużo opuszczonych sadów, a w nich maliny, czereśnie i wiśnie.
Gdy dotarłem do domu Olgi T., zaparkowałem w ogrodzie, oczywiście za zgodą gospodarzy. Pamiętam, że Olga zaprosiła mnie na pyszne pierogi. Potem odbyły się spotkania z pisarzami i parę ciekawych rozmów, a wieczorem wszyscy rozjechali się do domów. Rano szykowałem wózek do wyjazdu, a tu Olga woła mnie na śniadanie. Czytelnicy już wiedzą, że nigdy nie odmawiam zaproszenia do stołu. Siadam razem z Olgą, jej synem, mężem, siostrą oraz jej koleżanką, Magdą P. Mówią, że mają wszystko, co potrzeba na śniadanie, oprócz chleba. Poprzedniego dnia uczestnicy festiwalu cały zjedli i że trudno, musimy sobie jakoś poradzić. Odpowiadam, że mam chleb, rozwiewając tym całe zakłopotanie współtowarzyszy. Rzucając na stół cały, nietknięty bochenek, zdobyłem prawo głosu. Zaczęły się pytania o moje wędrówki, o filozofię drogi. Widziałem, że Magda P. otwiera laptopa i zaczyna coś pisać. Raz po raz, przerywając, prosi mnie o powtórzenie. Na koniec zapytała, czy może to opublikować. Zrobiła mi zdjęcia z wózkiem i sama próbowała się do niego “zaprząc”.
Po śniadaniu skończyłem pakowanie i wyruszyłem w stronę Sokołowska. Olga T. zbierała się by odwieźć syna na pociąg, a Magda P. szykowała się do powrotu do domu, gdy wydarzyło się coś, co intryguje mnie do dziś. W obu samochodach, Olgi T. i Magdy P., rozładowały się akumulatory i auta zablokowały drogę. Nie mogłem przejechać, a nerwowe próby naładowania akumulatorów i odpalenia silników trwały, tak się zdawało, wieczność.
Werner Heisenberg w swojej książce opowiadał, jak to Niels Bohr żalił mu się, że tłumaczył podstawy mechaniki kwantowej ludziom z Koła Wiedeńskiego, a oni zachowywali się tak, jakby wszystko rozumieli. A tego nie da się zrozumieć.
Ja chyba miałem więcej szczęścia, bo przyszło mi uczyć fizyki w klasie kucharzy małej gastronomii. Na samym początku powiedzieli mi: „daj pan sobie spokój, nas nikt niczego nie nauczył, pan też nas nie nauczy”. Super, pomyślałem, spróbuję im wytłumaczyć istotę mechaniki kwantowej na przykładzie eksperymentu Wheelera. Jak nie zrozumieją, to to będzie to. Napisałem na tablicy temat lekcji: „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii”. Powiedziałem im, że jest to taka lekcja, że jeśli ją zrozumieją, to znaczy, że ja źle tłumaczę. Nawet to ich zaciekawiło. Z uwagą i zrozumieniem słuchali wywodu, dopiero na końcu stwierdzili, że nic nie rozumieją. Poszli poskarżyć się wychowawczyni, która mi powiedziała: “Marek spróbuj im to jakoś wytłumaczyć, bo sa oburzeni”. Zacząłem szukać jakiegoś przykładu, żeby im to zilustrować.
Obserwując ludzi przechodzących między kasami sklepu samoobsługowego, zauważyłem, że kierują się tymi samymi prawami, co fotony w eksperymencie Wheelera. Wszystko wyglądało tak samo, jedyna różnica to paragon świadczący o zakupie, będący komunikatem, a plamka na kliszy fotograficznej świadczyła o śladzie fotonu. (O różnicy między śladem a komunikatem opowiedziałem we wpisie „Mars i Wenus”). Jeśli wynik obserwacji, foton, jest komunikatem, czyli znakiem nastawionym na interpretację, to powstaje pytanie, kto jest nadawcą i co chce przez to powiedzieć? Gdyby tak spojrzeć na przygodę z rozładowaniem akumulatorów, to podejrzewam, że winowajczyniami były Olga T i Magda P. Nie wiem tylko, co chciały przez to powiedzieć?